Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

piątek, 23 grudnia 2022

The Portuguese Taste: Rodrigo Amado! Gonçalo Almeida! Lantana! Matthews & Moimême!


Chciałoby się dzisiejszą mini-zbiorówkę recenzji nazwać kolejną częścią The Lisbon Story, ale czyniąc tak bylibyśmy dalece nieprecyzyjni. Przed nami cztery definitywnie portugalskie opowieści, ale tylko dwie z nich powstały w stolicy Portugalii. Jedna nagrana została w dobrze nam już znanym obiekcie sakralnym w Caldas da Rainha, a inna w … Rotterdamie, bo to właśnie miasto jest miejscem stałej rezydencji naszego ulubionego portugalskiego kontrabasisty.

Bez zatem zbędnych wstępów, trochę ulegając przedświątecznej histerii czynienia wszystkiego w ogromnym pośpiechu, zapraszamy na bystre, jakże portugalskie improwizacje – dwie solowe, jedną w sekstecie (z polskim akcentem), ostatnią zaś w duecie (tu akurat z akcentem francuskim).

 


Rodrigo Amado  Refraction Solo (Live at Church of The Holy Ghost) (Trost Records, CD 2022)

Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, lipiec 2021: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. Trzy skomponowane improwizacje, 34 minuty.

Dorobek artystyczny najważniejszego portugalskiego saksofonisty jest więcej niż bogaty, ale dopiero okoliczności pandemicznego lockdownu zmobilizowały go do popracowania nad swoją pierwszą solową płytą. W Paryżu kupił nowy saksofon, w domowych warunkach dużo trenował, a gdy był już gotowy, zawitał do gwarantującego świetną akustykę obiektu sakralnego i zagrał ognisty koncert. W jego trakcie nie zapomniał o swoich idolach, kilkukrotnie intuicyjnie cytując klasyków jazzu, takich jak Coleman Hawkins, czy Sonny Rollins, a także free jazzu, jak choćby Joe McPhee. Udowodnił sobie zapewne wiele, a nam, jego wieloletnim wielbicielom potwierdził, iż jazz, tudzież free jazz, to dla niego prawdziwa świątynia emocji i inspiracji. Ponadto po raz setny, a może tysięczny pokazał, że umiejętność budowania dramaturgii post-synkopowanej improwizacji, to jego kolejny niezaprzeczalny atut. Innymi słowy, dwa kwadranse z okładem obcowania z samotnym saksofonem Amado, to czysta przyjemność.

Koncert składa się z ponad 20-minutowej części głównej i dwóch kilkuminutowych dodatków. Na początek artysta serwuje nam post-bopowy zaśpiew, pełen smutnej melodii, którą podaje głębokim oddechem. Nie bez uroku osobistego kręci drobne, free jazzowe pętle, pnąc się ku pierwszym wzniesieniom z dużą swobodą. W trakcie swej podróży namiętnie sięga także w głąb narracji, szuka brudu w czystych frazach i na odwrót. W jego strumieniu improwizacji nie brakuje tanecznych podrygów i ze swadą podawanych cytatów z klasyki gatunku. W to wszystko wplata też też rzewne nutki, pełne lizbońskiej nostalgii za mocą oceanicznych podmuchów. Gdy wpada w dynamiczny tryb, pokazuje swoje najpiękniejsze, najbardziej kreatywne oblicze. Płynie między melodią, a niezbyt częstymi atakami free jazzowej furii. Jego oddech jest wszakże spokojny, a kierunek podróży dość precyzyjnie nakreślony. Po upływie kwadranse idzie już naprawdę na ostro, ale cały czas majstruje przy brzmieniu instrumentu i skrupulatnie dawkuje niezbędną melodykę. Zdaje się panować tu dokładnie nad wszystkim. W drugiej opowieści wydaje się być jeszcze bardziej melodyjny, mając na końcu ustnika niemal całą historię jazzu. Jego krok znów jest dość taneczny, głęboko oddycha i pośród strumieni melodii szuka ekspresji free music. W połowie tej części koncertu dociera do paleniska, tańczy wokół własnej osi, bawi się dźwiękiem, tempem narracji i przedrzeźnia własne frazy z uśmiechem na ustach. Ostatnia, niespełna 5-minutowa ekspozycja jeszcze bardziej zagłębia się w melodię i rytm. Narracja przypomina tu niemalże brazylijską sambę. Lekko, z gracją, wprost po złote runo, ze śpiewem na ustach i swingiem pomiędzy dyszami saksofonu.

  


Gonçalo Almeida  Improvisations on Amplified & Prepared Double Bass (Shhpuma, CD 2022)

Atelier Le Sud, Rotterdam, czas nieznany: Gonçalo Almeida – amplifikowany i preparowany kontrabas. Dziewięć improwizacji, 33 i pół minuty.

Kolejny z asów portugalskiej sceny muzyki improwizowanej zaprasza na niepierwszy swój solowy spektakl, ale dalece inny od poprzednich. Tym razem Almeida postanawia nam udowodnić, iż kontrabas nie jest instrumentem akustycznym! Podłącza go do stacji wysokiego napięcia i z pełną premedytacją preparuje niemal każdy dźwięk, używając do tego ołowianego smyczka i zapewne wielu innych, bliżej nieznanych akcesoriów. Flow jego samotnej opowieści grzmi, burczy, sprzęga się i sieje elektroakustyczny zamęt, dodatkowo zdaje się być pozbawiony zbędnego dźwięku, przykuwając naszą uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy.

Pierwszą improwizację buduje dron smyczka oraz pojedyncze uderzenia po strunach. Dwutorowa narracja dość szybko nabiera mocą amplifikatora gęstego, brudnego brzmienia. Intensywna, niemal mięsista struga dźwięków ma swoje delikatne spowolnienia, momenty, gdy duży instrument strunowy zdaje się nabierać powietrza, by zaatakować za moment z jeszcze większą siłą. Przypomina tu sfuzzowaną gitarę, czasami uszkodzoną maszynę tkacką, ale każdy wątek staje się elementem spójnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Kulminacją pierwszej opowieści jest rezonujące sprzężenie. Druga improwizacja toczy się nad wyraz wolno. Słyszymy szelest amplifikatora, oddech artysty i moc nadciągającego sprzężenia. Post-gitarowy brud nakręca tu opowieść, daje jej siłę przetrwania. Na starcie kolejnego epizodu wszystko zdaje się rezonować, nawet post-rockowe riffy, tudzież akcenty perkusjonalne. Na grobie rocka swój ostatni taniec odbywają rozgrzane do czerwoności struny. Muzyk przypomina tu seryjnego mordercę, który znęca się nad swoją kolejną ofiarą. Niespodziewanie w połowie opowieści narracja traci zasilanie i przepoczwarza się w urokliwy potok kameralnego post-baroku. Czwarta odsłona jest wyjątkowo enigmatyczna – garść czerstwego sprzężenia i post-akustyczne śmieciowisko. W kolejnej części echa post-baroku powracają. Swoje do ognia dokłada jednak amplifikator i rezonująca moc całości. Improwizacja przypomina śpiew przez wyszczerbione, ale zaciśnięte zęby. Z czasem nabiera dynamiki i jeszcze brudniejszego brzmienia. Przedostatnia opowieść na starcie, to szum … wentylatora, drżące struny i smyczek, który na nie upada, niczym wielkie bele drewna w trakcie wyrębu lasu. Z czasem wszystko się sprzęga i formuje na gęsty dron. Końcowa opowieść zdaje się brać w nawias amplifikowane szaleństwa, przynajmniej w swej początkowej fazie. Akustyczne pizzicato, niczym powrót to rzeczywistości. Ale to jedynie pozór. Improwizacja w mgnieniu oka nabiera siarczystości i swym połamanym, bezmelodyjnym rytmem dobiega do końca.



 

Lantana  Elemental (Cipsela Records, CD 2022)

Namouche Studios, Lizbona, styczeń 2020: Maria do Mar – skrzypce, Maria Radich – głos, Joana Guerra – wiolonczela, Carla Santana – elektronika, Anna Piosik – trąbka i głos oraz Helena Espvall – wiolonczela, elektronika. Pięć improwizacji, 46 minut.

Szóstka improwizatorek wyposażonych w dość nietypowy zestaw instrumentalny (blaszak, trzy strunowce, głos i niemałe połacie elektroniki) zaprasza tu na podroż równie nietypową, po części post-folkową, nawet piosenkową, ale formowaną niekiedy w doprawdy gęsty strumień improwizowanych dźwięków. Zaskoczeń jest tu całe mnóstwo i tyleż pomysłów, czasami zbyt obficie sycących narrację. No i jeszcze pięć tytułów na okładce, podczas gdy nagranie na CD składa się jedynie z czterech części. Pobieżna analiza wskazuje na to, iż ostatnia, 20-minutowa opowieść prawdopodobnie konsumuje dwa ostatnie tytuły.

