Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

wtorek, 17 maja 2022

Voutchkova & Zerang! Vata! Bagnasco! Rivero! Exhaled Mountains! Colonna & Cigana! Orins! The May Round-up!


Czas na majówkę? Zawsze! Także w wymiarze stylowej zbiorówki recenzji bardzo świeżych płyt, jakie przetoczyły się przez odtwarzacze redakcji w trakcie intensywnie trwającej wiosny!

Na dziś przygotowaliśmy siedem nowych albumów! Każdy odrobinę inny, choć śmiało możemy pogrupować je w trzy bloki tematyczne. Najpierw będziemy dwa razy zasłuchiwali się w intensywne preparacje dźwiękowe i bawili w nieustający festiwal fake sounds, potem poznamy trzy oblicza gitary (dekonstruowanej elektroniką, ujmująco post-klasycznej, wreszcie skąpanej w psychodelii i ubarwionej zmysłowym wokalem), zaś na koniec, w ramach oczyszczenia naszych receptorów post-awangardy, zanurzymy się w dwóch produkcjach jazzowych – jednej swobodnie improwizowanej, drugiej całkiem bliskiej głównego nurtu, ale na tyle dobrej w gatunku, iż nie moglibyśmy nie skomentować jej kilkoma ciepłymi słowami.

Pędząc palcem po mapie - na poły bułgarska Ameryka, Włochy, latynoska oraz kastylijska Hiszpania, wschodnio-europejska Holandia, powrót do Włoch i na koniec Francja! Piękna trasa, nieprawdaż?

Welcome!

 


Biliana Voutchkova & Michael Zerang  The Emerald Figurines (Relative Pitch Records, DL 2022)

Zaczynamy od spotkania jednej z naszych ulubionych, swobodnie improwizujących skrzypaczek i weterana amerykańskiego free jazzu i free impro, czyli Biliana Voutchkova (poza skrzypcami, tradycyjnie głos) oraz Michael Zerang (friction drums, po naszemu preparowane instrumenty perkusyjne). Ich meeting miał miejsce w Chicago, w lipcu 2019 roku (ESS/Experimental Sound Studio). Cztery improwizacje, prawie 54 minuty.

Klasa muzyków, a także ich prawdziwie konceptualny plan na preparowanie dźwięków od pierwszej do ostatniej sekundy, sprawia, iż recenzja ta nie wymaga specjalnej introdukcji. Pierwsza, prawie 30-minutowa improwizacja rodzi się na poziomie szumów i szmerów, z mozołem formuje się w strumień post-industrialnych obłoków akustyki i systematycznie buduje swą formę dramaturgiczną. Bywa lekka i powabna, bywa szorstka i dotkliwa fonicznie. Skrzypaczka lubi w ważnych momentach posilać się swoim głosem, który brzmi równie efektownie, jak maltretowane przez nią struny skrzypiec. Perkusjonalista nieustannie szuka szmerów i pisków na glazurze werbla, ale też bardzo stylowo wplata w swój brudny flow akcenty drummingowe, czasami nadając improwizacji znamiona rytmu. Muzycy osiągają szczyt tej części spektaklu w okolicach 15 minuty, po czym bez trudu łapią kontakt na poziomie zbliżonym do ciszy. Drżą, szeleszczą, chroboczą i warczą.

O ile pierwsza, bardzo rozbudowana część płyty miewa momenty odrobinę przegadane, o tyle trzy kolejne improwizacje (każda trwa około 10 minut), to już same akustyczne konkrety. Druga opowieść stawia na filigranowość, pewną umowność procesu mechanicznego preparowania dźwięków. Najpierw to delikatne shorts-cuts, potem zaś sporo akcentów perkusjonalnych w wykonaniu obojga artystów, łączących się w intrygujący, nieco pokraczny rytm. Trzecia improwizacja przypomina leniwe fale oceanu. Struny wibrują, glazura werbla oddycha, a wszystko lepi się w post-industrialną strugę preparacji, która wydaje się być o pół kroku od dźwięku właściwego. Najpiękniej prezentuje się ostatnia improwizacja. Delikatne pizzicato skrzypiec i efektowne percussion, którego brzmienie przypomina zatopiony gamelan. Samo pudło rezonansowe skrzypiec zdaje się tu przypominać wielką, metalową misę, które wydaje intrygujące dźwięki. Na zakończenie Michael dokłada dzwoneczki, Biliana zaś gardłowy śpiew o zmysłowym, dalekowschodnim posmaku.

 


Salis/ Sanna/ Venitucci  Vata (Minimal Resource Manipulation, CD 2022)

Kolejną porcję preparowanych dźwięków zapewnią nam włoscy muzycy: Giacomo Salis – instrumenty perkusyjne, obiekty i melodica, Paolo Sanna - instrumenty perkusyjne i obiekty oraz Luca Venitucci – akordeon i obiekty. Całość składa się z trzech improwizacji, które trwają łącznie niespełna 32 minuty. Nic nie wiemy o miejscu i czasie powstania nagrania.

Pierwsza odsłona włoskiego festiwalu preparacji, to prawdziwa plejada fake sounds. Coś przypomina elektroakustyczny pisk (akordeon?), coś sprawia, że słyszymy dźwięki otoczenia z nieznanego miejsca, coś wreszcie ugniatane jest, tudzież miażdżone na werblu. Niektóre frazy intensywnie szumią, inne piszczą, a nawet rechoczą. Pomiędzy tymi jakże dotkliwymi dźwiękami pojawiają się także plastry ciszy, które bywają niezwykle pomocne w procesie przetrwania tej fazy improwizacji. Narracja klejona z nierozpoznanych do końca fraz ma tu swoją kulminację, a także ważny moment finałowego rozprężenia, który pozwala nam bez ryzyka popełnienia błędu stwierdzić, iż definitywnie grają dla nas perkusjonalia i akordeon.

Druga część jest zdecydowanie bardziej dynamiczna. Piłowanie krawędzi, ugniatanie przedmiotów i skowyt, który przypomina zepsuty saksofon, to dane na wejściu. W tym tyglu gęstych, nieprzyjaznych dźwięków rośnie udział czyściej brzmiących perkusjonalii. Wszystko skąpane zdaje się być w chmurze elektroakustycznych fonii, których źródła pochodzenia oczywiście nie znamy. Trzecia, najdłuższa opowieść daje nam dużo radości i akustycznego wytchnienia. Długie intro proponuje tu akordeon. Ciężko oddycha, ale błyszczy czymś, co za moment można będzie uznać za wątek melodyczny. Perkusjonalia budzą się do życia po dwóch minutach, a po kolejnych dwóch narrację zdobią już całkiem drummingowe incydenty. Improwizacja dużo zyskuje na tym, iż dźwięki z trzech ośrodków zaczynają ze sobą współgrać, reagować na siebie i tworzyć bardziej zwarty strumień fonii. Podwójne perkusjonalia i nostalgiczny akordeon w dalszej fazie improwizacji zaczynają szukać ściany dźwięku, ale nie czynią z tego faktu powodu, by nadmiernie hałasować. Nim opowieść sięgnie kresu dostajemy jeszcze chwilę ciszy i zaskakujący powrót do estetyki początku nagrania. Tajemnicza elektroakustyka nabiera tu onirycznego, całkiem intensywnego posmaku.

 


Luciano Bagnasco & Gonzalo Navarro  Abajo los ladrones de arroz (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Wątek gitarowy rozpoczynamy od argentyńskiego improwizatora Luciano Bagnasco (tym razem gitara w wymiarze akustycznym), którego … hiszpańskie dokonania śledzimy na bieżąco. Tym razem duet z Gonzalo Navarro, który w procesie live electronics dekonstruuje frazy gitary. Nagranie koncertowe z Casco Antiguo, Badajoz (czas akcji nieznany) składa się z pięciu improwizowanych opowiadań (zauważmy, iż na bandcampie artysty nagranie dostępne jest w dwóch mini-albumach). Łącznie, to niespełna 28 minut.

Bagnasco jak zwykle dostarcza nam nagrań, wobec których trudno przejść obojętnym. Tym razem kąpie gitarę akustyczną w bezmiarze elektronicznych przekształceń i mutacji, pozwala rozpływać się typowo akustycznym brzmieniom w poświacie nieskończonej syntetyki. Navarro i jego kreatywny live processing też trzyma tu klasę, nie wychodzi przed szereg, zna swoje miejsce w budowaniu dramaturgii improwizacji. W finałowej opowieści zdaje się w końcu przejmować główną rolę, tworząc całkowicie zamazany obraz akustycznej rzeczywistości, a jego struga dźwięków przypomina tu brzmienie taśmy magnetycznej puszczonej od tył.

Początkowo gitara brzmi na poły elektrycznie. Dźwięki leją się swobodnym, meta psychodelicznym strumieniem i łapią echo elektronicznych dekonstrukcji. Nagranie wedle zasady minimum na wejściu, maksimum na wyjściu szuka drobin hałasu, czasami smakuje wręcz pladrofonią. Jedna fraza gitary dostaje tu kilka separatywnych żyć. Druga, najdłuższa improwizacja dostarcza nam więcej gitarowych preparacji, które wrzucane w tygiel elektroniki jeszcze zyskują na jakości. Narracja raz za razem łapie ambientowe klimaty, ale zawsze za rogiem czai się brudny, zniekształcony dźwięk. W trzeciej części elektronika pulsie już od startu, z kolei gitara frazuje z drobinami post-klasycznej melodyki. Ta pierwsza czyni tu chyba honory gospodarza improwizacji, bierze bowiem w swoje ręce efektowne zakończenie. W czwartej odsłonie gitara frazuje post-baileyowsko, a elektronika najpierw przypomina suchy, łamiący się wafel, by po paru sekundach lać się już gęstym strumieniem, niczym woda w sedesie. Całość szkli się tu prawdziwie onirycznym blaskiem. Wreszcie finałowa opowieść, już spuentowana w poprzednim akapicie - nerwowa, psychodeliczna, wręcz klaustrofobiczna aura. Metafizyczna śmierć gitary w potoku wielokrotnie zapętlonej rzeczywistości.

 


Anatol Rivero  Nocturne (Arka-Archives, DL 2022)

Po trzech pierwszych, chwilami dotkliwych fonicznie improwizacjach nasze uszy definitywnie zasłużyły na garść czystszych, bardziej przyjaznych dźwięków. O takie zadba hiszpański gitarzysta Anatol Rivero. Jego skomponowane improwizacje (w liczbie siedmiu) czerpią inspirację z wybranych fragmentów (ekstraktów) prac takich artystów, jak Leo Brouwer, Roland Dyens, Benjamin Britten oraz Manuel Ponce. Nagrania dokonano w Madrycie w listopadzie ubiegłego roku. Całość trwa 32 minuty i kilkanaście sekund.

Na łamach Trybuny, która specjalizuje się w swobodnej improwizacji nie będziemy szczegółowo analizować owych inspiracji, które sprawiły, iż Rivero zbudował dla nas swój jakże wyważony emocjonalnie album. Zainteresowanych odsyłamy na bandcamp wydawcy, gdzie każdy z utworów został dość szczegółowo omówiony. Tu skupiamy się na samych dźwięków, akustycznych, ciepłych, dających niebywały relaks foniczny tym, który na co dzień giną w hałasie otoczenia, zalewie fake newsów, tudzież dominacji drapieżnych odmian … muzyki improwizowanej.

Artysta stawia na minimalizm, niczym wytrwany alchemik dawkuje nam małe porcje emocji, pieczołowicie dba o brzmienie, świetnie pracuje z echem i z dużą swobodą zdaje się budować post-klasyczne frazy, które mogą być śmiało rozwijane w stylowe improwizacje. Pilnuje swojego powolnego tempa, z rzadka wpada w bardziej dynamiczne frazy (po prawdzie czyni to jedynie w czwartej opowieści, ale z jakże udanym skutkiem), częściej stawia na zaniechanie niż bardziej ekspresyjne zachowania. Nie skąpi nam specyficznej melodyki, a w dwóch ostatnich nagraniach wrzuca pomiędzy struny intrygujący posmak flamenco. Nocturne, to ciekawa baza dla bardziej rozbudowanych improwizacji. Na razie nie w pełni wykorzystana.

 


Austėja Žvirblytė/ Stanimir Lambov/ Jorrit Westerhof  Exhaled Mountains (Yab Yum Records, DL 2022)

Po dwóch spotkaniach z gitarą akustyczną, czas na dźwięki z prądem! Stanimir Lambov na rzeczonej gitarze, Austeja Žvirblytė w roli ekspresyjnej wokalistki, a trzecim muzykiem jest Jorrit Westerhof, który pełni to rolę producenta, ale ponieważ w płytowym credits jest wymieniany jako muzyk, winniśmy domniemywać, iż jego wkład w efekt całości (edycja i wszelkie działania post-produkcyjne) jest znaczący. Album składa się z siedmiu opowieści (czas i miejsce akcji nieznane), które trwają łącznie 32 minuty i kilkadziesiąt sekund.

Muzycy klecą pierwszą improwizację z dużą starannością. Syczą gitarowe przetworniki, głos szeleści efektownym beat boxem, a nad całością unosi się chmura niezidentyfikowanej syntetyki. Kulminacja następuje w formie niemal rockowego spiętrzenia, które dodatkowo podsyca coraz intensywniejszy ambient tła. W drugiej i trzeciej opowieści warstwa elektroniki zdaje się pozostawać w blokach startowych, sceną zaś rządzą gitarzysta, która lubi post-rockowe powtórzenia i coraz bardziej odważna wokalistka, która drogę od zmysłowych pomruków do efektownej eskalacji wokalnej pokonuje czasami w ułamku sekundy. Równie mało czasu potrzebuje sama improwizacja, by wejść w psychodeliczne klimaty. W tle nieustannie pracuje mroczne echo.

Czwarta opowieść pachnie bluesem, rockiem i porannym kacem. Narracja budowana żywymi frazami doznaje efektownego spiętrzenia nie bez pomocy elektronicznego wspomagania. Skutkiem wszelkich działań zdaje się tu być finałowy krzyk. Kolejna część bazuje na gitarowym fuzzie i pomrukiwaniu, które kiełkuje coraz większymi emocjami. Zaraz potem, w części szóstej, gitara nerwowo pulsuje i zaplątuje się w szpony syntetycznych fraz. Wokalistka najpierw recytuje, potem śpiewa w dziwnych językach, niektóre mają dalece skandynawskie brzmienie. Ambientowe tło też nie stroni tu od ekspresyjnych zachowań. W drugiej części nagrania gitara dosyła jeszcze jedno pasmo, także podporządkowane rygorom ambientu. Zdrowa psychodelia zdaje się tu święcić prawdziwe triumfy! Wreszcie ostatnia improwizacja, który przypomina leniwie rozciąganie zwiotczałych mięśni. Pomrukiwanie i gitarowe pląsy skapane w sosie mglistej elektroniki. Wytłumione emocje żywych instrumentów, doposażone w ambientowe tło, pięknie osiągają finałową ciszę.

 


Marco Colonna & Francesco Cigana  Shells (New Ethic Society, DL 2022)

Definitywnie zostawiamy gitarę i przechodzimy do akustycznych, bardziej free jazzowych brzmień. Włoski, bystry duet na klarnet i perkusję: Marco Colonna – trzy rodzaje klarnetów (Eb piccolo, Bb, klarnet basowy) oraz Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz obiekty. Nagranie z grudnia ubiegłego roku (Mal De Testa Recording Studio, Registrazione). Siedem swobodnych improwizacji trwa tu ponad 63 minuty.

Włoscy improwizatorzy w początkowej fazie albumu zdają się badać naszą free jazzową otwartość. Pierwsze improwizacje ponad godzinnej płyty częściej stawiają na medytacyjne frazy klarnetów i preparowane akcje percussion. Dość chwilami leniwe tempo także nie budzi naszych większych emocji. Ale przewrotność artystów wydaje się być tu niebywała. Mniej więcej od połowy albumu zaczynają nam serować coraz gorętsze frazy, z gracją osiągają free jazzowe stadia, za każdym razem dodając do arsenału środków wyrazu nowe elementy. Tu szczególnie kreatywny zdaje się być perkusista, który raz za razem daje asumpt, by podziwiać jego grę, zarówno w wolnych, jak i szybkich tempach, zarówno w bystrym, dynamicznym drummingu, jak i wysublimowanych, preparowanych improwizacjach.

Początkowe improwizacje buduje rozśpiewany, chwilami kameralnie usposobiony klarnecista, który operuje na ogół czystym brzmieniem. Z kolei jego partner stawia tu na brudne, nieotrzepane z kurzu, jakże efektowne frazy talerzy, przedmiotów ugniatanych na werblu i całej armii post-drummingowych, intrygujących dźwięków. W trzeciej części pojawiają się elektroakustyczne drony, których źródła pochodzenia nie znamy (obiekty?). Narracja wchodzi w bardziej ogniste rejestry w trakcie trzech ostatnich improwizacji. Piątą część otwiera etnicznie brzmiący, lekki klarnet. W rekontrze suchy, twardy drumming dążący do zmiany oblicza improwizacji. Pokrętna dynamika i aylerowski zaśpiew dęciaka szybko prowadzą muzyków do free jazzowego raju. Szósta opowieść, to ledwie miniatura, ale zmyślnie zbudowana dość prostymi środkami rytmicznymi. Wreszcie finałowa, kolejna długa improwizacja, która znów wiedzie nas na spotkanie z fire music. Z jednej strony klarnet basowy, z drugiej dobrze już rozgrzany drummer. Ten drugi czyni tu same cuda! Z jednej strony świetnie buduje rytm i dramaturgię, z drugiej potrafi w tej samej sekwencji zdarzeń budować dronowy, dodatkowy wątek narracji. Na wielki finał oba instrumenty kompulsywnie śpiewają, zatraceni w efektownym tańcu.

 


Stefan Orins Trio  October 11 (Circum-Disc, CD 2022)

Na zakończenie dzisiejszej zbiorówki jazz głównego nurtu, ale zgodnie z zapowiedziami, zrealizowany z dużą klasą, do tego z udziałem jednego z naszych ulubionych drummerów (który każdym dźwiękiem nam o tym przypomina!). A zatem starszy z braci Orins, Stefan na fortepianie, młodszy Peter na perkusji, a skład tria uzupełnia Christophe Hache na kontrabasie. Nagranie koncertowe, zarejestrowane w trakcie Tourcoing Jazz Festival, dokładnie ... 11 października 2021 roku, składa się z siedmiu opowieści i trwa około 50 minut.  

Trio Stefana Orinsa jak zwykle dostarcza samych przyjemności. Co oczywiste, nie rwie nadmiernie trzewi, jak gęste free impro, bliżej mu do smakowitego chill-outu, tudzież nieskrępowanej zabawy w melodyjne i rytmiczne frazy. Jazzowy feeling, kolektywne improwizacje, ciepłe brzmienie piana, bystry drive kontrabasu oraz cały ocean perkusyjnych i perkusjonalnych perełek, podawany w trakcie jakże czasami swingujących tematów. Do tego dodajmy, iż choć Stefan firmuje swoim nazwiskiem grupę, trio pracuje na dalece demokratycznych zasadach, z równoprawnym dostępem do solowych wynurzeń, co do zasady realizowanych przy akompaniamencie partnerów.

Koncert otwiera kontrabas, który pracuje w trybie pizzicato i tak będzie czynił w trakcie całego spektaklu. Białe i czarne klawisze piana, a także perkusyjne szczoteczki szybką podłączają się pod wysmakowaną opowieść, prowadzoną w umiarkowanym tempie. Drugi utwór zdaje się mieć nieco większą dynamikę, śmiało można w jego trakcie tupać nogami i nucić zmieniającą się melodykę utworu. Swoje pierwsze bardziej znaczące ekspozycje solowe realizują tu kontrabas i perkusja. Dla równowagi trzecia część, to ballada zdobiona kilkoma frapującymi dźwiękami intrygującego percussion. Następna część, bodaj najciekawsza na całym albumie, budowana jest wokół nieco powykręcanego metrum. Opowieść pachnie bluesem, a bazuje na ciekawym drive’ie basu. Piąta historia zaczyna się w tempie balladowym, a kończy zgrabną melodią podawaną z niemal rockowym temperamentem. Tu koniecznie odnotujmy bardzo swobodne solo pianisty! Jeszcze tylko kilka zmysłowych fraz czarnych klawiszy i bystre ogrywanie rytmu w części przedostatniej, a już czeka na nas finałowa ballada z rozbudowanym intro pianisty.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz