Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

niedziela, 31 stycznia 2016

Free Improvisation – dziesięć powodów, dla których zapamiętamy rok 2015



Utrapienie wynikające z faktu istnienia kalendarza gregoriańskiego (na szczęście inny kalendarz, ten Majowy, ponoć się skończył), jak co roku, w okolicach krytycznej zmiany daty, staje się asumptem do nikomu niepotrzebnego podsumowania.  Mając tego pełną świadomość, takiego podsumowania dokonałem. Po pierwsze na użytek własny (a zatem całkowicie bezużytecznie), po wtóre na pożytek Czytelników (co może już skutkować odrobiną użyteczności). A jeśli znajdą się tacy, którzy fakt ów wykorzystają w celach merkantylnych (ktoś musi nam te płyty sprzedawać), to mają moją zgodę na wykorzystanie zawartych tu sądów, acz i wieczne potępienie, jeśli zapomną o niuansach prawa prasowego w edytorskim szale kopiuj-wklej.

Być może na Półwyspie Iberyjskim dzieje się coś ciekawego…

Pedro Sousa/ Johan Berthling/ Gabriel Ferrandini  Casa Futuro  (Clean Feed)







Wielowątkowa i konsekwentna w swej niedosłowności opowieść świadomych celu improwizatorów, dzierżących w dłoniach korpulentny tenor, figlarną perkusję (z Portugalii) i niebiorący jeńców kontrabas (ze Szwecji).  Zabawne – to nagranie najbardziej podobało mi się w wersji mp3, gdy ściana niskich częstotliwości nie wbijała mnie jeszcze w fotel.  To jedynie drobna ambiwalencja, wszak  Dom Przyszłości już dziś jest wielki!

Albert Cirera/ Ulrich Mitzlaff  Chroniques 2  (Discordian Records)




Bywają improwizacje, w których – przynamniej początkowo – mamy duży problem ze wskazaniem źródła dźwięku. I tak jest na tym wydawnictwie. Saksofon w parze z instrumentem strunowym, będącym połączeniem skrzypiec i wiolonczeli- synergia godna pozazdroszczenia. Najpiękniej jest, gdy brzmią jak jeden instrument. Katalończyk  i Niemiec  -  obaj osiadli w Lizbonie. To musi być mieszanka piorunująca!

Deux Maisons For Sale (CleanFeed)
Marcelo dos Reis/ Luís Vicente/ Théo Ceccaldi/ Valentin Ceccaldi   Chamber 4 (FMR Records)







Dwa powyższe wydawnictwa kwartetowe łączy trójka muzyków – portugalski trębacz Luis Vicente i francuscy bracia Ceccaldi na instrumentach strunowych. Za pierwszym razem do stołu zapraszają perkusistę Marco Franco, w drugim zaś gitarzystę Marcelo Dos Reisa (obaj rodacy Luisa). Smakowite improwizacje, z których jedna subtelnie inspiruje się wielkimi dokonaniami Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa, druga zaś ewidentnie ciąży w kierunku muzyki współczesnej. Piękne brzmienie!


Mats Gustafsson ma coś do udowodnienia…

Agusti Fernandez/Mats Gustafsson Burnin The Lab!  (Discordian Records)
Gush The March  (Konvoy Records)



 
Oto być może te dwa skromne krążki to jedne z niewielu ostatnimi czasy okazji, by Mats Gustafsson udowodnił, że nie jest transowym rockmenem o zacięciu noisowym (Fire, The Thing, kolaboracje z T.Moorem etc.), ale jednak wytrawnym i wspaniałym improwizatorem. Z Agusti Fernandezem zawsze było mu po drodze, o czym krótki kataloński koncert dobitnie przypomina. Z triem Gush (także Sten Sandell i Raymond Strid) nie nagrywał od końca lat 90ych ubiegłego stulecia, a szkoda. Dwie perły free improv, na przekór przaśnej rzeczywistości, kurczowo trzymającej się natrętnego rytmu i banalnej melodii. Mats, nie zapominaj o swych podstawowych obowiązków wobec ludzkości!

Sax soprano ciągle potrafi zaskoczyć…

S4 (John Butcher / Christian Kobi/ Hans Koch/ Urs Leimgruber)   Cold Duck (Monotype Records)
 



Cztery saksofony sopranowe w onirycznym tańcu, bez zbędnych niedomówień, niepotrzebnych kontrapunktów i szalejących dychotomii, w głębokiej trosce o nasz komfort akustyczny.  Sopranowa podświadomość w służbie konstruktywnej improwizacji, tam gdzie dwa pokolenia szwajcarskich muzyków spotykają podstarzałego Angola, któremu się chce.  Współfinansowane z pieniędzy tamtejszych podatników, choć wydane nad Wisłą. A jednak można!

Weteranom też jeszcze się chce…

Evan Parker/Nate Wooley/Joe Morris Ninth Square  (Clean Feed)




Niech Nate Wooley wybaczy, że trafił do grona weteranów, choć absolutnie nim nie jest. Jednakże Dziewiąta Przecznica to teatr jednego aktora - popis Evana Parkera i on jest tu mocą sprawczą, dzięki której krążek ten miękko ląduje na moim rocznym podsumowaniu. W tej dekadzie nie słyszałem jeszcze Evana w tak doskonałej formie, zarówno muzycznej, jak  i fizycznej. A i Wooley, i Morris swoje dokładają. Znakomita płyta!


Louis Moholo-Moholo/ Frode Gjerstad/ Nick Stephens/ Fred Lonberg-Holm  Distant Groove  (FMR Records)
Frode Gjerstad Trio With Steve Swell   At Constellation (Circulasione Totale)
Stephen Haynes Pomegranate  (New Atlantis Records)






Trzy kolejne dowody na to, że bycie free improwizatorem gwarantuje długie życie, a i niektórym nieśmiertelność. Znakomita większość muzyków odpowiedzialnych za powyższe krążki egzystuje już w siódmej, a nawet ósmej dekadzie życia. Uświadomienie sobie tego drobnego faktu powoduje, iż słuchanie tych wspaniałych dźwięków nabiera nieoczywistości i pokrętnej transcendencji. Posłuchajcie, a doświadczycie.



piątek, 29 stycznia 2016

Evan Parker - recenzje zebrane


Derek Bailey & Evan Parker  Arch Duo  (Rastascan)

Na poznawanie wybitnej muzyki nigdy nie jest za późno. Nawet kilkadziesiąt lat po powstaniu nagrania.

Siedemnastego października 1980 roku na Arch Street w Berkeley, Kalifornia, spotkali się dwaj bodaj najwybitniejsi przedstawiciele brytyjskiej wolnej improwizacji. Niepowtarzalny i skrajnie bezkompromisowy gitarzysta – Derek Bailey i uwodzicielski, "bezdechowy" sopranista i tenorzysta – Evan Parker. 70-minutowy koncert podzielony został na pięć części, jedynie dla wygody słuchaczy.




W tymże czasie panowie, choć dzieli ich kilkanaście lat życia, niczym bracia syjamscy plotą swą szaloną opowieść, nie tracąc czasu na zbędne dłużyzny. Potok muzycznej świadomości absolutnie uwolnionych improwizatorów, nieskażony łatwymi skojarzeniami. Prostota zmyślnych komplikacji – jeśli w ogóle coś jest tu proste.

Bailey, jak ma w zwyczaju, gra zarówno akustycznie, jak i elektrycznie, ale to o dziwo w tej teoretycznie spokojniej wersji, bez prądu, osiąga kosmiczną energię. Jego instrument płonie pod wpływem tarcia. Mamy wrażenie, że dźwięki dobywane są z pudła rezonansowego jakby przy okazji. Z pewnością nikt na świecie nie gra tak jak on. Bywają tylko plagiatorzy (niektórzy nawet uzdolnieni – patrz: David Stackenas). W doskonałej dyspozycji odnajdujemy Evana Parkera, w lot podchwytującego każdy pomysł Dereka, który tu delikatnie, jakby niechcąco, jest częściej stroną inspirującą. Jak wielkie jest zrozumienie tych muzyków, silnie intuicyjne (czas reakcji liczymy w nanosekundach), jak znacząca synergia wewnątrz tego duetu, niech podpowie odsłuch podobnego duetu Baileya z Anthonym Braxtonem ("First Duo Concert 1974", Emanem). Poziom energetyczny tych nagrań jest nieporównywalny, choć obie pozycje na mojej półce widnieją zawsze w zasięgu wzroku. Tam chłód intelektualnej przygody (Braxton chyba nie potrafi inaczej), tu wulkan emocji i pasmo filigranowych eksplozji.

Jeśli ktoś ma wątpliwości, na czym polega genialność europejskiego free improvisation, niech sięgnie po tę pozycję. Wątpliwości znikną bezpowrotnie. Także nasze rozumienie piękna w muzyce winno po tym nagraniu ulec poważnemu przedefiniowaniu.


Evan Parker / Barry Guy / Paul Lytton   Zafiro (Maya Recordings)

Ta muzyka, to jak wchodzenie ciągle do tej samej rzeki. Nic nas tu nie zaskakuje, ale wiemy od pierwszej do ostatniej minuty, że obcujemy z dźwiękami niepowtarzalnymi i wciąż chcemy dać się ponieść wirom swobodnej improwizacji Parkera, Guya i Lyttona.



"Zafiro" to najnowsze jak dotąd ujawnienie bodaj najciekawszego tria europejskiego free improvisation ostatnich kilkunastu lat. Evan Parker na sopranie i tenorze, Barry Guy na kontrabasie i Paul Lytton na perkusjonaliach. To wybitne trio ma w dorobku kilkanaście płyt (zaczynając od roku 1983). Współpraca Parkera z Lyttonem, w różnych konfiguracjach, datuje się od początku lat 70., zaś z Guyem od początku kolejnej dekady. Wydawnictwo tu omawiane stanowi zapis koncertu, jaki odbył się w Barcelonie w marcu 2005 r. 52 minuty całkowicie wolnej improwizacji w typowych dla tego tercetu skalach, konfiguracjach dźwiękowych i estetycznych eskalacjach, bez chwili przerwy, gdyż każda sekunda ciszy byłaby tu intruzem nieakceptowalnym. Dla wygody słuchaczy całość podzielona została na dziewięć części. Całość wieńczy blisko dziewięciominutowy bis.

Parker – agresywny, gdy gra na tenorze, oniryczny, gdy sięga po sopran i nie przestaje grać na choćby sekundę (ten człowiek oddycha inaczej). Guy – zadziorny, raz poleruje struny ostrym niczym brzytwa smyczkiem, innym razem szarpie z zapalczywością godną lepszej sprawy, pozostając wszakże w strefie absolutnie czystego dźwięku (swoją drogą akustyczny fenomen, realizowany przez niego także w innych nagraniach). Lytton – człowiek orkiestra, ma z pewnością dodatkową parę kończyn górnych, skutecznie kontrapunktujący każdy pomysł kolegów, organizuje przestrzeń dźwiękową tria, sprawia, iż prawo ciążenia jednak obowiązuje nas wszystkich. Od wspólnego zasiania ziarna niepokoju ("Access Point"), poprzez duety i sola dające niezbędny dla właściwej percepcji całości oddech, do kolektywnych improwizacji w triu, zgrabnie reasumujących ich pomysł na muzykę ("Encore"). Trzy indywidualności w jednym ciele. Synergia. Intuicyjna kooperacja.

Zachęcam do zanurzenia się po koniuszek nosa.


Evan Parker / Barry Guy / Paul Lytton   Breaths and Heartbeats (Rastascan)

Jakkolwiek znaczące nie byłyby moje ambiwalencje towarzyszące przez lata próbie, na ogół nie do końca skutecznej, dotarcia do wnętrza i pełnego zrozumienia muzyki Evana Parkera, to w wypadku płyty "Breaths and Heartbeats" muszę z radością skonstatować, iż jest po prostu zniewalająca. To znaczy – wreszcie do mnie dotarło, wreszcie moja "freejazowa" percepcja zatrybiła i podołała. Wzięli mnie żywcem.


To naprawdę wspaniała muzyka. Zwykłe akustyczne trio, bez jakichkolwiek udziwnień, krnąbrnychzniekształceń i zabaw postprodukcyjnych. Ale i bez jednego prostego dźwięku. Mój nieskomplikowany umysł miłośnika muzycznych komplikacji po prostu eksploduje. Obawiam się, że nie do końca będę Wam w stanie opowiedzieć, dlaczego tak się dzieje.

Trzech weteranów europejskiego free improv, trzech gigantów Wielkiej Improwizacji. Evan Parker na tenorze i sopranie. Barry Guy na kontrabasie. Paul Lytton na perkusjonaliach. Żaden z nich nie wymaga chyba dodatkowych rekomendacji. Razem nagrali wiele płyt. Oto jedna z nich.

Zgodnie z tytułem, "Breaths and Heartbeats" to muzyka z ciała, z krwi i kości, z Oddechu i Bicia Serca. Muzyka jakby wypluwana z wnętrza saksofonu, kontrabasu i perkusji. Trzy tryskające potoki dźwięków, ale doprawdy nic nie dzieje się tu przypadkowo. Wytrawne kontrapunkty, zadziorne falangi kontratakujące z każdej strony głośnika, a także zadumane, acz bardzo krótkie, dosadne wyciszenia. Jeden organizm, mówiący jednym głosem. Pozorny pośpiech, gęstość faktury dźwięków i dziwna boleść między nimi, jakby w głowach muzyków było ich zbyt wiele, jakby ich obecność ciążyła. Uwolnione, uciekają śpiesznie w zakamarki naszych pokoi. I pozostają na długo.

Sesja jednodniowa, z grudnia 1994 r., na krążku zaprezentowana niechronologicznie (jak zeznaje Parker, trzy mini sesje w ciągu jednego dnia postanowili ułożyć kierując się poziomem intensywności gry, nie zaś kolejnością powstawania). Na program płyty składa jedenaście ponumerowanych Oddechów i Uderzeń Serca i na koniec dwunaste, już poza numeracją. Agresywne na początku (Parker jako prowodyr), w środku ewidentnie wyciszone, przyczajone (Guy przy sterze), by na koniec znów zaatakować (trio w jednym wcieleniu).

Są płyty, po których wysłuchaniu nie wiemy co dalej. Jakiż to dźwięk może po nich nastąpić. Bo po nich nic nie będzie brzmiało już tak samo.


Agusti Fernández/ Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton  Topos  (Maya Recordings)

Najlepsze trio europejskiego free improvisation, od czasu do czasu, popełnia płyty z dokooptowanymi muzykami (że wspomnę dwa wydawnictwa z Marylin Crispell, by trzymać się wątku pianistycznego). Tym razem nasze dzielne trio wspiera świetny pianista Agustí Fernández. Rzec można, że nie tylko wspiera, ale niemal wiedzie prym, albowiem jest jedynym muzykiem, który uczestniczy we wszystkich dziewięciu improwizacjach na tym krążku (obok kwartetu mamy też dwa duety i tyleż razy trio). 



Kwartet wszakże jest – jak zawsze na polu wolnej improwizacji – całkowicie demokratycznym tworem. Silnie preparujący dźwięki pianista Fernández, jak zawsze niebywale kąśliwy Guy na kontrabasie (jak on to robi, że tak cudownie brzmi!!!), dosadny Lytton na perkusjonaliach, stosunkowo liryczny (sic!) Parker na saksofonach. Muzyka totalna, choć w wielu fragmentach, jak na kanony tych muzyków, zaskakująco wyciszona. Tylko 50 minut podróży, ale pełen zestaw emocji gwarantowany. Zapraszam serdecznie.


Herb Robertson / Evan Parker / Agusti Fernandéz  Parallelisms  (Ruby Flower Records)

W ubiegłym roku na koncertach w Polsce, teraz na CD, w wersji studyjnej. Wybitne trio trzech wybitnych improwizatorów. Robertson na trąbkach i ich przetworzeniach, Parker na sopranie i tenorze, Fernandez na preparowanym pianie. Synergia absolutna, podana w sześciu odcinkach.




Trzy z nich określone zostały jako improwizacje, trzy pozostałe jako realizacje lidera (tu delikatnie odpływamy w płaszczyzny elektroakustyczne). Jak zwał, tak zwał. Wspaniała sonorystyczna zabawa w wolną improwizację. Smaczki brzmieniowe, kąśliwe dialogi, słowne utarczki. 70 minut nieba w uszach!


Evan Parker Trio  A Glancing Blow  (Clean Feed)

Kolejna doskonała pozycja w katalogu Clean Feed! Evan Parker w ulubionej formule chyba wszystkich saksofonistów, czyli w triu z basem i perkusją. Tu wspomagają go - John Edwards, inny weteran brytyjskiego jazzu i Christian Corsano, młody adept sztuki bębniarskiej, ze szkoły – rzekłbym –psychodeliczno-rockowej. Nie sposób nie oceniać tej płyty w opozycji do najlepszej formacji Parkera, czyli tria z Guyem i Lyttonem. To jednak inna muzyka, zdecydowanie bliższa jazzowi, w czym zasługa głównie sekcji rytmicznej. 



Sam Evan Parker w otwartej formule free, ale jazzu, nie zaś typowych dla siebie wolnych improwizacji. Egzamin zdaje, rzecz jasna, celująco, trochę jakby na przekór tym, którzy zwykli mu wypominać chłód i intelektualizm. Tu jest niebywale gorąco, zamaszyście i nawet kapkę swinguje! Ale ostrzegam mainstreamowych nudziarzy – "A Glancing Blow" to ponad 70 minut zdecydowanie zadziornej, bardzo konkretnej propozycji muzycznej, w postaci dwóch swobodnych improwizacji. Nagrania live, ale nie wiem, gdzie zarejestrowane, gdyż mój egzemplarz CD nie zawiera typowej dla kartonowych edycji Clean Feed wkładki ze słowem pisanym.


Townhouse Orchestra  Belle Ville  (Clean Feed)

Za tę piękną i rozbrajająco szczerą muzykę odpowiada kwartet wybitnych europejskich improwizatorów - Evan Parker (ts), Sten Sandell (p), Ingebrigt Håker Flaten (b) i Paal Nilssen-Love (dr). Dwa sety - na dwóch dyskach - z koncertu we francuskim (?) Belle Ville. Oczywiście - stuprocentowa improwizacja zrodzona w czterech całkowicie otwartych umysłach. Poprzednia ich płyta sygnowana była nazwiskiem Nilssena-Love ("Town Orchestra House"), ale równie dobrze na liście płac mogły znaleźć się wszystkie nazwiska. 



Nie ma w tym nagraniu niczego, czego byśmy się nie spodziewali po tym składzie (co być może lekko temperuje mój poziom entuzjazmu), ale mimo to łechce, kąsa i w głowie słuchacza robi niezłą demolkę. Dla wytrawnych free improvise admiratorów, ale polecam na każdą okoliczność, także zamiast świątecznej kolędy - wszak kiedyś trzeba zacząć kochać taką muzykę!

Teksty powyższe pierwotnie zamieszczone zostały na portalu diapazon.pl w latach 2006-2008


Evan Parker & John Wiese  C-Section (Second Layer)

Wyznaję typową dla zaślepionego fana zasadę, iż warto posiadać każdą płytę Evana Parkera.  Przy czym w zależności od stopnia epokowości nagrania dopuszczam ewentualność posiadania części wydawnictw w formacie Cd-r. Jest też grupa artystycznych ujawnień Evana Parkera, którą posiadam jedynie w formacie mp3, który być może w odległej przyszłości postaram się zamienić na nośnik, aż tak bardzo niedoskwierający tym, którzy słyszą więcej. Dla mniej zorientowanych istotna informacja – pełna dyskografia zacnego 66-letniego dumnego syna Albionu to ponad 250 pozycji.
Póki co, ubiegłoroczne wydawnictwo C-Section, nagrane przez Parkera w towarzystwie Johna Wiese posiadam jedynie w lubieżnym formacie dla głuchych (wersja 320 na szczęście) i wcale nie jestem przekonany, że pragnę bardziej wsłuchać się w te dźwięki (czytaj: kupić kompakt, albo vinyla). Dlaczego? O tym w kolejnych akapitach.



John Wiese, Kalifornijczyk w wieku synów Parkera (o ile ten takich posiada), odpowiada tu za szeroko pojmowaną elektronikę, zarówno starej, jak i nowej daty, Evan Parker zaś tradycyjnie w rękach dzierży saksofon sopranowy i tenorowy. Całość trwa godzinę lekcyjną i podzielona jest na cztery odcinki dźwiękowe opatrzone tytułami.

W moim przekonaniu sukces muzyki improwizowanej polega na wzajemnym słuchaniu się podmiotów wykonawczych, na interakcjach, wymianie komunikatów dźwiękowych (wiem, że Derek Bailey miał inne zdanie na ten temat).  Na C-Section niestety tego nie słyszę, szczególnie dobitnie we fragmencie otwierającym i kończącym krążek (po prawdzie, pozostała cześć płyty to jedynie drobne etiudy). Być może gdyby wydać z tego dwie płyty solowe efekt byłby ciekawszy (ten w wykonaniu Parkera na pewno). Wiese produkuje dużo hałasu (noise!), nie ustaje w ciężkiej walce z materią elektroniczną, ale niewiele z tego wynika. Są fragmenty, gdy Evan Parker musi mozolnie kruszyć ścianę dźwięku, generowaną przez interlokutora i choć sił, i środków mu nie brakuje, to niechybnie jest w tej nierównej walce przegranym. Ale cóż, nie zawsze musi się udać…


Evan Parker  The Topography of the Lungs (Psi Records)

Absolutny kanon freely improvised music (pełna nazwa autorstwa Dereka Baileya). Perła z roku 1970. Spotkanie gigantów, protoplastów muzyki, którą niektórzy z nas ukochali nad wyraz i po wszeczasy.

Wspomniany już Derek Bailey na gitarze (z racji wieku tu pełni rolę ojca lub przynajmniej starszego wujka), Evan Parker na sopranie i tenorze oraz Han Bennink na perkusjonaliach. Choć nie jest to pierwsze spotkanie Baileya i Parkera (odsyłam do Music Improvisation Company z lat 1968-71), także nie ostatnie (kilka osobliwych i znamienitych spotkań w duecie, np. koncert londyński czy „Arch Duo”, o kilku edycjach Company nie wspominając), uznaję je za wyjątkowe i być może najbardziej znaczące. Choćby z racji, że towarzyszy im znakomity perkusjonalista, Han Bennink.



Oryginalne nagranie winylowe ukazało się w roku powstania nagrania, a wydane zostało przez legendarny Incus. Teraz w Waszych rękach wylądowała reedycja tego albumu, wydana w roku 2006 przez Psi, zawierająca dodatkowe dwa fragmenty trwające blisko 10 minut. Pierwotna edycja firmowana była trzema nazwiskami muzyków, reedycja już tylko przez Evana Parkera (który w liner-notes tłumaczy się z tego zabiegu, ale chyba nic go nie usprawiedliwia; być może jedynie fakt, że Bailey zmarł rok przed tą reedycją, uchroni go od wiecznego potępienia).

A zatem sześć improwizowanych fragmentów gęstej do bólu muzyki. Dźwięki rozszarpywane na gryfie gitary Baileya, kontrapunktowane dosadnymi szturchnięciami perkusjonalii Benninka, wreszcie puentowane podmuchami saksofonowych wybuchów Parkera. Pełna swoboda, absolutna kooperacja, kosmiczna synergia. Erupcja trudnych do ogarnięcia zmysłami zwykłego śmiertelnika zasobów samoodnawialnej energii.

Piękno tej muzyki jest niezaprzeczalne i wytrzymało już wszystkie możliwe próby czasu. Kto nie zna Topografii Płuc, ten nie wie, o co chodzi w zabawie w swobodną improwizację.

Teksty pierwotnie ukazały się drukiem w nr 4/5 magazynu m/i, maj-czerwiec 2011


Evan Parker Trio and Peter Brotzmann Trio  The Bishop's Movie (VICTO)

Z pozoru karkołomne spotkanie ojców chrzestnych europejskiego free improv (Evan Parker, Peter Brotzmann, Alex Von Schlippenbach, Paul Lytton) i najlepszej czarnej sekcji rytmicznej współczesnego jazzu (William Parker-Hamid Drake), w ramach podwójnego trio, przynosi ponad godzinę swobodnej, rozwichrzonej improwizacji. Zarejestrowana ona została na koncercie w ramach Festiwalu Victoriaville w roku 2003r. (jedna z kanadyjskich inicjatyw krzewienia kultury jazzowej, zapewne za publiczne pieniądze). Nazwiska wskazywałyby rzeczywiście na łamanie karku, jednak owo rozwichrzenie okazuje się głęboko przestrzenne, a dodatkowo wszystko wskazuje na to, że muzycy w trakcie grania doprawdy słuchali się wzajemnie, z należytą uwagą podchodząc do szalonych eskapad dźwiękowych współtowarzyszy nagrania. O dziwo płyta dostarcza nam wielu fragmentów granych w duetach, czy trio, zatem w trakcie gry nie obowiązywała stara freejazzowa zasada "kupą mości panowie, kto głośniejszy ten lepszy". 



Ta swoista wstrzemięźliwość improwizacyjna spowodowała, iż wyszło z tego nagrania przecudne, 70-kilkuminutowe cacko free. Centralną postacią tego nagrania jawi się dla mnie - niespodziewanie - pianista Alex Von Schlippenbach (przypominamy sobie doskonałe "Hunting The Snake"?). E.Parker i Brotzmann grzeją w swe rury najlepiej jak potrafią, ale to on jest tu kluczowy. Gra w poprzek (jak na starego przeciwnika rytmu wypadało), intensywnie, zadziornie, koncentrując wokół siebie grę pozostałych pięciu muzyków. Bardzo konstruktywne granie, żadnych zawodów, jakichkolwiek wyścigów. Pozytywnie zaskakuje mnie Evan Parker na tenorze. Dawno nie słuchałem tak dobrej płyty z jego udziałem. Twarde mięso, ale w ramach uporządkowanej czasoprzestrzeni. Wielcy muzycy, doskonała płyta (szkoda, że niepodzielona na mniejsze części, ale to uwaga wyłącznie o charakterze technicznym, wynikająca z wrodzonego lenistwa recenzenta).


Evan Parker / Barry Guy / Lawrence Casserley   Dividuality   (Maya)

Ten oto skromny cedzik trafia pod polskie strzechy w roku 2004 (dystrybutor krakowski), wydany został przez irlandzką Mayę w 2001r., zmiksowany był rok wcześniej, a nagranie powstało w roku... 1997r. Trendna młodzież rzekłaby, że staroć to dramatyczny, my (tzn. ja i moje wybujałe ego) stwierdzimy, co najwyżej, że słuchać, iż nagranie powstało 7 lat temu (chodzi o brzmienie "live electronics, sound processing" użytego w nagraniu). 



Evan Parker dmie w swą rurę trzydzieści lat z górką, krew w nim brytyjska płynie zdecydowanie. Mówią, że nikt nie potrafi tak intensywnie oddychać, mając drewnianą rurę w otworze gębowym. To mój pierwszy z nim kontakt na większą skalę (w sumie wstyd się przyznać, ale co mi tam...). Barry Guy - kontrabasista o zasługach dla europejskiej muzyki improwizowanej nie mniejszych niż Parker. Lawrence Casserley - tu bez ściemy mogą przyznać, że pierwszy raz zetknąłem się z tym człekiem (odpowiada za brzmienie elektroniki, te z lekka archaiczne). Trio w kilku przypadkach przekształca się w duety, choć zawsze z udziałem Lawrence'a. Chłopaki jadę zdecydowanie bez trzymanki, choć od razu powiem, że cedzik zawiera w większości bardzo spokojny kawałek ... jazzu (?), współczesnej kameralistyki (?), improwizowanej zabawy na dwa żywe instrumenty i kawałek elektroniki (?)... Trudno ten chleb napocząć. Chwilami brzmi i łechta ucho fantastycznie, chwilami jednak gubię się i nie wiem, o co chodzi. Parker kwili na sopranie jak gąska, Guy jest zdecydowanie bardziej wyrazisty, dużo gra smyczkiem, lubi ostro szarpać za struny. Elektronika? Nie w moim guście, to raczej elektroakustyka, jeśli wiecie, co mam na myśli... Fachowcy się pewnie zachwycają, ale ze mnie kiepski fachowiec, potrzebuję mięcha i odrobiny drajwu. Jeśli wiecie, co mam na myśli... Następna płyta, proszę... 

Teksty pierwotnie zamieszczone na portalu Gaz-eta Vivo.pl w latach 2003-04








czwartek, 28 stycznia 2016

Spontaneous Music Ensemble - dzieło życia Johna Stevensa, odcinek 3


Not SME, but SME

Muzyczne dokonania Johna Stevensa pod szyldem SME/SMO nie wyczerpują bynajmniej osiągnięć naszego bohatera na polu swobodnej improwizacji. Poniżej lista istotnych i wartościowych artystycznie tytułów, które nie ukazały się w ramach idei SME i pewnie tylko sam John wie, dlaczego tak się stało.

„Dynamics Of The Impromptu” – kilka rejestracji live z LTC, nagranych skrzętnie przez Martina Davidsona, na przełomie niezwykle twórczych lat 1973-74. Improwizują Derek Bailey, Trevor Watts i John Stevens. Wydaje – niespodziewanie – nikomu nieznana amerykańska oficyna Entropy pod szyldem trojga nazwisk (obecnie dostępna jest reedycja FMR Records). Muzycznie bezwzględnie topowa rejestracja free improv w kartotece Stevensa.

„Four, Four, Four” – pasjonujący personalnie i niezwykle frapujący muzycznie kwartet z 1978 roku[1] (Stevens/Rutherford/Parker/Guy). Pierwotnie w licznych dyskografiach nagranie to przypisywano Evanowi Parkera. Wszakże po latach inspektor Davidson ustalił, że inicjatorem tego muzycznego spotkania był jednak Stevens. Martin dodatkowo reedytował nagranie w swoim zacnym EMANEM pod zmienionym tytułem „One Four and Two Twos”, albowiem oryginalne nagranie uzupełnił dwoma duetami z tamtego okresu – Rutherford/Guy i Stevens/Parker[2].




„The Longest Night – Volume 1&2”[3]; „Corner To Corner”[4] – dwa wspaniałe spotkania Johna Stevensa i Evana Parkera. Ich pierwsze spotkanie duetowe odbyło się pod szyldem SME („Summer 1967”), teraz już jedynie pod swoimi nazwiskami Panowie wznoszą się na wyżyny swych improwizatorskich możliwości. Szczególnie starsze nagranie z 1976 umieszcza każdego szczerego słuchacza w pozycji na kolanach (i to chropowate brzmienie!).


Inne aktywności muzyczne Johna Stevensa

Celem niniejszego opracowania jest istotnie dogłębne omówienie dokonań artystycznych Johna Stevensa w ramach muzycznej idei Spontaneous Music Ensemble. Wszakże bylibyśmy dalece niesprawiedliwi nie odnotowując innych jego muzycznych przygód, głównie na niwie free jazzu i jazz-rocka. Jakkolwiek jednak z powodu tych nagrań, nazwiska Johna Stevensa z pewnością nie umieszczalibyśmy dziś na absolutnym piedestale muzyki starego kontynentu ostatnich 50 lat.

Poniżej zatem moja prywatna lista płyt do odsłuchu, jako zadanie domowe dla Czytelników niniejszego tekstu, w ramach uzupełniania wiedzy o życiu i twórczości Johna Stevensa:

Jeff Clyne/ Ian Carr Quartet „Springboard”[5] –  z Wattsem i Stevensem jako uzupełnieniem składu,  już w roku 1966 grał bardzo kompetentny free jazz, śmiało wytrzymujący porównanie z debiutanckim SME „Challenge”.

Amalgam „Prayer for Peace”[6]  – formacja Trevora Wattsa, w latach 1969-76 z udziałem Johna Stevensa, zwłaszcza na swej debiutanckiej płycie osiąga mistyczny poziom improwizacji, ewidentnie w estetyce wczesnego Alberta Aylera. Dla mnie szczytowe osiągnięcie Trevora – już nigdy potem nie grał na alcie tak żarliwie i przeraźliwie szczerze[7].

John Stevens „Chemistry”[8] – doskonała free jazzowa rejestracja z 1975 r. Obok znanych z SME Wattsa i Wheelera doskonałą zmianę daje Ray Warleigh na saksofonie altowym.





John Stevens’ Away[9] –  sztandarowa free jazz-rockowa formacja Johna, szczególnie aktywna w drugiej połowie lat 70-tych. Uwagę czytelników kieruję szczególnie na debiutancki krążek nagrany na koncercie w Berlinie, z udziałem rozśpiewanego na alcie Trevora Wattsa. Ponieważ wiele czarnych krążków Away nie doczekało się wersji cyfrowej, polecam także Konnexowy CD„ Mutual Benefit”[10].






John Stevens Folkus „The Life Of Riley”[11] –  ciekawa i stosunkowo nietypowa kompozycja Johna, wykorzystująca rozbudowane instrumentarium, chwilami ocierająca się o estetykę … folkową.

John Stevens „Freebop”[12] – ta formacja, to hołd Johna dla weteranów bebopu z rodzimej Anglii. Zaiste nagrania najbliższe głównego nurtu jazzu jakże rzadko bywały udziałem Stevensa.

Detail „Backwards and Forwards”[13]  – ostatnie lata życia Johna zdominowane zostały przez wspólne nagrania z doskonałym norweskim saksofonistą Frode Gjerstadem, szczególnie w ramach tria, czasami kwartetu Detail. Polecam zwłaszcza wczesne nagrania (1982-1985) z udziałem Johnny’ego Dyani na basie.


Zamiast zakończenia (znów posiłkując się Martinem Davidsonem)

Godziny, by nie rzec lata świetlne, spędzone na eksploracji muzyki i słów, jakie świat napisał[14] na temat muzyki tworzonej przez Johna Stevensa i jego samego, nie pozwalają mi obiektywnie odpowiedzieć na pytanie, kim był John Stevens.

Domowy psycholog zanotowałby w swoim kajecie: typ społeczny, silnie empatyczny, pracoholik o trudnym charakterze. Bardzo dużo wymagał do innych, zbyt dużo wymagał od siebie. Bardzo silna, konfliktowa osobowość. Potrafił wybaczać, ale jemu wybaczano jeszcze bardziej ochoczo.

Na kilkunastu stronach maszynopisu próbowałem udowadniać, jak ważną postacią dla współczesnej muzyki improwizowanej był John Stevens. Czytelnicy sami ocenią, czy byłem w tej materii skuteczny. A na koniec podpórka. Po nagłej śmierci Johna w wieku lat 54, nie kto inny, jak Martin Davidson popełnił piękny i niezwykle kompetentny tekst „John Stevens: Aprecjacja”. Polecam go Waszej uważnej lekturze[15].



Suplement - Nagrane, niewydane. Fan muzyki improwizowanej w śmiertelnych konwulsjach

Niebywałym wsparciem w żmudnym procesie eksploracji dokonań Johna Stevensa okazała się  wspaniała dyskografia mistrza swobodnej improwizacji, popełniona przez Paula Wilsona „Territories of The Mind. A John Stevens Discography”[16]. Jej nieprawdopodobna wręcz szczegółowość (zawiera nie tylko sesje nagraniowe i radiowe, ale także szereg koncertów) pozwala zaczytać się w niej w sposób niemniej intensywny, jak i zasłuchać w samej muzyce. Blisko 80 stron dat, nazwisk, miejsc i tytułów, uzupełnionych o kompetentny komentarz, także w zakresie jakości nagrań, o ile się takie zachowały i są dostępne w archiwach dźwiękowych Brytyjskiej Biblioteki Królewskiej[17]. Efekt kosmicznej pracy wykonanej przez Wilsona pozwala także na wykreowanie listy nagrań SME, które nigdy nie zostały upublicznione.

Kwiecień 1966 – skład SME zbliżony do tego, który nagrał debiutancki „Challenge”, wchodzi do studia i nagrywa ścieżkę dźwiękową do… „Matni” Romana Polańskiego. Powstaje blisko 30- minutowy materiał, oparty na kompozycjach Krzysztofa Komedy, który ostatecznie nie trafia do filmu, ani na jakikolwiek krążek. Jedynie trwający niewiele ponad dwie minuty tytułowy „Cul-de-sac” dostępny jest na genialnym blogu Incostant Sol[18].

Październik 1966 – w studiu Watts i Stevens wspierani na basie przez Bruce’a Cale’a. Powstaje materiał na jedną stronę winyla, który uzupełniony o sesję z grudnia tego samego roku miał ukazać się w Bounty lub Dove Records pod tytułem „Peaceful Farewell” . A owa sesja grudniowa, to jedyne nagranie firmowane szyldem SME bez udziału Johna Stevensa, który w tym czasie bawił w Amsterdamie, za to z udziałem Kenny Wheelera, Paula Rutherforda, Evana Parkera i Barry Guya.

Wrzesień/ Październik 1967 – trio John Stevens/ Evan Parker/ Barre Philips. Blisko godzina studyjnych nagrań. Fragment 8-minutowy dostępny na Inconstant Sol[19]. Niesamowity sound kontrabasu Philipsa i gęsta gra Parkera. Marzymy o poznaniu całości.

Styczeń 1968 – większy skład, z udziałem wokalistek (m.in. Pepe Lemer, Norma Winstone) nagrywa dwie wersje kompozycji „Familie”[20], która daje prapoczątek eksplorowania idei „Click and Sustained Piece”. W węższym składzie, pół roku później ten sam temat jest emitowany w BBC Radio 3, w a kilkadziesiąt lat później zostaje wydany przez Martina Davidsona w ramach wydawnictwa „Frameworks” (EMANEM  4134).

Marzec 1968 – podwójne genialne trio (Parker, Watts, Kowald, Holland, Ali, Stevens). Dwie improwizowane części trwające 55 minut - pierwsza dostępna na Inconstant Sol[21]. Intensywna kolektywna improwizacja, ze szczególnym uwzględnieniem masywnych pojedynków obu saksofonistów. Brudne, nieczyste brzmienie dodaje smaczku. Wyborne. Miało ukazać się w Island Records.

Kwiecień 1968 – Watts, Bailey i Parker improwizują w towarzystwie Yoko Ono. Niedługo potem Stevens zagra na płycie Yoko i Johna Lennona. Epizod. Tego samego miesiąca kwintet, który dwa miesiące wcześniej popełnił wydawnictwo „Karyobin” gra wspaniały koncert w Akademii Sztuki w Berlinie.

Wrzesień 1969 – Watts i Stevens do tria biorą Steve’a Swallowa. Dwie kompozycje Stevensa miał wydać Polydor.

Październik 1969 – kwartet, który trzy lata wcześniej nagrał smakowity „Springboard” (Carr/Clynne/Watts/Stevens) improwizuje pod szyldem SME w studiach Polydor. Uwaga – w drugim fragmencie do kolegów dołącza Jullie Driscoll, która dwa lat później, już jako Pani Tippetts, stanie się fundamentem genialnego kwartetu SME. Nie wydał Polydor.

Maj 1971 – wyżej wspomniany genialny kwartet, czyli Stevens/Watts/Tippetts/Herman, dzień po koncercie w Oslo (LP „1.2.Albert Ayler”), nagrywa materiał dla norweskiej telewizji. Nie wiemy, czy zapis video przetrwał.

Lipiec 1971 – ponownie rzeczony kwartet, który przez tydzień przebywa we Francji i nagrywa materiał na trzy longplaye, w tym jeden dodatkowo z Bobem Nordenem na puzonie. Francuski wydawca upublicznia tylko niespełna 37 minutowy krążek („Birds OF A Feather”). Taśmy z pozostałymi nagraniami giną bezpowrotnie, a wydawca plajtuje i nie płaci. Stevens jedzie samochodem do Francji po płyty. Psuje mu się samochód, wraca do domu stopem, targając tylko tyle egzemplarzy, ile jest w stanie zarzucić na plecy[22]. Horror. Tej straty historia free improv nigdy sobie już nie powetuje. A kwartet w tym składzie nie zagra potem ani jednego dźwięku, gdyż Jullie Tippetts porzuca Johna Stevensa bezpowrotnie. Choć w….

Październik 1971 – rozszerzony skład SME koncertuje w Collegiate Theatre, powstaje ponad 90 minutowy materiał, z którym obcują dziś jedynie mole z Biblioteki Narodowej. Przy okazji Jullie Tippetts ostatni raz śpiewa z SME.

Grudzień 1971 – koncert rejestrowany przez Tangent Records. W składzie kwintetu m.in. Irene Schweizer. Sześć tytułów do wiecznego zapomnienia, bo Tangent nie wydał…

Październik 1973 – od kilku miesięcy Stevens eksploruje rozbudowaną wersję SME pod tytułem wykonawczym Free Space (w składzie kilku młodszych muzyków z tzw. drugiej generacji brytyjskich improwizatorów – m.in. John Russell, Nigel Coombes, Terry Day, Dave Solomon). W klubie Ronny’ego Scotta na kasecie zapisano ponad 50 minut muzyki. Materiał rzecz jasna ląduje w zasobach Biblioteki Narodowej, a po Free Space zostaje ledwie 15 minut muzyki w formie dostępnej dla reszty świata… (Otherways and Free Space „Life Amid The Artifacts” EMANEM 5014).

Sierpień 1978 – sesja radiowa dla BBC: połączone tria Eddiego Prevosta i Johna Stevensa z Lou Gare’em i Trevorem Wattsem. Pół godzinna krwista improwizacja, a my szczególną atencją darzymy popisy obu perkusistów. Szczęśliwie set dostępny na Inconstant Sol. 200%-owa rekomendacja!

Czerwiec 1991 – SME w trio strunowym improwizuje w towarzystwie Evana Parkera, on sam ma też set solo. Ponad godzina muzyki.

Styczeń 1992 – SME jedynie w duecie (Stevens i Smith) znów wspólnie koncertuje z Evanem Parkerem. Sola, duety i trio – łącznie prawie 65 minut muzyki. Nagrywa Martin Davidson.

Listopad 1992 – w trakcie okresu schyłkowego SME grywa także w kwartecie (dodatkowo Neil Metcalfe). Po tej mutacji pozostaje jedynie kilkuminutowy suplement „Peripheral Vision”, dołączony przez Martina Davidsona do kompaktowej edycji „A New Distance”. Tu:  kilkudziesięciominutowa improwizacja z londyńskiego Bird’s Nest.

Tekst pierwotnie - w wersji redakcyjnej - opublikowany na glissando.pl we wrześniu 2014r.. Tu zamieściłem go w wersji oryginalnej.



[1] LP View VS 011, CD Konnex KCD 5049
[2] Moja recenzja dostępna na portalu jazzarium.pl
[3] LP Ogun Records 120 (1977) i 140 (1978)
[4] Ogun OGCD 0005 (1993). Reedycja na podwójnym CD obu płyt Oguna w roku 2003 (OGCD 022/023)
[5] LP Polydor Special 545 007, nagranie niedostępne na CD
[6] LP Transatlantic TRA 196, CD FMR CD96, LP No Business Records (reedycja limitowana z roku 2012)
[7] Nagrania tej grupy zgrabnie uzupełniają dokonania tria Stevens/Watts/Guy - trzy pozycje z połowy lat 70-tych –niestety wszystkie o bardzo kiepskiej jakości dźwięku.
[8] LP Vinyl VS 102, CD Konnex KCD 5045 (jako John Stevens Works, dodatek do nagrania pierwotnie wydanego  na pierwszej strony winyla SME “Live Big Band and Quartet”)
[9] LP Vertigo 6360, niedostępne na CD
[10] KCD 5061. Też trudno dostępny, bo ta niemiecka oficyna od dawna nie istnieje.
[11] LP Affinity AFF 130, niedostępne na CD
[12] LP Affinity AFF 101, niedostępne na CD
[13] LP Impetus IMP 18203, CD Impetus IMP
[14] Po prawdzie świat wiele nie napisał. Trudno doszukać się w globalnej sieci jakichkolwiek większych opracowań dotyczących interesującego nas tematu. Jakkolwiek bibliografia zawarta w dyskografii Paula Wilsona jest obszerna. Nie brakuje jedynie recenzji. Bibliografia w języku nam ojczystym jest już całkowicie czarną dziurą.
[15] Tekst dostępny na European Free Improvisation Pages
[17] The British Library, 96 Easton Road, London NW1 2DB. Nie znam adresu strony internetowej.
[18] www.inconstantsol.blogspot.comnagranie dostępne pod tytułem Spontaneous Music Ensemble „Unreleased Radio Sessions and Broadcasts 1966-1968. MP3 Version” – dostępne już teraz wbrew tytułowi w formacie FLAC
[19] Jak wyżej
[20] Patrz przypis nr 2 (cześć 1)
[21] Patrz przypis nr 18
[22] Po szczegóły tej historii odsyłam do liner notes wydawnictwa „Frameworks”