Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

poniedziałek, 28 października 2019

Gussoni! Magliocchi! Northover! The Sea Of Frogs!


Gdzie duch niezapomnianego Johna Stevensa najintensywniej czuwa nad rozwojem swobodnej improwizacji? Zapewne w Zjednoczonym Królestwie, ale jak się okazuje, nie pierwszy już raz, motyw włoski też warty jest w tym kontekście podkreślenia. Co zresztą Trybuna, naczelny organ pamięci o światowym dorobku Spontaneous Music Ensemble, dostrzega i od czasu do czasu werbalnie akcentuje.

Perkusista i perkusjonalista Marcello Magliocchi, po rodzicach zdecydowanie jest Włochem, ale od lat swe muzyczne aktywności realizuje głównie na wyspie, ulokowanej geograficznie powyżej Kanału Le Manche. A każdym kolejnym swym nagraniem daje powód, by zaliczać go do grona ważkich kontynuatorów artystycznej spuścizny Johna Stevensa.

Dziś pochylimy się nad wydawnictwem, na którym towarzyszy mu jego niemal stały partner, saksofonista Adrian Northover, a trzyosobowy skład domyka flecista Bruno Gussoni. Całość dzieje się na koncercie we … włoskiej Genui. Pięć, a w zasadzie sześć swobodnych improwizacji, trzy pierwsze w trio, trzy kolejne w uzupełniających się duetach – łącznie 47 minut i 36 sekund. Całość zwie się The Sea Of Frogs, a wydawcą jest grecki netlabel Plus Timbre (uwaga, jak każda jego edycja, muzyka jest dostępna bez dodatkowych opłat, ale jedynie w wersji elektronicznej!).




Krawędziowy drumming, pełen niuansów i szczegółów, małe, zwinne, kocie ruchy – Marcello w całej swojej krasie! Obok sopran Adriana, tu w konwencji molekularnej improwizacji, tkanej z mikroelementów dźwięku, bodaj najbliższy wężowym przebiegom Trevora Wattsa, jakie ten zwykł czynić wieki temu u boku Johna Stevensa – master class! Flet Bruno, bardziej osadzony w klimatach chamber, ale w takim towarzystwie, gotowy do fermentowania od pierwszej sekundy koncertu. Wstęp trwa nieco ponad trzy minuty, jest równie dynamiczny, co zadziorny, ma zrobić wrażenie na odbiorcy i tak też się dzieje. Druga improwizacja budzi się perkusjonalnym intro – dzwonki, małe talerze. Oba dęciaki wchodzą bardzo wysokimi i niezwykle czystymi pasażami, świetnie kontrastującymi brud percussion. Cisza, skupienie, zdrowy swąd wyzwolonej kameralistyki i nadaktywny drumming – doskonały melanż! Zmysłowy rezonans talerzy, zdobiony sonorystyką fletu i skaczącego do nieba sopranu. Na finał części ptasia symfonia wyłącznie pięknych dźwięków. Trzecia trzyosobowa konstelacja – sopran, choć to niemal niewykonalne, skacze jeszcze wyżej, flet szumi, perkusjonalia przekomarzają się z ciszą. Narracja wydaje się lekka jak piórko, jednocześnie, co chwila narusza nasz wewnętrzny spokój zmyślnym zadziorem akustycznym. Potrafi bystrze narastać, by po chwili spaść na sam dół i refleksyjnie skowyczeć. Na finał odrobina kipieli w wąskich tubach, taneczne dialogi i nieustająca moc urody pojedynczego dźwięku.

Koncert przechodzi w fazę duetów. Najpierw sopran i flet z wyraźnym zamiarem odbycia całkiem sonorystycznej wycieczki. Głaskanie ciszy, szum suchego powietrza, tuż potem szybki skok w gęstwinę interakcji i dramaturgicznych punktów zwrotnych. Narracja momentami przybiera bardziej intensywne rozmiary niż ta poprzednia, w trio. Dużo zdarzeń w jednostce czasu – piękne imitacje, kompulsywne dialogi. Free impro chamber’ kingdom! Na finał cisza, partycja prychania, szumy, świsty, ptasie (żabie?) przekomarzania. Piąty, ostatni trak, to dwa kolejne duety. Sopran i perkusja – taniec prawdziwie wyzwolonych kreacji. Saksofon znów ciągnie bardzo wysoko, na bazie drżących z emocji krawędzi werbla. Bardzo dynamiczna, ekspresyjna opowieść, niemal free jazzowa, z akcentami wręcz hałaśliwymi. Gdy muzycy gubią moc, wchodzą w mantryczny taniec komunikacji zupełnej. Brawo! Po chwili oklasków duet finałowy – spokojny, wytłumiony flet i szczoteczki perkusyjne. Aktywnie, pod ramię z ciszą! Marcello dominuje, Bruno tańczy tuż obok i jest mu z tym bardzo dobrze. Ostatnie dźwięki, to niemal wyłącznie akustyczny, piękny szum, który zdobi dochodzący z oddali dźwięk … kumkających żab!


środa, 23 października 2019

Spinifex! Soufifex! ‎


Dzika, australijska trawa w nazwie, energetyczna muzyka free & punk jazz na wymiętej z emocji pięciolinii, tamże zgrabne melodie, czasami nawet do tańca, dalekowschodnie inspiracje, nie tylko semickie i genialny warsztat muzyczny – oto międzynarodowy sekstet Spinifex, którego poprzednią płytą mieliśmy okazję zachwycać się na tych łamach prawie dwa lata temu.

Nowa płyta zwie się Soufifex (TryTone, CD 2019), a za jej nagranie (studio w belgijskim Gent, dokładnie rok temu) odpowiada taka oto wataha, w większości świetnie nam znanych, muzyków z Niemiec, USA, Belgii, Holandii i Portugalii. A zatem: Tobias Klein – saksofon altowy, Gonçalo Almeida – gitara basowa, Philipp Moser – perkusja, Jasper Stadhouders – gitara elektryczna, John Dikeman – saksofon tenorowy i Bart Maris – trąbka. Siedem kompozycji (pięć autorstwa własnego, jedna autorstwa muzyka ze wschodu, jedna zaś, to trawestacja utworu tradycyjnego, też z tamtego rejonu świata), 63 minuty i 23 sekundy. Zapinamy pasy, napinamy mięśnie i startujemy!




Confrerie. Marszowy, śpiewny temat, podany bardzo rozchełstanym unisono, zadziorny, już na wejściu pięknie eksponujący saksofon tenorowy, który potrzebuje kilku sekund by wpaść w artystyczną konwulsję. Przestrzeń foniczna zdaje się nie mieć tu ograniczeń, albowiem mimo niezłej kipieli w tubie tenoru, cała reszta nie przestaje podawać tematu nagrania. Na chwilę milknie, by zaraz z nim powrócić i podkreślić komentarzem jakość wypowiedzi głównej. Narracja, choć w dużej mierze toczona z kartki, wcale nie ogranicza poziomu kreatywności muzyków, nie tłumi ich temperamentu. Eksplozja goni tu eksplozję, każdy z muzyków dokłada to ognia cząstkę siebie i czyni całość niezwykle śpiewną, ale też niebywale gęstą i intensywną.

Drinks & Logistics. Rzewne, semickie intro na alcie koi rany po eskapadzie otwarcia. Wysoko, aż po nieboskłon. Potem muzycy rysują temat, pozornie spokojny, silnie naznaczony zapachem murów Jerozolimy. Zornowska Masada, wersja rockowa – notuje recenzent, na potrzeby tych, którzy potrzebują drogowskazów. Wysokich tonów nie brakuje też trąbce, a całość opowieści pięknie rozpływa się w kolektywnej improwizacji. Sekcja rytmiczna trzyma całość w ryzach, pionizuje opowieść, która przypomina gatunkowy melting pot. Co za emocje!?!

Zarbi Owj. Kolejne semickie akcenty, wschodni temat, rytm tryska na wszystkie strony – dance, dance, dance! Potem sprawy bierze w swoje ręce gitarzysta i buduje zmysłową bazę z post-rockowym sznytem, na tle której wszystkie dostępne na scenie dęciaki gnają na zmysłowe zatracenie. Muzycy wspaniale panują nad dramaturgią całości. W ogniu swobodnych improwizacji, idealnie w punkt, potrafią powrócić do tematu głównego i kilkukrotnie z gracją strawestować go. Kolejna partycja tej pieśni zbudowana zostaje na linii niezwykle dynamicznej gitary basowej. Saksofon daje kolejną świetną zmianę, a temat nagrania powraca jak mantra.

AHAP. Za wprowadzenie w kolejny temat odpowiada nostalgicznie nastrojowa trąbka. Czar ujmującego smutku wisi nad nami, a sekcja rysuje wyważone pętle, nikt nigdzie się nie śpieszy. Narracja nabiera dynamiki pod światłym przewodnictwem trębacza. Ostre zęby szczerzą też gitarzysta, basista i drummer. Saksofony pięknie komentują zastaną sytuację. Jest też moment solowej ekspozycji perkusji, także z komentarzem instrumentów dętych.

Unnecessary Lines. Ruszamy w najdłuższą, ponad 13 minutową podróż! Rozpoczynamy ją w ciszy basowych pomruków, szmerze suchych tub, szumie cienkich strun gitary. Narracja nadyma się jak budyń, pęcznieje i rozbłyska całkowicie wyzwoloną improwizacją. Gitara snuje się wokół saksofonowych podmuchów. Temat utworu podany zostaje dopiero po 9 minutach – ekspozycja budowana na dynamicznej linii basu. Tańce i głośne śpiewy zdają się nie mieć końca. Gitara rządzi do ostatniej sekundy!

Marifa. Trąbka na ostro, pogłos basu, cisza pośród pozostałych instrumentów. Temat rusza na bazie basowych sekwencji, a powtarzany jest niemal w nieskończoność – jednocześnie melodyjny i zadziorny. Potem alt zaczyna swoją arię, którą opiera na dynamice sekcji rytmicznej. Znów powraca zmysłowa semickość, a linia basu pędzi jednym akordem. Po chwili, przy wsparciu perkusji, bas ma także swoje, bardzo wyzwolone expo. Rockową niemalże kipiel zwinnie gasi … gitarowe spowolnienie.

Dikri. Pieśń zamknięcia, traditional song, rytm na raz, grany bardzo kolektywnie, rockowe, bezceremonialne bum bum. Dancingowa narracja z prawdziwie punkowym wdziękiem. Dęciaki śpiewają, what a game! Tenor znów błyszczy, jak w pieśni otwarcia. W międzyczasie drobne, ale wyraziste solo drummerskie. Reszta bystrze kontrapunktuje, by na ostatniej prostej znów zagrać… bum bum.


poniedziałek, 21 października 2019

Lencastre’ Brothers! Lopes! Leblanc in Lisbon! Rodrigues with Cirera! The Portuguese impro is still in heaven!


Płyty z muzyką improwizowaną z naszego ulubionego końca Europy, wietrznej i słonecznej Portugalii, dość obficie pojawiały się w redakcyjnych odtwarzaczach w trakcie ostatnich kilku tygodni. Zatem bez zbędnych wstępów przystępujemy do ich wnikliwego omówienia. Sześć płyt, pięć z nich zarejestrowanych w Portugalii, jedna w Holandii, muzycy z różnych zakątków świata, ale oczywiście Portugalczycy w istotnej przewadze liczebnej. Nie zabraknie naszego ulubionego katalońskiego saksofonisty, jego brazylijskiego kolegi, a także pewnej równie cenionej, kanadyjskiej pianistki. Do dzieła!




José Lencastre/ Raoul Van der Weide/ Onno Govaert  ‎Spirit In Spirit Live At Zaal 100  (FMR Records, CD 2019)

Naszą portugalską podróż zaczynamy w … Amsterdamie i świetnie nam znanym klubie Zaal 100. Na scenie José Lencastre na saksofonie altowym i jego holenderscy przyjaciele - Raoul Van der Weide na kontrabasie (jak zawsze wspomaganym dodatkowymi urządzeniami) i Onno Govaert na perkusji. Koncertowy Duch w Duchu potrwa niespełna 40 minut, składa się z sześciu części opatrzonych tytułami, a zarejestrowany został niemal dokładnie rok temu.

Koncert zaczyna się dość wysokimi, wręcz piskliwymi dźwiękami – frywolne pizzicato, świst rezonujących talerzy drummerskich, repetujący, filigranowy alt. Skupiona, niebanalna opowieść zanurzona w jazzowej estetyce, silnie naznaczona piętnem dalece swobodnej improwizacji. Najzwinniejszy perkusista tej części świata, zawsze grający w punkt, równie wyrazisty kontrabasista, który zawsze potrafi zaskoczyć niebanalnym dźwiękiem, wreszcie lekki jak pawie pióro, alcista kolorysta. Już w 3 minucie ten pierwszy ma krótką ekspozycję solową, która unerwia krwioobieg improwizacji. Swoje trzy grosze dokłada quasi elektronika podpięta pod struny kontrabasu. Podobnie czyni swobodny alt, który od czasu do czasu brudzi swoje brzmienie. Piękną pieśń otwarcia puentuje solowa opowieść kontrabasu z komentarzem drummerskim.

Kolejne opowieści, jakby drobne epizody doskonale wyseparowane z większej całości (koncert w rzeczywistości trwał niemal 80 minut), to małe perełki free improv, która zna całą historię open jazzu od jego zarania. Druga część zaczyna się w rezonującej ciszy, by po pewnym czasie osiągnąć stan zwiewnej taneczności (brawo alt!), po raz kolejny, acz nie ostatni, podkreślając świetny poziom komunikacji w obrębie tria. Trzecią opowieść ciągnie kontrabas z perkusją, alt często operuje tu ciszą, milknie w dobrych momentach, świetnie budując dramaturgię całości. Ostatnią rzeczą, jaką można zatem powiedzieć o grze Lencastre, to konstatacja, iż wydaje on zbyt dużo dźwięków. W kolejnym epizodzie do gry w większej skali wchodzi zmysłowy smyczek Raoula. Kompresowany bystrym drummingiem i kontrapunktowany śpiewnym, wysokim altem, czyni ten odcinek jednym z najpiękniejszych na płycie. W piątej części kontrabasista sięga po coś, co brzmi jak mały flet, dzięki czemu cała narracja nabiera nowych, świeżych barw. Gdy powraca ze smykiem, cała opowieść najpierw zyskuje na dynamice, a po chwili zmysłowo ją traci. Wreszcie pieśń finałowa, wyważona, być może najspokojniejsza – smyczek, cichy alt, przyczajona perkusja, wszystko w kolektywnej podróży w kierunku finałowego dźwięku koncertu. Na ostatniej prostej bystre pizzicato kontrabasu i skrzeczący, z podziwu nad efektem całości, saksofon altowy.




João Lencastre  ‎Parallel Realities (FMR Records, CD 2019)

Czas na drugiego z braci Lencastre, perkusistę João. Definitywnie, i już do końca dzisiejszej opowieści, przenosimy się do pięknej Lizbony. Kwintet, którym dowodzi João zwie się Parallel Realities i proponuje nagranie z grudnia ubiegłego roku, pod takim właśnie tytułem. Wtedy to, w studiu Timbuktu, zameldowali się także: Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym, Rodrigo Pinheiro na fortepianie, João Hasselberg na basie, kontrabasie i elektronice oraz Pedro Branco na gitarze (dodajmy, iż na okładce widnieją nazwiska wszystkich muzyków). Osiem części (kompozycji, improwizacji predefiniowanych – tego jedynie się domyślamy), 52 minuty i 53 sekundy.

Nagranie budzi się do życia w głuchej, brzęczącej ciepłem amplifikatora, ciszy, w okolicznościach elektroakustycznego szumu pierwszych dźwięków. Szczypta gitarowego ambientu, sucha tuba saksofonu, skupiony, drobny drumming, minimalistyczne i repetytywne piano. Całość ciekawie narasta i przekształca się w … spokojną balladę, rodzaj open jazzu z elektronicznymi inkrustacjami. Długa, dziesięciominutowa pieśń otwarcia gaśnie przy miłym dla ucha ambiencie gitary. Druga odsłona skrzy się elektroakustycznie, zdaje się być znacznie żwawsza, z płynnym piano i śpiewnym saksofonem sopranowym. Narrację buduje mnogość dźwięków i moc jedynie dobrych interakcji pomiędzy muzykami. Swoboda improwizacji budzi szacunek, z pewnością jednak niektóre jej elementy były wcześniej zapisane w nieistniejącym scenariuszu. Dobrą zmianę ponownie daje gitarzysta, którego ekspozycja smakuje post-rockiem przyprawionym odrobiną psychodelii. Nie próżnuje też elektronika, a całość dostarcza nam sporo tzw. fake sounds, dźwięków, które udają … inne dźwięki. Nie brakuje też ognistych fraz roztańczonego sopranu. Trzecią opowieść zaczyna właśnie Cirera, ale preparacjom poddaje już saksofon tenorowy. Reszta muzyków podłącza się po 45 sekundach i rysuje coś na kształt jazzowej ballady, która jednak permanentnie fermentuje dzięki zmyślnym zabiegom katalońskiego saksofonisty. Po czasie za gęsty flow tej akurat opowieści odpowiedzialność biorą wszyscy muzycy. Te same atrybuty możemy śmiało przypisać czwartej części, na dobre słowo zasługuje w niej także pianista i ponownie gitarzysta.

Piąta część startuje wyjątkowo kolektywnie, z dużą porcją emocji, ładnie wystudzonej saksofonem w roli głównej. Szósta historia stawia na preparacje, a w tym niecnym dziele biorą udział wszyscy muzycy. Po fazie wstępnej, narracja przechodzi w długą, wielobarwną, ale i zmysłowo wystudzoną część, którą komentuje post-ambient z pojedynczymi akordami piana. Na finał muzycy znajdują jeszcze dość sił, by zwinnie pogalopować – ognisty saksofon i bystra gitara wieńczą najdłuższy, niemal 14 minutowy, z pewnością najciekawszy fragment płyty. Dwa ostatnie epizody na krążku, to niemal miniatury. Pierwsza, choć kolektywna, toczy się pod dyktando perkusji, druga stawia na mroczny i przepiękny chaos całkowicie wyswobodzonej improwizacji. Finał płyty stawia istotnie wartościową kropkę nad ”i”. Brawo!




João Lencastre's Communion 3  Song(s) Of Hope  (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w obecności drugiego z braci Lencastre, perkusisty João i sięgamy do formacji Communion 3. Bezdyskusyjnie zasłużyliśmy na chwilę dramaturgicznego oddechu! Perkusiście, który incydentalnie skorzysta także z syntezatora analogowego, w okolicznościach studyjnych Timbuktu (marzec bieżącego roku) towarzyszą – norweski kontrabasista Eivind Opsvik oraz amerykański pianista Jacob Sacks. Odsłuch dziesięciu kompozycji (!) – sześciu lidera i czterech jak najbardziej kolektywnych – zajmie nam 42 minuty bez dwóch sekund.

Pieśni Nadziei, to w pełni kolektywna, dobrze skomunikowana, budowana w oparciu o przygotowane kompozycje, dość swobodna … improwizacja, czyli to, co na tych łamach lubimy najbardziej. Określenie open jazz też winno być w trakcie tej introdukcji wskazane, jako kierunek poznawczy. Narracja budowana przez skupiony, bardzo precyzyjny drumming, czyste, zwinne piano z wieloma klasycyzującymi ornamentami, and last but not least, kontrabas, zatopiony w otwartej przestrzeni narracji, wyrazisty, zdolny samodzielnie prowadzić opowieść bez narażania jej na mielizny dramaturgiczne. Przestrzeń, duch wolności, skrupulatność i duże porcje zadumy, szczęśliwie bardzo dalekie od nudy, którą zwykliśmy kojarzyć z monachijskim ECM.

Wskażmy najbardziej wartościowe momenty tej historii. Szczególnie udany zdaje się być odcinek pierwszy, niemal 10 minutowy, świetnie wprowadzający nas w szczegóły. W drugim warto zawiesić ucho na zabrudzonym tembrem smyka na strunach kontrabasu i pianem, które buduje opowieść z mikro fraz wprost z klawiatury. Także narracja piątej opowieści zgrabnie wisi na zmysłowym smyczku, a pikanterii całości nadaje skromna, syntezatorowa inkrustacja perkusisty. W kolejnej części usłyszeć można także drobinki dźwięków budowanych z wykorzystaniem prądu, a dodatkowo garść nostalgii i bardzo efektownego drummingu w ramach puenty. Siódma część pachnie barokowym smutkiem, a pianista znów stawia na minimalizm, jako ulubioną metodę twórczą. Wreszcie finałowa opowieść, ze smykiem, który złowieszczo syczy, budując przy tym zwinne chamber. Piękny finał niemal relaksującej płyty, przynajmniej w obliczu tego, co słuchaliśmy parę chwil temu i tego, co usłyszymy w drugiej części dzisiejszej zbiorówki.




Luís Lopes  Love Song: Post-Ruins (Shhpuma, CD 2019)

Nim znów uderzymy w mocne tony, jeszcze jedna nieco stonowana opowieść, choć estetycznie daleka od poprzedniej. Okoliczności koncertowe, nawet teatralne i one man show – Luis Lopes na gitarze elektrycznej, w ramach kontynuacji cyklu solowych występów pod tytułem własnym Love Song, tu nazwanej dodatkowo … Post-Ruins. Nagranie z roku 2016 z Teatro Maria Matos trwa 37 i pół minuty.

Pojedynczy akord, szum i garść ciszy, pierwsze stadium minimalizmu. Potem akord podwójny, może nawet potrójny. Step by step w opowieści Lopesa jakby przybywało dźwięków, ale narracja toczy się w wyjątkowo żółwim tempie. W 6 minucie mały rezonans basowy na prawej flance, a w tle życie sali koncertowej/ teatralnej rozkwita – ktoś oddycha, inny szeleści włosami, małe akcenty pogłosu, mikro pulsacje na gryfie.

Od mniej więcej 12 minuty gitarowa narracja nabiera pewnej płynności, obok brzęczy amplifikator, wciąż wszakże akcje dźwiękowe ubogacane są antraktami maksymalnie wyciszonej zadumy. W 21 minucie, na krótki moment, narracja nabiera post-rockowej zadziorności, zakleszcza się w zmysłowej gęstwinie powolnych dźwięków. Po 25 minucie następuje dystyngowany powrót do aktywnego minimalizmu. W 28 minucie recenzent odnotowuje ciekawe, basowe pulsary, które rezonująco wybrzmiewają. Po 30 minucie muzyk już zdecydowanie zarządza odwrót – proponuje smukłe meta ballady, budowane z dużą oszczędnością sił i środków. Gaszenie płomienia koncertu czynione jest pojedynczymi dźwiękami.




Leblanc/ Gibson/ Vicente/ Mira/ Ferreira Lopes ‎ Double On The Brim (atrito-afeito, CD 2019)

Po krótkim odpoczynku, czas wrócić do ognistej muzyki. Free jazz pełną gębą, pięknie zatopiony w tradycji gatunku, nawet hard-bopowego, proponuje nam kwintet pod nieśmiałym przewodnictwem kanadyjskiej pianistki Karoline Leblanc, której wydawnictwa, sygnowane nazwą własnego labelu, są stałym gościem tych łamów. A towarzystwo dobrała sobie pianistka doprawdy wyśmienite – Yedo Gibson na saksofonach, Luís Vicente na trąbce, Miguel Mira na wiolonczeli i Paulo J Ferreira Lopes na perkusji. Nagranie z Namouche Studio, z lutego br., składa się z sześciu części, a trwa 58 minut i 42 sekundy.

Już pierwsze dźwięki nagrania mówią nam wszystko to, co winniśmy wiedzieć o intencjach muzyków – strong jazz, bardzo swobodna, masywnie podawana narracja, która brzmi jak temat, który zostaje natychmiast i po wielokroć rozimprowizowany. Kolektywizm, moc i gracja, a u stóp muzyków leży cała historia wolnego jazzu. Gęsta opowieść, co chwila zdobiona solowymi, krótkimi ekspozycjami, które barwią opowieść w takim tempie, iż recenzent nie nadąża z odnotowywaniem wszystkich ważnych epizodów. Ostra jak brzytwa sekcja rytmiczna z wiolonczelą, która nieustannie kąsa, saksofon i trąbka rozstawione na przeciwległych flankach, cios za cios! Brudne, szorstkie brzmienie wszystkich instrumentów, jakbyśmy nie spotkali muzyków w najlepiej brzmiącym studiu całego zachodniego Półwyspu Iberyjskiego, a raczej w przydrożnej oberży. Druga część próbuje przez moment tłumić emocje po obu stronach nieistniejącej sceny. Szczypta nostalgii, oczekiwanie na płomień życia. Nie trwa ono zbyt długo – kolektywna jazda zaczyna się już po niedługiej chwili. Odnotujmy świetny komentarz wiolonczeli wypuszczonej na smyku, tu w towarzystwie bystrego expo pianisty. W 9 minucie muzycy podejmują pierwszą próbę szukania ciszy – piękny dialog saksofonu sopranowego i wspomnianej wiolonczeli, jakże bystra imitacja! Po chwili cały … kwartet wpada jednak do ognia (z Gibsonem na czele!), a milczenie zachowuje jedynie trębacz.

Trzecia historia, to skromne, wyciszone interludium, pełne niebezpiecznego smutku. Czwartą część otwiera Mira, Gibson preparuje, a Karoline używa tylko czarnych klawiszy. Wreszcie Vicente przerywa wielominutowe milczenie i wgryza się w narrację, niczym doświadczony borsuk. Brawo! Piąta część płyty startuje bardzo kolektywnie, z saksofonem tenorowym, jako głównym zaborcą czasoprzestrzeni. Znów kwintet połyka czas na pełnym gazie. Ostre piano, kanciaste dialogi saksofonu i trąbki, krew leje się strumieniami. Muzycy zdają się być w tej free jazzowej jatce dramaturgicznie przewidywalni, ale jakość ich reakcji i solowych ekspozycji znamionuje klasę światową. Ta uwaga tyczy się przede wszystkim brazylijskiego saksofonisty. Yedo, what a game! Czas na pieśń finałową – bystra free narracja budowana na rozgrzanym do czerwoności smyku wiolonczeli. Dęciaki pięknie preparują na dużej dynamice. Na finał fortepianowe fajerwerki, galopada sekcji i czyste szaleństwo w tubie saksofonu! Jego gorące podmuchy wieńczą tę niezwykle energetyczną podróż w znane-nieznane.




Ernesto Rodrigues/ Albert Cirera/ Rodrigo Pinheiro/ Carlos Santos  Three Phases ① White (Creative Sources, CD 2018)

Na naszą wyimaginowaną scenę powracają Albert Cirera (tym razem tylko saksofon tenorowy) i Rodrigo Pinheiro na fortepianie, a dołączają do nich przedstawiciele starszego pokolenia portugalskich improwizatorów – Ernesto Rodrigues na altówce i Carlos Santos – field recordings i elektronika … fal radiowych. Koncert z O'Culto da Ajuda, kwiecień 2018 roku. Jeden trak, prawie 42 minuty.

Suche frazy zaspanych jeszcze instrumentów, akordy z klawiszy, prychy tuby, liczenie strun w niemal zupełnej ciszy, okruchy świergoczącego field recordings, jakbyśmy odbywali właśnie spacer po wiosennej łące. Skromne preparacje, pojękiwanie naciąganych małym palcem strun, cykady tańczące za oknem – classical silent free improv from Creative Sources! Molekularna, niezwykle skupiona narracja – fale radiowe szeleszczą na wietrze, tuba saksofonu drży, podobnie jak pudło rezonansowe fortepianu. Trzy pięknie brzmiące instrumenty akustyczne i żyjące w stanie ciągłej zmiany field-recordingowe tło, jakże zmysłowa koegzystencja.

Pierwsza próba wyjścia ze strefy ciszy ma miejsce w 11 minucie, czyniona jest z inicjatywy pianisty, z akcentami klasycznego piękna brzmienia altówki. Pod koniec pierwszego kwadransa muzyka rozbrzmiewa pełnią niemal filharmoniczną (świetna akustyka pomieszczenia!), by po ułamku sekundy powrócić do tłumionego minimalizmu, zdobionego partycją fake sounds – saksofon brzmi jak perkusja, altówka jak huragan chrząszczy, klawisze fortepianu niczym rozstrojona gitara, a wokół śpiewają ptaki elektroniki. W kolejnym etapie, znów odrobina żwawszej narracji, tu za przyczyną Cirery i Pinheiro, którzy sieją nieustanny ferment. Po 27 minucie na chwilę opowieść robi się naprawdę głośna! Nawet Ernesto, zwykle chłodny w reakcjach scenicznych, tryska emocjami! Po 33 minucie każdy z muzyków dokłada coś nowego do palety dźwiękowej - kreacja muzyków buzuje, a nasze uszy tańczą z radości. Preparacje, stylizacje, emanacje – nie ma chwili nudy w tym strumieniu dźwiękowym! Pod koniec nagrania, na moment, elektronika przejmuje władanie sceną, śląc posuwiste pulsary energii. Po 40 minucie wszyscy jednak, z należytą pieczołowitością, przystępują do gaszenia płomienia opowieści. Czynią to po mistrzowsku, aż do ostatniego dźwięku.

piątek, 18 października 2019

Dan Philips Quartet and Light At Depth!


Recenzja sporządzona na potrzeby portalu polish-jazz i tamże pierwotnie opublikowana some weeks ago.


Amerykański kwartet z polskim akcentem proponuje podróż po zakamarkach swobodnie kreowanego fussion jazzu, udowadniając przy okazji istotnie ważną tezę, iż w muzyce improwizowanej najważniejsza jest dobra komunikacja, poparta odpowiednim poziomem kreatywności artystów.





Nagranie Light At Depth otwiera łagodne intro, budowane przez fortepian i kontrabas traktowany techniką arco. Kolejnym krokiem jest wejście spokojnej gitary, którą wspiera szelest talerzy. Opowieść otwarcia tkana jest niezwykle skrupulatnie, a elementem, który tworzy dramaturgię wydarzeń jest niewątpliwie Pabian i jego kontrabas. Muzyk burzy, narzucająca się mimowolnie po lekturze instrumentarium wykorzystanego na płycie, estetykę typowego fussion jazzu. Pierwszy utwór zdaje się być balladą, która szuka pretekstu do wybuchu emocji. Po 5 minucie repetujący kontrabas i rozgrzewająca się gitarą zaczynają budzić nadzieję na kolejne udane fragmenty płyty. Drugą kompozycję (za nieparzyste odpowiada Philips, za pozostałe cały kwartet i mają one nieco bardziej swobodną formę) otwiera gitara tańcząca z werblem. Syntezator kreśli plamy, kontrabas snuje niebanalny pasaż pizzicato. Muzycy bardzo umiejętnie wchodzą w improwizowany rozgardiasz. Całość smakuje fussion jazzem, niemniej kontrabas i perkusja czynią tu dużo nieoczywistych rzeczy, co podnosi jakość narracji w sposób krytyczny. Dynamika, energia, jakże oświecony kolektywizm! Jakby na podkreślenie słów recenzenta, w 5 minucie muzycy zwinnie wyhamowują i rozlewają się czterema bardzo swobodnymi improwizacjami, które pozostają wszakże ze sobą w bliskich relacjach. Po kilkudziesięciu sekundach znów bardzo kolektywnie łapią dynamikę. Prym wiedzie tu Baker, który wpada w zmysłowy rezonans, podczas gdy gitara i perkusja snują na boku nowy wątek. Brzmienie całości zdaje się być nieco zabrudzone, mało selektywne, co w tym akurat wypadku dodaje niewątpliwego uroku temu specyficznemu fake fussion.

Trzecia kompozycja startuje gitarowo-perkusyjną introdukcją, która szybko wchodzi w stan narracji właściwej dzięki bystrym plamom syntezatora i ciekawej, prowadzonej na froncie ekspozycji kontrabasu. Wszystko nieśpiesznie, stylowo, bardzo swobodnie budowane. Swoim zwyczajem kwartet w mgnieniu oka nabiera dynamiki, a po 5 minucie łapie także zmyślny rytm. Soliści na flankach (Baker i Philips) płyną dość separatywnie, sekcja samym środkiem łapie zaś funkowego dryla! Power quartet z mocą rockowego combo! Czwarty odcinek budzi się spokojnie – perkusyjne intro, plumkająca gitara. Pabian proponuje zwinnym pizzicato bardziej dynamiczną narrację. Rockowy nerw dopada muzyków. Udane momenty Philipsa i Bakera. Po wytłumieniu wszystkie dźwięki zlewają się do jednego, ambientowego strumienia, który zdobiony jest świetnym drummingiem.

W trakcie piątej kompozycji powraca fortepian, traktowany przez Bakera w tradycyjny sposób. Klimat buduje mała gitara i drżące talerze. Krok ku estetyce funk znów zdaje się być dobrym pomysłem. Moc rockowej ekspresji, z jazzem zaszytym pod skarpetkami.  Narracja nabiera wigoru i smaku, co w drugiej jej części potwierdza świetna współpraca kontrabasu i perkusji. Szósta opowieść i znów pulsuje sekcja – tańczą, jak koniki polne na zroszonej łące. Gitara i piano dają rytm, który po niedługim czasie zostaje ciekawie zastopowany. Kolejny stylowy flow tkany bystrym kontrabasem Pabiana. Krok ku dynamice, krok wu wyciszeniu. Na finał fragmentu o bardzo zmiennej akcji, świetne, klasycyzujące solo Bakera po białych i czarnych klawiszach. Po kolejnym wyhamowaniu, w 7 minucie, dla odmiany taneczne solo Pabiana, jakby dla podkreślenia dobrze wykonanej przez niego roboty na całym albumie.  W kompozycji finałowej, mała klamra dramaturgiczna – Pabian powraca ze smyczkiem i buduje wraz z partnerami finałową balladę, która - tu bez zaskoczenia - znów nabiera dynamiki i stylu. Dobra ekspozycja gitary, zadziorna sekcja, ciekawe piano. Ostatnie dźwięki też powstają tu kolektywnie, co dodatkowo podkreśla walor świetnej komunikacji pomiędzy muzykami, od pierwszego dźwięku po finał ostateczny.


Dan Phillips Quartet ‎ Light At Depth (Lizard Breath Records, CD 2019)

Dan Phillips – gitara, Krzysztof Pabian – kontrabas, Bill Harris – perkusja, Jim Baker – fortepian, syntezator.


poniedziałek, 14 października 2019

Elektro Ad Libitum! The Report From The Place Of The Incident!


Czternasta edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej Ad Libitum przebiegła pod znakiem Elektro! Program zbudowany został wokół dwóch niebywałych, w ujęciu historycznym i artystycznym, formacji muzyki elektroakustycznej – Musica Elettronica Viva oraz Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera, zawierał w sobie także ważki wątek rezydencji mistrza elektroniki analogowej, Thomasa Lehna. Scena Centrum Sztuki Współczesnej Zamku Ujazdowskiego w Warszawie przez trzy dni festiwalowe tonęła w kablach, laptopach i urządzeniach do elektronicznego przetwarzania dźwięków generowanych przez instrumenty akustyczne. Wrażeń było mnóstwo, doznań artystycznych także, rzućmy zatem okiem na krótkie podsumowanie sześciu koncertów czynionych z pewnością ad libitum.




Festiwal rozpoczął się dźwiękami jak najbardziej akustycznymi, wprost z klawiatury fortepianu, za którym zasiadła Joanna Duda. Snuła intrygujące, minimalistyczne i zwinnie repetujące dźwięki, które grubymi kablami trafiały do oprzyrządowania elektronicznego Krzysztofa Knittela i Marka Chołoniewskiego (zgodnie z opisem – uprawiających live electronics). Połączenie młodości i doświadczenia, żywej fonii i elektronicznych dekonstrukcji było bez wątpienia zjawiskiem ciekawym, ale pod dwóch kwadransach, dość mało rozwojowym. W mojej ocenie zabrakło czegoś na kształt punktu zwrotnego, choćby nowego pomysłu pianistki w kontekście dramaturgii koncertu, który zdawał się ginąć w przestrzeni bardzo swobodnej elektroniki.

Drugi spektakl dnia pierwszego, to efekt dwudniowych warsztatów Thomasa Lehna i grupy polskich muzyków, swoistej próby połączenia wody z ogniem – doświadczonych muzyków związanych z estetyką free jazz/ free impro z muzykami młodymi, reprezentującymi współczesną, akademicką elektroakustykę. Co ciekawe, w samym koncercie nie wziął udziału Thomas Lehn, który efektom wspólnej, warsztatowej pracy przyglądał się z pozycji widza. Na scenie zaś pojawili się: Teoniki Rożynek - elektronika, skrzypce, Żaneta Rydzewska - klarnet, elektronika, Aleksandra Kaca - fortepian, elektronika, Wojciech Jachna – trąbka, Tomasz Gadecki - saksofon tenorowy i barytonowy, elektronika, Marcin Bożek - gitara basowa oraz Michał Gos – perkusja. Koncert w wielu momentach był naprawdę intrygujący. Siedmioosobowy ansambl bez dyrygenta radził się pod względem dramaturgicznym całkiem dobrze, pilnie trzymał się kontrolowanej ekspresji, bardzo ważnej dla dźwiękowych przebiegów elektroakustycznych. Na scenie czuło się chwilami, iż grają dwa podzespoły, ale fakt ten nie czynił wiele złego obrazowi całości. Z mojego puntu widzenia wszakże, najciekawszy fragment koncertu miał miejsce w momencie, gdy za wszystkie dźwięki generowane na scenie odpowiadała męska część zespołu festiwalowego.





Po dniu otwarcia, w trakcie którego, na scenie CSW, dominowały konstelacje personalne bazujące na intuicji i uroku pierwszego muzycznego spotkania, przed nami już wyłącznie stali współpracownicy, improwizujące working bands, jakkolwiek pokracznie by to nie zabrzmiało w przypadku muzyki, o której dziś mówimy. Na początek piątkowego wieczoru Tiziana Bertoncini na skrzypcach i Thomas Lehn na syntezatorze analogowym.  Świetna komunikacja, grad udanych dźwięków, zwłaszcza wtedy, gdy syntezator analogowy rozmawiał ze skrzypcami, a nie bombardował je ciosami spod gardy. Po prawdzie jeden z dwóch najbardziej dynamicznych koncertów wszechwładnej na scenie festiwalowej elektroakustyki.

Musica Electtronica Viva, to nazwa, która intryguje, ekscytuje, czasami też obyczajowo prowokuje światową scenę muzyczną już od wielu dekad. Frederic Rzewski na fortepianie i Alvin Curran na różnorakich instrumentach akustycznych (także fortepianie) i elektronicznych - obecni na sali ciałem i duchem oraz Richard Teitelbaum (moog, syntezatory analogowe) obecny tylko duchem, w drugiej zaś części koncertu, także zwizualizowany i połączony dźwiękiem live linią przesyłową Warszawa – USA (muzyk ze względu na zły stan zdrowia nie mógł wsiąść do samolotu). Mimo tych drobnych (?) niedogodności usłyszeliśmy bodaj najbardziej ekscytujący koncert tej edycji Ad Libitum. Precyzja każdego dźwięku, humor, rodzaj artystycznej groteski… Minimalistyczny, filozofujący Rzewski, nadaktywny, tryskający pomysłami Curran, wreszcie dobiegający zza światów, oniryczny Teitelbaum. W pierwszym komentarzu społecznościowym napisałem: „Wielu muzyków pretenduje do miana artystów uprawiających elektroakustykę, MEV po prostu ją grają!”.




Dzień trzeci, dzień ostatni. Na początek duet Lucas Niggli (perkusja) oraz Andreas Schaerer (głos, elektronika). To właśnie ów drugi bardziej dynamiczny koncert festiwalu – niezwykle kompetentny drummer i wokalista, który od pierwszego dźwięku, prezentował ogromne możliwości głosowe. Być może trochę szkoda, iż równie dla niego ważnym instrumentem była rozbudowana, analogowa elektronika, która w wielu momentach dominowała na koncercie. Dynamika rosła, dość często muzycy wchodzi w klimaty wręcz rockowej ekspresji i beat boxingowej estetyki. Znacznie ciekawiej było, gdy tonowali emocje i szukali spokojniejszych rozwiązań dramaturgicznych, zapuszczając się nawet w etniczne, niemal dalekowschodnie zaśpiewy, wzbogacane rozbudowanymi perkusjonaliami. Publiczność wszakże kupili w pięć minut właśnie ową dynamiką i scenicznym temperamentem. Bisy zdawały się nie mieć końca.

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble! Ta nazwa powoduje szybsze bicie mojego serca od kilkunastu już lat. Oto koncert, niczym spełnienie marzeń! Zacznijmy od danych personalnych: Evan Parker, saksofon sopranowy, Matt Wright, laptop, turntables, Paul Lytton, perkusjonalia, Richard Barrett, live proccesing, Paul Obermayer, live proccesing, Percy Pursglove, trąbka, Peter van Bergen, klarnety, Mark Nauseef, perkusjonalia, Sten Sandell, fortepian oraz Adam Linson, kontrabas, elektronika. Ta niebywała, elektroakustyczna podróż trwała ponad godzinę. Po niemal 50-minutowym secie zasadniczym, muzycy zagrali jeszcze spokojny, wyważony bis. Otóż i właśnie, jeśli miałbym do potoku zachwytu nad całym koncertem, absolutnie szczerego i niebudzącego wątpliwości, dodać łyżkę dziegciu…. Muzyka elektroakustyczna w swej najpiękniejszej formie, która zresztą jest udziałem tego ansamblu na każdej z jego licznych płyt, bazuje na wstrzemięźliwości i pewnego rodzaju minimalizmie. Ideą tego zespołu jest żywe procesowanie dźwięków akustycznych rozbudowanym instrumentarium elektronicznym. Tu, w trakcie tego i tak wspaniałego koncertu, było kilka momentów, w trakcie których część muzyków wydawała z siebie… po prostu za dużo dźwięków w jednostce czasu, czasami także dźwięków zbyt głośnych. Moja uwaga dotyczy przede wszystkim Nauseefa i Pursglove’a. Intuicyjna, niezauważalna quasi dyrygentura Parkera nie była w stanie tych momentów dramaturgicznie okiełznać. Ale i tak, wieczór ten przejdzie do historii Ad Libitum, jako jeden z tych najważniejszych.



Zdjęcia telefonem własnym, bez praw autorskich.

niedziela, 13 października 2019

Agusti Fernandez! William Parker! Susie Ibarra! One Night At The Joan Miró Foundation!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, kilka tygodni temu.


W natłoku nowych nagrań muzyki improwizowanej, powstających jak grzyby po deszczu w każdym zakamarku naszego globu, czasami trudno znaleźć moment, by … przypomnieć sobie starsze nagranie lub wznowić takie, które wydane zostało onegdaj i osiągnęło np. status out of print.

Fundacji Słuchaj taka sztuka się udała. Dwie dekady od pierwszego wydania ponownie możemy dziś posłuchać wyjątkowego koncertu, jaki odbył się w Barcelonie, w 1998 roku, w sali koncertowej fundacji Joan Miró, w trakcie którego pianiście Agusti Fernandezowi towarzyszyli niebywali goście zza Wielkiej Wody – William Parker na kontrabasie i Susie Ibarra na perkusji. Po prawdzie nie wiem, czy nakład pierwszego wydania został wyczerpany (w każdym razie, ja mam na półce), czy też nie, ale w kontekście zawartości samego koncertu, nie ma to aż takiego znaczenia. Trio wykonało wówczas cztery improwizacje, które trwały łącznie 63 minuty i 53 sekundy. Z radością zaglądamy do środka.




Pierwsze dźwięki koncertu, to krótkie, urywane frazy wprost z klawiatury fortepianu. Tuż obok garść zmagań ze strunami i mały balet talerzy. Stylowe, drobiazgowe wejście w temat, ale od samego początku z odpowiednią porcją dynamiki. Agusti stawia na intensywność godną Cecila Taylora, Susie smakuje odmłodzonym Sunny Murrayem. A William? No tak, on może przypominać wyłącznie siebie! Trio nabiera typowej dla tego ostatniego muzyka motoryki już po 180 sekundach. Free jazzowa narracja toczy się niezwykle kolektywne, z delikatnym wyeksponowaniem piana i przemożnego bogactwa perkusjonalii, pełnych męskiej mocy w kobiecych rękach. Parker plecie swoje rytmiczne pętlę niczym mantrę, pełne dynamiki i melodyjności. Agusti zdaje się być zwinny jak kot, przebiegły jak lis, no i te jego tygrysie pazury na zakrętach! W połowie 11 minuty pianista milknie, zostawiając przestrzeń dla intrygującej ekspozycji duetowej. Gdy powraca, wchodzi w duet z kontrabasistą – wyrazisty i mięsisty, po chwili chytrze skomentowany talerzami. Już po kilkudziesięciu sekundach trio osiąga stan kipieli, a pianista wręcz demoluje klawiaturę. 20 minuta wyznacza czas pierwszego, wyraźnego stoppingu – kontrabas jakby wbrew tej intencji, jedzie po swoje, ale pozostali uczestnicy spektaklu gaszą swoje ogniste płomienie, repetują i szukają nowego otwarcia. Gdy owo nastąpi, Fernández decyduje się na wyżej zestrojowe pasmo, Ibarra zaś adekwatnie przesuwa akcenty w kierunku perkusjonalii. W 25 minucie Parker włącza do gry smyczek i czyni naprawdę błyskotliwą ekspozycję, w czym w ogóle nie przeszkadza mu dynamiczny flow jego partnerów. Ale to właśnie oni gaszą ostatni płomyk pierwszej, ponad półgodzinnej części koncertu.

W drugi odcinek wprowadza nas Agusti i jego firmowe preparacje. Kontrabas podchwyca wątek, Susie opukuje werbel i tomy. Smyczek – na dokładkę - dodaje całości blasku i urody. Narracja robi się gęsta, choć zupełnie pozbawiona jest dynamiki pierwszej części. Krok za krokiem muzycy jednak nabierają wiatru w żagle, nakręcają się wzajemnie niczym sprężyny zegarka. Nim jednak postawią na większą dynamikę, jeszcze krótki moment na solowy popis perkusistki, a także garść zadumy znad klawiatury. Drive pojawia się na finał części, nie jest nadmiernie ekstremalny, raczej smakuje dobrym bluesem. Finał z udziałem szczoteczek – bardzo stylowy.

Trzecia opowieść – na wejściu niemal klasyczne piano z ciepłej klawiatury, lekki i zwinny kontrabas, także bardzo spokojny drumming. Trio pięknie nabiera dynamiki, piano zdobi proces skromną repetycją. Precyzyjny flow, dbający o niuanse, ale konstruowany już w niezłym tempie. Już bez skojarzeń w głowie recenzenta – tu każdy przypomina wyłącznie siebie! W 8 minucie Agusti gotuje się w 100 stopniach, a amerykańska sekcja płynie niczym okręt podwodny o napędzie atomowym. What a game! Zmysłowy smyczek na gryfie kontrabasu dostaje zadanie tłumienia emocji. Piano skacze ku górze, a drżą talerze. Finałowa prosta tryska urodą godną największych (bo tylko tacy są na scenie!). Gently silence after!

Czas na kodę tego niezwykłego koncertu - czule, zmysłowo, precyzyjnie, klawisz po klawiszu. Dudnią tomy, kontrabas naprzemiennie pizzicato i arco. Cool jazzowa narracja ze smakowitym smyczkiem w roli głównej. Siła meta melodyki. Po pewnym czasie pianista przejmuje dowodzenie i snuje wyjątkowo błyskotliwy pasaż, tuż obok drżą talerze, a smyk rysuje ostatnią pętlę. Gromy oklasków z jasnego nieba – nie może być inaczej!


środa, 9 października 2019

Dead Neanderthals and their holy Ghosts!


Żywy, jednostajny beat stopy masywnego zestawu perkusyjnego, od pierwszego dźwięku konstytuuje bieg tej historii. Towarzyszy mu pasmo fonii, której brzmienie sugeruje użycie syntezatora. Ale to złudne wrażenie – ten potok intensywnych dźwięków jest po części udziałem saksofonu, fortepianu i gitary elektrycznej, które skąpane w gęstej krwi, syczą wytrwale i niosą narrację imponującym pasmem przesyłowym. Mocny, strzelisty dron poddawany drobnym modulacjom, całość do użytku wewnętrznego przy zachowaniu reguły definitely play loud! Oto, jak zdaje się rodzić kolejne, konceptualne zwycięstwo niebywałej formuły muzycznej nazwanej Dead Neanderthals!




Muzyka, która nie potrzebuje słów, a jedynie czysto fizycznego z nią kontaktu. Dron, który wyje z rozpaczy, stopa perkusji, która kopie wielki grób. Zmysłowy, cielesny, śmiertelnie niebezpieczny black ambient in post-metal enviroment! Mantra straceńców, która płynie bez szwanku, raz narasta, raz faluje niczym pochodnia na wietrze, innym razem zdaje się jedynie trwać mosiężnym hałasem. Na finał pierwszej epopei stopa perkusji milknie, nieistniejące syntezatory odpływają w nieznanym kierunku, a światło gasi repetujący dźwięk czegoś wybitnie post-gitarowego.

Po garści czerstwej ciszy rusza druga strona medalu. Beat perkusji wydaje się być nieco bardziej rozbudowany, post-rockowy, odrobinę lżejszy, ale równie konsekwentny w działaniu. Łagodna gitara plecie swoją opowieść, która pętli się i melodyjnie skowycze. Dronowe tło, budowane z całej reszty użytych tu instrumentów i przedmiotów, płynie też nieco łagodniejszym strumieniem. Być może ten właśnie moment możemy zapisać jako najspokojniejszy w całej bardzo burzliwej i hałaśliwej historii Dead Neanderthals. Piękna, pół rockowa przestrzeń, metaforyczne post-riffy uśpionej chwilowo gitary, które wiodą nas do punktu wyznaczonego na zegarze jako 13:20. Wtedy to następuje prawdziwy heart attack fonii. Ściana dźwięku zostaje zbudowana w ułamku sekundy. Saksofon ryczy niczym uszkodzony syntezator, gitara płonie noise’ rockowym płomieniem, nawet z delikatnym posmakiem grunge’u, pędzi kilkoma pasmami jednocześnie. Owa niebywała furia dźwięków wybrzmiewa podobnie, jak w przypadku pierwszej strony medalu – tuż po ustaniu nawałnicy, na ostatniej prostej, jedynie pojedyncze dźwięki gitary, a może to spalony wysokim prądem, instrument klawiszowy.


Dead Neanderthals Ghost (Utech Records, LP 2019). Scott Hedrick – gitara i fortepian, Otto Kokke – saksofon, René Aquarius – perkusja. Dwa utwory napisane przez Dead Neanderthals, czas trwania 39:25. Saksofon i perkusja nagrane w studio White Noise w Holandii. Gitara i fortepian nagrane w Los Angeles.

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Dead Neanderthals, ale boicie się zapytać, dostępne jest dokładnie….  w tym miejscu!


wtorek, 8 października 2019

New Wave Of Impromptu - 3.Spontaneous Music Festival! The Report From The Place Of The Incident!



Trzecia edycja Spontaneous Music Festival, w tym roku po nazwą własną „New Wave Of Impromptu”, właśnie przeszła do historii. Czas na drobne podsumowanie, garść refleksji i wrażeń ogólnych.

Cztery dni, siedemnastu muzyków i … jedna Orkiestra, dwanaście koncertów, zdecydowana większość w festiwalowej bazie, czyli Dragon Social Club, dwa także w miejscu zwanym Pawilon, a jeden w Studiu Aktorskim STA. Poznań od czwartku do niedzieli zdawał się tętnić improwizowanym, jakże spontanicznym życiem.

Rola mistrza ceremonii otwarcia Spontaneous Music Festival przypadła w udziale pianiście Witoldowi Oleszakowi. Muzyk, nim jednak rozpoczął swój koncert, pociął przyniesioną na tę okazję partyturę na wąskie paski i przykleił je w miejscu, w którym na ogół kładzie się nutowe podpowiedzi, przez co konceptualnie nawiązał do formuły plakatu festiwalowego. Po czym zagrał niebywały koncert, po raz kolejny udowadniając, iż miano najbardziej niedocenionego pianisty improwizującego tej części świata jest jego udziałem już stanowczo zbyt długo. Czas na zmianę optyki! Oleszak przekornie zaczął swój spektakl niemal klasycyzująco, barwnie tańcząc na klawiaturze, po czym coraz silniej oddalał się od tego idiomu. Proces coraz swobodniejszej improwizacji osiągnął w końcu stadium preparacji. Witold zanurzył się w pudle rezonansowym fortepianu, by po kolejnym interwale, podłączyć pod swój instrument delay gitarowy. Efekt – ambientowe, niemal dubowe brzmienia. Król Midas w całej okazałości!

Kolejnym punktem programu był występ kwartetu The Electrics, w ramach którego … po raz pierwszy w Poznaniu zagrał doskonały berliński trębacz Axel Dörner. Towarzyszyli mu Sture Ericson na saksofonie tenorowym, Joe Williamson na kontrabasie i  Raymond Strid na perkusji. Kwartet na wydanych dotychczas płytach prezentuje się na ogół w bardzo otwartej formule free jazzu, tu na festiwalowym parkiecie, przesunął akcenty w kierunku bardziej swobodnej improwizacji i dźwiękowych preparacji, czym jeszcze lepiej wpisał się w spontaniczną formułę imprezy. Najlepsze fragmenty koncertu miały miejsce, gdy muzycy grali cicho i w niebywałym skupieniu. Klasa trębacza eksplodowała wówczas w dwójnasób.



Finał pierwszego dnia był jednocześnie otwarciem trzydniowej, festiwalowej rezydencji belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa. Kodian Trio (także Colin Webster na saksofonie altowym i Andrew Lisle na perkusji) stworzyło niebywale energetyczny, free jazzowy spektakl. Świetna komunikacja, kompulsywne improwizacje, a także kilka chwil na stonowane frazy, zanurzonej w post-ambiencie, gitary elektrycznej. Festiwalowy czwartek nie mógł zakończyć się lepiej!

Piątek był dość nietypowym dniem imprezy. Najpierw Ad Hoc Quartet, czyli personalna konfiguracja muzyków, którzy grali ze sobą w takim układzie po raz pierwszy, potem przenosiny do nieco większej przestrzeni Pawilonu na dwa spektakularne występy solowe i wreszcie powrót do Dragona na urodzinowe Jam Session Dirka Serriesa.




Zacznijmy zatem od pierwszego koncertu drugiego dnia. Do młodych, gniewnych Brytyjczyków, których świetnie znamy z poprzedniej edycji Festiwalu – Colina Webstera i Andrew Lisle’a – dołączyła dwójka stałych festiwalowych rezydentów, czyli Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej i Witold Oleszak na … organach Hammonda. Tak stworzony Ad Hoc Quartet zagrał kipiącą emocjami, gęstą i błyskotliwie energetyczną improwizację, w której pobrzmiewały echa avant jazz-rocka w najlepszym wydaniu. Muzycy szybko znaleźli wspólny język, czego dowodem świetny, kolektywny finał pierwszego seta, poczyniony „na raz”.

W Pawilonie zaś, w pięknej, onirycznej poświacie wysłuchaliśmy dwóch intrygujących występów solowych. Najpierw altowiolista Benedict Taylor z Londynu zagrał iście wirtuozerską improwizację, pełną dramaturgii, ale także konceptualnej ciszy i konstruktywnego zaniechania. Ambientowy, solowy występ gitarzysty Dirka Serriesa, to z kolei było wydarzenie, na które czekało wielu jego wielbicieli. Muzyk w ostatnich latach w zasadzie nie grywa tego rodzaju setów (koncentruje się bardziej na improwizacji na obu typach gitary). Jego występ był zatem wyjątkowo ekskluzywny, ale także bezceremonialnie piękny – płynne, drobne fonie przepuszczone przez gitarowe przetworniki, potem przetworzone przez mikser, dały niebywały, ambientowy płaszcz dźwięków.





W wieczornej części Jam Session do muzyków, jacy grali tego dnia koncerty festiwalowe, dołączyli Ostap Mańko na skrzypach i Michał Giżycki na saksofonie. Trzy sety i mnóstwo ciekawych, niebanalnych improwizacji.

Festiwalowa sobota, to najbardziej rozbudowany program artystyczny i od razu słowo komentarza - bez wątpienia najbardziej epicki i artystycznie bodaj najciekawszy dzień wszystkich dotychczasowych edycji Spontaneous Music Festival. Najpierw Ad Hoc Duo i muzycy zapowiadani, jako najlepsi europejscy saksofoniści w kategorii wiekowej „Under 40” – Colin Webster na saksofonie altowym oraz Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym. Ich ponad półgodzinny set każdym swoim dźwiękiem uzasadniał tezę postawioną przed występem. Świetna komunikacja, wspaniałe improwizacje, garść zmysłowej sonorystyki. Muzycy poznali się osobiście kwadrans przed występem, a zagrali tak, jakby wszystko robili razem przynajmniej od początku istnienia gatunku.

Po chwili przerwy kolejny duet – Dirk Serries na gitarze akustycznej i Benedict Taylor na altówce. W trakcie ich występu, po raz pierwszy, ale nie ostatni tego dnia, zeszliśmy z muzykami do poziomu ciszy. Subtelna, chwilami niezwykle molekularna improwizacja, w której ważny był każdy, nawet pojedynczy dźwięk. I znów, tak jak w trakcie solowych występów obu muzyków poprzedniego dnia, podstawowym atrybutem ich muzyki było czyste piękno dźwięków, jakie generowali na swoich instrumentach.

Trzeci już tego dnia duet nazywał się … DUOT! Najstarszy kataloński, improwizujący „working band”, czyli Ramon Prats na perkusji i ponownie tego dnia na scenie, Albert Cirera na saksofonach. Muzycy zagrali wielobarwny, intrygująco skonstruowany set, pełen free jazzowej energii, ale i sonorystycznych wycieczek w nieznane. Ci akurat muzycy grają ze sobą już kilkanaście lat, co w tym przypadku stanowi dodatkowy atut ich duetowych występów. Gdy tak dobrze znasz partnera, możesz pozwolić sobie w improwizacji na stuprocentowe ryzyko, dzięki czemu całość nabiera dodatkowych wartości. Muzycy bisowali, a oklasków nie było końca.




Wreszcie finał tego niezwykłego dnia i improwizacja realizowana w oparciu o - przygotowaną specjalnie na potrzeby tego koncertu - notację graficzną Dirka Serriesa. Tonus Ensemble w składzie: Dirk Serries - gitara akustyczna, Paweł Doskocz - gitara akustyczna, Witold Oleszak - fortepian, Colin Webster - saksofon, Benedict Taylor - altówka, Ostap Mańko - skrzypce, Anna Szmatoła - wiolonczela oraz Andrew Lisle - perkusja. Minimalistyczna formuła, pojedyncze akordy gitary i budowane wokół nich improwizacje pozostałych muzyków oraz niezwykle ważny element dramaturgiczny spektaklu – wielosekundowe porcje ciszy. Niebywałe skupienie na scenie, równie wielkie po stronie publiczności. Było słychać niemal każde przełknięcie śliny i westchnienie. Koncert, który stanowił pewnego rodzaju wyzwanie dla każdego jego uczestnika, po obu zresztą stronach sceny, ale nagroda była niezwykle sowita. Duże przeżycie!

W niedzielne późne popołudnie publiczność festiwalowa ponownie przemieściła się do innego miejsca – tym razem było to Studio Aktorskie STA, a w nim koncert Poznańskiej Orkiestry Improwizowanej. Osiemnastu stałych muzyków Orkiestry, a w roli gościa, a także dyrygenta pierwszej fazy występu – Benedict Taylor. Muzycy zagrali godzinną, wielobarwną improwizację, pełną chwilami niemal dzikiej energii, poddawaną nieustannym zmianom, także w zakresie osób odpowiedzialnych na proces dyrygentury. Ten wrzący tygiel emocji nie zawsze skutkował ciekawymi rozwiązaniami dramaturgicznymi, a obecność brytyjskiego skrzypka nie była w wielu momentach należycie wykorzystywana. Z drugiej strony docenić jednak należy niemal konceptualną wizję całości spektaklu, która mimo kilku trudniejszych momentów, broniła się nieźle.

Na finał Spontaneous Music Festival ponownie zawitaliśmy doi Dragona, by posłuchać dętego tria Details In The Air. Mikołaj Trzaska na klarnetach i saksofonach, Michał Górczyński na klarnetach i Ken Vandermark na saksofonie i klarnecie zagrali ponad 50 minutowy set bardzo różnorodnych „kompozycji w formie improwizacji”, a emocjonalne reakcje publiczności wskazywały, iż po obu stronach sceny panuje konsensus, co do jakości artystycznej przedsięwzięcia. W okolicach godziny 21.30 Festiwal dobiegł końca.


Wszystkie zdjęcia Tomasz Kasiarz. Dziękuję za możliwość udostępnienia. Wielkie pozdrowienia!

środa, 2 października 2019

A New Wave Of Jazz! A Very Long October’ Wave!



A New Wave Of Jazz, label prowadzony przez belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa, funkcjonuje już kilka lat i jest świetnie rozpoznawalny w świecie szeroko rozumianej muzyki improwizowanej, zaś samo określenie jazz w jego nazwie – to Czytelnicy Trybuny wiedzą doskonale – ma delikatnie przewrotny charakter.

Październik, to ważny moment dla NWOJ. Dwudniowy, specjalny Festiwal w trakcie trzeciego weekendu miesiąca (w belgijskim Rijkevorsel, w klubie de Singer), premiera kolejnych siedmiu tytułów w katalogu (dobijamy do numeru 27!), a już teraz, w Poznaniu, w ramach A New Wave Of Impromptu – 3.Spontaneous Music Festival, największa polska prezentacja muzyki wydawnictwa. W trakcie czterech dni imprezy, na scenach Dragona, Pawilonu i Studia Aktorskiego STA, pojawi się bowiem aż czterech stałych obywateli państwa Nowej Fali Jazzu – Dirk Serries, Colin Webster, Andrew Lisle i Benedict Taylor!

Dodatkowo Pan Redaktor był łaskaw uzyskać dostęp do wszystkich nowych płyt wydawnictwa, a zatem poczynić mógł stosowny odsłuch. Poniżej przeczytać możecie jego wynurzenia na ich temat. Wedle deklaracji Serriesa, wszystkie nowe tytuły będą dostępne przedpremierowo (!), w wymiarze handlowym, na poznańskiej imprezie. Zapraszamy zatem na nią podwójnie!




Boskage by Daniel Thomson & Colin Webster

Przegląd nowości wydawniczych NWOJ zaczynamy od soczystego duetu gitary akustycznej i saksofonu altowego, instrumentów pozostających w dłoniach naszych absolutnych brytyjskich faworytów – Thompsona i Webstera. Dźwięki zarejestrowane latem ubiegłego roku w londyńskim studiu Soundsavers, całość podzielona na trzy części, łącznie prawie 54 minuty.

Spotkanie zaprawionych w bojach lisów, do tego świetnie znających się z niejednego polowania, nie wymaga jakiejkolwiek gry wstępnej. Małe, introdukcyjne frazy dość szybko przechodzą w tzw. narrację właściwą, choć nie nosi ona znamion szczególnie dynamicznej. Raczej tłumienie emocji niż ich erupcja. Webster wydaje pierwsze, nieco bardziej dźwięczne fonie dopiero w 4 minucie. Rysuje uroczo pozakrzywiane do wewnątrz linie melodyczne, a gryf gitary Thompsona też zdaje się być usiany opiłkami czegoś śpiewnego. Opowieść toczy się bez pośpiechu, w skupieniu i należytym szacunku dla partnera. W drugiej części improwizacji otwarcia saksofon nie stroni od preparacji i śladowej sonorystyki, a wszystko czyni na bazie dość gęstego flow gitary. Ostatni kwadrans zaczyna się solową ekspozycją Daniela, który w typowy dla siebie sposób, zmysłowo piłuje struny nierozpoznanym przedmiotem. Szum z tuby wplata się w ten mistyczny kaganiec i muzycy w wyjątkowo pięknym stylu finiszują.

Druga improwizacja zaczyna się nieco bardziej dynamicznie. Struny zdają się niknąć w czerwonej poświacie pełnego rozgrzania, a saksofon otulony dronowymi pasmami czuwa tuż z obok. Oto całkowicie wyzwolone free improv, dalekie od free jazzu, nieco mniej oddalone od wolnej kameralistyki, jakby czyste samo w sobie. Najpiękniej dzieje się w tej części nagrania, gdy struny gitary wpadają w delikatny trans, a tuba saksofonu szumi niczym las wierzbowy. Na finał części drugiej muzycy przypominają nam, że potrafią nieźle hałasować. W trzecią improwizację wchodzą rwanymi frazami, nutka goni tu nutkę, po czym nabierają gęstości niczym Derek Bailey i Evan Parker w najlepszych swych duetach, być może ci tutaj, nawet lepiej się słuchają! Nim po 10 minucie wejdą w stan poszukiwania ciszy, zdążą jeszcze zaprezentować nam uroczy fragment, w którym dźwięki obu instrumentów zlewają się w jeden potok fonii. W nowy wątek Daniel i Colin wchodzą niemal półtanecznym krokiem, nabierają dynamiki, aż iskry lecą. Last minute koi wszystkie dotychczasowe emocje – gitara repetuje flażoletami, a saksofon śpiewa zalotną pieśń pożegnania.




Close/ Quarters by Benedict Taylor & Anton Mobin

Kolejna perła w najnowszym strumieniu Nowej Fali Jazzu, to spotkanie altówki (Benedict Taylor) i … prepared chamber (Anton Mobin). Opis płyty nie uszczegóławia, co kryje się za tym ostatnim określeniem, ale tzw. zawartość dość szybko pokazuje, iż … nie jest to aż takie ważne. Siedem swobodnych improwizacji, nagranych we wrześniu 2017 roku we Francji, łącznie prawie 42 minuty.

Altówka w środowisku elektroakustycznym – struny drżące w potoku dźwięków wydawanych przez post-perkusyjne obiekty nieznanej proweniencji. Skupienie, dbałość o detale typowa dla wysokogatunkowego free improv – preparacje i dewastacje, koniunkcje i alternatywy. Dekonstruowana kameralistyka i ognisty, choć chwilami także suchy strunowiec. Przebogate królestwo tajemniczych fonii. Czyż mogło nas spotkać coś bardziej urokliwego? Druga improwizacja wydaje się być jeszcze bardziej filigranowa, wręcz molekularna. Muzycy zwinnie brną w pytania i odpowiedzi, a preparacje sięgają stanu pre-industrialnego. Trzecia część jeszcze intensywniej zagłębia się w proces preparacji. Benedict zdaje się już sięgać nieba, Amon zaś mistrzowsko czyni swoją powinność - post-akustyczna finezja cienkich pasm basowych strumieni dźwiękowych. Po chwili, w czwórce, pojawia się garść dłuższych, bardziej siarczystych fonii. Na ich tle altówka, gotowa już na wszystko, tańczy i swawoli w najlepsze. Pod strunami ma opiłki metalicznego prądu.

Piąta improwizacja, to hydraulika i blacharstwo użytkowe – misy, kotły, naprzemiennie wilgotne i suche struny, której w szóstej części, rwane i poniewierane, w towarzystwie małych dzwonów rurowych, budują akustykę sytuacji zupełnie nierzeczywistych. Świat fake sounds staje się udziałem wszystkich, po obu stronach abstrakcyjnej sceny. Rośnie udział dźwięków, które winniśmy zaliczyć do elektroakustycznych, także garść basowych, harshowych pasaży. A na finał tej niezwykłej podróży… zmutowane pasma post-electro! Struny drżą i mechanistycznie zawodzą, preparowana post-kameralistyka bije na alarm. Moc dźwięków zaciska się na gardłach muzyków, a beat blue electro niewinnie repetuje. Ostatnia prosta, dla przywrócenia równowagi w przyrodzie, lśni już czystą, jakże ulotną akustyką.




Segment Tones by Tonus

Opuszczamy świat zupełnie swobodnej improwizacji, by na moment zanurzyć się muzyce kreowanej w oparciu o notacje graficzne Dirka Serriesa pod szyldem Tonus, gdzie pełnoprawnym aktorem spektaklu jest … cisza pomiędzy dźwiękami. Znamy już wiele inkarnacji tej idei, teraz czas na trio z udziałem Martiny Verhoeven na wiolonczeli i concertino oraz Colina Webstera na klarnecie i saksofonie altowym. Sam mistrz ceremonii nie sięga tym razem po gitarę, a zagra na akordeonie i soprano melodica. Trzy utwory, 46 i pół minuty. Nagranie studyjne ze świetnie nam znanego Sunny Side Inc. Studio w Brukseli, z listopada 2018 roku.

Pierwszą narrację tworzą wysoko zawieszone drony, generowane przez concertino, klarnet i soprano melodica (?). Dźwiękom żywych instrumentów towarzyszą oddechy muzyków, przełykanie śliny, szelest powietrza i wielowymiarowa cisza pod różnymi postaciami - prawdziwa konstytucja muzycznej idei Tonus. W trakcie ponad 17 minutowej, predefiniowanej improwizacji dźwięki są okazjonalnie modulowane, a struktura opowieści ulega mikroskopijnym zmianom. Po 10 minucie narracja sprawia wrażenie nieco bardziej intensywnej, a rola cisza zostaje zmarginalizowana.

Dalece bardziej intrygujące pod względem dramaturgicznym zdają się być dwa pozostałe utwory. Drugi budowany na podobnej zasadzie jak pierwszy, ale przy użyciu innych zasobów – wiolonczela traktowana smyczkiem, akordeon i saksofon altowy. Znów drony nakładają się na drony, ale intensywność opowieści jest dalece satysfakcjonująca. Po 7 minucie Webster może sobie nawet pozwolić na całkowicie swobodne przebieżki po dyszach. Zgodnie z tytułem - amplitudy, do środka i na zewnątrz. Trzeci odcinek także budowany jest przez gęstą wiolonczelę Martiny, która płynie jednak nieco wyżej. Dirk sięga po melodikę, Colin nadal dzierży w dłoniach alt. Opowieść buduje się bardzo małymi krokami. Niepokojąca cisza, dźwięk przypominający … maszynę do pisania, przyczajone instrumenty w żmudnym procesie zaniechania. Dźwięki szeleszczą i boleśnie zawodzą. Cello gra pełnymi frazami, melodica stawia stemple fonii i plastry ciszy, a saksofon śle drony, także zdobione momentami bezdźwiękowymi. Muzycy nieustannie szukają strategii minimalistycznej i na ogół są w tym skuteczni. Na ostatniej prostej Martina preparuje wiolonczelę, a Panowie dramaturgicznie milczą.




Air by Asmus Tietchens & Dirk Serries

Pozostajemy w obszarze improwizacji konceptualnej, realizowanej wg zadanych wcześniej scenariuszy. Poniższy duet, to jakby wariacja na temat idei Tonus. Żywe instrumenty, na których gra Dirk Serries (kolejno – klarnet, melodica, concertina, akordeon, harmonika i ponownie klarnet), poddawane są tzw. zabiegom (treatments), za które odpowiada Asmus Tietchens. Sześć części, ponad 55 minut.

Uruchamiamy wyobraźnię, bezwzględnie nam się przyda. Na wejściu słyszymy małą orkiestrę fletów, która w głębokiej jaskini snuję balladę powitalną, być może to jednak chór aniołów wiecznie potępionych, który płynie z grubą warstwą ciszy pomiędzy zębami. Oto świat dźwięków niemal post-akustycznych, generowanych przed nie do końca zdiagnozowane źródła. Wielkie organy natury, które w duchu głębokiego minimalizmu, bystrze repetują.

Nagranie zdaje się być kolejnym wyjściem Serriesa poza artystyczną strefę komfortu. Dźwięki żywych instrumentów zostają wpreparowane w ciepłe podmuchy powietrza (Air!), przemodelowane ideą post-ambientu, nasączone metafizyką. Całość wydaje się delikatnie nierówna, zdecydowanie atrakcyjniejsze są momenty ulotnych dźwięków, przefiltrowanych przez ciszę. Inne, te bardziej dosadne (np. z concertiną) wydają się zbyt cielesne, dosłowne, zbyt dopowiedziane. Najciekawsze są bez wątpienia dwa ostatnie fragmenty płyty. Najpierw dźwięki harmoniki – mroczny kosmos wyjątkowo zmysłowego ambientu, potem zaś klarnet, który śpiewnymi strumieniami przywołuje klimat elektronicznych czasów Serriesa spod znaku vidnaObmana. Finał płyty rekompensuje naprawdę wiele.




Impetus by Serries/ Vanderstraeten/ Verhoeven

Niezwykle ochoczo powracamy do muzyki swobodnie improwizowanej! Wieczny duch minimalizmu nie będzie jednak opuszczał muzyków, zwłaszcza w kilku kluczowych momentach Impetus, niewątpliwie ekscytującego spektaklu o takiej właśnie nazwie. Dirk Serries na gitarze akustycznej, Kris Vanderstraeten na instrumentach perkusyjnych oraz Martina Verhoeven na fortepianie. Ponownie Sunny Side Inc. Studio, grudzień 2018 roku. Pięć fragmentów, łącznie prawie 44 minuty.

Opowieść tria rozpoczynamy od powolnego głaskania instrumentów, pierwszych zwodniczych interakcji, zwinnych preparacji, małego drummingu, posuwistego piana i skromnej gitary, która choć akustyczna wedle opisu płyty, na początku pobrzmiewa drobinkami prądu. Oto przed nami full free improv, realizowane od startu niezwykle pieczołowicie. Początkowo szyte gęstym ściegiem, potem from time to time, nabierające znamion czystego minimalizmu. Niuanse, detale, szczegóły i drobiazgi, to elementy składowe tej historii. W pierwszej odsłonie dominują akcje i adekwatne reakcje, specyficzne i błyskotliwie call & responce. A na finał części nawet coś na kształt estetyki click piece, idei znów wprost z głowy Johna Stevensa. Druga opowieść zaczyna się kojącym spokojem narracyjnym. Dźwięk za dźwięk, ale wszystko bliskie detailed minimal - konsekwentne wzmagania z naturą dźwięku ultra akustycznego, surowego, pełnego czerstwej urody. Całość ładnie się zazębia, czemu pomagają perkusjonalne, dość aktywne błyskotki.

Część trzecia, najdłuższa, przywołuje w pamięci klimat akustycznych przygód Dereka Baileya, nie tylko na poziomie gitary, ale także perkusjonalii. Muzycy świetnie na siebie reagują, a nic co boskie, nie jest im w tym momencie obce. Narracja w fazie początkowej i środkowej szybko nabiera intensywności i gubi schowany za kołnierzem minimal. Z czasem akordy piana i powstrzymująca się od nadmiernych emocji gitara, starają się konstytuować minimalistyczny pragmatyzm tej improwizacji. Narracja osiąga stan wielowymiarowego szumu post-akustycznego, by w finale utonąć w półdronowej repetycji gitary. Czwarta improwizacja wyprowadza ideę minimalizmu zdecydowanie przed szereg. Jeden akord piana, coś zaskrzypi na małym werblu, przypadkowy owad usiądzie na gryfie gitary. Wszyscy dość skutecznie poszukują wiecznej ciszy. Po połowie utworu wykazują się jednak większą aktywnością, baa, w fazie finałowej zagęszczają opowieść do poziomu zbliżonego do początku spektaklu. Ostatnia improwizacja podtrzymuje intensywność końcówki poprzedniej. Preparacje perkusjonalne, szorowanie strun gitary, stukot fortepianowych młoteczków. Narracja żwawa, pod koniec osiąga nawet stan półgalopu, z okruchami acoustic noise. Piękny finał równie wyrazistej płyty.

*****

Imponującą listę październikowych premier A New Wave Of Jazz uzupełniają dwa krążki z muzyką skomponowaną, autorstwa Antoine’a Beugera. Pierwsza zwie się Traces Of Eternity, a podmiotem wykonawczym jest pianista Dante Boon (nagranie studyjne, maj 2019 roku). Druga, to Now Is The Moment To Learn Hope, a podmiot wykonawczy jest bardziej rozbudowany - The Extradition Ensemble w składzie: Loren Chasse na dzwonku, Brandon Conway na gitarze klasycznej, Sage Fisher na harfie, Matt Hannafin na bowed crotale, Branic Howard na gitarze traktowanej smyczkiem, wreszcie Evan Spacht na puzonie altowym.

Muzyka zawarta na obu albumach wpisuje się w model minimalistyczny, jaki zwykł proponować Tonus w każdym swoim wcieleniu. Oczywiście atencja muzyków przesunięta jest z procesu improwizacji ku modelowi performatywnej realizacji założeń artystycznych kompozytora. Polecam w kategorii bardzo udanego odsłuchu meta relaksacyjnego.