Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

sobota, 14 listopada 2020

Dirk Serries in 2020’ Autumn! A multidimensional overview for your pleasure!


Ultrapandemiczna jesień nie pozwala na organizację w pełni żywych koncertów (choć część festiwali odbyła się jakimś cudem, niektóre nawet ze śladowym udziałem publiczności!!!), ale w jakikolwiek sposób nie ogranicza aktywności edytorskiej muzyków i wydawców, szczególnie w obszarze muzyki improwizowanej, gdzie przecież powstanie każdego nowego nagrania stanowić może pretekst do jego publikacji.

Jeden z absolutnych faworytów redakcji, belgijski gitarzysta Dirk Serries, nie dotarł niestety na czwartą edycję pewnego krajowego festiwalu spontanicznego, ale jakby w zamian za to (a może pomimo tego) dostarczył nam w ostatnich tygodniach prawdziwy ocean dźwiękowych wspaniałości. Dziś pochylimy się nad pięcioma jesiennymi premierami z jego kluczowym udziałem. Płytami tak od siebie różniącymi się, jak tylko różnić się mogą dźwięki powstałe w głowie i pod palcami jednego człowieka.

Zaczniemy improwizowanym dark ambientem naszej ulubionej formacji Yodok III, potem uciekniemy na dwa swobodnie wykreowane sety kwartetowe, które zaprezentują nam m.in. improwizację powstałą w więcej niż jednym wymiarze czasoprzestrzeni (pandemia wymusza nowe rozwiązania w zakresie organizacji spotkań międzyludzkich!). Kolejna płyta przeniesie nas do krainy muzyki minimalistycznej, improwizowanej w oparciu o graficzne notacje, a ostatnia znów zaprosi w bezmiar jedynego w swoim rodzaju dark ambientu, tym razem w klasycznym dla Serriesa wydaniu – na samotną gitarę elektryczną, tu zrealizowanym w pandemicznych okolicznościach tegorocznego września.

 


Yodok III  A Dreamer Ascends (Consouling Sounds, LP/CD)

Tomas Järmyr (perkusja), Kristoffer Lo (amplifikowana tuba i flugabone) oraz Dirk Serries (gitara elektryczna) preferują na swojej drodze artystycznej długie, rozbudowane prezentacje koncertowe, a do studia nagraniowego trafiają raptem raz na kilka lat. Dziś doświadczamy właśnie drugiego z tych przypadków (ORA Studio, Trondheim, Norwegia, grudzień 2017), dodatkowo skrojonego pod wymiar płyty analogowej, zatem wyjątkowo krótkiego, przeto niebywale skondensowanego w zakresie treści i należnych im emocjom. Jeśli brakuje wam czasu na odsłuch koncertowych epopei Yodok III, tu dostajecie ideę tej niebywałej muzyki w prawdziwej pigułce. Dwie improwizacje, łącznie 33 minuty i 20 sekund.

Perkusyjna stopa na bębnie basowym bije sercem tej opowieści. Na prawej flance budzą się do życia dwa pasma ambientu – jedno śpiewa i romantycznie zawodzi, drugie wyje z rozpaczy. Po drugiej stronie sceny pojawia się strumień szorstkich, ale zdecydowanie gitarowych dźwięków. W tle szeleści, pulsuje jeszcze nie do końca rozgrzany amplifikator. Pełnowymiarowy drumming pojawia się w połowie czwartej minuty i zdaje się ciągnąć ambientowe pasma ku wzgórzom ekspresji. W opowieści wciąż pojawiają się nowe elementy, drobne, czasami krótkotrwale (nie bez rockowego posmaku), ale definitywnie ubogacające całość ekspozycji. Wejście narracji na poziom ściany dźwięku możemy ogłosić po upływie siódmej minuty. Przez kolejne siedem minut – choć to trudne do wyobrażenia - muzycy utrzymują się na krzywej wznoszącej, eskalują emocje i poziom ekspresji, aż do efektownego wybrzmienia.

W drugą improwizację wchodzimy niemal niezauważeni, w sam środek dość już intensywnych wydarzeń. Rozgrzana perkusja i kilka syntezatorowych pasm z tuby, zapewne także z gitary, uroczo się ze sobą kotłuje. Opowieść płynie szerokim korytem, można w niej odszukać drobne wątki podszyte tajemniczą nostalgią. Flow nabiera epickości, prawdziwie ekspresjonistycznego rozmachu twórczego. Trzech ludzi zdaje się budować dźwiękowy masyw godny orkiestry symfonicznej. Już jednak po upływie czwartej minuty scenę spowija zaskakująca cisza – drummer milknie, a ambientowe pasma gasną, jak ostatnie promienie słońca w trakcie przedwczesnego zmierzchu. Muzycy bez zbędnej zwłoki zdają się kreować nowy wątek – dron meta syntetycznej fonii stoi niemal w miejscu, a wybudzona z chwilowego letargu perkusja zaczyna kręcić się wokół własnej osi. Żywy drumming w tajemniczej mgławicy. Zimny, bardzo zimny Yodok! Muzycy zdają się mieć kilka chwil zawahania, albowiem dopiero w połowie ósmej minuty zamglona gitara i pasma dość piskliwego ambientu z tuby zaczynają budować coś na kształt narracji właściwej. Pojawia się pasmo basowe, tuż obok niego niemal żywa tuba, która śpiewa melodię. Drumming rośnie w siłę z każdą sekundą. Opowieści przybywa mroku i suspensu. W tym rosnącym tyglu emocji, w połowie trzynastej minuty tuba zaczyna nagle nucić spokojną piosenkę. Dysonans ów pcha opowieść do przodu. Po kilku kolejnych minutach wszystkie dźwięki jednocześnie płaczą i krzyczą. Egzystencjalna pustka i dźwiękowa ściana, która nie ustępuje choćby na krok. Nim wybije dziewiętnasta minuta, przy wciąż aktywnym drummingu, opowieść zaczyna przygasać. Coś gwiżdże, coś piszczy, śpiewa i oddycha – mamy wrażenie, że w miejsce ginącej muzyki pojawia się gwar publiczności, która choć zdematerializowana światowym lockdownem, wciąż pozostaje z muzykami, nawet w pustce studyjnych pomieszczeń. Dźwięk urywa się nagle, słychać tylko irytujący szelest wygaszonego amplifikatora.

 


Ward/ Verhoeven/ Serries/ Roberts  Imaginary Junction (A New Wave Of Jazz, CD)

Zmieniamy klimat gatunkowy (to dziś reguła!) i przynosimy się do … dwóch miejsc jednocześnie! Martina Verhoeven (fortepian) i Dirk Serries (gitara akustyczna) znajdują się w belgijskim Sint-Lenaarts, zaś Cath Roberts (saksofon barytonowy, obiekty) i Tom Ward (flet, klarnet, klarnet basowy) w angielskim Brockley. Obie pary połączone są globalną siecią i aplikacją JackTrip, dzięki czemu słyszą się (i pewnie widzą) w czasie niemal rzeczywistym. Wspólnie zatem improwizują, mimo, iż znajdują się po przeciwległych stronach kanału oddzielającego Imperium Brytyjskie od Starego Kontynentu. W samym środku pandemicznego lata 2020 owa zdalna free impro trwa godzinę zegarową i kilkanaście sekund, a na płycie składa się z dwóch części.

Kwartet binarnej rzeczywistości rusza w bój z pewną nieśmiałością. Muzycy – choć są razem dzięki urokom nowoczesnych technologii – zapewne czują odległości pomiędzy sobą. Ale już pierwsze dźwięki (błysk suchej gitary, szelest strun piana, urywane, dęte frazy) powodują, iż wszelkie wątpliwości natury komunikacyjnej mijają bezpowrotnie. Pierwsza faza improwizacji, to próby nawiązywania wzajemnych kontaktów metodą call & responce. Wystarczy jednak kilka silniejszych uderzeń w czarne klawisze, by kwartet ruszył zwartym szykiem na swoje pierwsze łowy (powagi sprawie dodaje rozśpiewany saksofon barytonowy). Już w połowie 5 minuty muzycy po raz pierwszy szukają własnych oddechów i bawią się z ciszą. Po chwili lepią się w dron i szukają nowej intrygi – ptasi harmider na brytyjskich flankach, a w belgijskim środku deep piano i baileyowska gitara, wszyscy mają tu coś ciekawego do powiedzenia. W kolejnym epizodzie z ciszą po raz pierwszy pojawia się flet, przedmioty na gryfie gitary i piano, które szuka akustycznego ambientu. Nastrój chwili unosi się w powietrzu, niczym baletnica. Po wybiciu 15 minuty kwartet porzuca jednak niuanse dramaturgiczne i rusza w eksplozywne, niemal free jazzowe tango. Gdy artyści znów wytracą moc, tym, który zakłóca pozorny spokój jest masywny baryton. Ów ciekawy dysonans estetyczny prowadzi do wykreowania na niedługą chwilę dalece minimalistycznej improwizacji, która smakować zaczyna estetyką idei Tonus, jakże charakterystycznej dla niektórych przedsięwzięć Serriesa (patrz: inna dzisiejsza recenzja). Flow ciągnie klarnet basowy i piano, gitara i baryton snują komentarze, a reakcje zazębiają się na tyle intensywnie, iż kwartet dość sprawnie osiąga emocjonujący status ognistego post-jazzu. Po osiągnięciu szczytu powraca flet i klimat seta chyli się ku kolektywnego zakończeniu. Tu mistrzynią okazuję się Martina i jej głębokie frazy z pudła rezonansowego piana.

Drugi set otwiera duży klarnet, a opowieść tworzą drobiazgi, które lepią się do siebie w dość nerwowym, niepokojącym trybie. Smyczek i czarne klawisze rysują narrację, która przypomina Different Trains Reicha na lekkich sterydach. Rytm zostaje z nimi przez dłuższą chwilę, po czym rozpływa się w abstrakcjach post-jazzu. Pierwsze skutecznie uspokojenie następuje dopiero w połowie 8 minuty, głównie z inicjatywny klarnetu basowego i piana. Garść akustycznego rozgardiaszu - coś szumi, coś szemrze, kilka stempli piana. Nastrój chwili robi się dalece kameralny, a frazy stają się dłuższe i bardziej wyważone. Ów jakże piękny moment sesji gaśnie do poziomu ciszy w połowie 21 minuty. Finałowa partycja rodzi się z drobnych fonii, znów zaczyna przypominać tonusowe, minimalistyczne gry w kreatywne zaniechanie. Pojedyncze frazy, flet, pianistyczne abstrakcje. Dźwięki nabierają wprawdzie intensywności, ale w ogóle nie szukają dynamiki. Serce narracji obumiera pod ciężarem klawiszy fortepianu.

 


Rubicon Quartet  Crosscurrents (A New Wave Of Jazz, CD)

Okoliczności pandemiczne pozostawiamy w ich niebycie i cofamy się do grudnia ubiegłego roku. W studiu Sunny Side Inc., w brukselskim Anderlechcie, spotykamy muzyków, którzy zwą się Rubicon Quartet. Patrick De Groote (trąbka, bugel), Cel Overberghe (saksofon altowy) oraz uczestnicy poprzedniej improwizacji - Dirk Serries (gitara akustyczna) i Martina Verhoeven (fortepian) będą improwizować przez siedem odcinków - łącznie 56 i pół minuty.

Kolejny dziś kwartet zaprasza nas na podróż nieco bardziej przewidywalną estetycznie i dramaturgicznie niż pandemiczny meeting dwóch duetów. Muzycy wciąż będą swobodnie improwizować, jakkolwiek częściej sięgać po stricte jazzowe rozwiązania, w czym celował będzie saksofonista, który najwyraźniej w bardziej uporządkowanej stylistyce czuje się lepiej niż w żywiole emocji, które zdają się pozwalać na wszystko. Pierwsza opowieść potwierdza tezę recenzenta. Krótkie otwarcie gitary, kilka stempli i kwartet rusza kolektywnie w pierwszą, niemal free jazzową podróż. W połowie utworu zaczyna się faza duetowa. Najpierw dość wystudiowany dęty dialog, potem odrobinę ciekawiej w zwarciu piana i gitary, a na finał już naprawdę dobrze w swobodnej rejteradzie na trąbkę i gitarę. Drugą część otwiera podmuch gorącego powietrza z trębackiego wentyla. Po kilku komentarzach kwartet rusza w kolejną eskapadę ociekającą jazzowym ogniem. W drugiej fazie improwizacji muzycy schodzą w okolice ciszy i tutaj także zdają się być bardzo przekonujący. Trzecią opowieść zaczyna solowy saksofon, pracujący niemal samymi dyszami. Posmak suchych strun i trębackich oddechów wkleja się po pewnym czasie. Narracja uroczo się ślimaczy, instrumenty gadają ze sobą o wszystkim i o niczym, a finałowe emocje zawdzięczamy głównie rozochoconym dęciakom. Czwarta część przenosi nas w nieco inne kategorie emocji. Metoda call & responce muzycy budują piękną opowieść, nie stroniąc od preparacji i świetnie na siebie reagując. Gitara dodaje ciepła, piano przestrzeni, zaś trąbka i saksofon nieco balladowego zaśpiewu.

Piąta improwizacja rodzi się w tubach saksofonu i trąbki. Gitara buduje niezobowiązujące tło, parska post-Baileyem, nie stroni od na poły dynamicznego riffowania, a piano liczy czarne klawisze. Mroczna, kolektywna narracja pęcznieje niemal samoczynnie, a gaśnie w jazzie saksofonu altowego. Na starcie kolejnej opowieści preparująca trąbka naprawdę dużo wymaga od siebie. Gitara wchodzi dopiero po minucie, a dość energiczne piano - po kolejnej. Nie brakuje emocji, choć studzą je saksofonowe plastry miodu, które pojawiają się pod koniec opowieści. Wreszcie finałowa narracja – kolejne dobre intro kreuje trąbka. Pierwsze podłącza się piano, ciągnąc za sobą kanciaste i zadziorne wstęgi dźwięków. Saksofon wrzuca kilka śpiewnych fraz, gitara trzyma jarzmo dyscypliny. Tempo rośnie, emocje buzują. Krótkie solo gitary, a zaraz potem, błyskotliwa ekspozycja tria (bez saksofonu), która lepi wszystkie napotkane dźwięki i preparuje je. Tuż przed upływem 9 minuty, od dawna milczący alt daje znak życia i bierze na swoje barki zakończenie płyty. Pozostałe instrumenty godzą się na takie rozwiązania bez wydania choćby jednego dźwięku.

 


Tonus  Monograph 50 (Fort Evil Tapes, Kaseta) *)

Jesienią 2018 roku obchodziliśmy pięćdziesiąte urodziny Dirka Serriesa. Obok wielu nowych płyt, były też liczne koncerty. W ramach odchodów głównych, w belgijskim Rijkevorsel, w świetnie nam znanym klubie De Singer odbył się koncert formacji Tonus, która – czytający te łamy wiedzą to świetnie! – improwizuje w oparciu o notacje graficzne Serriesa (tu, specjalna edycja urodzinowa), przy okazji czyniąc wszystko w rytualnej powolności, w duchu kreatywnego minimalizmu i … dobywając bardzo ciche dźwięki. Zapraszamy na odsłuch koncertu, w trakcie którego Tonus przybrał postać sekstetu złożonego niemal wyłącznie z naszych dobrych znajomych. Na scenie, 13 października pojawili się: Patrick De Groote (trąbka, bugel), Dirk Serries (gitara akustyczna, akordeon), Benedict Taylor (altówka), Martina Verhoeven (fortepian), Nils Vermeulen (kontrabas) oraz Colin Webster (saksofon altowy). Na dwóch stronach kasety pomieściło się dokładnie 73 minuty i 7 sekund muzyki.

Pierwszy set urodzinowego Tonusa skoncentrowany jest na płynnych, trwających frazach (być może stevensowskie sustained piece byłoby określeniem całkiem na miejscu), budowanych przez kolektyw muzyków, drugi zaś set kreują dramaturgicznie pojedyncze akordy fortepianu i wybrzmiewające w ślad za nimi frazy akordeonu, które przedzielane interwałami ciszy, obudowywane są improwizacjami pozostałych instrumentów. Set pierwszy zatem rodzi się w plamach brzęczących strun, które oczekując na to, co może się za chwilę wydarzyć, szukają fonii i wtapiają się w płynący szerokim strumieniem, akustyczny ambient czegoś co nie jest już ciszą, ale nie jest jeszcze narracją właściwą. W owym strumieniu słyszymy większość instrumentów płynących w demokratycznym porządku, ale od czasu do czasu, któryś z nich zdaje się przez moment wybijać na pierwszy plan. Pierwszym tego przykładem jest akordeon, który płynie ledwie słyszalnym półdźwiękiem, a towarzyszą mu oddechy z tuby saksofonu i trąbki. Dopiero po wybiciu 7 minuty na pierwszy dźwięk decyduje się pianistka. Wysyła jeden akord, który plącze się pomiędzy pasmami wyboistej ciszy. W tak zwanym międzyczasie zasadniczy strumień dźwięku wydaje się delikatnie rozwarstwiać. Szczególnie dotyczy to fraz kreowanych przez dęciaki. Swoje trzy bezcenne sekundy ma też altówka i smyk na gryfie kontrabasu, który w połowie 18 minuty wydaje barokowy okrzyk, ale po chwili milknie. W połowie 24 minuty więcej od siebie daje trąbka, znów próbę życia podejmuje smyczek, a zaraz potem saksofon. Narracja serwuje nam mały szczyt, po czym znów opada w kłębowisko ciszy. Wentyle i struny szumią, dysze pulsują, tuby oddychają, młoteczki piana bawią się w perkusjonalia. Po wybiciu 36 minuty połykamy już wyłącznie duże porcje ciszy, a w tle szumi ambient z akustycznej gitary.

Drugi set, zgodnie z zapowiedzią – akord piana, cisza, fraza akordeonu, cisza, budzące się z tejże ciszy mikro improwizacje pozostałych instrumentów i … cisza. Przez cały czas trwania tej części muzycy skrupulatnie trzymają się z góry obranego scenariusza. W ramach części improwizowanej, budowanej przez kontrabas, altówkę, trąbkę i saksofon, dzieje się wszakże sporo, a elementów godnych uwagi odnajdujemy całe mnóstwo. Z upływem czasu można odnieść wrażenie, iż notacja pozostawia owej czwórce improwizatorów coraz więcej miejsca i czasu na bardziej swobodne działania. Dęciaki i strunowce zdają się żyć już własnym życiem, swawolić i pięknieć, jakkolwiek akord piana i fraza akordeonu wciąż przypominają im, gdzie są i do czego zmierzają. Dużo dźwięków zdaje się dostarczać trąbka, której zdecydowanie po drodze jest z altówką. Mimo, iż konwencja utworu chwilami pęta muzykom ręce, narracja pod koniec seta delikatnie pęcznieje, zagęszcza ścieg, a instrumenty dęte zdają się szukać wspólnej płaszczyzny narracji z akordeonem. W fazie ostatecznego wybrzmiewania struny delikatnie skomlą, a trąbka bulgocze na sucho.

 


Dirk Serries  Live At De Loods, Stramproy (NL) (Bandcamp, DL 2020)

Na ostatni dziś spektakl zapraszamy do … wiejskiej stodoły (farmer's warehouse)! Połowa września br., holenderskie Stramproy. Dirk Serries na gitarze elektrycznej w nieprzerwanym strumieniu dźwięków, trwającym blisko 85 minut. Jak sugeruje tytuł, nagranie live, choć brak danych o ewentualnej publiczności.

Gitarzysta rozpoczyna opowieść serwując nam od razu kilka wątków ambientu, które płyną dość szeroką ławicą. Niektóre z nich wydają się lekkie, jak pawie pióra, inne zdają się być odrobinę bardziej syntetyczne w smaku. Wszystko pulsuje do wewnątrz i na zewnątrz w prawdziwe klasycznym dla gatunku wydaniu. Po upływie kilkunastu minut narracja zaczyna zlewać się już do jednego koryta, a wszystkie wątki stają się niemal bliźniacze. Dźwięk przygasa w okolicach 20 minuty i po chwili ciszy Dirk rozpoczynać już może nowy epizod koncertu. Tym razem pasma gitarowego ambientu są bardziej intensywne, migoczą, pulsują, pełne są nerwowych splotów i tajemniczych fraz. Ambientowe Twin Peaks zaczyna panowanie w naszej stodole! Opowieść płynie jednak dość leniwie, a po czasie, wzorem wątku pierwszego, rozpływa się w szerszy strumień. Groza sytuacji wydaje się przygasać, w przeciwieństwie do urody ekspozycji. Nim muzyk postanowi przejść w trzecią fazę spektaklu, z oddali dobiegnie do nas jeszcze coś na kształt meta krzyku, małego stempla kolejnej nierozwiązanej tajemnicy.

Zapowiadany epizod trzeci rozpoczyna swoje mgliste życie po 42 minucie seta. Płynie do nas nieco gęstsze pasmo dźwięków, ale zdecydowanie spokojniejsze niż miało to miejsce w wątku poprzednim. Odrobinę relaksująca, wysoko zawieszona, niemal podniebna eskapada, trochę jak poranny błysk słońca. Moc czystego ambientu wypełnia nam receptory słuchy, a uczucie czysto fizycznej przyjemności definitywnie rośnie. Na kolejny epizod – z pewnością ostatni – czekać musimy aż do początku drugiej godziny koncertu. Po niemal pełnym zejściu do poziomu ciszy Serries buduje nowe pasma, bardziej syntetyczne w brzmieniu, delikatnie zabrudzone, znów wysoko zawieszone. Po raz kolejny pojawia się znany już nam nerw strachu, rodzaj dramaturgicznego niepokoju. Po paru pętlach emocje jednak wygładzają się, a niepewność jutra jakby słabła. Muzyka nabiera dodatkowej przestrzeni, staje się jeszcze bardziej nierealna. Wygaszanie owego relaxing stream muzyk postanawia rozpocząć około siedmiu minut przed ostatecznym zakończeniem, które wyznacza długość zapisanej w elektronicznym pliku ścieżki dźwięku.

 

*) Nagranie Monograficzne, to nie koniec tegorocznych nowości Tonusa. Recenzji pierwszej polskiej płyty formacji, zarejestrowanej podczas jednego z lokalnych spontanicznych festiwali, spodziewajcie się niebawem.

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz