Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

wtorek, 28 września 2021

Paulina Owczarek & Peter Orins! You Never Know, but They Know!


Poznański Festiwal Muzyki Spontanicznej, w tym roku tajemniczo ohasłowany nieco retorycznym pytaniem Are You Spontaneous?, startuje dokładnie za trzy dni, w pierwszy dzień października 2021 roku.

Wszyscy gotowi, delikatnie zniecierpliwieni, odliczamy godziny i minuty do oficjalnego kick-off, który odpalony zostanie w najbliższy piątek tuż po godzinie 19. Nasze oczekiwanie zaś postanawiamy umilić sobie odsłuchem i odczytem nowej płyty z muzyką swobodnie improwizowaną, jaką dostarczają nam artyści, którzy za moment staną na deskach festiwalowego Dragona.

Krakowska saksofonistka Paulina Owczarek i francuski perkusista (tu bardziej perkusjonalista) Peter Orins pojawią się w Poznaniu w sobotę i zagrają m.in. w pewnym tajemniczym kwartecie ad hoc, który konsumował będzie duetową kreatywność, jaka efektownie rozbłysła na ich pierwszym wspólnym krążku zatytułowanym You Never Know. Wydawcą jest francuski label Circum-Disk (format CD), a płyta swoją oficjalną premierę będzie miała w drugiej połowie października. My możemy zanurzyć się w te dźwięki już teraz i streścić emocje w nich zawarte kilkoma czerstwymi metaforami Pan Redaktora. Dodajmy, iż nagranie powstało w lutym br. we Francji, w okolicznościach studyjnych, a składa się z pięciu improwizacji, które trwają niemal pełną godzinę zegarową. Utwory nieparzyste, to przykłady perfekcyjnie skonstruowanej małej formy, z kolei utwory parzyste, to kilkunastominutowe, epickie dramaty.

 


Szum z saksofonowej tuby, plejada drobnych fonii wprost z perkusyjnego werbla, a także z nierozpoznanego źródła, to aura otwarcia tego albumu. Muzycy snują misterną plecionkę dźwięków, od razu sugerując nam, iż ich propozycja artystyczna, to definitywnie muzyka do odsłuchu słuchawkowego. Po prawdzie, z tak zadekretowanej konwencji wyjdą w trakcie godzinnej podróży dwa, może trzy razy. W pierwszej improwizacji artyści kończą fazę preparowanego szumu dopiero od sam jej koniec, wcześniej barwiąc narrację onirycznym, rytualnym rytmem, który wskazuje kierunek, ale zdaje się być upstrzony wieloma znakami zapytania. Opowieść niemal niezauważenie nabiera tu medytacyjnego charakteru, brzmi bardzo surowo, na swój wszakże sposób niebywale efektownie.

Drugą historię otwierają fale czystej akustyki, które płyną z całej powierzchni zestawu perkusyjnego (gdybyśmy mogli to widzieć!). Obok chrobocze i burczy saksofon. Dźwięków przybywa, nieznacznie rośnie też dynamika, ale narracja wcale nie sytuuje się na krzywej wznoszącej. Dość niespodziewanie opada, wprost w ramiona postępującej ciszy. Muzycy szukają szczegółów, daleko im do narracyjnych uogólnień. Po stronie Orinsa - cała defilada fake sounds. Jakże brakuje nam tu obrazu, nie brakuje jednak powodów do niczym nieskrępowanych zachwytów. Opowieść Francuza przypomina brzmieniowo kuchenne porządki, jakby muzyk mył i wycierał naczynia po smakowitym obiedzie. Owczarek jest tuż obok, zdaje się dostarczać niektóre przedmioty bezpośrednio do rąk perkusisty. Snuje dęte zaśpiewy, czuwa i gotowa jest w każdej chwili nieść pomoc. Improwizacja płynie szerokim korytem dźwiękowych zaskoczeń. Rezonują talerze, drony saksofonu wiercą dziurę w ziemi lub skaczą pod nieboskłon. Muzycy czują się wyjątkowo komfortowo w okolicach ciszy, leniwią bazgrzą dźwięki i delikatnie się do nas uśmiechają. W pewnym momencie Orins zaczyna konstruować akustyczną ścianę dźwięku, niczym Vasco Trilla i jego modelowe no drumming percussion. Po wielu minutach żmudnej podróży, to jednak saksofonistka jest tą, która wybudza narrację z nieco sennej atmosfery. Finał tej epopei zupełnie niespodziewanie nabiera dzięki temu niemal ognistej ekspresji.

Trzecia opowieść, znów krótsza, rodzi się bardzo leniwie. Suspended slowly drums and sinking sax! Muzycy szukają drobnych fraz, pochylają się nad każdym dźwiękiem. W tle dygocze jednak pewna nerwowość, która stymuluje ich kreatywność. Cisza zdaje się trwać w najlepsze, ale dynamika improwizacji rośnie, pojawia się niczym zefirek w żaglach małego okrętu. Paulina i Peter - dwa filigranowe pająki, które nieustannie kąsają.

Czwarta improwizacja, choć ma dalece odległy horyzont zakończenia, zaczyna się niespodziewanie dynamicznie. Zalotny saksofon, nerwowy drumming i kompulsywna dynamika, to podstawowe elementy tej części improwizacji. A na werblu wciąż same cuda – najpierw szczoteczkowy wyścig po zdrowie, potem kilka kuchennych incydentów. Saksofon, z duszą na ramieniu, dmie i skowycze, ale syci się też nostalgią. Preparacje, rezonanse, cmoknięcia – wielowymiarowa konserwacja powierzchni płaskich. Długa opowieść ma tu oczywiście kilka faz, ale z biegiem minut pojawia się w niej coraz więcej szumów, szelestów i podmuchów suchego powietrza. W międzyczasie, niczym interludium, drobna faza wzrostu dynamiki z kilkoma zadziornym frazami Pauliny i wielowarstwową narracją Petera. Na finał muzycy dobrowolnie żegnają się z dynamiką i snują niezobowiązujące rozmowy o pogodzie. Pojawiają się dzwonki, szumią puste, saksofonowe dysze. Ostatnie kilka fraz zagrane zostaje jednak z nieco większą mocą.

Końcowa improwizacja tej niebywale smakowitej płyty, to początkowo pełna celebracja spokoju, godna prawdziwych zwycięzców. Perkusjonalnie usposobione dysze, kilka tajemniczych przedmiotów na werblu, szelest spadających papierków. Kilka pętli i nagle jakby nowy duch wstępuje w muzyków. Dwa taneczne kroki, trzy obroty wokół własnej osi! Taka rozhuśtana wesołość nie opuszcza ich do ostatniego dźwięku.

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz