czwartek, 6 września 2018

Dead Neanderthals! The Life in Depths of Endless Voids! Key to the story!


Czuła się, jakby straciła całą swoją ludzką powłokę, co było dziwne, ponieważ wciąż miała te same myśli co wcześniej. Kto zmienił jej wygląd? (opis płyty Narodziny/ Birth)

W jego oczach widać było panikę. Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że jeszcze nie umarł? Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że nie był nawet człowiekiem? (opis płyty Dawca Narządów/ Organ Donor)

Pierwotna złość i agresja mają w sobie duchowy rdzeń (Phil Freeman, okładka płyty Prime)


Intro

Para holenderskich, muzycznych freaków, Otto Kokke and René Aquarius i ich narzędzia tortur (określenia własne muzyków): saksofon i perkusja, okazjonalnie także syntezatory. Zwą się wyjątkowo trafnie Dead Neanderthals. Pod tą nazwą publikują muzykę od 2010 roku.

Jeśli muzyka ma nas oczyszczać, to winna boleć. Jeśli odbiorcom ma ona trwale zapaść w pamięci, winniśmy mieć na nią pomysł (koncept?), czasami brutalnie dotkliwy fonicznie, potem nadać jej odpowiedni kształt i wyposażyć w moc przekazu, nie mniejszą niż siła wodospadu. Post-punkowy konceptualizm?

Na przykład, stanąć na przeciwległych końcach stumetrowego tunelu i zgrać kilka dźwięków. Lub dąć w saksofon barytonowy jednym dźwiękiem, tak długo i intensywnie, by zaczął on sprawiać wrażenie, iż żyje własnym życiem i trwa bezczelnie już poza naszą percepcją. A może na jednym siedmiocalowym krążku pomieścić 10 etiud na groźny baryton i punkową perkusję. Lub sprawić, by ciąg dramatycznych dźwięków sax & drums przypominał pracę młota pneumatycznego i jeszcze w tytule nagrania użyć epitetu jazz.

Cechy charakterystyczne pomysłu na muzykę Dead Neanderthals? Artystyczna bezkompromisowość, brutalna konsekwencja w działaniu i brak jakichkolwiek gatunkowych zahamowań. I co nie mniej ważne - siła fizyczna, wytrzymałość długodystansowca w trakcie wykonywania takiej muzyki.

Saksofon barytonowy, tenorowy, sopranowy, często wzmacniany lub dekonstruowany prostą elektroniką oraz mantryczna, chwilami wulgarna, post-doom metalowa perkusja – oto neandertalski perfekcyjny mariaż instrumentalny. Takim samym narzędziem tortur, jak żywy saksofon, czy perkusja, zdają się być dźwięki syntetyczne, generowane przez komputery, syntezatory i całe zwoje mokrych kabli. Jeśli koncepcja wymaga użycia takich środków wyrazu, nasi holenderscy bohaterowie chętnie wchodzą w kolaboracje z muzykami parającymi się tymi urządzeniami.

Muzycy DN doskonale odnajdują w formule swobodnej improwizacji. Dwie takie płyty były już na tych łamach prezentowane, z chęcią jednak do nich powrócimy.

W 2015 roku na rynku holenderskim nieco szumu narobiła składanka nagrań rodzimych formacji, które grają ostrą muzykę improwizowaną. Obok tria Albatre (m.in. Goncalo Almeida), czy Cactus Track (John Dikeman, Jasper Stadhouders, Onno Govaert), na krążku odnajdujemy kilkunastominutową prezentację muzyki Dead Neanderthals. Płyta została przekornie nazwana The New Wave of Dutch Heavy Jazz. Why not!




Dyskografia duetu liczy już ponad 20 pozycji. Muzykę odnajdujemy na wszelkich dostępnych nośnikach – płytach kompaktowych, płytach winylowych, kasetach i w formie downloadingu. Poniżej omówimy je niemal wszystkie. Zaczniemy od prawdziwie free jazzowych erupcji, wydanych na tzw. długogrających nośnikach. Potem sięgniemy po mniej typowe, bardziej swobodnie improwizowane formy uprawiania muzyki, także te, które żadnym sposobem nie dają się przypisać do jakiejkolwiek szuflady. Następnie przeanalizujemy nagrania z użyciem dźwięków syntetycznych. Na koniec zaś omówimy dwa zbiory krótszych wydawnictw – najpierw okazałą kolekcję kilkunastominutowych EP’s, a następnie zbiór siedmiocalowych singli, zawierających krwiście grindcorowe, trwające nie dłużej niż minutę, muzyczne pociski dalekiego rażenia.


Heavy jazz as free fuck!

Pierwszą, trwającą dłużej niż kilkanaście minut, wypowiedzią artystyczną DN jest płyta  Polaris (CD, Utech Records, 2013). Zawiera blisko 30 minutową porcję soczystego free jazzu na saksofon tenorowy i perkusję, podaną w sześciu częściach. W przeciwieństwie do pierwszych singli i epek, nagranie pachnie improwizacją na kilometr. Gra Kokke jest wyrazista, mimo jak zawsze ekstremalnej formuły traktowania instrumentu, pełna jazzowych fraz, a eskalacja poziomu natężenia dźwięku nie jest tu celem nadrzędnym narracji. Start kipi emocjami, ale w dalszej części nagrania metody pracy saksofonisty stają się bardziej złożone. W odpowiednim momencie potrafi zamilknąć, chętnie buduje narrację wyważonymi, dłuższymi pasażami, świetnie wgryzając się w pracę kolegi. Drumming Rene nie stroni pod synkop, dużo w nim subtelności i niuansów typowych nawet dla straight ahead jazzu (choćby w ostatnim fragmencie).




Wątek udanie podjęty na Polaris, doskonale kontynuuje płyta And It Ended Badly (CD, Raw Tonk Records, 2013). Naszych bohaterów wspiera tu na saksofonie altowym, świetnie nam znany Colin Webster (de facto muzyk na statusie członka stowarzyszonego klanu DN, gdyż pojawia się na kilka płytach grupy). Nagrane na żywo, ale w studiu, sześć free jazzowych improwizacji, trwających niewiele ponad 30 minut. Początek płyty oczywiście zwala nas z nóg energią i siłą przekazu, jednak już od drugiego utworu muzycy zaczynają poszukiwać nowych metod tortur. Improwizacja w estetyce call & response, melodyjne meta ballady, które eksplodują ogniem po wielu minutach przygotowań, czy akcenty perkusjonalne u Rene (gongi i dzwonki). Napotkamy też na sonorystyczne dialogi obu saksofonów, a także dawkę hymnicznej zadumy ala Albert Ayler. Niewątpliwie obecność Webstera korzystanie wpłynęła na kreatywność stałych członków DN. Świetna płyta!




Prime (CD/LP/kaseta, Gaffer Records, 2014), to kolejna porcja free jazzu, jaką dostarczają Kokke i Aquarius w towarzystwie Webstera. Tu jednak poziom energetyczny nagrania zostaje podniesiony o kilkaset procent. Znów studyjne nagranie live, zbudowane na jednym 40 minutowym wydechu dwóch rozszalałych saksofonów barytonowych, wspartych konwulsyjnym drummingiem. Improwizowana eksterminacja, brutalnie piękna, akustycznie dotkliwa, niebezpieczna w dotyku, niczym gorąca lawa. W trakcie tej niebywałej ekspozycji każdy z saksofonów toczy własną opowieść, pełną furii i emocji. Narracja jest tylko pozornie monotonna. Uważne wgryzienie się w materię tych dźwięków pozwala dostrzec wiele niuansów i odcieni… hałasu. Szczególnie karkołomne zdają się być pasaże Colina. Być może Prime, to przykład najbardziej ekstremalnego użycia saksofonów barytonowych w historii gatunku, zwłaszcza po 30 minucie. Niebywałe nagranie!

Wątek współpracy DN z Websterem, w ramach pure free jazzowych rejestracji, wyczerpuje doskonały krążek Womb Of God (LP, Burning World Records, 2017). Koniecznie trzeba podkreślić, iż nagranie to nie powstało za tzw. jednym podejściem. Najpierw partię dźwięków nagrał duet, a potem – w sterylnych warunkach domowych – swoją partię saksofonu dograł Webster. Tę płytę recenzowaliśmy na tych łamach, trafiła także na listę najlepszych wydawnictw roku ubiegłego. Przypomnijmy sobie fragment recenzji, uzupełniony skrótem do pełnego tekstu.




(…) Wycie, oddech demona, electrodrumming, doom metalowa mantra. Stopa na bębnie basowym ustala zasady gry. Bicie serca! Saksofony jakby mniej posadowione w mrocznym dronie, choć nadal w niczym nie przypominają instrumentu dętego (raczej zmutowaną gitarę na wysokim prądzie). Emocje prawdziwe rockowe, doznania odbiorcy definitywnie multigatunkowe. Mechaniczny rytm perkusji udziela się wszystkim uczestnikom tego sabatu. Ostatni taniec! A recenzent ciągle chciałby głośniej! Heavy Jazz? Jakże przewrotnie brzmią te słowa w tych okolicznościach scenicznych. Na stronie A muzycy stali na krawędzi przepaści, teraz – na stronie B – robią ogromny krok do przodu. Narracja wije się w konwulsjach, jak tonący pod grubą warstwą lodu! Finał to już krwawe igrzyska śmierci, palenie na stosie tych, którzy zwątpili. To kres, rozkoszny kres tej szalonej podróży! Dwa saksofony i jedna perkusja! Nieprawdopodobny efekt foniczny! Na wybrzmieniu (jakże nieadekwatne określenie!) dostajemy odrobinę selektywnego dźwięku, jakby amplifikatory zostały wyłączone o sekundę za wcześnie. Tak! To, co słyszmy, to jedynie te trzy potworne instrumenty!





Powróćmy do duetowych nagrań. Wydana po drugiej stronie Atlantyku płyta Worship The Sun (CD, Relative Pitch Records, 2015) przynosi kolejną dawkę ekstremalnych doznań na polu free jazzu, silnie naznaczonego wyzwoloną, brutalną estetyką punk rocka. 37 minutowa jednotrakowa petarda, którą Otto zdaje się zaczynać na tenorze, by już po kilku minutach dąć w saksofon sopranowy. Perkusja Rene w stylistyce one way ticket, od startu do mety pracuje jak silnik atomowy. Sound saksofonu, jak na kanony DN, sprawia wrażenie niezwykle czystego i selektywnego. W początkowej fazie nagrania rozwaga i powściągliwość zdają się tyczyć szlak sopranowej ekspozycji. W 12 minucie sopranowy terrorysta nawet na chwilę milknie. Z każdą minutą muzycy dokładają jednak do ognia, a Kokke stara się operować w coraz wyższym rejestrze. Sama narracja upraszcza się, a widmo akustycznego orgazmu zdaje się kierować muzyków ku finałowej eksplozji. Znów emocje sięgają zenitu! Samą płytę, przy okazji, zaliczyć możemy do najlepiej wyprodukowanych dźwięków w dorobku DN.




Live at Roadburn 2016 (Kaseta, Roadburn Records, 2016), to rzadka okoliczność wysłuchania DN w wersji prawdziwie żywej, a zatem z udziałem publiczności. Duży, plenerowy, avant-rockowy festiwal w Tilburgu. Otto i Rene wychodzą na scenę z zamiarem zagrania najgłośniejszego koncertu w wieloletniej historii tego festiwalu. Uprzedźmy fakty – uda im się! W trakcie niespełna 26 minut doprowadzają do hałaśliwej ekstazy licznie zgromadzoną publiczność, która daje temu wyraz jak najbardziej werbalnie. Ostry jak brzytwa baryton (może tenor) i histerycznie rockowy drumming. Energia muzyków zdołałaby zapewne ogrzać niezbadane połacie pustyni syberyjskiej. Sax in clute dron, drums in spasms! Desperacja i dyscyplina! Jednorodny strumień akustycznej spermy – zjawisko prawdziwie oczyszczające zabrudzone zmysły. Free jazz, który potrafi zabić nieprzygotowanego odbiorcę. Jeśli ten ostatni przeżyje, staje się już innym człowiekiem. Koncert na festiwalu Roadburn, to kwintesencja artystycznej postawy Kokke i Aquariusa.




Na koniec wątku rozpoczętego płytą Polaris, kolejne koncertowe ujawnienie naszych bohaterów. Dietary Destrictions (Kaseta, Obsedante, 2015), to nagranie dedykowane Jamesowi Brownowi (sic!), dokumentujące berliński odcinek trasy koncertowej, jaką DN odbyli w towarzystwie kanadyjskiego gitarzysty Nicka Millevoi. Dwa kwadranse post-punkowego, improwizowanego hałasu. Nagranie jest monofonicznie, dźwięk dalece nieselektywny. Zdaje się, że także muzycy na scenie nie słyszeli się zbyt dobrze, stąd jedyną ich metodą twórczą zdała się być stara konwencja free – kupą mości panowie! Ta dość trudno przyswajalna ściana dźwięku ukazuje swoje ciekawsze oblicze jedynie w drugim odcinku, który de facto jest solową ekspozycją gitarzysty, delikatnie wspomaganą przez perkusję i ledwo słyszalny saksofon. Jeśli z czegoś w katalogu Martwych Neandertalczyków mamy zrezygnować, to właśnie z tego nagrania.


Improvised beyond everything!

Na potrzeby koncertu w jednym z teatrów w Tilburgu, Dead Neanderthals rozrośli się do elektroakustycznego oktetu (m.in. z udziałem Colina Webstera i Dirka Serriesa)! 82-minutowy spektakl dźwiękowy znamy dzięki wydawnictwu Endless Voids (2LP/2CD, Alone Records, 2015). To wyśmienite nagranie było już recenzowane na Trybunie. Przypomnijmy sobie fragment, wraz z linkiem do całego tekstu.




(…) Demony elektroakustycznej ceremonii powracają. Multigatunkowość jako nowy gatunek! – cięta reasumpcja recenzenta, który próbuje tłumaczyć dysonans poznawczy tego wydarzenia dźwiękowego. Dronowa symfonia narasta wyjątkowo spektakularnie. Grzmoty barytonu (tenoru) na lewej, kontra drobne kwilenia saksofonu (klarnetu?) na prawej flance. Środkiem sunie salwa dronów rozumnej elektroniki. Doskonałe! Zatop się w tej muzyce i słuchaj niezwykle szczegółowo! – jęczy recenzent, przykuty do jednego z gitarowych wzmacniaczy. Na sam już finał, coś na kształt nowego rytmu, może raczej pulsacji, która topi się jednak w industrialnym chaosie chwili. Respekt! Proces systematycznego wybrzmiewania ma ponadgalaktyczny wymiar i iście orkiestrowy rozmach. Cisza, tuż potem, jak ciekły ołów.


Równie szczery entuzjazm recenzenta dotknął nagranie Sluimer (LP/CD, Tonefloat Records/ A New Wave of Jazz, 2015), firmowane przez kwartet Fantoom. Kokke i Aquarius błyskotliwie i nad wyraz swobodnie improwizują tu z Dirkiem Serriesem (gitara elektryczna) i Martiną Verhoeven (kontrabas). Poniżej fragment recenzji i link do całości tekstu.

(…) W połowie tej wspaniałej podróży Martina, choć wciąż eskaluje na boku, potrafi soczyście w wklejać się w drony generowane przez gitarę i saksofon. Genialna dominacja trwających pasaży. Perkusja nieustannie tyczy swój szlak i funkcjonuje trochę na zasadzie kontrapunktu dla pozostałej trójki muzyków. Eskalacja w rozkwicie. Trudno wskazać personalnie lidera tych wydarzeń, ale z pewnością najwięcej wnosi tu szalona kontrabasistka, która nie przestaje prowokować swoich mężczyzn (tym, który najdobitniej reaguje w tym akurat momencie jest Otto na saksofonie). Crazy game! Po 25 minucie muzycy sugerują sobie wzajemnie krok w kierunku wybrzmiewania, ale są tak naładowani energetycznie, że proces idzie cokolwiek opornie (Martina w stanie orgazmu permanentnego!). Motorniczym spięć energetycznych zdaje się być w perspektywie całości Rene i jego czupurna, pyskata perkusja. Samoeskalująca się maszyna improwizacyjna! Gdy w końcu dojdzie już do wybrzmiewania finałowego – zjawisko jest niebywale urocze, repetytywne i brutalnie precyzyjne. Stopa wygłasza mowę końcową (jakże by inaczej!), a saksofon czyni lekki zaśpiew na ostatni już dźwięk! Genialne nagranie!





Najwyższy czas powrócić do owego stumetrowego tunelu, o którym wspomnieliśmy we wprowadzeniu do tego tekstu. Najbardziej konceptualna płyta DN zwie The Depths (CD, Skull, 2017). Cztery odcinki z niebanalnymi tytułami, około 28 minut muzycznego eksperymentu. Przypomnijmy - muzycy usytuowani zostają na przeciwległych końcach tunelu i grają spokojne, akustyczne dźwięki. Sposób, w jaki fonia rozprzestrzenia się w tak specyficznych okolicznościach akustycznych, sprawia, że ta plenerowa płyta zdaje się być czymś naprawdę wyjątkowym w dyskografii Neandertalczyków. Pojedyncze parsknięcia saksofonu, delikatne uderzenia w poszczególne elementy zestawu perkusyjnego. Echo i niski, dudniący pogłos czynią całą resztę. Także drżenie i specyficzny rezonans. Dubowa estetyka berlińskiego post-techno z lat 90. ubiegłego wieku, to trop, który udanie oddaje atmosferę nagrania tunelowego. W ostatnim fragmencie skojarzenia recenzenta docierają aż do filmowej muzyki Krzysztofa Komedy. Magia pogłosu wprowadza do nagrania istotny element retro. Bez wątpienia The Depths, to najspokojniejsze nagranie w dorobku duetu.




Zasada kontrastu sprawdza się także w zakresie słowa pisanego. Jeśli przed momentem nasze ucho zawiesiliśmy nad bodaj najspokojniejszym nagraniem Otto i Rene, teraz sięgnijmy po jedno z najgłośniejszych, by nie rzec – pure noise extreme event! Na wydawnictwie Molar Wrench (LP, Hominid Sounds, 2017) rozszerzona edycja Dead Neanderthals (z Colinem Websterem) łączy swe siły z avant-noise’ową formacją brytyjską, o nie mniej ekscytującej nazwie, Sly and The Family Drone (Matt Cargill - głos i efekty elektroniczne oraz Callum Joshua Buckland – perkusja). Niespełna 40 minut muzycznej śmierci w czterech odcinkach. Na dwóch pierwszych, zjednoczone siły hałasu stawiają nas pod ścianą i wiercą dziurę w głowie. Foniczny atak, który skutecznie kaleczy narządu słuchu, przy okazji oczyszczając mózg ze zbędnych procesów myślowych. Dwa saksofony barytonowe (chyba), dwie żywe perkusje i elektronika wysokiej mocy budują para-rockową hybrydę drums & noise. Innymi słowy - jazzowe akcesoria i ponadgatunkowy efekt. Prawdziwa przygoda z tą płytą zaczyna się jednak w trzecim utworze. Narracja istotnie wyhamowuje, perkusiści na moment odpoczywają, reszta zaś muzyków produkuje zmysłowe drony i w tempie marsza pogrzebowego zaprasza nas na spacer w nieznane. Oniryczny, szorstki deep dark ambient! Gdy obie perkusje wracają do gry, zaczyna się bodaj najlepszy fragment nagrania, zdobiony świetną free jazzową ekspozycją Webstera, przy równie wyrazistych pasażach Kokke. W finałowym utworze dynamika nagrania ulega dalszemu spowolnieniu, przyjmując postać dubowej meta ściany dźwięku. Przypomina się dobry, stary Bill Laswell i jego efemeryda Praxis. Komu mało emocji z odsłuchu Molar Wrench, niech sięgnie po dwa siedmiocalowe single, zawierające zarówno wspólne nagrania obu formacji, jak i ich osobne wystąpienia (Split, God Unknown Records, 2016 & 2018).


Syntethic as fire!

Blok płyt ze znaczącym udziałem dźwięków syntetycznych (Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że nie był nawet człowiekiem), zaczynamy od dwóch wyśmienitych wydawnictw, będących efektem kolaboracji Kokke i Aquariusa z Rutgerem Zuyderveltem, który od ponad dwóch dekad kreuje świat niepokornych dźwięków elektronicznych jako Machinefabriek. Na użytek tej współpracy muzycy przyjęli nazwę własną DNMF.




Krążek DNMF (LP, Moving Furniture Records, 2014) przynosi 37 minut imponującej rozmachem, twardej elektroniki z udziałem żywych instrumentów (saksofon, perkusja). Dodajmy, że Otto siada także do syntezatora, a Rene odpowiada za tzw. hałas (noise). Muzyka na pierwszej stronie winyla budowana jest na bazie trzech składników – dronu z syntezatora, harshowego saksofonu i dronu basowego (kind of electro), generowanego także stopą i bębnem basowym perkusji. Mroczna, deliryczna, repetytywna improwizacja, pełna klaustrofobicznej urody, pod koniec także konstruktywnego hałasu. Druga strona silniej akcentuje wątek syntetyczny (dark broken ambient). Żywe topi się tu w pogłosie elektroniki, posmaku kwaśnego industrialu. Demon nie czai się za rogiem, on jest stale z nami! Narracja gęstnieje niczym ciekły ołów. Po 10 minucie jakby nowy wątek – oto czas apokalipsy spełnia się w naszych uszach! Ściana syntetycznego dźwięku, a głęboko pod nią ukryte resztki żywego drummingu. Na finałowym wybrzmieniu, to jednak udziałem Aquariusa staje się doskonała puenta!




Po czterech latach trójka szaleńców powraca albumem Smelter (CD/LP/Kaseta, Moving Furniture Records/ Tartarus Records, 2018). Jedna, 39 minutowa historia. Na drżący w podstawach, szorstki flow syntetyki opada walec żywych dźwięków Rene i Otto – metal slow drums i charkot zepsutego instrumentu dętego. Dron Rutgera zdaje się w początkowej fazie nagrania żyć własnym życiem. Pulsujący, majestatyczny marsz żywego i syntetycznego, w którym trudno precyzyjnie zdiagnozować elementy składowe. Po 13 minucie perkusja milknie, a narracja przechodzi w fazę chroboczącego doom ambient. Po chwili repetycji (jakiż niesamowity sound całości – brudny, upalony, boleśnie piękny!), z podobną sytuacją mamy do czynienia od 24 minuty. Śmierć perkusji, gotycki rozmach mokrej elektroniki. Szczątkowe ekspozycje hałasu, klimat berlińskiego post-techno sprzed 20 lat, sample z chórem damsko-męskim, niczym zwiastowanie piekielne. Oto jak psychodelia i oniryzm święcą triumfy. Wybrzmiewanie jest długie, błyskotliwie, silnie osadzone w umierającej elektronice. Brawo!

Krishna, to z kolei nazwa własna kolaboracji Dead Neanderthals z Vincentem Koremanen (aka Drvg Culture). Ich jedyny, jak dotąd album zwie się Ascend to Nothing (CD, Siken Tofu, 2016). Jak ktoś to zgrabnie określił - muzyka medytacyjna dla nihilistów! 36-minutowa opowieść głęboko zanurzona w elektronice. Silny, elektroniczny beat, syntetyczny meta background, budowany dźwiękami z kilku źródeł. Przykład deep techno, ale bez epitetu minimal. Syntezatory pulsują, a mroczny taniec zimnego undergroundu tyczy szlak narracji. Z czasem dronowe tło zaczyna narastać, a nawet hałasować. Rodzaj upojnego transu, do odbioru czysto fizycznego. Na tle całej kolekcji nagrań DN, brudny, specyficzny chill-out, który kończy się surowym brzmieniem instrumentarium perkusyjnego. Smakowite!




Do nagrania płyty Craters (CD/LP, Consouling Sounds, 2017) Rene i Otto doprosili Maxime’a Petita na basie elektrycznym. Trzy żywe instrumenty plus syntezator pod palcami perkusisty. Uwaga, to jednak nie przypadek, iż tę doskonałą płytę omawiamy w dziale ognistej syntetyki! Blisko 37 minutowy, nieprzerwany potok dźwięków zdominowany jest bowiem przez fonię właśnie tej proweniencji. Bas drży i generuje nerwowe drony, klastery saksofonu dudnią jak dogorywająca armia wojsk sprzymierzonych, a nad wszystkim dominuje strzelisty pasaż syntezatora (Rene w całym nagraniu niemal nie dotyka zestawu perkusyjnego). Post-rockowa, wielowymiarowa, multiplikująca się elektronika z inkrustacjami ledwie żywych instrumentów. Od czasu do czasu grzmoty spod stopy drummerskiej (a jednak!), płynne przestery basu i saksofon śmiertelnie zaplątany w megabajty. Jedno z najlepszych nagrań DN, które wieńczy eksplozja naprawdę szalonych dźwięków, sklejonych w gęstą niczym ołów, ekspozycję finałową.




Life (CD, Medusa, 2018), to jedyna w tym dziale płyta nagrana w rdzennym duecie. Być może także najbardziej jaskrawy przypadek konceptualizmu w muzyce Dead Neanderthals. 36 minut materiału dźwiękowego, wedle opisu płyty mającego walor kompozycji. Elementy składowe – grom twardej elektroniki, w postaci dwóch dronowych pasm, niskiego i nieco wyżej posadowionego oraz pojedynczych uderzeń w wirtualne klawisze nieistniejącego fortepianu. Instrumentarium nieznane, brak znamion użycia żywych przedmiotów wydających dźwięki. Narracja od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania stoi w miejscu (very long sustained piece), trwa niczym starożytny minotaur na rykowisku. W połowie płyty recenzent ma wrażenie, że w dalekim planie rodzi się nowy dron. Ale to chyba tylko złudzenie. Manipulując siłą nacisku słuchawek na uszy, można za to dowolnie modyfikować natężenie dźwięków. To rola słuchacza. Zdaje się, że muzycy na starcie odpalili maszynę, a potem jedynie przyglądali się rozwojowi sytuacji. Ciekawe doświadczenie (konceptualne?) obcowania z nagraniem, które po nagłym wybrzmieniu, żegna nas szumem analogowej płyty.


EP - bloody hell format!

Skoro tak usilnie doszukujemy się w artystycznej kreacji Dead Neanderthals znamion konceptualizmu, wróćmy do owego młota pneumatycznego, o którym wspomnieliśmy na wstępie tekstu. Płyta zwie się Jazzhammer/ Stormannsgalskap (10” LP, Burning World Records, 2012) i jest pierwszą w dyskografii grupy nieco bardziej rozbudową ekspozycją, trwa bowiem blisko 19 minut. Jazzowy młot rzeczywiście brzmi, jak praca urządzenia budowlanego. Akustyczna ekspozycja, której wykonanie z pewnością nie było prostą czynnością w zakresie uprawiania muzyki. Perkusja wybija rytm młota, saksofon barytonowy kreśli intrygujący, stojący, silnie sfuzzowany dron. Efekt foniczny budzi respekt! Niemal 10-minutowa pieśń zmienia bieg narracyjny raz na dwie, trzy minuty i są to zmiany… kosmetyczne. Na final słyszymy dodatkowy saksofon barytonowy (efekt post-produkcji). Druga strona epki jest już mniej radykalna, zawiera dość silnie osadzony we free jazzie taniec barytonu i progresywnej perkusji. Ten pierwszy ponownie multiplikuje się w trakcie hałaśliwej ekspozycji, a także zanurza paluchy w skromnej elektronice.




Kolejne wczesne mini-albumy DN kontynuują radykalny, brutalny i silnie trzeźwiący potok free jazzowego hałasu. Na Meat Shovel (Kaseta, self-released, 2013) Otto bierze w dłonie saksofon tenorowy i wraz z nadpobudliwym Rene, kreśli wspominkową opowieść o czasach II Wojny Światowej. Nagranie wydane dla upamiętnienia 68 rocznicy zbombardowania Hiroshimy. Zatem nie bez przyczyny, w warstwie muzycznej, nie daleko tu do dźwięków charakterystycznych dla wybuchu bomby atomowej. Na płytach Body Horror (Kaseta, self-released, 2013) i Random Acts of Nuclear Devastation (CD-r, self-released, 2014) Kokke gra na saksofonie sopranowym. Nie należy jednak z tym faktem wiązać jakichkolwiek nadziei na złagodzenie obyczajów. Speedowa rytmika perkusji i sopran, który potrafi zedrzeć błony z narządów słuchu, niczym przesterowana trąbka-sygnałówka. Nie brakuje jednooddechowych ekspozycji saksofonisty, które jeszcze dobitniej radykalizują muzyczny przekaz DN. Druga z epek, tytułem nawiązująca do post-nuklearnej krucjaty, jest przy okazji nagraniem koncertowym. Rene ciekawe wzbogaca tu swój drummerski arsenał i mimo imponującego tempa dewastowania instrumentu, umiejętnie wplata w narracje metafizyczne niemal synkopy. Muzyka definitywnie płonie.




Dolphins (DL, self-released, 2016), to kolejna kilkunastominutowa eksplozja dźwięków, wydana na świat w ostatni dzień roku. Prawdziwy heart attack! Ściana dźwięku o niespotykanej intensywności, nawet jak na kanony DN. Free heavy and noise jazz! By znów zacytować fanów – zgrabne połączenie doświadczeń Alberta Aylera i Napalm Death. Przy bliższym poznaniu, bywa śmiertelne.

Mija dokładnie rok i znów, ku przestrodze miłośników gatunku, właśnie udających się na sylwestrową zabawę, na świat spłodzona zostaje epka. Tym razem jest to Organ Donor (DL, self-released, 2017). Pisaliśmy już o niej, oto fragment i skrót do całości tekstu.

(…) Nie da się pisać o tej muzyce, trzeba jej koniecznie doświadczyć! Play loud and stay crazy! Dron saksofonu, wspieranego wulgarnym syntezatorem vs. obsesyjny, perkusyjny beat metal! To nasze środowisko foniczne. Doom-rockowy walec z improwizacją zaszytą w procesie permanentnego, acz powolnego narastania wielodźwięku generowanego przez Kokke. Niczym nalot dywanowy! Lotni, kryj się! To być może nie jest to do końca wytłumaczalne, ale owo muzycznie przeżycie zdaje się być esencjonalnie doskonałe. W 8 minucie saksofonista jakby włączał nowy dopalacz w swoim megadronie. Ta pieśń potępionych, to rodzaj hipnotycznej mantry, która nie musi przynieść oczyszczenia. A syntezator mocy działa (wyraźnie słyszalny od 11 minuty). Dron, który zagryza dron! Finałowa ściana dźwięku oznaczać może tylko jedno – play it again! Tak – przycisk repeat śmiało służyć może do wielokrotnego użytku.





Bogatą płytotekę Dead Neanderthals, jeśli chodzi o krótką, kilkunastominutową formę, wieńczy najnowsze jak dotąd wydawnictwo Birth (DL, self-released, 2018). Oto rytualny taniec z okazji narodzin bliżej nieokreślonego bytu (okładka dość przerażająca). Instrument Aquariusa brzmi jak … żywy automat perkusyjny. Brzmienie saksofonu Kokke zdekonstruowane zostaje do poziomu brutalnego pasma syntetycznych dźwięków. Z minuty na minutę wzbogaca się o kolejne elementy (przy wsparciu syntezatora). Akustyka całości na bardzo dobrym poziomie, a tempo rażenia dalece wyważone. Chwilami pobrzmiewa tu echo niemieckiej post-rockowej elektroniki, ale podłączonej do linii wysokiego napięcia. Do wielokrotnego odsłuchu!


One minute is enough!

Na finał dzisiejszego overview, cofamy się do prapoczątków Martwych Neandertalczyków. W latach 2010-2011 Otto i Rene wydają cztery siedmiocalowe single, na których są w stanie pomieścić łącznie … 33 utwory na perkusję i saksofon barytonowy. W sumie trwają one około 40 minut. Prosta matematyka wskazuje, iż czas pojedynczej ekspozycji z rzadka przekracza 1 minutę. Estetyka punk rocka, grindcore, doom metal itd. Dodajcie sobie kolejne określenia dla opisu ekstremalnie głośnego i szybkiego generowania przekazu fonicznego. Na ogół za jednym podejściem, bez post-produkcji i wsparcia elektroniki, tak częstego dla późniejszych dokonań duetu. Każde nagranie ma swoją mini strukturę, drąży jakby inny wątek punkowego zgiełku perkusji i saksofonu. Na ogół budowane bywa na jednym klasterze saksofonu i adekwatnym bicie drummerskim.




Na Dead Neanderthals (Batshit Records) najpełniej i najgroźniej zdają się brzmieć odcinek trzeci i piąty. Na The V-Shaped Position ( Batshit Records) szczególną uwagę zwraca ostatni utwór, który niespodziewanie trwa aż 5 i pół minuty, a zbudowany jest na zwalistym dronie, który zdaje się mieć konsystencję ciekłego betonu. The Saw (Grindcore Karaoke), to ledwie trzy ostro ciosane pociski z dużą porcją noise-rockowego przesteru. Wreszcie We Are Dead Neanderthals (self-released) - dwanaście pozycji, nagranych na żywo (z publicznością?) w jaskini odsłuchowej (tłumaczenie dosłowne), stanowiących rodzaj the best of dla prenatalnego okresu w życiu DN. Kosmiczna energia, punkowy brud i wyjątkowa swoboda wypowiedzi. Jak zanotował recenzent – to nie jest muzyka garażowa, to już muzyka jaskiniowa!





****

Nagrania Dead Neanderthals dostępne są pod tym adresem:





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza