Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

piątek, 4 września 2020

Sly and The Family Drone! Walk It Dry & Gentle Persuaders!


Z brytyjską formacją Sly and The Family Drone (jakże piękna trawestacja oryginalnej nazwy!) zetknęliśmy się po raz pierwszy przy okazji wspólnej płyty z holenderskim Dead Neanderthals. Potem było jeszcze krótkie spotkanie z wydawnictwem koncertowym. Dziś proponujemy natomiast zapoznanie się z dwoma najnowszymi płytami grupy. Najpierw pochylimy się nad nowością, potem zajrzymy jeszcze do tej, wydanej w roku ubiegłym.

Naczelną postacią S&FD jest Matt Cargill, który daje życie tej szalonej muzyce wykorzystując syntezatory, wszelkiej maści elektronikę, a także uczestnicząc aktywnie w ważnym strumieniu dźwiękowym dla ostatecznej formuły muzycznej, czyli rozbudowanej sekcji perkusyjnej. Na krążku Walk It Dry (Love Love Records, CD/LP 2020) pojawia się także kilku innych muzyków: James Allsopp (saksofon barytonowy), Callum Buckland (perkusja, elektronika, głos) oraz w jednym utworze Alex Bonney (trąbka). Na wcześniejszym wydawnictwie Gentle Persuaders (Love Love Records, CD/LP 2019) skład personalny nie jest już wyszczególniony, jakkolwiek z pewnością nie oznacza to, iż za wszystkie dźwięki na płycie odpowiada Matt Cargill. Przed skupionym odczytem/ odsłuchem płyt dodajmy jeszcze, iż ta nowa składa się z ośmiu części i trwa niewiele ponad 33 minuty, a ta starsza – z czterech części i trwa 34 minuty z sekundami.

 


Walk It Dry

Krzyk saksofonu barytonowego na sporym pogłosie, masywny, rockowy drumming i elektroniczne pasmo basu, które pilnuje linii ostrzału – rytuał zniszczenia zostaje rozpoczęty! Opowieść pełna ekspresji rocka i kwasu wyłącznie dobrej psychodelii, bystrze okraszona poświatą dubu, kosmicznego echa i dobrze dawkowanego pogłosu. Flow siarczysty, surowy, dramaturgicznie rozchełstany, a jednak pełen wewnętrznej dyscypliny i konsekwentnie przeprowadzany od strefy hałasu po pełne pogłosu wybrzmiewanie. Druga opowieść stawia na szybki drumming i post-elektroniczne akcenty percussion. Na tle tego szaleństwa saksofon wydaje się być nad wyraz leniwy i pełen improwizacyjnego luzu. Dużo dzieje się w tle – mutacje, dewiacje, destrukcje dźwięków lub tego, co z nich jeszcze zostało. Kolejny utwór delikatnie tonuje emocje – moc pięknych, dubowych klimatów, świergot post-elektroniki, rezonujące, żywe plastry fonii. Czwarta historia znów stawia nas do pionu, proponując ekspresyjny drum’n’bass! Towarzyszy mu siarczysty i zmutowany wrzask saksofonu. Jeśli rockowa repetycja daje tu moc, to reszta zdaje się mieć już charakter definitywnie out of the genre, gdzie wszystko jest możliwe, jak choćby … dźwiękowe samozmiażdżenie na koniec pierwszej strony winyla.

Przy wejściu do drugiej jaskini czekają już na nas drżące talerze, zapętlony saksofon i perkusyjna czereda gotowa do ataku, nie pozbawiona plądrofonicznych przesterów. Krzyk, grzmot i post-elektroniczna poświata wybrzmiewania. Dobrze, że kolejna opowieść stawia na czerstwy dark ambient i daje chwilę na niezbędny oddech. Talerze, dęte półdrony i para-syntetyczne melorecytacje. Perkusja milczy, ale czai się za rogiem. Grzmią plamy basu. Coś rodzi się ze strachu, ale do końca utworu nie daje rady wydostać się na powierzchnię. Siódma część znów zostawia dźwiękom dużo swobodny i dubowej przestrzeni – post-elektroniczne percussion, prychy saksofonu, echo złego kosmosu. Perkusja rozkręca się z każdą sekundą, zagęszczając opowieść, a wisienką na torcie zdaje się być pełna powietrza i dobrych preparacji trąbka. Brawo! Wreszcie finał, który stawia na ambient – szum powietrza i dźwięki, które przypominają akordeon, podłączony pod prąd wysokiego napięcia. Śpiewa rzewną piosenkę, koi emocje i … budzi lęk. Twin Peaks 2020! Tło szuka mroku i schodzi do krypty. Akcenty percussion trzymają nas jednak przy życiu, aż do całkowitego wybrzmiewania, które zdobią… afrykańskie śpiewy. 

 


Gentle Persuaders

Otwarcie płyty nie może nie przypaść w udziale saksofonowi, który na pogłosie woła o pomstę do nieba! W tle coś jęczy i rzęzi, mała perkusja krąży na orbicie - długa, ponad 14-minutowa ekspozycja rozwija się dość leniwie. Mrok, szum czerstwego ambientu i noise, który zdaje się czaić na za rogiem. Opowieść pełna swobody, improwizowanego luzu. Saksofon śle drony od prawej do lewej i z powrotem, a perkusja wchodzi do gry na dobre dopiero w połowie utworu. Towarzyszą jej sprzężenia i piski elektroniki. Opowieść - coraz bogatsza w wydarzenia - powoli przybiera szaty krzykliwego post-jazzu z rockowymi, ostrymi pazurami! Gaśnie w echu dronów saksofonowych.

Druga strona winyla – saksofon topi się w elektrycznych sprzężeniach, dmie i cierpi. Perkusja zaczyna wybijać rytm, jak młot. Pasmo syntetycznego basu buduje dół, nad którym tańczy rozchełstany saksofon. Narracja nabiera intensywności i równego kroku, niczym załoga Kraftwerk kilka dekad temu. Strumienie ciekłej psychodelii zdają się lać z każdej strony nieistniejącej sceny. Trzecia opowieść budzi się do życia w oparach brudnego, skwierczącego post-ambientu. Syntetyczne mgławice i żywy drumming tworzą nowy paradygmat emocji. Przestrzeń pęcznieje, echo narasta. Bije dzwon stopy na bębnie basowym, tło charczy, a saksofon leniwie śpiewa wulgarne teksty, wszystko na tle bardzo dynamicznej sytuacji ogólnej. Utwór gaśnie w plądrofonicznej poświacie. Czwarta, ostatnia historia sięga po pozorny spokój i estetykę powykręcanej electro ballady. Słychać gołe dysze saksofonu, coś gwiżdże i szeleści. Subtelny niepokój wisi nad miastem. Perkusja w ramach podsumowania jakże udanej płyty zaczyna jątrzyć do pary z syntetyką. Para rockowy drum’n’bass prowadzi nas na spotkanie z ostatnim dźwiękiem. Oniryczny dub jest z nami!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz