Nie milkną echa spontanicznych, festiwalowych zmagań w Poznaniu. W głowie i uszach wciąż mamy tysiące wspaniałych dźwięków, jakie docierały do nas w trakcie czterech dni imprezy. Podobnie z obrazami, jakie zapisały się w pamięci.
Ten jeden był ze wszech miar szczególny. Jeden artysta,
przed nim dwa werble, a w dłoniach dwie filigranowe pałeczki zakończone plastikowymi
kulkami. Muzyk kręci nimi pętle wydobywając z glazury werbli niebywałe, dronowe
ekspozycje, która wzajemnie się przeplatają, nie mając początku, ani tym
bardziej końca.
Panie i Panowie, Etienne Nillesen!
Gdybyśmy tego nie widzieli na dragonowej scenie, być może
nie uwierzylibyśmy, że najnowsza płyta tego artysty, to w pełni akustyczne przedsięwzięcie,
zbudowane dokładnie tak, jak opisano powyżej.
Przypomina oniryczny, rezonujący śpiew ptaków o mrocznym poranku.
Wszystko delikatnie wibruje, tworzy jednolity strumień fonii, który ma zmienną intensywność
w zależności od siły nacisku pałeczki, a także z uwagi na fakt, iż
incydentalnie muzyk śpiewa tylko jedną pałeczką. To prąd leniwej rzeki,
którą kołysze wiatr. Dwie pętle rysowane na separatywnych werblach przenikają się
wzajemnie, uzupełniają, niekiedy zaczepiają. Ta jednorodna, pozornie monotonna piosenka
porywa nasze zmysły, a gdy zamkniemy oczy, jesteśmy w stanie odpłynąć z nią w drogę,
z której nie ma powrotu.
Upiornie piękna medytacja ma posmak analogowej elektroniki,
ale wiemy doskonale, że to tylko złudzenie. Ma też swój wewnętrzny rytm, jest
wielkim powtórzeniem, minimalistyczną repetycją. Każda pętla kreśli ulotną
mikro melodię, niczym fale oceanu niesionego wiatrem wodnego bezkresu. Trzydzieści
pięć minut mija jak chwila zatracenia. Pozostaje jedynie wcisnąć klawisz repeat.
Etienne
Nillesen Twee (Sofa Music, CD 2026). Etienne Nillesen - extended
snare drums. Nagrane w Chamber Music Hall Deutschlandfunk,
Kolonia, listopad 2025. Jeden utwór, 35 minut.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz