Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

wtorek, 15 marca 2022

Peachfuzz! Volume1! Hypersurface! Gilgamanians! Sentencia Quartet & Trio! Wiśniewski! Dubois! The March Round-up!


Marcowa zbiorówka recenzji najświeższych na świecie płyt z muzyką improwizowaną gotowa! Tym razem osiem pocisków dalekiego zasięgu, wystrzelonych z kilku punktów szalonej war & covid reality!

Naszą podróż zaczynamy w Portugalii, od pewnego brzoskwiniowego tria, które zmyślnie miesza gatunki, ale nade wszystko ceni sobie jazzowy drive. Zaraz potem cykl opowieści około amerykańskich – freejazzowy meeting z Londynu, swobodnie improwizujące, nowalijkowe trio z Brooklynu i … radiowo-perkusyjny duet z Chicago. Szybki powrót do Europy zapewnią nam dwie nowe płyty z Andaluzji, jakkolwiek z nieodzownym wątkiem brytyjskim, kilka duetów całkowicie polskich z wiodącą rolą pewnego pianisty oraz krótka wizyta we Francji na okoliczność dalece jazzowego epizodu w kwartecie.

 


Peachfuzz  Peachinguinha (Silent Water, CD 2022)

Na dobry początek portugalskie Fonte Santa, Alandroal w marcu roku 2021 i trio o nazwie własnej w składzie: João Almeida – trąbka, Norberto Lobo – gitara elektryczna oraz João Lopes Pereira – perkusja. Cztery improwizacje trwają 33 minuty i kilkanaście sekund.

Rytuał otwarcia albumu spoczywa tu na barkach perkusisty, który kreśli dynamiczny, synkopowany rytm. Po kilku chwilach, pod tenże rytm podłącza się szorstko brzmiąca, jazzowa trąbka i meta rockowa gitara, początkowo przypominająca masywny bas, a po niedługiej chwili zdobiąca opowieść akcentami post-psychodelicznymi. Narracja budowana jest kolektywnie, a warstwę improwizowaną budują posadowione na skrzydłach gitara i blaszak. Posmak post-fussion leje się z gitary, ale nie wydaje się szczególnie natarczywy. Długa, kilkunastominutowa historia ma fazy spowolnienia i incydenty solowe, zawsze wszakże utrzymywane przy życiu dynamiczną perkusją. Gitara i trąbka nie skapią nam drobnych preparacji, a na finałowej prostej intrygująco lenią się, mimo, iż tryb pracy perkusji pozostaje niezmienny.

Żadna z trzech kolejnych opowieści nie przekracza już 10 minut. Tę drugą znów otwiera drummer, początkowo bijąc rytm jedynie na talerzach. Dużo dobrego płynie ze strony gitarzysty – pick-upowe modulacje, krautrockowa dynamika i dużo chęci, by poswawolić. Trąbka pojawia się tu dopiero po czterech minutach i zdaje się zmyślnie ogrywać nieistniejący temat utworu. Dodajmy, iż na każdym zakręcie tego epizodu czuć zdrową psychodelią. Trzecia część, to skromna ballada, budowana kolektywnie szumami i ochłapami melodii. Perkusja pracuje wyłącznie na szczoteczkach, a wystudzona narracja syci improwizację sporą dawką słodyczy wprost z tuby trąbki. Ostatnia improwizacja wiele obiecuje na starcie - trębackie preparacje, post-ambientowe jęki gitary i zmysłowe perkusjonalia. Narracja zdaje się rozkwitać, ale nie zostaje zasilona drive’em, którego moglibyśmy oczekiwać, pomni bardziej dynamicznych akcji w dwóch pierwszych improwizacjach. Po ostatnim dźwięku pozostajemy zatem z pewną dozą niedosytu.

 


John Dikeman/ Pat Thomas/ John Edwards/ Steve Noble  Volume 1 (577 Records, CD 2022)

W pełni zeuropeizowany Amerykanin i trójka pomnikowych postaci brytyjskiej sceny free jazzowej, to kolejna propozycja w dzisiejszej zbiorówce. Londyńskie Cafe Oto, luty 2019 roku i następujący muzycy: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, pierwsza krótka, druga dalece rozbudowana, trwają łącznie 40 i pół minuty.

Koncert w wersji płytowej zdaje się być dość nietypowo sformatowany. Najpierw bowiem dostajemy bardzo energetyczną część, trwającą ledwie 8 i pół minuty, która pokazuje kwartet w pełnym ogniu, zapewne także w najlepszej formie, jakby grana był nas bis, a nie na początku spektaklu. Część druga trwa zaś ponad pół godziny i sprawia wrażenie seta zasadniczego, dobrze skonstruowanego, mającego swoje wzniesienia i udanie usytuowane w ciągu dramaturgicznym incydenty solowe, a także efektowne zakończenie.

Słowo się rzekło, improwizacja od pierwszego dźwięku gotuje się od emocji i doskonałych ekspozycji każdego z muzyków. Modelowa dla swobodnie kreowanego free jazzu narracja szyta jest gęstym ściegiem, a każda fraza liczyć może tu na ciętą ripostę. Saksofon Dikemana pięknie spogląda w kierunku Evan Parkera, a brytyjska sekcja rytmu i dynamiki dopowiada swoje na pełnym wydechu. Początek drugiej części studzi emocje wyrafinowanymi preparacjami. Owa post-kameralna przystawka kończy się w momencie, gdy do gry włącza się melodyjny, ciepło frazujący tenor. Dynamika rodzi się tu na perkusyjnych talerzach, i zdaje się, że każdemu uczestnikowi tego spektaklu jest z nią po drodze. Muzycy brną przed siebie w bystrym półgalopie, dość regularnie biorąc oddech dla wyeksponowania ciekawszych fraz. Pierwsza solowa ekspozycja, to dzieło pianisty, po której kwartetowy szlak nasączony zostaje odrobiną swingu! Kolejna część solowa należy do kontrabasisty i jest (oczywiście!) popisem Edwardsa. Pizzi and arco in big motion! Tu powrót do pełnego składu okraszony zostaje zwinną grą na małe pola, realizowaną w umiarkowanym tempie. Dynamika ponownie rośnie, głównie dzięki furii perkusisty i mocy kontrabasisty, który zdaje się stanowić tu podstawowe prawa. Pozostali muzycy także kreślą piękne figury geometryczne, a moment ów (20-25 minuta) śmiało uznać możemy za jakościowy szczyt całego koncertu! Tuż po nim dostajemy krótkie, bardzo melodyjne solo saksofonu i prawdziwie aylerowską eksplozję całego kwartetu, która sprawia, iż zakończenie koncertu płonie ogniem rasowego free jazzu. Podkreślmy także wyjątkowo zwinne ugaszenie tego pożaru - z jednej strony repetycją piana, z drugiej studzącym emocje smyczkiem.

 


Hypersurface  Hypersurface (Self-released, CD 2022)

Bez zbędnej zwłoki lądujemy w południowym Brooklynie (Surplus Warehouse), by posłuchać efektów improwizacji trzech muzyków, którzy debiutują na łamach Trybuny. Są to: Drew Wesely – gitara i obiekty, Lester St. Louis – wiolonczela oraz Carlo Costa – perkusjonalia. Debiutanckie dzieło tria o nazwie własnej powstało latem 2019 roku, składa się z pięciu części i trwa 43 minuty z sekundami.

Pierwsze trzy improwizacje trwają po kilka minut i zdają się być udanym wprowadzeniem do części głównej albumu, czwartej, prawie 20-minutowej opowieści. Muzycy budują swoje narracje z dużą pieczołowitością, dbając o niuanse brzmieniowe i wchodząc w sprytne interakcje. Improwizacje gitary mają tu wiele twarzy, często kreują ją pick-upowe preparacje, a także duża skłonność do niebanalnych pomysłów dramaturgicznych. Ciekawie pracuje też wiolonczela, która w wielu momentach buduje delikatne, ale zabrudzone drony, tworzące intrygujący suspens. Z kolei perkusista stawia na zdobienia i frazy preparowane, jedynie od czasu do czasu sięgając po zagrywki bardziej drummingowe. Pierwszą opowieść tworzą też źdźbła hałasu, plamy rezonansu i pokrętna, incydentalna dynamika. W drugiej części intensywność przekazu rośnie, a wiele fraz nabiera post-industrialnego posmaku. Muzycy dobrze też na siebie reagują, zadając pytania i otrzymując bystre odpowiedzi. Z kolei w następnym epizodzie improwizacja przybiera chwilami postać elektroakustycznego ambientu, który nawarstwia się do poziomu zgrzytliwego hałasu, a potem rozpływa szerokim korytem post-psychodelii.

Kluczowa, czwarta opowieść zaczyna się delikatnie frazującą gitarą, smolistym brzmieniem cello i perkusyjnymi zaczepkami. Narracja dość długo szuka ścieżki rozwoju, bywa, że po rockowemu zagęszcza się, tudzież rozwidla post-jazzowymi grepsami. W połowie improwizacji opowieść topi się w rezonansie, a potem przechodzi do fazy coraz intensywniejszych, mechanicznych wręcz preparacji. Jakość narracji rośnie w imponującym tempie - kanciaste frazy, zadziorne reakcje i rosnąca chmura rezonansu. Najlepszy moment nagrania, to owa żmudna, ale konsekwentna wspinaczka na dramaturgiczny szczyt. Album kończy niespełna trzyminutowa dogrywka. Wiolonczela rysuje tu smukłą bazę rytmiczną, perkusjonalia udanie ją wspierają, a post-jazzowe pętle gitary sprytnie wiodą improwizację do szczęśliwego zakończenia.

 


The Gilgamanians  Escape from Dark Matter (Pink Palace, CD 2022)

Czas na duet dość niezwykły: z jednej strony świetnie nam znany chicagowski perkusista o korzeniach asyryjskich, Michael Zerang (preparowane instrumenty perkusyjne), z drugiej - Don Meckley, który obsługuje urządzenie zwane Grundig Satellit International 650 Radio, innymi słowy – w czasie rzeczywistym nagrania ściąga fale radiowe nie tyle z całej Ziemi, co z całego kosmosu! Wszystkie dźwięki zarejestrowano w Experimental Sound Studio, w Chicago (czas akcji nieznany). Całość tego zaskakującego albumu ułożono w pięć części (za każdą z nich kryje się jakaś tajemnicza opowieść; opisy dostępne na bandcampie), które trwają około 36 minut.

Opowieść Michaela i Dona, mimo, iż pozornie składa się z dość prostych elementów, brzmi niczym konglomerat elektroakustycznych, post-elektronicznych i permanentnie preparowanych dźwięków. Bywa ona momentami mało przyswajalna fonicznie, hałaśliwa i czerstwa niczym ubiegłoroczny chleb, z drugiej jednak strony, intrygująca, tajemnicza i przykuwająca uwagę niemal od pierwszej do ostatniej minuty. To rodzaj post-akustycznego challange’u dla wprawionych w walce z utarczywą fonią!

Od początku nagrania towarzyszy nam echo głuchej przestrzeni, którą w uproszczeniu moglibyśmy nazwać kosmosem. Szumią radiowe fale (tego akurat jesteśmy pewni), a na werblu rodzą się mocno zniekształcone fonie, które początkowo brzmią wręcz syntetycznie, po czasie wszakże da się je śmiało zakwalifikować jako dźwięki akustyczne. W drugiej odsłonie ów melanż kosmicznych fonii zdaje się nabierać bardziej rytmicznych kształtów, a towarzyszą mu całe plejady tartych, obcieranych i bezlitośnie szarpanych dźwięków. Potencjometr hałasu w efekcie tej sekwencji zdarzeń przyjmuje rosnące wartości. W kolejnej części rośnie natomiast udział żywych, w pełni perkusjonalnych fraz, a radio sound zaczyna jednostajnie pulsować, niczym zmutowany metronom. Czwarta część przynosi kolejne foniczne zaskoczenia. Mamy wrażenie, że słyszymy syntezator modularny, a dźwięki radia i perkusjonalii zaczynają brzmieć niemal identycznie, równie tajemniczo i złowieszczo. Całość na zakończenie uroczo tapla się w ambiencie o nieznanym składzie. Piąta część kontynuuje grę w niespodzianki - znów sporo tu syntetycznych fraz, no i kolejna śmiertelna porcja preparacji na werblu. Jego rozgrzana do czerwoności glazura piszczy niczym zarzynane kocięta. Ostatnia prosta tego fonicznego capstrzyku kąsa zaskakującą dynamiką.

 


Ricardo Tejero/ Colin Webster/ Marco Serrato/ Borja Díaz  Matadero (Sentencia Records, DL 2021)

Zapowiadany na wstępie set nowości z andaluzyjskiego labelu zaczynamy od koncertu, jaki miał miejsce późną wiosną roku 2016 na … północy Półwyspu Iberyjskiego, w Kraju Basków (Matadero de Azkoitia, Guipuzkoa). Na scenie nasi świetni znajomi: Ricardo Tejero i Colin Webster – saksofony altowe, Marco Serrato – gitara basowa (credits wspomina o bajo, to po hiszpańsku dół) oraz Borja Diaz – perkusja. Muzycy grają ponad 36-minutową improwizację, która na potrzeby albumu została podzielona na dwie części.

Od pierwszego dźwięku mamy wrażenie, że znaleźliśmy się w samych sercu garażowego, punkowego koncertu grupy, która świetnie panuje nad swoim warsztatem, doskonale improwizuje, ale też wiele z ich efektownych pasaży możemy się jedynie domyślać. Brzmienie całości w formie monofonicznego strumienia hałasu nie pozwala bowiem na pełną percepcję nagrania, zwłaszcza w momentach, gdy kwartet mocą free jazzowej konwulsji wręcz unosi się nad ziemią. Najpierw dostajemy gęste wprowadzenie drum’n’bass, podczas którego basówka od razu zawłaszcza sobie przestrzeń i zaczyna rządzić po swojemu! Dwa bystre saksofony altowe nie oddają jednak pola bez walki. Ruszają do boju ze śpiewem na ustach i krzykiem w rozgrzanych serduchach! Swąd trupiego odoru zdaje się unosić nad klubową podłogą, rockowe przełomy basu budują dodatkowe napięcie, a krwiste saksofony idą w tango bez cienia zawahania.

Po pierwszej dziesiątce minut muzycy nieznacznie zdejmują nogę z gazu i otwierają fazę koncertu, która stawia na drobiazgi, a nawet brzmieniowe niuanse, mimo ograniczeń wynikających z fatalnej akustyki. Post-colemanowskie alty pozostają w fazie roztańczenia, bas buduje zaś indywidualną ekspozycję – pracuje przesterami, plamami dźwięków, efektownymi figurami stylistycznymi. Narracja dzieli się na duety, tria, snuje ambientowe plamy, posuwiste drony, strugi zmysłowych preparacji (z każdej strony!) i czyni wszystko to, co może podpowiedzieć wyobraźnia artystów, którzy szykują się do kolejnego skoku w ognistą czeluść improwizacji hard-free-punk-jazzy! Koncert zdaje się mieć swoją najlepszą fazę, prowadzoną w stabilnym tempie, szczególnie eksponującą popisy obu saksofonistów. W drugiej części albumu, będącej dramaturgicznym ciągiem dalszym, muzycy wciąż dzielą się na podgrupy (oba alty mają tu kilka sekund tylko dla siebie), ale narracja stoi na rozdrożu. Improwizacja jest gęsta, poszatkowana, nerwowa. Owo kłębowisko myśli i emocji pcha muzyków w niemal dubowe przestrzenie, co jest bez wątpienia zasługą świetnie frazującego basisty. Alciści pieją do księżyca, a nam pozostaje jedynie pytać, który z nich robi to piękniej. Ostatnia prosta tego ognistego spektaklu wiedzie pod górę, ale pełna jest fajerwerków.

 


Sputnik Trio  Time Hunt (Sentencia Records, CD 2022)

Druga andaluzyjska nowość powstała już zdecydowanie w rodzimych landach, w Sevilli (La Mina Estudios, luty 2020r.), a dźwiękami wypełniają ją niemal ci sami muzycy: Ricardo Tejero – saksofon altowy, Marco Serrato – tym razem kontrabas oraz Borja Díaz – perkusja. Na bodaj już piątym albumie tria o nazwie własnej znajdujemy pięć … kompozycji (!), których odsłuch zajmuje 35 minut i kilkanaście sekund.

O muzykach, którzy tworzą sputnikowe trio pisaliśmy na tych łamach niejednokrotnie. Każdy z nich ma dalece awangardowe, freejazzowe portfolio, ale w kontekście najnowszej płyty podjęta została kolektywna decyzja, iż grany będzie jazz! Muzyka, która swinguje, syci się zgrabnymi, melodyjnymi tematami i tylko incydentalnie zahacza o ekspresję godną free and fire music. Efekt owej decyzji zdaje się być całkiem interesujący, jakkolwiek fani bardziej gorących i skrzących się emocjami improwizacji mogą poczuć się delikatnie zawiedzeni. Ale dla tych ostatnich mamy album omówiony powyżej.

Pierwsza kompozycja ma zgrabną formułę dramaturgiczną, albowiem zaczyna ją i kończy dynamiczny drumming niemal na samych talerzach. To melodyjny, odrobinę post-aylerowski temat wzniecający kolektywną opowieść pozbawioną akcentów solowych, z altem, który kroczy drogą miewającą ciekawie wzniesienia. W drugim utworze odnotowujemy piękne intro zabrudzonym, kontrabasowym smyczkiem i narrację, która bystrze tupie nogą i podśpiewuje pod nosem, incydentalnie przybierając nieco smutniejsze oblicze. W trzeciej opowieści sekcja rytmu swinguje aż miło, a całość tonie w mrocznych, zadymionych katakumbach czarnego, nowojorskiego jazzu. Na jej zakończenie muzycy efektownie gubią trop zdobiąc narrację większą dawką swobodnych improwizacji i brzmieniowego brudu. Czwarta część kontynuuje zbiór melodyjnych, żwawych tematów, ale sam flow zdaje się być nerwowy, poszarpany, skory do niekonwencjonalnych rozwiązań. Ciągnie go masywny kontrabas, a w roli gawędziarza znów dobrze sprawdza się rozśpiewany saksofon. Płytę kończy spokojna, prowadzona w umiarkowanym tempie, niekiedy wręcz cool-jazzowa narracja, która udanie eksponuje walory saksofonisty. Ten parska, szczeka jak pies, ale nie traci przy tym intrygującej melodyki.

 


Ignacy Wiśniewski/ Mikołaj Trzaska/ Olo Walicki/ Michał Bryndal/ Marcin Januszkiewicz  Duos (Hevhetia, CD 2021)

Sięgamy po nagranie z krajowego podwórka. Jazzowy pianista i kompozytor Ignacy Jan Wiśniewski zaprosił na swoją pierwszą w pełni improwizowaną płytę kilku kolegów i stworzył z nimi bystry zestaw duetów, które chwilami stawały się … składami trzyosobowymi.  A goście są następujący: Mikołaj Trzaska – saksofon, Marcin Januszkiewicz – głos, Olo Walicki – kontrabas oraz Michał Bryndal - perkusja. Nagrania powstały w roku 2020, w studiu gdańskiej Akademii Muzycznej. Dziesięć improwizacji trwa tu 58 i pół minuty.

Zaczynamy balladowym, post-jazzowym duetem piana i kontrabasu, do których dość szybko podłącza się mruczący głos, snujący zmysłowe wokalizy w estetyce Uli Dudziak. Pod koniec trzeciej minuty płynnie wchodzimy w duet piana i perkusji. Czupurna, minimalistyczna opowieść z czasem nabiera taneczności. Druga część w całości należy do saksofonu i piana. Rzewny, post-semicki flow Trzaski napotyka na różne reakcje pianisty. Ten drugi raz kąsa post-klasycyzmem, innym razem sięga po filigranowe frazy inside piano. Z kolei część trzecia, budowana przez wokal i piano syci cały album niebanalną porcją emocji. Znów post-dudziakowe wokalizy i cała armia czarnych klawiszy, kreująca ciekawy suspens. Czwarta opowieść składa się aż z trzech podczęści. Najpierw to duet piana z saksofonem, do którego doklejony zostaje duet piana z perkusją, a na koniec pojawia się trzeci duet i …. znów kilka ciepłych słów należy się wokaliście, który jednocześnie śmieje się i płacze.

Piąta improwizacja, to miniatura piana i kontrabasu. Kolejna, to ten sam duet, ale wiedziony dalece bardziej stromym zboczem. Po kilku pętlach udanie przepoczwarza się on w trio z dodatkowym saksofonem, a potem w duet z wokalistą. Siódemka, to znów miniatura basu i piana, tu wystudzona do formuły ballady. Z kolei część ósma, to sytuacja na tym albumie wyjątkowa – zaczyna saksofon i perkusja! Piano dobiega z komentarzem w połowie drugiej minuty, ale narracja gaśnie dość niespodziewanie. W przedostatniej improwizacji wracamy do piana i głosu – garść ciekawych preparacji i fraz inside piano. O tak, ten duet zdecydowanie stawiamy na czele całego zestawu! Na zakończenie czeka nas rozbudowane intro pianisty, pod które podłącza się perkusista. Ten drugi szklistym rezonansem z talerza kończy prawie godziną, improwizowaną opowieść. Zachęcamy do ciągu dalszego!

 


Eric Dubois Quartet Self-titled (Circum-Disc, CD 2022)

Na finał dzisiejszego zbioru opowieści, często osadzonych w jazzowych i post-jazzowych sytuacjach, dodatkowa porcja tegoż jazzu, tu w wydaniu main-streamowym, a nawet chill-outowym! Francuska muzyka jazzu środka zrealizowana została przez kwartet pod wodzą gitarzysty i kompozytora Érica Duboisa. Towarzyszą mu: Benoit Baud na saksofonach, Mathieu Millet na kontrabasie oraz Éric Navet na perkusji i wibrafonie. Nagrania zarejestrowano w okolicznościach studyjnych w marcu 2021 roku, zapewne we Francji. Odsłuch dziewięciu kompozycji lidera zajmie nam trzy kwadranse i parędziesiąt sekund.

Skoro jazz środka, to i jego konstrukcja dramaturgiczna w każdym przypadku zdaje się być wyjątkowo typowa. Zgrabnie podany temat, na ogół przez gitarę i saksofon, którego w kilku nieco przesłodzonych momentach zastępuje wibrafon, potem maksymalnie dwie ekspozycje solowe (najczęściej z udziałem gitary i saksofonu), wreszcie zwarta, na ogół nieprzegadana koda, która reasumuje nagranie. Recenzentowi przywykłemu do okoliczności bardziej ognistych i mniej przewidywalnych zachowań narracyjnych, trudno silić się tu na komplementy, ale na kilka fragmentów płyty warto zwrócić uwagę.

Drugi utwór otwiera kontrabas i wibrafon, ale temat podany jest przez saksofon i gitarę. Fazę improwizacji zdobi niemal rockowa ekspozycja gitary i bystre solo kontrabasu, a narracja w sytuacji bardziej dynamicznej ciekawie nawiązuje do jazzu nowojorskiego downtown z lat 90. ubiegłego stulecia, choćby formacji Lost Tribe. Podobne skojarzenia rodzą się w trakcie piątej części. Gitara otwiera tu w estetyce fussion jazzowej, temat podany jest kolektywnie, a utwór wieńczy solowa, nieco wystudzona ekspozycja lidera. Z kolej utwór siódmy, która stawia na dynamikę, rozpoczyna perkusja i kontrabas. Rockowa gitara daje tu sygnał do bardziej ekspresyjnych kreacji, a saksofonista serwuje najlepsze solo na całym albumie, które incydentalnie kipi freejazzowymi emocjami. Tenże saksofon udanie prezentuje się także na zakończenie części ósmej.

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz