Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

piątek, 19 lutego 2016

Evan Parker – … Revisited! W poszukiwaniu atrybutów wyjątkowości (aktualizacja 2016)


„Muzyka z tego albumu była komponowana poprzez improwizację” – konstatuje Evan Parker, na pozór przewrotnie, w liner notes jednej ze swych najpiękniejszych solowych płyt ”Six Of One”.


Intro

My zaś skonstatujmy na samym początku tej opowieści, by nie zostawić cienia wątpliwości – oto blisko 72-letni dziś Evan Parker, pochodzący z angielskiego Bristolu, to bez wątpienia najważniejsza postać europejskiej muzyki improwizowanej, z jednej strony mocno osadzonej we freejazzowej estetyce, z drugiej zaś, pozostającej pod silnym wpływem nowocześnie pojmowanej muzyki współczesnej. Ta istotna dwubiegunowość artystycznych influencji w muzyce Parkera towarzyszy mu od zarania jego muzycznych eksploracji. Można, w pewnym uproszczeniu, ten muzyczny dualizm sprowadzić do instrumentów, po jakie sięga w swej artystycznej podróży. Jeśli dzierży w dłoniach saksofon tenorowy, słyszymy prawdziwie freejazzowe rozszalałe zwierze (czerpiące pełnymi garściami z późnego Johna Coltrane’a), gdy sięga po sopran, odkrywamy wiecznego eksploratora muzyki współczesnej, wychowanego na doświadczeniach muzycznej awangardy wywodzącej się wprost ze szkoły Darmstadzkiej lat 60tych ubiegłego stulecia (Boulez, Stockhausen, Schoenberg). A bywa, że korzysta z obu instrumentów w trakcie tej samej partii improwizacji.


W dalszej części tej skromnej rozprawki, listować będę przykłady konstytuujące tezę o wyjątkowości postaci, jaką jest Evan Parker, za główne kryterium selekcji przyjmując formy jego muzycznej aktywności, przechodząc od działalności solowej do rozbudowanych formacji multiinstrumentalnych. Zaprezentowane niżej kilkanaście wątków twórczości Evana, które autorytarnie uznałem za najistotniejsze, nie wyczerpuje rzecz jasna tematu, bowiem wielu kolejnych ważnych pozycji płytowych nawet nie zasygnalizowałem. Ciekawych świata dźwięków dalece niepokornych już teraz odsyłam do bardzo precyzyjnej dyskografii http://efi.group.shef.ac.uk/mparker.html i odkrywania tegoż świata na własną odpowiedzialność.


Improwizacja, bezkompromisowość, wrażliwość akustyczna

Nim omówimy jego przebogatą płytotekę (skrupulatni statystycy z pewnością zakończą wyliczankę powyżej liczby 250), kilka hipotez, które próbują opisać człowieka, jakim jest, aktywny od pół wieku muzyk.

Zatem na sam początek słowo klucz, czyli improwizacja. Improwizacja stanowi bowiem jedynie akceptowaną formę muzycznej wypowiedzi Evana Parkera. Jest środkiem i celem wszelkich muzycznych poszukiwań.

Próżno szukać równie jak Parker bezkompromisowej postaci tej sfery ludzkiej aktywności artystycznej. Rzec można, iż mamy tu do czynienia z prawdziwie modelową bezkompromisowością. I jestem przekonany, iż nigdzie nie znajdziemy przykładu nawet śladowego uczestnictwa Parkera w muzyce prostszej, bardziej banalnej, bardziej oczywistej (co zdarzało się największym tuzom muzycznego anarchizmu).

Skrajnie indywidualna forma artykulacji (m.in. słynny „oddech okrężny”) i fundamentalna artystyczna niezgoda dla stosowania dróg na skróty (kto słyszał Parkera grającego melodię, niech pierwszy rzuci kamieniem), to kolejne atrybuty bogatej osobowości artystycznej Evana. A zatem melodia, jako przeciwległy biegun poszukiwań twórczych środków wyrazu. Wszystko poparte perfekcyjną biegłością techniczną, bo skoro potrafię zagrać wszystko, gram tylko to, co chcę.

Niebywała wrażliwość akustyczna sprawia, iż dbałość o komfort przestrzeni muzycznej, ciągłe poszukiwania idealnych miejsc do prezentacji muzyki (częste, zwłaszcza sopranowe występy w obiektach sakralnych), to niemal idee fixe Anglika. Albowiem dźwięk zawsze powstaje w określonym środowisku akustycznym. Ważne jest, by docierał do słuchacza z uwzględnieniem okoliczności przestrzennych, w jakich powstaje (mikrofony winny zbierać dźwięki w odpowiednim oddalenia od źródła ich powstawania).

Oczywista dla często obcujących z tą muzyką słuchaczy jest rozpoznawalność dźwięków granych przez Evana Parkera, nawet w dużych formacjach instrumentalnych. Nie pomylimy tej muzyki z jakąkolwiek inną porcją dźwięków.


Solo soprano – w drodze do absolutu

Jeśli nie lubicie nagród za całokształt twórczości, niechże ten przejaw artystycznej aktywności Evana będzie wystarczającym dowodem na tezę postawioną w preambule tego tekstu. Oto bowiem chyba dla nikogo, kto choć trochę liznął muzycznego anarchizmu kanonu free, nie jest zaskoczeniem twierdzenie, iż najważniejszym wkładem naszego bohatera w rozwój muzyki XX wieku są solowe dokonania na saksofon sopranowy. Dzięki niebanalnej i niczym nieskrępowanej wyobraźni muzycznej, wspartej techniką „oddechu okrężnego” (innymi słowy, jednocześnie oddycha i gra, co skutkuje możliwością generowania nieprzerwanego dźwięku przez wiele minut, tyle ile sił po prostu w płucach starcza), potrafił wnieść solowy występ na tym drobnym instrumencie dętym do rangi bliskiej absolutu w swoim gatunku.




Sopranowe wycieczki w głąb parkerowskiej wyobraźni, swoiste strumienie muzycznej świadomości (trochę per analogia do literackich zainteresowań Evana; często tytuły jego improwizacji czerpią inspiracji właśnie z tej muzy) udokumentowane są jak do tej pory na 10 pełnowymiarowych LP/CD. Ta historia ma swe początki w połowie lat 70ych (Saxophone Solos, Incus 1975*), a kończy ją – jak dotąd - nagranie sprzed ponad siedmiu lat (Whistable Solo, Psi 2008). Jeśli szukacie surowości i drapieżności bliskiej For Alto Anthony Braxtona, sięgnijcie po Monoceros (Incus, 1978), jeśli szukacie liryzmu i swoiście pojmowanego piękna solowego sopranu, posłuchajcie koniecznie Six Of One (Incus, 1980). Gdy chcecie uciec w kosmiczny trans i wpleść się w zwoje mózgowe Evana, odpalcie bezwzględnie Conic Section (Ah Um, 1989), a gdy wasz intelekt inspiruje, poza samymi dźwiękami, także rewolucyjna (na tamte czasy) koncepcja solowego wielośladu bez odsłuchu wersji poprzedzającej, rzućcie się bez opamiętania na Process and Reality (FMP, 1991). W końcu, gdy poczujecie już wszystko, co poczuć powinniście obcując z absolutem, sięgnijcie po nieco „spokojniejsze” nagrania z minionej dekady Lines Burnt In Light (Psi, 2001).
Kluczem do zrozumienia tej opowieści jest oddanie się całkowicie we władanie dźwięków, jakie docierają do naszych uszu. Jeśli stać nas na tę odrobinę szaleństwa, nagroda będzie wielka.


Duety z Lyttonem – archetyp poszukującej improwizacji

Evan Parker i Paul Lytton poznali się przypadkiem w 1969r., raczej na polu towarzyskim, by po roku wspólnych prób zdecydować się wystąpić publicznie po raz pierwszy. Szukali wspólnego języka, by odnaleźć go pośród zgiełku tradycyjnych instrumentów akustycznych, tych stricte jazzowych (saksofony i perkusjonalia), jak i tych nieco odległych od tej stylistyki (np. okaryna), wspartych zarówno sporą porcją elektroniki i preprodukcji, jak i przedmiotami własnej produkcji (np. lyttonphone).


W trakcie 7 lat wspólnych muzycznych poszukiwań stworzyli swoisty archetyp współczesnej muzyki improwizowanej. Jednocześnie doprowadzili do nieosiągalnego dla zwykłych śmiertelników poziomu wzajemnego zrozumienia i generowania ekstremalnej synergii, jaka może powstać ze spotkania dwóch muzyków. Nie byłoby takiego tria jak Parker/Guy/Lytton, gdyby nie te lata budowania wzajemnych relacji pomiędzy genialnym saksofonistą i wiecznie poszukującym perkusistą. Za „życia” duet doczekał się trzech LP - Collective Calls (Urban) (Two Microphones) (Incus, 1972), At The Unity Theatre (Incus, 1975) i RA (Ring, 1976), które po prawie dwóch dekadach zostały uzupełnione o dwa zestawy nagrań z różnych miejsc i okazji koncertowych, wydane przez Martina Davidsona w jego niezastąpionym EMANEM – Three Other Stories i Two Octobers (rejestracje z lat 1971-75).


Parker/Guy/Lytton, czyli  trio jako formuła doskonała

W pięć dni po swoich 50 urodzinach, Evan Parker zorganizował (lub mu zorganizowano, nie pora to roztrząsać) niezwykły koncert, zarejestrowany i wydany jako 50th Birthday Concert (Leo, 1994). Na scenie londyńskiego Dingwalls pojawiły się dwa tria, które z pespektywy blisko półwiecznej artystycznej aktywności Evana, z pewnością stanowić mogą esencję jego muzycznej świadomości. A zatem -  Alex Von Schlippenbach/Evan Parker/Paul Lovens Trio (zwane co do zasady Schlippenbach Trio) oraz Evan Parker/Barry Guy/Paul Lytton Trio (okazjonalnie nazywane Evan Parker Trio) zagrali po secie trwającym godzinę lekcyjną i podzielili się dyskami wydawnictwa, którego nazwę wymieniam kilka wersów wyżej. Czas teraz na dłuższą epistołę o obu tych formacjach.

Wróćmy zatem do ciągu przyczynowo-skutkowego naszej evanowskiej rozprawki. Jeśli do wszystkiego tego, to co powiedzieliśmy dotąd o Parkerze, dodamy kilka istotnych faktów wynikających z koincydencji jego wspólnych muzycznych przygód z Lyttonem, a całość uzupełnimy osobą Barry Guya, wirtuoza kontrabasu, ambitnego kompozytora (London Jazz Composers Orchestra), aktywnie i twórczo uprawiającego muzykę barokową (już wiemy dlaczego strój jego instrumentu jest tak czysty i brzmi tak nieziemsko pięknie, w tym absolutnie bachowskim rozumieniu tego słowa), otrzymamy Trio, które niezależnie od wielu nieprzewidzianych okoliczności, musi być czymś konkretnie wyjątkowym. Synergia, sonorystyka, semantyka improwizacji znów o krok od muzycznego absolutu.




Trio, egzystujące wspólnie blisko 35 lat, ma swym dorobku dziesięć pozycji nagranych w wersji „saute” (a zatem bez gości) i kolejne dziesięć w formule trio plus jeden, a nawet trio plus dwa. Wskazanie tych szczególnie wartych uwagi jest przedsięwzięciem całkowicie karkołomnym, zatem tylko kilka nieśmiałych sugestii bardzo subiektywnego recenzenta. Jeśli kryterium wyboru ma być intensywność i bolesna bezkompromisowość przekazu, połączona z surowym, wręcz ascetycznym brzmieniem – koniecznie The Redwood Session, z Joe McPhee na dokładkę w jednym utworze (CIMP, 1995), jeśli dodatkowo skąpana w koncertowym żarze – niechybnie At The Vortex (EMANEM, 1996), bądź At Les Instants Chavirés (Psi, 1997). Gdy mamy odrobinę czasu do zmarnowania i nieobca nam jest konieczna chwila zadumy – bezwzględnie studyjna przygoda Breaths and Heartbeats (Rastascan 1994), a gdy nasze uszy pragną pławić się w bezmiarze akustyki gaudijskich przestrzeni – rewelacyjnie zarejestrowany koncert z Barcelony Zafiro (Maya, 2006). A ponieważ wiemy, nie tylko z tej opowieści, jak twórcza bywa odrobina pokory, sięgajmy garściami po nagrania w wersji 3+1. W tych właśnie przypadkach dobitnie słychać, jak trzech wybitnych muzyków w spotkaniu z gościem, bez cienia dyskusji, w ciężkim mozole kolektywnej improwizacji, ustępuje mu miejsca i daje się wieść jego wyobraźni - After Appleby z Marilyn Crispell na fortepianie (Leo, 1999), Topos z Agusti Fernandezem także na fortepianie (Maya, 2006), czy Scenes In The House Of The Music z Peterem Evansem na trąbce (Clean Feed, 2009). Nie zapominamy także o polskim wątku w historii tria i występach w ramach wielodniowych zmagań Małych Formacji Barry Guy’ New Orchestra, w Krakowie w latach 2010 i 2012, udokumentowanych jako fragment większej całości na Mad Dogs (Not Two, 5 CD) i Mad Dogs On The Loose (Not Two, 4 CD).



Schlippenbach Trio, czyli trio inaczej

Nawiązując na nazewnictwa kluczowych w dorobku Parkera formacji trzyosobowych (patrz: rozdział wyżej), nazwę tej formacji przypisać można jedynie tupetowi i megalomani Alexandra Von Schlippenbacha. A może to żart lub jedynie kaprys hrabiowski. Zwał, jak zwał, równie dobrze tę formację możnaby tytułować „Parker Trio”, czy też „Lovens Trio”. Kilkadziesiąt lat wspólnego grania zrosło tych trzech dżentelmenów w jedno ciało i cokolwiek by nie uczynili, tak będzie już po sam koniec ich dni. Z drugiej wszakże strony, pianistyczne natręctwa Alexa powodują na niejednym nagraniu, iż trio idzie, gdzie mu piano drogę wskaże i na odrobinę swobody pozwoli.


Choć na przełomie roku 2009/10 dostojni Panowie 60+ grali trasę z okazji 40-lecia istnienia formacji, to ich pierwsze wydawnictwo nagrane zostało nieco później, a ukazało się w zacnym berlińskim FMP jako Pakistani Pomade (1972). Ostatnie lata poszerzyły dorobek artystyczny tria o jeszcze wcześniejszą rejestrację First Recordings (Trost, 1972).
Przez kolejne prawie cztery dekady zagrali tysiące koncertów, a ich katalogowy dorobek powiększył się o kolejne dziesięć wydawnictw. I znów mam problem ze wskazaniem tych szczególnie wartościowych, albowiem trudno doszukać się w historii free improv formacji o równie jednorodnym i stabilnym „repertuarze”. Płyty Schlippenbach Trio jakkolwiek podzieliłbym na nagrania koncertowe i będące w mniejszości studyjne rejestracje. Gdy w pierwszych panuje duch konsekwentnej do bólu improwizacyjnej galopady, o tyle nagrania studyjne idą bardziej w kierunku poszukiwania nowych środków wyrazu i stanowią oczywisty oddech pomiędzy publicznymi występami, wskazując kierunki przyszłych koncertowych erupcji. Wśród tych pierwszych szczególnie udanymi znajduję Detto Fra Di Noi, (Po Torch, 1981, do dziś bez edycji cyfrowej) i podwójny Swinging the BIM (FMP, 1998), zaś wśród nagrań bez oklasków misterne Elf Bagatellen (FMP, 1990) i akustycznie perfekcyjne Gold Is Where You Find It (Intakt, 2007).

Dumną historię obu trzyosobowych formacji Evana Parkera wdzięcznie puentują dwa inne wydawnictwa - 2X3=5 (Leo 1999), stanowiące wspólny, wręcz konwulsyjny koncert obu formacji, czyli dwa tria to jednak tylko pięciu muzyków i America (Psi, 2003), koncert z amerykańskiej trasy tria Parker/Guy/Lytton, w którym nieobecnego z powodów osobistych kontrabasistę zastępuję ….Alex Von Schlippenbach! A o płycie łączącej na dwóch niezależnych dyskach oba tria wspomniałem na początku poprzedniego rozdziału.


Kwartety – synteza improwizacji w małej grupie

Nie czas na akademickie dysputy, jaka formuła osobowa jest najbardziej adekwatna dla swobodnej improwizacji, jednakże wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje na skład czteroosobowy, szczególnie, gdy improwizacja ma korzenie silnie jazzowe. A jeśli kwartet, to z pewnością z udziałem sekcji rytmicznej (kontrabas, perkusja). Nie brakuje takich nagrań w portfelu Parkera. Z uwagi na ich wysoką wartość artystyczną, a także uwzględniając osobiste preferencje (moje uszy dobrze odnajdują się w formule kwartetowej), pozwalam sobie przywołać te wyjątkowe cenne spotkania z muzyką tworzoną we czworo (oczywiście pamiętamy o kwartetach wymienionych wcześniej, ale miały one na ogół formułę 3+1, zatem w tym miejscu ciągu dramatycznego tej wypowiedzi mniej nas interesują).

The Ayes Have It (Emanem, 1983/1991) – dysk w pierwszej części zawiera nagrania tria Parker/Rogers/Muir, z wczesnych lat 80ych, które z uwagi na nazwisko perkusisty polecam szczególnej uwadze (aktywny free improviser z przełomu lat 60 i 70ych, tym nagraniem w zasadzie pożegnał się z muzyką improwizowaną), w drugiej zaś już pełnowymiarowy kwartet Parker/Wierbos/Rogers/Sanders. Koncert szczególny, bo puzonista Wierbos gra tylko do 20 minut i odpada (jak czytamy, z powodu wysokiej temperatury w klubie), zaś pozostała trójka otwiera okno i gra dalej przy zgiełku londyńskiej ulicy (co słychać). Prawdziwa torpeda dla wytrwałych.


Waterloo 1985 (Emanem, 1985) – wspaniałe połączenie tenorowych erupcji Parkera z subtelnymi, puzonowymi pląsami nieodżałowanego Paula Rutherforda. Pierwotnie na kontrabasie miał grać Barry Guy, ostatecznie na koncercie słyszymy Hansa Schneidera. Sekcję uzupełnia Paul Lytton. Perła w dorobku każdego z wymienionych muzyków.

Birmingham Concert (Rare Music, 1993) – koncert tego składu rzadko bywa przywoływany w pamięci wiernych fanów Evana Parkera, a szkoda (z Barry Guyem, Paulem Dunmallem na saksofonach i Tony Levinem na perkusji). W tym zestawie kwartetów może najmniej wybitny, ale zasługujący na godzinę naszego cennego czasu, from time to time.


London Air Lift (FMP,1996) – oto kwartet, który chciałbym polecić szczególnie, głównie z uwagi na udział świetnego i bardzo niedocenianego gitarzysty sceny londyńskiej – Johna Russella (wyobraźnia jak u Baileya, za to potrafi słuchać tych, z którymi gra). Składu dopełniają John Edwards i Mark Sanders. Najbardziej wyważona, chwilami wręcz kontemplacyjna, swobodna improwizacja o niepoliczalnych płaszczyznach piękna.


Foxes Fox (Emanem, 1999), Naan Tso (Psi, 2004) i Live At The Vortex (Psi, 2007) – ten kwartet doczekał się aż trzech wydawnictw. Bardzo jazzowy, zarówna z uwagi na wręcz mainstreamową  (ale oszczędną!) pianistykę Steve’a Beresforda, jak i „czarną”, nawet lekko swingującą grę perkusisty Louisa Moholo (skład uzupełnia John Edwards, na płycie koncertowej także gościnnie Kenny Wheeler). Gdybym miał wybrać jedną z nich, opowiadam się za tą pierwszą. Bardzo szlachetny free jazz w mistrzowskim wykonaniu.


Kolaboracje z AMM

Choć historie absolutnie ponadgatunkowej muzyki AMM i europejskiej freely improvised music miały swój początek w drugiej połowie lat 60ych ubiegłego stulecia, w tymże samym Zjednoczonym Królestwie, do wzajemnych kontaktów nie dochodziło zbyt często.


Nasz bohater nie był tu wyjątkiem, bowiem pierwsze wspólne nagranie z muzykami AMM popełnił dopiero w osiemnaście lat po debiutanckiej „żółtej ciężarówce” (ammmusic), za to było to zdecydowanie wielkie otwarcie. Supersession (Matchless, 1984), bo to nagranie mam na myśli, sygnuje kwartet o tej samej nazwie, który zgrabnie konfrontuje najważniejsze postaci AMM – Eddie’go Prevosta i Keitha Rowe z gigantami free improv – Barrym Guyem, no i rzeczonym Evanem Parkerem. Zarejestrowana na koncercie w Londynie swobodna improwizacja czterech wybitnych muzyków w silnej interakcji dźwiękowej, to z pewnością jedno z bardziej znaczących pozycji muzyki lat 80ych minionego stulecia. Sopran i tenor Parkera cudownie oplata gitarowa elektronika Rowe’a, a ramy opowieści zgrabnie kreśli perkusja Prevosta, widowiskowa niczym noworoczne fajerwerki na Placu Czerwonym. Kontrabas Guya znajdujemy gdzieś pomiędzy, który niczym rozpuszczony urwis psoci na placu zabaw i zmusza współbiesiadników do znaczącej aktywności. Wybitna płyta, która ma tylko jedną wadę – trwa ledwie 36 minut.


Świetnym uzupełnieniem Supersesji jest ponowne spotkanie Parkera z Rowe, już tylko w duecie – Dark Rags (Potlatch, 1999/2000). Wyciszeni po wyżej opisanym koncercie, mistrzowie niepokojącego nastroju tulą się wzajemnie do snu, tkając ponad 70-minutową misterną opowieść bez odrobiny przynudzania.

Duety Evana z Eddie Prevostem, choć estetycznie dalece odległe od dwu wyżej wspomnianych nagrań, cechują się wszakże podobną charakterystyką – należą bowiem w mojej ocenie do jednych z najciekawszych zarówno w dorobku Parkera, jak i perkusisty - i chyba najistotniejszego - członka kolektywu AMM. Panowie wydali nakładem Matchless trzy sesje nagraniowe, na trzech dyskach dwóch pozycji katalogowych - Most Materiall (2CD,1997) i Imponderable Evidence (2003). Nie mam cienia wątpliwości, iż zwłaszcza pierwsza z wymienionych pozycji, to najwyższa półka kanonu muzyki improwizowanej. Piękne, głównie tenorowe, frazy Parkera konfrontowane są z bardzo transowym, chwilami wręcz rockowym bębnieniem Prevosta. Muzyka zyskuje niespodziewany, medytacyjny wymiar, choć punktem wyjścia dla tych improwizacji jest zdecydowania freejazzowa estetyka.


Wspólne nagrania Parkera i Prevosta zgrabnie uzupełniają inne, trzyosobowe wydawnictwa, które ujrzały światło dzienne już w bieżącej dekadzie. Pierwsze z nich zawiera nagrania z Johnem Edwardsem - All Told. Meetings With Remarkable Saxophonists, Volume 1 (Matchless, 2011), drugie z  Johnem Coxonem - Cinema (Fataka, 2008), trzecie zaś z Sebastianem Lexerem Tri-Borough Triptych (Matchless, 2013). W trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy dokumentacja tej kolaboracji rozbudowała się także o uroczy trójpak 3 Nights At Cafe Oto (Matchless, 2013), z suplementem w formacie DVD. Tu naszych bohaterów wspomagają John Edwards, Alexander Von Schlippenbach i Christof Thewes, w formule tria i kwartetów.

AMM-owski wątek twórczości Parkera wyczerpuje duet z pianistą Johnnym Tilbury Two Chapters and an Epilogue (Matchless, 1998). Bardzo minimalistyczna, współcześnie pojmowana pianistyka Tilbury’ego dominuje w tym nagraniu i jeśli któryś z partnerów bardziej tu chyli czoła wobec interlokutora, to jest  nim Parker. Dodatkowa uwaga – większość nagrań naszego bohatera z pianistami ma wyciszony, chwilami nostalgiczny charakter, wszakże przywołana tu nieco prowokacyjnie nostalgia bywa upiornie przewrotna i niech nie będzie kojarzona z muzyką zbyt łatwych podróży i nadmiernie doświetlonych wind.


Elektroakustyka – poszerzanie horyzontu wyobraźni

Już w pierwszej połowie ostatniej dekady XX wieku, Evan Parker zapragnął rozszerzyć możliwości brzmieniowe swojego modelowego tria z Guyem i Lyttonem, o ciekawe kontrasty akustyczne, jakie stwarza uprawiana ad hoc, w trakcie koncertu, czy studyjnej improwizacji, elektroniczna dekonstrukcja dźwięków generowanych przez żywe instrumenty.
I tak, początkowo jako podwójne trio (każdy z „żywych” dostał partnera pośród „procesorów” dźwięku, czy elektroników pracujących na żywo), powstał Electro-Acoustic Ensemble, jedno z najistotniejszych przedsięwzięć artystycznych muzyka z Bristolu. Formacja z biegiem lat systematycznie się rozrastała, by w ostatnich edycjach osiągnąć już skład 14-osobowy. Warto dobitnie podkreślić, iż tym muzycznym kontekście Parker korzysta jedynie z saksofonu sopranowego, albowiem, jak sam twierdzi, dekonstruowany elektronicznie tenor brzmi „dziwnie, ciężko i niezdarnie”.

Jak do tej pory EAE doczekał się sześciu edycji - Toward the Margins (ECM,1996), Drawn Inward (ECM, 1998), Memory/Vision (ECM, 2002), The Eleventh Hour (ECM, 2004), The Moment’s Energy (ECM, 2007) i Hasselt (Psi, 2010). Wszystkie one śmiało zniosą ciężar najgorętszej rekomendacji – koniecznie do słuchania chronologicznie, tak by móc w pełni docenić proces twórczy, jaki dokonał się na przestrzeni kilkunastu lat istnienia formacji. Jeśli pierwsza płyta jest jeszcze próbą nowego ujęcia „klasycznego” free improv, a druga i trzecia pogłębia element twórczej dekonstrukcji (m.in. poprzez wzrost liczebności procesorów dźwięku), coraz silniej dryfując w kierunku muzyki współczesnej, to czwarta jest już bezkompromisową ucieczką w świat bardzo nowocześnie pojmowanej elektroniki. Piąta edycja na tyle znacząco poszerza udział żywych instrumentów (np. trąbka Petera Evansa, czy klarnety Neda Rothenberga), aby proces „degeneracji” dźwiękowej zyskał nowy, zaskakujący kontekst. Póki co, artystyczną podróż EAE wieńczą koncertowe nagrania z Hasselt, gdzie najpierw improwizacja odbywa się w trzech mniejszych składach, by w finale rozbrzmieć rozbudowanym arsenałem dźwięków granym przez komplet muzyków.

Jako uzupełnienie tej porcji dźwięków całkiem niedawno ukazał się koncert z kanadyjskiego Victoriaville, sygnowany nazwą Electro-Acoustic Septet, a zatytułowany Seven (Victo, 2014). Został on zarejestrowany w składzie wyłącznie amerykańskim (poza Parkerem, rzecz jasna), zatem choćby z tego punktu widzenia, nie należy tej edycji traktować jako pełnoprawnej kontynuacji w/w projektów.


Świetnym uzupełnieniem powyższej epopei niech będzie wydawnictwo SET (Psi, 2003). To jakby kolejna elektro-akustyczna wariacja na temat tria Parker/Guy/Lytton, procesowana aż przez pięciu muzyków, w tym weteranów europejskiej improwizującej elektroniki, duet FURT (są oni zresztą także częścią ostatnich dwóch edycji EAE).


London Improvisers Orchestra/Strings - idea improwizacji zbiorowej

Przypisywanie autorstwa Londyńskiej Orkiestry Improwizatorów Evanowi Parkerowi byłoby oczywiście jawnym nadużyciem, jakkolwiek zapewne nikt nie będzie deprecjonował czynnego udziału sprawczego tego jegomościa w powołaniu tej niebywałej inicjatywy do życia, jeszcze pod koniec ostatniej dekady XX-ego stulecia.
Oto po latach doświadczeń i podejmowania szeregu ryzykownych przedsięwzięć artystycznych, Parker wraz z kolektywem aktywistów londyńskiej sceny free improv postawił ucieleśnić ideę całkowicie wyzwolonej, w pełni kolektywnej improwizacji. Oczywiście LIO, jako muzyczne ciało na ogół w liczbie ponad dwudziestu muzyków, korzysta czasami z klasycznych form komunikacji wewnątrz dużej grupy podmiotów wykonawczych (notyfikacja, zarysy kompozycji, okazjonalni dyrygenci), wszakże pozostaje bezwzględnie fenomenem komunikacji międzyludzkiej (szczególnie w partiach stuprocentowo kolektywnych improwizacji – każdy koncert składa się z przynajmniej jednego takiego interwału). Choć LIO od lat regularnie ćwiczy (pierwsza sobota miesiąca od lutego do listopada, choć ostatnimi laty bywa z tym gorzej, nad czym ubolewa Parker w liner notes Improvisations for George Riste, Psi, 2003-07) i koncertuje (choćby do niedawna na festiwalu Freedom Of The City), składa się w dużej części z muzyków z ogromnym doświadczeniem (także spoza sceny free improv), to fenomen ów pozostaje niepodważalny i budzi mój gigantyczny szacunek.



LIO w trakcie tych kilkunastu lat twórczej egzystencji doczekała się dziewięciu pełnowymiarowych muzycznych rejestracji na nośnikach cyfrowych. Poza pozycją wyżej przywołaną, a także wyśmienitym nagraniem Lio Leo Leon (Psi, 2010), wszystkie ukazały się dzięki inicjatywie EMANEM, a Waszej szczególnej uwadze polecam trzy z nich – Proceeding (1999), Responces, Reproduction and Reality (2003-04) i Freedom Of The City 2001 – Large Groups (2001). Pierwsza z nich warta jest grzechu z uwagi na to, że…. jest pierwsza, przeto niebanalnie surowa i pełnokrwista, druga -  z uwagi na uczestnictwo Keitha Rowe (nawet w tak dużym kolektywie gitarzysta potrafi wieść prym w pewnych fragmentach koncertu), trzecia zaś, bo jest dyskiem dzielonym z innym, równie błyskotliwym projektem Evana Parkera, a mianowicie formacją Strings.

Oto bowiem Strings to jakby mała wersja LIO, składająca się, zgodnie z nazwą, wyłącznie z instrumentów strunowych, z udziałem, nie w każdym nagraniu, sopranu Evana Parkera. Prawdziwie „filharmonijna” improwizacja, czerpiąca swe niezaprzeczalne korzenie z muzyki współczesnej, budująca naturalny pomost między dwubiegunowością muzycznych zainteresowań naszego bohatera (wróć do preambuły tego tekstu). Koncertowe ujawnienie Strings, o którym mowa wyżej, uzupełnia jedyna studyjna rejestracja jej nagrań – Strings with Evan Parker (EMANEM, 3CD, 1998/2000).


Free Zone Appleby’s – modlitwy o akustykę idealną

Trudno przecenić wagę, jaką przywiązuje Evan Parker do walorów akustycznych swojej muzyki. Nie dziwią zatem ciągłe poszukiwania miejsc o akustyce dalece rozszerzającej możliwości instrumentów i odnajdywanie ich na przykład w dużych obiektach sakralnych. Takim, zapewne bardzo ulubionym miejscem Evana jest kościół St.Michell’s w Appleby, we wschodniej Anglii. Tam też corocznie od roku 2002 odbywają się (odbywały się?) jednodniowe spotkania improwizatorów, które jako cykl zyskały nazwę własną Free Zone Appleby.

Siedem dysków (rok pierwszy doczekał się edycji 2CD) wydanych przez Psi jest edytorskim skutkiem tych spotkań (póki co, ostatnia publikacja pochodzi z roku 2007). W odróżnieniu od znacznie większego londyńskiego Freedom Of The City (którego współtwórcą jest także Parker), FZA jest raczej skromnym spotkaniem przyjaciół, którzy w ramach popołudniowej herbatki postanowili wspólnie poimprowizować. Raz są to grupy 8/9-osobowe (w formule improwizacji od składów małych ku większym), innym razem 5, czy nawet 3-osobowe. Za każdym razem ważny jest kontekst, a zatem skonfrontowanie muzycznej wyobraźni muzyków, dla których spotkanie w danej konfiguracji osobowej jest czymś nowym i daje szansę na stworzenie nowej płaszczyzny do ciekawej improwizacji.
Spotkania w Wolnej Strefie interesująco uzupełniają wiele wątków twórczości Evana Parkera i całej europejskiej sceny free improv, a personalnie są m.in. próbą przywrócenia w pamięci słuchaczy takich postaci sceny free z dawnych lat, jak Kenny Wheeler, Gerd Dudek (edycja 2005), czy Aki Takase (2006).


Perły w koronie innych konstelacji personalnych

Wątki artystycznych aktywności Evana Parkera możnaby ciągnąć w nieskończoność, wszakże umiar niech pozostanie także cechą tych parających się free improvise beletrystyką. Poniżej zatem kilka dodatkowych rekomendacji, niemieszczących się w dotychczas zaprezentowanych wątkach:

Synergetics - Phonomanie III (Leo, 1992) – dwupłytowy zestaw nieznajdujący porównania z czymkolwiek w dyskografii Parkera; udana próba odnalezienia saksofonu sopranowego w dalekowschodnim wietrze mnisich improwizacji, częściowo poddanych elektronicznej dekonstrukcji.

Bush Fire (Ogun, 1995) -  niebywały, choć niestety jednokrotny kwintet, łączący brytyjski free improv z południowo afrykańskim free jazzem, pełen smakowitych niuansów sonorystycznych (w składzie Louis Moholo, Barry Guy i bracia Pheto).

Monkey Puzzle (Leo, 1997) – płytoteka Evana zawiera mnóstwo duetów, także z saksofonistami; dla mnie ten, z Nedem Rothenbergiem, jest jednak szczególny, z uwagi na liryzm i szczerość wspólnych improwizacji – uwaga, ten liryzm potrafi kąsać!


Birds and Blades (Intakt, 2002) – kolejny duet, tym razem z Barry Guyem – ich ostatnie jak dotąd wspólne nagranie, zdecydowanie najlepsze – jeden dysk to eksploracje studyjne, drugi - koncertowe.

La lumière de pierres (Psi 2005) – jednorazowa inicjatywa zmierzenia się boga europejskiego free improv z Kanadyjczykami z Quebeku (François Houle, Benoît Delbecq). Saksofony Evana skonfrontowane z klarnetem i nienachalnym piano brzmią bardzo ludzko i koją zszargane nerwy recenzenta – piękne nagranie.

House Full of Floors (Tzadik, 2009) – rzadka okazja posłuchania Parkera w składzie z gitarzystą Johnem Russellem; dodatkowo nagranie ma niesamowite walory akustyczne.

Vivaces (Tour de Bras, 2011) – wizyta Parkera we francuskiej części Kanady kilka lat temu zaowocowała pięknym koncertem, poczynionym w towarzystwie elektroakustycznego ansamblu Le Grand Groupe Regional d’Improvisation Liberee.

Ninth Square (Clean Feed, 2014) – bodaj najlepsze nagranie z udziałem Parkera, poczynione w bieżącej dekadzie. Partnerują mu bardzo kolektywnie Nate Wooley i Joe Morris.

 
Zamiast outro: Topografia płuc, czyli należało zacząć od początku

Topography Of The Lungs (Incus, 1970) - pierwsza płyta sygnowana nazwiskiem Evana Parkera, pozostaje do dziś znaczącym wydarzeniem europejskiego free improv. Spotkanie trzech wyjątkowych ludzi – osobnego gitarzysty, twórcy kanonu swobodnej improwizacji Dereka Baileya, wyjątkowego sprawnego perkusjonalisty Hana Benninka oraz początkującego i znacznie od kolegów młodszego saksofonisty Evana Parkera.


Do kolejnego spotkania w tym składzie nigdy już potem nie dojdzie, co też Topografii Płuc dodaje znamion wyjątkowości. I choć późniejsze trzy duety z Baileyem zasługują na wieczną uwagę (The London Concert, Incus 1975; Arch Duo, Rastascan 1980;  Compatibles, Incus 1985), należy w tym miejscu głośno zapytać, dlaczego tych opublikowanych spotkań było tak niewiele.


Oceniając fakt wznowienia przez Parkera Topografii jedynie pod swoim nazwiskiem, a także niektóre jego komentarze medialne, odnoszę wrażenie, że Panowie, pomimo wielkiego wzajemnego szacunku, nie byli osobowościami zbyt zgodnymi, co w ryzykownej wolnej improwizacji ma czasami kluczowe znaczenie.
Z Benninkiem Parker nagrał potem ledwie jedno wydawnictwo (Grass Is Greener, Psi 2000) i nikogo ono na kolana nie powaliło. Tym większa zatem szkoda, że Topografia jest tylko jedna.

Wielkie otwarcie wspaniałej muzycznej historii Evana Parkera – i niech tak już zostanie po wszeczasy.


Tekst niniejszy w wersji pierwotnej powstał w roku 2011 i ukazał się drukiem w nr 4/5 magazynu m/i, maj-czerwiec 2011. W roku 2013 – po pierwszej aktualizacji - został zamieszczony na portalu jazzarium.pl. Obecna wersja artykułu - umieszczona na tym blogu -  została przeze mnie zaktualizowana w lutym 2016r.


Płyty, których okładki ilustrują niniejszy artykuł zostały przeze mnie określone jako 21 Kamieni Milowych Evana Parkera i pod takim tytułem zostały reprodukowane w wersji papierowej magazynu m/i.



* każdorazowo po tytule płyty podaję nazwę wydawnictwa edycji pierwotnej oraz rok powstania nagrania, nie zaś jego wydania




















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz