Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

piątek, 29 grudnia 2017

Colin Webster! Highway to the Glory! Another New Story! *)


Personalia angielskiego saksofonisty Colina Webstera były już na tych łamach odmieniane przez wszystkie przypadki (a działo się to głównie w drugiej połowie bieżącego roku), a zatem bez szczególnego wprowadzenia zapraszam do poznania kolejnych pięciu wydawnictw z udziałem muzyka, które jako datę wydania mają wstawione te oto cztery cyfry – 2017!

Przy okazji, przed nami pełne spektrum współczesnych nośników dźwięku – dwie kasety, winyl, CD i … CDr. I jeszcze ważne ostrzeżenie - amplituda emocji związanych z odsłuchem tychże płyt może u niektórych odbiorców skutkować trwałym uszczerbkiem na zdrowiu!




Lao Dan / Rick Countryman / Colin Webster  Saxophone Anatomy (CD, Armageddon Nova, 2017)

Na początek grudniowa świeżynka, czyli kompilacyjny dysk z trzema ekspozycjami na saksofon solo. Wydawnictwo tym ciekawsze, iż konsumuje w sobie dokonania muzyka chińskiego, filipińskiego i angielskiego. Najpierw Lao Dan na saksofonie altowym. Utwór zwie się Self-Destruct Machine, a nagrany został w Chinach w maju br. Tuż po nim - Rick Countryman, także na saksofonie altowym (River Remains River) i nagranie poczynione w Quezon City (Filipiny, data nieznana). A na finał nasz bohater - Colin Webster na saksofonie barytonowym (Homerton) i rejestracja z Londynu, z lipca br. Każdy z solowych występów trwa niespełna 20 minut.

Lao: Wysoki, drapieżny sound na sporym pogłosie, czyniony z iście dalekowschodnim temperamentem. Krótkie, urywane frazy z inklinacjami do noise oraz dłuższe, bardziej wyważone, zdecydowanie w klimatach jazzowych, chwilami free jazzowych. Duża amplituda emocji – od eksplozji emocji po stonowane, niemal słodkie pasaże z melodyką zaszytą w tle. Częste zmiany narracji i sposobów dobywania dźwięku. Cały występ Dana można potraktować, jako krótki przegląd technik jazzowej gry na saksofonie altowym. Nie do końca odkrywczych, dodajmy dla porządku. Od 8 minuty pojawia się nowy element w tej opowieści – odgłosy dobywane przez muzyka otworem gębowym. Łączenie akcentów free jazzowych z dalekowschodnim żywiołem wokalnym stanowić może sporą wartość dodaną tego mini koncertu.

Rick: Ostry, dynamiczny początek, lekko stemperowane brzmienie altu. Zwinna narracja, płynne, szybkie palcówki na dyszach. Sporo temperamentu i melodyki w improwizowanym zaśpiewie saksofonu. Muzyk szuka dłuższych, bardziej rozbudowanych opowieści. Udanie odnajduje w głowie frazy zapamiętane z lektury historii free jazzu. Po 11 minucie zdecydowanie wycisza swoje poczynania, przez co cierpi nieco jakość całej ekspozycji. Jakby przybywało pogłosu w brzmieniu instrumentu, a ubywało kreatywności w głowie artysty.

Colin: Drumming na dyszach dużego saksofonu i szumy w jego rozległej tubie. Duży krok od free jazzu w kierunku sonorystycznie zdefiniowanego free improve. Powiedzmy to od razu – w porównaniu do występu poprzedników, ogromny skok jakościowy. Od początku tłuste, acz wyrafinowane preparacje, intrygujące, zmutowane brzmienie barytonu. Prychające dysze i kipiąca tuba – maksimum efektu przy ograniczaniu stosowanych środków wyrazu. Tuba niczym bęben basowy. Niemal elektroakustyczna ekspozycja na jednym, żywym instrumencie! Brawo! Dobra szkoła butcherowskiej fizyki dźwięku. Baryton mówi, krzyczy, tupie nogami i skacze pod sufit. Drąży dziurę w skale. W 9 minucie pokaz tysiąca sposobów na całowanie ustnika. I znowu drążenie skały. Akustycznie błyskotliwe, ostre jak brzytwa podmuchy improwizacji, usytuowane o lata świetlne od jazzowego frazowania, czy silnie eksponowanej melodyki Lao i Ricka. Na finał, jakby próba powrotu do estetyki początku tego występu, a tuż potem długotrwałe, urocze wybrzmiewanie! Akustyczny majstersztyk! Rezonujące drony w rozgrzanej tubie barytonu!




Dead Neanderthals  Womb Of God (LP, Burning World Records, 2017)

Dziś, tuż przed końcem roku, w trakcie przedsylwestrowej ekscytacji, recenzent szczególnie dba o wysoki poziom adrenaliny u Czytelników! A zatem teraz, prawdziwa petarda w postaci sztandarowej formacji holenderskiej Nowej Fali Heavy Jazzu!

Najnowsza płyta Dead Neanderthals (wspaniała nazwa, padła już na tych łamach ostatniej jesieni!) zwie się Womb Of God. Dwie strony winyla nie trwają wiele ponad 34 minuty. Rdzennymi muzykami grupy są Otto Kokke na saksofonie i Rene Aquarius na perkusji. Bardzo często wspiera ich na drugim dęciaku Colin Webster. Tak jest też tym razem. Dodajmy, iż muzycy nie nagrali płyty jednocześnie. Saksofonowa ścieżka Webstera została nagrana niezależnie od pozostałych muzyków, a to, co słyszmy na winylu jest m.in. efektem dobrej mikserskiej roboty! Baa, i to jak dobrej!

Side A. W mroku, z głębi starego, zdezelowanego transformatora, dobywa się elektroakustyczna otchłań bezdźwięku. Bęben basowy wzywa na rytuał inicjacyjny, towarzyszy mu zmutowany pogłos czegoś, co może przypominać saksofon podłączony pod linię wysokiego napięcia. Jednorodny, dotkliwy elektrodron czyni swoją powinność. Po 80 sekundach wyczekiwania następuje start progresywnego, istotnie metalowego drummingu. Monotonny, boleśnie piękny, doom-dark-heavy-flow! Saksofonowy dron (trudno ocenić, czy tworzą go dwa instrumenty) pędzi na zatracenie, a stałymi elementami improwizacji, w tym tyglu emocji, zdają się być barwa i natężenie dźwięku, a także jego intensywność. Stopa dużego zestawu perkusyjnego, to jak odgłos zbliżającej się nieodwracalności sytuacji dramaturgicznej. Bije, pompuje krew, żyje! Muzyka, która jest wodospadem, bez dna. 7 minuta – recenzent ma wrażenie, że w bólach piekielnych rodzi się drugi saksofon. W natłoku wydarzeń fonicznych, ledwie akcentuje swoją obecność. 8 minuta, to jakby wyższy stopień intensywności całej narracji, a przy okazji, odrobinę więcej przestrzeni dla obu dęciaków, które krzyczą, wyją, skowyczą, ciągle pozostając jednak wewnątrz dronu. Tornado, które wsysa Cię do środka, razem z całą zawartością świata realnego. A gdy już znajdziesz się po drugiej stronie, przestajesz myśleć o drodze powrotnej! Powiedzieć o tej eskalacji ściana dźwięku, to jakby nic nie powiedzieć. Noise? Brzmi zbyt poetycko. 19 minuta – jeden z saksofonów próbuje inicjować indywidualny pasaż dźwięku, ale jarzmo narracji nie pozwala na wiele. Jedynie tekstura całości wzbogacona zostaje o nowy, drobny element.

Side B. Wycie, oddech demona, electrodrumming, doom metalowa mantra. Stopa na bębnie basowym ustala zasady gry. Bicie serca! Saksofony jakby mniej posadowione w mrocznym dronie, choć nadal w niczym nie przypominają instrumentu dętego (raczej zmutowaną gitarę na wysokim prądzie). Emocje prawdziwe rockowe, doznania odbiorcy definitywnie multigatunkowe. Mechaniczny rytm perkusji udziela się wszystkim uczestnikom tego sabatu. Ostatni taniec! A recenzent ciągle chciałby głośniej! Heavy Jazz? Jakże przewrotnie brzmią te słowa w tych okolicznościach scenicznych. Na stronie A muzycy stali na krawędzi przepaści, teraz – na stronie B – robią ogromny krok do przodu. Narracja wije się w konwulsjach, jak tonący pod grubą warstwą lodu! Finał to już krwawe igrzyska śmierci, palenie na stosie tych, którzy zwątpili. To kres, rozkoszny kres tej szalonej podróży! Dwa saksofony i jedna perkusja! Nieprawdopodobny efekt foniczny! Na wybrzmieniu (jakże nieadekwatne określenie!) dostajemy odrobinę selektywnego dźwięku, jakby amplifikatory zostały wyłączone o sekundę za wcześnie. Tak! To, co słyszmy, to jedynie te trzy potworne instrumenty!




Graham Dunning / Colin Webster  Most Of What Follows Is True (Cassette, Sound Holes, 2017)

Bez chwili wytchnienia ruszamy w kolejną ekscytującą podróż. Tym razem napotykamy na prawdziwie żywy instrument dęty w konfrontacji z intrygującą elektroniką! Colin Webster – saksofon barytonowy i Graham Dunning - turntable, dubplates, spring reverbs (innym słowy: stół mikserski, trochę sampli i dużo pogłosu). Kaseta zwie się proroczo Most Of What Follows Is True i przynosi sześć opowieści, które trwają 34 i pół minuty. Nagranie studyjne z Londynu, poczynione dwa lata temu.

One. Baryton prycha jak wieprz, a e-music snuje perkusyjne dygresje, niczym żywa istota, obija werbel zwinnymi samplami. Ciasna, zadziorna sonorystyka. Elektronika Grahama, to kategoria dźwięków, którą szczególnie lubi recenzent. Nie epatuje fonią, świetnie komentuje i stymuluje poczynania żywej strony świata. Dotkliwe akustycznie talerzykowanie, które przeradza się w skromny rezonans, jakby na potwierdzenie tych słów. Saksofon w glorii metalicznych obcierek szykuje się do skoku! Two. Tym razem kable Dunninga aż huczą z emocji. Skwiercząca ściana dźwięku, rodzaj modulowanego, białego hałasu. Baryton bez wysiłku wgryza się w tę strukturę, ta zaś niespodziewanie rezonuje. Drży i szeleści. Udane próby imitacji obu zestawów instrumentalnych, mimo dużych różnic w zakresie stosowanych środków wyrazu. Tembr barytonu jakby delikatnie mutował się na kablach. Three. Muzycy ponownie w zwarciu. Saksofon świetnie konweniuje z brudną harsch elektroniką, choć ta buduje głównie drony wypełnione gorącym powietrzem. Instrument Colina pracuje niczym meta świder, który drąży skałę. Efektowne wybrzmienie! Four. Odrobina dubowego sosu dla pokreślenia dobrego smaku tej improwizacji. Saksofon pichci spokojną balladę dla utopijnie zakochanych, buduje postnuklearną melodię. Z twardego dysku Grahama wyskakuje zwinny loop i organizuje ten fragment płyty. Na wybrzmieniu studyjne pogaduszki muzyków o nierozpoznanej treści. Five. Baryton żmudnie buduje nowy dron. E-music w tle robi mały Twin Peaks. Cichy, niespokojny numer z piekłem zaszytym głęboko w strukturze dźwięków. Od 3 minuty eskalacja! Graham zasysa powietrze do wewnątrz i grzmi złowieszczo. Colin dąży ku zwarciu, jest silnie pobudzony. Po 100 sekundach uspokojenie, w tle sonoryzująca meta opowieść wprost ze spienionej tuby. Schodzenie w ciszę zakłócają sprzężenia na kablach. W 7 minucie - szczypta hałasu, demonicznie siarczystej wypowiedzi obu Panów. Skwierczenie brudnego barytonu na finał. Six. Winylowy szmer w głośnikach. Colin poleruje i czyści dysze. Trochę dźwiękowych subtelności, niczym cisza przed burzą. Spokojny niepokój, dźwięk za dźwięk, ale wciąż w pobliżu ciszy. Całusy i temu podobne imitacje. Rodzaj post-techno zderzonego z gorejącym dęciakiem. Upalone dysze i nadgryzione brzegi tuby. Kompulsywna elektronika. Błyskotliwa symbioza, kosmiczna synergia!!




Colin Webster / Andrew Lisle  Void Into Shape (CDr, Norwegianism Records, 2017)

Tygiel stylistyczny dzisiejszej historii wrze i kipi! Teraz czas na pure free jazzową przygodę Webstera! O duetach naszego bohatera z perkusistami napisano już na tych lamach kilka prac doktorskich. Na ogół dużą czcionką i złotymi literami. W redakcji toczyły się spory jedynie o to, z którym drummerem saksofon Colina brzmi najpełniej. Tu najtrafniejszym wyborem zdaje się być Andrew Lisle. Panowie mają w dorobku kilka płyt, głównie wszakże koncertowych. Świetne się zatem składa, iż w tej opowieści pochylimy się nad produkcją studyjną (Londyn, lipiec 2016r.). Stosowny cd-r zwie się Void Into Shape, przynosi jedenaście pełnokrwistych improwizacji i trwa blisko 50 minut. Z lubieżną ciekawością zaglądamy do środka!

Pierwszy brzmi, jak free jazzowa rozgrzewka na alt i, dopiero co poskładany, zestaw perkusyjny. Bardzo swobodny, wyluzowany flow Colina w zdrowej kooperacji z synkopowanym drummingiem Andrew. Precyzja artykulacyjna, dbałość o timing, czyste, jazzowe emocje. Drugi, zgodnie z tytułem płyty, brnie w poszukiwaniu utraconego kształtu. Bardzo wyważona i spokojna narracja. Przy okazji, świetna okazja do podziwiania kunsztu improwizatorskiego Colina w czystym akustycznie środowisku dźwiękowym. Tak, to prawdziwy master of alt sax! A że z Andrew znają się świetnie, synergia wewnątrz duetu aż kipi. Trzeci rozpoczyna solo perkusji. Kolejny krótki numer, zatem nie napotkamy na zadyszki lub chwile dramaturgicznego zawahania – tylko konkret! Tu, zgrabne igraszki sonorystyczne w ramach gry wstępnej. Studyjna okoliczność spotkania buduje skupienie, generuje nieśpieszność i refleksyjne wręcz klimaty. Narracja w dobrym tempie, bez popadania w galop. Skrupulatne wybrzmiewanie, które pod pręgierzem doskonałego altu, przeradza się w drobną eskalację. Czwarty ponownie odnajduje chwilę na spokojny tembr altu, który stawia udane stemple, posiłkując się szczoteczkami w stanie skromnej konwulsji. Wszystko dzieje w pobliżu ciszy. Muzycy wspólnie drążą koryto rzeki, nie zadając sobie wielu pytań, doskonale znają bowiem swój fach. Liczba błędów narracyjnych duetu przyjmuje trwale wartości ujemne. Ucieczka w galop jest zwinna i zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Piąty przynosi kolejną, zwartą i dobrze opowiedzianą historię. Flow Webstera na alcie przypomina kocią zwinnością dokonania Erica Dolphy’ego. Szósty także świetnie komponuje się z tym, co dotychczas. Płyta składa się z jedenastu opowieści, ale zupełnie swobodnie mogłaby być jednym trakiem. Tak spójne stylistycznie jest to nagranie. Tu akurat, harce dęte odbywają się po raz pierwszy na barytonie! Emocje bulgoczą, jurne konie w galopie! Siódmy od startu tonie w drummerskiej sonorystyce. Colin na alcie tyczy szerokie kręgi, buduje dronowe pasaże, pełne nostalgii, która kąsa! W Ósmym baryton wzywa na ubitą ziemię. Perkusja jest gotowa. Gramy krótkie piosenki, bo dobrze się znamy. Każda myśl Colina zdaje się być bliźniaczo podobna do myśli Andrew! W Dziewiątym ponownie baryton na placu boju. Solowa introdukcja na kipiących od potu dyszach. Całuski, przytulanki, incydenty na talerzach. Saksofon burczy, prycha, snuje opowieści dla złych chłopców! Delicious! Dziesiąty, to tryumfalny powrót altu. Free jazzowy konkret z dużą dawką prawdziwie aylerowskich melodii, ale brutalnie uwspółcześnionych. Dynamiczny flow, pełen kobiecych emocji podefloracyjnych. Niezwykle wysoki stopień zasilania! Energia, zmysłowość, emocje, niepowtarzalność! Jedenasty, na finał, to ballada w rezonansie. Talerze, tomy i werble drżą, rodzaj krypto drummingu. Sprytna dynamizacja smakuje miodem i maliną! Solo Lisle! Alt także! High! Kocie pazury skrobią po szybie i nie sposób się nimi nie zachwycić! Ostatnie słowo prycha z tuby altowego instrumentu dętego, drewnianego! What a game!




David Birchall / Rogier Smal / Colin Webster  Drop Out (Cassette, Astral Spirits, 2017)

Na finał dzisiejszego seta, znów kaseta magnetofonowa! I silnie energetyczne trio - David Birchall na gitarze elektrycznej, Rogier Smal na perkusji i Colin Webster na saksofonie (głównie lub wyłącznie altowym). Londyńska, studyjna rejestracja z marca 2016 roku. Kaseta zwie się, od nazwy miejsca nagrania, Drop Out i trwa niespełna 32 minuty (dwie strony, bez tytułów).

Side A. Punkowy brud, pikantna, dynamiczna narracja, pełna zdrowej anarchii, która bezczelnie panoszy się w studio nagraniowym. Brutalny free-jazz-noise-rock! Zawody prowadzone wszakże w duchu jak najbardziej sportowym. Birchall w centrum, Webster po lewej, Smal po prawej stronie. Dużo prądu i wyładowań atmosferycznych, sporo chemii, a nawet chemikalii. 6 minuta wyznacza pierwszy krok w kierunku psychodelii. Saksofon pętli się, drumming jest hipisiarski (a może już hipsterski). Colin eskaluje się na alcie w wysokim rejestrze, ma brudny, ultra’punk’noise’owy tembr. Pachnie dynamitem na kilometr! Gęsta, uporczywa narracja. Płyta jest krótka, ale ilość poczynionych na niej dźwięków wystarczyłaby na potrójny winyl! Gitara i alt lubią zlewać się w jeden błyskotliwy wielodźwięk, perkusja też nie stroni od lokalnych eksplozji. Bulgoczący tygiel energii! W okolicach wskaźnika czasu 10:30, jakby gwałtowana zmiana jakości nagrania (nieudane zlepienie na etapie produkcji?). Brzmienie tria nabiera przestrzenności, dzięki czemu przyjemność odsłuchu wzrasta. Poziom agresji, drapieżności pozostaje na tym samym poziomie, zatem całkiem spokojnie możemy pójść w taneczne pogo! 13 minuta i zdjęcie nogi z pedału gazu. Efektem piękne, wyraziste pasaże, czynione bardzo selektywnym dźwiękiem, ze szczyptą dubowej przestrzeni. Smal schodzi na talerze, Colin i David prowadzą intrygujący dialog. Całuski, kropelkowanie na mokrych strunach i upoconych dyszach. Powrót rytmu, od strony drummera, wywołuje nową, finałową eskalację.

Side B. Dzwonki, wilgotne struny na progu, repetycje altu. Spokojna, urocza introdukcja. Długie, niebanalne pasaże całej trójki, być może w oczekiwaniu na eksplozję. Prawdziwa druga strona medalu. Piękny rewers! Od 7 minuty startuje jakby nowy track. Estetyczny powrót do strony A kasety. Ostro, czupurnie, wet za wet! Birchall płynie Hendrixem, jakże doskonale czuje się w tej formule. Brawo! Komentarze, podpowiedzi i reakcje Webstera i Smala godne punktu odniesienia! Na finał alt szybuje bardzo wysoko.


****

Wszystkie omówione dziś płyty są dostępne elektronicznie (niektóre także fizycznie) na stronie bandcampowej muzyka:

Colin Webster


Poprzednie historie Webstera na Trybunie, dla przypomnienia:





*) ang. Autostrada do sławy! Kolejna nowa historia!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz