Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

środa, 10 lutego 2016

AMM - asumpt do większej całości


Jeśli ktokolwiek chciałby podjąć się karkołomnego i nikomu w sumie niepotrzebnego procesu wyboru najbardziej ponadgatunkowej formacji muzyki współczesnej (współcześnie pojmowanej), to popełniłby błąd najmniejszy wskazując na brytyjski kolektyw AMM.

Nie czas tu, nie miejsce na pogłębiony rys historyczny, wszakże konieczne zdaje się wymienienie przynajmniej trzech nazwisk jego głównych kreatorów – Keitha Rowe, Eddie’go Prevosta i Johna Tilbury (oczywiście nie zapominamy o ojcu chrzestnym formacji – Corneliusie Cardew, ale ponieważ w tym roku mija 35 rocznica jego śmierci, a muzykę AMM tworzył jedynie w jej okresie prenatalnym, możemy przejść nad jego postacią do porządku dziennego, choć na końcu tej rozprawki znów do niego wrócimy).

Ponadgatunkowy walor muzyki AMM wynika w głównej mierze z osobowości jej twórców i ich muzycznych fascynacji.  Keith Rowe to stały i wytrwały eksplorator możliwości sonorystycznych gitary elektrycznej (w bardzo „elektronicznym” kierunku), John Tilbury najbliższy jest spuściźnie Cardew i śmiało możemy go umieścić w katalogu pianistów muzyki współczesnej (w duchu dość precyzyjnie pojmowanego minimalizmu), zaś Eddie Prevost (z historycznego punktu widzenia, postać najważniejsza) najbliższy jest estetyce jazzowej, czy parajazzowej, choć w jego grze na perkusji czuję mocno … rockowy, z lekka transowy sznyt. Wszyscy zaś Panowie mają jeden generalny pomysł na tworzenie muzyki – improwizację, czyli element dla nas w tym miejscu decydujący i uszlachetniający wszelkie wysiłki muzyczne spod znaku AMM.



Historia muzyki formacji AMM sięga roku 1966 i bezwzględnie epokowego wydawnictwa “ammmusic” (słynna okładka z żółtą ciężarówką). I choć – jak już wyżej wspomniałem - od dawna nie żyje Cornelius Cardew, a Keith Rowe od pewnego czasu omija projekty Eddie Prevosta i Johna Tilbury, to grupa istnieje i ma się doskonale (kto był na koncercie w Jaśle w roku 2010, zagranym w ducie, ten zapewne z lubością potwierdzi).



Przykładem ich dobrej formy – nie tylko w składzie duetowym – niech będzie dzieło z roku 2010 „Sounding Music”, wydane jak zwykle we wytwórni Eddie Prevosta Matchless Recordings. Podobnie jak na poprzedniczce („Trinity”, Matchless 2008), duet Prevost-Tilbury (perkusjonalia, fortepian) wspiera dzielnie nasz ulubiony fizyk saksofonista – John Butcher, a tu dodatkowo instrumentalny frontline uzupełniają  Ute Kanngiesser (wiolonczela) i Christian Wolff (fortepian, gitara basowa, melodia; ten sam muzyk, który występował z AMM jeszcze w końcówce lat 60-ych). Płytę wypełnia ponad 50 minutowa swobodna improwizacja, w której trudno doszukać się początku, próżno szukać zakończenia (koncert zarejestrowany został na słynnym londyńskim festiwalu „Freedom Of The City” w niedzielę 3 maja 2009 roku). Muzyka AMM, z natury swej nieklasyfikowalna, trwa i tylko te cztery litery są w stanie oddać istotę tego procesu muzycznego. Dla mniej obeznanych – transowa improwizacja całkowicie wyzwolonych muzyków, nakierowana na silne doznania sonorystyczne. Tu – by odnaleźć „Brzmiącą Muzykę” na tle historycznym – wyjątkowa skupiona i wrażliwa na efekt ciszy.

Pobieżna nawet analiza muzycznych dokonań AMM powinna wskazać uważnemu słuchaczowi, iż szczególnie nagrania z lat 80. ubiegłego stulecia godne są zainteresowania na więcej niż chwil kilka. Rejestracją z tego okresu jest nagranie „The Inexhaustible Document” (Matchless 1994), materiał nagrany w roku 1987, w żelaznym trio, wspomaganym przez wiolonczelistę Rohana De Saram. Muzyka, jak większość w dorobku AMM powstała na żywo (ta akurat w  Londynie) i uroczo snuje nam się od ucha do ucha, powodując, iż rzeczywistość za oknem zdaje się elementem całkowicie zbytecznym. Ta muzyka znów „trwa” i tylko to jest pewne w kontekście zdarzeń dźwiękowych, jakie do nas docierają.




W bogatej dyskografii zespołu nie brak pozycji ciekawych i nie zawsze typowych dla tej kolekcji. Waszą szczególną uwagę chciałem zwrócić na pewne wydawnictwo związane ze współczesnym AMM, a mianowicie na “That Mysterious Forest Below London Bridge” (Matchless 2007). To relacja z koncertu, jaki odbył się w listopadzie 2006r. w Londynie. Płyta zawiera trzy długie, ponad 20 minutowe preparacje dźwiękowe trzech formacji – na początek kwartet w składzie Tom Chant (ss, ts), Ross Lambert (g), Sebastian Lexer (p, lp) i Matt Milton (v), potem trio - Jamie Coleman (tp) , Mark Wastell (indian harmonium) i Seymour Wright (as), a na sam koniec AMM w swej najbardziej współczesnej edycji, czyli duo Eddie Prevost (dr), John Tilbury (p). Trzy przepiękne improwizacje, które choć często balansują na pograniczu ciszy, stanowią idealne połączenie ciekawych improwizowanych preparacji dźwiękowych (na myśl musi nam przyjść np. katalog wytwórni Another Timbre) i klasycznego freely improvised music. Podczas, gdy w tym pierwszym nurcie czasami brakuje mi odrobiny emocji (wciąż szukamy tego jedynego dźwięku, i to uzasadnia każdy rodzaj podróży), a w drugim pojawiają się próby zbyt jazzowego frazowania, by nie rzec – ciągoty od banalnego swingowania, to muzyka z Tajemniczego Lasu Nieopodal Mostu Londyńskiego jawi się wydawnictwem szczególnym. Dodatkowo zapewne – trudno dostępnym, bo choć wydawnictwo jest absolutnie katalogowe, to jednak już sama ubogość okładki powoduje, że całość postrzegamy nieco offowo. Co ciekawe, w powyższym trójpaku improwizacje głównych bohaterów tego odcinka mojego pamiętnika, zdały mi się najmniej frapujące. Może lepiej odesłać słuchaczy do polskiego koncertu Prevosta i Tilbury’ego, który ujrzał światło dzienne już w tej dekadzie: AMM “Uncovered Correspondence: a Postcard from Jaslo” (Matchless 2010).




Jeśli z jakichś irracjonalnych powodów pragniecie posiadać tylko jedną płytę AMM, to mam dla Was dobrą wiadomość, bo jest taka jedna, szczególna…Koniecznie będzie to krążek „Laminal” (Matchless 1996), albowiem na trzech dyskach zawiera trzy koncerty grupy z trzech różnych okresów jej muzycznej aktywności. Pierwszy z 1969 roku (Aarchus), to rozszalały, dziki kwintet z Corneliusem Cardew (p), Christopherem Hobbsem (p) i Lou Gare’em (s), a jeszcze bez Tilbury’ego, w absolutnie wyzwolonej formule, jaką m.in. znamy z „Żółtej ciężarówki” (wszakże drobny niuans – jakość nagrania odrobinkę zbyt garażowa). Drugi z 1982, a trzeci z 1994 to już „regulaminowy” skład Rowe-Prevost-Tilbury. Ten starszy (Londyn) dowodzi wcześniej postawionej tezy, iż najlepsze koncerty formacji pochodzą z lat 80., ten młodszy (Nowy York) udanie kołysze nas do demonicznych snów, w tempie pozwalających na przemyślenie codziennych porażek. Smakowite!

Myśląc i pisząc o AMM, nie sposób nie dostrzegać także płyt wydanych pod własnymi nazwiskami przez głównych jego członków. Niech wstępem do tej zabawy będą dwa wydawnictwa sygnowane nazwiskiem Eddiego Prevosta. Najpierw duet z czołowym pianistą angielskiego free improv – Veryanem Westonem „Concert, v. 1998” (Matchless 1998). I… wypisz, wymaluj, co napisałem dwa akapity wyżej. Muzyka jest nieznośnie jazzowa, a duet w składzie perkusja i nieodkrywczo frazujący pianista w dawce ponad 70-minutowej zwyczajnie przynudza. Znacznie ciekawiej dzieje się, gdy do współpracy Prevost zaprasza Jima O’Rourke, gitarzystę, znanego preparatora dźwięków tyleż ulotnych, co niebanalnych – „Third Straight Day Made Public” (Complacency 1993). Gęsta, iście pojęcza sieć mikrodźwięków w czterech odsłonach. Polecam zdecydowanie – myślę, że śmiało to spotkanie mogłoby się odbyć pod szyldem AMM (ciekawe, co na to Keith Rowe?).




A na sam koniec tej drobnej zajawki w temacie „AMM – życie i twórczość”, klamra spinająca moje dzisiejsze opowieści - pierwsze publiczne wykonanie kompozycji Corneliusa Cardew „The Great Learning” (Bołt 2010). Od razu zastrzegam, że czuję się zbyt mały, by streścić Wam ideę tej muzyki i tegoż przedsięwzięcia. Może tylko dodam, że bardzo enigmatyczną i tajemniczą partyturę Cardew wykonują głównie muzycy amatorzy (polscy, litewscy i brytyjscy), a rezultatem ich działań jest gigantyczne czteropłytowe wydawnictwo minimalistycznej epopei z głębi rytuałów naszego człowieczeństwa u zarania wszelkiego istnienia. Trudna podróż, ale wyruszę w nią ponownie.

W niniejszym tekście wykorzystałem recenzję, opublikowaną wcześniej drukiem w nr 4/5 m/i magazynu, maj/ czerwiec 2011, a także notatki pierwotnie zamieszczone na blogu Marcina Kicińskiego „Impropozycja”.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz