Londyński Shrike Records dba o dobry humor miłośników freely improvised music i systematycznie dostarcza nowych wydawnictw. Koniec roku przyniósł dwa tytuły – solowy projekt gitarowy i post-jazzowy kwartet. Ten drugi z drobnym dysonansem poznawczym, albowiem okładka sugeruje wydanie płyty w roku 2025, z kolei oficjalna premiera na bandcampie miała miejsce w pierwszych dniach stycznia 2026 roku.
W niczym to nie przeszkodziło Trybunie, by album owego
kwartetu zaliczyć do grona 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025!
Caroline
Kraabel/ Pat Thomas/ John Edwards/ Steve Noble Transgressive Coastlines
(CD 2025/26)
The
Vortex Jazz Club,
Dalston, Londyn, kwiecień 2025: Caroline Kraabel – saksofon, głos, Pat Thomas –
fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Trzy
improwizacje, 59 minut.
Cztery znamienite postaci londyńskiej sceny free jazz/ free
impro, koncertowa sytuacja w słynnym Vortexie, prawie godzina improwizacji w definitywnie
post-jazzowym klimacie. To oczywiście nie mogło się nie udać, ale wcale nie musiało
szczególnie nas zaskoczyć, jeśli znamy dokonania tych artystów na przestrzeni kilku
ostatnich dekad. A jednak album Transgressive Coastlines, to istotne wydarzenie
roku ubiegłego, nie tylko na scenie brytyjskiej.
Każda z wielominutowych części tego koncertu ma specyficzną dramaturgię.
Szczególnie udana wydaje się odsłona otwarcia, budowana z mozołem, niestroniąca
od minimalizmu, skupiona na szczególe, pojedynczym dźwięku, daleka od free
jazzowych wybuchów nie do końca kontrolowanej ekspresji. Pierwsze dźwięki, to
ledwie strzępy, drobne preparacje, szelest saksofonu i talerzy, odgłosy z dna fortepianu.
Kameralny suspens od razu buduje jakość, a chwile, gdy pod pręgieżem kontrabasowego
pizzicato, opowieść wynurza się z mroku zdają się być ledwie
incydentami. Mistrzynią ceremonii tej części spektaklu jest Kraabel, która umiejętnie
dawkuje dęte frazy i ubarwia je akcentami głosowymi. Opowieść ma zmienne tempo,
dostarcza kilka intrygujących zagęszczeń, smakołyków spod kontrabasowego smyczka,
tudzież dialogów saksofonu najpierw z rzeczonym smyczkiem, potem z fortepianem.
Finał stawia na dynamikę, ale nie brakuje w nim intrygujących didaskalii.
Druga improwizacja z miejsca stawia nas w innych okolicznościach
– jest nerwowo, każda fraza pulsuje, a opowieść syci się mnóstwem drobnych zwarć.
Po niedługiej fazie dark & slowly narracja osiąga istotny, niemal
free jazzowy szczyt, potem tapla się w rezonansie wszystkiego, co zdolne jest wydawać
metaliczny dźwięk. Powraca głos, swoje dokłada wszędobylski smyczek, akcje piana
i perkusji są wyważone, zawsze adekwatne dramaturgicznie. Zakończenie znów jest
bardzo żwawe, po części nawet taneczne. Ostatnią część koncertu inicjuje sekcja
rytmu, która formuje zalążek rytmu, który będzie towarzyszył muzykom z różną intensywnością
do końca nagrania. Ta opowieść ma fazę definitywnie kameralną, ma też moment
zastoju w pozie smutnej melodii. W końcowej części głos, rytm i skłonność do repetycji
budują dramaturgię godną zwieńczenia tego wyśmienitego albumu. A ostatnie frazy
należą do smyczka i saksofonu.
Alex Ward Drawn (CD 2025)
Stowaway Studios, London, grudzień 2023: Alex Ward –
gitara elektryczna. Sześć utworów, 43 minuty.
Dyskografia tego klarnecisty i gitarzysty jest bardzo
bogata, także w wymiarze solowym. Album jaki tu omawiamy, to wedle słów samego artysty
kontynuacja dwóch poprzednich solowych performansów na gitarę elektryczną,
które udostępnił światu w czasach pandemicznych i post-pandemicznych. Nagranie jest
nieprzerwanym ciągiem fonicznym, podzielonym/ potytułowanym na części dla
wygody odbiorcy i może być prezentowane/ słuchane w … dowolnej kolejności.
Pierwszy utwór obiecuje naprawdę wiele. Minimalistyczne otwarcie
z akcentami zarówno jazzowymi, jak i rockowymi stwarza bazę dla dynamicznego i
ekspresyjnego rozwinięcia. Flow jest bogaty w wydarzenia, a zmiana goni
tu zmianę. Po krótkim interludium, które zdaje się być onirycznym post-bluesem,
spuentowanym garścią gitarowej elektroniki, w kolejnym utworze Ward powraca do tempa
i emocji, jakie poznaliśmy w gemie otwarcia. W strukturze narracji pojawia się
coraz więcej melodii. W drugiej fazie tego utworu muzyk schodzi na pozycję
balladową, ubarwia opowieść drobną porcja zmysłowej psychodelii. I wiele
wskazuje na to, iż dokładnie w tym momencie narracja traci moc kreacji i
długoterminowo przekształca się w smutne, melodyjne, niekiedy dość leniwe akcje
pozbawione pazura, jaki charakteryzował początek płyty. Ward zdaje się szukać dalszej
drogi w zakamarkach gitarowej post-klasyki, okazjonalnie brudzi brzmienie, często
zmienia wątki i skutecznie usypia słuchacza.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz