Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

czwartek, 5 kwietnia 2018

Derek Bailey & Company! New CONFRONTation! And other two stories!


Spotkania improwizujących muzyków, jakie przez lata organizował Derek Bailey, przeszły już do historii gatunku zwanego freely improvised music. Baa, w wielu wypadków, wyznaczyły kierunek jego rozwoju. Być może te najistotniejsze odbyły się pod nazwą własną Company. Płyt z tym szyldem znany kilkanaście, niektóre z nich zostały nawet na tych łamach dogłębnie przeanalizowane (patrz: Zacne Towarzystwo Pana Baileya). Sam inicjator spotkań nie żyje już 13 rok, a ostatnia płyta Company ukazała się zdecydowanie za jego życia.

Tym większa zatem radość, iż dzięki wydawnictwu Marka Wastella, Confront Records, trafia dziś do nas, być może całkiem niespodziewanie, improwizowana sesja Company z roku 2000, którą za moment szczegółowo odsłuchamy. A jeśli przywołujemy już ten label, to pióro recenzenta z chęcią zanurzy się także w dwóch innych, jak najbardziej współczesnych rejestracjach z jego katalogu.




Derek Bailey & Company ‎ Klinker

Koniec sierpnia 2000 roku i londyński klub Klinker. Publika dopisała, bar aż huczy od zamówień, a na scenie czterech muzyków, którzy w kilku konfiguracjach personalnych, pozostaną na niej blisko 100 minut - Simon H. Fell na kontrabasie, Derek Bailey na gitarze (z prądem), Mark Wastell na violoncello i Will Gaines w roli … tap dancera. Nagranie składa się z dwóch długich ciągów dźwiękowych (2 CD), w trakcie których odnotowujemy aż 11 osobnych ekspozycji swobodnej improwizacji. Wszystko, co dzieje się pomiędzy nimi, jest także zapisane na krążkach. Innymi słowy – podwójna płyta Klinker jest pełnym zapisem fonograficznym wydarzenia, bez jakichkolwiek ingerencji mikserskich, czy tym bardziej post-produkcyjnych. Czy jest to zaleta, czy wada tej płyty, być może pozostanie pytaniem retorycznym.

Trio. Na początek Wastell, Fell i Bailey – trzy zwinne, chytre strunowce w dość molekularnej, jakże swobodnej improwizacji. Z incydentalnymi zadziorami, udanymi interakcjami i szczyptą amplifikacji na gryfie gitarzysty (urocze mikro sprzężenia będą nam towarzyszyć przez cały wieczór). Wastell z tendencją do skromnych wycieczek w kierunku zdrowej kameralistyki (doceńmy jego wysiłki, albowiem sound całej rejestracji jest odrobinę sub-doskonały). Brzmienie kontrabasu twarde, a duża skłonność do wdawania się w dyskusje, czujność bojowa i temperament, to atuty muzyka, która dzierży go w dłoniach. Demokracja, twórczy kolektywizm, w aspekcie narracyjnym down & up. Po 10 minucie więcej dynamiki, ekspresji i brudu na wszystkich gryfach. Trio 2. Tym razem nieco spokojniej, z plastrami sonorystyki. Spore skupienie i dbałość o niuanse brzmieniowe (nie wszystkie dostępne gołym uchem). Udane ekspozycje niskich smyków, Bailey zakleszczony pomiędzy strunami. Kierunek narracji – cisza.

Duo. Bailey i Gaines. Dużo gadania (taper!), mało muzyki, trochę kabaretowo. Tap Dance, czyli rytm wystukiwany drewnianymi obcasami (jeśli macie odrobinę wyobraźni). Dużo dynamiki, dość jednorodne brzmienie. Gitara plecie swoją opowieść w pewnym oddaleniu od konceptu tanecznego. Pamiętacie GuitarDrum&Bass Baileya? - tu, wersja barowa. Gitara improwizuje wedle marszruty tap dancera, oczywiście sytuację odwrotną trudno sobie wyobrazić. Duo 2. Gęstsza ścieżka Gainesa. Nadal wszakże, na pograniczu… nudy – wzdycha recenzent. Może jedynie pasaże Dereka trochę zwinniejsze, zwłaszcza w momentach, gdy przekaz foniczny tapera jest mniej intensywny. Duo 3. Kolejna porcja werbalnego kabaretu. Sporo oklasków, mało … muzyki. Wejście w szybsze tempo wzbudza bardziej ognistą ekspozycję gitary i ratuje epizod duetowy w trzech częściach.

Duo. Wastell i Fell. Zaczynamy od barowych ekspozycji i strojenia instrumentów, trwających dobrych kilkadziesiąt sekund. Zadziorne smyki, błyskotliwe pizzicato. Naprzemiennie, kompetentnie, z dużą zmienności sytuacji narracyjnej. Piękne dialogi, silnie akceptowalne przez recenzenta, zwłaszcza po taperskim gadulstwie. Po wprowadzeniu muzycy idą w eskalację, a potem zwinnie moczą nogi w ciszy (gdyby jeszcze brzmienie ich instrumentów było odrobinę lepsze). Obaj świetnie czują się na scenie, mając w rękach spocone smyczki.

Quartet. Taper delikatnie tyczy szlak ekspozycji trzech strunowych instrumentów. Zdaje się być mniej inwazyjny niż w trakcie duetów z Baileyem. Opowieści strunowców toczą się jednak jakby pomimo obecności Gainesa. Gdy akcja dynamizuje się, Bailey włącza w improwizację zwinną polerkę, a potem plami teren amplifikacjami. To improve nie jest szczególnie rozwojowe. Rytm tapera nie pozwala na większą swobodę. Krok w bardziej dynamiczny flow ratuje ten fragment koncertu. Galop, jako ostatnia deska ratunku. Potem wrzask oklasków. Najważniejsze, że publiczność jest zachwycona.

Duo. Gaines i Wastell. Ale najpierw wiele minut solowych tego pierwszego – francuskie humoreski, wiadomo, z czego najchętniej śmieją się Anglicy. W oczekiwaniu na wejście wiolonczeli doświadczamy nawet próby śpiewu. Na początek skromne pizzicato, próba nawiązania komunikacji. Ograniczona siła rażenia tap dancingu  sprawia, że znów tylko dynamiczna ekspozycja zdoła zadowolić wymagającego recenzenta. I tak dzieje się w istocie. Bez wszakże ekscytacji i nadmiernych emocji.

Duo. Bailey i Fell. Nareszcie! Po porcji rozmów kuluarowych i strojenia, zaczynamy improwizację kilkoma zmyślnymi sprzężeniami. Początkowo muzycy snują dość separatywne opowieści, które from time to time wchodzą w interakcje, momentami delikatnie eskalując się. Świetna komunikacja podnosi jakość improwizacji w sposób niebywały. Brawo! Fell bez smyka, Bailey całą paletą swoich tradycyjnych technik artykulacyjnych, z niebanalnymi amplifikacjami. Ciekawie udaje im się zejść na płaszczyznę oniryzmu (mimo brudu na konsolecie). Na finał wspólnie idą w tango, śmiało wynosząc swój kawałek improwizacji do miana opus magnum całego koncertu. Duo 2. Molekularnie, precyzyjnie, bez pośpiechu. Trochę przewidywalny Bailey (znamy się tyle lat!), stylowy Fell. Pulsująca eskalacja, mocniej - słabiej, szybciej - wolniej. W tej pierwszej wersji endorfiny recenzenta eksplodują!

Quartet. 14 minutowe outro. Nieunikniony zatem powrót tapera. Znowu kabaret, muzycy i publiką świetnie się bawią, a recenzent przysypia… Nie wszystkie struny równie dobrze słyszalne. Werbalna laurka dla Baileya z ust Gainesa. Z eskalacją w momencie puety. Free improve z rytmem pozostanie już naszym udziałem do samego końca. Jego lub jej. W momentach nasilenia ekspresji, narracja broni się bez wysiłku. Docenić trzeba świetną robotę Fella na smyku. Taper nie odpuszcza nawet na ostatniej prostej. Baa, zostaje wtedy prawie sam i ginie w potoku rzęsistych oklasków. Recenzent zaś prosi o cutting, mixing & mastering. Na poziomie godziny zegarowej, koncert z Klinker pretendować mógłby do miana kolejnej doskonałej płyty Company. Gdzie, i co ciąć, nie trzeba chyba dodawać.




Phil Minton & Roger Turner ‎ Scraps Of Heard

Jeśli mało nam głosu pokolenia brytyjskich weteranów free improve, kolejny dosadny i - od razu dodajmy - doskonały przypadek! Roger Turner – perkusja i perkusjonalia, Phil Minton – głos (także singing). Styczeń 2016 roku, Hannover. Nagranie koncertowe, dokonane z poziomu… publiczności (audience recording). 51 minut.

Part one. Sztućce na stole, noże i widelce, w opozycji do przekazu fonicznego wprost z procesu trawiennego, odbywającego się gardle muzyka. Roger i Phil – mistrzowie wyjątkowo swobodnej improwizacji! Wystawna kolacja, a po niej zmutowany śpiew wprost z trzewi ptaka, tuż po przebytej chorobie popromiennej. Kacza ekspozycja! Tuż obok doskonały small drumming percussions. 5 minuta, to zmysłowe pomruki niedźwiedzie, potem znów szczypta ornitologii w postaci melodyjnego pogwizdywania. Cicha, spokojna, relaksacyjna narracja (jak na kanon gatunku). Świetna okazja na prawdziwe delektowanie się kunsztem obu improwizatorów. Minton mocno na prawej flance, Turner na przecwiległej, po środku zaś mnóstwo miejsca na dobre słuchanie (mimo sposobu rejestracji, dźwięk jest bardzo selektywny i zdecydowanie lepszej jakości, niż na płycie omawianej wcześniej). 10-11 minuta, Panowie nawet hałasują! Pięknie! Molekularna, skupiona sonorystyka werbla i przełyku. Muzycy droczą się z ciszą, skomlą niemal bezdźwięcznie. Leje się woda, sowa pohukuje, oddycha przestraszony lis. Leśne runo improwizuje! Wiatr uderza w dzwonki, drzewa szumią i rezonują! Tuż potem Roger eskaluje swój przekaz, a Phil śpiewa pijackie onomatopeje! Duża zmienność, pomysł goni pomysł. Brawo! Oklaski!

Part Two. Podobny start, jak części pierwszej, noże i widelce, bicie serca Phila. Pracuje jego aparat ortodontyczny, jęczy przełyk, skrzeczy tchawica, tańczy grdyka. Interakcja, empatia, sympatia, synergia, dialektyka improwizacji. Wszystkie maksymalne poziomy dotkliwie przekroczone. 6 minuta, to głośne sonore, ku przestrodze. Muzyków rozsadza energia. Roger w stanie konwulsji permanentnej. Phil stoi na baczność i salutuje całemu niebu. 12 minuta, to charkot Mintona, który szybko zamienia się w szum i gwizd! What ever you want! Drobiny melodii i śpiewu kapią mu z ust, wprost na czoła publiki. Gdy Phil staje się ptakiem, Roger zamienia się w stado wygłodniałych koni. Cuda, panie i panowie, prawdziwe cuda! 21 minuta, to dla odmiany, niemal ambientowa cisza. Na sam już finał szczypta mintonowego humoru, w tle geniusz żylastego percussions. Na ostatniej prostej kosmiczna symbioza, a potem już tylko Phil, w oczekiwaniu na oklaski, po której muzycy zapowiadają … przerwę. Hmm, być może sety zostały zaprezentowane na płycie w odwrotnej kolejności. Ale to nie ma już jakiegokolwiek znaczenia. Entuzjazm recenzenta dawno osiągnął stan maksymalny!




Giacomo Salis & Paolo Sanna   Humyth

Na finał tej opowieści Giacomo Salis / Paolo Sanna Percussion Duo! Ten tytuł mówi wszystko o użytym instrumentarium, zapewne zaś niewiele o samych muzykach. Z parą Włochów także spotykam się po raz pierwszy. Studyjna rejestracja poczyniona na ich ziemi ojczystej (dokładana data nieznana). Confrontowe wydawnictwo Humyth przynosi pięć utworów bez tytułów, których odsłuch zajmie nam niespełna 43 minuty. Dodajmy, iż muzycy, poza wskazanym wcześniej percussion, będą także manipulowali celem wydania dźwięków tzw. obiektami.

One. Sonorystyczne rozdzieranie powierzchni płaskich na lewej flance, vs. mała armia dzwoneczków na prawej. Prawdziwie twórczy rozgardiasz, szuranie, chrobotanie, drżenie i cierpienie przedmiotów. Nie brakuje akcentów strunowych, jakby preparowane piano. Ślimacze, zrównoważone tempo. Muzykom bliżej do ciszy niż do hałasu. Improwizacja mikroelementowa. W 6 minucie rodzaj delikatnej eskalacji. Wzrost siły tarcia po lewej, prawa strona bardziej stabilna dramaturgicznie. Zakład szlifiersko-stolarski w godzinach pracy.

Two. Całkowita zmiana środowiska akustycznego. Doom ambient? Z oddali coś rytmicznie drży i zbliża się do nas. Falanga rezonujących talerzy wzywa na celebrację rytuału. Potem też wgryza się w rytm. Dwa perkusyjne drony narastają. Muzyka pierwotna? Rodzaj polifonii, tańca opętanych. Trochę nieba, trochę piekła. Multiplikacja rytmu. Kind of deep techno? Piękne!

Three. Jakby mix poprzednich pomysłów narracyjnych. Drżący dron w opozycji do robótek ręcznych. Potem zwinne wybrzmienie w otchłań perkusjonalnej sonorystyki. Dzwonki, incydenty elektroakustyczne (choć użycia amplifikacji nie potwierdza się). Duża zmienność sytuacji. Sporo drobnej, cząsteczkowej improwizacji, przeciągania liny. Tłumiony akustycznie spacer brzegiem urwiska. Dźwięk narasta, a muzycy zdają się budować dron, który systematycznie rozwarstwia się. Piękny, szorstki, wulgarny flow.

Four. Dzwonki na kościelne wyniesienie wpadają w narkotyczny trans. Pogłos kosmicznej przestrzeni. Echo. Błyskotliwy no drumming percussions! Lewy brnie w minimal, prawy popada w konwulsje. Po chwili narastania, zejście w ciszę.

Five. Ambient czarny, jak ziemia po ataku nuklearnym. Pulsuje, rezonuje, drży, niczym zmultiplikowany Eddie Prevost! Onirycznie piękna sytuacja! Recenzent chciałby zobaczyć proces powstawania tych dźwięków na własne oczy! Czy na pewno wszystko dzieje się tu akustycznie? Urocze rozbrzmiewanie, zabawa z ciszą i przestrzenią o szemrającej akustyce. W 7 minucie drobna eskalacja i skuteczna próba poszukiwania rytmu. Muzycy gonią się wzajemnie na finalne zatracenie. Obsesyjny trans! Brawo! What a hell drumming!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz