Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

niedziela, 15 grudnia 2019

Evan Parker in trio and duo! Autumn gifts from Listen Foundation!


Poniższe recenzje powstały na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże zostały pierwotnie opublikowane.


Inferences by Evan Parker/ Lotte Anker/ Torben Snekkestad

Nieustającej celebracji 75. urodzin Evana Parkera ciąg dalszy! Tym razem krajowy edytor, niezastąpiona Fundacja Słuchaj! i dwa nagrania mistrza, które od kilku tygodni ubarwiają nam jesienną rzeczywistość, dodajmy – oba poczynione w dalece doborowym towarzystwie.

Na omówienie duetu z Joe Morrisem przyjdzie czas niebawem. Dziś zaś zaglądamy na krążek Inferences, nagrany na koncercie w kopenhaskim KoncertKirken – Blågårds Plads niemal dokładnie trzy lata temu. Saksofoniście z Bristolu (tym razem tylko saksofon sopranowy) towarzyszy międzypokoleniowy zaciąg skandynawski – Lotte Anker na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz Torben Snekkestad na saksofonie sopranowym i trąbce. Koncert podzielony na dwie części trwa dokładnie 41 minut.




Pierwsze dźwięki koncertu rodzą się w ciszy, w głębinach trzech saksofonowych tub – sopranowego, tenorowego i … sopranowego. Płynna, swobodna narracja, z drobinkami melodii, podawanymi jakby ukradkiem, przy okazji mozołu kolektywnej improwizacji. Bystre ptasie ekspozycje sopranów na flankach i niezobowiązujące pomruki tenoru w samym środku tej opowieści – kameralne rozmowy o dżdżystym poranku. Po 4 minucie improwizacja nieznacznie nabiera mocy, ale bardzo jej daleko do jakichkolwiek znamion free jazzu. Toczy się śpiewnie, zalotnie, całkiem melodyjnie, w pełnym skupieniu i takimż wzajemnym zrozumieniu, wyposażona w adekwatny dla sytuacji dramaturgicznej, ładunek emocjonalny. W 11 minucie oba saksofony sopranowe na niedługą chwilę zostają same na scenie – płynną wyjątkowo delikatnym free chamber. Po chwili powraca Anker, ale wyposażona jest już także w saksofon sopranowy. Oto trzy dorodne pawie tańczą na wybiegu i ślą moc sopranowych pozdrowień w każdym kierunku świata. Całość brzmi cudownie pod względem akustycznym, co szczególnie dobitnie słychać w okolicy 17 minuty, gdy wszystkie dźwięki zdają się lepić w jeden strumień fonii. Po kolejnych kilkudziesięciu sekundach, to Torben zmienia instrument – sięga po trąbkę, którą od razu wypuszcza w otchłań preparacji i niebanalnej sonorystyki. Evan i Lotte komentują na boku z westchnieniem podziwu. W 22 minucie narracja robi kolejny krok ku górze, a całość wydaje się krzyczeć z radości, jednocześnie szokując drogi ku zmysłowemu wyciszeniu. W 24 minucie trąbka szumi, a w tle oba soprany kwilą zupełnie niezobowiązująco. Drogę zaś do ostatniego dźwięku pierwszego seta, wszyscy postanawiają zmarnować na wyjątkowo piękne preparacje.

Set drugi, znacznie krótszy, otwierają parsknięcia dysz, słodkie podrygi z delikatnymi zadziorami akustycznymi – moc skupienia i dramaturgicznej pieczołowitości. Najpierw trąbka, sopran i tenor, po chwili ta pierwsza zostaje zastąpiona sopranem. Oniryczna atmosfera, suche dialogi, rodzaj specyficznego call & responce - trzy posuwiste pasma fonii, a pośród nich gęsty od potu tenor. Po 7 minucie także małe tuby zaczynają zagęszczać swój flow. Lewy sopran gada z tenorem, prawy sopran komentuje z wyważonym poczuciem humoru. Po chwili wszyscy lepią się do siebie, jak w kadzi z miodem. Po 11 minucie muzycy postanawiają studzić emocje i chowają się w wyjątkowo pięknym free chamber. Soprany śpiewają, tenor tańczy tuż obok i niemal staje się … sopranem. Na ostatniej prostej Lotte chyba rzeczywiście trzyma w dłoniach sopran, a całość opowieści osiąga stan niemal ekstatyczny. Piękny finał, jakże uroczej improwizacji.


The Village by Evan Parker & Joe Morris

Kontynuujemy celebrację 75. urodzin najwybitniejszego żyjącego muzyka swobodnej improwizacji, wspaniałego brytyjskiego saksofonisty Evana Parkera. Kolejną frapującą płytę z jego udziałem dostarcza Fundacja Słuchaj! To duet z amerykańskim gitarzystą Joe Morrisem, nagrany w Nowym Jorku (Greenwich House) niemal dokładnie pięć lat temu, a wydany na CD jako The Village. Panowie swój spektakl podzielili na dwa sety, jeden dłuższy, drugi znacznie krótszy. Z radością zaglądamy zatem do środka.




Muzycy wchodzą w wir koncertowych wydarzeń z dużą dawką inicjatywy, od startu każdej akcji towarzyszy równie błyskotliwa reakcja. Saksofon tenorowy Parkera brzmi jak zawsze, rozpoznawalny jeszcze przed wydaniem pierwszego pełnego dźwięku. Gitara Morrisa, skupiona, słychać niemal każdą jej strunę. Muzyk snuje sympatyczne mikro pasaże, niczym wystudiowany Derek Bailey. Narracja wypełniona jest dźwiękami po brzegi, ale jej flow wydaje się być spokojny, emocjonalnie zrównoważony. Muzycy od czasu do czasu łykają więcej powietrza w płuca, w innych momentach ich palce szybciej biegają po dyszach i strunach. Po 8 minucie następuje krótkotrwały wzrost dynamiki poczynań obu artystów, ale zmysłowe spowolnienie zdaje się nadchodzić jeszcze szybciej. Morris gra pojedynczymi strunami, Parker bierze do ust dużą porcję powietrza, pełnego relaksującej nostalgii za chwilami minionymi. Narracja toczy się wszakże dalej, nadal dość wartkim strumieniem dźwięków, które znamy dobrze, ale których barwa i sposób konstruowania dramaturgii całości, definitywnie cieszy nasze uszy, jest komfortowa akustycznie, przy okazji także intrygująca dla naszego zrelaksowanego umysłu. W 18 minucie delikatnie wyciszenie jeszcze bardziej buduje skupienie muzyków i programową monotonię spektaklu. Dysze pulsują, a struny zdają się być niezwykle cienkie, filigranowe. Powtarzalność, mantryczność, posmak ragi, puls kory - każde wskazanie gatunkowe spoza naszej wyuzdanej, ponowoczesnej cywilizacji zdaje się być właściwym tropem dla zrozumienia tej muzyki. W 26 minucie czas na pewną dynamizację koncertu – saksofon brzmi jakby potężniej, a gitara zachowuje się dokładnie tak samo. Po mniej więcej czterech minutach saksofon daje jednak sygnał do zejścia o piętro niżej w zakresie budowania napięcia - garść oddechu cyrkulacyjnego mistrza tej metody, obok skrawki brudu na gryfie gitary. W 35 minucie Morris postanawia wypolerować struny gitary, Parker zaś przeczyścić dysze odrobiną wilgotnego powietrza. Narracja zdaje się nabierać nieco innego posmaku. Saksofon zaczyna warczeć, gitara zaś przypominać brzmieniem altówkę, traktowaną małym smyczkiem. Na finał pierwszego seta muzycy na moment dynamizują swój przekaz, za co spotyka ich całkiem zasłużona porcja oklasków.

Set drugi startuje niemal bez przerwy, jedynie Morris delikatnie dostraja gitarę. Parker sięga tym razem po saksofon sopranowy. Pierwszy z muzyków biega palcami po gryfie, szukając dramaturgicznego punktu zaczepienia, drugi parska i kreśli zwinne mikro melodie. Narracja robi się znacznie lżejsza, co jest nie tylko zasługą saksofonu sopranowego, ale także gitary, która stroi nieco wyżej, jakby na moment chciała stać się gitarą niemal klasyczną. Muzycy ćwierkają niczym wróble na pierwszej randce, czyniąc ten moment koncertu wyjątkowo pięknym. Po chwili obaj zaczynają nadawać swoim opowieściom większej mocy, odrobiny zadziorności, a recenzent już śmiało odnotować może najbardziej udany fragment koncertu! W 10 minucie narracja nabiera znamion całkiem hałaśliwej – sopran wpada w mantryczną cyrkulację, a gitara śle dźwięki z jeszcze ostrzejszymi kantami. Po pewnym czasie, z mozołem, systematycznie, fraza po frazie, muzycy przystępują do procesu wygaszania emocji i poszukiwania ostatniego dźwięku. Znajdują go w niemal zupełnej ciszy, którą przerywa burza zasłużonych oklasków.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz