Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

piątek, 7 sierpnia 2020

Keune, Lash & Noble! And Now!


Fenomen muzyki improwizowanej polega między innymi na tym, iż nie przestaje ona zaskakiwać nas choćby przez moment. Przesłuchałeś tysiące płyt, twoje domowe półki uginają się pod ich ciężarem, pamięci zewnętrzne twoich komputerów dawno już pękły w szwach, zdawałoby się, że nic cię już nie zaskoczy, a tu takie And Now! wpada do twojego odtwarzacza, a jego akustyczne dźwięki (z archaicznego nośnika CD!) skutecznie ryją ci beret i stawiają do pionu! Możesz jedynie krzyknąć WHAW! i bez zbędnej zwłoki przystąpić do opisania, w języku ci ojczystym, jak bardzo ta muzyka rwie ci trzewia i sprawia, iż koniecznie musisz o tym fakcie poinformować cały świat!

Saksofon tenorowy, kontrabas i perkusja. Znacie taki wariant? Swobodna zabawa w dźwięki silnie osadzone w jazzowej estetyce. Coś Wam to mówi? Koncert z londyńskim Cafe Oto (Project Space), styczeń szalonego roku 2020! Okoliczności nad wyraz typowe? Trzy odcinki, ponad 66 minut muzyki*). Ostrzegam – muzyki wyjątkowej! Dawno nie słuchałem swobodnego free jazzu na takim poziomie!

Panie i Panowie - Stefan Keune**), Dominic Lash i Steve Noble!





Well Then. Od pierwszego dźwięku opowieść toczona jest bardzo kolektywnie, trochę wedle reguły wet za wet, akcja za akcję! Masywny, ale bardzo bystry, chwilami agresywny free jazz! Keune zaczyna z naprawdę wysokiego C – śle ze swojego tenoru ostre frazy, czupurne klastery, strumienie dźwięków niezwykle mocnych, intensywnych, ale jednocześnie precyzyjnych, pełnych błyskotliwego zadęcia, kreowanych doskonałą techniką gry i zdaje się, że niczym nieograniczoną kreatywnością. Noble dyktuje bystre tempo, pełen jest dobrych emocji i przyjaznej perkusiście nerwowości. Lash płynie matowym brzmieniem kontrabasu, snuje się pomiędzy partnerami jak wąż, który kąsa raz za razem. Choć to prawie niemożliwe, dynamika nagrania wciąż rośnie, a ogień bucha z każdego miejsca sceny. Saksofon śpiewa, skrzeczy, rozrabia całą paletą dysz, stawia stemple doskonałości niczym szwajcarski zegarek wyznaczający nano sekundy różnicy w biegu na sto metrów. What a power! Pakt z diabłem zostaje szybko osiągnięty – już teraz zdaje się być nieśmiertelny! Wybicie 8 minuty wyznacza drobne spowolnienie na osi wydarzeń. Krótkie, perkusyjne solo, które de facto wyznacza nowy wątek improwizacji, tudzież kilka ostrych szarpnięć za struny dla podkreślenia wagi sytuacji scenicznej. Dęciak powraca po dwóch minutach, ale zdaje się być odrobinę zrelaksowany i nigdzie się mu nie śpieszy. Stawia ostre jak brzytwa frazy, ale nie goni za dynamiką. Klimat delikatnego suspensu podkreśla pierwsze pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu (arco do pary z pizzicato!). Narracja nabiera wiatru w żagle – popis na wszystkich frontach! Najpierw krótkie interludium na kontrabas i perkusję, czynione naszą ulubioną metodą call & responce, skomentowane subtelnymi podmuchami z tuby saksofonu (brzmiącego, jak kruszyna!), imitującymi wysoki lot smyczka. Potem faza pół dronów, małych śpiewów i zalotnych gierek, z wycofanym, a chwilami nawet milczącym saksofonem. Ten ostatni powraca po 20 minucie i zabiera całą łobuzerię w kolejny ognisty galop. Stefan strzela jak z karabinu maszynowego, ale czyni wszystko z gracją florecisty! Nim set dobije do końca, muzycy zdążą jeszcze wyhamować i zaprosić nas na krótki spacer w klimatach dark & slowly. Tenor staje na placach, smyk go wspiera, błyszczą talerze. Ostatnie dźwięki leją się ze smyczka, który przytula się do tuby saksofonu.

Whatsoever. Szczoteczki perkusyjne szeleszczą w powietrzu. Spokojne otwarcie, komentowane przez krótkie frazy kontrabasu i saksofonu, mała rozmowa o poranku. Narracja budowana jest na bazie świetnej komunikacji - każdy z muzyków zdaje się perfekcyjnie antycypować działania partnerów. Na bardziej energiczne ruchy artystów musimy poczekać aż do 6 minuty. Emocje dość szybko dobijają do poziomu otwarcia całego koncertu. Noble nie dyktuje jednak szczególnie ostrego tempa, wszyscy mają tu czas na sytuacyjne niuanse, dobre akcje i jeszcze lepsze reakcje! Perła za perłą! Lash znów żeni arco z pizzicato węzłem wiecznej miłości. Keune zdaje się być gotowy i zdolny do wszystkiego. Niczym zadziorny łobuziak zabiera chłopaków na niebezpieczny trip! Faza tłumienia i szukania mroku następuje w połowie 9 minuty. Mikro solo Noble’a niemal przezroczyste jak ambient. Znów wystarczy ułamek sekundy, by trio stanęło w ogniu. Dramaturgiczny rollercaster trwa tu w najlepsze! Jakby nam było mało, pod sam koniec kilkunastominutowej części muzycy włączają jeszcze tryb speed metalowy!

Finally. Rozochocony smyczek, dynamiczne pałeczki tańczące jedynie na talerzach i groźny saksofon – oto konstelacja, z jaką ruszamy w ostatni dziś bój. Kolektywne stemple ognia budzą respekt na widowni, ale ten free jazz zdaje się być lekki niczym stado wiosennych gołębi, temperamentny i uczuciowy, mimo, iż czyniony na dużej dynamice. What a game! Tuż przed upływem 5 minuty solo kontrabasu, dziergane wyjątkowo ostrym smyczkiem. Obok rezonują talerze, tuba piszczy i lamentuje (a może muzyk używa tu samego ustnika?). Beauty dirty chamber as well! Kolejna faza improwizacji, to kilka szybkich dialogów, które znamionują powrót jazzowej estetyki. Podejście pod kolejny wybuch free jazzowych emocji trwa kilka minut. Eksplozja ma miejsce dokładnie po upływie 12 minuty. Power trio! Samonakręcająca się spirala demonicznej mocy! Ten wątek koncertu gaśnie po mniej więcej czterech minutach, leniwie przechodząc w fazę rezonansu talerzy do pary z pizzicato kontrabasu (kolejne duetowe interludium, to niemal znak rozpoznawczy tego wyśmienitego koncertu!). Saksofon powraca zawadiacko, stawia gęste zasieki lub zalotnie podśpiewuje pod nosem. Gra w pytania i odpowiedzi na osi kontrabas-saksofon znów zdobi flow samym złotem. Z sekundy na sekundę opowieść zbliża się do fazy finałowej. W skupieniu, bez pośpiechu, ale wciąż z dramaturgiczną precyzją – namiętny smyczek, szeleszczące talerze, wytłumiony, ugrzeczniony saksofon, wszystko w trybie suchej preparacji dźwięków. Jeszcze tylko kilka bardziej energetycznych ruchów, para-jazzowych grepsów (ach, ten Lash!) i opowieść dobiega końca. Brawo!

 

*) Wydawcą płyty CD jest FMR Records. Premiera wydawnictwa miała miejsce w ubiegłym miesiącu.

**) Niemiecki saksofonista, mimo, iż dość dawno osiągnął wiek średni (ur.1965), po prawdzie debiutował na naszych łamach całkiem niedawno, przy okazji pierwszego wydania nagrania, które zarejestrowano w roku … 1993. Ów doskonały koncert - Nothing Particularly Horrible (Live In Bochum '93) – został odpowiednio skomentowany przez Pana Redaktora.  W zatęchłych archiwach Trybuny można jeszcze znaleźć ledwie kilka słów wychwalającym nagranie Stefana sprzed prawie 20 lat, poczynione w towarzystwie jednego z naszych ulubieńców – Johna Russella.

Redakcja nie ma specjalnie dużych wyrzutów sumienia z powodu tak wątłej prezentacji dotychczasowego dorobku saksofonisty, bo i ów dorobek nie jest nadmiernie rozbudowany. Wedle wskazań naszego podręcznego przyjaciela (discogs.com), muzyk – aktywny zawodowo już pełne trzy dekady - upublicznił do tej pory w sumie jedenaście wydawnictw (z dziś opisywanym włącznie). Nie zmienia to jednak faktu, iż po większość z tych nagrań będziemy chcieli sięgnąć niezwłocznie (ale to już pewnie po wakacjach!).

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz