Pokrewne Namiętności i inne archiwalia

sobota, 31 grudnia 2022

50 Reasons to Remember The Year 2022! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2022!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań! 



 

 Amidea Clotet  Trasluz

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/the-relative-pitch-and-august-fresh.html

Artur Majewski/ Vasco Trilla  The End Of Something

(not reviewed yet)

„A” Trio  Folk

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/a-trio-goes-into-folk-dance.html

Biliana Voutchkova & Tomeka Reid  Bricolage III

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-relative-pitch-fresh-stuff.html

Biliana Voutchkova & Susana Santos Silva  Bagra

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/biliana-voutchkova-duos2022-susana.html

Colin Webster/ Dirk Serries/ Emilie Škrijelj/ Martina Verhoeven/ Tom Malmendier  Oud Klooster

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/oud-klooster-and-driven-in-paradox-two.html

Christian Marien  Solo The Sun Has Set, the Drums Are Beating

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/christian-marien-sun-has-set-drums-are.html

Daunik Lazro/ Jouk Minor/ Thierry Madiot/ David Chiésa/ Louis-Michel Marion  Sonoris Causa

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/lazro-minor-madiot-chiesa-and-marion-in.html

Dead Neanderthals  Metal

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-december-round-up-dead-neanderthals.html

Deric Dickens, Erica Dicker & Eli Wallace  The Light Only Comes Sometimes

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/dickens-dicker-wallace-light-only-comes.html

Don Malfon/ Florian Stoffner/ Vasco Trilla  A Tiny Bell and Its Restless Friends

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-free-iberian-stories-continuation.html

Eli Wallace  Pieces & Interludes

(not reviewed yet)

Ensemble Icosikaihenagone  Volumes II - Fiction Musicale et Chorégraphique - Création pour Grand Orchestre et Corps Actants

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/benjamin-duboc-ensemble.html

Ernesto Rodrigues, Brad Henkel, Guilherme Rodrigues & Matthias Müller  Wild Elegy

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/the-rodrigues-family-and-fresh-fruits.html

Evan Parker X-Jazz Ensemble  A Schist Story

(not reviewed yet)

Guilherme Rodrigues/ Anna Jędrzejewska/ Marcelo Dos Reis/ Witold Oleszak/ Paweł Doskocz/ Michał Giżycki/ Ostap Mańko/ Wojtek Kurek  Spontaneous Live Series 009: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Iris Ederer/ NO Moore/ Eddie Prevost  Traktor

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/traktor-by-ederer-moore-and-prevost.html

Isysxae  Hyper Nature

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/known-detractors-isysxae-two-noisey.html

Izumi Kimura/ Artur Majewski/ Barry Guy/ Ramon Lopez  Kind Of Light

(not reviewed yet)

John Butcher/ Angharad Davies/ Matt Davis/ Dominic Lash/ Dimitra Lazaridou-Chatzigoga  Nodosus

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/butcher-davies-davis-lash-lazaridou.html

John Edwards, Steve Noble & Yoni Silver  HEME

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/edwards-noble-silver-empty-bottle-of.html

José Lencastre  Common Ground

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/the-phonogram-unit-fresh-outfit-common.html

Kaja Draksler  In Otherness Oneself

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/06/kaja-draksler-in-otherness-oneself.html

Kaja Draksler & Susana Santos Silva  Grow

(not reviewed yet)

Known Detractors  The Centipede Switch

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/known-detractors-isysxae-two-noisey.html

Liquid Trio  Camí ral

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/liquid-trio-cami-ral.html

London Jazz Composers Orchestra  Kraków 2020

(not reviewed yet)

Luis Vicente, Seppe Gebruers & Onno Govaert  Room With No Name

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/07/luis-vicente-seppe-gebruers-onno.html

Magda Mayas/ Tony Buck/ John Butcher glints

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/mayas-buck-butcher-and-their-glints.html

Marcelo dos Reis/ Álvaro Rosso/ João Valinho/ Albert Cirera/ João Almeida  The Caldas Concert. Live at Igreja do Espírito Santo

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-free-iberian-stories-continuation.html

Marek Pospieszalski  Polish Composers Of The 20th Century

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/marek-pospieszalski-polish-composers-of.html

Mark Feldman & Katinka Kleijn  Sine Nomine

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/mark-feldman-katinka-kleijn-sine-nomine.html

Mark Holub  Anthropods

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/01/mark-holub-anthropods.html

Marlies Debacker  Shimmer

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/10/marlies-debacker-and-her-shimmer.html

Marta Warelis  A Grain Of Earth

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/marta-warelis-grain-of-earth.html

Martin Küchen/ Agusti Fernández/ Zlatko Kaučič  The Steps That Resonate

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/06/kuchen-fernandez-kaucic-in-steps-that.html

Matthias Müller/ Matthias Bauer/ Rudi Fischerlehner  Der Dritte Stand

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/muller-bauer-and-fischerlehner-der.html

Matthias Müller/ Witold Oleszak/ Peter Orins/ Paulina Owczarek  Spontaneous Live Series 010: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Michał Joniec & Michał Giżycki  S#O

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/so-by-micha-joniec-micha-gizycki.html

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/the-august-round-up-jaktar-forensic.html

Pedro Alves Sousa, Rodrigo Pinheiro, Gabriel Ferrandini  Cloud at rest

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/the-lisbon-story-sousa-pinheiro.html

Reinhold Friedl/ Frank Gratkowski  Moon

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/bocian-records-friedl-gratkowski-sawt.html

Silt  The Loft Sessions

(not reviewed yet)

SoundScapes Festival # 3  Munich - 2021 Schwere Reiter

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/soundscapes-festival-3-munich-2021.html

Stopmobil  La m​á​quina de fabricar caprichos

(not reviewed yet)

Superimpose with Witold Oleszak and Marcelo dos Reis  Spontaneous Live Series 011: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Toc  Did It Again

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/toc-means-ternoy-orins-and-cruz-and.html

Tom Jackson/ Dirk Serries/ Kris Vanderstraeten  Dandelion

(not reviewed yet)

Torben Snekkestad/ Søren Kjærgaard/ Tomo Jacobson  Spirit Spirit

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/snekkestad-kjrgaard-jacobson-spirit.html

Ziv Taubenfeld's Full Sun  Out of the Beast Came Honey

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/07/ziv-taubenfelds-full-sun-out-of-beast.html

 

  

czwartek, 29 grudnia 2022

"A" Trio goes into the Folk dance!


"A" Trio, pierwszy improwizujący skład pochodzący z Libanu, skończył w tym roku 20 lat! Muzyków go tworzących znamy na tych łamach doskonale, podobnie jak ich bejrucki label Al Maslakh Records. Dla odświeżenia naszej pamięci na końcu tekstu zamieszczamy ważny link.

Czas pandemii nie wpłynął zbyt dobrze na edytorską aktywność Libańczyków, ale już rok bieżący dostarczył nam trzy albumy, w tym jubileuszowe dokonanie rzeczonego składu i to właśnie jemu poświęcimy dziś nasz bezcenny czas. Zresztą Mazen Kerbaj, Sharif Sehnaoui i Raed Yassin swoją dotychczasową aktywnością muzyczną udowadniają, iż każda chwila spędzona z nimi należy do tych najprzyjemniejszych i zawsze nad wyraz wartościowych w ujęciu artystycznym.

Nowa płyta tria nagrana została prawie pięć lat temu, ale nic nie straciła ze swej obezwładniającej świeżości. Nim zagłębimy się w jej wspaniałą zawartość, powinniśmy wiedzieć, iż każdy dźwięk tam zamieszczony jest dziełem instrumentów akustycznych, a albumowe credits z tekstem no cuts, no overdubbing, no use of electronics nabierają w tym wypadku szczególnego znaczenia. Innym słowy, w języku bardziej nam ojczystym – to, co słyszymy jest dokładnie tym, co muzycy wygenerowali ze swoich instrumentów w tzw. czasie rzeczywistym.

 


Początek nagrania przypomina Different Trains Steve’a Reicha – wszystko ma tu swój obsesyjny, podskórny rytm! Gitarzysta pracuje na gryfie perkusyjnymi pałeczkami, kontrabasista ryje smyczkiem bruzdy w ziemi, intrygująco kołysząc się na wietrze, trębacz zaś wentylami swego instrumentu formuje powietrze w linearny strumień narracji. Potok dźwięków zdaje się tu narastać, ale w tempie dalece umiarkowanym, a towarzyszące mu tło, budowane zapewne echem akustycznych fraz, kreuje dodatkowe napięcie dramaturgiczne. Poszczególne wątki opowieści także pęcznieją, jakby dostawały drugie życie, niezależne od swej podstawowej roli dramaturgicznej. Z czasem flow stabilizuje swoją dynamikę, a w drugiej części improwizacji istotnie przygasa. Wtedy do tzw. gry właściwej przystępuje trębacz, którego frazowanie zaczyna przypominać brzmienie … trąbki. Narracja nadyma się teraz inaczej – preparowanymi dźwiękami wprost z rozgrzanych wentyli, tudzież garściami niezidentyfikowanych szumów i mechanicznych tarć. Raczej rozlewa się w szersze koryto niż szuka dynamiki. Po kilku chwilach umiera sprowadzona niemal do pojedynczych dźwięków.

Druga improwizacja wydaje się mieć zbliżoną strukturę, ale wszystkie elementy ją tworzące wydają się pracować bardziej intensywnie. Gryf gitary jest traktowany nieco cięższymi przedmiotami, trąbka furczy niczym mały helikopter, a struny kontrabsu drżą rytmicznie, niczym stado bawołów w galopie. Narracja nabiera tu post-industrialnego posmaku, słyszymy też dużo dodatkowych fonii, choćby paradę dzwonków. Tymczasem gitarzysta zaczyna wychodzić z roli perkusisty i skłania się ku bardziej standardowym metodom pracy. Buduje połamany, taneczny rytm, który dobrze koreluje z polirytmią pozostałych instrumentów, zwłaszcza kontrabasu. W drugiej części improwizacji intensywność przekazu nieco słabnie (mimo plejady preparowanych fraz), dzięki czemu brzmienie każdego z instrumentów wydaje się być bardziej selektywnie. Na zakończenie narracja znów hamuje, nabiera celebracyjnego charakteru, przypomina powolną śmierć pogodzonym z losem piechurów.

Trzecia opowieść sprawia wrażenie nieco lżejszej. Smyczek kontrabasu generuje wprawdzie swój dron niskich mocy, ale trąbka delikatnie świszcze, a na gryfie gitary prawdopodobnie pojawia się także smyczek, które pracuje w dość wysokich rejestrach. Piłowanie strun i trębackie, głębokie oddechy nie potrzebują tu jednak wiele czasu, by przyoblec się w ulubioną, meta rytmiczną powłokę. Narracja nie stawia tu na dynamikę, ale na eskalację wewnętrznych emocji. Trąbka zaczyna krzyczeć, smyczek maltretować struny gitary, a kontrabas produkować dźwięki z definitywnie horyzontalnej pozycji przy samej podłodze. Czwarta opowieść też zaskakuje. Tym razem urokliwej akustyce trzech żywych instrumentów towarzyszy smukły, nienachalny, ale trwale obecny rezonans. Trąbka kipi od emocji, z kolei gitara szuka czystych, kojących fraz. Narracja podlega tu nieustannej fluktuacji – szuka hałasu w wysokich rejestrach, piszczy, skrzypi, a na sam finał serwuje nam niebywałe emocje, szczególnie ze strony trębacza. Ostatnia improwizacja zdaje się mieć strukturę … piosenki. Post-barokową melodię podaje tu kontrabasowy smyczek, gitarzysta wybija delikatny rytm na strunach, a trębacz oddycha w spokojnym tempie, też sycąc opowieść porcją melodyki. Narracja ma tu drobną kulminację, ale jako całość koi nerwy i urokliwie wita nas z ciszą po wybrzmieniu końcowej frazy.

 

"A" Trio Folk (Al Maslakh Records, LP/ DL 2022). Mazen Kerbaj – trąbka, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna oraz Raed Yassin – kontrabas. Nagrane w Audio Cue Studio, Berlin, w marcu 2018 roku. Pięć improwizacji, 39 minut.

 

Zapowiadany ważny link:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2018/08/kerbaj-sehnaoui-at-al-maslakh-best-on.html

 

 

 

wtorek, 27 grudnia 2022

Calum Builder! Murmuration!


Stary rok umiera w konwulsjach, za kilkadziesiąt godzin ostatecznie skona, a nim to nastąpi Trybuna Muzyki Spontanicznej ogłosi 50 powodów, dla których ów szaleńczy rok warto będzie zapamiętać. Na ten moment musimy poczekać do ostatniego dnia grudnia.

Świat nie zna wszakże próżni, bo dziś przed nami płyta, która swą oficjalną premierę będzie miała dopiero w styczniu roku przyszłego, a my postanowiliśmy pozachwycać się nią już teraz.

Towarzystwo na albumie Murmuration odnajdujemy dalece międzynarodowe, ale zdecydowanie zakotwiczone w duńskiej Kopenhadze. Na czele jedenastoosobowego stada … Australijczyk Calum Builder, zdolny saksofonista i jeszcze zdolniejszy kompozytor, którego poprzednim, zrealizowanym także dużym składem, konceptualnym albumem Messe zachwycaliśmy się na tych łamach paręnaście miesięcy temu. Dziś zapraszamy na jego najnowsze dzieło, które - jak sam twierdzi - jest owocem lockdownowej tęsknoty za ziemią ojczystą, czyli kolejnego stadium choroby zwanej syndromem emigranckim.

 


 

Pod batutą dyrygencką kompozytora do wykonania tytułowego Szemrania w trzech aktach, tudzież pięciu częściach staje następujący aparat wykonawczy: dwa saksofony, klarnet basowy, bassoon, dwie trąbki, tuba, altówka, wiolonczela, kontrabas i perkusja z dodatkami.

Akt pierwszy opery tragicznej, rozdział pierwszy, to opowieść o tym, jak z drobnych, niemal niesłyszalnych dźwięków jedenastu instrumentów tworzy się szemrzący dron – wielowarstwowy, dość mroczny, nisko posadowiony, ale niepozbawiony ambientowej struktury. Wraz z upływem czasu w owym strumieniu dźwiękowych zagadek napotykamy na coraz więcej fraz instrumentów, których brzmienie bez większych problemów rozpoznajemy. Mrok zdaje się ustępować miejsca mglistej poświacie, w której możemy dostrzegać już kontury przedmiotów wokół nas. Tymczasem emocje rosną, mamy bowiem wrażenie, że wszyscy artyści dygoczą teraz z zimna. Gdy w końcu postanawiają wziąć głęboki oddech, zupełnie niespostrzeżenie odnajdujemy się już w rozdziale drugim aktu pierwszego. Narracja wydaje się być teraz nieco rozwarstwiona, a przestrzenie pomiędzy frazami doposażone w odrobinę ożywczego powietrza. Na czele pochodu udręczonych staje bassoon. Śpiewa i jakby przypadkiem uspokaja całą orkiestrę, dzięki czemu na moment zostaje sam na scenie. W tle sączą się jedynie dźwięki rezonującego talerza i drobnych incydentów na perkusyjnym werblu i tomach. Takie oto kameralne duo stąpa jak po kruchym lodzie i po niedługim czasie napotyka na strunowe komentarze. Wystarczy tu jednak kilka chwil, by narracja nabrała odpowiedniej gęstości i dynamiki, by jej ekspresja mogła niemal eksplodować. Instrumenty dęte śpiewają lub burczą, tło nawarstwia się i pęcznieje. Przez moment mamy wrażenie, że narracja delikatnie przygasa przy dźwiękach przypominających wibrafon, ale to jedynie pozór, albowiem nerwowe gierki rozpoczynają tu instrumenty strunowe. Nowy dron pełen jest mocy niskich dęciaków – klarnetu basowego, tuby i prowodyra całego zajścia, czyli bassoona. Akt pierwszy kończy się efektownym spiętrzeniem.

Akt drugi, rozdział pierwszy, to w fazie narodzin plejady krótkich dźwięków. Najpierw kreacja spoczywa na barkach tuby i klarnetu basowego. Potem dochodzi perkusja i takie oto trio buduje coś na kształt post-jazzowej narracji. Reszta instrumentów skrupulatnie uplata tymczasem akustyczny background. Gdy wszyscy muzycy nabiorą już powietrza w płuca i napną mięsnie, precyzyjnie zaplanowana ekspozycja free jazzu stanie się naszym udziałem. Po osiągnięciu wyjątkowo spektakularnego szczytu opowieść tłumi emocje w post-kameralnej kołysance. Ale narracji daleko do procesu wygaszania. Do ognia dokłada perkusja, a strunowce idą tu niemalże na wzajemne wyniszczenie. Tymczasem dęta frakcja zaczyna płynąć gęstą strugą unisono, której tembr nabiera jakby durowej tonacji. Rozkwit post-jazzu stwarza tu przedpole dla finałowej eksplozji nerwowej melodyki, pełnej tęsknoty, zadumy, ale i kompulsywnego niepokoju. Trębacze zdają się tu być piewcami złej nowiny, saksofoniści tymi, którzy koją zszargane nerwy. Akt drugi płynnie przechodzi tu w swój rozdział drugi, który kreują niemal same trąbki, płynące dalece molowym strumieniem dźwięków. Zadana historia zdaje się kończyć frazami w pełni improwizowanymi, które bez trudu odnajdują zakończenie.

Akt trzeci opowieści nie ma już podrozdziałów. Ale i on budzi się do życia z podskórnym lekiem, kreowany strunowymi dronami i dętymi powtórzeniami. Rozkołysana narracja stawia tu wiele pytań, ale nie daje odpowiedzi. Splata dygoczące chamber brudnych fraz smyczkowych i czystych, dętych oddechów i małe perkusjonalia, które przypominają delikatnie wzburzony ocean. Wszyscy zdają się teraz spoglądać ku górze, ale grzęzną w powodzi dramaturgicznych rozterek. Długie pociągnięcia pędzlem budują pewną linearność narracji, ale to dygot i skowyt, nie zaś pieśń pojednania. Opowieść przygasa, ale nie umiera, bowiem drummer utrzymuje ją przy życiu. Gęste unisono dętych daje pozór nadziei, przypomina światełko w ciemnym tunelu. Ale wielki finał, tak czy inaczej, broczy w post-kameralnym smutku. Instrumenty strunowe komentują, dęte miarowo oddychają.

 

Calum Builder Murmuration (Barefoot Records, CD/kaseta 2023). Calum Builder – saksofon altowy, dyrygentura i kompozycje, Miguel Crozzoli – saksofon tenorowy, Carolyn Goodwin – klarnet basowy, Sara Bulili-Nowak – bassoon, Erik Kimmestad – trąbka, Håkon Guttormsen – trąbka, Kristian Tangvik – tuba, Barbara Kammer – altówka, Oda Dyrnes – wiolonczela, Piotr Dubajko – kontrabas oraz Jan Kadereit – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w roku 2021, miejsce powstania niewskazane w albumowym credits. Pięć utworów, 41:40.

 


 

piątek, 23 grudnia 2022

The Portuguese Taste: Rodrigo Amado! Gonçalo Almeida! Lantana! Matthews & Moimême!


Chciałoby się dzisiejszą mini-zbiorówkę recenzji nazwać kolejną częścią The Lisbon Story, ale czyniąc tak bylibyśmy dalece nieprecyzyjni. Przed nami cztery definitywnie portugalskie opowieści, ale tylko dwie z nich powstały w stolicy Portugalii. Jedna nagrana została w dobrze nam już znanym obiekcie sakralnym w Caldas da Rainha, a inna w … Rotterdamie, bo to właśnie miasto jest miejscem stałej rezydencji naszego ulubionego portugalskiego kontrabasisty.

Bez zatem zbędnych wstępów, trochę ulegając przedświątecznej histerii czynienia wszystkiego w ogromnym pośpiechu, zapraszamy na bystre, jakże portugalskie improwizacje – dwie solowe, jedną w sekstecie (z polskim akcentem), ostatnią zaś w duecie (tu akurat z akcentem francuskim).

 


Rodrigo Amado  Refraction Solo (Live at Church of The Holy Ghost) (Trost Records, CD 2022)

Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, lipiec 2021: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. Trzy skomponowane improwizacje, 34 minuty.

Dorobek artystyczny najważniejszego portugalskiego saksofonisty jest więcej niż bogaty, ale dopiero okoliczności pandemicznego lockdownu zmobilizowały go do popracowania nad swoją pierwszą solową płytą. W Paryżu kupił nowy saksofon, w domowych warunkach dużo trenował, a gdy był już gotowy, zawitał do gwarantującego świetną akustykę obiektu sakralnego i zagrał ognisty koncert. W jego trakcie nie zapomniał o swoich idolach, kilkukrotnie intuicyjnie cytując klasyków jazzu, takich jak Coleman Hawkins, czy Sonny Rollins, a także free jazzu, jak choćby Joe McPhee. Udowodnił sobie zapewne wiele, a nam, jego wieloletnim wielbicielom potwierdził, iż jazz, tudzież free jazz, to dla niego prawdziwa świątynia emocji i inspiracji. Ponadto po raz setny, a może tysięczny pokazał, że umiejętność budowania dramaturgii post-synkopowanej improwizacji, to jego kolejny niezaprzeczalny atut. Innymi słowy, dwa kwadranse z okładem obcowania z samotnym saksofonem Amado, to czysta przyjemność.

Koncert składa się z ponad 20-minutowej części głównej i dwóch kilkuminutowych dodatków. Na początek artysta serwuje nam post-bopowy zaśpiew, pełen smutnej melodii, którą podaje głębokim oddechem. Nie bez uroku osobistego kręci drobne, free jazzowe pętle, pnąc się ku pierwszym wzniesieniom z dużą swobodą. W trakcie swej podróży namiętnie sięga także w głąb narracji, szuka brudu w czystych frazach i na odwrót. W jego strumieniu improwizacji nie brakuje tanecznych podrygów i ze swadą podawanych cytatów z klasyki gatunku. W to wszystko wplata też też rzewne nutki, pełne lizbońskiej nostalgii za mocą oceanicznych podmuchów. Gdy wpada w dynamiczny tryb, pokazuje swoje najpiękniejsze, najbardziej kreatywne oblicze. Płynie między melodią, a niezbyt częstymi atakami free jazzowej furii. Jego oddech jest wszakże spokojny, a kierunek podróży dość precyzyjnie nakreślony. Po upływie kwadranse idzie już naprawdę na ostro, ale cały czas majstruje przy brzmieniu instrumentu i skrupulatnie dawkuje niezbędną melodykę. Zdaje się panować tu dokładnie nad wszystkim. W drugiej opowieści wydaje się być jeszcze bardziej melodyjny, mając na końcu ustnika niemal całą historię jazzu. Jego krok znów jest dość taneczny, głęboko oddycha i pośród strumieni melodii szuka ekspresji free music. W połowie tej części koncertu dociera do paleniska, tańczy wokół własnej osi, bawi się dźwiękiem, tempem narracji i przedrzeźnia własne frazy z uśmiechem na ustach. Ostatnia, niespełna 5-minutowa ekspozycja jeszcze bardziej zagłębia się w melodię i rytm. Narracja przypomina tu niemalże brazylijską sambę. Lekko, z gracją, wprost po złote runo, ze śpiewem na ustach i swingiem pomiędzy dyszami saksofonu.

  


Gonçalo Almeida  Improvisations on Amplified & Prepared Double Bass (Shhpuma, CD 2022)

Atelier Le Sud, Rotterdam, czas nieznany: Gonçalo Almeida – amplifikowany i preparowany kontrabas. Dziewięć improwizacji, 33 i pół minuty.

Kolejny z asów portugalskiej sceny muzyki improwizowanej zaprasza na niepierwszy swój solowy spektakl, ale dalece inny od poprzednich. Tym razem Almeida postanawia nam udowodnić, iż kontrabas nie jest instrumentem akustycznym! Podłącza go do stacji wysokiego napięcia i z pełną premedytacją preparuje niemal każdy dźwięk, używając do tego ołowianego smyczka i zapewne wielu innych, bliżej nieznanych akcesoriów. Flow jego samotnej opowieści grzmi, burczy, sprzęga się i sieje elektroakustyczny zamęt, dodatkowo zdaje się być pozbawiony zbędnego dźwięku, przykuwając naszą uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy.

Pierwszą improwizację buduje dron smyczka oraz pojedyncze uderzenia po strunach. Dwutorowa narracja dość szybko nabiera mocą amplifikatora gęstego, brudnego brzmienia. Intensywna, niemal mięsista struga dźwięków ma swoje delikatne spowolnienia, momenty, gdy duży instrument strunowy zdaje się nabierać powietrza, by zaatakować za moment z jeszcze większą siłą. Przypomina tu sfuzzowaną gitarę, czasami uszkodzoną maszynę tkacką, ale każdy wątek staje się elementem spójnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Kulminacją pierwszej opowieści jest rezonujące sprzężenie. Druga improwizacja toczy się nad wyraz wolno. Słyszymy szelest amplifikatora, oddech artysty i moc nadciągającego sprzężenia. Post-gitarowy brud nakręca tu opowieść, daje jej siłę przetrwania. Na starcie kolejnego epizodu wszystko zdaje się rezonować, nawet post-rockowe riffy, tudzież akcenty perkusjonalne. Na grobie rocka swój ostatni taniec odbywają rozgrzane do czerwoności struny. Muzyk przypomina tu seryjnego mordercę, który znęca się nad swoją kolejną ofiarą. Niespodziewanie w połowie opowieści narracja traci zasilanie i przepoczwarza się w urokliwy potok kameralnego post-baroku. Czwarta odsłona jest wyjątkowo enigmatyczna – garść czerstwego sprzężenia i post-akustyczne śmieciowisko. W kolejnej części echa post-baroku powracają. Swoje do ognia dokłada jednak amplifikator i rezonująca moc całości. Improwizacja przypomina śpiew przez wyszczerbione, ale zaciśnięte zęby. Z czasem nabiera dynamiki i jeszcze brudniejszego brzmienia. Przedostatnia opowieść na starcie, to szum … wentylatora, drżące struny i smyczek, który na nie upada, niczym wielkie bele drewna w trakcie wyrębu lasu. Z czasem wszystko się sprzęga i formuje na gęsty dron. Końcowa opowieść zdaje się brać w nawias amplifikowane szaleństwa, przynajmniej w swej początkowej fazie. Akustyczne pizzicato, niczym powrót to rzeczywistości. Ale to jedynie pozór. Improwizacja w mgnieniu oka nabiera siarczystości i swym połamanym, bezmelodyjnym rytmem dobiega do końca.



 

Lantana  Elemental (Cipsela Records, CD 2022)

Namouche Studios, Lizbona, styczeń 2020: Maria do Mar – skrzypce, Maria Radich – głos, Joana Guerra – wiolonczela, Carla Santana – elektronika, Anna Piosik – trąbka i głos oraz Helena Espvall – wiolonczela, elektronika. Pięć improwizacji, 46 minut.

Szóstka improwizatorek wyposażonych w dość nietypowy zestaw instrumentalny (blaszak, trzy strunowce, głos i niemałe połacie elektroniki) zaprasza tu na podroż równie nietypową, po części post-folkową, nawet piosenkową, ale formowaną niekiedy w doprawdy gęsty strumień improwizowanych dźwięków. Zaskoczeń jest tu całe mnóstwo i tyleż pomysłów, czasami zbyt obficie sycących narrację. No i jeszcze pięć tytułów na okładce, podczas gdy nagranie na CD składa się jedynie z czterech części. Pobieżna analiza wskazuje na to, iż ostatnia, 20-minutowa opowieść prawdopodobnie konsumuje dwa ostatnie tytuły.

Pierwsze dźwięki wydają się być wyjątkowo filigranowe, stanowiąc niebanalny przednówek dla eksplozji podwójnego wokalu, który definitywnie folkowym zaśpiewem stawia nas do pionu i zabiera na efektowne wzniesienie. Piękne brzmienie akustyki delikatnie inkrustowane jest nienachalną elektroniką tła. Ta ostatnia daje upust swojemu temperamentowi na początku drugiej opowieści. Dwa pasma całkiem gęstej syntetyki budują intro dla narracji, która w dalszej części, płynąc silnie rozmazanym obrazem dźwięku, znów niesie nas wysokim wzgórzem przy wtórze rozśpiewanych fraz. Mocno pracuje też echo, które będzie już towarzyszyć artystkom niemal nieprzerwanie. Na zakończenie narracja przypomina tu polifoniczny wielogłos, silnie nasycony emocjami, budowany zarówno głosem ludzkim, jak i melodyką instrumentów strunowych i trąbki. Trzecia opowieść zaczyna się w zgrzytliwym, elektroakustycznym środowisku. Okrzyki i szepty, salwy emocji wprost ze stron i efektownie rozhuśtana trąbka na dużym pogłosie. Pod koniec utworu narracja spowolnia pod ciężarem elektronicznych ulepszeń. Wreszcie finałowa (dwutytułowa) narracja, która stanowi niemal połowę albumu. Dużo się tu dzieje, czasami aż nazbyt. Początek przypomina mały sabat czarownic - wrzaski, tańce, swawole i elektroniczne stemple tuż nad podłogą. Potem oddajemy się we władanie emocjonalnych, folkowych skal i post-barokowych piękności. Czekają na nas recytacje, plejady akustycznych, nerwowych podrygów, ale też rozśpiewane frazy taplające się w pogłosie. W samej końcówce narrację wzbogaca jeszcze oniryczna elektronika, trochę fraz preparowanych i zmysłowe wokalizy.

 


Wade Matthews & Abdul Moimême  Permeance (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

BOTA Club, Lizbona, marzec 2022: Wade Matthews – cyfrowe syntezy i nagrania terenowe oraz Abdul Moimême – gitara elektryczna, obiekty. Trzy improwizacje, 47 minut.

Rezydujący w Madrycie Francuz i lizboński Portugalczyk serwują nam danie definitywnie elektroakustyczne, dobrze skrojone i udramatyzowane, pozbawione dłużyzn i często skoncentrowane na detalach brzmieniowych. Matthews realizuje tu stylowy festiwal fake sounds, a o palecie jego dźwięków możemy powiedzieć wszystko, tylko nie to, skąd pochodzą. Z kolei Moimême, jakże niebanalny gitarzysta, którego znamy z niejednej improwizacji, często nas zaskakuje, a jego gitara, zaplątana w niezidentyfikowane obiekty dźwiękowe, potrafi brzmieć doprawdy tajemniczo. Co zaś zdaje się pozostawać na tym albumie w centrum uwagi, to subtelna różnica, jaka dzieli dźwięk akustyczny od syntetycznego. Po prawdzie w trakcie odsłuchu nieustannie zadajemy sobie pytania o to, gdzie kończy się akustyka, a gdzie zaczyna syntetyka. Ale to nam zupełnie nie przeszkadza w przyjemnej percepcji tego urokliwego spektaklu dźwiękowego.

Na starcie muzycy z góry informują nas, że ich koncert będzie obfitował w tajemnice! Zgrzytliwe echo, rezonujący ambient gitary i nie tylko gitary, elektroakustyczne smaczki z nieznanego źródła, wreszcie kilka żywych fraz szumiących fal - wszystko lepi się tu w drobne, oniryczne sekwencje dźwiękowe. Powolna, skupiona narracja sprzyja kreatywności, ale wnosi też do strumienia fonii frazy bardziej groteskowe, czy wręcz slapstickowe. Post-elektronika, ale jeszcze nie akustyka! Kilka usterkowych incydentów, trochę mroku z gitary (tego jednego instrumentu jesteśmy tu pewni!). Z jednej strony obiekty bez nazwy, z drugiej struny gitary uderzane puchową pałką. Pierwsza improwizacja trwa ponad 20 minut i obok tysięcy pytań, daje też kilka filigranowych odpowiedzi. Kolejne części trwają po około 10 minut. Najpierw muzycy pokazują, iż ich dźwięki mogą być jeszcze bardziej rozdrobnione, mgliste i naprawdę filigranowe. Czegokolwiek by jednak nie czynili, ich frazy wchodzą w naprawdę bystre interakcje. Jeśli gitara decyduje się na bardziej linearną narrację, liczyć może na kąśliwe komentarze ze strony armii obiektów dźwiękowych. Improwizacja na ogół stroni tu od dynamicznych akcji, ale muzycy incydentalnie próbują przemycać żwawsze frazy. Tak czynią pod koniec drugiej części, a także w trzeciej, ale dopiero w jej końcowej fazie. Wcześniej dostajemy się w wir cicho pracującego urządzenia elektrycznego, który syci się echem rezonującego tła. Minimalistyczna gra na subtelności przez moment usypia naszą uwagę. Bardziej dynamiczny finał dobrze zatem robi percepcji całości koncertu.



wtorek, 20 grudnia 2022

Snekkestad, Kjærgaard & Jacobson! Spirit Spirit!


Nie wiemy, czy wybitny egzystencjalista Søren Kierkegaard pisząc 180 lat temu swoje wiekopomne dzieło Bojaźń i Drżenie, myślał o dźwiękach, jakie mogłyby zilustrować jego defetystyczne rozważania filozoficzne.

Wiemy natomiast, iż dokładnie w ostatni dzień bieżącego roku ukaże się na czarnym krążku płyta Spirit Spirit, która swą mroczną, niepokojącą, swobodnie improwizowaną kameralistyką zdaje się idealnie pasować do emocjonalnych turbulencji zawartych we wspomnianym eposie wielkiego filozofa.

Za wykonanie dźwięków zawartych na albumie, mogącym stanowić intrygujący soundtrack do pomnika egzystencjalizmu, odpowiadają dwaj Skandynawowie z muzycznym i edytorskim wsparciem tego trzeciego, być może najbardziej skandynawskiego z polskich improwizatorów. Zapewne dzieje się tak nie tylko dlatego, iż dane personalne jednego z nich są niemal kopią imienia i nazwiska duńskiego myśliciela. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by Bojaźń i Drżenie, tudzież Spirit Spirit powstały w innej części tego marnego świata.

Zgodnie z tym, co powyżej, muzyka oficjalnie trafia do realnego świata 31 grudnia, ale my czytamy o niej i słuchamy jej wcześniej, dając sobie odrobinę czasu na to, by w pełni władz umysłowych i fizycznych zapewnić, iż oto przed nami jedna z najlepszych płyt 2022 roku.

 


 

Muzycy zabarykadowali się w przestrzeni studyjnej na wiele godzin. Na trwałym nośniku zapisali wówczas trzy godziny improwizowanych dźwięków. W żmudnym procesie selekcji materiału i miksu wydziergali z bezkresnej masy czasu i fonii dziesięć zgrabnych miniatur, które trwają od półtorej minuty, do czterech, pięciu, a w jednym przypadku prawie sześciu minut. Kolejne opowieści oznaczyli cyframi, ostatniej dodając podtytuł Epilog.

Na starcie dostajemy trochę gry na małe pola – kontrabasista uderza w struny, pianista w pojedynczy klawisz, a po upływie dwóch minut z tuby saksofonu zaczyna snuć się pierwsza struga suchego powietrza. Tryb minimalistyczny sprzyja tu usypianiu słuchacza, szczęśliwie jednak pętle kontrabasu dają narracji dodatkowe życie. Druga opowieść niesie ze sobą więcej energii. Przypomina nadciągającą burzę – drobne pizzicato, na poły melodyjne wydechy z tuby i delikatnie zagęszczony ścieg piana tworzą filigranową narrację, która dość szybko ginie w ciszy. W trzeciej improwizacji po raz pierwszy na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek. Pojękuje na stronie, wsłuchany w fortepianowe stemple i syczące frazy saksofonu, pełne mrocznej zadumy. W kolejnej miniaturze dęciak pnie się ku górze, piano oddycha spokojnie, a perkusjonalne akcenty basu zdają się tworzyć pozór działania dynamicznego.

W piątej improwizacji emocje toczą się po równi pochyłej. Smyczek od startu spazmatycznie wyje. Jakby na przekór jego nisko zawieszonej bojaźni, piano stawia pierwsze kroki bardzo klasycznym szykiem, a saksofon szuka fraz nasyconych minimalnym roztworem melodii. Całość nabiera kąśliwej dynamiki, syci się niewidoczną powłoką rytmiczną i wydaje się być, jak na kanony tego nagrania, całkiem intensywna. Dalsza część tej ekspozycji kreowana jest przez schodzący nisko na nogach bas i pnące się do nieba piano. Oba strumienie fonii tworzą tu urokliwy dysonans. Początek kolejnej części kontynuuje duet bez saksofonu. Tym razem smyczek posadowiony jest dość wysoko, a umiarkowanie szybkie przebiegi piana budują dodatkowe emocje. Saksofon wybudza się w połowie trzeciej minuty i pełen wystudiowanej trwogi, miast gnać do przodu, zmysłowo gasi narrację.

Siódma improwizacja smakuje nieco inaczej. Kontrabas twardym, matowym strumieniem fonii stawia stemple, piano brnie do przodu krokiem przestawnym, a melodyjne westchnienia saksofonu wydają się zadawać pytania o kierunek dalszej podróży. Bez zatem zbędnej zwłoki odnajdujemy się w ósmej części, która podobnie jak piąta odsłona, śmiało może rywalizować o miano najpiękniejszej na całym albumie. Smyczek i saksofon idą tu w zwartym szyku - jeden boleśnie jęczy, drugi intensywnie szumi. Minimalistyczne piano pozostaje w pozycji niezainteresowanego, ale to tylko pozór. Smyczek zaczyna śpiewać, a reszta wykłada mu ścieżkę podróży złotymi girlandami. W trybie narracyjnym znajduje się też miejsce dla kilku plam ciszy. Flow nabiera tu niebywałej urody brzmieniowej, po czym pęcznieje, zwłaszcza na gryfie kontrabasu i klawiaturze piana. Saksofon skupia się z kolei na kreacji backgroundu. W dziewiątej odsłonie smyczek drży w wyższych partiach gryfu, piano stawia nerwowe kroki, a saksofon szuka inspiracji spoglądając ku górze. Z jednej strony minimalizm piana, z drugiej śpiewny oddech saksofonu sopranowego. Smyczek, usytuowany jakby pomiędzy zwaśnionymi stronami, naprzemienne staje na palcach lub ugina kolana. Ostatnia improwizacja początkowo zdaje się kontynuować wątki poprzedniej części. Struny drżą, tuba szumi, piano cedzi pojedyncze dźwięki. Te ostatnie na moment milknie, by wrócić dźwiękami na poły preparowanymi, definitywnie powstającymi nie tylko na klawiaturze. I to właśnie pianista bierze na swoje udręczone barki zadanie sfinalizowania improwizacji. Samo zakończenie wydaje się być nerwowe, egzystencjalnie rozedrgane, niepozbawione struktury meta rytmicznej. A saksofon znów koncentruje się na budowaniu mrocznego tła.

 

Torben Snekkestad/ Søren Kjærgaard/ Tomo Jacobson Spirit Spirit (Gotta Let It Out, LP 2022). Torben Snekkestad – saksofony, Søren Kjærgaard – fortepian oraz Tomo Jacobson – kontrabas. Nagrane w miejscu zwanym The Village Recording. Bliższych szczegółów brak. Dziesięć swobodnych improwizacji, 37:57.

 


piątek, 16 grudnia 2022

The Relative Pitch’ fresh stuff: Pulverize the Sound! Voutchkova & Reid! BeingFive! Mattrey & Fluke-Mogul! Mines!


Nowojorski label Relative Pitch Records śmiało staje w szranki rywalizacji o miano najpłodniejszego wydawcy post-pandemicznego roku 2022! Trybuna Muzyki Spontanicznej stara się w tym zacnym wyścigu uczestniczyć na bieżąco, ale tak się jakoś dzieje, że na ogół pozostaje w delikatnym niedoczasie. Dziś zapraszamy na odczyt i odsłuch czterech nowości listopadowych i jednej październikowej, a na bandcampie labelu czekają już trzy nowości grudniowe. Ale po kolei …

W poniższym zbiorze recenzji odnajdujemy wyłącznie w pełni improwizowane nagrania! Na początek bardzo znany trębacz w trio, któremu bez ryzyka popełnienia błędu możemy dokleić etykietę working band, potem dwie równie rozpoznawalne mistrzynie strunowych improwizacji, pewien bardzo atrakcyjny personalnie kwintet, a na koniec już same szalone improwizatorki – duet strunowy i śpiewająca, samotna kontrabasistka. Jak zawsze w przypadku RPR emocje i rozstrzał estetyczny gwarantowane! Welcome!



Pulverize the Sound  Black

Czas i miejsce akcji nieznane: Peter Evans – trąbka, Tim Dahl – bas elektryczny i mikrofon oraz Mike Pride – perkusja, glockenspiel i dodatkowe instrumenty perkusyjne. Siedem improwizacji, 47 minut.

Zgodnie z informacją zawartą na bandcampie, dość regularnie współpracujące ze sobą trio o nazwie własnej po raz pierwszy serwuje nam w pełni improwizowany materiał. Efekt jest bardziej niż udany, choć bas elektryczny, trąbka na pogłosie i nieskomplikowana perkusja mogłyby sugerować prosty skok w otchłań fussion jazzu. Tak się jednak nie dzieje, albowiem muzycy w każdym momencie albumu postępują wbrew jakimkolwiek schematom. Nie gnają do przodu, nie szukają prostych, jazz-rockowych zagrywek. Nieustannie plączą się w zeznaniach, bystrze improwizują (zwłaszcza bas), ciągle szukają drugiego dna (trąbka) i kompletnie w nosie mają budowanie linearnych, dynamicznych ekspozycji (perkusja). Bez wątpienia Black, to jedna z najlepszych płyt w tegorocznym katalogu Relative Pitch, a może i także w kategorii open.

Już na starcie wiemy, iż będzie to bardzo gęsta, solidnie naoliwiona narracja. Basowe pętle i przełomy, frazy szyte tuż nad powierzchnią, ale także na wysokości, trąbka na intensywnym pogłosie, która szuka idealnej tekstury i perkusja, która permanentnie sprawdza brzmienie wszystkich elementów zestawu. Budowaniu emocji sprzyja tu siarczyste brzmienie, a najciekawiej w utworze otwarcia dzieje się wtedy, gdy muzycy tłumią pokrętną dynamikę i na stojaka szukają psychodelii niemal w każdym dźwięku. W drugiej części dość szybko znajdują coś na kształt rytmu, ale zdaje się on być dalece połamany. Bas skrzy się tu mocą silnego rocka, perkusja skłania ku punkowym pętlom, a rozśpiewana trąbka jako pierwsza rozsiewa kwaśny odczyn. Trzecia improwizacja trwa ponad trzynaście minut i muzycy znajdują tu czas na każde rozwiązanie. Balladowy, akordowy wstęp, kłęby brudnych fraz i perkusjonalne zdobienia zamiast ataku furii. Potem bas i trąbka idą swobodnie w tango, ale przy wsparciu jedynie stopy na bębnie basowym. Wreszcie dostajemy się w wir urokliwych strzępów dubowego brzmienia i garści rockowych repetycji. Czwarta część śmiało zasługuje na miano dirty dancing i bodaj jako jedyna charakteryzuje się stałym, dynamicznym drive’em perkusji. W trakcie piątej odsłony artyści znów przebywają drogę od wolnego, leniwego wstępu do efektownych, wręcz hałaśliwych didaskaliów, śląc nam porcję rockowych emocji, perkusyjne solo i trębackie okrzyki. W szóstej części muzycy w skupieniu sprawdzają akustykę pomieszczenia, pięknie pracują z echem i kreują narrację dysonansem poszczególnych jej elementów. Wreszcie finałowa rozgrywka, ponad dziesięciominutowa. Start nietypowy, bardzo minimalistyczny, szyty drobnym frazami. Do frontalnego ataku muzycy przystępują dopiero w połowie nagrania, niosąc dalece rockowy sztandar zwycięstwa. Zupełnie niespodziewanie ostatni numer na płycie okazuje się być najbardziej dynamicznym i hałaśliwym. W drugiej części kapitalne frazy szyje basista, która brzmi niczym Jaco Pastorius po ostatecznym przedawkowaniu. Muzycy utrzymają tu tempo i wielkie emocje do samego końca.



 

Biliana Voutchkova & Tomeka Reid  Bricolage III (DL)

Werkhalle Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Tomeka Reid – wiolonczela oraz Biliana Voutchkova – skrzypce, głos. Trzy improwizacje, 28 minut.

Kolejny epizod projektu Biliany DUOS2022 przynosi spotkanie z artystką amerykańską, która nie wymaga jakichkolwiek rekomendacji. Zatem dwie mistrzynie strunowego i preparowanego free improv, bardzo zwarta zabudowa dźwiękowa i kongenialne interakcje. Oczywiście z miejsca padamy na kolana, w ostatniej dosłownie chwili zadając pytanie – dlaczego ich berlińska improwizacja nie trwa nawet dwóch kwadransów!?

Artystki zaczynają swoją opowieść w głębokiej krypcie. Smyczki posadowione na gryfach wiolonczeli i skrzypiec wydają pierwsze, półprzytomne dźwięki, pełne martwego post-baroku. Suspens wisi nad nimi jak ołowiane sklepienie. Struny, niczym szorstkie ślizgawki, niosą oba smyczka wysoko ku górze. Jeden z nich pracuje w trybie minimalistycznym, ten drugi w … post-minimalistycznym. Aż piszczą z zachwytu, a może bardziej ze strachu. Ich frazy zdają się być na poły melodyjne, ale rozhuśtane niewidocznym wiatrem, pełne trwogi i boleści. Owa elokwentna post-chamber story w początkowanej fazie kilkunastominutowej improwizacji boi się nabrać wigoru, obie Panie wolą bowiem tonąć w bezmiarze zmysłowych preparacji i czekać na nadejście niemożliwego. W końcowej części utworu na obu gryfach pojawia się jednak pewnego rodzaju dynamika, frazy nabierają czystości, a cała narracja delikatnej zadziorności. Początek drugiej opowieści lepi się z samych drobiazgów. Nerwowe, preparowane dźwięki, zarówno te brudne, jak i czyste, konfrontujące bystre pizzicato i leniwe arco. Panie nieśmiało decydują się na swobodny taniec, budują uroczy, dość już gęsty flow, niepozbawiony akcentów percussion. Na starcie trzeciej części znów stają w delikatnej opozycji – jedna uderza w struny, druga wydaje post-barokowe westchnienia. Mrok zaszyty tu jest w każdym zakamarku strumienia dźwiękowego. Artystki ledwie dotykają strun, jak płynęły po tafli fonii niczym pozbawione ciężaru właściwego owady. Owa nieznośna lekkość improwizacji buduje niebywałą jakość. Tymczasem obie schodzą bardzo nisko na kolanach, a ich struny dygoczą filigranowymi emocjami. W fazie końcowej improwizacji Biliana dodaje kilka dźwięków wprost z gardła, z jednej strony kreując dodatkowy suspens, z drugiej biorąc w nawias ironii wyjątkową mroczność tej części albumu. Temperament obu Pan stawia teraz czoło ich minimalistycznej metodzie twórczej. Ostatnie frazy lepią się w nostalgiczny dron, nasycony gasnącymi emocjami.



 

Dimitriadis, Dörner, Freedman, Parkins & Williams  BeingFive

Czas i miejsce akcji nieznane: Yorgos Dimitriadis – instrumenty perkusyjne, elektronika, Axel Dörner – trąbka, elektronika, Lori Freedman – klarnet, klarnet basowy, Andrea Parkins – akordeon, amplifikowane obiekty, elektronika oraz Christopher Williams – kontrabas. Pięć improwizacji, 50 minut.

Jeśli w muzyce improwizowanej lubimy zjawiska predefiniowane, tudzież odrobinę konceptualizmu, ta płyta zdaje się być dla nas stworzona. Kwintet w dalece frapującym składzie personalnym (prawdziwa mieszanka rutyny z młodością!) serwuje nam cztery pomysły na improwizacje. W pierwszej części zdaje się łączyć wodę z ogniem, skacze z kwiatka na kwiatek, snuje coś na kształt elektroakustycznej narracji o poziomie zmienności godnym najlepszych, ponadgatunkowych pomysłów Johna Zorna. Potem ucieka w świat swobodnej kameralistyki i dalece tłumionych emocji, dzieląc ów wątek na dwie części (drugą i czwartą na krążku). W dalszej kolejności proponuje nam wielominutowy ciąg miniatur porozdzielanych porcjami ciszy, wreszcie na koniec zabiera w jeszcze dłuższą, dronową opowieść, która przy okazji staje się bardzo efektownym podsumowaniem płyty. Cały album budzić może nieco ambiwalencji (choćby z uwagi na matowe, subdoskonałe brzmienie), zdecydowanie intryguje jednak na każdym etapie swojego rozwoju.

Pierwszą improwizację, która trwa ponad dwanaście minut kreuje dysonans. Z jednej strony kameralne pląsy kontrabasu i klarnetu, z drugiej elektroakustyczny tumult budowany zapewne siłą całego kwintetu. Narracja płynie od drobnych subtelności po zbiorową histerię o industrialnym posmaku. Podobają nam się szczególnie mgliste pasma akordeonu, krzyki klarnetu basowego i smyczkowe piłowanie strun. Drugą opowieść budują wyłącznie drobne frazy, lepione w całość na silnie zaciągniętym ręcznym. Jeśli ktoś tu stawia na większą porcję ekspresji, jest nim perkusjonalista. Po stronie atutów odnajdujemy kilka bardziej żwawych fraz preparowanej trąbki i rozśpiewanego klarnetu.  Środkowa część albumu to anonsowane wcześniej miniatury. Kilkunasto- lub kilkudziesięciosekundowe fragmenty wyjęte prawdopodobnie z długiej improwizacji, często realizowane w podgrupach. Bezdźwięczne interwały pomiędzy nimi budzą spore wątpliwości, co do idei takiego rozwiązania dramaturgicznego. W czwartej odsłonie powracamy do wątku kameralnego, zapoczątkowanego w części drugiej. Na froncie walki o tłumione emocje klarnet basowy i trąbka. Całość szyta jest nerwowym ściegiem, ale zdaje się być także dość minimalistyczna w zakresie użytych środków wyrazu. Wiele rekompensuje tu finałowa, ponad czternastominutowa ekspozycja dronowa. Zaczyna się w głębokiej ciszy, tamże też się kończy, ale w międzyczasie dostarcza nam moc wrażeń i jakości. Początkowo wydaje się być budowana głównie z dźwięków akustycznych, z czasem nabiera siarczystości i elektryczności, aż po granice post-industrialu. Ma swoje fazy intensywności, a końcowe odliczanie zaczyna się dziewięćdziesiąt sekund przed końcem. Po wydaniu ostatniego tchnienia dysk serwuje nam jeszcze prawie dwadzieścia sekund ciszy.



Joanna Mattrey & Gabby Fluke-Mogul  Oracle

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Joanna Mattrey – altówka, stroh violin oraz Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Osiem improwizacji, 41 minut.

Dwie młode, anarchizujące i radykalne muzycznie improwizatorki (cytuję za bandcampem, ale i potwierdzam poprzednimi doświadczeniami odsłuchowymi!) zapraszają na kompulsywny meeting instrumentów strunowych, deprawowanych wyjątkowej jakości kreacją, w której odnajdujemy mnóstwo tropów stylistycznych, kilka niebanalnych technik wydobywania dźwięków i cały ocean artystycznej bezczelności, eksplodującego temperamentu i niezaprzeczalnego wdzięku!

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i stawia poprzeczkę jakości na niebotycznym poziomie! Najpierw mała eksplozja z post-rockowym posmakiem, potem minimalistyczne gry z delikatnym, folkowym zaśpiewem, potem kilka kroków po udeptanej post-klasyce. Z jednej strony narracja przypomina drobne resume doświadczeń artystycznych Kronos Quartet, z drugiej pokazuje … post-punkowy pazur. Trochę tu żałobnych śpiewów i kilka post-tanecznych podrygów w ramach pikantnej przyprawy. Trzy kolejne improwizacje są dalece enigmatyczne, ale zdają się oddziaływać niczym prosty sierpowy. Najpierw punkowe piłowanie strun, generujące strzępy acoustic noise, potem duża porcja starczego pojękiwania, wreszcie epizod, który z jednej strony stawia basowe stemple, z drugiej bliski jest emocji muzyki dawnej, która niechętnie staje z grobu, by ostatecznie popaść w kompulsywny półgalop. Szósta improwizacja znów trwa ponad dziesięć minut. Zaczyna się w oparach bardzo emocjonalnych preparacji. Artystki pracują tu z głuchym echem studia nagraniowego i budują efektowny suspens. Ciągnie je ku bardziej ekspresyjnym i dynamicznym akcjom, ale ostatecznie nie decydują się na puszczenie hamulców i umierają w wyjątkowo pięknej ciszy. Siódma odsłona kreowana jest początkowo szumiącymi dronami. W dalszej części artystki stawiają na dysonans – z jednego strony czyste frazy pizzicato, z drugiej gęsta struga zabrudzonego brzmienia. Powrót do dronów jest też okazją do pohałasowania. Końcowa improwizacja koncertuje się na preparowanych pomrukach, akcentach percussion i ekspresyjnych, smyczkowych ślizgach po gryfach.



 

Kelsey Mines  Look Like

Czas i miejsce akcji nieznane: Kelsey Mines – kontrabas, głos. Sześć improwizacji, 50 minut.

Dwie pierwsze płyty w dzisiejszym zestawie postawiły nas na baczność, po czym kazały upaść na kolana. Dwie kolejne intrygowały nieprzerwanie w trakcie odsłuchu. Ostatnia z analizowanych dziś nowości napotkać winna jednak na kilka krytycznych uwag recenzenta. Kontrabas solo i śpiew, tudzież mantryczna wokaliza, to całkiem dobry pomysł na niedługi album, ale Amerykanka sprawia wrażenie, jakby posiadała zasoby kreatywności na nie więcej niż kilkanaście minut improwizowanej narracji.

W pierwszej piosence artystka kreuje unisono głosu i kontrabasowego smyczka, jakby podawała temat przewodni spirytualnego evergreena. Brzmi post-barokowo, a tonacja jej narracji wydaje się w takim samym stopniu molowa, jak i durowa. Potem sięga po pizzicato i estetykę minimalistyczną. Z czasem zaczyna nucić melodię, jakby odbywała właśnie poranną toaletę. Emocje rosną tu wprost proporcjonalnie do zbytniej pewności siebie młodej kontrabasistki i wokalistki. Kolejne opowieści zbudowane są na podobnym schemacie. Artystka improwizuje, ale jej głos zdaje się głównie podążać za dźwiękami kontrabasu lub wtórować jego narracji. Ta ostatnia z jednej strony wydaje się być swobodną improwizacją, ale z drugiej przypomina nutki zapamiętane w gotującej się od emocji głowie. Gdy artystka pracuje smyczkiem i nie skąpi nam dynamiki, opowieść zdecydowanie zyskuje na jakości, gdy jednak waha się i dywaguje nad każdą frazą, cierpliwość słuchacza wystawiona zostaje na dużą próbę. Zdecydowanie najciekawiej prezentuje się ostatnia odsłona albumu. Kelsey śpiewa nad smyczkiem, kreuje chropowaty, dość wysoko podwieszony flow, syci go dużą porcją emocji i ekspresji, a cała ekspozycja sprawia wrażenie swobodnie improwizowanej. Pod koniec serwuje nam jeszcze kilka tanecznych podrygów, po czym urokliwie przygasa.



wtorek, 13 grudnia 2022

The Free Iberian Stories, continuation: The Caldas Concert & A Tiny Bell and Its Restless Friends!


Dwie najnowsze opowieści iberyjskiej serii muzyki swobodnie improwizowanej, generowane producencko w naszym pięknym kraju siłami dwóch inicjatyw, są do Waszej dyspozycji mniej więcej od dwóch miesięcy. Dziś prezentujemy ich zgrzebny opis, wystukany czerstwymi metaforami Pana Redaktora dosłownie przed chwilą. So, welcome and enjoy!



 

The Caldas Concert. Live at Igreja do Espírito Santo

W kolejną, swobodnie improwizowaną podróż po Półwyspie Iberyjskim wybieramy się do miejscowości Caldas da Rainha, położonej mniej więcej 60 km na północ od Lizbony. W obiekcie sakralnym Igreja do Espírito Santo spotykamy pięciu doskonale nam znanych muzykantów – trzech Portugalczyków, jednego Urugwajczyka i jednego Katalończyka. Wyposażeni w gitarę, kontrabas, mały zestaw instrumentów perkusyjnych, saksofon i trąbkę zagrają dla nas jedną improwizację, która potrwa ponad trzy kwadranse.

Narracja od startu formuje się w kolektywny dron akustycznych fonii – zgrzyta smyczek kontrabasu, szeleszczą gitarowe struny, suche oddechy wydają instrumenty dęte, a na werblu broczą w mroku drobne przedmioty. Wszystko przypomina wielką orkiestrę symfoniczną, która stroi się w pocie czoła do prawykonania Święta Wiosny. Kontrabas zawłaszcza tu całe piekło, o wielu sprawach decyduje na wstępnym etapie koncertu, reszta instrumentów ma z kolei do dyspozycji bezkresne niebo. Nerwowa struga dźwięków systematycznie pęcznieje, a pierwsza, dość skromna kulminacja ma miejsce już po upływie trzech minut. Całość zdaje się tu mieć swój wewnętrzny rytm, ale trudno jest wskazać osobę w pełni odpowiedzialną za jego kreowanie. Z czasem narrację ciągnie ku górze repetująca fraza gitarzysty. Trębacz i saksofonista skrzeczą i preparują, kontrabasista skacze po strunach, a tym, który buduje tajemnicze tło wydaje się być perkusjonalista. A to wszystko dzieje się jeszcze przed upływem dziesiątej minuty.

Właśnie pod koniec pierwszej dekady minut artyści decydują się na pierwsze spowolnienie. Tłumią narrację niemal do pojedynczego dźwięku. Nowy wątek bierze na swoje barki gitara, kontrabas wspiera ją przechodząc w tryb pizzicato, a dęciaki budując soczysty dron. Po kolejnych kilku minutach gitara zaczyna snuć meta rockową pętlę narracyjną. Kontrabas w ramach dysonansu stawia grzmiące stemple, a perkusjonalia po raz pierwszy formują coś na kształt drummingowego szyku. Opowieść faluje teraz jak wzburzony ocean, jest gęsta od dźwięków, ale zaskakująco lekka, dobrze wietrzona podmuchami morskiego powietrza. W okolicach 20 minuty do akcji powraca silnie naładowany ekspresją kontrabasowy smyczek i kreuje nie bez udziału pozostałych drobną, ale soczystą kulminację. Tuż po niej zaczyna pracować efektowne echo, budowane masą rezonujących przedmiotów. Tym razem opowieść nabiera pewnej nostalgii i samozadowolenia, przypomina strugę złocistego post-chamber. Ale burza wisi tu w powietrzu! Małe kulminacje odbywają się teraz w podgrupach, a energia potencjalna kwintetu daje nadzieję na eksplozję godną anonsowanego już Święta Wiosny. Improwizacja nadyma się, jak gdyby niewidzialny reżyser wydał okrzyk Akcja! Piłowanie smyczka, charkot instrumentów dętych i gitarowa plątanina post-rytmicznych fraz – całość przypomina galop stada koni po prerii. A w jego tle pracuje armia dźwięków preparowanych, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie określić.

Tymczasem koncert trwa już ponad dwa kwadranse i osiąga naprawdę gorący moment, pachnący wręcz free jazzem! Swoje piękne frazy dokłada tu wyswobodzony z kolektywu trębacz. Uspokojenie nadchodzi zupełnie niespodziewanie, a kreśli go post-klasycznie i czysto brzmiąca gitara. W tle oba dęciaki skomlą o łyk wody. W okolicach 38 minuty narracja staje u progu ciszy i stawia pytania o kierunek dalszej drogi. Drobne rezonanse, skromne obtarcia, smugi cienia i błysk szeleszczących przedmiotów. Nagle wprost w ciszę uderza bas, a krótkie, cyrkulacyjne solo proponuje saksofon sopranowy, wsparty jedynie rezonującym talerzem, który po chwili także serwuje nam kilka samotnych dźwięków. Tuż po nich improwizacja zdaje się już przygotowywać do finałowego odliczania. Szmery, szturchnięcia, suche oddechy. W ułamku sekundy wszystko lepi się tu w jeden strumień, który huczy, śpiewa, uderza w płaskie powierzchnie i repetuje. Saksofon i trąbka snują długie frazy, kontrabas schodzi do piwnicy. Muzycy i ich rozgrzane instrumenty dygoczą na silnym wietrze i szukają ostatniej frazy. Dogaszanie płomienia narracji jest dość nerwowe i zostaje zakończone ostrym cięciem edytorskiego skalpela.



 

A Tiny Bell and Its Restless Friends

Najpopularniejsze barcelońskie okoliczności studyjne zwą się Złotym Jabłkiem. Tamże, jakże słoneczną wiosną, pod czujnym, producenckim okiem El Pricto znajdujemy trójkę improwizatorów. Dwaj Katalończycy zabrali ze sobą saksofony i zestaw perkusjonalii, gościnnie zaś pojawiający się Szwajcar przytargał elektryczną gitarę. Wydziergają dla nas dziewięć gęstych jak smoła opowieści, które dość istotnie przekroczą magiczną barierę trzech kwadransów.

Pojedyncze struny gitary, półmrok w tubie saksofonu i drobne, rezonujące przedmioty z arsenału perkusjonalisty, to foniczny obraz pierwszych chwil albumu. Pokraczne figury nowego piękna, short-cuts gitary, które taplają się w metalicznej mgle tła. Swobodny, choć na razie dość filigranowy post-industrial - gatunkowy trop, którego posmaku nie zdołamy zgubić aż do ostatniego dźwięku całego albumu. Wszystko tu huczy i grzmi, i tylko te drobne robaczki skaczące po glazurze werbla, jakby brały w nawias powagę pieśni otwarcia. Na starcie drugiej części pracuje nade wszystko echo, puls ciepła gitarowego wzmacniacza i szelest dźwięków, które zostaną dopiero wydane. Saksofonowe dysze wachlują zimne powietrze, inne drobne, metalowe przedmioty także zakłócają natarczywą ciszę. Dźwięki szarpane, cmokane, tarte i stukane w martwym tańcu, w koślawym rytmie stygnącego strumienia brudu. Preparowane frazy, kreowane mocą niekończącej się palety pomysłów. Narracja gęstnieje, przypomina wielką orkiestrę symfoniczną w stanie totalnej agonii. Wszyscy tu śpiewają, zwłaszcza gitara, która wyje kompulsywnym sprzężeniem traconej mocy.

W trzeciej odsłonie, zupełnie niespodziewanie, flow dostaje się w tryby rytmu. Drummerski step, slajsy zmutowanej gitary i dźwięki saksofonu, które przypominają … saksofon. Przednówek free jazzu, niczym ziemia obiecana. Kanciasty rytm, ulotne frazy, ale doposażone w gigantyczny ładunek ekspresji. I gitara, która znów ma tryliony nowych pomysłów. Po niedługiej chwili przenosimy się na powrót w otchłań pomruków - sumiastych dronów i basowych śpiewów. Oniryczny półmrok, brzęczenia, skomlenia, tarcia i onomatopeje. No i zaskakująca kooperatywa gitary i saksofonu – brzmią identycznie, a rezonans talerza potwierdza metafizykę chwili. Wszystkie dźwięki nadymają się tu, jak ropuchy! Piąta historia, to ledwie strzępy fonii, frazy nerwowo wydzierane z gardła instrumentu. Większość z nich płynie chyba jednak z samego nieba (lub piekła), wszak perkusjonalia, sześciostrunowa gitara i prosty instrument dęty nie są w stanie generować czegoś brzmiącego równie nierealnie. Każdy fonia zdaje się tu mieć innego ojca, ale wszystkie w ułamku sekundy są w stanie kochać jedną matkę. Gra toczy się na wyjątkowo małe pola, a post-industrialny smak w ustach zdaje się być lepki, jak zbyt gęsty olej. Zresztą wrażenie, że przebywamy w małym zakładzie mechaniki pojazdowej towarzyszy nam już od wielu chwil. Narracja i jej elementy składowe są jednak wyjątkowo kompatybilne, bez trudu łączą się w strugi gęstej, jednolitej magmy. Przy okazji gitara brzmi tu niczym przesterowana basówka, z której brzmieniem sprzęga się każda, nawet najdrobniejsza porcja dźwięków pozostałych instrumentów. Pod koniec jednej z najpiękniejszych opowieści perkusjonalista wypuszcza na łowy swoją zdeterminowaną armię wibrujących przedmiotów, dodatkowo czyniąc ów moment najgłośniejszym epizodem tego dźwiękowego szaleństwa.

Szósta historia znów ma półdynamiczny step, niczym trzecia część. Gęsty rytm, szybkie, rewolwerowe interakcje, post-freejazzowy sznyt. Saksofon i gitara znów mają ze sobą romans, nawet na siebie pokrzykują! Siódemka z kolei, to rodzaj wyjątkowo mrocznej ballady, nasyconej niewyobrażalną porcją rezonansu, przypomina przeciąganie liny, która za chwilę pęknie. Znów dostajemy się w wir dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Początek ósmej części oddany zostaje w ręce saksofonu, który coś nuci pod nosem, podczas, gdy reszta załogi ledwie akcentuje swoją obecność. Po chwili już wszyscy rezonują na potęgę. Struga dźwięków ma dość niski ciężar gatunkowy, jakby dziecko na huśtawce zakleiło się watą cukrową i systematycznie traciło oddech. Jeśli do tej pory muzycy stawiali nam setki znaków zapytania i gra w fake sounds bawiła ich po pachy, to w ostatniej improwizacji przechodzą już samych siebie. Coś tu szeleści, brzęczy, szumi, klei się do siebie i piszczy. Post-akustyczna rzeczywistość nie ma już jakiegokolwiek imienia. Pieśń zamknięcia sama jest wielkim znakiem zapytania. Reasumuje jednak podróż doprawdy niezwykłą.

 

Marcelo dos Reis/ Álvaro Rosso/ João Valinho/ Albert Cirera/ João Almeida The Caldas Concert. Live at Igreja do Espírito Santo (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2022). Marcelo dos Reis – gitara, gitara preparowana, Álvaro Rosso – kontrabas, João Valinho – instrumenty perkusyjne, Albert Cirera – saksofon oraz João Almeida – trąbka. Nagranie koncertowe, 14 listopada 2020, Grémio Caldense / Igreja do Espírito Santo - Caldas da Rainha, Portugalia. Jeden utwór, 48:38.

Don Malfon/ Florian Stoffner/ Vasco Trilla A Tiny Bell and Its Restless Friends (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2022). Don Malfon – saksofon altowy i barytonowy, Florian Stoffner – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Golden Apple Studios, Barcelona, późna wiosna 2022. Dziewięć improwizacji, 51:59.

 

*) Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą obu płyt!



piątek, 9 grudnia 2022

The December’ Round-up: Dead Neanderthals! Teufelskeller! MMTK! Ward! Brûlez les meubles! Gimenez! Trio_io! Trytony!


Grudniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt jest już gotowa! Na tyle wcześnie, by móc jeszcze zrewidować Wasze plany przedświąteczne w zakresie zakupu nowych albumów! Kupujcie je bowiem w dużych ilościach, wspierajcie muzyków i wydawców, co by głodem nie przymarli tej srogiej, neo-wojennej i post-pandemicznej zimy!

W tym miesiącu w zestawie nowości same petardy! Dosłownie i w przenośni! Przy odsłuchu pierwszych dwóch albumów być może uszkodzicie swoje narządy słuchu, a zadbają o to artyści wyjątkowo w tej dziedzinie kompetentni - holenderski Dead Neanderthals oraz pewne trio pod wodzą Antona Ponomareva. W dalszej kolejności czeka nas delikatny post-relaks przy … ognistej muzyce kwartetu złożonego z krajowych muzyków oraz solowym, dętym performance pewnego bystrego przedstawiciela Zjednoczonego Królestwa. Następne pozycje w zestawie, to pełnokrwisty jazz – odpowiednio z Kanady (aż dwa albumy) i Argentyny. Na finał zaś naszego spotkania powrót na krajowe podwórko i dwa albumy – najpierw post-kameralne Trio_io, potem podróż definitywnie ponad-gatunkowa, albowiem czeka na nas reedycja pierwszej płyty bydgoskich Trytonów!

Welcome to hell or heaven, as you want!



Dead Neanderthals  Metal (Utech Records, CD 2022)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja i głos. Dwa utwory, 43 minuty.

Konceptualna repetycja wyniesiona do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko głośnej! Dwójka Holendrów zaczynała dewastować schematy współczesnej muzyki pod szyldem New Wave of Heavy Jazz, dziś swoją płytę zwie Metal i nie jest to tytuł szczególnie mylący. Syntezatorowe wyziewy w mantrze wiecznego powtórzenia, jednostajny, wręcz punkowy beat perkusji i post-growlowe wrzaski zatopione w czarnej mgle hałasu, to zasadnicze elementy tej układanki. Jak zawsze w przypadku tej formacji, egzystencjalną podróż do krańca świata zaczynamy pełni niepokoju, ale już w trakcie początkowej fazy tej magmy dźwięków, postanawiamy nigdy nie wrócić do punktu wyjścia.

Wszystkie siły połączone, wszystkie obawy rozproszone, to … tekst zdobiący pierwszą część Metalowej opowieści. Stopa i werbel pracują jak maszyna, choć całość jest definitywnie efektem pracy człowieka. Brzmienie zdaje się tu być odrobinę przesterowane. Intensywność beatu stopy sprawia wrażenie, jakby ten element zestawu perkusyjnego był podwójny (metal!), ale to chyba złudzenie foniczne. Tymczasem syntezator płynie post-melodią zapętloną w nieskończoną ilość powtórzeń, a zmutowany głos krzyczy z cokolwiek odleglej planety. Po stronie odbiorcy rodzi się pragnienie, by potencjometr głośności ustawić w pozycji maksymalnej, by chłonąć jeszcze większe porcje tej niemal metafizycznej mocy. W trakcie odsłuchu ponad dwudziestominutowego utworu doszukujemy się zmian w strukturze wielkiej pętli. Być może głosowe wyziewy są bardziej głębokie, tembr syntezatora bardziej siarczysty, a smuga backgroundu bardziej smolista. Ale może tylko nam się wydaje. Ewolucja, całe wnętrze wypełnione treścią, cała wiedza zachowana, to z kolei treść werbalna drugiej odsłony tego horroru. Sytuacja sceniczna ulega minimalnej modyfikacji. Fraza syntezatorowa wydaje się łagodniejsza, bardziej melodyczna, a krzyk bardziej zrównoważony emocjonalnie. Niezmiennie pracuje zaś perkusyjna stopa, bije niczym serce wszechświata w stanie agonii. Po upływie osiemnastej minuty szalony step perkusji gaśnie, pracuje tylko rozmodlony syntezator, z którym dobijamy do końca przy pojedynczych, jakże subtelnych w kontekście całości, uderzeniach w perkusyjny werbel.



 

Teufelskeller  Teufelskeller (WV Sorcerer Productions, LP 2022)

Twilight Lounge Recording Studio, Moskwa, marzec 2021: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Konstantin Korolev – bas, elektronika oraz Andrey Kim – perkusja. Cztery utwory, 43 i pół minuty.

Freejazzowy saksofonista, który potrafi spazmatycznie wyć do księżyca niczym młody Peter Brötzmann, niebywale kreatywny basista, człowiek w stanie permanentnej zmiany, z instrumentem brzmiącym jak cała historia hardcore-punk, wreszcie perkusista, stary punkowiec, który snuje dynamiczne post-synkopy z gracją Elvina Jonesa! Oto Teufelskeller, nowe trio, które szyje dla nas cztery długie, wyczerpujące impro-opowieści, nie gubiąc kreatywnej koncentracji i energetycznej mocy choćby na ułamek sekundy. 

Od startu artyści nie biorą tu jeńców! Dęte wyziewy niczym plaga szarańczy, basowe kłębowisko wirtuozerskich pasaży na dużej dynamice i szybka, rozedrgana perkusja. Gęsta, nielinearna narracja szyta z punkową werwą i post-jazzowym zębem. Druga, najdłuższa, ponad piętnastominutowa pigułka energetycznego szczęścia zaczyna się na wydechu. Bas sieje spustoszenie, pnie się ku górze, a jego spiętrzenia i przełomy zdają się tu stanowić wątek główny narracji, a nie jedynie refren młodzieżowej piosenki. W środku opowieści muzycy serwują nam nieco iluzoryczne rozwarstwienie jakże intensywnej narracji. Saksofon zaczyna tu niemalże śpiewać, ale z wyrazem bólu na twarzy. Początek trzeciej opowieści znów należy do sekcji rytmu – bas szybuje ku niebu, płynie wyjątkowo matowym brzmieniem, perkusja stawia stemple. Saksofon wchodzi do gry po dwóch minutach i przyprawia na ostro. Połamany flow ma tu tysiące efektywnych zakrętów, wszystkie pokonuje jednak na dużej szybkości, z mistrzowską intensywnością. Finałowa opowieść trwa ponad dziesięć minut, na tle poprzedniczek ma jednak kilka realnych spowolnień, a nawet wtrętów post-balladowych. Początek płynie basowym drive’em z dużą dawką melodii i perkusją, która szyje punkowym metrum na dwa. Saksofon znów budzi się do życia po kilku przebiegach i jeszcze dokłada do ognia. W trakcie zapowiadanych spowolnień basista z kolei dorzuca kilka funkowych grepsów. Na ostatniej, długiej prostej trwa już finałowe, rozkołysane … zagęszczanie - połykanie ognia z zamkniętymi oczyma.



 

Małota, Małkowski, Traczyk & Kasperek  Live in Młodsza Siostra (Torf Records, DL 2022)

Młodsza Siostra, Warszawa, maj 2022: Michał Małota – saksofon tenorowy, Jan Małkowski – saksofon altowy i sopranowy, Wojtek Traczyk – kontrabas oraz Miahcł Kasperek – perkusja. Sześć utworów, 42 i pół minuty.

Aylerowska swoboda i melodyka, medytacyjna struktura narracji i dramaturgiczna nieśpieszność budują w Młodszej Siostrze nastrój, kreują klimat free jazzu w jego definitywnie korzennej formule. Jeśli czegoś nam brakuje do pełni wolnego szczęścia, to małych, ognistych eksplozji, które świetnie konstruowany przez artystów suspens przekuwałyby w krwiste emocje fire music.

Otwarcie przypomina poranne śpiewy po ciężkiej, zakrapianej smutkiem nocy. Ognista smuga cienia wije się wokół muzyków i dość szybko przenosi ich w drugi epizod koncertu. Więcej trwogi i desperacji, popartej nerwowym rytmem perkusji, buduje nastrój oczekiwania na pierwsze emocje. Post-bluesowy posmak stawia tu pytania, a ewolucja do stanu kolektywnego free jazzu daje nieśmiałe odpowiedzi. Muzycy nie eskalują tempa, zwłaszcza saksofoniści, którzy lubią kumulować myśli i słowa w barokowych niemal onomatopejach. Zresztą trzeci odcinek tej podróży, po kwartetowym otwarciu, oddaje pole tłusto brzmiącemu smyczkowi na gryfie kontrabasu. Sytuacja nabiera na powrót dynamiki dzięki aktywnemu drummerowi, który wrzuca piąty bieg nie bacząc na dramaturgiczną pozę pozostałych muzyków. Saksofony nie idą jednak na szczyt, ale leją się przez ręce strumieniami post-melodii. Na zakończenie tej części koncertu dostajemy trio z sopranem w roli mąciciela wiecznego spokoju. Czwarta odsłona, to emocjonalna huśtawka. Perkusja kłębi się w sobie z emocji, nerw narracji dygocze, ale improwizacja jakby stała w miejscu, a dywagacje dętych przybierały na sile. Głębszy tryb oddechu wrzuca teraz tenor, który brudnym tembrem sugeruje dalszy kierunek narracji. Reszta idzie z nim jak w ogień. Najlepszy moment koncertu zastyga pod jarzmem wystudzonego smyczka. Ostatnie dwie krótkie improwizacje, to rodzaj koncertowej kody. Najpierw w kwartecie, potem w saksofonowym duecie - zmysłowe, meta melodyjne, dobrze stłumione niemal do ostatniego dźwięku.



 

Tom Ward  Transient Signalling At A Distance (Raw Tonk Records, Kaseta 2022)

Two Ships, The Nest, Hastings oraz SET Lewisham, Anglia, czerwiec-sierpień 2022: Tom Ward – saksofon altowy, flet, klarnet i klarnet basowy. Sześć improwizacji, 36 i pół minuty.

Kolejny brytyjski saksofonista i klarnecista młodego (wciąż) pokolenia zapuszcza się w rejon trudnych, samotnych podróży z dźwiękiem! Tom Ward proponuje nam prawie dwudziestominutowy incydent koncertowy na saksofon altowy oraz pięć mniej lub bardziej enigmatycznych występów w miejscach pozbawionych publiczności, gdzie sięga także po klarnety, a nawet flet. Dodajmy, iż muzyk ten dobrze czuje się w sytuacjach free jazzowych, ale oceanem jego artystycznej szczęśliwości zdaje się być nade wszystko swobodnie improwizowana kameralistyka. Jego solowa płyta dobitnie ów fakt unaocznia.

Muzyk rozgrzewa siebie i publiczność dronowym oddechem saksofonu, krąży po sali niczym sęp poszukujący hipotetycznej ofiary. Huśta się na wietrze, wierci na krzesełku, jakby szukał ekspresji skrytej za teatralną kotarą. W swej ekspozycji pnie się ku górze, ale nie stroni też od westchnień pełnych zadumy. W jego narracji nie brakuje zarówno melodii, jak i hałaśliwych, wysoko zawieszonych fraz. Gdy schodzi w okolice ciszy słyszymy skrzypiące drzwi, gdy szukać zaczyna bardziej rozbudowanych brzmieniowo fraz pod jego strumień fonii podłącza się … jakieś dziecko na widowni. Artysta zdaje się tu stać okrakiem nad dwoistością improwizowanej narracji – robi dwa korki do przodu, a potem krok do tyłu. W części krótkich opowieści (druga strona kasety!) radzi sobie zdecydowanie lepiej. Najpierw serwuje nam krótki set na flecie, swobodnie tańcząc wokół własnej osi nie bez dźwiękowych subtelności. W kolejnej części powraca do altu i choć w tytule sugeruje kołysankę, całość improwizacji urokliwie łapie podmuchy ekspresji. Zaraz potem, w miniaturowej opowieści wydaje kilka zawadiackich okrzyków na klarnecie basowym, po czym niezwłocznie przechodzi do piątej odsłony, gdzie na klarnecie rysuje nam chyba najciekawsze na tym albumie improwizowane bohomazy. Dużo w nich emocji, ekspresji, a także mikro preparacji. W finałowej improwizacji po raz kolejny powraca do saksofonu altowego i snuje intrygującego rozchodniaczka.



Brûlez les meubles  Tardif & L'Appel du Vide (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nieznany: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara elektryczna, Éric Normand – bas elektryczny, Jean Derome – saksofon altowy i flet basowy (pierwsza płyta), John Hollenbeck – perkusja, instrumenty perkusyjne (pierwsza płyta) oraz Tom Jacques – perkusja (druga płyta). Dziewięć utworów, 46 minut oraz dziesięć utworów, 50 minut.

Dwie jazzowe wycieczki do francuskojęzycznej Kanady zapewnia nam tamtejszy working band złożony z bystrego gitarzysty o niezwykle długim nazwisku i basisty, którego nagrania na polu swobodnej improwizacji śledzimy na ogół z zapartym tchem. Ich formacja zwie się zgodnie z tytułem wykonawczym podanym wyżej, a rzeczeni Kanadyjczycy do składu dobierają sobie przy okazji kolejnych albumów różnych współpartnerów. Zatem najpierw kwartet z udziałem najbardziej rozpoznawalnego saksofonisty z tamtej części świata oraz pewnego nieanonimowego perkusisty, potem trio z kolejnym perkusistą, którego znamy – podobnie jak basistę – z orkiestry Le GGRIL. Zgodnie z anonsem obie płyty to jazz pełną gębą - w edycji kwartetowej poszukujący na ogół bystrych konotacji z estetyką Billa Frisella, w edycji trzyosobowej bardziej ukierunkowany na eksplorację dokonań Jima Halla. Być może muzyka skrojona bardziej dla relaksu i mniej wymagającego odbiorcy, ale niemniej wartościowa i stylowa niż wiele swobodnie improwizowanych petard, jakie znamy z tych łamów.

Prezentowane albumy mają wiele cech wspólnych. Bazują na kompozycjach własnych duetu i cudzych pięcioliniach, koncertują się na zwinnej prezentacji tematu piosenki, a potem jego kolektywnym ogrywaniu, zarówno na poziomie brzmienia, jak i zmiennej dynamiki. Solowe ekspozycje artystów stanowią tu raczej zaskakujące incydenty niż treść narracji. Utwory są dobrze skonstruowane pod względem dramaturgicznym, trwają od czterech do sześciu minut i mimo kilku przesłodzonych fragmentów, dobrze się ich słucha niemal w każdych okolicznościach. Na płycie kwartetowej podobać się może szczególnie środkowa część. Czwarte nagranie kusi nas zmysłową dynamiką i połamanym metrum, udanie czerpie z gitarowych tradycji Billa Frsilela, ale także saksofonowych post-melodii Tima Berne’a. Piątą opowieść buduje dysonans. Narracja grana w duecie saksofonu i perkusji szuka free jazzowych konotacji, z kolei grana w duecie gitary i basu snuje post-kameralne, melodyjne frazy. Oba duety grają tu niemal naprzemiennie. Na podobnej zasadzie zbudowana jest spokojniejsza, szósta odsłona albumu. Na płycie tria mamy dwie kompozycje podpisane przez wszystkich muzyków, zatem zapewne w dużej części improwizowane. I to one winny przykuwać uwagę słuchacza w pierwszej kolejności. W piątym utworze funkowy bas, połamane rytmy i efektowne skoki tempa, tudzież narracyjne zagęszczenia kreują dużą jakość. Utwór dziewiąty staje z kolei w dużej opozycji do całego albumu. Przesycony rockowymi emocjami, ambientowym tłem i basowymi inkrustacjami, z pewnością stanowi najlepszy moment obu prezentowanych tu płyt.



Rocío Giménez López Trío  Un caos lúcido (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, czas nieznany: Rocío Giménez López – fortepian i syntezator, Fermín Suarez – kontrabas oraz Francisco Martí – perkusja. Siedem utworów, 30 minut.

Muzyka improwizowana z Argentyny stawia na krótką formę. To już doskonale wiemy z poprzednich opowieści z Buenos Aires. Album uroczo zatytułowany Jasny Chaos, to pure jazzowe trio fortepianu, kontrabasu i perkusji, które w zasadzie niczym nas nie zaskakuje. Szyje dobre tematy, bogaci je zwinnymi, nieprzegadanymi improwizacjami, sprytnie kondensuje w kilkuminutowych opowieściach intensywnie synkopowaną treść. Ale pośród jazzowej narracji znajdujemy też garść artystycznego fermentu, gdy akustyczne brzmienia piana bogacone są syntezatorowymi pasażami, tudzież preparacjami, z kontrabasowym smyczkiem szukającym jakże melodyjnego dna.

Efektowny groove basu, śpiew czystej klawiatury fortepianu w post-klasycznej tonacji i zwinny rytm perkusji – całość pachnie słoneczną salsą i zaprasza do dobrej zabawy. Drugi epizod zdaje się być bardziej rozmarzony, struktura rytmiczna bardziej pokomplikowana, a ekspozycja basu całkiem intrygująca. W trzeciej części pojawia się syntezator, który razem z fortepianem zaprasza na fussion dance z posmakiem lepszych fragmentów z historii Return To Forever. Jak w każdej narracji, muzycy znajdują tu kilka chwil na solowe improwizacje. W czwartej odsłonie pojawia się kontrabasowy smyczek. Jego post-barok udanie konweniuje z minimalistycznym piano i perkusyjnymi świecidełkami. Zaraz potem dynamiczna, melodyjna, post-ragtime’owa kompozycja wzbogacona perkusyjnymi przygrywkami. Przedostatni utwór stawia na dźwięki preparowane, których drobne porcje dostajemy na początku i w końcowej fazie nagrania. Ballada, która bezskutecznie szuka dynamiki wieńczona tu jest repetującym pasażem czarnych klawiszy. Ostatnia cześć, to już stylowa rozbiegówka bez brzmieniowych poszukiwań, która całkiem dynamicznie sięga zakończenia.



Trio_io  Parts (Szara Reneta, Kaseta 2022)

AM Bydgoszcz, czas nieznany: Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce. Pięć utworów, 18 minut.

Katowickie trio, lubiące post-kameralne improwizacje z delikatnie zarysowanym scenariuszem, zaprasza nas na … dogrywkę swojego ostatniego albumu New Animals. Pięć utworów zarejestrowanych w trakcie realizacji rzeczonej płyty wylądowało wówczas w szufladzie, dziś dostajemy je na zgrabnej kasecie magnetofonowej w formie urokliwej miniatury.

Pierwszą opowieść budują gitarowe drobiazgi klejone w rytmiczną strukturę, którą zdobią kameralne śpiewy fletu i skrzypiec. Pod koniec gitara smakuje tu post-americaną. W drugiej części muzycy stoją w miejscu i ślą sobie wzajemnie plejady short-cuts, które zwinnie formują się w strumień coraz bogatszej w improwizowane frazy narracji. Tętnią zżyciem, niczym spacer po zroszonej porannym deszczem łące. W kolejnej narracji wyszukaną rytmikę proponuje flet, gitara plącze się w ambientowych wyziewach, a zabawne pizzicato skrzypiec dodaje całości kolejnej porcji uroku osobistego. Utwór ma swój istotny ciąg dalszy, w trakcie którego gitarowe frazowanie zaczyna przypominać Roberta Frippa i nagrania King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. Czwarta opowieść w ujęciu rytmicznym wydaje się podobna do poprzedniczki, ale artyści sycą ją dużą porcją preparowanych dźwięków. Basowe stemple, flecie wydechy i jęczące skrzypce budują tu narrację, która z czasem zyskuje niemal maszynową post-dynamikę. Ostatnia opowieść wydaje się dość nerwowa. Rozhuśtane frazy, garść preparacji i udany skok ku naprawdę dużym emocjom, zwłaszcza ze strony fletu. Tempo, śpiew i zmyślne wytłumienie, to atrybuty zakończenia.



 

Trytony  Tańce Bydgoskie (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD/ LP 2022 - reedycja)

DEO-Recordings, Wisła, 1991: Tomasz Gwinciński – gitara, fortepian, syntezator, śpiew, Sławek Janicki – kontrabas, saksofon tenorowy oraz Jacek Buhl – perkusja. Dziewiętnaście utworów, ponad 50 minut.

Edytorska niespodzianka roku! Po trzech dekadach mamy ponownie okazję posłuchać debiutu bydgoskich Trytonów. Formacji z pewnością legendarnej, nie tylko dlatego, iż swoim debiutem zainaugurowała nurt yassowy w polskim jazzie i muzyce improwizowanej, ale także dlatego, iż dała początek wielu innym, równie ważnym wydarzeniom na krajowej scenie lat 90. ubiegłego stulecia. Pytanie zasadnicze każdej recenzji - czy ta muzyka broni się po trzydziestu latach pod względem artystycznym? Odpowiedź może być tylko twierdząca! Być może z pespektywy tak wielu lat widać (słychać) jeszcze dobitniej główny walor tamtego nagrania – jego jakże ekspresyjną ponadgatunkowość. Jego warstwa kompozycyjna kotwiczy nagranie w kategorii jazzu (jest klasyk Coltrane’a!), ale album jako całość niesie ze sobą ocean dobrych lub bardzo dobrych skojarzeń, takich jak brytyjski Rock in Opposition i Fred Frith, nowojorski, wczesny Downtown i choćby Arto Lindsay, a nawet całkiem urokliwy posmak późno amerykańskiego No Wave. Z jednej strony niesamowity groove basu Janickiego, z drugiej wielowymiarowa, zaskakująca na każdym kroku gitara Gwincińskiego, jego bystre, taneczne kompozycje, a także sznyt post-klasyczny i pełne garście rockowej psychodelii w niebanalnych improwizacjach. Do tego dodajmy bystry drumming Buhla niepozbawiony jego punkowych, czy nowofalowych korzeni, wreszcie cała masa humoru, studyjnych żartów i brzmieniowych niespodzianek, tak typowych dla yassu tamtych urokliwych lat.

W trakcie odsłuchu aż dziewiętnastu utworów (dodajmy, iż kilka z nich, to ledwie kilkunastosekundowe wtręty basu i gitary) możemy doszukiwać się wielu ciekawostek, wolt stylistycznych i wyjątkowo dobrze dobranych, instrumentalnych inkrustacji (fortepian, moog, saksofon), ale także bystrych, niemal pop-rockowych piosenek (choćby ta wieńcząca cały album). A jeśli mielibyśmy wskazać wyjątkowo udane momenty, to zacząć winniśmy od siódmej odsłony. Gitara początkowo brzmi tu wyjątkowo twardo, cedzi funkowe frazy niczym elektryczny bas. Szybko do gry właczają się rozśpiewany syntezator i rozwrzeszczany saksofon, po czym wszyscy udaja się w jakże psychodeliczną podróż w nieznane. W dziewiątej części smyczek na kontrabasie kusi brudnym post-barokiem, a jazzowa ekspozycja brzmi niczym zmutowane Modern Jazz Quartet. Dwunasta opowieść to Nieudane Black Sabbath - post-psychodeliczny marsz pogrzebowy z siarczystą gitarą. Z kolei klasyk Coltrane’a zaczyna się rockową eksplozją, a kończy zwinną, swingującą solówką gitary. Piętnasta część przypomina jazzową piosenkę, która nagle, w samym środku nagrania, ucieka w kwaśne igraszki z dźwiękiem. Wreszcie siedemnasta opowieść, która tempem i ekspresją przypomina początek albumu, taneczny i jakże frywolny, a efekt całości buduje tu brudne brzmienie wszystkich instrumentów i prawdziwie post-rockowy drive.