Pierwsze dźwięki wydają się być wyjątkowo filigranowe, stanowiąc niebanalny przednówek dla eksplozji podwójnego wokalu, który definitywnie folkowym zaśpiewem stawia nas do pionu i zabiera na efektowne wzniesienie. Piękne brzmienie akustyki delikatnie inkrustowane jest nienachalną elektroniką tła. Ta ostatnia daje upust swojemu temperamentowi na początku drugiej opowieści. Dwa pasma całkiem gęstej syntetyki budują intro dla narracji, która w dalszej części, płynąc silnie rozmazanym obrazem dźwięku, znów niesie nas wysokim wzgórzem przy wtórze rozśpiewanych fraz. Mocno pracuje też echo, które będzie już towarzyszyć artystkom niemal nieprzerwanie. Na zakończenie narracja przypomina tu polifoniczny wielogłos, silnie nasycony emocjami, budowany zarówno głosem ludzkim, jak i melodyką instrumentów strunowych i trąbki. Trzecia opowieść zaczyna się w zgrzytliwym, elektroakustycznym środowisku. Okrzyki i szepty, salwy emocji wprost ze stron i efektownie rozhuśtana trąbka na dużym pogłosie. Pod koniec utworu narracja spowolnia pod ciężarem elektronicznych ulepszeń. Wreszcie finałowa (dwutytułowa) narracja, która stanowi niemal połowę albumu. Dużo się tu dzieje, czasami aż nazbyt. Początek przypomina mały sabat czarownic - wrzaski, tańce, swawole i elektroniczne stemple tuż nad podłogą. Potem oddajemy się we władanie emocjonalnych, folkowych skal i post-barokowych piękności. Czekają na nas recytacje, plejady akustycznych, nerwowych podrygów, ale też rozśpiewane frazy taplające się w pogłosie. W samej końcówce narrację wzbogaca jeszcze oniryczna elektronika, trochę fraz preparowanych i zmysłowe wokalizy.

 


Wade Matthews & Abdul Moimême  Permeance (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

BOTA Club, Lizbona, marzec 2022: Wade Matthews – cyfrowe syntezy i nagrania terenowe oraz Abdul Moimême – gitara elektryczna, obiekty. Trzy improwizacje, 47 minut.

Rezydujący w Madrycie Francuz i lizboński Portugalczyk serwują nam danie definitywnie elektroakustyczne, dobrze skrojone i udramatyzowane, pozbawione dłużyzn i często skoncentrowane na detalach brzmieniowych. Matthews realizuje tu stylowy festiwal fake sounds, a o palecie jego dźwięków możemy powiedzieć wszystko, tylko nie to, skąd pochodzą. Z kolei Moimême, jakże niebanalny gitarzysta, którego znamy z niejednej improwizacji, często nas zaskakuje, a jego gitara, zaplątana w niezidentyfikowane obiekty dźwiękowe, potrafi brzmieć doprawdy tajemniczo. Co zaś zdaje się pozostawać na tym albumie w centrum uwagi, to subtelna różnica, jaka dzieli dźwięk akustyczny od syntetycznego. Po prawdzie w trakcie odsłuchu nieustannie zadajemy sobie pytania o to, gdzie kończy się akustyka, a gdzie zaczyna syntetyka. Ale to nam zupełnie nie przeszkadza w przyjemnej percepcji tego urokliwego spektaklu dźwiękowego.

Na starcie muzycy z góry informują nas, że ich koncert będzie obfitował w tajemnice! Zgrzytliwe echo, rezonujący ambient gitary i nie tylko gitary, elektroakustyczne smaczki z nieznanego źródła, wreszcie kilka żywych fraz szumiących fal - wszystko lepi się tu w drobne, oniryczne sekwencje dźwiękowe. Powolna, skupiona narracja sprzyja kreatywności, ale wnosi też do strumienia fonii frazy bardziej groteskowe, czy wręcz slapstickowe. Post-elektronika, ale jeszcze nie akustyka! Kilka usterkowych incydentów, trochę mroku z gitary (tego jednego instrumentu jesteśmy tu pewni!). Z jednej strony obiekty bez nazwy, z drugiej struny gitary uderzane puchową pałką. Pierwsza improwizacja trwa ponad 20 minut i obok tysięcy pytań, daje też kilka filigranowych odpowiedzi. Kolejne części trwają po około 10 minut. Najpierw muzycy pokazują, iż ich dźwięki mogą być jeszcze bardziej rozdrobnione, mgliste i naprawdę filigranowe. Czegokolwiek by jednak nie czynili, ich frazy wchodzą w naprawdę bystre interakcje. Jeśli gitara decyduje się na bardziej linearną narrację, liczyć może na kąśliwe komentarze ze strony armii obiektów dźwiękowych. Improwizacja na ogół stroni tu od dynamicznych akcji, ale muzycy incydentalnie próbują przemycać żwawsze frazy. Tak czynią pod koniec drugiej części, a także w trzeciej, ale dopiero w jej końcowej fazie. Wcześniej dostajemy się w wir cicho pracującego urządzenia elektrycznego, który syci się echem rezonującego tła. Minimalistyczna gra na subtelności przez moment usypia naszą uwagę. Bardziej dynamiczny finał dobrze zatem robi percepcji całości koncertu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz