Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

wtorek, 9 lutego 2016

Bill Dixon - artysta osobny


Bill Dixon - rocznik 1925. Muzyk aktywny artystycznie aż do późnej starości, albowiem historia postanowiła zabrać go w zaświaty dopiero w 85 wiośnie zycia, w niespełna miesiąc po ostatnim publicznym występie.

Kompozytor, malarz i nauczyciel (kolejność nie koniecznie zgodna z priorytetami artysty). I choć starszy jest od Davisa, czy Coltrane’a, jego pełna dyskografia zawiera mniej pozycji niż 3-4 letni dorobek wydawniczy Kena Vandermarka, czy Anthony’ego Braxtona.
Z naszego punktu widzenia nie jest w sumie zbyt istotne, dlaczego dorobek ów jest aż tak skromny. Ale powiedzmy przy okazji, że to po części efekt wyboru osobistej drogi artystycznej, posiadania indywidualnych priorytetów życiowych, a także nieprzywiązywania wagi do dóbr doczesnych (przez co rozumiem brak dbałości o rejestrowanie swojej aktywności muzycznej, a potem dążenie do ich publikacji). Zapewne jest to też skutek braku skłonności do muzycznych kompromisów.



Trębacz (także okazjonalnie pianista) ma na koncie niewiele ponad dwadzieścia  pozycji dyskograficznych i to na nich skupmy naszą uwagę, albowiem – uwaga, to ważne – Bill Dixon to wyjątkowa i całkowicie osobna postać na scenie jazzowej wszech czasów.
Nie wiem, czy przekonam wielu do tej tezy, ale mam nadzieję spowodować u Czytelników poważne rozbudzenie chęci poznawczych. Nie liczę przy tym na wzrost sprzedaży jego płyt (nie zajmuję się nią), albowiem i tak duża część jego nagrań jest trudno dostępna.

Swoją uwagę skoncentruję na nagraniach powstałych w latach 80. i 90. ubiegłego stulecia, wydanych (poza jednym wyjątkiem) przez włoski Soul Note.

Nim jednak przejdę do meritum, słów kilka o tym, co stało się przedtem i potem w stosunku do zasygnalizowanego interwału czasowego.


Dixon – prapoczątki

Pierwsze muzyczne ujawnienie Dixona, to początek lat 60. (zauważmy, że nasz bohater był już wówczas pod koniec czwartej dziesiątki swego życia) i wydawnictwa sygnowane wspólnie z Archiem Sheppem. Najpierw ukazuje się ich wspólne nagranie – "Archie Shepp/Bill Dixon Quartet" (1962), a w dwa lata później wspólna płyta Archie Shepp Quintet/ Bill Dixon Septet "Consequences/Winter Song" – tu wszakże grają dwa osobne zespoły, czyli formacja Dixona wypełnia jedynie druga stronę LP (już w naszej dekadzie wydano materiał na CD, na którym zaprezentowane zostały wszystkie nagrania z ww. płyt).

Niedługo potem (1966) Dixon pojawia się na ważnej płycie Cecila Taylora ("Conquistador"; choć wydał Blue Note, szukajcie raczej na aukcjach internetowych; uwaga: muzyka z udziałem dwóch kontrabasów), a także wydaje pod własnym nazwiskiem "Intents And Purposes" (RCA - tentet, duet i kwintet, m. in. z Jimmym Garrisonem na kontrabasie).




Kolejną dekadę muzycznych aktywności Dixona sprowadzić można głównie do eksperymentów solowych (także techniką wielośladową), wydawanych okazjonalnie, głównie we Włoszech. Na szczęście kilkanaście lat temu nagrania te zostały zebrane na jednym boxie "Odyssey" (Archive/Edition”, 6CDs, 2001, USA). Nagrań z tego okresu z udziałem muzyków towarzyszących  szukajcie na dwóch LP wydanych w roku 1981 -  „Considerations 1 & 2” (Fore).

W omawianej dekadzie Dixon nagrał też wspólną płytę z Franzem Koglmannem „Opium For Franz” (LP Pipe Records 1977, CD Between The Lines, 2001). Interesujący melanż, wszakże pierwotny winyl marnie wytłoczony, gdyż trąbka Dixona w wysokich rejestrach brzmi nieczysto.


Dixon po roku 2000

Pomijając okres, który omówimy niżej szczegółowo, dyskografię Dixona uzupełnia jeszcze sześć pozycji wydanych już w bieżącym stuleciu. Najpierw świetny koncert na festiwalu w Victoriaville (z Cecilem Taylorem i Tony Oxleyem, VICTO 2002). Warto posłuchać, by przekonać się jakże przestrzennie i nienatarczywie brzmieć może pianistyka Taylora w obecności trąbki Dixona (na marginesie, to moja ulubiona płyta z udziałem tego pianisty).

Kolejna pozycja to koprodukcja z postrockowcami i jazzmanami z Chicago – Exploding Star Orchestra ("Bill Dixon with Exploding Star Orchestra", Thrill Jockey 2007). Formacja Roba Mazurka trochę nam Dixona przypomniała, a dodatkowo prawie spowodowała jego pojawienie się w Polsce w roku 2008 (przyjazd ten do skutku jednak nie doszedł, bo Dixon nie był już wtedy najlepszego zdrowia).



Chronologicznie następne dzieło – "17 Musicians In Search Of A Sound: Darfur" (AUM Fidelity 2008), to w pełni autorski duży projekt Billa Dixona, z udziałem m.in. takich muzyków jak Graham Haynes, Taylor Ho Bynum, Steve Swell, Karen Borca czy Warren Smith. Koncert zarejestrowany na festiwalu Vision XII, w roku 2007. Intrygująca, kipiąca energią muzyka, choć więcej w niej dźwięków skomponowanych niż improwizowanych.

Ostatni w pełni przez Dixona przeżyty rok - 2009 - przyniósł dwie ważne pozycje dyskograficzne. Znów większy skład z udziałem kilku trębaczy i rozbudowanej sekcji rytmicznej (z wiolonczelą) – „Tapestries For Small Orchestra” (Firehouse 12 Records). Dwa CD i dodatkowo DVD. Piorunujący zestaw dźwięków typowych dla Dixona – zatem całkowicie swobodnej muzyki z odrobiną zadumy i jakby „podwójnego” dna muzycznej percepcji.  A potem skromny winyl, na którym trębaczowi towarzyszy dwóch perkusistów – „Weight/ Counterweight” (Edition Brokenresearch).



Wreszcie koda, prawdziwe pożegnanie. Cudowny, pastelowy kolaż dźwięków blaszanych i strunowych. Ponura, niebywale smutna i przejmująca muzyka. Wspaniałe zwieńczenie życia Billa Dixona - koncert w Victoriaville z 22 maja 2010r., czyli „Envoi” (VICTO 2011). Nie upłynął jeszcze miesiąc po tym wydarzeniu, a Bill już nie żył.

A teraz przejdźmy już do rzeczy...


Spotkanie włoskie, czerwiec 1980

Lider na trąbce i fortepianie, kolejni trębacze: Arthur Brooks i Stephen Haynes, saksofonista Stephen Horenstein oraz tworzący sekcję rytmiczną, perkusista Freddie Waits i najbardziej tu znany Alan Silva na kontrabasie - taki oto sekstet rozpoczyna naszą opowieść o dźwiękowych przygodach Billa Dixona w ostatnim dwudziestoleciu dwudziestego stulecia. Rzecz dzieje się w słonecznej Italii między 11, a 13 czerwca. Muzycy rejestrują materiał, który wydany zostaje na dwóch płytach winylowych, dostępnych obecnie także na dwóch CD (łącznie ok. 83 minuty muzyki).




Jeśli którąkolwiek z muzycznych spuścizn Dixona można by – sporo ryzykując – nazwać jazzem środka, to włoskie spotkania są temu określeniu stosunkowo najbliższe. Bardzo spokojna, kontemplacyjna zabawa w sterowaną improwizację (Dixon zawsze szuka barwy, klimatu, faktury, a miejsce na improwizację nie jest polem golfowym bez granic – tu: szczególnie widoczne). Na tle tego, co poniżej, zwłaszcza wobec formuły kwartetowej, to rzeczywiście "Summer Song" ("Letnia Piosenka" - trzy części kompozycji o takim tytule stanowią znaczącą część wydawnictwa). Całość zaś nazywa się "Bill Dixon In Italy" (volume one & volume two).


Kwartet po raz pierwszy, listopad 1981

Alan Silva - kontrabas, kanał lewy, Mario Pavone - kontrabas, kanał prawy. Pod nimi – Lawrence Cook na perkusji, nad nimi – Bill Dixon z trąbką. Nowa formuła kwartetu, którą nasz bohater będzie nieśpiesznie doskonalił w kolejnych latach.





Listopadowy koncert w Zurichu (wypełnia drugą część dysku, w wersji winylowej - na osobnym LP) i nagrania studyjne popełnione kilka dni potem (pierwsze pięć nagrań na dysku). Łącznie dziewięć kompozycji Dixona. Dwa wojownicze kontrabasy, wypełniające czasami 90% przestrzeni dźwiękowej, pozostające w nieustannym dialogu i trąbka, w ramach istotnego ozdobnika, komentarza, czasami inspiracji. Oszczędna w dźwięki, rzec można minimalistyczna. Niekiedy ma się wrażenie, jakby istniała tuż obok ciszy, jakby tej ciszy była muzycznym uzupełnieniem. Bywa przeto spokojna, liryczna, jednak postawiona do pionu zagrywką kontrabasu, czy perkusji, potrafi pyskować i być nieskora do kompromisów. Czasami koncentruje się na mantrycznym podawaniu tematu (melodii), jak w kluczowej kompozycji nr 5, innym razem wchodzi w konwersację z nieustannie improwizującymi kontrabasami. I perkusista, permanentnie szukający stałych punktów odniesienia, bazy dla wyczynów kolegów. Piękna muzyka. Ważny wstęp do kwartetowej opowieści Dixona, zatytułowany, nomen omen – "November 1981".


Septet na trzy kontrabasy i tubę, maj 1985

Kwartet z poprzedniego odcinka, cztery lata później, zostaje rozszerzony o trzeci kontrabas (Alan Silva ma wolne, a do Mario Pavone dołączają William Parker i Peter Kowald !!!) i tubę (John Buckingham), zaś w roli kolejnego dęciaka-inspiratora basowych szaleństw, Dixona (trąbka, flugerhorn) wspomaga saksofon altowy Marco Eneidiego. Rola drumera (Lawrence Cook) pozostaje niezmieniona. Dla całości obrazu dodajmy fakt, iż lider często sięga tu po fortepian, ale traktuje go jako wsparcie rytmiczne (bo trzy kontrabasy tę role mają sobie za nic w tej formule). W efekcie słuchacz dostaje cztery kompozycje plus czteroczęściową suitę – łącznie blisko 80 minut muzyki.




Uruchomcie swą muzyczną wyobraźnie – trzy ostro wojujące kontrabasy, w walce o miano tego, który zagra najniższy dźwięk i kontrapunktująca tuba. To już nie gęsta pajęczyna z edycji listopadowej, ale prawdziwa ściana dźwięku, którą mimochodem smagają mikroimprowizacjami oba dęciaki, docierające do naszych uszu jakby z zaświatów (na dużym pogłosie). Wyjątkowa muzyczna przygoda, w trakcie której Dixon urasta do roli emancypatora i wielkiego odkrywcy możliwości instrumentu, na którym nie gra. Bo nikt nie zakwestionuje tezy, że to kontrabas jest najważniejszym instrumentem w muzycznym dziele trębacza Billa Dixona. Zaś główny argument nazywa się "Thoughts".


Kwartet zmodyfikowany, czerwiec 1988

"Son Of Sysiphus", powstały po kolejnych trzech latach, mimo stosunkowo dynamicznego początku, zaliczyłbym nieśmiało do bardziej spokojnych, wręcz lirycznych nagrań Dixona.



Znów wracamy do kwartetu z dominacją niskich częstotliwości, wszakże kontrabasowi Pavone towarzyszy tuba Buckinghama, no i rzecz jasna Cook za zestawem perkusyjnym. Dixon, obok trąbki, znów sięga do klawiatury fortepianu. Grę ewidentnie ciągnie tu Pavone, który rozpoczyna prawie każdą z dziewięciu kompozycji (jak zawsze lidera). Dixon pięknie dopowiada, snuje samodzielne, nieśpieszne opowieści, zaś tuba pełni rolę tła, skutecznie wypełniając dolne spektrum dźwiękowe nagrania. Całość wydawnictwa mieści na standardowej długości winylu. Potraktujmy "Sysiphusa", jak przystawkę do dania głównego, o którym piszę poniżej.


Kwartet w fazie apogeum, sierpień 1993

A teraz, Drodzy Czytelnicy, usiądźcie głęboko w fotelach i zapnijcie pasy. Czeka Was podróż w sam środek freejazzowego kosmosu. Barry Guy - kontrabas, kanał lewy, William Parker - kontrabas, kanał prawy, Tony Oxley - perkusjonalia i Dixon - trąbka i flugerhorn. Jest środek lata 1993 roku. Kwartet nagrywa 13 kompozycji Dixona, blisko 150 minut muzyki, które Włosi wydają na dwóch CD, jako "Vade Mecum" i "Vade Mecum II".




Wszystko to, czego dowiedzieliście się o wspaniałej muzyce Billa Dixona do tej pory, pomnóżcie przez dowolną liczbę całkowitą i doznajcie muzycznego orgazmu. Guy daje barwę, Parker motorykę, Oxley znaczy teren, jak wytrawny kot, a sam Dixon oblepia to wszystko odrobiną transcendencji! W samej formule kontrabasowego kwartetu wielu nowości już nie uświadczymy, ale klasa muzyków tworzących nagranie powoduje, że obcujemy z dziełem ponadczasowym, bezdyskusyjnym opus magnum Billa Dixona.

Vade Mecum - czyli wszystko, co chcecie wiedzieć o free jazzie, po tym nagraniu jest już Waszym udziałem. Z niezwykle ważną tezą na samym wstępie – free jazz może być muzyką niebywale spokojną, bliską ciszy, choć na pewno nie z tej jej strony, którą zwykły atakować nudziarskie projekty monachijskiego ECM.


Papirusowy duet, czerwiec 1998

Tyle już wiemy o emancypatorskiej roli Dixona w zakresie kontrabasu, zatem przejdźmy do nagrań poczynionych bez udziału tego instrumentu, czyli duetu z perkusją. Wydane jako "Papyrus Vol. 1" i "Papyrus Vol. 2", stanowią potężną dawkę wspólnej z Tonym Oxleyem zabawy w "swobodne komponowanie". 22 utwory, z których jeden jest repryzą innej kompozycji, z dodanym fortepianem na etapie postprodukcji, inny zaś określony został jako "kompozycja będąca rezultatem wspólnych wysiłków" obu muzyków. Reszta to kompozycje Dixona, który często używa fortepianu (dwa razy nawet solo), jego trąbka bywa "dublowana" i uroczo preparowana mocnym pogłosem.




Z braku dodatkowych instrumentów przestrzeń sonorystyczna Dixona jest tu dużo większa niż w przypadku propozycji kwartetowych, zatem stanowi ciekawe uzupełnienie jego muzycznego dorobku. Choć nagrania w znaczącej części są w "chilloutowych" klimatach (jak na kanony free), to pod koniec z radością odkrywamy drobne pokłady hałasu, który jest udziałem zarówno trębacza, jak i perkusisty.


Kwartet – epizod berliński, listopad 1999

"Berlin Abbozzi", czyli ostatnia – jak dotąd – kwartetowa przygoda Dixona, to koncert nagrany w berlińskim Klubie "Podewil", ponad półtora dekady temu, a wydany przez Free Music Production rok później. Znów wspaniały, klasycznie dixonowski kwartet. Za sterami basów zaciąg niemiecki - Matthias Bauer i Klaus Koch, przy maszynie perkusyjnej, jak zawsze w latach 90. – Tony Oxley. Poziomem muzycznej intensywności nagranie to mogę porównać jedynie do wybitnego "Vade Mecum".



Dwie długie kompozycje lidera plus finał (tu na liście płac wszyscy muzycy), 80 minut wielkiej muzycznej orgii. Zwłaszcza druga z kompozycji, wyjątkowa, jak na kanony tego muzyka, bo istotnie zdominowana przez zmutowane elektroniką, pełne pogłosu, drapieżne brzmienie trąbki. Basiści przeto lekko przyczajeni, delikatnie wchodzą w fakturę muzyki, nieśmiało skowycząc smykami. A Oxley stawia te swoje piękne, perkusyjne kleksy.


Suplement

Na koniec opowieści o muzyce dwóch dekad w dorobku Dixona ważna i dobra wiadomość dla kupujących – wszystkie płyty Billa Dixona nagrane dla Soul Note zostały wznowione i są ogólnie dostępne w uroczym kartonowym pudełku pod jakże zasadnym tytułem „Bill Dixon - The Complete Remastered Recordings on Black Saint and Soul Note” (9CD).

W uzupełnieniu muzycznych ujawnień Dixona w ostatniej dekadzie ubiegłego tysiąclecia, warto zauważyć, iż wziął on udział w koncertowym nagraniu dużego składu Tony'ego Oxleya. Rzecz miała miejsce w Berlinie, w 1994 (Tony Oxley Celebration Orchestra / Bill Dixon live from the Berlin Jazz Festival "The Enchanted Messenger" Soul Note).


www.bill-dixon.com

Odsyłam – bez zbędnych rekomendacji – do strony artysty (choć bywa ona nieczynna). Znajdziecie tam m.in. listę jego publikacji (książki, artykuły), listę osiągnięć pozamuzycznych lub okołomuzycznych, linki do wywiadów i recenzji, zbiór dzieł malarskich (polecam Waszym oczom okładki płyt, autorstwa Dixona), informacje o aktywnościach i formach dostępności artysty (muzyk w wielu składach, nauczyciel, wykładowca i prowadzący warsztaty, słowne wystąpienia i wykłady), a także dyskografię, jakkolwiek niepełną, bo zakończoną w roku 2002.

Polecam także lekturę wywiadu-rzeki z roku 1980, a dołączonego, po połowie, do obu części "In Italy". Wiele ciekawych przemyśleń na temat specyfiki Nowego Jorku lat 60., czy też charakterystyki europejskiego free improv. Uwagę moją przykuła szczególnie śmiała teza Dixona o tym, że w zasadzie każda muzyka jest improwizowana, wszak nawet najprostszej partytury nie da się zagrać dwa razy tak samo. W tym kontekście ciekawostką jawi się fakt, iż Dixon każdy swój utwór nazywa "kompozycją", choć muzyka w zdecydowanej większości przypadków sprawia wrażenie prawie całkowicie improwizowanej (ale partytur nie widziałem, więc już się mądrzyć dalej nie będę).

Lektura powyższych materiałów być może sprawi, że łatwiej będzie nam zrozumieć tę szczupłość dyskograficzną Billa Dixona. I nieodparte wrażenie po lekturze wywiadu-rzeki (jedno pytanie, cztery strony odpowiedzi)... – może gdyby mniej mówił, więcej mielibyśmy nagrań płytowych i radości ze słuchania płynącej. Ale to trochę już żart, oczywiście...


Coda

Rzec można, parafrazując mądrych tego świata, że jeszcze żaden muzyk free nie dał światu tak wiele, nagrywając tak mało i samemu grając tak niewiele dźwięków.


Tekst pierwotnie zamieszczony na portalu diapazon.pl w 2009r. 

Zaktualizowany w lutym 2016r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz