Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

wtorek, 25 lipca 2017

Bogusz Rupniewski – Muzyka podwójna, czyli jednak Małgorzata i Michał


Pierwsze ślady obecności Bogusza Rupniewskiego w podpoznańskich Wirach datują się bodaj na rok 2014. Zapewne był to przełom stycznia i lutego tego zacnego roku. Wtedy to właśnie w jednym z odtwarzaczy plików muzycznych pojawiała się tajemnicza płyta. Nosiła zaskakujący tytuł (Ostre Noże), a firmowała ją formacja, której nazwa była kosmicznie precyzyjna – Dźwięk-Bud. Połowę kwartetu o takiej właśnie nazwie stanowił … Bogusz Rupniewski. Grał na wiolonczeli i skrzypcach. Jednocześnie. Incydentalnie jedna z jego półkul mózgowych sięgała także po klarnet, duduk, czy kalembę. Taki to zmyślny muzyk.

Akustyczna muzyka improwizowana, nagrana terenowo na targowisku na łódzkich Bałutach, obok filigranowej i wyjątkowo sprytnej muzyki, zawierała także frapujący materiał werbalny, generowany przez tamtejszych kupców. Zachwyt Pana Redaktora okazał się był wyjątkowy i niejednorazowy.

Na ponowne spotkanie z choćby częścią Bogusza Rupniewskiego przyszło jednak czekać ponad trzy lata. W czerwcu br. w poznańskim Centrum Amarant zagrał trzyosobowy tym razem Dźwięk-Bud, a zatem Suavas Lewy (perkusja, elektronika, przedmioty dziwne, nadające się do kompulsywnego stukania i tarcia), połowa … Bogusza Rupniewskiego, czyli Michał Rupniewski (skrzypce, klarnet) i Paweł Sokołowski (saksofon mały i saksofon duży). Koncert był doprawdy zjawiskowy, a brak jakiejkolwiek relacji na tych łamach przypisać można jedynie lenistwu Pana Redaktora. Improwizacje trójki muzyków można podsumować trzema epitetami – ulotność, nietrywialność i przyjemność. Po obu stronach sceny, dodajmy. I to niesamowite wrażenie, gdy muzycy usiedli do stołu i niemal rodzinnie, całkowicie prywatnie improwizowali. Aż chciało się wstać, podejść do nich i przyłączyć się do procesu wydawania dźwięków (choćby szklanką z piwem). Ekscytujące!

Tuż po koncercie, słowo do słowa, a w rękach recenzenta wylądował krążek firmowany przez Bogusza Rupniewskiego! I to on stanowi zasadniczą zawartość naszej dzisiejszej lekcji!




Czas i miejsca zdarzenia: kiedyś w trakcie roku 2015, studia własne oficyny Nasze Nagrania (zapewne Łódź).

Ludzie i przedmioty: Małgorzata Bogusz - Cyganowska – wiolonczela, Michał Rupniewski – skrzypce.

Co gramy: muzyka improwizowana, lubiąca cytaty, także z klasyki.

Efekt finalny: dziewięć fragmentów opatrzonych tytułami, udostępnia od końca roku ubiegłego wydawnictwo Nasze Nagrania, związane personalnie i artystycznie z łódzką sceną prywatnych działań twórczych *). Tytuł płyty, to Zweiheitsmusik. Tytułem wykonawczym jest – co oczywiste – Bogusz Rupniewski!

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Przejazd. Upalony, zabrudzony gotyk wymieszany z barokiem. Strunowce płyną i czerpią energię z chmur. Bogactwo niuansów. Rozgrzane smyki orają gryfy wyuzdanym szelestem. Skrzypce iskrzą, wiolonczela dygocze.

1. Sonorystyczne mięso po raz pierwszy! Eksplozja wyobraźni skrzypka (jego instrument potrafi wydawać nawet dęte dźwięki!) w opozycji do perkusyjnych zachowań wiolonczelistki. Dynamika i ekspresja w służbie brutalnego i pięknego sonoryzmu. Szaleńczy bieg po złote runo. Wiolonczela płynie nisko i długimi, lekko zmutowanymi pasażami zdziera lakier z parkietu. Nazwa podmiotu wykonawczego szczytuje swą adekwatnością – to doprawdy jedno muzyczne ciało! Wiolonczela potrafi być groźna na rockowy sposób, skrzypce dla odmiany - ckliwe i romantyczne. Muzycy zdolni są zmieniać swe role raz na kilka sekund. Tryby i kierunki tej wybuchowej improwizacji pozostają w stanie permanentnej zmiany.

Pasakal ia. Ubrudzony skowyt wyrwany z partytury Bacha, w momencie nieuwagi mistrza. Strings Go to Heaven! Wiolonczela drży, pulsuje, imituje. Skrzypce krzyczą wyjątkowo pięknym tembrem, łamanym zrywaniem strun i żylastym brudzeniem narracji. Prawdziwa artystyczna anarchia drzemie w tych muzykach – każdy czysty dźwięk komentują rysą, zadrapaniem lub istotną modulacją dźwięku! (Od redakcji: recenzent wije się zachwytu i nie jest w stanie notować w swoim kajecie).
           
Wiązowa. Muzyka konkretna, która niespodziewane wpadła w sidła pełnowymiarowego sonore. Skrzypce stukają, ich struny siłują się ze sobą (rozszerzone techniki artykulacyjne! – podpowiada przemądrzały recenzent). Otwór gębowy czyni tu powinności dodatkowego pudła rezonansowego. Wiolonczela rzeźbi smykowe pasaże znów brudnym, niskim soundem.
           
Zweiheitsmusik. Wiolonczelistka zgrabnie palcuje na gryfie, jakby miała w rękach kontrabas. Skrzypce wyją w poszukiwaniu nowej gramatyki strunowych eskalacji. Muzycy brną pozornie ślamazarnymi ruchami, ale w ułamek sekundy potrafią przyjąć samoeskalujący się krok taneczny! Za moment znów stają w miejscu i pytają o drogę. Kolejne bardziej dynamiczne wydarzenia akustyczne kąsają urodą, godną całej historii prostych instrumentów strunowych. Improwizacyjne, akustyczne szaleństwo, które nie obawia się folkowych naleciałości. Swarne skrzypeczki i zaskakująca powagą wiolonczela!
           
2. Znów tytuł cyfrowy, zatem gubimy melodykę, odstawiamy rytm na boczny tor i szukamy nowych dźwięków. Zdzieramy struny, rozwiercamy przestrzeń spektaklu wkrętami wielkości bomby atomowej. Zadziory, eskalacje, wulgarnie piękne dźwięki, krew, pot i łzy. Tempo majestatyczne, muzyka toczy się jak walec, dygocze i szeleści . Skrzypce eksplodują! (orgazm recenzenta! … brak bliższych szczegółów).
           
Grembach. Suche dźwięki, zastygły pot. Muzycy bez trudu osiągają wyższy poziom głośności (zdają się być odrobinę agresywni). Płyną imitacyjnie w wysokim rejestrze. Aż do utraty tchu! Tanecznie, melodycznie, trochę groteskowo (wszak możemy tu zagrać każdy dźwięk!). Ze skrzypiec znów kapie góralskim zaśpiewem. Z wiolonczeli podobnie.
           
O Presviataya Mariye Devitse. Czas wytchnienia smakuje delikatnie przypalaną muzyką dawną. Pachnie przaśnym średniowieczem – melodia z chorału, sążnisty rytm i lekkie zadziory mutowanymi dźwiękami. Programowe brudzenie, fermentowanie przebiegu narracji. Ten ciężki poród ma swój ciąg dalszy – wykluwa się z niego podwójny potok czystych, dziewiczo nieskalanych myślami zdrożnymi, wolnych strunowców. Piekielnie boska modlitwa nad dogasającym pogorzeliskiem świata. Prześwięta Maria Dziewica krwawi – wersja dla odszczepieńców gatunkowych.

Sen. W tej sytuacji dramaturgicznej, finałowa pieśń nie może nie mieć takiego tytułu. Kameralistyka w domu z wampirami. Krypty, zaciemnione, niedoświetlone. Akustyczna post-meta-elektronika bez grama prądu. Oniryczny flow, która zmusza do snu, którego z pewnością nie spuentuje słoneczny poranek. Tu piękno jest zakazane! Duch smykowego Spontaneous Music Ensemble (Coombes and Wood!) dopada recenzenta. Finalna eskalacja smakuje, nie tylko dlatego, wyjątkowo i niepowtarzalnie.





*) Określenie własne autora, jakkolwiek o tych działaniach warto kiedyś napisać słów parę.
**) Dokument fotograficzny z koncertu Dźwięk-Bud, Poznań, Amarant, 28 czerwca br.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz