Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

piątek, 31 marca 2023

A New Circum Disc’ outfit: Kaze and Peter Orins with Ivann Cruz!


Francuski label Circum Disc śledzimy na tych łamach wyjątkowo skrupulatnie i nie tracimy jakiejkolwiek okazji, by o jego albumach pisać wyczerpująco i prawie zawsze z dużą dozą recenzenckiego entuzjazmu.

W wypadku późnozimowych premier jest nam o tyle łatwiej, iż obie prezentują to, co najlepsze w artystycznym portfolio wydawnictwa. Zatem kolejny już album japońsko-francuskiego kwartetu Kaze, który od pewnego czasu pracuje już w kwintecie z istotną, nowojorską podpórką oraz terenowy duet najważniejszych postaci labelu, perkusisty Petera Orinsa i gitarzysty Ivanna Cruza.

Oba albumy powstały w okolicznościach dalece nietypowych, z jednej strony pachną krypto-sytuacjonizmem, z drugiej noszą znamiona działań dalece konceptualnych. Nagrania kwintetu powstały w trzech różnych miejscach wszechświata (pandemic rules!), druga płyta jest zaś efektem …. spaceru dwójki improwizatorów po bezdrożach bodaj największego we Francji parku krajobrazowego. Innymi słowy – Circum Disc nie przestaje zaskakiwać, i bardzo nam z tym faktem po drodze!



Crustal Movement

Nowy album Kaze powstał równocześnie w Kobe, Nowym Jorku i Lille. Fakt ów nie determinuje jednak naszej percepcji całości - być możne odsłuch albumu bez świadomości tego faktu byłby jeszcze bardziej udany! Kompozycje, które śmiało uznać winniśmy na scenariusze improwizacji, dobrze sobie radzą z ową ponadprzestrzenną charakterystyką nagrania i bez trudu pokazują to, co na dotychczasowych płytach było podstawowymi atrybutami Kaze. Zatem istotny rozstrzał stylistyczny (japoński post-jazz, który lubi porządkować dramaturgię i francuska doza szaleństwa, która pcha formację ku intrygującym rozdrożom swobodnej improwizacji, do tego nowojorska, elektroakustyczna ornamentyka), a także, i nade wszystko, niebywale rozbudowany bagaż pomysłów narracyjnych płynący od każdego z artystów. Gdzieby wszakże ucha nie przyłożyć, artystyczna jakość ściele nam odsłuch – równie intensywnie od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania.

Pierwsza kompozycja, przygotowana przez front francuski, wydaje się być najciekawszą odsłoną Crustal Movement. Budowana skrupulatnie dętymi preparacjami, perkusjonalnymi szelestami, elektroakustyczną aurą tajemniczości i zmysłowymi zdobieniami inside piano. Ów piękny, improwizowany rozgardiasz lepi się tu w zwartą opowieść, której emocje falują niczym wzburzony ocean, a niemal free jazzowe wybuchy furii udanie koegzystują z post-romantycznym minimalizmem. Druga kompozycja płynie wedle scenariusza nowojorskiego – kolektywny strumień akustycznych dźwięków osnuty tu jest gęstą strugą niebanalnej elektroniki. Japonia śle post-jazzowe sygnały, z kolei Francja dyktuje niezwykle zróżnicowane tempa. Trzecia narracja budowana jest na jazzowym szkielecie fortepianu. Trąbki idą z nim w parze, z kolei perkusja i elektronika w kontrze snują rezonujące plamy nieoczywistych sytuacji dramaturgicznych. Narracja dzieli się tu na akcje w podgrupach, a najwięcej jakości i emocji dostarcza duet trąbek.

W kolejnej części otwarcie spoczywa na barkach elektroniki, a akustyczne wyczyny foniczne ciekawie łapią post-kameralny sznyt. Rozedrganą opowieść znów szczególnie upiększa duet trąbek. Te ostatnie introdukują także piątą kompozycję. Z odsieczą idzie tu głęboko osadzony drumming, który dobrze wplata się w dęte wydechy. Opowieść dzieli się na duety i tria, zyskuje ciekawą dynamikę, a sfera elektroniki wchodzi w magmę narracji po dłuższej chwili. Muzycy nie idą na jakikolwiek szczyt, broczą po kolana w inteligentnych didaskaliach. Każda zmiana implikuje tu kolejną zmianę, a emocje zdają się nie mieć kresu. Finałowa kompozycja inicjowana jest dynamicznym fortepianem, który sugeruje temat i perkusją w roli udanego supportera. Nie pierwszy raz na tym albumie jazzowy taste napotyka na elektroakustyczne onomatopeje i urokliwe, preparowane frazy trąbek. Świetny moment odnotowuje drummer, dla którego znajduje się tu miejsce na krótką ekspozycję solową. Narracja znów dzieli się na incydenty w podgrupach, a na zakończenie funduje nam kwintetowy post-jazz z dużą dawką zdrowych emocji.



Des pieds et des mains

Latem ubiegłego roku Orins i Cruz spędzili tydzień na wielokilometrowych spacerach po Parc des Écrins. Zabrali ze sobą rekordery, którymi rejestrowali dźwięki przyrody (od owadzich pląsów, po gęste, niemalże górskie wichury), a także zestaw perkusyjny, gitarę elektryczną i wzmacniacz. Zatrzymywali się w różnych miejscach i rejestrowali dźwięki. Na cyfrowym albumie pomieścili ostatecznie dziewięć odcinków dźwiękowych, z których trzy to zapisy życia fonicznego przyrody, pozostałe zaś to efektowne, duetowe improwizacje, dla których rzeczona przyroda stanowiła jedynie intrygujące tło. Zatem album Petera i Ivanna nie należy traktować jako dźwiękowej pamiątki po konceptualnej podróży parkowej, ale jako pełnoprawny, chwilami doskonały przykład ich improwizatorskich talentów, kreatorskiej wyobraźni i umiejętności budowania fantastycznej dramaturgii.

Otwarcie albumu sugeruje akustyczną równowagę pomiędzy dźwiękami otoczenia (owady) i swobodnymi, delikatnymi pląsami instrumentalnymi. Gitara zyskuje przestrzeń wyważonym pogłosem, perkusja znaczy teren subtelnym mikro drummingiem. Druga opowieść ma już kilkanaście minut, a budowana jest niezwykle skrupulatnie z drobnych hałasów z werbla, dźwięków fauny i flory otoczenia, gitarowych preparacji i … odgłosu przelatującego samolotu. Narracja z czasem formuje się w zwarty szyk gitarowej post-psychodelii i rytmicznych perkusjonalii, finiszuje się zaś w obłoku ambientu i owadzich szelestów. W kolejnej opowieści minimalistycznie nastawieni muzycy zdają się szukać kontaktu ze stabilnymi dźwiękami otoczenia. Perkusista znów kluczy wokół rytmicznych struktur, gitarzysta odnajduje zaś w sobie głęboko skrywane pokłady liryzmu. W ramach komentarza szczeka pies.

Po krótkim epizodzie środowiskowym narracja (już piąta) rodzi się głęboko zaszytym w podłożu dudnieniem perkusji. Gitara buduje flow ze strzępów dźwięku. Dużo suspensu, kreatywnej nerwowości, jakby wyczekiwania na to, co zafunduje nam tegoż dnia pogoda. Dodatkowe emocje, to dubowe echo gitary, wcześniej ledwie sugerowane, tu wyniesione do rangi współkreatora dramaturgii. A na koniec leje się woda. W siódmej opowieści mamy wrażenie, że artyści muzykują w zamkniętej przestrzeni. Głosy ludzkie, tykający zegar i filigranowa ekspozycja na perkusyjnych pałeczkach, wsparta niemal gotyckim ambientem gitary. Slow motion of acoustic enviroument! Muzycy rozbudowują ekspozycję, szukają wystudzonej, ale emocjonalnej psychodelii, stawiają na pulsacyjną dynamikę, nie stronią od rockowych inkrustacji i tworzą bodaj najwspanialszy moment tej wielogodzinnej podróży. Finałowa opowieść jest najdłuższa na płycie i ma wiele faz. Początek budowany jest z mikroskopijnych dźwięków, nieistniejących fraz i gęstej ciszy. Akcenty rytmiczne i drony gitary kreują niemal orientalną mantrę dając asumpt do odnotowania kolejnego niezapomnianego moment albumu. Samo zakończenie płynie na delikatnej dynamice, piękne, niczym pierwszy, poranny promień słońca.


Kaze & Ikue Mori Crustal Movement (CD, 2023). Satoko Fujii – fortepian, kompozycja 6, Natsuki Tamura – trąbka, kompozycja 3, Christian Pruvost – trąbka, kompozycje 1 i 5, Peter Orins - perkusja, kompozycje 1 i 5, Ikue Mori – elektronika, kompozycje 2 i 4.  Nagrane między październikiem 2021, a majem 2022: Kobe (Fujii i Tamura), Nowy Jork (Mori) oraz Lille (Pruvost i Orins). Całość zmiksowana i ułożona w sześć utworów przez Petera Orinsa, 51 minut.

Ivann Cruz & Peter Orins Des pieds et des mains (DL, 2023). Ivann Cruz – gitara elektryczna, nagrania terenowe oraz Peter Orins – perkusja, nagrania terenowe. Zarejestrowane w sierpniu 2022 roku, wewnątrz lub wokół Parc des Écrins (Francja). Dziewięć utworów, 95 minut.



wtorek, 28 marca 2023

Kodian Plus! Disengage!


Belgijsko-brytyjskie Kodian Trio to jedna z najciekawszych formacji współczesnej sceny free jazzowej w Europie. Nie dość, że międzynarodowa, to jeszcze na wskroś międzypokoleniowa i łącząca artystów, których wielogatunkowe doświadczenie sceniczne zdolne jest generować niezmierzone synergie artystyczne. Trzy albumy studyjne, jeszcze więcej koncertowych, kilka tras europejskich (z wizytą w poznańskim Dragonie na czele), to dorobek muzyków, którzy pod tą nazwą funkcjonują ledwie kilka lat.

Jak świetnie wiemy, świat muzyki improwizowanej nie zna pustki, dlatego naturalnym kierunkiem w rozwoju artystycznym Kodian zdało się być muzykowanie w formule rozszerzonej. Najnowszy zatem album tytułuje się nazwą własną Kodian Plus, a do kwintetu gitarzysta Dirk Serries, saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle dobrali sobie pianistkę Martinę Verhoeven i trębaczkę Charlotte Keeffe. Efektem ich pracy są niespełna trzy kwadranse krwiście free jazzowych emocji, niepozbawionych – jak to bywa w wypadku nietuzinkowych artystów – nieskończonej liczby smaczków brzmieniowych i dramaturgicznych.




Początek nagrania budują zarówno drobne, akustyczne frazy dęte, talerzowy mikro drumming i fortepianowe inkrustacje, jak i mglista, urokliwa plama gitarowego ambientu, która szczelnie wypełnia dramaturgiczny background. Narracja nakręca się dość leniwie, tyczona szklakiem kanciastych fraz z klawiatury i rezonujących elementów zestawu perkusyjnego. Z kokona introdukcji jako pierwsi wyłaniają się pianistka i alcista, kilka głębszych oddechów bierze też trębaczka. Kwintowy pociąg zdecydowanie rusza z miejsca w trakcie siódmej minuty, gdy gitara z pozycji ambientu wchodzi w tryb niemal jazzrockowej kipieli. Piękny bukiet free jazzu rozdaje teraz całusy na prawo i lewo! Potem gaśnie, nie bez dętych, urokliwych westchnień.

Druga improwizacja pozbawiona jest rozbudowanego wstępu. Rusza z kopyta do przodu, być może dlatego też, iż rodzi się w obrębie oryginalnego składu Kodian Trio. Zadziornie, bez obłych, niedokrwionych kształtów! Po kilkudziesięciu sekundach w ogień free jazzowej ekspresji wpada poprzecznie frazujące piano, a zaraz potem charcząca trąbka. Gęsta, tłusta narracja ma tu kilka faz, przez kilka chwil prowadzona jest także w trio – piano, perkusja i trąbka. Powrót do formy kwintetu niesie za sobą zaskakująco mroczną poświatę, której sprzyja niemal post-rockowa furia gitarzysty. Na końcowych metrach muzycy tylko nieznacznie zdejmują nogę z gazu, zdają się być nieco rozbawieni poziomem intensywności swoich poczynań. Gasną przy wtórze post-ragtime’owych wtrętów piana i śpiewnych pomruków trąbki.

Trzecią opowieść zaczyna perkusista, do którego dość szybko dołącza alcista. Korzenny duet szybko stanowi tu prawa i obowiązki stron! Po kilkudziesięciu sekundach w strumień gęstej magmy dźwięków włącza się rockowa gitara i free jazzowe piano. Narracja szybko sięga szczytu i poziomu hałasu, przez który trudno jest przebić się nieco stremowanej trębaczce. Opowieść zdaje się teraz balansować na równi pochyłej, emocje kipią, ale nie brakuje fraz rozrzedzających potok zdarzeń. Narracja pięknie rozlewa się w dźwiękowych didaskaliach, niesiona zwinny rytmem perkusji. W tej fazie improwizacji szczególnie piękne wydają się akcje gitary i saksofonu. Równie zmysłowo płynie także duet tegoż saksofonu i trąbki. Opowieść pod koniec pęcznieje, niesiona znów rytmem perkusji, ale nade wszystko silnym strumieniem altowego wystrzału! Płomień opowieści gaśnie tu wyjątkowo kolektywnie, aż po szmer oddychającego wzmacniacza gitarowego.

Finałowa improwizacja zaczyna się … studyjnym żartem. Coś tam zgrzyta na gitarowych pick-up’ach, ale muzycy miast budować flow zaczynają żartować. A zatem restart – z mroku ciszy i rezonansu! Potok filigranowych short-cuts kreuje teraz urokliwy suspens. Nerwowe wyczekiwanie kończy się ekspozycją w trio – trąbki, altu i perkusji, bogaconej zdobieniami gitary i piana. Artyści dość leniwie szukają dynamiki - każdy dodaje garść indywidualnych emocji. Końcowa ballada, czy ekspresyjne podsumowanie? Perkusista zdaje się kierować myśli ku drugiej z opcji. Pianistka podziela jego pogląd. Reszcie nie pozostaje nic innego, jak ruszyć na ostatni tego wieczoru szczyt. Schodzenie z tej umiarkowanie wysokiej góry ścielą nam wystudzone frazy piana, trąbki i syczącego amplifikatora gitarowego.

 

Kodian Plus Disengage (A New Wave Of Jazz, CD 2023). Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Andrew Lisle – perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – fortepian oraz Colin Webster – saksofon altowy. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, 26 marca 2022. Cztery improwizacje, 41:08.



piątek, 24 marca 2023

De Backer, Bral & Vertessen as g a b b r o and the moon appears when the water is still!


Dziś słowo, jutro obraz i dźwięk! Oto scenariusz najnowszych, spontanicznych wydarzeń z udziałem trzech belgijskich artystów – Hanne De Backer, Andresa Brala i Rafa Vertessena.

Najpierw proponujemy czerstwe metafory Pana Redaktora, które spróbują opisać najnowsze dziecię tychże muzyków, potem, już jutro w poznańskim Dragonie, projekcja dokumentalnego filmu drogi (oczywiście bogato inkrustowanego improwizowanymi dźwiękami), wreszcie żywy koncert. Przed nami prawdziwie perfomatywne, multidyscyplinarne wydarzenie, w centrum którego szczęśliwie sama muzyka zdaje się być najważniejsza.

W aspekcie instrumentalnym czekają na nas mroczne, masywne dźwięki instrumentów dętych w koherentnych, kobiecych płucach oraz fortepian, oniryczne harmonium i perkusja w delikatnych, męskich rękach. Mrok, suspens i mnóstwo intrygujących, post-jazzowych sytuacji dramaturgicznych nie powinny nikogo pozostawić obojętnym, także, ale nie tylko, w kontekście słowa i obrazu. Zapraszamy do muzyki i Dragona. Już jutro od 20.00!



 

Szary, matowy klimat pierwszego utworu tworzy tu plama leniwie pulsującego harmonium, akustyczne szmery i szelesty, wreszcie na poły melodyjne, smutne frazy dęte. Narracja w typie egzotycznego slow motion bazuje na minimalizmie, nie stroni od ciepłych klawiszy piana, zdaje się mieć nieco rytualny, dalece majestatyczny wymiar. Druga opowieść jest nieco żwawsza, tli się w niej iskierka meta dynamiki. Czarne klawisze fortepianu, groźne pomruki z tuby, wreszcie filigranowy, aktywny drumming. Całość definitywnie mam avantowy posmak, ale obleczony klimatem starego, dobrego cool-jazzu. Zauważamy, nie pierwszy, nie ostatni raz, iż artyści doskonale panują tu nad emocjami.

Na starcie trzeciej historii wpadamy w chmurę dźwięków preparowanych, budowanych tuż nad podłogą. Narracja, przypominająca nerwowy szelest opadających przedmiotów, pełna suspensu, znów jakże kreatywnego minimalizmu, nieuchronnie rodzi w głowie obrazy z uwagi na swój meta ilustracyjny charakter. Kontemplacja dobrze zaplanowanej improwizacji zostaje tu smakowicie podsumowana post-klasycznymi zagrywkami pianisty, który często repetuje minimalistyczny motyw. W części kolejnej, podobnie jak w drugiej, dostajemy mały zastrzyk energii. Pianista śle rozhuśtane, post-melodyjne frazy, dęciak stawia na emocje, a perkusja, choć płynie wbrew nurtowi głównego, także dokłada do ognia. Improwizacja przez moment pachnie tu przednówkiem free jazzu, i zdaje się, że ten stan rzeczy dobrze pasuje do dramaturgicznego wizerunku tria. Tu opowieść aż dwukrotnie dzieli się na duety, co dodatkowo stymuluje emocje.

Piąta opowieść startuje z poziomu leniwych, ale mrocznych i na poły melodyjnych pomruków. Dość szybko wszakże pęcznieje, przez moment stając się jazzowym duetem piana i perkusji. Powrót dęciaka (tu klarnetu basowego) stawia wszystkich do pionu i sprawia, iż śmiało możemy ów fragment nazwać najbardziej ekspresyjnym momentem całego albumu. Przy okazji podkreślić trzeba kilka absolutnie rewelacyjnych fraz dętych. Minimalistyczna konstytucja albumu sprawia, iż narracja bez trudu tłumi emocje, ale trzeba przyznać, iż czyni to w mistrzowskim stylu. A reasumpcją utworu znów zajmuje się pianista i jego meta klasyczne inklinacje. Finałowa opowieść jest najdłuższa, a jej oniryczny, nieco odmienny od poprzednich utworów klimat buduje powracające harmonium. Sporo dźwięków preparowanych, leniwe intrygi i nerwowy suspens kreują opowieść, dla której etykieta dark post-ethno, choć karkołomna, wydaje się nad wyraz trafna. Opowieść wznosi się tu na drobny szczyt, po czym jeszcze efektowniej zastyga w kreatywnym niepokoju. A kto odpowiada za zmyślne podsumowanie? Oczywiście, post-klasycznie wytrawiony pianista.         

 

g a b b r o the moon appears when the water is still (g a b b r o records 001, CD 2023). Hanne De Backer – klarnet basowy, saksofon barytonowy, Andreas Bral - fortepian, harmonium oraz Raf Vertessen – perkusja. Czas i miejsce nagrania nieznane. Sześć utworów improwizowanych, bazujących na wcześniej przygotowanych scenariuszach (kompozycjach), 49 minut.

 

 

wtorek, 21 marca 2023

Izumi Kimura, Artur Majewski, Barry Guy & Ramon Lopez! Kind Of Light & Shadow!


Warszawski Festiwal Ad Libitum w roku 2021, pomimo całkiem pandemicznych wówczas okoliczności, zebrał na deskach Centrum Sztuki Współczesnej pokaźne grono improwizujących muzyków. W ciągu trzech dni zagrali oni kilka frapujących setów, a dnia czwartego, już po festiwalowym finale, czworo z nich zapędzono do studia nagraniowego, by odbyli dowolnie długą sesję nagraniową, skoncentrowaną na swobodnej improwizacji.

Japonka i Brytyjczyk, tudzież Brytyjczyk i Hiszpan improwizowali ze sobą podczas niejednej sesji, czy koncertu. Zaproszony na spotkanie Polak w tej konfiguracji personalnej był chyba postacią zupełnie nową. Tak, czy inaczej, utworzony tu kwartet z pewnością zasługuje na miano formacji skleconej ad hoc, a zatem postawionej po raz pierwszy w danym składzie personalnym przed wyzwaniem kolektywnej improwizacji. Jak zwykł mawiać Derek Bailey, to sytuacja optymalna do zrealizowana naprawdę wartościowej improwizacji.

Uprzedźmy wypadki – efekt tej sesji nagraniowej, to doprawdy kawał doskonałej muzyki! Kwartet, który na potrzeby tego nagrania nie przyjął żadnej nazwy własnej, to dalece smakowity przykład artystycznej różnorodności. Pianistka z zacięciem post-klasycznym, której konceptualny minimalizm stanowi niebywały asumpt do tworzenia jakości, kornecista doposażony w elektronikę (tu w postaci prostego urządzenia, które opóźnia emitowany dźwięk, czyli tzw. delay), muzyk o niebywałej umiejętności kreowania skomplikowanych narracji przy użyciu bardzo organicznych zasobów, kontrabasista, którym sam jest historią gatunku, ale ma także piękne i bogate portfolio neo-barokowe, wreszcie perkusista, muzyk na tyle wszechstronny i niebanalny w sposobie budowania narracji, że mógłby stawić czoła każdemu wyzwaniu artystycznemu. Nie wiemy dokładnie, kto wymyślił ów kwartet (jakkolwiek się domyślamy), ale robota to iście mistrzowska!

Efektem ciężkiej, wielogodzinnej pracy kwartetu jest osiemnaście improwizacji zebranych na dwóch płytach, które ukazały się w … różnych latach. Pierwsza z nich jest ostatnią pozycją katalogową Fundacji Słuchaj! w roku 2022, druga z nich – pierwszą w roku 2023. Dramaturgicznym okiem kornecisty prace zostały podzielone na osobne albumy, nieco różne pod względem klimatu i intensywności realizowanych procesów improwizacyjnych. Płyta Światła na ogół skrzy się emocjami, buduje niekiedy dość dynamiczne narracje, z kolei płyta Cienia skupia się na drobniejszych formach narracyjnych, bardziej wystudiowanych, dalece mroczniejszych ekspozycjach. Pośród osiemnastu utworów część, to improwizacje kreowane w duetach, większość wszakże prowadzona jest – bardzo kolektywnie - przez cały kwartet. Sprawdźmy, które fragmenty wielogodzinnej sesji nagraniowej ekscytują nas najbardziej.



Kind Of Light

Pierwsza improwizacja w świetle pokazuje lwi pazur kwartetu, choć prowadzona jest początkowo w dość leniwym tempie. Zwinne palce, szybkie dłonie i kornetowa zaduma z wirującym pogłosem, to elementy składowe fabuły na etapie rozwinięcia, które smakuje … surowym jazzem Milesa Davisa z drugiej połowy lat 60. ubiegłego stulecia. W kolejnej improwizacji artyści sugerują wyjątkową ulotność swojej ekspozycji - drobne, migotliwe frazy, piękne intrygi basu, klasycystyczny sznyt piana i zaskakująco żwawe tempo. Trzecia opowieść, to duet kornetu i perkusji, generujący porcje zdrowej psychodelii, niczym wyjątkowo smakowita przyprawa do wspaniałego dania głównego. Czwarta odsłona śmiało zasługuje na miano jednego z najlepszych fragmentów obu albumów. Kornetowe opóźnienia, nerwowa praca sekcji rytmu i pianistyczna koherentność - od nostalgicznej zadumy po eksplozje zmysłowego free jazzu. Tuż potem dostajemy skromny duet kontrabasu i piana, urokliwie post-klasyczną etiudę na ostudzenie emocji. Szósta, trwająca ponad kwadrans narracja świetnie ilustruje wszelkie oblicza ekspresji kwartetu, ale stawia także dramaturgiczne znaki zapytania. Balladowe podejście pod dynamiczny finał mogłoby tu trwać kilka chwil krócej. Szczęśliwie zakończenie pierwszego albumu stawa nas do pionu! Jego elementy składowe, to kontrabasowe, ekspresyjne arco & pizzicato, kornetowa, niekończąca się ściana dźwięku i płynna nerwowość kwartetu w stadium bystrego galopu.




Kind Of Shadow

Trzy improwizacje otwierające drugi album, prowadzane w niemal pogrzebowym tempie, w pełni uzasadniają jego cienisty tytuł. W pierwszej programowy slow motion skrzy się mocą czarnych klawiszy fortepianu, w drugiej muzycy cedzą dźwięki przez zęby i drżą pespektywą nadchodzącego poranka, w trzeciej zaś zachwycają metodą pracy twórczej, czyli call & responce! Czwarta ekspozycja przywraca wiarę w moc dynamiki, choć prowadzona jest jedynie przez piano i perkusję. Trochę jazzu, garść post-klasyki i dużo emocji. Piąta improwizacja zdaje się być stylizowana na post-komedowską balladę, którą po środku zdobi perkusyjne solo, a która w drugiej fazie nabiera ciekawego, połamanego rytmu. Szósta odsłona, to kolejny duet – tym razem fortepianu i kornetu. Zaraz potem w krótkiej formie narracyjnej prezentuje się na powrót kwartet, generując dużo dźwiękowych drobiazgów, ale i stylowej nerwowości. Ósmą część tworzą jedynie kontrabas i perkusja, i podobnie jak w czwartej etiudzie, nagranie buzuje dynamiką. Z kolei dziewiątą improwizację śmiało uznajemy na najlepszy moment drugiego albumu. Kontrabas zaczyna tu bardzo minimalistycznie, wręcz w estetyce muzyki dawnej. Pozostali muzycy stąpają na palcach, wszyscy jednak czują nadciągającą burzę i szyją piękną, post-jazzową ekspozycję. W przedostatniej opowieści powraca posmak Komedy, a nawet Stańki! Duża swoboda niebanalnej, choć dobrze nam rozpoznawalnej melodyki. Zakończenie albumu, to definitywnie farewell song, tkana minimalistycznymi, ale nad wyraz długimi pociągnięciami pędzla.

 

Izumi Kimura/ Artur Majewski/ Barry Guy/ Ramon Lopez Kind Of Light/ Kind Of Shadow (Fundacja Słuchaj!, CD 2022/2023). Izumi Kimura – fortepian, Artur Majewski – kornet, elektronika, Barry Guy – kontrabas oraz Ramon Lopez – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane 17 października 2021 roku, Agnieszka Osiecka Polish Radio Concert Hall. Odpowiednio siedem i jedenaście improwizacji, łącznie 104:15.

 

*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana kilkanaście dni temu 



piątek, 17 marca 2023

Pat Thomas, Phil Minton, Dave Tucker & Roger Turner On A Clear Day Like This!


Formacja Scatter powołana została do artystycznego życia trzy dekady temu. Tak przynajmniej zeznaje amerykański label 577 Records, który publikuje album będący przedmiotem naszych dzisiejszych zainteresowań. W trakcie owych trzydziestu lat muzycy dostarczyli tylko jeden dowód rzeczowy potwierdzający ów fakt, publikując w roku 2007 album zatytułowany … Scatter (FMR Records).

Twórcy rzeczonego kwartetu, to dziś legendy muzyki swobodnie improwizowanej, a dwóch z nich, Phil Minton i Roger Turner, to już prawdziwe pomniki wykute w skale. Na właśnie publikowanym koncercie (premiera na koniec marca), który zdarzył się Pewnego Jasnego dnia, Takiego jak Ten, odnajdujemy ich latem pradawnego roku 2017.

Co na londyńskich deskach Cafe Oto mogli nam zaoferować Minton i Turner wiemy doskonale – głos i perkusjonalia. Dodajmy, iż Pat Thomas poza klawiaturą fortepianu używał także elektroniki, a Dave Tucker zarówno gitary akustycznej, jak i elektrycznej. I to właśnie na przecięciu tego, co akustyczne i tego, co elektryczne, tudzież elektroniczne, toczyła się ich koncertowa, niespełna 40-minutowa batalia.



 

Trzydziestoczterominutowy set główny podzielić można śmiało na cztery interwały. Te nieparzyste realizowane akustycznie, te parzyste z wykorzystaniem gitarowego prądu i syntetycznych emocji na komputerowych kablach. Sam początek koncertu zdaje się być doprawdy wspaniały. Muzycy bez jakichkolwiek wstępów wchodzą głęboko w kłębowisko akustycznych dźwięków - kocie piski Phila, perkusjonalne subtelności Rogera, zwinne, post-baileyowskie frazy Dave’a i niemal niesłyszalne dodatki inside piano Pata. Muzycy doskonale się słuchają, wiele fraz budują w oparciu o najdoskonalszą metodę swobodnej improwizacji, czyli stevensowskie call & responce. Pewna nadkreatywność każdego z artystów sprawia, iż narracja podlega ciągłym zmianom, a ta pierwsza, dość wyraźna, ma miejsce w okolicach 8 minuty, gdy na dźwięk pierwszych elektronicznych zdobień improwizacja gaśnie niemal do poziomu ciszy. Nowe wątki budowane są teraz z wykorzystaniem gitary elektrycznej i mnóstwa elektroakustycznych wydarzeń, którym sprzyjają figlarne dźwięki z gardła i bystrego werbla. Opowieść z jednej strony nadyma się rockową mocą gitary, z drugiej napotyka na narracyjne rafy i dramaturgiczne rozdroża. Faluje od samej ziemi po czyste niebo. Gdy artyści brną w drobne interakcje, bywa smakowicie, gdy pracują samotnie lub w podgrupach, flow lubi gubić wewnętrzny rytm i spójność. W tej fazie koncertu mistrzem jakości wydaje się być Minton, ale wiele dobrego robi tu także sprawny powrót na klawiaturę Thomasa, który przy okazji, w okolicach 18 minuty, ponownie kieruje narrację na w pełni akustyczne tory.

Na scenie króluje teraz kreatywny minimalizm i dramaturgiczny suspens, ale dość szybko artyści dają się ponieść emocjom i generują dalece energetyczne spiętrzenie. Po niedługim czasie wracają jednak do działań minimalistycznych, zdobionych ptasim gwizdaniem wokalisty i plejadą innych, preparowanych dźwięków. Po 26 minucie do gry wraca gitara elektryczna oraz elektronika, a w roli strażnika dramaturgii świetnie sprawdza się wyjątkowo skoncentrowany i zdolny do akustycznych cudów perkusista. Muzycy zagęszczają szyk, ale ciągle zmieniają zdanie, jakby w wersji elektrycznej Scatter miał do wyboru zbyt wiele rozwiązań i wciąż dywagował na temat dalszego rozwoju sytuacji scenicznej. Zakończenie seta łapie wszakże mnóstwo jakości, a upływa w onirycznym klimacie niemal konceptualnego minimalizmu.

Koncertowa dogrywka nie trwa nawet czterech minut, ale zdaje się być popisem całej czwórki improwizatorów. Na początek akcenty percussion od Rogera i Pata, potem plamy z gitarowych pick-upów Dave’a i gadulstwo Phila. Narracje płynie akustycznym strumieniem głównym i backgroundem rockowej niemalże gitary. Gęsty, dość abstrakcyjny flow, głównie dzięki poprzecznym wtrętom piana, sięga końca przy akompaniamencie równego oddechu wokalisty. 

 

Scatter: Pat Thomas, Phil Minton, Dave Tucker, Roger Turner On A Clear Day Like This (577 Records, CD 2023). Phil Minton – głos, Pat Thomas – fortepian i elektronika, Dave Tucker – gitara akustyczna i elektryczna oraz Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, lipiec 2017, Cafe Oto, Londyn. Dwie improwizacje, 37:42.



czwartek, 16 marca 2023

Spontaniczna wiosna w poznańskim Dragonie!


(informacja prasowa)

 

Cykl koncertowy „Spontaneous Live Series”, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, zdecydowanie zapowiada już nadejście wiosny, przynamniej tej muzycznej. Pierwszy z anonsowanych koncertów odbędzie się w ostatnią sobotę marca, a w dalszej kolejności czekają na nas - wydarzenie kwietniowe, aż trzy majowe i efektowny, podwójny finisz w połowie czerwca. Miłośnicy muzyki improwizowanej znów mogą liczyć na wielkie emocje i fantastyczne dźwięki.

Otwarcie wiosny będzie dalece spektakularne, albowiem organizatorzy zapraszają nie tylko na koncert, ale także na projekcję filmu. Do Poznania zawita stała współpracowniczka Paala Nilssena-Love i jego Large Unit, belgijska saksofonistka i klarnecistka Hanne De Backer wraz z multimedialnym projektem g a b b r o, który współtworzą pianista Andres Bral oraz perkusista Raf Vertessen. Artyści najpierw zaprezentują nam film „As We Walk” - rodzaj reportażu z konceptualnego spaceru wzdłuż wybrzeża morskiego Belgii w towarzystwie… wielbłąda, w trakcie którego muzycy improwizują w sytuacjach swobodnie inscenizowanych. Po projekcji filmu muzycy zaprezentują nam improwizowany spektakl w wymiarze jak najbardziej koncertowym.



W warstwie muzycznej improwizacje tria De Backer/ Bral/ Vertessen z jednej strony bazują na mrocznych, dronowych ekspozycjach, tudzież powtarzanych mantrycznie frazach, z drugiej przepełnione są swobodną, post-jazzową narracją, pełną dramaturgicznych smaczków.

Muzycy są w trasie europejskiej przez cały marzec, a poza filmem, promują także swój nowy album „The Moon Appears When the Water is Still”, który swą światową premierę miał pierwszego marca br.

https://hannedebacker.bandcamp.com/

 

Spontaneous Live Series Vol. 41 - Hanne De Backer + g a b b r o: AS WE WALK

Hanne De Backer (saksofon barytonowy, klarnet basowy)

Andreas Bral (fortepian, Indian harmonium)

Raf Vertessen (perkusja)

25 marca 2023 roku, godzina 20.00

Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

Bilety są już dostępne on-line: https://tiny.pl/w2939

 

*****

 

Znane są także kolejne daty wiosennych koncertów w ramach spontanicznego cyklu. W kwietniu, dokładnie 19-ego dnia tego miesiąca, do Dragona zawita japońska eksperymentatorka, kompozytorka i artystka dźwiękowa Reiko Yamada oraz wrocławski trębacz, kompozytor i improwizator Artur Majewski. Artyści zaprezentują projekt dźwiękowy „Interpreting quantum randomness”, dla którego bazą intelektualną jest fizyka kwantowa i losowość zdarzeń. Współtwórcą przedsięwzięcia jest Maciej Lewenstein, fizyk teoretyczny z Barcelony, ale nade wszystko miłośnik jazzu i muzyki improwizowanej, znany z wielu projektów popularyzujących i wspierających tę muzykę, zarówno w stolicy Katalonii, jak i w Polsce.

W maju wielbicieli muzyki improwizowanej czekają aż trzy spontaniczne wydarzenia. Najpierw w niedzielę 7 maja do Dragona powróci doskonały brytyjski saksofonista Colin Webster, którego znamy z wielu występów w Poznaniu, nie tylko w ramach Spontaneous Music Festival. Tym razem przywiezie on ze sobą międzynarodowy kwartet. Obok alcisty tworzą go Sofia Salvo na saksofonie barytonowym, Jan Roder na kontrabasie oraz Mark Holub na perkusji. Muzycy promować będą swoje pierwsze wspólne nagranie w kwartecie, jakie zarejestrowali w roku ubiegłym w berlińskim klubie Soweso.

Kilka dni później zapłoniemy ogniem prawdziwie free jazzowego koncertu dzięki duetowi portugalsko-holenderskiemu. We czwartek 11 maja w Dragonie zagra Hugo Costa na saksofonie altowym i Philip Ernsting na perkusji. Muzycy znani są z kilku trzyosobowych składów, które uprawiają efektowne improwizacje na skrzyżowaniu wielu gatunków – Albatre i Anticlan. W Poznaniu promować będą swój pierwszy album „The Art Of Crashing”.

W ostatnią sobotę maja obejrzymy koncert … potrójny. Najpierw improwizować będą artystki z południa Polski - flecistka Zofia Ilnicka i multiinstrumentalistka Ola Rzepka, potem poznański gitarzysta Paweł Doskocz (tu w wersji akustycznej) i brytyjski altowiolinista Benedict Taylor. Po dwóch duetach z pewnością liczyć będziemy mogli na sklecony „ad hoc” kwartet! Deski Dragona znają całą czwórkę doskonale, zatem jesteśmy pewni, że będzie to jeden z bardziej ekscytujących wiosennych koncertów spontanicznego cyklu.

W czerwcu, już u progu lata, czekają nas dwa koncerty. Najpierw 16 czerwca kolejny tej wiosny międzynarodowy kwartet – wokalistka Almut Kühne, pianistka Jordina Millà, kontrabasista Gonçalo Almeida oraz perkusista Wieland Möller. Wiele wskazuje na to, iż będzie to swobodnie improwizowana kameralistyka najwyższych lotów. Kontrabasistę znamy w Poznaniu doskonale, z kolei pianistka, to jedna z najciekawszych postaci preparowanego fortepianu Półwyspu Iberyjskiego.

Spontaniczną wiosnę w Dragonie zakończymy definitywnie 21 czerwca spektaklem elektroakustycznym. Na scenę Małego Domu Kultury powróci francuska artystka dźwiękowa Laure Boer, która na ostatniej edycji Spontanicznego Festiwalu pokazała, iż nie ma dla niej przedmiotu, który nie generował był intrygujących dźwięków. Tym razem swój niezwykły performance zaprezentuje w towarzystwie muzyka o podobnej proweniencji stylistycznej – Michała Krajczoka.

 


wtorek, 14 marca 2023

Ilia Belorukov, Gabriel Ferrandini and the Sculptor!


Saksofonista Belorukov i perkusista Ferrandini debiutowali w formule duetu cztery lata temu błyskotliwą realizacją Disqueit, której niewątpliwe uroki zostały na tych łamach szczegółowo odnotowane.

Zapewne z powodu powyższego wydarzenia muzycy zagrali wówczas kilka koncertów, także w Sankt Petersburgu, mieście dla alcisty rodzimym. Spotkali się w ogromnej sali koncertowej, której sufit zawieszony jest na wysokości piętnastu metrów, a wszędzie panoszą się wielkie okna. Występ w takiej przestrzeni była dla artystów wyposażonych wyłącznie w akustyczne instrumenty wyzwaniem nie lada, ale dawał też niebywałe możliwości foniczne, dzięki czemu najdrobniejszy dźwięk mógł być tu doskonale słyszalny.

Muzycy ze wszelkimi wyzwaniami poradzili sobie po mistrzowsku. Zagrali niedługi, jakże konkretny i emocjonalny występ, swobodnie improwizowany, ale dość mocno osadzony w estetyce post-freejazzowej. Nasza radość z odsłuchu jest zatem kompletna!

Koncert jest nieprzerwanym ciągiem zdarzeń fonicznych, który podzielony został na trzy części. Momenty zmiany traku zdają się tu być wyjątkowo trafnie dobrane, adekwatnie do dramaturgii wydarzeń na scenie.




Gabriel zaczyna na talerzach i gongach, Ilia wydaje z tuby szeleszczące, powabne frazy. Narracja na wstępnym etapie koncertu prowadzona jest w nieśpiesznym, niemalże majestatycznym tempie. Lepi się z subtelnych, dętych oddechów i stylowego mikro drummingu. Płynie na ogół krótkimi frazami saksofonu i takimiż uderzaniami w elementy zestawu perkusyjnego. Improwizacja prowadzona w dość spokojnym trybie nabiera tu jednak rumieńców – muzycy bez trudu łapią wspólny oddech. Perkusja jest delikatnie stonowana, alt z kolei bardziej kompulsywny, ale bardzo precyzyjny w ruchach. Muzycy budują emocje, ale nie eskalują tempa, ich flow przypomina leniwe fale wielkiego oceanu.

W drugą część koncertu wchodzą dyktując sobie pierwsze znaczące spowolnienie, jakby postanowili powrócić na moment do początku koncertu i drobnych, smukłych dźwięków. Narracja znów ma nieco ceremonialny charakter, ale jej faza rozwoju skrzy się innymi emocjami. Saksofonista zaczyna wznosić melodyjne modły, a perkusista nerwowymi ruchami kreśli kolejne etapy opowiadania. Muzycy kręcą się teraz wokół własnej osi, jak w pijanym tańcu, ale ich incydentalne chwile zadumy pełne są coraz bardziej mrocznych emocji. Po serii zwinnych przebiegów, narracja zaczyna zbliżać się do ciszy, a ster okrętu przejmuje drummer, który kreuje dość leniwą ekspozycję solową. W jej trakcie zupełnie niepostrzeżenie odnajdujemy się w trzeciej części koncertu.

Reakcją saksofonisty na samotną ekspozycję perkusisty są łagodne, rezonujące frazy. Artyści świetnie na siebie reagują i snują zmysłową, ale bardzo minimalistyczną opowieść. Każdy z nich zdaje się teraz budować nieco odmienną dynamikę. Ilia rozhuśtany, rozśpiewany, gotowy na każde wyzwanie, Gabriel bardziej ceremonialny, choć nieunikający tanecznego kroku. Z czasem dostajemy się w wir prawdziwie ognistych podmuchów, ale w tym tyglu ekspresji nie brakuje przestrzeni i oddechu wielkiej sali koncertowej. Alcista kroi nam teraz niebywale atrakcyjne frazy, z kolei perkusista stawia zasieki i dba o adekwatny poziom ekspresji. Narracja ma kilka błyskotliwych spiętrzeń i zdaje się sięgać artystycznego nieba, choćby w momencie, gdy alcista zaczyna kwiczeć, a perkusista oplata go strumieniem circle drumming. Ale najpiękniejszy fragment koncertu dopiero przed nami! Zdaje się nim być niebywale precyzyjne stłumienie ekspresji i zejście w nerwową, subtelnie szytą balladę. Znów dużo tu minimalizmu - trochę perkusyjnych szczoteczek i garść preparowanych fraz dętych. Końcowe trzy minuty koncertu, to kolejne wspinanie się na szczyt. Artyści gwarantują nam niebywałe emocje do ostatniej sekundy koncertu.

 

Ilia Belorukov & Gabriel Ferrandini Sculptor (Tripticks Tapes, CD 2023). Ilia Belorukov – saksofon altowy oraz Gabriel Ferrandini – perkusja. Nagranie koncertowe, Masterskaya Anikushina, Petersburg, maj 2019. Jedna improwizacja podzielona na trzy części, 33 minuty.



piątek, 10 marca 2023

Luís Vicente 4tet at the House In The Valley!


Portugalski trębacz Luis Vicente i amerykański (choć z Holandii) saksofonista John Dikeman muzykują razem od kołyski. Ich szczególnie ulubioną formacją jest kwartet, w których ich dęte, jakże swobodne szaleństwo improwizacji wspiera kontrabas i perkusja. Grywali już z sekcją portugalską (Antunes, Ferrandini), holenderską (De Joode, Govaert), a także amerykańską (Parker, Drake). Na swojej najnowszej płycie postawili na wariant mieszany – amerykański kontrabas i holenderska perkusja. Nowy kwartet zwie się 4et i ma w nazwie własnej nazwisko Portugalczyka, albowiem zgodnie z przyjętymi założeniami, bazą dla improwizacji tego akurat kwartetu są kompozycje trębacza. Od razu dodajmy, kompozycje mocno osadzone w aylerowskim free jazzie, ale inspirowane nową osobą w życiu artysty, córką Luisą.

Renomowany Clean Feed dostarcza długie, koncertowe nagranie ze świetnie nam znanego obiektu sakralnego w Caldas da Raihna, pełne emocji najwyższych lotów, pięknie konsumujących przyjmujące melodie, wytrawne improwizacje i kosmiczny kunszt każdego z muzyków. W roli basowego wodzireja debiutujący w tym gronie Luke Stewart, za perkusją stary znajomy z wielu składów Luisa – przed momentem wspomniany Onno Govaert.




Pierwszy temat - podany na głębokim wydechu trąbki i saksofonu – wydaje się być niebywale rozśpiewany. Kontrabas od razu szyje delikatny groove, dobrze nasączony parkerowską melodyką, a perkusja, jak to u Govaerta, płynie całą szerokością sceny. Narracja dzieli się teraz na dwa następujące po sobie tria. Najpierw improwizuje trębacz, potem saksofonista, a pomiędzy tymi wydarzeniami następuje drobne, adekwatne do przyjętej stylistyki, ogrywanie tematu. Muzycy pracują bardzo swobodnie, świetnie się ze sobą komunikują, przygotowani są na każde rozwiązanie, a melodyjna, trwała baza rytmiczna daje instrumentom dętym pole do niczym nieograniczonego działania i skoków w dowolną przestrzeń improwizacji. Kolejny powrót do kwartetu najpierw oznacza tu drobny szczyt, a potem – w okolicach 12 minuty – solową ekspozycję perkusji. Tym razem ogrywanie melodii przewodniej odbywa się na sporym spowolnieniu i przesycone jest prawdziwie lizbońską saudade. Leniwa struga improwizacji, choć nie brakuje w niej gęstych, tłustych, a nawet głośnych fraz, idealnie podprowadza nas pod epizod … drum’n’bass! Ostatni powrót do melodii tematu oznacza tu zmysłową kodę, która kończy 24-minutowy set.

Druga część koncertu trwa ponad 40 minut i zdaje się być prawdziwą epopeją free jazzowej improwizacji. Na starcie dęty dwugłos, który intonuje śmiech małej Luisy (zgodnie z tytułem utworu!). Muzycy jednym ciałem podają emocjonalne frazy, stojąc przy tym na palcach i patrząc głęboko w chmury. Potem podczepiają się pod groove basu, ale nie eskalują ani tempa, ani emocji. Płyną swobodnie, zanurzeni w sennych marzeniach. Narracja znów dzieli się na tria. Te z trąbką wydaje się być wyjątkowo minimalistyczne, urokliwie rozkołysane, te z saksofonem pełne ognia i namiętności. Pomiędzy nimi jest też miejsce na zmyślne solo kontrabasu. Po dwóch triach artyści znów wracają do tematu, szybko go ogrywają, wspinają się na drobny szczyt i hamują. Po 15 minucie trąbka i saksofon wznoszą swe melodyjne modły ku niebieskiemu sklepieniu, a na gryfie kontrabasu - po raz pierwszy - pojawia się smyczek i zostanie tam na cały kwadrans. Narracja wchodzi teraz w fazę definitywnie kameralną, muzycy sięgają po nowe dźwięki i na każdym kroku zaskakują. Strzygą uszy długimi frazami, rzewnie śpiewają, niekiedy pozwalają perkusji na całkowite zamilknięcie. Nie brakuje także tu trzyosobowych epizodów z sekcją. Szczególnie pięknie dzieje się wtedy, gdy trąbka popiskuje, smyczek syci flow klimatami ancient dance, a perkusja stawia talerzowe stemple narracyjnego rytuału. Powrót do kwartetu w tym wypadku oznacza eskalację wcześniej zasygnalizowanych lamentów (czemu sprzyja rozgrzany do czerwoności smyczek). Muzycy jedną pętlę narracji grają teraz dynamicznie, kolejną niebywale powoli. Z tej dramaturgicznej przeplatanki ostatecznie wyłania się duet smyczka i perkusyjnych talerzy. Dęciaki wracają, ale narracja wciąż leje się bardzo kameralnym strumieniem, choć nabiera dynamiki. Po upływie drugiego kwadransa powraca basowy groove i opowieść wpada w urokliwą histerię. Emocje pną się ku górze, artyści szukają kolejnych ognisk zapalanych. Mniej więcej sześć minut przed końcem zostaje dany sygnał do mimowolnej finalizacji. Powrót do tematu, garście didaskalii, kilka znaków zapytania i drobny epizod drum’n’bass. Saksofon powraca melodyjnie repetując, sekcja rytmu płynie w swoim tempie, a trąbka milczy. I tak będzie już do ostatniej sekundy tego wspaniałego koncertu.

 

Luís Vicente 4tet House In The Valley (Clean Feed Records, CD 2023). Luís Vicente – trąbka i kompozycje, John Dikeman – saksofon tenorowy, Luke Stewart – kontrabas oraz Onno Govaert – perkusja. Nagranie koncertowe, Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, Portugalia, lipiec 2021. Dwa utwory, 67:15.



wtorek, 7 marca 2023

The March Round-up: Xenofox! The Tape! Magee! C/W|N! Symbiotic Instruments! |fontAnna|! Sounding Society! Reviriego!


Marzec na tronie, zatem najwyższy czas, by pokazać światu nową zbiorówkę recenzji z naszą ukochaną muzyką improwizowaną!

Dziś na recenzenckiej tapecie osiem płyt, w tym trzy wydane jeszcze w starym roku, a reszta w obecnym. Pośród nich cztery dostępne są na poręcznych płytach kompaktowych, a kolejne cztery na zgrzebnych kasetach magnetofonowych. Fenomen renesansu tego ostatniego nośnika wciąż pozostaje dla redakcji nieodgadniony, ale nie jest to temat dzisiejszej rozprawki.

Naszą tradycyjnie ponadgatunkową podróż zaczniemy w Berlinie, gdzie będzie gęsto i całkiem elektrycznie. Potem czekają nas dwie wizyty w Zjednoczonym Królestwie, bardzo swobodne, niekiedy elektroakustyczne. Powrót do Niemiec, to spotkanie tria dalece międzynarodowego, które skupia się na subtelnościach preparowanej akustyki. W dalszej kolejności krótka wizyta w Kanadzie, w zakładzie ceramicznym i szybki powrót o Europy, który zagwarantują nam dwa albumy po części krajowe (z wątkiem kopenhaskim!), oba fragmentarycznie akustyczne. Marszruta tej zbiorówki dokona swojego żywota w Barcelonie, w zaskakująco elektronicznym wydaniu.

So, welcome to heaven & hell of improvisation! 



 

Xenofox  The Garden Was Empty (Audiosemantics, CD 2023)

Zentrifuge, Berlin, maj 2022: Olaf Rupp – gitara elektryczna oraz Rudi Fischerlehner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 57 i pół minuty.

Doświadczony Niemiec i zaprawiony w bojach Austriak uszyli dla nas gęstą, najeżoną brzmieniowymi i dramaturgicznymi atrakcjami opowieść. Z jednej strony gitarzysta i jego elektryczna maszyna, która buzuje emocjami, sprzężeniami i przepięciami mocy, niekończącymi się plejadami flażoletów, czerpiąca inspiracje z post-rocka, psychodelii i szorstkiego ambientu, ale niestroniąca od drobnych, jazzowych zdobień. Z drugiej strony niebywale kreatywny perkusista, który na każdym etapie rozwoju improwizacji ma tysiące ciekawych pomysłów, a dopiero na samym końcu myśli o budowaniu rytmicznej i linearnej narracji. Pusty Ogród składa się z trzech umiarkowanie rozbudowanych opowieści, które udanie podprowadzają nas pod danie główne, trwające ponad 25 minut. Te ostatnie skomentowane zostaje dość krótkim epizodem przypominającym połamaną balladę udręczonych wędrowców.

Już pierwsza historia dostarcza nam moc wrażeń – tworzą ją kłęby gitarowych sprzężeń, niepozbawionych kwaśnego posmaku i połamane frazy perkusji, która gra całym swoim arsenałem, ale nie ułatwia zadania gitarzyście prostymi rozwiązaniami dramaturgicznymi. Początek drugiej odsłony, to perkusjonalne drobiazgi i post-ambientowe wyziewy gitary. Muzycy zdają się dawkować nam tu emocje, ale i tak pakiet zdarzeń, jakie nam serwują, bywa trudny do ogarnięcia za pierwszym podejściem. Mamy wrażenie, że cała historia improwizowanego rocka zostaje tu przefiltrowana przez kreatywny drumming, którego kierunki działania bywają nieodgadnione. W trzeciej części gitara łyka coraz większe porcje psychodelii, brzmi jakby była rozstrojona, perkusja stoi zaś w miejscu i zagęszcza ścieg narracji. Czwarta, rozbudowana improwizacja ma wiele faz i odcieni. Usiany drobiazgami początek pachnie post-bluesem, potem narracja sprawia wrażenie przednówka całkiem ekspresyjnej, rockowej opowieści. W połowie ekspozycji muzycy zmyślnie gubią tropy i zapraszają nas na oniryczne dywagacje brzmieniowe, pełne metalicznego rezonansu i pytań o kierunek dalszej drogi. Zakończenie tej części albumu syci się niezłą dynamiką, pachnie post-rockiem, ale w jego trakcie brzmienie gitary niespodziewanie łagodnieje. Ostatnią improwizację buduje pewien dysonans. Drummer pracuje tu na niezłej dynamice, z kolei gitarzysta szuka drobnych, zaskakujących formuł brzmieniowych, preparuje i bawi się post-ambientem. W ostatecznym rozrachunku ten pierwszy przyjmuje reguły gry tego drugiego.



Dunning/ Taylor/ Thompson  The Tape (A New Wave Of Jazz, kaseta/DL 2022)

A New Wave Of Jazz Festival, Hundred Years Gallery, Londyn, luty 2020: Graham Dunning – działania elektroakustyczne (turntable, dubplates & spring reverbs), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Jedna improwizacja, 30 minut bez kilkunastu sekund.

W kategorii brytyjskich improwizatorów średniego pokolenia, The Tape to niemal spotkanie na szczycie! Świetnie nam znani mistrzowie minimalistycznej akustyki, Taylor i Thompson, spotykają tu Dunninga, mistrza nieoczywistych konfiguracji nieakustycznych. Krótkie zwarcie koncertowe mieni się tysiącami barw, ale też po raz kolejny udowadnia, iż prawdziwa nić porozumienia między dźwiękami syntetycznymi i akustycznymi nawiązuje się na poziomie wytłumionych, bliskich ciszy igraszek fonicznych.   

Początkowy strumień narracji formuje się ze szmerów i pojedynczych dźwięków strunowych oraz elektroakustycznej smugi dość już gęstych fonii. Altówka skupia się na drobnych, ale na ogół preparowanych frazach, gitara z kolei swój konceptualny minimalizm wtłacza w ramy zachowań repetytywnych. Po upływie kilku minut pierwsze, dość hałaśliwe fragmenty koncertu urokliwie przepoczwarzają się w subtelne frazowania, którym niezbyt daleko do ciszy. Duża w tym zasługa mistrza syntetyki, który tłuste zwoje szumów zamienia na drobne, usterkowe didaskalia, doposażone w ambientowe tło. Muzycy bez trudu łapią porozumienie i kreują coraz bardziej intrygujące sytuacje sceniczne. W połowie koncertu pojawiają się nowe elementy – struny zgrzytają, elektroakustyka rezonuje, a potem pulsuje. Altówka trwa przy frazach preparowanych, gitara tyka jak zegar ścienny. Z tego oceanu drobiazgów artyści formują narrację, która nie jest pozbawiona znamion rytmu. Akcja zaczyna tu gonić akcję! Altówka idzie w taniec, gitara, choć ma nieco wolniejszy metabolizm, także ochoczo podryguje, a post-elektronika dba o całą resztę. W okolicach 25 minuty flow gaśnie aż do poziomu ciszy. Nowe wątki są teraz wyjątkowo filigranowe, choć maszyneria Dunninga przypominać zaczyna swoje bardziej głośne oblicze, znane z początku koncertu. Zakończenie spektaklu przychodzi wyjątkowe nagle, jakby ktoś przez przypadek zgasił światło.



Massimo Magee  The Contemporary Jazz Clarinet Of Massimo Magee And His Rhythm (Falt, kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce akcji nieznane: Massimo Magee – klarnet, feedback mixer. Dwie kompo-improwizacje, 40 minut.

Rezydujący w Londynie Australijczyk należy do grona niezwykle kreatywnych i poszukujących saksofonistów i klarnecistów współczesnej muzyki improwizowanej. Jego działania artystyczne nie koncentrują się jednak na tzw. rozszerzonych technikach wydawania dźwięku, muzyk częściej bowiem zajmuje się twórczą dekonstrukcją dźwięków już wyprodukowanych przez żywy instrument. Czyni tak choćby poprzez stosowanie zaawansowanych metod i narzędzi ich rejestracji, a w przypadku swej najnowszej płyty solowej – poprzez użycie tzw. miksera dźwięków powracających (ponoć słowa feedback nie powinno tłumaczyć się na język polski). Efekt jego pracy jest bardziej niż intrygujący, choć w warstwie fonicznej niekiedy dość wymagający. Ale najlepszy na tym albumie jest sam tytuł. Ciekawe, czy był w stanie wprowadzić kogoś w błąd? Chcielibyśmy zobaczyć minę tego delikwenta!

Pierwsza improwizacja (z pewnością dalece predefiniowana) koncentruje się na klarnetowych pół melodiach, którym towarzyszą elektroakustyczne frazy, z jednej strony przypominające usterkową elektronikę, z drugiej budujące warstwę rytmiczną, którą można przy pewnej dozie tolerancji nazwać mianem drum’n’bass. Żywy instrument sięga tu także po dźwięki mniej oczywiste, kreśli małe drony i delikatnie preparuje, ale osią narracyjną jest ów fikuśny feedback, który zdaje się raz za razem płatać drobne figle. Ta część albumu ma nieco performatywny charakter i częściej sprawia wrażenie eksperymentu. Dużo ciekawiej jest w trakcie drugiej, równie rozbudowanej improwizacji. Tu maszyna feedbackowa bierze na swe barki ciężar prowadzenia narracji. W pierwszej fazie jej frazowanie świetnie koreluje z podmuchami szorstkiego powietrza z tuby klarnetu. Oba źródła dźwięku generują fonie o podobnej intensywności, pracują w podobnym rytmie i sycą się post-industrialną estetyką. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu dość często. Mamy kolejne wątki usterkowe, a może nawet plądrofonicznie, także garść akcentów rytmicznych, gdy feedback pracuje niczym metronom, a na finał dostajemy się w strugę gęstego noise power electronic.



 

C/W|N  Thirty Nine Fifty Five (Acheulian Handaxe, CD 2022)

MUG, Einstein Kultur, Monachium, wrzesień 2021: Dušica Cajlan – piano preparowane (extended), Georg Wissel – saksofon altowy (augmented) oraz Etienne Nillesen – mały zestaw perkusyjny (extended). Dwie improwizacje, 40 minut.

Po sporej dawce elektryczności i elektroakustyki czas na porcję dźwięków stuprocentowo akustycznych. Do świata subtelnych, wytłumionych, niekiedy ekstremalnie cichych fonii zaprasza nas międzynarodowe trio, które koncertowało onegdaj w stolicy Bawarii. Płyta mieni się masą urokliwych, fantastycznie brzmiących dźwięków, ma świetną dramaturgię (emocje miewają tu naprawdę wysokie wzniesienia!) i nie ma w jej trakcie momentu, w którym recenzent mógłby wyrazić zdanie odrębne. Przepyszne nagranie!

Improwizacja od startu budowana tu jest z drobnych, precyzyjnie konstruowanych fraz. Suche podmuchy z tuby saksofonu, przedmioty szeleszczące na fortepianowych strunach i filigranowy, ale głęboki drumming. Opowieść narasta bardzo powoli, syci się drżeniem strun, dłuższymi frazami dętymi i fikuśnymi rysunkami na glazurze perkusyjnego werbla. Z czasem pianistka częściej korzysta z uroku fortepianowej klawiatury, a w grze drummera pojawia się coś na kształt minimalistycznego rytmu. Narracja raz na kilka minut na swoje drobne wzniesienie, które muzycy pokonują z wyjątkową gracją, po czym wracają do żmudnego kreowania kolejnego wątku. Tuz przed 20 minutą seta zasadniczego efektowne pasaże na niezłej dynamice śle nam pianistka, po czym trio zanurza się w oceanie filigranowych inside sounds. Rozkołysana post-ballada wieńczy ten fragment nagrania. Koncertowe encore trwa tu ponad 10 minut i kreowane jest z jeszcze większą pieczołowitością. Najpierw akcenty percussion z wnętrza fortepianu i werbla, potem saksofonowe oddechy. Artyści w tej części koncertu zdają się być najbliżej ciszy. Potem wpadają w subtelny trans – delikatnie szarpane struny piana, rezonujące śpiewy z werbla i saksofonowe dysze w swobodnych pląsach. Na koniec pianistka powraca na klawiaturę, podczas gdy jej partnerzy budują wieńczące dzieło, pęczniejące drony.



Roxanne Nesbitt/ Ben Brown/ Marielle Groven  Play Symbiotic Instruments (Small Scale Music, kaseta/DL 2023)

Afterlife Studios, Vancouver, kwiecień 2020-maj 2021: Ben Brown – perkusja i ceramiczne perkusjonalia, Roxanne Nesbitt – kontrabas oraz Marielle Groven – fortepian, przedmioty ceramiczne. Siedem utworów (kompozycji własnych), 35 minut z sekundami.

Trójka muzyków z Kanady przygotowała dla nas kompozycje własne, które znajdują dużo przestrzeni dla swobodnych improwizacji, pełnych dźwięków preparowanych i … brzmień ceramicznych. Te ostatnie definitywnie bogacą foniczny wizerunek całości, ale można odnieść wrażenie, że są ważniejsze od ekspresji wykonawczej i typowo muzycznych emocji. Największy wszakże problem z tym nagraniem jest taki, iż pomysłu dramaturgicznego starcza tu na trzy, może cztery utwory. Choć sam początek albumu wiele tu obiecuje.

Artyści pieczołowicie podają temat pierwszego utworu i dość szybko przechodzą do fazy swobodnych improwizacji. Dobrze uformowana melodyka i dynamika nagrania sprzyjają tu konstruowaniu intrygujących, preparowanych fraz ze strony każdego instrumentu. Drugą opowieść otwiera intro perkusyjne, które skrzy się delikatnym brzmieniem obiektów ceramicznych. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a muzycy snują wystudiowaną, post-jazzową narrację, która nie stroni od kameralnych klimatów. Znów kreują ciekawe brzemienia, ale w tej nieco ilustracyjnej opowieści zdecydowanie brakuje zachowań bardziej ekspresyjnych. Melodyka trzeciej opowieści zdaje się być nieco przesłodzona, ale wiele rekompensuje tu wyjątkowo smakowita faza improwizacji, z dużą ilością rezonujących, post-perkusjonalnych dźwięków. W każdej kolejnej odsłonie albumu dominacja akcji perkusjonalnych (także ze strony piana), bazujących na przedmiotach ceramicznych, stwarza niebanalne sytuacje dramaturgiczne, ale nie implikuje powstawania przemyślanych struktur narracyjnych. Opowieści na ogół bazują tu na zadanej strukturze rytmicznej, chwilami pachnąc wręcz rockową ornamentyką (choćby w utworze szóstym). Ostatnia część płyty, to niemal wyłącznie perkusjonalne zdarzenia, tu wszakże doposażone w intrygujące dźwięki, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie do końca rozpoznać.



 

|fontAnna|  Voicollages (Requiem Records, CD 2022)

Prawdopodobnie Bydgoszcz, czas akcji nieznany: Anna Niestatek – głos i kompozycje. Jedenaście utworów, 30 minut.

Oddajemy się na pełne dwa kwadranse we władanie kobiecego głosu, który śpiewa, melorecytuje lub recytuje, pokrzykuje i złorzeczy, szepta nam do ucha tajemnicze słowa, tudzież zabiera swym szamańskim zaśpiewem w podróż, która nie przewiduje drogi powrotnej. Artystka z tych wszystkich wątków plecie nam jedenaście wokalnych kolaży, którymi potrafi wzbudzać doprawdy niebywałe emocje. Bywa, że mówi do nas stonowanym dwugłosem, bywa, że krzyczy anielskim chórem tysiąca gardeł, z których tylko niektóre niosą dobrą nowinę.

Pierwszy głos szepcze, drugi snuje leniwą wokalizę, trzeci gdacze, a czwarty podśpiewuje – wszystko z nabożną niespiesznością łączy się tu w wielogłos inicjacyjny, z którego wykluwa się śpiew z tekstem przypominający mniej mroczne nagrania Dead Can Dance. Zaraz potem folkowy loop szyje dramaturgię, a towarzyszące mu głosy nerwowo pokrzykują lub cedzą słowa. W trzeciej odsłonie zalotny wielogłos, początkowo zatopiony w ciepłej mgle, wpada w kompulsywny taniec z dużą porcją melodii i frywolności. W czwartej jawi się nam prawdziwie arabski epizod – to dwugłos o matowym, zabrudzonym tembrze. W piątym opowiadaniu zgrabnie sklecony wielogłos startuje z samego dna świata, chce sięgnąć iluzorycznego nieba, ostatecznie przypomina jednak senne koszmary. W szóstym z kolei toniemy w mrocznych szeptach gromady pielgrzymów modlących się o deszcz. Siódma część wydaje się bardzo fizyczna, przypomina oddech w trakcie testu wysyłkowego, który szczęśliwie łapie folkowy rytm i eksploduje wyrafinowaną ekspresją. Ósmy epizod zdaje się być wyłącznie werbalny – krzyki, mroczne słowa i mglista poświata kreślą tu rytuał zapomnienia. W kolejnych częściach czeka nas dramaturgiczny kontrapunkt – na kilka chwil przenosimy się na targ rybny w Stambule, a zaraz potem zanurzamy po czubek nosa w kolejnym sezonie Twin Peaks. Ostatni odcinek podróży pokonujemy w dużym skupieniu. To rodzaj modlitwy, a może poranne przekomarzania z ukochaną osobą - wszystko rozpływa się tu w onirycznej mgle.



Sounding Society  Homecoming Medley or Society Into Sound (Gotta Let It Out, CD 2023)

AliceCPH, Kopenhaga, kwiecień 2021: Tomo Jacobson – kontrabas, midi ribbon, gypsy rose, Rasmus Kjær Larsen – melotron, nord lead, Ylenia Fiorini - gongi, inne uzdrawiające instrumenty oraz Szymon Pimpon Gąsiorek – perkusja, rożek barytonowy, OP-Z, shruti box. Jedna improwizacja w czterech częściach, niespełna 40 minut.

Tomo Jacobson i Szymon Gąsiorek powracają! Już nie jako duet Wood Organisation, ale w tkance czteroosobowej i opowieści bogatej w wydarzenia, intrygująco kwaskowej i niebanalnie zinstrumentalizowanej. Jeśli wersja duetowa budziła pod piórem recenzenta drobne ambiwalencje, to Brzmieniowe Towarzystwo godzi je wszystkie i definitywnie zasługuje na wysoką ocenę. Album z długim tytułem, to czterdzieści bezbolesnych minut liquid trip po bezdrożach ponadgatunkowej improwizacji.

Na delikatnie rozmytą w czasie i przestrzeni aurę otwarcia składa się tu szum elektroakustycznych urządzeń w pozie stand-by, brzęczące struny kontrabasu, perkusjonalne świecidełka i bogate, ambientowe tło. Klimat neo-hippisowskiej post-psychodelii w leniwej strudze zachodzącego słońca. U progu drugiej odsłony nieprzerwanego strumienia dźwięków pojawia się wyraźny sygnał basu do aktywizowania działań kreatorskich. Odzew początkowo tli się niemal metafizycznymi wątpliwościami, ale po chwili aktywizują się perkusjonalia, które płyną całą szerokością sceny, tworząc niekończącą się przestrzeń filuternego drum’n’bass. W tle dzieje się wiele ciekawego, a na froncie bas wchodzi w stadium dość ożywionej improwizacji. Spowolnienie narracji jest tu przy okazji początkiem trzeciej części. Bas milknie na moment, a nowe rozdanie smakować zaczyna tłustą, afrykańską polirytmią. Pojawia się barytonowy rożek i kolejne plejady intrygujących dźwięków. Kwartet przypomina teraz małą orkiestrę, która systematycznie nabiera dynamiki. Wejście w ostatni epizod wyznacza tu fazę elektronicznego zamętu i zabawy w post-syntetyczną usterkowość. Opowieść przez moment lewituje. Szczęśliwie powraca bas i w mgnieniu oka porządkuje dramaturgię. Jego groove jest mięsisty i ciągnie opowieść mimo pasywnej postawy perkusjonalii. Pojawiają się syntezatorowe melodie płynące z jasnej strony księżyca. Końcowe trzy minuty improwizacji unaoczniają trud skutecznej finalizacji. Garść slapstickowych akcji pozwala jednak artystom osiągnąć zamierzony koniec tuż przed upływem czterdziestej minuty.



Àlex Reviriego  Leukolenos (Crystalmine Records, kaseta/DL 2023)

Barcelona, okoliczności domowe, jesień-zima 2020: Àlex Reviriego - Yamaha Electric Organ, Dreadbox NYX, inne urządzenia elektroniczne. Siedem utworów, 42 minuty.

Reviriego znamy przede wszystkim jako niezwykle kreatywnego kontrabasistę, ale czasy pandemii mają swoje prawa. Otóż w zaciszu domowym, w trakcie pierwszego lockdownu, muzyk zbudował swoją pierwszą w pełni elektroniczną ekspozycję. Instrumentalną bazą jego prac są tu elektryczne organy, których barwy brzmieniowe zdają się nie mieć końca, a całość narracji zgrabnie uzupełniają wielowątkowe elektroniczne zdobienia. Muzyk tym nagraniem nie wywołuje rewolucji w gatunku, ale jego nieprzegadanej opowieści słucha się z niekłamaną przyjemnością.

Pierwszą opowieść budują dwa wątki – siarczysty dron post-noise i śpiewne, szare tło ambientowe. Dramaturgia rośnie tu z każdą pętlą narracyjną, sprawiając, iż nagranie w fazie finalnej świetnie nadaje się na soundtrack do haloweenowego horroru. Dla przeciwwagi drugi epizod szyty jest krótkimi, niemal usterkowymi frazami. Pojawiają się basowe wtręty, a gęsto usianym incydentom post-hałasu towarzyszy wysoko zawieszony, pulsujący background. Całość nabiera z czasem posmaku minimal electro. W trzeciej części muzyk powraca do długich pasaży dźwiękowych. Organowy ambient formuje się tym razem w soczysty chill-out. Czwarta opowieść przypomina nieco pieśń otwarcia - dwa powłóczyste wątki, dużo szorstkich braw i coraz mroczniejszy klimat. Na zakończenie wszystko zostaje skomentowane czystymi frazami organów. Na początku kolejnej części znów mała plądrofonia - potem opowieść buduje się długimi frazami, które zdobią małe porcje siarczystego hałasu. Przedostatnia narracja wydaje się być wyjątkowo nerwowa. Pulsacje i usterki kreują tu klimat, w którym nie ma nadziei na światełko w tuneli. Wreszcie finał albumu, bardziej stonowany, to melodyjne farewell, z czystą barwą organów i wysokimi pasmami ambientu.



piątek, 3 marca 2023

Rusza digitalna edycja Spontaneous Live Series! Na początek Low Vertigo!


(informacja prasowa)

 

„Spontaneous Live Series”, to nazwa dwóch pokrewnych inicjatyw Trybuny Muzyki Spontanicznej. Pierwszą z nich jest cykl koncertowy organizowany już piąty rok wspólnie z Dragon Social Club w Poznaniu. Równolatkiem cyklu jest seria płytowa, która dokumentuje najciekawsze wydarzenia koncertowe kolejnych edycji Spontaneous Music Festival.

Cykl płytowy „Spontaneous Live Series” doczekał się, jak do tej pory, jedenastu kompaktowych albumów. W przygotowaniu są kolejne, a zawierać one będą nagrania z ostatniej edycji festiwalu, jaka odbywała się w październiku 2022 roku. Na te albumy czekać będziemy musieli aż do jesieni, ale już teraz, dokładnie w pierwszy piątek marca, swoją premierę ma pierwszy digitalny album „Spontaneous Live Series”.

Ów sub-label, bo w ten sposób należałoby chyba nazwać digitalne edycje, prezentował będzie nagrania koncertowe z festiwalu (i nie tylko), które z różnych względów nie znalazły się na dotychczasowych edycjach kompaktowych. Dostępne one będą jedynie w plikach elektronicznych, poprzez bandcampową stronę serii.



A na dobry początek prawdziwe trzęsienie ziemi! Low Vertigo, czyli Diego Caicedo na gitarze elektrycznej, Gonçalo Almeida na gitarze basowej i Vasco Trilla na perkusji, czyli ognisty, improwizowany doom metal! Trio portugalsko-katalońskie zdaje się być formacją z Półwyspu Iberyjskiego najsilniej związaną z Poznaniem i klubem Dragon. Ich debiutancka płyta studyjna ukazała się w ramach iberyjskiej serii Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej, a jej światowa premiera odbyła się na początku kwietnia 2019 roku … w rzeczonym klubie Dragon. Low Vertigo zagrało wówczas koncert, jaki obecnie możemy posłuchać na pierwszym albumie digitalnego pod-cyklu „Spontaneous Live Series”. Dodajmy, iż ów koncert odbywał się w ramach tzw. Improwizowanej Trzydniówki, imprezy funkcjonującej na zasadach festiwalowych, choć nie figurującej w rejestrze kolejnych edycji Spontaneous Music Festival.

Nowy album Low Vertigo zawiera jeden, prawie trzydziestominutowy track, pełny gorących, improwizowanych fraz gitary, basu i perkusji. Warto w tym miejscu zacytować liner notes, jakie powstało na potrzeby albumu studyjnego, albowiem dobrze oddaje ono klimat muzyki Low Vertigo:

Prawdziwi mistrzowie iberyjskiego free jazzu i muzyki improwizowanej – Gonçalo Almeida, Vasco Trilla i Diego Caicedo – zeszli do samego piekła, by poszukać nowych inspiracji dla swojej kreatywności. Low Vertigo, najnowszy pomysł tej trójki muzyków, to masywne połączenie basowej ściany nierzeczywistości, gitary zwinnej jak lampart i perkusji, która biczuje twój umysł niczym macki ośmiornicy. Zapomnij o gatunkach, stylach, podziałach i innych bzdurach, które wymyślili ci, którzy są głusi na prawdziwe emocje płynące ze swobodnego muzykowania. Jeśli już upierasz się przy tropie gatunkowym – to będzie thriller, doom thriller!



Koncert promocyjny odbędzie się tym razem … w Barcelonie. Muzycy zapraszają do słynnego klubu Soda Acústic i cyklu koncertowego „Nocturia Discordia” już we czwartek 9 marca. W kolejnych dniach artyści będę rejestrować swoją trzecią, a drugą studyjną płytę.


Link do albumu:

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-d01


Foto: Max Krybus