Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

wtorek, 8 stycznia 2019

Bopp! Barbares! Leandre & Minton! Welcome to Creative FOUndation!


Kolejny odcinek Trybuny uzupełniający recenzje płyt, jakie znalazły na naszym rocznym podsumowaniu. Czas na francuską puzonistkę Christiane Bopp, która uraczyła nas w roku ubiegłym nie tylko doskonałą płytą solową, ale także równie smakowitym koncertem na warszawskim Ad Libitum, w duecie z Nurrią Andorrą.

Odsłuch i odczyt płyty Bopp Noyau de Lune, uzupełnimy o dwie kolejne, jedną z jej udziałem, drugą zaś bez, ale za to, jak wszystkie dziś prezentowane, wydaną przez francuską oficynę Fou Records, którą kieruje człowiek-instytucja na tamtejszej scenie muzycznej – Jean-Marc Foussat. Dodajmy, że te dwie ostatnie płyty nie są premierami, mają już bowiem za sobą więcej niż 12 miesięcy życia.




Christiane Bopp Noyau de Lune (Fou Records, CD 2018)

Ubiegłoroczne lato było gorące w każdej części Europy. W tych niełatwych okolicznościach przyrody, w jednym z paryskich studiów nagraniowych, powstała płyta, zarejestrowana przy wykorzystaniu puzonu, również preparowanego, głosu, wielu dodatkowych urządzeń, w tym tzw. końcówek do instrumentu dętego blaszanego, a także w wyniku manipulowania poziomem nagłośnienia dźwięku (odczyt z francuskiego być może nie wyszedł nam najlepiej). Siedem historii z tytułami, równo 40 minut muzyki.

Puzon Christiane startuje z dna głębokiej rzeki, tuż obok czujemy też podmuch ciepłego powietrza. Od początku zdajemy sobie zatem sprawę, że gra dla nas więcej niż jeden instrument. Dodajmy, iż dziać się tak będzie w prawie każdym utworze. Akustyczne preparacje, półmrok, pół… cisza. Tajemniczy oddech, któremu towarzyszy… dźwięk trzeciego puzonu. Narracja przypomina elektroakustyczny flow, ale bez prądu, może jedynie, gdzie niegdzie, dźwięk bywa delikatnie amplifikowany. W drugim utworze napotykamy na dwa wątki dynamicznego prychania, szum, pokrzykiwania i głos ludzki. Wątki, które wchodzą w emocjonalny, acz spokojny dialog. Brzmienie puzonu jest czyste, niemal zlepione z głosem. Trzeci odcinek zaprasza nas do tańca! Dźwięk z tuby puzonu i głos biorą się pod ramię i brną we wspólny, niemal folkowy zaśpiew. Bystre, niesamowite! Kocie pląsy, tygrysie zaloty! Mantra, hinduska raga, cokolwiek sobie wymarzysz – kosmos kreatywności! W czwartej części puzony rodzą się jak grzyby do deszczu. Na starcie są już trzy. Garść akcentów perkusjonalnych, suche prychanie i mokre całusy. Igraszki z fakturą dźwięku, multifonia, przekomarzania, a potem zwinne zejście do poziomu ciszy. Piąty – śpiewnie, hymnicznie, każdym porem skóry, każdym fragmentem puzonu. W tle oddech, łapanie powietrza. Jest i drugi puzon, a może to tylko echo, albo rodzaj live processing. Puzony wchodzą w dialog, obok jęki wprost z głębi gardła. Szósty utwór wita nas krótkimi, urywanymi frazami. Szept, pogłos, a … jednak to drugi puzon. Trochę się przedrzeźniają, ale na wesoło i bez specjalnych emocji. Meta taneczna ekspozycja, posadowiona jednak bardzo blisko ciszy. Wreszcie finał – powraca folkowe zawodzenie. Oddech, szmer kurzu, gwizd ustnika. Śpiew z samego gardła, znów gwizd, zabawa na całego. Niemal jak żart – upalona Japonka zagubiła się na wakacjach w Europie i desperacko szuka pomocy! Tuż potem dynamiczne pasaże, coś na kształt beat-boxingu, no i puzon, który śpiewa już samodzielnie, bez udziału sprawczego muzyka. Fajerwerki, wszystko, czego chcesz!




Barbares ‎ Débris D'Orgueil (Fou Records, CD 2017)

Christiane zostaje z nami! Dołącza do niej trzech postawnych mężczyzn: Jean-Luc Petit - klarnet kontrabasowy i saksofon sopranowy, Jean-Marc Foussat – syntezator i głos oraz Makoto Sato – perkusja. Dwie swobodne improwizacje, zarejestrowane w Paryżu, w dwa kolejne, letnie dni 2016 roku. Łącznie 59 minut z sekundami (opis płyty zawiera błędy w tym zakresie).

Dzień pierwszy. Zwinne, kocie perkusjonalia, które szybko przechodzą w progresywny drumming, rechot dęciaków i syntetyczne dźwięki w tle, groźnie pomrukujące. Od pierwszego dźwięku narracja jest bystra, gęsta i szczędzi nam pustych przebiegów. Klarnet kontrabasowy kreśli pętle, puzon zdaje się tańczyć wokół niego. Piękna i trzy bestie! Elektronika początkowo skromna, nieinwazyjna, leje się jak woda i podśpiewuje. Od 6 minuty stara się jednak przejmować inicjatywę, stymulować rozwój improwizacji. Oniryczna, płynna podróż najeżona akustycznymi przeszkodami. Są i głosy z piekła rodem, łoskot analogowej elektroniki. Po 11 minucie atak syntetyki wydaje się nieco zbyt natarczywy, reszta muzykantów walczy jednak bardzo dzielnie. Po chwili chaos elektroakustyki pięknie wybrzmiewa i rozlewa się gęstymi strumieniami. W komentarzu drobny zaśpiew puzonu. W 19 minucie Bopp jakby się multiplikowała, a może to Foussat jest sprawcą tego akustycznego wrażenia. Spokojna narracja, skąpana w drobinach syntetyki, wiedzie nas na finał dnia. Na scenie pojawia się po raz pierwszy tego dnia saksofon sopranowy, kierując całą narrację ku eskalacji. Mnogość dźwięków nieznanego pochodzenia ciekawie zagęszcza finał. Jest i zwinny dźwięk puzonu, i taneczny sopran w stylistyce Trevora Wattsa.

Dzień drugi. Drony dużego klarnetu, smugi cienia puzonu, szelest perkusji, syntezator, który wchodzi do gry stojąc na palcach. Trochę repetycji na flankach, potem krok w kierunku zagęszczania narracji. 6 minuta i mały, niemal akustyczny galop z elektroakustycznym backgroundem. Trzy minuty później Foussat atakuje chórem syntetyki. W komentarzu dęty dialog i drumming z synkopą. A zaraz potem konfrontacja syntezatora z puzonem, niczym mała burza z piorunami. Równie piękna, jak i dynamiczna ściana dźwięku. Recenzent śle jednak pochwały pod adresem Foussata, który tym razem świetnie trzyma nerwy na wodzy, a dawki jego elektroniki są dziś szyte na miarę coraz ciekawszej improwizacji. Kolejne wyciszenie znów przychodzi szybko, ale i we właściwym momencie (brawa dla wszystkich za porządek dramaturgiczny!). Intrygujące echo sopranu daje dość szybko znak do kolejnej eskalacji. 15 minuta, to dobre, dęte dialogi, choć elektronika nadciąga dużymi krokami. Całość narracji dość zwinnie przepoczwarza się w niemal free jazzowy galop, tu ze świetnym drummingiem Sato (jeden z najlepszych momentów płyty!). Powerful! W 19 minucie muzycy schodzą w głuchą ciszę. Zwinny puzon, mała perkusja, jakże smakowity duet. W tle pogłos, echo rozsądnej elektroniki. Narracja w tle jakby lepiła się w dron. Klarnet drży, puzon też ma ochotę na dłuższą ekspozycję. Są i głosy, tym razem anielskie, lekko podpalane, także zmysłowy sopran. Od 25 minuty następuje kolektywne i sukcesywne gaszenie improwizacji. Dęciaki pomrukują z zadowolenia, słychać śpiew ptaków (!). Bopp i Petit na moment zostają sami, nawet słychać gości w barze. Po chwili sprawy w swoje ręce biorą Foussat i Sato. Bystrym duetem, podszytym delikatnym rytmem, osiągają linię mety.




Joëlle Léandre/ Phil Minton  Léandre-Minton (Fou Records, CD 2017)

Początek października 2016 roku, Paryż, 19 rue Paul Fort. Na scenie dwie wyjątkowe postaci europejskiego free improv – Ona na kontrabasie, będzie też używać głosu i On, który używać będzie wyłącznie głosu. Zasadnicza część koncertu przekroczy 30 minut, po nim dwa kilkominutowe encore – łącznie trzy kwadranse i kilkadziesiąt sekund. Płyta nie ma co prawda tytułu, ale połączone w całość nazwy poszczególnych jej części dadzą nam roboczy tytuł Silence in Bluish.

Wejście Francuzki w koncert, jak to ona ma w zwyczaju, jest niezwykle wyraziste – szarpnięcie struny i smyczek niemal w jednym dźwięku. Obok z samego dna gardła zmysłowo pojękuje Anglik. Od pierwszego spojrzenia muzycy pozostają w wyśmienitej relacji. Nic w zachowaniu partnera nie uchodzi ich uwadze, bystrze na siebie reagują, wchodzą w intrygującego dialogi, incydentalnie imitują się wzajemnie. Skwierczący smyczek i zalotne gwizdy, śpiew i krzyk, także sążniste zapasy, gdy schodzą nisko na kolanach – barokowe niemal bogactwo dźwięków i wrażeń (zapewne także wizualnych). Popisy Mintona, który – jak świetnie wiemy – jest w stanie wydać z siebie każdy dźwięk, obok Leandre, która arsenał werbalnych środków wyrazu – to także świetnie wiemy – ma niezwykle rozbudowany. Ta druga do słownych igraszek włącza się około 10 minuty. Humor, szczypta teatralnej groteski, rozbudowane didaskalia. W 12-13 minucie muzycy śmiało idą w dynamiczny półgalop. Minton zdaje się mieć tysiąc pomysłów na sekundę, Leandre dokłada kolejne kilkaset. Zmiana goni zmianę. W 20 minucie wzajemnie na siebie pogwizdują, dwie minuty potem rozgrzany smyczek dyskutuje z melorecytacją wokalisty. W 25 minucie kontrabasistka śpiewa drobną arię operową, towarzyszy jej pomruk zadowolenia partnera – jakże piękny moment! Brawura, humor, kosmiczny warsztat, barokowy przepych – reasumuje recenzent. Na finał szmery i syczenie – whaw!

Pierwsza dogrywka zaczyna się od ptasiego gwizdu, pijackiego gaworzenia. Obok przyczajone pizzicato. Muzycy znów kipią emocjami, empatią i pełnym zrozumieniem idei tej zabawy w dźwięki. Słyszymy dawno zapomniany głos Kaczora Donalda! Leandre w ramach riposty jęczy i śpiewa bluesa. Potem galop i równie dynamiczne stopowanie, połączone z rozszarpywaniem strun ołowianym smykiem. Wreszcie sam finał tego błyskotliwego spektaklu – kaszel, mdłości, podrygi i … pizzicato. Krzyk, jęki konającego i zapach lisiego potu. Zejście na kolana, zwinne poszukiwanie ciszy. Barok Leandre na niskim smyku niemal płonie, Minton bulgocze, gdacze i skatuje. What a finish!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz