wtorek, 18 sierpnia 2020

Matthias Müller! Guilherme Rodrigues! Yves Charuest! Yannick Chayer! The next collection of solo improvisations!


Nie dalej jak w połowie lipca prezentowaliśmy na łamach Trybuny kolekcję solowych nagrań muzyki swobodnie improwizowanej, silnie zakorzenionych w rzeczywistości pandemicznej (innymi słowy, powstałych już głównie po jej ogłoszeniu). Dziś kontynuujemy ów wątek, jednak wszystkie zaprezentowane poniżej nagrania powstały jeszcze w czasach wirusowej wolności, a z wrednym COVID-19 łączy je jedynie moment upublicznienia.

Zaczniemy od naszego ulubionego, niemieckiego puzonisty Matthiasa Müllera, w wersji koncertowej, potem płyta, która powstała również za naszą zachodnią granicą, jakkolwiek w wykonaniu czysto portugalskim, a po tych dwóch krwistych petardach czeka nas jeszcze odsłuch/odczyt dwóch solowych płyt z dalekiej Kanady.

 

 

Matthias Müller  Acud​/​Bunker (self-bandcamp, DL 2020)

 

Zapraszamy na dwa sety koncertowe na puzon solo! Pierwszy z Berlina (Acud, Solo Impro Festival, lato 2018), drugi z Essen (Goethebunker, Free Essen Festival, jesień 2016). Łączny czas trwania 51 minut i 42 sekundy.

Na starcie pierwszego z koncertów mamy wrażenie, iż znaleźliśmy się w tunelu wysyconym dźwiękami konającej post-elektroniki. Dociera do nas dron czerstwego powietrza, która raz wydaje się być wyjątkowo mroźne, innym razem nad wyraz ciepłe. Jakbyśmy oglądali coś wyjątkowo urokliwego przez szybę, która matowieje. Po paru minutach dron zaczyna się jednak do nas zbliżać, a także zacinać i rozwarstwiać. Po 5 minucie flow narracji przybiera już postać szumów i szelestów, pełnych mroku i tajemnicy. Tuż przed upływem 7 minuty wreszcie słyszymy czysty dźwięk puzonu - goła skóra, bez dodatków i preparacji. Muzyk wciąż wszakże preferuje dłuższe frazy. W okolicach 10 minuty pojawiają się akcenty pulsującego powietrza, które nabierają wymiaru para-perkusjonalnego. Tą metodą muzyk schodzi niemal do poziomu ciszy. Syczy i szumi - oto puzon, który oddycha. Matthias nie goni donikąd, pieści fazy, cedzi pojedyncze dźwięki. Jego opowieść pełna jest detali, szczegółów, także preparowanych dźwięków. Kolejna faza koncertu to pomrukujące, nieco taneczne frazy, które stanowią introdukcję do kolejnej epopei dronowej. Ten wątek bazuje na czystym brzmieniu blaszaka. Dron zaczyna żyć, podrygiwać, wypuszczać powietrze niepozbawione pokrętnej melodyki i zapętlonej rytmiki. Artysta gasi opowieść z mistrzowską precyzją.

Drugi koncert proponuje nam na wejściu puzon o czystszym brzmieniu, stawiający kroki na nieco wyższym pułapie brzmieniowym. Dźwięki szybko wszakże lepią w coś na kształt dronu, który także smakuje tańcem, ale tym razem, to taniec na … linie.  Muzyk zwinnie przechodzi do fazy pół preparacji, dekonstrukcji szumu i zabijania dźwięku. Równie szybko kończy ten wątek i otrzymuje garść oklasków. Bez zbędnej zwłoki przystępuje do budowania nowej opowieści. Na początku serwuje nam odrobinę technicznych popisów, ale najlepszy fachura w tej branży może sobie na to pozwolić! Muzyk gada sam ze sobą, przedrzeźnia się, syczy, prycha i biadoli. Po czym zagęszcza i pętli narrację, ekspresyjnie szumi, preparuje dźwięk aż do osiągnięcia trudnego dla naszych uszu, ale jakże efektownego pisku. W połowie seta – dla wytchnienia – proponuje nam kilka pasaży czystej, puzonowej pracy suwaka i blaszanych rurek. Śpiewa, burczy, nadstawia karku. W 18 minucie czeka nas krótki, perkusyjny taniec samej blachy, jakże efektowny, komentowany dętymi salwami! Jeden z najpiękniejszych momentów całej płyty! Brawo! Tuż po nim kilka rytmicznych prychów i zawadiackie tremola – trombone in its best! Szumy, oddechy, także dynamiczne frazy! Po wybiciu 24 minuty muzyk i jego rozgrzany puzon zaczynają się sukcesywnie uspokajać. W ramach procesu - bystry, wielowymiarowy dron szumiąco-tłocząco-dźwięczący! Sama hydraulika dużego blaszaka. Dźwięki gasną, jak niedźwiedź, który układa się do snu zimowego. Brawo raz jeszcze!

 

 


Guilherme Rodrigues  Cascata (Creative Sources, CD 2020)

 

Portugalski wiolonczelista zamknął się w berlińskim Tonus Arcus Studio na dwie godziny i zagrał nieprzerwany potok swobodnych improwizacji. Z przygotowanego materiału wykroił … 23 fragmenty, których odsłuch zajmie nam niewiele ponad 37 minut. Wszystkie one wypełnione są frapującymi, czasami niezwykle pięknymi dźwiękami, podanymi jednak w wielu wypadkach w odcinkach czasowych krótszych niż minuta. Po wysłuchaniu całej płyty recenzent zastanawia się, czy nie wolałby posłuchać całości rejestrowanych w marcu 2019 roku dźwięków, bez cięć edytorskich.

Zostawiamy jednak ową drobną ambiwalencję na boku i zaglądamy do rozbudowanego zbioru improwizowanych mikro etiud. Pierwsza, to zmysłowe jęczenie smyczka, pracującego na dużej przestrzeni, z równie czystym, jak i zabrudzonym brzmieniem. Druga, to ciche szorowanie strun, które nabierają dźwięczności (tu stawiamy pierwszy stempel jakości!). Trzecia, to szarpanie strun i uderzanie w pudło rezonansowe instrumentu, czynione jednak w pogrzebowym tempie. Czwarta, to piękny, czysty, zmysłowy barok. Kolejne epizody, to taniec smyczka na strunach, potem już jego bieg ze śpiewem na ustach, a także powiew zefirka od oceanu, skontrapunktowanego ostrym zgrzytem na gryfie. Na tym ostatnim, bolesnym i groźnym odcinku stawiamy kolejny stempel jakości! Dziewiąta etiuda gładzi nam skronie minimalistycznym pizzicato i pięknie podprowadza pod część dziesiątą (trwającą ponad 4 minuty!), która łączy w sobie szorowanie strun i ambientowe wybrzmiewanie, z akcentami prepare (kolejny stempel jakości!). Jedenasty, to minimalistyczna, barokowa powieść, która frazuje … na rockowo. Dwunasta, to nerwowe ruchy na gryfie i małe przepychanki. Trzynasta z kolei, to garść smykowych akordów, z posmakiem baroku i tanecznymi zadziorami. Czternasta etiuda trwa kilkanaście sekund - jeden posuwisty ruch smyczka po strunach.

Piętnastą opowieść konstruują małe podskoki i ciche piłowanie strun, szesnastą zaś - pojedyncze frazy arco vs. pizzicato, z których rodzi się siedemnasta etiuda – truely arco dancing! Osiemnasta - barok na niskich strunach - nie może się tu obyć bez … stempla jakości! Kolej na kilka zwinnych podskoków, powiewów wiatru i garść głębokiego baroku czynionego na niezłej dynamice. I już jesteśmy w etiudzie dwudziestej pierwszej – uderzanie po gryfie, kilka zgrzytów i drobiazgowe przeciąganie liny (podwójny stempel jakości!). Przedostatnia część, to powrót estetyki minimal – kilka ruchów smyczkiem i repetujące pizzicato. Wreszcie finał – deep, very deep baroque! Po chwili krok ku górze, śpiew i płacz, a zaraz potem finałowe wybrzmiewanie, która daje recenzentowi czas na postawienie ostatniego już dziś stempla jakości.

 

 


Yves Charuest  Le Territoire de l'anche (Small Scale Music, CD 2020)

 

Montreal, dwa marcowe dni 2019 roku. Jedenaście swobodnych improwizacji na saksofon altowy, a w roli głównej Kanadyjczyk Yves Charuest. Całość trwa 58 minut i 6 sekund.

Solowy spektakl na najzwinniejszy z saksofonów zaczyna się długimi, rezonującymi frazami. Dźwięki zdają się topić w szeleście dysz, oddechu tuby, eksplodować salwami krótkich emocji, ale i lepić się do plastrów ciszy. Skrzecząca fabuła jest odrobinę repetytywna, ma swój wewnętrzny nerw i nie broczy na skróty. Muzyk z kocią zwinnością wpada w oddech okrężny, schodzi w dół i szuka końcowej ciszy. W drugiej części garść bardziej dynamicznych, rwanych fraz, które także wpadają w drżący rezonans - jedna nakłada się na drugą, a wszystkie śpiewają kastracyjnym falsetem. Świetna robota, bystra technika użytkowa! W kolejnej części muzyk znów powraca do dłuższych fraz, ale cały topi się w nerwowych podrygach, wiele dźwięków wydaje na jednym oddechu, z imponującą intensywnością, wgryza się w tubę, zasklepia w jej środku. Zaraz potem rusza ostro ku górze, jakby grał na samym ustniku. Tańczy wokół własnej osi, znów szyje opowieść dynamicznie i gęstym ściegiem. Piąta odsłona, jakby w ramach komentarza – cichy, syczący dron, znów z wykorzystaniem oddechu okrężnego. Tuż potem kolejny fragment z mocno stonowaną dynamiką – syki, pół stuki, szmery, suche, wiotkie preparacje.

Siódma improwizacja, najdłuższa na płycie, zaczyna się głębokimi, spokojnymi oddechami. Tuba podśpiewuje, łyka wilgotne powietrze, chlapie półdźwiękami na prawo i lewo. Po niedługim czasie flow nabiera jednak dynamiki, a szybkie, rwane akcje szukają okazji do wyładowania wewnętrznych emocji. Muzyk urozmaica opowieść, śle długie frazy, które potem rwie na strzępy i wrzuca do paleniska. Na sam finał ponad 10-minutowej epopei taniec na suchych dyszach. Good job! Ósma część, to jakby preparowana coda poprzedniej improwizacji. Pętla suchego powietrza, która wpada do spoconej tuby. Skrzeczy, śpiewa i zawodzi. Dziewiąta improwizacja, to kolejna perełka w zestawie – mechanika dysz, rytm miarowych oddechów. Dźwięk wyślimacza się ze swej skorupy i kąsa urodą! Czujemy obecność każdego fragmentu instrumentu, a powietrze wokół śpiewa i gwiżdże. Potem zwinna konstelacja prychów, strzałów z dysz, pół dźwięków, ćwierć nutek i potoku płynów ustrojowych, która stanowi niebanalne podprowadzenie pod ostatnią improwizację. Ta, początkowo zdaje się być wyjątkowa cicha, brzęczy jak mucha na parapecie. Nabiera jednak mocy i pięknie przepoczwarza się w meta barokowy taniec na zgliszczach jazzu. Brawo!


 


Yannick Chayer  Gebilde (Small Scale Music, CD 2020)

 

Kolejna samotna, kanadyjska przygoda, to improwizujący Yannick Chayer, który do swych niecnych czynów wykorzystuje saksofon (na ogół sopranowy), syntezator (także sample), instrumenty perkusyjne i tzw. efekty. Całość składa się z dziesięciu epizodów, które trwają 41 minut i 19 sekund (brak danych dotyczących miejsca i czasu powstania nagrania).

Opowieść zaczyna się szelestem i drżeniem instrumentów perkusyjnych, które płyną przez opary dźwięków elektroakustycznych. Otwarcie płyty nie trwa nawet minutę, wiele obiecuje, choć po prawdzie, w dalszej części, spełnione zostaną tylko niektóre nasze oczekiwania. Dalsza opowieść koncentruje się na dialogu saksofonu sopranowego, którego dźwięk podlega częstym dekonstrukcjom (choć wyraźnych znamion live proccesing trudno się tu doszukać) i syntezatora, którego wspierają from time to time samplowane plamy. Ów dialog bywa konstruktywny i intrygujący, bywa też – niestety dość często – zdominowany przez dźwięki syntetyczne, które miewają momenty dramaturgicznie trudne. W trzeciej części sopran stawia na emocje free jazzu, pnie się ku górze, a rola syntezatora kończy na drobnej podpórce stylistycznej. Jeśli dodamy do tego pogłos perkusjonalii, fragment ten zda się być jednym z lepszych na płycie. Ciekawie brzmi także początek czwartej części, który tli się szelestem zdartej płyty winylowej, a w jego tle budzi się szemrzący saksofon. W kolejnych epizodach dęciak często staje na placach i efektownie skrzeczy, zdaje się jednak tonąć w syntetycznym morzu dźwięków, pełnym nieukierunkowanego chaosu, połamanych struktur rytmicznych i dziwnie skrojonych emocji.

Dominacja syntezatora nad żywymi oddechami dęciaka ma już miejsce niemal do końca płyty. W siódmej części elementem, który zdaje się udanie żenić owe kłótnie żywego i martwego, są wstręty szumiącej post-elektroniki. Początek dziewiątej części brzmi, jakby dźwięki wydobywane były przez dziecięcy instrument klawiszowy. Tu jednak saksofon nie daje za wygraną i zdaje się być ostatecznym triumfatorem odcinka – intensywnie skrzeczy na tle dogasającej repety syntezatora. Na sam już finał syntetyka grzmi, dudni i idzie po swoje złote runo. Na końcu czeka ją jednak wyłącznie cisza. Solowa płyta, która brzmi jak duet (czy wszystko graliśmy tu 100% live?), dobiega końca i nie pozostawia po sobie zbyt wielu wrażeń.

 

 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza