Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

wtorek, 30 sierpnia 2022

The August Round-up: JakTar! Forensic Trio! Byrne! Zajac! Plantas Horribles! Ciel – Cristal! Don’t Cry! Widoki!


Sierpień dobiega końca, a na łamach Trybuny nie zamiesiliśmy jeszcze comiesięcznej zbiorówki świeżutkich płyt z najlepszą na świecie muzyką! Najwyższy czas przystąpić zatem do dzieła, jak zwykle ponadgatunkowego, krnąbrnego, ale nade wszystko pokazującego całemu złemu światu, że muzyka jest tylko jedna, nie zna ras, języków i nie ma rezydencji podatkowych!

Dzisiejsza opowieść zacznie i skończy się całkiem jazzowo, ale w tej wersji, którą lubimy najbardziej, czyli z etykietą free, improwizowaną, czasami nad wyraz swobodnie, buńczuczną, prawdziwie wojowniczą odmianą synkopowanych erupcji. W tak zwanym międzyczasie nie zabraknie oczywiście stosownej porcji elektroakustycznych eksperymentów, które hołubimy w stopniu równie nieograniczonym.

Zaczniemy w Londynie i tam spędzimy aż trzy albumy – dwa tria i jeden incydent solowy! Potem na krótko przeniesiemy się do Słowacji, a zaraz potem do Argentyny! Powrót na stare, europejskie śmieci zacznie się w portugalskim Porto, a na dwa finałowe albumy wylądujemy w Polsce, kończąc niniejsze dzieło najbardziej rdzennie jazzowym nagraniem w zestawie. So, go on!



 

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar (Discus Music, CD 2022)

Na początek naszej marszruty prawdziwa perełka swobodnego post-jazzu w wykonaniu muzyków brytyjskich, całkiem doświadczonych, ale mniej rozpoznawalnych medialnie (niech ten album to zmieni!). Na perkusji i instrumentach perkusyjnych najbardziej znany z tego grona Paul Hession, na kontrabasie Michael Bardon, a na saksofonie tenorowym Christophe de Bézenac. Panowie przygotowali dla nas dziesięć improwizacji, które trwają 37 minut. Nie znamy miejsca i czasu nagrania.

Artyści zaczynają swoją opowieść na ostro – masywnym, amplifikowanym kontrabasem, silnym drummingiem i zadziornym, choć tajemniczo brzmiącym saksofonem. Płyną w poprzek, pod prąd schematów i przyzwyczajeń, dziergając stylowy free jazz. Kolejne cztery improwizacje uciekają od dynamiki utworu otwarcia i przenoszą nas w obszar swobodnych, dźwiękowych eksperymentów. Preparacje kontrabasowego smyczka, rezonujące talerze, sycząca glazura werbla, metaliczne eksperymenty na korpusie saksofonu - śpiewy, lamenty i cały ocean subtelności, nie rzadko podawanych trybem call & responce. Co wszakże najważniejsze, muzycy trzymają w ryzach swój temperament i nadkreatywność, dzięki czemu ich wypowiedzi są bardzo zwięzłe i nie przekraczają na ogół trzech minut.

Szósty odcinek przekracza za to aż siedem minut i zdaje się stanowić opus magnum tego doskonałego albumu. Znów lepiony jest z drobnych, często preparowanych fraz, napędzany powykręcanym rytmem dyktowanym przez kontrabasowy smyczek i stemplowany zawsze trafiającym w punkt drummingiem. Tempo początkowo powolne, z czasem zyskuje na atrakcyjności. Tu szczególnie podoba nam się imitacyjna gra smyczka i saksofonu. Ten ostatni swym chropowatym brzmieniem syci improwizację dodatkową jakością. Kolejne opowieści są nieco krótsze, ale nie tak enigmatyczne, jak te w pierwszej części albumu. Znów mnóstwo na nich efektownych momentów. W ósmej części intrygują zmysłowe small talks prowadzone w niemal chill-outowej aurze, które z czasem zyskują jakże nerwową powłokę wyśmienitych interakcji pomiędzy muzykami. W dziewiątej części trio powraca do free jazzowego idiomu i stawia kolejny stempel jakości. Finał jest najsubtelniejszym momentem albumu, smakuje post-barokiem i uroczą wstrzemięźliwością, zwłaszcza ze strony perkusisty.



Martin Archer, Pat Thomas & Johnny Hunter  Forensic Trio (Discus Music, CD 2022)

Pozostajemy w Zjednoczonym Królestwie Improwizacji, choć nie znamy miejsca i czasu powstania nagrania, które stworzyli: Martin Archer – saksofon altowy, sopranino, barytonowy i elektronika, Pat Thomas – fortepian oraz Johnny Hunter – perkusja, instrumenty perkusyjne, glockenspiel. Cztery improwizacje, niespełna 50 minut.

Kolejne brytyjskie trio trzyma poziom poprzednika! Płynie od startu do mety bardzo swobodnym strumieniem, ale gdy trzeba sięga po twarde atrybuty free jazzu i bez trudu stawia nas do pionu. Pierwsze dwa traki na dysku, to jedna improwizacja, ale składająca się z dwóch dość niezależnych stylistycznie części. Początek, to rozpoznawcze gry, pełne preparowanych dźwięków, powstających w niewielkiej odległości od ciszy. Dużo akcentów inside piano, skromne podmuchy saksofonowe, uzupełniane nieinwazyjnymi porcjami elektroniki i bystra, koherentna sfera perkusjonalna. Muzycy zadają pytania i leniwie na nie odpowiadają. Po dziesięciu minutach dość niespodziewanie zmieniają jednak tryb narracji. Prym przejmują teraz fortepianowe klawisze, które kreślą free jazzową ścieżkę, na której w mgnieniu oka pojawiają się dziarski saksofon altowy i dynamiczna perkusja. Ta ostatnia konstruuje także zgrabne solo.

Trzecia improwizacja, to danie główne koncertu. Niemal dwa kwadranse pełne subtelności i wielu zaskakujących wydarzeń. Najpierw faza długich pociągnięć pędzlem – tu w roli głównej preparowane piano i elektronika. Improwizacja znów prowadzona jest metodą call & responce z całą masą udanych interakcji. O aurę tajemniczości dbają także stylowe deep drums. Po kilkunastu minutach tego slowly & lazy flow muzycy, ponownie jak w części pierwszej, włączają tryb jazzowy (tym razem z wykorzystaniem sopranino). Pomysł ten jednak dość szybko zarzucają i na powrót zanurzają się po szyje w swobodnych, improwizowanych igraszkach. Archer znów woli gmerać po kablach, niż dąć w saksofon. Ta część koncertu, prowadzona w trybie wyjątkowo minimalistycznym, wydaje się być jej najbardziej udanym fragmentem. Finałowa improwizacja, kilkuminutowa, przypomina post-jazzową broken ballad. Piano kreśli post-klasyczne solo, także perkusja ma tu kilka chwil dla siebie. Gdy finał koncertu wydaje się być na wyciągnięcie ręki, na scenę wpada saksofon barytonowy i wesoło repetując ogłasza definitywny koniec.



Dee Byrne  Live at Cafe Oto (Luminous Label, DL 2022)

Wciąż jesteśmy po tej samej stronie Kanału Le Manche, nawet wiemy, w jakim miejscu i kiedy: londyńskie Cafe Oto, czerwiec bieżącego roku. Na scenie Dee Byrne, artystka wyposażona w saksofon altowy i urządzenia elektroniczne. Zagra dla nas jeden set, który trwa niecałe 28 minut.

Kolejna brytyjska przygoda, to pozornie skromne spotkanie saksofonu z elektroniką. Jak się jednak okazuje, rozumne użytkowanie tej drugiej może nadać prostemu instrumentowi dętemu kilka nowych żyć, a odbiorcy koncertu dużo zaskakujących wrażeń. Całość nie trwa dwóch kwadransów, zatem warto pochylić się tu niemal nad każdym dźwiękiem.

Początek spektaklu, to saksofon doposażony w delaye, które sprawiają, że flow opóźnia się, a dźwięki nakładają na siebie. Klimat chill-outowy, ale z dużą dawką niepokoju o losy kolejnych fraz. Gdy echo gaśnie, Dee serwuje nam kilka przebiegów czystego, zadziornego frazowania, po czym dodaje kolejną porcję pogłosu, który niesie dęte dźwięki coraz bardziej zaskakującymi ścieżkami. Lekki posmak psychodelii i wyprawa w kosmos gotowa! Artystka żyje tu ciągłą zmianą, z których zdecydowaną większość w pełni akceptujemy. Kolejna faza, to saksofonowe multiplikacje. Tu można odnieść wrażenie, że gra dla nas co najmniej World Saxophone Quartet! Następna część koncertu zdaje się być najciekawsza, albowiem Dee sięga po dubowe echa, które fantastycznie niosą proste, mechaniczne bezdźwięki dysz. Przez moment saksofon brzmi też niczym wokoder, po czym artystka znów sięga po free jazzową ekspresję i sprowadza nas na ognisty szlak. Z każdym nowym pomysłem echo jej elektroniki dodaje coś nowego do brzmienia całości. Pod koniec koncertu mamy wrażenie, że pogłos zaczyna tu żyć własnym życiem. Tymczasem narracja przepływa jeszcze przez rzekę ambientu, także strumień czystego frazowania i ostatecznie dokonuje swego żywota w strugach saksofonowych repetycji.



Ondrej Zajac  I Will Be Forgotten (Weltschmerzen, LP/DL 2022)

Czeskie Pardubice, miejsce zwane Divadlo 29, a w środku kolejny samotny artysta: Ondrej Zajac –gitara, gitarowe przetworniki, elektronika. Nagranie koncertowe (czas powstania nieznany) składa się z ośmiu części i trwa około 38 minut.

Solowych, gitarowych performance’ów na naszych łamach nie brakuje, ale ten słowacki, choć na czeskiej ziemi, doprawdy zasługuje na dużą uwagę! Decyduje o tym zarówno niemal epicki, ponad 16-minutowy utwór drugi, który buduje swą jakość ambientowymi metodami, jak i cała reszta krótkich, niekiedy dość enigmatycznych eksperymentów gitarowych, którym równie blisko do post-rockowych wyziewów, jak i neo-elektronicznych zabaw na zgliszczach konstrukcji rytmicznych.

Pośród tej drugiej grupy impro-kompozycji szczególnie podobać się może pierwsza z nich, otwierająca album. Z jednej strony tworzy ją poświata nieoczywistej elektroniki, z drugiej strunowe ingrediencje, szumy, szelesty i mroczne zakamarki, nie bez udziału dubowego dna. Potem sunie po naszych głowach ów epicki, wielominutowy ambient, który zaczyna się od ruchu smyczka na gryfie gitary, a kończy wielowarstwowym płaszczem rozkołysanych post-melodii. Kolejne pięć części, to sól wspomnianych eksperymentów, brzmiących niekiedy niczym mandolina na pogłosie (trzecia odsłona), czy też przypominających post-rytmiczne łamańce, sączące się z gitarowych kabli, sugerujące estetyczne konotacje z improwizacjami Bucketheada z końca ubiegłego stulecia (czwarta z nich). Piąta historia pachnie dubem na kilometr i skrzy się tysiącami pomysłów narracyjnych, z kolej szósta, to typowa praca na gitarowych przetwornikach, a siódma, to czynione nieznaną metodą dekonstrukcje gitarowych riffów. Wreszcie finał tej smakowitej płyty, ponad sześciominutowy, który zdaje się nawiązywać do ambientowej estetyki drugiej części - falujące drony, strunowe ornamenty, dużo mroku i … poczucia dobrze wykonanej roboty.



 

Ariel Invernizzi Oviedo, Martin Allende Medina, Camila Nebbia & Raian Valença João  Plantas Horribles (Neue Numeral, DL 2022)

Dość istotnie zmieniamy teraz estetykę, ale pozostajemy pod silnym wpływem świetnej, gitarowej roboty. Argentyńskie Buenos Aires, czasy pandemii i kwartet w składzie: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Martin Allende Medina – gitara elektryczna, Raian Valença João – bas elektryczny oraz Ariel Invernizzi Oviedo – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwanaście impro-kompozycji trwa tu niepełne dwa kwadranse.

Początek argentyńskiej impro-noweli sugeruje konfrontację z siłą avant-rockowego walca, wspartego dzikiem wrzaskiem saksofonu altowego, którego nie powstydziłby się sam bóg jazzowego warcholstwa, czyli John Zorn. Ale to jedynie pozór. Z każdą bowiem sekundą zarówno pieśni otwarcia, jak i kolejnych jedenastu epizodów, przekonujemy się, iż kreatywność i krewkość argentyńskiego kwartetu dalece wykracza poza schemat, w który niechybnie wpadliśmy słuchając pierwszych kilku minut tego – co w tym kontekście niebywałe – niemal doskonałego albumu!

Już bowiem rzeczona pierwsza kompozycja po kilku dynamicznych przebiegach zaczyna uroczo rozwarstwiać się, rozjeżdżać, pękać w szwach i szukać pretekstu do improwizacji w każdych źdźble dźwięku. Niczym upalone skrzydła Velvet Underground, dla których prosty motyw gitarowy był jedynie pretekstem do psychodelicznych szaleństw i niekończących się improwizacji. W kolejnych, niekiedy dalece enigmatycznych częściach albumu tezy recenzenta znajdują wielowątkowe uzasadnienia. Druga opowieść, to huśtawka emocji z przetrąconym metrum, trzecia, to bulgoczący ambient, czwarta zaś to post-rockowe gęstwiny, pełne mrocznych tajemnic. W dalszej kolejności dostajemy szczyptę jazzu z gryfu gitary i saksofon, który jątrzy, a zaraz potem przywołane zostają wspomnienia z nowojorskiego Downtown lat 90. ubiegłego stulecia (czyli jednak Zorn!). Następne dwie opowieści błyskotliwie się pętlą, po czym giną w otchłani jazz-rockowych, swobodnych improwizacji (nie bez dubowych klimatów!), silnie naznaczonych wyjątkową kreatywnością gitarzysty. W dziewiątej części kipiel rocka wraca, by w kolejnych odcinkach sypać improwizacjami, nawet czynionymi metodą call & responce, jak z rękawa czarnoksiężnika. W finałowej narracji nasze uszy znów sycą się nieparzystym metrum, które na ostatniej prostej miast koić nasze nerwy, rzuca nas na pożarcie rockowym emocjom. I co na tym albumie chyba najcenniejsze – muzycy w genialny sposób panują nad dramaturgią. Nie ma tu jednego zbędnego dźwięku, tylko same konkrety. Może dlatego ta płyta wydaje się taka krótka.



 

Lionel Marchetti & Abdul Moimême  Ciel – Cristal (Lionel Marchetti’ bandcamp, DL 2022)

Czas na zapowiadane, elektroakustyczne eksperymenty. Nagranie koncertowe z Porto (Planetarium, początek listopada ubiegłego roku) i dwóch artystów: Lionel Marchetti – syntezator, stacje basowe i elektronika oraz Abdul  Moimême - dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie) oraz obiekty. Jedna improwizacja, prawie 42 minuty.

Przed nami ciąg dalszy gitarowych wycieczek w nieznane, tym razem w towarzystwie elektroniki oddanej w ręce jednego z klasyków gatunku. Zresztą sam gitarzysta do takich też winien być zaliczany, zatem nie sposób nie zreasumować tego albumu niemal wyłącznie komplementami. Jedno wszakże wątpliwości nie ulega – w trakcie ponad czterdziestu minut koncertu muzycy dostarczają nam wiele dźwięków, niekiedy naprawdę tajemniczych, ale najlepszy moment spektaklu, to ten, gdy docierają do nas frazy ewidentnie powstałe na gitarowych gryfach i cedzące post-eksperymentalny, mroczny i zdekonstruowany elektroniką ambient. Ów konglomerat elektroakustycznych przygód syci improwizację udanymi szczegółami, po prawdzie, na każdym etapie jej rozwoju, co więcej, raz za razem kieruje skojarzenia recenzenta ku metodom pracy, jakże charakterystycznym dla klasyków z AMM. A na tych łamach to komplement najcięższej wagi!

Na starcie koncertu w strumieniu różnorodnych dźwięków dominują frazy elektroniczne, postrzępione ochłapy fonii, zagubione na kilometrach kabli. Co pewien czas narracja zdobiona jest akustycznymi incydentami, które siłą rażenia przypominają pojedyncze uderzenia w czarny klawisz fortepianu w oceanie skwierczącej ciszy. Po niedługim czasie w tle zaczynają formować się pierwsze warstwy ambientu, które zdają się nadawać sens dotychczasowym zgrzytom i elektronicznym turbulencjom. Pracy artystów towarzyszy także posmak rezonansu (z nieistniejącego talerza?) i post-industrialne brudy pomiędzy dźwiękami. Opowieść pęcznieje, chwilami sprawiając wrażenie, jakby ktoś akustyczne medytacje ala AMM upiększał zwarciami elektrycznymi. Po anonsowanej już fazie dominacji gitarowych fraz, improwizacja w drugiej części koncertu staje się jeszcze bardziej medytacyjna, mimo, iż w strumieniu zdarzeń artyści sytuują pewien wątek rytmiczny, a także garść incydentów elektroakustycznych godnych niejednego klasyka table guitars. Nieśpieszny w swej schyłkowej fazie koncert kona ostatecznie w obłokach post-psychodelii.



 

Korybalski/ Traczyk/ Zemler  Don't Try (For-Tune, CD 2022)

Na zakończenie dzisiejszej podróży lądujemy na ojczystej ziemi. Najpierw warszawskie Studio W Dobrym Tonie, początek listopada 2020 roku i trio w składzie: Łukasz Korybalski – trąbka, flugelhorn, syntezator modularny, Wojciech Traczyk – kontrabas oraz Hubert Zemler – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem części, 54 i pół minuty.

Krajowe trio zaprasza na eskapadę definitywnie improwizowaną (przynajmniej tak zeznaje na okładce!), ale nim w czarną dziurę kreatywnego chaosu muzycy wpadną bez reszty, trochę bawią się w post-jazz, tudzież nadmiernie rytmiczne konstrukcje dramaturgiczne, dodatkowo sycąc narrację sporymi dawkami analogowej elektroniki, która miast wspierać akustyczne zabawy rozśpiewanego blaszaka, masywnego kontrabasu i kąśliwej perkusji, często wchodzi w rolę przodownika pracy. Po prawdzie blisko godzinna Nie płacz oczywiście spodoba się wielu, bo to dobra robota artystyczna w każdym wymiarze, ale dla prawdziwego miłośnika improwizacji, wielbiciela ciekawych brzmień i niebanalnych rozwiązań estetycznych, ta płyta na dobre zaczyna się jakieś … 22 minuty przed końcem!

Z pierwszych pięciu części na pewno warto zapamiętać brudny, połamany flow basu, któremu wtóruje rozregulowana perkusja (druga improwizacja), kontrabasowy smyczek dający asumpt do psychodelicznych akcji, sprawiających, iż wszystkie ścieżki narracji zaczynają rozjeżdżać się po studyjnych kątach (trzecia), wreszcie sporo akustycznej, freejazzowej werwy, skonsumowanej solową ekspozycją drummerską (piąta). Począwszy od szóstej opowieści płynie już do nas sam miód kolektywnej, swobodnej improwizacji, która permanentnie szuka i na ogół nie błądzi. Zaczyna ją agresywny smyczek, któremu wtóruje perkusyjna repetycja. W tle buduje się ambient, a swoje dokłada szorstko brzmiący tu instrument blaszany. Dopiero w połowie nagrania pojawia się syntezator, ale i on wydaje się być wyjątkowo subtelny. Ostatnia improwizacja trwa ponad kwadrans i stanowi, bez dwóch zdań, opus magnum albumu. I ona ma kilka faz. Najpierw budowana jest z drobiazgów, które lepią się w dronowy, systematycznie pęczniejący strumień dźwięków. Potem stery przejmuje brutalnie brzmiący smyczek, który zdaje się sprowadzać narrację na najniższe kondygnacje. Gdy dno stanie się jego udziałem, zadaniem wyprowadzenia opowieści na powierzchnię zajmuje się trąbka. Finałowa, drobna wspinaczka dodaje jeszcze uroku całemu przedsięwzięciu, a kreowana jest znów świetną pracą kontrabasu oraz nieszablonowymi wtrętami perkusji.



 

Artur Małecki & Creature  Widoki (Fundacja Słuchaj!, CD 2022)

Kolejne mazowieckie studio nagraniowe, to Nieporęt i miejsce zwane Tokarnia 2.0 (styczeń i luty bieżącego roku). Przy swoich instrumentach meldują się tu: Artur Małecki – perkusja i kompozycje, Michał Aftyka – kontrabas i bas elektryczny oraz Przemysław Chmiel – saksofon tenorowy i sopranowy. Osiem części, prawie 62 minuty.

Finał dzisiejszego zestawienia, zgodnie z zapowiedziami najbliższy jazzowi środka, niepozbawiony zdaje się być dramaturgicznych smaczków, z zastrzeżeniem jednak niemal bliźniaczym do tego, jakie postawiliśmy w recenzji poprzedniego albumu. Nagranie trójki młodych muzyków zaczyna być interesujące dopiero w swej drugiej fazie, po tym, jak odbiorca przebrnie przez meandry zachowawczego, nieco przestraszonego jazzu, który usilnie szuka wsparcia w historii gatunku, miast skupić się na indywidualnej kreacji. W tej części schemat nagrania wydaje się dość prosty – temat spod kontrabasowych strun, dobrze ułożony drumming i rozśpiewany saksofon, którego melodie dobrze wkleiłyby się w kolejny wspominkowy film o Krzysztofie Komedzie. Nie sposób też nie usłyszeć nadmiaru słodyczy w tembrze saksofonu sopranowego, w rozbudowanej ponad miarę trzeciej opowieści.

Od utworu czwartego coś zaczyna się dziać na Widokach! Oto dostajemy się w szpony dynamicznej perkusji i saksofonu, który wreszcie zdaje się mieć ochotę wziąć sprawy w swoje ręce. Przejście do fazy całkiem swobodnej improwizacji nie zajmuje tu muzykom zbyt wiele czasu. To samo rzec można o kompozycji szóstej. W kolejnej pojawia się bas elektryczny, a smaczkiem całości jest brzmienie saksofonu, który płynie do nas jakby dwoma strumieniami. Sekcja rytmu wali jak młot, a dęciak bystrze ucieka w aylerowską śpiewność. Całość kostropata, chropowata, podana z zębem, a sfinalizowana smyczkiem. Siódma część z nazwy jest już samą improwizacją, ucieka w post-barokowe dyskusje o pogodzie, ale na tle początku albumu, i tak sytuuje się po stronie jego atutów. Finałowa opowieść znów bazuje na mięsistym, elektrycznym basie, doposażona w odpowiedni ładunek ekspresji, broni się od pierwszej do ostatniej sekundy. Parafrazując klasyków - nie ważne, co znajdziesz, byle byś szukał!

 

 

piątek, 26 sierpnia 2022

Ab Baars, Terrie Ex & Kaja Draksler! When The Hills Run Across The Fields – Live In Nickelsdorf! *)


Na jednym z najciekawszych europejskich festiwali muzyki kreatywnej, austriackich Konfrontacjach w Nickelsdorfie, lądujemy dokładnie w roku 2018. Na scenie trójka muzyków - dwóch prawdziwych weteranów holenderskiej sceny improwizowanej, jeden pełnokrwisty jazzman, drugi tytan punkowej gitary, a wraz z nimi dużo od nich młodsza pianistka, ścisłe związana z tamtejszą sceną, ale pochodząca ze Słowenii, artystka, której przy odrobinie semantycznej swobody śmiało możemy przypisać miano wschodzącej gwiazdy gatunku.

Mimo różnic pokoleniowych i estetycznych muzycy znają się świetnie, grali ze sobą w przeróżnych konfiguracjach personalnych i artystycznych, ale niewykluczone, iż w takim dokładnie trio grają po raz pierwszy. Zatem złota zasada Dereka Baileya może zadziałać! A jak się okazuje po odsłuchu – zadziałała ze świetnym skutkiem! W ręce muzyków oddajemy się na niecałe 40 minut, z góry zaznaczając, iż każda z nich warta będzie naszej wzmożonej uwagi.



 

Otwarcie koncertu przypomina stąpanie gołą stopą po zroszonej deszczem łące. Spokojne klawisze piana, wysoko podwieszony tenor i przeciągane struny gitary, doposażonej w niemały prąd. Niezobowiązujące small talks wydają się być wstępem do czegoś bardziej kompulsywnego, ale na razie to jedynie przypuszczenia, albowiem dłuższe zdania urywane są na ogół w pół słowa. Pianistka od czasu do czasu zagęszcza swój flow, saksofonista śpiewa i pokrzykuje, gitarzysta szuka pierwszych zadziornych fraz. Oto post-classic spotyka Aylera podpartego post-rockiem. Co ciekawe, ośrodkiem dowodzenia w zakresie dynamiki ekspozycji zdaje się być nade wszystko Kaja. Ab i Terrie jątrzą, ale podają się jej dyktatowi. W okolicach 10 minuty Pani Kapitan zarządza krótkie, bardzo spokojne solo gitary, a po nim otwiera fazę drobnych preparacji i subtelnej wymiany zdań. Emocje i dynamika rodzą się tu jakby mimowolnie. Każdy frazuje coraz gęstszym ściegiem, każdy zdaje się wypuszczać nagromadzone w płucach powietrze. Eksplozja godna free jazzu jest w takiej sytuacji jedynie kwestią czasu. Kaja atakuje z wnętrza piana, Ab stawia na kompulsywną ekspresję, Terrie brnie w efektowne sprzężenia i bluzga krwią. Szczyt zostaje osiągnięty w mgnienia oka, po czym muzycy swobodnie lądują w oparach ciszy.

Chroboczą fortepianowe młoteczki, oddychają saksofonowe dysze, struny gitary błyszczą w księżycowej poświacie. Oto ze spokojnych, wyważonych fraz budowana jest nowa opowieść. W okolicach 20 minuty kierunek podróży wskazuje na kolejne wzniesienie. Tempo jest jednak pod pełną kontrolą muzyków, a dawki ekspresji na razie głęboko skrywane. W ustach Aba pojawia się klarnet, który z całej tej łobuzerskiej czeredy wydaje się być najmniej cierpliwy. Tymczasem piano szumi, a gitara szuka brudu pomiędzy strunami. Powrót do fortepianowych klawiszy daje tu sygnał do budowania czegoś znacznie potężniejszego. Po 25 minucie śmiało możemy skonstatować, iż artyści pną się ku górze. Narracja dostaje niemal tanecznej dynamiki, a rozkazy znów idą wprost z klawiatury. Nowy szczyt staje się udziałem wszystkich muzyków, choć wkładu dźwiękowego klarnetu nie słyszymy zbyt wyraźnie. Wraz z wybiciem 31 minuty scenę na powrót spowija gęsta cisza. Pojawia się japoński flet, który przez moment zostaje sam. W tle towarzyszą mu jedynie nanofrazy gitary. Pianistka głęboko oddycha, nie jest skora do wydawania innych dźwięków, zdaje się, że w trakcie finalizacji koncertu jej rola sprowadzi się jedynie do postawienia kropki nad „i”. Ostatnia prosta pachnie post-ethno, to znak znamionujący pytanie, na które artyści nie zdążą już znaleźć odpowiedzi.

 

Ab Baars, Terrie Ex & Kaja Draksler When The Hills Run Across The Fields – Live In Nickelsdorf (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Ab Baars – saksofon tenorowy, klarnet i shakuhachi, Terrie Ex – gitara elektryczna oraz Kaja Draksler – fortepian. Nagranie koncertowe, Konfrontationen Festival, Nickelsdorf, Austria, 21 lipca 2018 roku. Jedna improwizacja, 39:14.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została, całkiem niedawno, szczęśliwie opublikowana



wtorek, 23 sierpnia 2022

Marek Pospieszalski & Polish Composers Of The 20th Century!


Oktet uformowany z przedstawicieli krajowej młodzieży jazzowej*) pod kierunkiem Marka Pospieszalskiego bierze ma warsztat dwanaście utworów polskich kompozytorów ubiegłego wieku, tych o proweniencji zdecydowanie współczesnej, popełnia coś na kształt wariacji na temat (cytuję za opisem płyty) i zabiera nas w niebywałą podróż po meandrach dalece ponadgatunkowej, stylowo ustrukturyzowanej … improwizacji. Bez dwóch zdań efekt tych działań jest bardziej niż wyśmienity, zatem bez zbędnych wstępów, kreślących dorobek artystyczny kompozytorów bardziej lub mniej znanych (z perspektywy miłośnika muzyki improwizowanej), tudzież epistoł odnoszących się do oryginalnych wykonów rzeczonych utworów, często elektroakustycznych, zanurzamy się w dwóch godzinach doprawdy niezwykłych dźwięków!

 


Na początek Krauze! Opowieść budowana jest jednocześnie epicką melodyjnością i kompulsywnym brudem, jaki mości się pomiędzy dźwiękami. Narracja definitywnie molowa, podszyta nerwowymi podrygami strun i grasującymi po scenie trzema dęciakami. Gęsty strumień dźwięków nabiera tu cech marszowych, na brzegach zaciąga post-industrialnym fetorem i systematycznie narasta. Gitara zaczyna kąsać rockiem, saksofony i trąbka budować ognistą ścianę dźwięku, a szmer złowrogiej elektroniki dopełnia czary dramaturgicznej goryczy. Wielka pętla nerwowej melodii, kreowana przez osiem ośrodków dźwiękowych, swym rozmachem przypomina tu konającą filharmonię. Choć to prawie niemożliwe, na końcu flow jeszcze bardziej się zagęszcza, po czym swobodnie rozlewa w szerokie koryto improwizacji.

Teraz Kotoński! Perkusyjne intro, wsparte klarnetem, buduje soundtrack do kolejnego klasyka kina noir. Wystukiwany rytm pęcznieje dętymi preparacjami, tudzież swobodnymi podmuchami zimnego i gorącego powietrza. Dodatkową grozę budują czarne klawisze piana. Z czasem wszyscy zaczynają szukać tu rytmicznej powłoki, pną się ku górze, czasami spadają na samo dno. Wszyscy coraz szerzej, znów ku ścianie dźwięku. W ostatecznym rozrachunku żegnamy się z Kotońskim surowym, gołym stukaniem.

Czas na Bairda! Początkowo opowieść przypomina balladę, budowaną przez piano i ciepłe frazy gitary. Po niedługim wstępie w rolę wichrzycieli ładu i porządku wcielają się wszystkie instrumenty dęte. Ich dekonstruowane, rwane i szarpane frazy sycą narrację kolejnymi epizodami, ale zadekretowana przez kompozytora melodia płynie swoim tempem. Tło pulsuje martwą elektroniką, a kontrabas szyje strugę post-jazzu. Dość niespodziewanie na czoło pochodu skazańców wysuwa się altówka, która kleci pieśń żałobną, targana niebywałymi emocjami. Cała opowieść pęcznieje i szuka nieznacznego wzniesienia. Znaki zapytania nie zawsze odnajdują adekwatne odpowiedzi, ale narracja stylowo powraca do swego prapoczątku. Milknie przy dźwiękach gitary i piana.

Rudziński! Mała wolta rytmiczna przynosi nam tu całkiem skoczną melodię, która dobrze eksponuje drummerską robotę. Owej melodii daleko jednak do kojenia złych myśli, niesie ją bowiem w ciemny las zgrzytliwa elektronika. Całość zdaje się przypominać rozhuśtane, upalone bolero, którego temat z czasem przybiera postać improwizowanych spekulacji. To kolektywny taniec, który gaśnie w potoku dźwięków gitarowych pick-upów. Na ostatniej prostej zgraja dęciaków leży pod płotem i skomle o łyk wody.

A teraz Stachowski! Tłumione emocje znajdują tu ujście w minimalistycznej paradzie short & long cuts. Na gryfie gitary odnajdujemy duże porcje prądu, ale tej fonii zdają się towarzyszyć też frazy … gitary akustycznej. Nerwowy, nieco pokraczny rytm black piano przez moment sieje spustoszenie, a kurz i brud pomiędzy dźwiękami dopełniają obrazu cudownej katastrofy. Wbrew dyktatowi rytmu efektowne expo serwuje nam krnąbrna gitara. Narrację zdobią coraz bardziej wywrotowe figury stylistyczne - ktoś śpiewa pod nosem, ktoś uderza po płaskich powierzchniach, a maszynowy rytm pochłania każdą napotkaną frazę. W tak zadekretowanej sytuacji dramaturgicznej chaos improwizacji przepięknie odnajduje adekwatne zakończenie.

Krenz! Minimalistyczne piano i basowe steps szyją tu zgrabną narrację, powolną, ale zgrzytającą gęstą powłoką elektroniki, dętymi śpiewami, małymi perkusjonaliami i plejadą niezidentyfikowanych preparacji. Opowieść, jak to ma w zwyczaju tego wieczoru, systematycznie narasta. Altówka kwili na boku, a słowa pozdrowienia śle wybudzony ze sny zimowego flet. Perkusjonalia nabierają syntetycznych barw, a na finał gra już nam cała orkiestra! Tutti grande! Aylerowska melodyka pnie się niemal do samego nieba (albo piekła, w zależności od punktu widzenia).

Czas na Serockiego! Flet, gitara, akcenty perkusjonalne i elektroakustyczne zgrzyty formują się w tłustą strugę brudnych dźwięków. Dęciaki w opozycji, szmerają ciepłym powietrzem. Najważniejsza jest tu jednak perkusja, która buduje gęsty, bardzo syntetycznie brzmiący flow. Nad nią toczy się mała wojna światów, którą kreują pozostałe instrumenty, tu wyraźnie uwolnione od ciężaru gatunkowych skojarzeń. Opowieść staje się boleśnie poszarpana, czerstwa, niemal na granicy hałasu. Nie przeszkadza to jednak dęciakom w radosnym podśpiewywaniu.

A teraz Palester! Kameralna pętla piana, smyczków i ciepłych, dętych westchnień dewastowana tu jest elektroakustycznymi perkusjonaliami. Całość brzmi, niczym live processing! Po paru zwrotkach gitara zdaje się zgłaszać zdanie odrębne. Narracja przypomina teraz chorobę dwubiegunową – ciepłe frazy i brudne pomyje, proste melodie i zawadiackie zgrzyty. Wydaje się być jednak wyjątkowo stabilna, w pewnym stopniu monotonna, budowana głównie powtarzanymi frazami. Ostatecznie umiera przy dźwiękach piana i echa.

Szalonek! Najpierw brudny tembr smyczka na gryfie kontrabasu, który powtarza frazę i napotyka salwę tutti. Kolejną warstwę repetycji daje delikatnie preparowane piano i znów kontra tutti. Następnie gitara i kolejne instrumenty wchodzą w repetę, a potem ripostują z całym oktetem. Opowieść nabiera bogatych barw, po czym niespodziewanie przepoczwarza się w … jazzowy drive z rytmem i melodią do śpiewania. Ekspresja rośnie w tempie geometrycznym, free jazz staje nam u stóp i bluzga niecenzuralnymi dźwiękami.

Panufnik! Dęciaki szukają zagubionych melodii, elektronika zgrzyta zębami, a cała opowieść łapie post-aylerowską meta balladowość. Wszystko sprawia tu wrażenie, jakby nie stroiło ze sobą, a każdy z osobną zdaje się taplać w psychodelicznym mule. Wolne tempo nie przeszkadza formowaniu się fraz w śnieżne kule hałasu. Owa diabelska kołysanka, może znów dla Rosemary, nabiera syntetycznych barw i łyka kolejne porcje noise’owych pigułek szczęścia. Na koniec można odnieść wrażenie, że każdy akustyczny dźwięk poddawany tu jest elektronicznej transformacji.

Teraz Sikorski! Oto czas ukojenia, celebrowania ciszy! Pogłos bezruchu, małe dźwięki lepiące się w ambient tła. Delikatne, dęte frazy, niczym polne koniki, tajemnicze odgłosy piana, niczym zły sen o poranku. Ciche struny łapiące elektroniczny pogłos. Leniwa, ale pęczniejąca opowieść o umieraniu. Z czasem dźwięki zaczynają rwać się niczym stara taśma magnetofonowa w zepsutym decku.

A na koniec Schaeffer, bo któż by inny! Posmak analogowej elektroniki, swąd przepalonych syntezatorów, tu bogacony dętymi zaśpiewami, pełnymi brudu spod paznokci. Także gitarowe spiętrzenia, wymieszane z syntetycznymi śmieciami i małymi plejadami akustycznych fraz. Niespodzianka goni tu za niespodzianką! A melodia powraca jak zła mantra, znów pachnie upoconym Aylerem. Opowieść, jak i cała płyta, cudownie dogorywa, naprzemiennie sycąc się mrokiem nocy i blaskiem wschodzącego słońca.

 

Marek Pospieszalski Polish Composers Of The 20th Century (Clean Feed Records, 2CD 2022). Marek Pospieszalski – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, klarnet, klarnet basowy, flet, taśma oraz aranżacje, Piotr Chęcki – saksofon tenorowy, Tomasz Dąbrowski – trąbka, Tomasz Sroczyński – altówka, Szymon Mika - gitara elektryczna i akustyczna, Grzegorz Tarwid – fortepian, Max Mucha – kontrabas oraz Qba Janicki - perkusja & soundboard. Dwanaście wariacji na temat kompozycji Zygmunta Krauze, Włodzimierza Kotońskiego, Tadeusza Bairda, Zbigniewa Rudzińskiego, Marka Stachowskiego, Jana Krenza, Kazimierza Serockiego, Romana Palestera, Witolda Szalonka, Andrzeja Panufnika, Tomasza Sikorskiego oraz Bogusława Schaeffera. Nagranie zarejestrowane w krakowskiej Alchemii (lipiec 2021 roku, prawdopodobnie bez udziału publiczności), trwa 112 minut.

 

*) zgodnie z niepisanymi regułami, improwizujących muzyków do 40 roku życia zwykliśmy traktować jako młodzież, ale ... to oczywiście żart

 


piątek, 19 sierpnia 2022

The Rodrigues Family and the fresh fruits: Hunter Underwater! The Sage Flower! Wild Elegy! Quelque chose prie la patience des nuages! Sans oublier les arbres!


Nagrania portugalskiej rodziny Rodrigues (ojca Ernesto, altowiolinisty i syna Guilherme, wiolonczelisty) staramy się na Trybunie śledzić na bieżąco. W czasach wszakże gigantycznej nadprodukcji dźwięków (także tych muzyków), nie możemy zapewnić, iż w tym dziele jesteśmy szczególnie skrupulatni. Bywa, że niektóre tytuły pozostają bez komentarza Pana Redaktora. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego!

Dziś sięgamy po pięć najnowszych pozycji, jakie dostępne są na bandcampie syna (poza jedną pozycją, wszystkie na poręcznych kompaktach, firmowanych oczywiście przez Creative Sources). Na dwóch pierwszych albumach usłyszymy tylko syna, w trzech kolejnych będzie obecny także ojciec. Dodajmy, iż jak na kanony gatunkowe rodziny (minimalistyczna, swobodna improwizacja na instrumenty strunowe z dodatkami) obecny zestaw nowości charakteryzuje się dużym rozstrzałem stylistycznym. Zaczniemy kwartetem … wiolonczeli, potem duet wiolonczeli z gitarą, kwartet z instrumentami blaszanymi, kwintet z klarnetem i fortepianem, wspartymi elektroniką, a na koniec trio z tymże samym klarnetem. Wśród współuczestników improwizowanych sesji m.in. nasi ulubieńcy – Dirk Serries i Matthias Müller!



 

Guilherme Rodrigues, Gábor Hartyáni, Guido Kohn & Hui-Chun Lin  Hunter Underwater

Kühlspot Social Club, Berlin, 14 sierpnia 2021; Guilherme Rodrigues, Gábor Hartyáni, Guido Kohn oraz Hui-Chun Lin – wszyscy wiolonczele. Jedna improwizacja, 34 minuty.

Na starcie spektaklu muzycy rozciągają struny, sprawdzają naciągi smyczków i łypią na siebie spode łba. Leniwie, acz nerwowo przebierając nogami, budują strzępy narracji, zarówno frazami czystymi, jak i zabrudzonymi. Płyną pod prąd niczym zagubieni kameraliści w leśnym gąszczu swobodnej improwizacji. Spory suspens kreowany jest tu przez rozległą plejadę short-cuts, w improwizacji nie brakuje jednak przeciągłych, dłuższych fraz. W tyglu zdarzeń odnajdujemy dźwięki preparowane, dźwięki pełne rzewnej melodyki, te płynące pod górę i te zsuwające się z niej, rozhuśtane i bolesne, zawsze jednak realizowane kolektywnie, na ogół w sposób ekspresyjny – so, what ever you want! Pierwsze zejście w pobliże ciszy ma miejsce już po siódmej minucie. Mroczny post-barok, szorowanie glazury pudeł rezonansowych i martwe oddechy wystudzonych strun. Ale i tu odnotowujemy dużą zmienność akcji, także wątki, które muzycy porzucają już po kilka sekwencjach.

Po raz kolejny mroczny nastrój dopada muzyków w okolicach czternastej minuty. Po niedługiej chwili zaczynają kreować nowy wątek przy samej podłodze, budują uroczą pajęczynę subtelnych, niemal filigranowych dźwięków. Emocje wszakże rosną – ciężki post-barok lepi się tu do akustycznych przesterów. Na scenie cztery wiolonczele, ale metod frazowania naliczylibyśmy tysiące! Wraz z wybiciem dwudziestej czwartej minuty muzycy tłumią się bardziej zdecydowanie, jakby niektórzy z nich zaczynali myśleć o przedwczesnej finalizacji. Beauty game of minimal near silence! Rozhuśtane, lekko upalone frazy serwowane są teraz w formie pytań i odpowiedzi. Z czasem na gryfach wiolonczel pojawia się więcej dźwięków preparowanych. Smyczki schodzą do samej ziemi i budują zmysłowe drony. Samo zakończenie kipi od emocji, jakby koniec spektaklu wcale nie musiał nastąpić wraz z końcem trzydziestej czwartej minuty.



 

Guilherme Rodrigues & Dirk Serries  The Sage Flower

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht/ Bruksela, 13 marca 2022; Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Dirk Serries – gitara (archtop). Jedenaście improwizacji, 44 i pół minuty.

Muzycy przygotowali tu dla nas jedenaście kompaktowych rozmiarów improwizacji. W każdej z nich decydują się na inne techniki wydobywania dźwięku, ale w obrębie tej samej odsłony starają się stosować podobne metody i generować narracje, którym niedaleko do zdarzeń imitacyjnych. W utworach pierwszym i ósmym artyści mają w dłoniach smyczki i budują płynną, na poły ambientową narrację dronową. Niedaleko jest im wtedy do ciszy, a jakość samej ekspozycji karze stawiać te dwie improwizacje na czele orszaku najbardziej udanych momentów nagrania. Z kolei druga, trzecia, piąta i dziewiąta opowieść mają w obie dużo progresywnej mechaniki – uderzania w struny, ich rozciągania, ugniatania i dewastowania, innymi słowy - sprawiania, by dźwięki instrumentów brzmiały nad wyraz boleśnie. Agresywne, kanciaste frazy tworzą tu urokliwy bałagan akustyczny, a nieustanne preparowanie dźwięków budzi niekiedy post-industrialne skojarzenia. Inaczej rzecz się ma w czwartej części – tu króluje minimalizm, cisza i pojedynczy dźwięk, który zawsze jej reakcją na dźwięk partnera.

W szóstej części muzyków rozpiera kameralny temperament. Najpierw głęboko barokowe cello, potem gitara, która efektownie szeleści. W siódmej części pachnie bluesem, który nie znajduje jednak drogi wyjścia. Z kolei w części dziesiątej struny obu instrumentów wydają się być wyjątkowo grube, tłuste, nasiąknięte smarem. Dźwięki nadymają się suchym powietrzem i zaczynają być agresywne. Emocje skaczą teraz ku górze, a pióro recenzenta wraz z nimi. Finałowa narracja winna gasić rozbudzone namiętności i tak dzieje się w rzeczy samej. Muzycy ślą sobie wzajemnie imitacyjne riffy, przedzielane warstwami ciszy. Cello zdaje się bezcześcić idee chamber, gitara bluzga rockowymi smugami cienia.

 


Ernesto Rodrigues, Brad Henkel, Guilherme Rodrigues & Matthias Müller  Wild Elegy (DL)

Berlin, 15 maja 2021; Ernesto Rodrigues – altówka, Brad Henkel – trąbka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Matthias Müller – puzon. Cztery improwizacje, 57 minut.

Blisko godzinny zapis dźwiękowy portugalsko-niemieckiego meetingu, który urokliwie sytuuje strunowe frazy w obliczu blaszanych podmuchów zimnego powietrza, to z pewnością crème de la crème dzisiejszego zestawu nowości. Muzycy w tej konfiguracji spotkają się ze sobą chyba po raz pierwszy, zatem faza inicjacji improwizacji jest dość rozbudowana, a koncentruje się na wnikliwej analizie potencjału i budowaniu narracji z drobnych strzępów fonii. Wspomniana faza nie trwa jednak zbyt długo, albowiem muzycy bardzo szybko znajdują wspólny język i brną do przodu head to head, popadając w całkiem intensywne interakcje. W trakcie rozbudowanej czasowo improwizacji otwarcia flow oczywiście faluje niczym wzburzone fale oceanu, sięga ciszy, by po niedługim czasie grzmieć nerwowymi frazami, ale w każdej z tych inkarnacji artyści plotą niemal wyłącznie doskonałe intrygi. Łączą się w drony, szepczą po kątach, strzygą uszami, ale nie stronią też od śpiewnych potoków dźwiękowych. Na sam finał serwują nam kilka sesji pytań i odpowiedzi, dzięki którym poziom emocji sięga tu realnego nieba.

Druga, najkrótsza odsłona, to garść jakże efektownych drobiazgów. Piękne, szeleszczące drony blaszanych i strunowe zdobienia. Całość narracji zdaje się tu przypominać wielkie crescendo czynione na wydechu i melodyjnie stłumione. Początek kolejnej improwizacji, to niemal wyłącznie bezdźwięczne szumy, kreowane zarówno pracą wentyli, jak i dociskaniem strun do gryfów. Znów sporo tu zabawy z ciszą i kreowania opowieści w najdrobniejszych szczegółach. Z jednej strony wentylowa mechanika, z drugiej small talks strun nie bez śpiewnych ornamentów. Kolektywne riffy i kameralne westchnienia, post-jazzowe nerwy i kilka smukłych dronów. Emocje płyną tu zarówno ze świetnej dramaturgii, jak i perfekcyjnego brzmienia nawet pojedynczych fraz. Czwarta, finałowa opowieść zdaje się kontynuować wspaniałości swych poprzedniczek. Free chamber upside down z incydentalnymi eksplozjami ekspresji. Frazy długie i krótkie, mozolne drony i zwiewne meta melodie. Rozbujana narracja, która mogłaby nie mieć końca. Falowanie i spadanie, trębackie śpiewy i strunowe repetycje.



 

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Bruno Parrinha, Luisa Gonçalves & Carlos Santos  Quelque chose prie la patience des nuages

Beach House, Praia das Maçãs, Colares, 16 stycznia 2022; Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Bruno Parrinha – klarnet basowy, Luisa Gonçalves – fortepian oraz Carlos Santos – elektronika. Dwie improwizacje, 43 i pół minuty.

Stuprocentowo portugalski kwintet zaprasza nas na wyjątkowo minimalistyczną podróż z grubymi plastrami ciszy na ramieniu każdego z artystów. Improwizacja od startu do mety zdaje się tu być lekka jak puch, ale jednocześnie mroczna i tajemnicza. Swoją hiperboliczną nieintensywnością przypomina duetowe medytacje brytyjskiego AMM. Dwa instrumenty strunowe sycą narrację zarówno intrygami, jak i delikatnymi ornamentami, klarnet basowy pozostaje na uboczu i przyjmuje najczęściej rolę komentatora wydarzeń, z kolei elektronika definitywnie koncentruje się na budowaniu tła tej suspended story, w każdym wszakże momencie dostarczając porcję dźwięków idealnie wpasowujących się w akustyczne frazy. Prawdziwą królową tej gry ogłosić trzeba jednak pianistkę, która w minimalistycznym środowisku rodziny Rodrigues czuje się jak ryba w wodzie. Frazuje na miliony sposobów, zawsze idealnie wpisując się w tryb danej fazy improwizacji.

Free chamber wprost z głuchej krypty toczy się tu wyjątkowo spokojnie, by nie rzec leniwie. Każdy dźwięk cedzony jest przez zęby, nic nie dzieje się bez odpowiednich przygotowań, wszystko czynione jest w należytym skupieniu. W połowie każdej z ponad dwudziestominutowych improwizacji muzycy sugerują nam, iż w niedalekiej przyszłości planowana jest intensyfikacja działań dźwiękowych. W pierwszej części na deklaracji się kończy, w drugiej artyści rzeczywiście przez kilka długich chwil zdają się generować swoje dźwięki nieco bardziej energicznie. To swoiste zagęszczenie ściegu idzie na wprost z aktywności Rodriguesów. Powrót do trybu minimalistycznego następuje jednak dość szybko, co stwarza nowe przestrzenie dla rosnącej kreatywności pianistki, która rządzi i dzieli w trakcie ostatnich minut nagrania. Przez moment można odnieść wrażenie, że samo zakończenie spektaklu mgły i ciszy przyniesie nam kilka bardziej ekspresyjnych fraz, ale okazuje się, że to jedynie wiatr hula za oknem.



 

Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues & Bruno Parrinha  Sans oublier les arbres

Porto Côvo, Portugalia, 15 stycznia 2022; Ernesto Rodrigues – altówka, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz Bruno Parrinha – klarnet altowy, klarnet i klarnet basowy. Trzy improwizacje, 37 minut.

Zaprezentowany chwilę wcześniej kwintet kroimy do rozmiarów tria i cofamy się w czasie o … jeden dzień. Dwa instrumenty strunowe i klarnet (w każdej improwizacji inny) prowadzą nas teraz z dala od kompulsywnego minimalizmu edycji kwintetowej, serwując więcej emocji i sprawiając, iż oniryczne wytłumienie mija jak zły sen. Sam początek nie zwiastuje jednak nadmiernych eskalacji, toczy się przy dźwiękach miasta i posuwistych long-cuts każdego z muzyków. Aura zdaje się być dalece mroczna, ale dźwiękowe przebiegi trudno nazwać minimalistycznymi. Kilka melodyjnych fraz, kilka mrugnięć okiem w kierunku ciszy, garść szumów, tudzież drobnych incydentów mechanicznych na gryfach. Narracja zmysłowo się kołysze, a jej pierwsza odsłona umiera przy uroczych, post-barokowych frazach wiolonczeli.

Z kolei druga improwizacja zaczyna się na poziomie ciszy i początkowo klei się z drobnych, niedopowiedzianych fraz. Tym, który stara się tu o należytą dawkę emocji jest zalotny klarnet. Mimowolnie śpiewa, zachęcając strunowce do bardziej melodyjnych wynurzeń. Poziom interakcji rośnie, a każde zadane pytanie może liczyć na wyczerpującą odpowiedź. Opowieść skrzy się brzmieniowymi detalami, a na jej końcu czeka nas jeszcze efektowne spiętrzenie. Ostatnia improwizacja zdaje się być budowana z pewnym zamysłem dramaturgicznym. Subtelne drony (także klarnetu basowego!) i tłuste plastry ciszy. Narracja z mozołem pnie się ku górze i konsumuje wszystkie dźwięki jednym strumieniem fonii. Nim dobije do stacji końcowej podeśle nam jeszcze garść szumów, podmuchów i mikro zdarzeń perkusjonalnych, a także plamy post-baroku i drobne preparacje.



wtorek, 16 sierpnia 2022

Nate Wooley & Columbia Icefield: Ancient Songs of Burlap Heroes!


Amerykański trębacz Nate Wooley, hołubiony na tych łamach od zarania dziejów, powraca z projektem Columbia Icefield, która to inicjatywa kompozytorska po raz pierwszy ujawniona została światu dwa lata temu.

Piszemy projekt, tudzież inicjatywa kompozytorska nie bez przyczyny i nie bez drobnej ironii. Tak się bowiem składa, iż Columbia Icefield, podobnie jak kilka poprzednich formacji trębacza, które bazowały na materiale skomponowanym, niesie ze sobą typowe cechy dla tego typu przedsięwzięć artystycznych Wooleya. Zatem dużą skłonność do bardzo precyzyjnego planowania przebiegu nagrania, ale także pewien dar do przesładzania opowieści i delikatnego przynudzania. Z drugiej strony kwartet CI zdaje się posiadać wyjątkowy potencjał instrumentalny (dwie gitary, amplifikowana trąbka i na poły rockowy drumming), zdolny do czynienia rzeczy naprawdę wielkich. Szczęśliwie bywa on dobrze wykorzystywany w wielu momentach nagrania. Reasumując - pomimo pewnych ambiwalencji, drugi album Columbia Icefield definitywnie polecamy i za moment będziemy go szczegółowo analizować.

Sama idea tego muzykowania ma w sobie dużo treści pozadźwiękowych. Jest z jednej strony próbą czerpania inspiracji z kultury Szwecji (kraju pochodzenia matki artysty), z drugiej zaś jest produktem dalece ekologicznym, którego celem jest permanentne kierowanie naszej uwagi na problemy tego świata właśnie w takiej płaszczyźnie (zauważmy, iż z konopią w tytule samego albumu!). Zainteresowanych szczegółami odsyłamy do opisu albumu, tudzież pokaźnego zestawu fotografii, jakie zdobią booklet dołączony do kompaktowej edycji płyty.

Dodajmy jeszcze, iż blisko godzinne nagranie jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, składa się z czterech drobnych odcinków bez tytułów (utwory nieparzyste) i trzech zasadniczych, kilkunastominutowych opowieści z tytułami (utwory parzyste). 



 

Początek nagrania, to kilkuminutowa introdukcja, która zdaje się być samotną pracą trąbki z amplifikatorem, przypominająca szum morskich fal. Nagranie właściwe zaczyna się już w części drugiej, budowanej skrupulatnie i udanie wspinającej się na dość efektowny szczyt, który śmiało możemy nazwać jednym z najciekawszych fragmentów płyty. Obie gitary frazują bardzo spokojnie, pracują perkusyjne talerze, a trąbka szumi na potęgę. Całość przypomina broken ballad, która zaczyna obudowywać się coraz bardziej ekspresyjnymi dźwiękami, aż do momentu osiągnięcia zapowiadanej wcześniej kulminacji. Sygnał do delikatnego hamowania daje tu sama trąbka, która z pozycji wichrzyciela przechodzi w łagodny, śpiewny flow. Dokładnie w tym momencie nagrania pojawia się altówka (pierwszy gość nas płycie), która nieznacznie zabrudzonym tembrem zaczyna siać niepokój narracyjny. Dalsza faza kompozycji nie ma jednoznacznego kierunku. Przypomina huśtawkę, kołysaną podmuchami wiatru. Trzeci utwór jest de facto finalizacją części drugiej i ostatecznie ginie w odgłosach przypominających szmer nadbrzeża portowego.

Część czwarta, a druga zasadnicza, rodzi się z ciszy, podobnie jak cały album. Spokojne, na poły balladowe frazowanie w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Po około dwóch minutach napotykamy jednak na pauzę i budowanie narracji zaczyna się od nowa. Tu w roli głównej pedal steel guitar, która nie dość, że zawiązuje narrację, to jeszcze efektownie przechodzi do fazy ekspozycji solowej (z uroczym posmakiem psychodelii!), a potem, już w dalszej, dość swobodnej części, zdaje się być najważniejszym uczestnikiem improwizacji. Po niedługim czasie narracja przez moment staje na rozdrożu (słodka trąbka na niewiele pozwala), szczęśliwie jednak do gry włącza się bas elektryczny (drugi gość na płycie!) i wrzuca do tygla wystudzonych emocji niemal rockowy drive. Mimo, iż reszta załogi zdaje się skupiać na wyśpiewywaniu zadanego tematu kompozycji (choć nie wprost), to całość opowieści budzi już większe emocje, dodatkowo udanie stylizując się na fussion-jazzową piękność nocy. Świetną ekspozycję serwuje nam tu trębacz, a zaraz po nim basista. Powrót śpiewnego tembru trąbki znów czyni na scenie duże porządki, a kompozycja ostatecznie wygasa w części … piątej, która jest owym kolejnym, nieparzystym interludium, a zdobi ją szmer leśnego strumyka.

Początek szóstej kompozycji spoczywa na barkach delikatnie frazującej trąbki i gitary. Pogłos, szum wody i perkusyjne talerze stanowią tło. Narracja dzieli się tu na kilka faz. Najpierw mamy zmysłowe, trębackie solo, potem trio bez trąbki, które wrzuca intrygujący tryb dość swobodnej improwizacji, czynionej na ciekawej dynamice, wreszcie powrót trąbki, która znów stara się łagodzić obyczaje. Tymczasem reszta załogi zgłasza zdania odrębne i ciekawie fermentuje. Emocje buzują teraz na delikatnie zaciągniętym hamulcu ręcznym, rozkołysane śpiewem, tudzież kolejnymi smaczkami fussion. Kompozycja finalizuje się w części kolejnej, która przy okazji jest ostatnią opowieścią tego wieczoru. Mocno przesłodzona, arbitralnie wystudiowana, ginie w szumie fal. Partycja intrygujących szumów (trąbki, samej amplifikacji?) trwa tu ponad trzy minuty i zdaje się być z czasem delikatnie dekonstruowana, smakuje niczym wirus cywilizacji, który trawi piękno natury.

 

Columbia Icefield Ancient Songs of Burlap Heroes (Pyroclastic Records, CD 2022). Mary Halvorson – gitara, Susan Alcorn - pedal steel guitar, Ryan Sawyer – perkusja, Mat Maneri – altówka (utwór 2), Trevor Dunn – bas elektryczny (utwór 4, a także 5) oraz Nate Wooley – trąbka i amplifikator, kompozycje. Nagrane w Oktaven Audio, 14-15 października, 2021. Siedem kompozycji, łączny czas - 56:40.

 

 

piątek, 12 sierpnia 2022

Éric Normand & Tour de Bras: Unbelievably Late! Grace! Attrape-mouches! Rose Drummond!


Wizyta kanadyjskiej orkiestry Le GGRIL była z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń tegorocznej, improwizowanej wiosny, przynajmniej z perspektywy redakcji. Wciąż żyjemy tym wspaniałym koncertem i coraz chętniej zaglądamy do … katalogu rodzimej wytwórni orkiestry, czyli Tour de Bras. Oczywiście czyniliśmy to już wcześniej, ale od pewnego majowego czwartku robimy to z jeszcze większym entuzjazmem.

Dziś zapraszamy na spotkanie z czterema tegorocznymi nowościami labelu, z których dwie mają swoją premierę dopiero we wrześniu, a dwie pozostałe są już z nami od dłuższego czasu. Na albumach znajdujemy nade wszystko szefa labelu i orkiestry, basistę Érica Normanda, ale także Jeana Derome’a, muzyka, którego nagrania śledzimy od lat i po prawdzie dekadę lub dwie temu był on jedynym dobrze rozpoznawalnym muzykiem z Québecu w naszej części świata. Na nowych płytach dostrzegamy także dane personalne innych członków Le GGRIL, zatem radość z odsłuchu towarzyszy nam nieprzerwanie. Dodajmy, iż jak do tej pory tylko jeden album jest dostępny w formacie CD, ale niewykluczone, iż pozostałe także doczekają się fizycznych nośników. Wszystkie są w każdym razie osiągalne na bandcampowej stronie wydawnictwa.

So, welcome to Free Québec!

 


Éric Normand & Franz Hautzinger  Unbelievably Late

Różne lokalizacje, okazjonalne spotkania (?) w latach 2020-2021; Franz Hautzinger – amplifikowana trąbka oraz Éric Normand – bas elektryczny i inne urządzenia (oryginalny opis francuski: motors). Sześć improwizacji, 38 minut z sekundami.

Kanadyjski basista i szwajcarski trębacz spotkali się w swoim artystycznym życiu niejednokrotnie, ale w formule duetu zdają się czynić to po raz pierwszy, innymi słowy – niewyobrażalnie późno. Album zlepiony jest z wielu fragmentów, charakteryzuje się pewną covidową enigmatycznością (po prawdzie nie wiemy, czy muzycy nagrywali te dźwięki niezalenie od siebie, czy jednak face to face). Efekt w każdym razie cieszy ucho, skrzy się mnóstwem bystrych, preparowanych fraz, nie stroni od pick-up’owych, tudzież post-industrialnych dekonstrukcji. Improwizacja nieoczywista, tajemnicza, incydentalnie odrobinę challangowa, ale tylko dla mniej wprawionych słuchaczy.

Na starcie słyszymy pasmo basowego ambientu i szorstkie westchnienia trąbki na delikatnym pogłosie. Basista podrzuca nam mnóstwo ciekawostek, trębacz stawia raczej na sprawdzone patenty. W kolejnej narracji muzycy nie zmieniają metod pracy, ale intrygująco zbliżają się do okolic ciszy. Mamy garść mikro sprzężeń, leniwe drony trąbki. Owa niedynamiczna wymiana poglądów z czasem nabiera pewnej meta intensywności, szumi niczym zeschłe powietrze znad oceanu. Pojawia się nawet enigmatyczna linia melodyczna, smutna, jakby żałobna. W trzeciej opowieści muzycy podsyłają nam jeszcze więcej preparowanych subtelności – szumią, zgrzytają zębami, szeleszczą, z trudem łapią oddech. Przez moment mamy wrażenie, że przesypują piasek w klepsydrze. Być może na gryfie basu pojawia się smyczek. Trębacz buduje z małych elementów, ale zdaje się być bardziej ekspansywny od partnera. Ciągnie akcję ku górze, podczas gdy basista stawia na repetycje, a potem akcenty post-perkusyjne.

W czwartej improwizacji, mimo natłoku tajemniczych i nie do końca rozpoznawalnych fraz, słyszymy wreszcie typowy dźwięk strun basowych. Trąbka tymczasem szumi i czeka na przebieg zdarzeń. Opowieść nabiera delikatnych, post-industrialnych barw – bas dudni, blaszak rysuje filigranowe bohomazy. Kolejna historia ma tempo pogrzebowe, mimo, iż bas sugeruje drobną linię melodyczną. Trąbka śpiewa półgębkiem, szumi i pachnie wczorajszym jazzem. Całość przypomina znudzony poranek na francuskiej rivierze. Z kolei narracja końcowa zdaje się być repryzą pierwszej improwizacji. Pasaże ambientu, prychania i skwierczenia trębackich wentyli. Prąd basu miesza się tu z wiatrem trąbki, w oczekiwaniu na ciszę zakończenia.

 


Lori Freedman & Guylaine Cosseron  Grace

Okoliczności koncertowe, czasy pandemiczne, francuski Le Havre; Lori Freedman – klarnety oraz Guylaine Cosseron – głos. Osiem improwizacji, 40 i pół minuty.

Doprawdy niesamowity jest ów koncert, wedle słów wydawcy poczyniony dla publiczności … trzyosobowej. Temperamentni artyści, pełni brawury, świetnie ze sobą skomunikowani tkają narrację zarówno z drobiazgów, jak i grubo ciosanych kamieni. Ich improwizacja często jest imitacyjna, zawsze niebywale spójna, jakby płynęła wyłącznie z jednego ośrodka dowodzenia. Ekspresyjny głos kobiecy i równie szalony klarnet. Wstyd byłoby ten album przegapić!

No, a ten głos! Rzęzi, jęczy, burczy, prycha i syczy, zdaje się być równie wulgarny, jak czuły, na pewno zawadiacki i z szelmowskim uśmiechem od ucha do ucha! Preparowane frazy klarnetu pasują do niego niemal idealnie. Narracja pozornie głośna, ale za moment cicha, zadziorna, ale jakby cierpiętnicza. Na finał pieśni otwarcia brzmi niczym dwa upalone klarnety w locie opadającym. Zaraz potem oddechy wykrztuśne i kocie mruczenie. Zalotny klarnet wpada w taniec węża i oplata ofiarę. W trzeciej części wokalistka odmienia zet z kropką przez francuskie przypadki. Preparowane ćwierć dźwięki klarnetu komentują, a ekspresja całości lewituje. Złowrogie, poranne modlitwy i klarnetowe śpiewy wieczorową porą. I jeszcze ptasie imitacje, poprzedzone krzykami, gwizdami i prychaniami. Usta i klarnetowy ustnik, its the name of the game!

Piąta narracja, to plejada odgłosów fizjologicznych! Bezczelny beat box toczy tu boje z subtelnymi preparacjami. Szósta improwizacja stawia na drobiazgi i wydaje się być budowana niezwykle cierpliwie, jak na kanony tego albumu. Krótkie i długie frazy, leśne nawoływania i zwierzęce imitacje. W części siódmej same literówki. Wokalistka wspina się na szczyt swoich niebotycznych możliwości – rzęzi jak gruźliczka, wibruje niczym stado wysterydowanych mew. Klarnet zanosi się śmiechem, droczy jak sroczka. Imitacje, podskoki, konfabulacje – wszystko zdaje się tu być pokomplikowane niczym polskie znaki diakrytyczne. Gramatyka wszakże zwycięża, muzyka także! W tubie klarnetu wrze, a struny głosowe kreują miłosne alianse. Na zakończenie zgrzyty i chrobotanie. Gardło i tuba klarnetu preparują frazę za frazą. Wysokie, kocie loty, chwila separatywnych fraz i finałowy powrót do jednego strumienia emocji. Big moment!

 


Dionée  Attrape-mouches

Miejsce powstania nagrania nieznane, wiemy jedynie kiedy - od maja do października 2021 roku; Clarisse Bériault – obój, bas akustyczny i elektronika, Robin Servant – akordeon i elektronika oraz Éric Normand – bas elektryczny i elektronika. Siedem improwizacji, około 40 minut.

Na nagraniu zatytułowanym Lep na muchy napotykamy na samo serce orkiestry Le GGRiL – obój, akordeon i mięsisty bas z niemałym prądem. Artyści proponują nam tu gęste, jakże swobodne, elektroakustyczne improwizacje, którym czasami naprawdę blisko do najlepszych wzorców gatunku (choćby wtedy, gdy frazowanie oboju zbliża się do estetyki sopranu Trevor Wattsa!), bywa jednak i tak, że narracja ucieka w plątaninę kabli i zwoje syntetyki. Wszakże i tu wszystko kończy się bardzo szczęśliwie!

Gra wstępna zgodnie z regułami swobodnej improwizacji – krótkie frazy, drobne preparacje, minimalistyczny bas i zadumany akordeon. Od początku także stałe porcje fake sounds, które nie są jedynie efektem działania rozbudowanej elektroniki, jaka towarzyszy każdemu z artystów. W tle nieprzerwana plejada zniekształceń płynących z używania gitarowych przetworników. Pierwsza, rwana i jakże szarpana narracja uroczo kieruje nasze skojarzenia nawet ku epokowemu SME. Druga opowieść, budowana bardziej cierpliwie, jest mroczna i wycofana, niepozbawiona czystszych dźwięków. Improwizacja momentami prowadzona jest tu w trybie call & responce! Bas rzęzi, permanentnie fermentuje, reszta zaś załogi kwili niczym drobne ptaszęta. Trzecią opowieść kreuje dysonans. Elektroakustyczne sprzężenia i akustyczne śmieciowisko. Jakbyśmy słyszeli smyczek, jakbyśmy tonęli w obłokach gęstego szumu. Z jednej strony żywe struny basu, z drugiej mała, elektroniczna plądrofonia.

Czwarta opowieść dostarcza kolejnych niezapomnianych wrażeń. Z jednej strony dość oniryczna aura, z drugiej sporo hałaśliwych fraz, pomimo aktywnej postawy dość delikatnego oboju. Muzycy stawiają tu na dłuższe, bardziej wystudiowane narracje. W kolejnej historii część instrumentów piszczy, część szuka swej perkusjonalnej powłoki. Improwizacja powraca do rwanych, zdekonstruowanych struktur. Świetne chwile zapewnia nam obój, choć towarzysząca mu chmura elektroniki nie jest do nas przyjaźnie nastawiona. W szóstej opowieści znów dłuższe, chwilami wręcz ambientowe frazy. Trochę tajemniczych dźwięków i obój, który karze na siebie długo czekać. Bas nieustannie mąci flow, a niegłupia elektronika zaczyna się eskalować. Na drobny szczyt wspina się także akordeon. Końcowa improwizacja, to subtelne drobny i dogasające promyczki narracji. Słyszymy dźwięki kontrabasu, ale może nam się tylko wydaje, albowiem pomruk elektronarzędzi czyni krecią robotę.

 


Jean Derome  Rose Drummond

Coopérative de solidarité Paradis de Rimouski, Quebec, 22-26 czerwca 2021 roku: Jean Derome – głos, saksofon altowy, obiekty, przestarzała trąbka basowa, syntezator, automatyczna sekretarka, kompozycje, Joane Hétu – saksofon altowy, głos i obiekty, Alexandre Robichaud – trąbka, głos i obiekty, Robin Servant – akordeon, głos i obiekty, Tom Jacques – wibrafon, instrumenty perkusyjne i głos, Robert Bastien – gitara elektryczna, obiekty i głos, Éric Normand – bas elektryczny, tenorowe banjo i głos oraz Michel F Côté – perkusja, głos i efekty. Piętnaście utworów, blisko godzina zegarowa muzyki.

Na albumie stanowiącym żywy hołd dla wielkiej kanadyjskiej artystki Rose Drummond znajdujemy kolekcję gotowych i absurdalnych piosenek, które powstały w trakcie całej muzycznej kariery Jeana Derome'a. W składzie zaś oktetu kolejnych muzyków naszej ulubionej orkiestry zza wielkiej wody. Płyta jest naprawdę piosenkowa, rubaszna, trochę slapstickowa, z pewnością mogłaby stanowić soundtrack do francuskiego, nieco surrealistycznego kina, jakie znamy choćby z drugiej połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Wszakże opowieść nie pozbawiona jest elementów, które na tych łamach szczególnie kochamy, czyli improwizacji i plejad dziwnych, zniekształconych dźwięków.

Pierwsza odsłona albumu, to leniwe frazy gitary, kabaretowy tekst recytowany po angielsku, któremu towarzyszy śpiew … po francusku i całe mnóstwo rubasznych dźwięków. Utwór dostaje operetkowy rytm na dwa i możemy śmiało ruszyć do tańca. Kolejny zdaje się być repryzą początku, tworzoną wyłącznie przy użyciu zabawek dźwiękowych. Trzecia piosenka także ma rytm, jest bogato instrumentalizowana, pachnie pokrętnym szaleństwem godnym Johna Zorna i szczyptą surrealizmu. Świetnie nabiera tempa i stymuluje emocje. Czwarta część, to walczyk budowany akordeonem i słownymi wyliczankami, zaś piąty to zabawy fonetyczne samymi głosami. W kolejnych utworach prym wiodą saksofony, wibrafon i akordeon – wszystko zaś zdobione jest tu wokalnymi popisami, niczym z konkursów piosenki autorskiej.

W ósmej części znów prym wokalu, a tło dętych jedynie w roli ornamentu. Kolejna część zdaje się być dobrze ułożoną piosenką z drive’em godnym nowojorskich the B-52’s sprzed czterdziestu lat. Ostra zabawa! W kolejnych częściach dużo akcentów percussion, pijana gitara i śpiewy przy rozlanym piwie. Nowe zabawki w akcji i dużo kabaretu na dalszym planie. Ostatnie trzy piosenki do tego tygla emocji i nadprodukcji pomysłów dramaturgicznych dodają jeszcze dużo dynamiki, mocy gitar i niemal wodewilowego rozmachu. Znów czujemy się jak w operetce, gdzie piękne kobiety tańczą widowiskowego kankana. Dla poszukujących silniejszych wrażeń kilka udanych wypadów wokalnych i saksofonowe improwizacje!  



 

wtorek, 9 sierpnia 2022

Mikołaj Trzaska, Petr Vrba, Mark Tokar & Balázs Pándi at Malá Pardubická!


Free jazzowa grupa wyszehradzka? No, prawie! Polak, Czech, Ukrainiec i Węgier zebrali się ubiegłej jesieni na dwa dni w czeskich Pardubicach i zgodnie z tamtejszą tradycją końskich gonitw nieźle sobie pokłusowali!

Muzycy nagrali całe mnóstwo bystrych dźwięków (zapewne więcej niż dwie godziny!), a potem do dzieła przystąpił dzielny wydawca krajowy, który z tego obszernego materiału wykroił (czasami dosłownie!) ponadgodzinny dysk kompaktowy, regularnego, dwunastocalowego winyla, a dla szczególnie potrzebujących także singla siedmiocalowego i pięciocalowego!

Dziś skupimy się na edycji kompaktowej, ale podkreślamy już na wejściu, iż z całą pewnością warto posiadać wszystko, co powstało w trakcie sesji nagraniowej! Powodów jest wiele, nie są one bynajmniej geopolityczne, tudzież antywojenne. Malá Pardubická, to nade wszystko wyśmienite, free jazzowe mięcho, do tego w wielu fragmentach bardziej niż oryginalnie podane.

Pardubickie dokonania kwartetu można śmiało podzielić na pewne podgrupy stylistyczne. Mamy zatem pakiet ognistego free jazzu na saksofon, trąbkę i masywną, tłustą sekcję rytmu, mamy niemniej obfity worek muzyki nieco stonowanej, poszukującej innych emocji, bazującej na brzmieniu temperamentnego klarnetu basowego i rozsądnie dawkowanej elektroniki, nierzadko z ambientowym posmakiem (także popartej fantastyczną robotą kontrabasu i perkusji), wreszcie utwory łączące wspomniane wyżej wątki, wyjątkowo udanie asymilujące akustyczne frazy z delikatnym, elektronicznym tłem. Innymi słowy – dla każdego coś miłego!

 


Pierwsze utwory albumu zdają się łagodnie wprowadzać nas do obiecanego piekła. Soczysty, twardy kontrabas, mglista perkusja, preparująca trąbka i podekscytowany klarnet basowy. Muzyka przypomina chłodny wiatr od północy, który dobrze wentyluje upalne powietrze środka lata. Mała elektronika kreuje strugi post-oniryzmu, a rozśpiewany alt nieśmiało zaprasza do zabawy. Ta ostatnia na dobre zaczyna się w drugiej fazie trzeciej improwizacji. Narracja wydaje się leniwa i ulotna, by w ułamku sekundy stać się gęstą i niezwykle masywną. Z jednej strony subtelności elektroniki i kontrabasowego smyczka, z drugiej siła wyrazu drummingu i gotowych na wszystko dęciaków. Czwarta historia, to urokliwe small talks, znów z klarnetem i wyjątkowo wesołą trąbką. Sekcja rytmu stawia zasieki i dobrze dba o nasze emocje. W kolejnej części masywności działań kontrabasu i perkusji sprzyja ognisty alt, który ciągnie narrację wysokim wzgórzem. Z kolei szósta część przypomina pokraczną balladę, pełną niuansów brzmieniowych i niemal modelowej koegzystencji saksofonu i smyczka.

Począwszy od siódmej historii mamy wrażenie, iż muzycy włączają free jazzowy tryb. Oczywiście znów nie robią tego od razu, trochę się z nami droczą, preparują dźwięki, grają leniwe introdukcje, ale jak już dają sygnał do ataku, z pewnością nie planują brać jeńców. W kolejnej części scenariusz wydaje się podobny. Trochę brudnych fraz i sygnał do dynamicznej akcji wprost z żelaznego gryfu kontrabsu i metalowej glazury werbla. Kwartet płynie free jazzem na alt, trąbkę, zamaszyste pizzicato i huraganowy drumming.

Sytuacja zmienia się dość zasadniczo począwszy od dziesiątego epizodu. Dwie kolejne improwizacje brzmią niczym dwa tejki tej samej narracji. Elektroniczny ambient, basowe drony i flażolety. W obu przypadkach narracja intrygująco zagęszcza ścieg i śle nam efektowne pozdrowienia, a zadania (milczącej) trąbki przyjmuje coraz aktywniejsza elektronika. Druga z bliźniaczych improwizacji ma tzw. ciąg dalszy. Po ułamku sekundy zawahania kwartet rusza w bój niesiony altowym zaśpiewem. Nie bez winy są tu także rozkołysane bębny! Kolejne dwie improwizacje kontynuują wątki dęto-elektroniczne. Trąbka obrasta kurzem, a muzycy raz za razem zaskakują nas fakturą dźwięków, czy też zmianami dramaturgii. Swoje dokłada tu dawno niesłyszany klarnet basowy. W trzynastej improwizacji dużo dysonansu - smyczek i saksofon, ale i masywne uderzenia po gryfie kontrabasu, werblu i tomach.

Przedostatnia improwizacja znów zaczyna się ambientem i basowymi zdobieniami, ale rozwija się inaczej niż jej poprzedniczki. Przede wszystkim wraca trąbka i to jest powrót niemalże tryumfalny! Gada z klarnetem i wiedzie opowieść intrygującymi zakamarkami. Finałowa część nie wycisza naszych emocji, ale wręcz je stymuluje. Kwartet wraca na free jazzowe ścieżki, które zdążyliśmy polubić w środkowej części płyty. Nim jednak nastąpi eksplozja, na starcie znów dostajemy porcję wykwintnych preparacji altu i trąbki. W tle snuje się elektronika, passing perkusji koncentruje się na talerzach, a dół basu łypie okiem, po czym bez zbędnej zwłoki podrywa wszystkich do tanga. Free Jazz Quartet still lives!

 

Mikołaj Trzaska, Petr Vrba, Mark Tokar, Balázs Pándi Malá Pardubická Vol. 4 (Gusstaff Records, CD 2022). Mikołaj Trzaska – saksofon altowy, klarnet basowy, Petr Vrba – trąbka, elektronika, Mark Tokar – kontrabas oraz Balázs Pándi – perkusja, instrumenty perkusyjne *). Nagrania zarejestrowano pod adresem Divadlo 29, w czeskich Pardubicach, w dniach 26 i 27 listopada 2021 roku. Płyta CD zawiera 15 improwizacji, które trwają łącznie 66 minut i 8 sekund. Na trzech edycjach winylowych (Vol. 1 - 12”, Vol. 2 - 5” oraz Vol. 3 - 7”) opublikowano kolejnych 14 improwizacji, nie były one jednak przedmiotem niniejszej recenzji.

 

*) opis instrumentalny został poszerzony w stosunku do albumowego credits, gdyż wedle tego, co słyszy recenzent, do generowania dźwięków w trakcie dwóch dni nagraniowych użyto większej liczby akcesoriów muzycznych niż wskazano na okładce płyty.



 

piątek, 5 sierpnia 2022

AMM! A short update to the neverending story!


Trybuna Muzyki Spontanicznej melduje się po gorących, katalońskich wakacjach, w pełnej gotowości do pracy twórczej, ale jeszcze z dalece zaawansowanym rozwichrzeniem, typowym dla okresów adaptacyjnych. Zatem dziś bez tekstów opisujących świeżutkie nowości na scenie muzyki improwizowanej, ale z ważnymi informacjami dotyczącymi jednej z najznamienitszych (jednej z dwóch!) formacji gatunku, jedynej w swoim rodzaju, czyli AMM!

Psychofani grupy zapewne doskonale wiedzą, iż w czerwcu bieżącego roku jeden z ojców założycieli formacji – Eddie Prevost – obchodził 80. urodziny. Same obchody w stolicy Zjednoczonego Królestwa Improwizacji nie były specjalne huczne, ale jeden epizod skutecznie przykuł naszą uwagę. W minioną bowiem sobotę, w niepowtarzalnej Cafe Oto, odbył się koncert grupy, który w komentarzach podawanych nie wprost, określony został jako … ostatni koncert grupy (dodajmy, iż AMM w tym roku świętuje swoje … 56 urodziny!). Nie wiemy do końca, czy to prawda (bo jakoś nie chce się wierzyć), a przy nadziei trzyma nas fakt, iż koncert odbył się jedynie w składzie dwuosobowym (był Keith Rowe, zabrakło Johna Tilbury’ego, który się pochorował, mamy nadzieję, iż nienazbyt poważnie). Zatem niewątpliwie znajdzie się jeszcze powód, by ów naprawdę ostatni koncert zagrać pełnym, trzyosobowym składem. Niemniej tekst, do którego link zamieszczamy na końcu tekstu nazwany został The Last Of AMM *). Dodajmy jeszcze jeden istotny fakt do naszego dzisiejszego update’u. Jeden z wiosennych numerów magazynu The Wire poświęca aż osiem stron rozmowie z trójką współczesnych muzyków AMM, kreśląc ciekawie view i przypominając przy tej okazji najbardziej współczesne nagrania muzyków, nie tylko pod szyldem AMM.



 

Wspomniany wyżej pełny skład, jak doskonale wiemy, to określenie dalece nieprecyzyjne na przestrzeni ponad półwiecznej działalności formacji. Zatem dla przypomnienia, dumną historię AMM na ogół dzielimy na tzw. okres intelektualnej burzy i naporu, tudzież ciągłych zmian personalnych (lata 1966-1981; długo odkładany opis tej części obiecujemy pod koniec bieżącego roku!), bujne ćwierćwiecze w składzie trzyosobowym (1981-2004; Tilbury, Rowe & Prevost - opisane i zapieczętowane na tych łamach dwa lata temu**), wreszcie okres duetowy, który przypada na lata nam najwspółcześniejsze (Tilbury & Prevost - z tekstem z roku 2017 ***). Wiemy też doskonale, iż w okresie ostatnich 6-7 lat Rowe raz za razem powraca do grupy i ta znów koncertuje w składzie trzyosobowym ****). Zauważmy jednak, iż ostatnia jak do tej pory płyta AMM nagrana została w duecie *****). Linkowy podręcznik na końcu tekstu.

Opisując dwa lata temu owe trzyosobowe ćwierćwiecze na samym końcu tekstu zaznaczyliśmy kilka płyt, do których nie dało nam się wówczas dotrzeć. Pośród nich był pewien japoński koncert z samego środka zabawnych lat 90. ubiegłego stulecia. Z radością pragniemy donieść, iż redakcja jest wreszcie w posiadaniu tego albumu (podziękowania dla Krzysztofa!) i teraz z jeszcze większą radością podzieli się wrażeniami z jego odsłuchu.



Koncert w Fukayi, jak to zwykle w przypadku AMM, zaczyna się i kończy w zupełnej ciszy. Pomiędzy jednak głuchym początkiem, a długotrwałą ciszą oczekiwania na oklaski dzieje się naprawdę dużo, zwłaszcza, jak na kanony grupy. Po prawdzie już na wstępie uznać należałoby, iż From A Strange Place, to jedna z najlepszych produkcji pod szyldem AMM. Muzycy definitywnie dobrze czują się na scenie, świetnie ze sobą kooperują (co jak wiemy, nie jest regułą żadnego okresu w dziejach AMM), a nade wszystko wydają się być tego październikowego wieczoru 27 lat temu wyjątkowo aktywni, generujący doprawdy dużo dźwięków w jednostce czasu. Już w okolicach 10 minuty mamy pierwsze istotne spiętrzenie dramaturgiczne. Tilbury snuje efektowne, gęste, usiane zaczepkami pasaże post-classic, Prevost zdaje się używać nie tylko percussion, ale także bardziej rozbudowanego zestawu perkusyjnego (słyszymy moc talerzy, tomy, bęben basowy i wyjątkowo wygimnastykowany werbel!), wreszcie Rowe, który z jednej strony sięga po gitarową moc silnie naelektryzowanych preparacji (aż po granice noise), z drugiej strony pławi się w subtelnościach post-ambientu, tudzież korzysta z nieskończonych zasobów sampli, w których doborze jest tego wieczoru nad wyraz subtelny i strukturalnie poukładany. Podobne spiętrzenie czeka nas w okolicach 50 minuty. Sama zaś środkowa część koncertu jest umiarkowanie spokojna, wręcz oniryczna, usiana mikro zdarzeniami, bystrymi reakcjami i wzajemnymi prowokacjami artystycznymi. Muzycy bardzo chętnie eksperymentują tu z ciszą, w samym środku koncertu osiągając nawet jej pełnię. Wracają do gry plejadami mikro preparacji (także Tilbury!), budują nowe narracje pełni skrupulatności i pieczołowitości.

Jeśli w tej ekstremalnie demokratycznej grze mielibyśmy szukać przodownika stada, to byłby nim dość niespodziewanie pianista, który często przyjmuje na siebie rolę siejącego intrygi i prowokującego kolegów do interakcji. Po drugiej stronie tej barykady Rowe, który zdaje się jak zwykle żyć swoim życiem, ale mimo wszystko wyjątkowo czujnie reagujący na to, co dzieje się na scenie. Z kolei niezwykle aktywny Prevost nie koncertuje się na rezonansie wielkiego talerza, ale buduje rozbudowane, chwilami free jazzowe narracje. So, suprice by suprice!

Zgodnie z tym, co napisaliśmy na początku, końcówka koncertu tonie w ciszy, stąpa po jej gęstym błocie. Prevost już tylko drży, Tilbury snuje filigranowe frazy, a Rowe minimalistycznie tańczy na radiowej skali. Długie frazy oczekujące na ostatni dźwięk. I jak zwykle po nim, długa cisza oczekiwania na oklaski. Wszak początek i koniec koncertu w przypadku AMM, to pojęcia niezwykle ulotne.

 

AMM From A Strange Place (Dedicated To The Tokuoka Family). John Tilbury – fortepian, Keith Rowe – gitara preparowana, elektronika, Eddie Prevost – instrumenty perkusyjne. Koncert zarejestrowany w miejscu zwanym The Egg Farm (Fukaya, Japonia), 22 października 1995 roku. Wydawcą albumu jest P.S.F. Records (CD, 1996) - jedna improwizacja, czas trwania - 68:20.

 

*) https://thebluemoment.com/

**) http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/09/amm-amazing-mostly-magnificent-from.html

***) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/02/amm-dekada-dwuosobowa-tylko-do-uzytku.html

****) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2018/08/amm-unintented-trio-legacy.html https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/07/amm-so-until-next-time.html

*****) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/amm-in-museu-industrial-da-baia-do-tejo.html