piątek, 20 kwietnia 2018

David Birchall & Vernacular Recordings! The full catalogue overview!


Młodej, zbuntowanej muzyki improwizowanej z samego środka Zjednoczonego Królestwa ciąg dalszy! Manchester w natarciu, nie tylko w wymiarze futbolowym!

Dzielna zasada DIY (zrób to sam), szare kartony, kompakty, cd-ry, singiel winylowy, wolność, swoboda, anarchia, improwizacja – jakież to piękne!

Maleńki label prowadzony przez gitarzystę Davida Birchalla – Vernacular Recordings *) – doczekał się właśnie szóstej pozycji katalogowej. Przyjrzymy się jej szczegółowo, a potem także poprzednim pozycjom, zaś jedną tylko przywołamy, gdyż była już na tych łamach recenzowana.




Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ Live in Beppu  (VR 006, 2018)

Beppu, Japonia, kwiecień 2017 roku; Sam Andreae – saksofon altowy, Otto Willberg – kontrabas, David Birchall – gitara elektryczna; 1 fragment, blisko 62 minuty.

Improwizowany environment, trzech muzyków, bar, podwórko tuż obok, dzieci, głosy dorosłych. Odgłosy miasta, pociągi, samoloty, instrumenty i wszystko, co muzycy mają pod ręką. Mikrobiologia dźwięku, bezmiar specyficznego field recordings. W aspekcie czysto muzycznym dużo pojedynczych, urywanych fraz, niedokończonych narracji, zdań kończonych w pół słowa. Improwizacja zaniechania, punkowy brud, anarchia fonicznego rozkładu, programowa nonszalancja, etos kontestatora. 6 minuta, pierwszy przejeżdżający pociąg, niczym kontrapunkt dla zbuntowanej opowieści. Dużo humoru, artystycznych przekomarzań. Równouprawnienie wszystkich dźwięków, każdego zachowania scenicznego. 9-10 minuta, trochę psychodelii wprost z gryfu gitary, wspomaganej wiatraczkiem imitującym nieistniejącą klimatyzację, dobrze robi tej kolektywnej zabawie w nieoczywiste rozwiązania foniczne. Narracja, w której dysonans i natarczywa chęć dekonstrukcji są ważniejsze od snucia spójnej opowieści (15 minuta, kolejny pociąg). 18-20 minuta, nieco więcej muzyki wprost z typowych instrumentów, gitary, saksofonu i kontrabasu. Gdy improwizacja brnie w zabawę, to, co dzieje się wokół w ramach odgłosów świata zewnętrznego, zdaje się być wręcz ciekawsze. 28 minuta, muzycy schodzą do poziomu ciszy i wszyscy zasłuchują się w dźwięki, jakie powstają poza sceną. Oczekiwanie na to, co wydarzy się właśnie tam… Szum ciszy, dzieci, głosy, huk powietrza (smogu?). Muzyka istotnie konkretna - trzaski, obtarcia, brzęczenia. 32 minuta - regulujemy zegarki, przejeżdża bowiem kolejny pociąg. Tajemnicze tło, to zapewne zamierzony efekt. Psie zabawki w użyciu! Kochamy anarchię! Obiekty drżą, jęczą i skomlą. W tubie saksofonu prawdziwa kipiel (35 minuta). Po 40 minucie znów jakby więcej muzyki w naszych uszach, nawet szczypta hałasu. Andreae na przekór wszelkim konwencjom saksofonistów, Willberg, który lubi wisieć na gryfie kontrabasu, Birchall poszukujący, niestrudzony, to właśnie z jego strony dociera do nas najwięcej interesujących rzeczy. 46 minuta, narracja znów prawie staje w miejscu. Słuchamy dzieci. Szum i drobne sprzężenia. Oczekiwanie, leniwe napięcie. Sonoryzm nie podłączony do strony mocy. Grymaśne dźwięki. Zapomniane historie miłosne, onomatopeje. Anarchia zdaje się górować nad improwizacją. 57 minuta, powraca mikrobiologia, woda kapie z sufitu nieba, to chyba próba stłumienia ambiwalencji recenzenta. Punk’s Not Dead? Indeed! Szukamy puenty, a życie wokół toczy się dalej. Kolejny pociąg, już na ostatniej prostej tego występu. Zostajemy sami z brzmieniem świata wokół nas. To chyba nie koncert, raczej uliczna improwizacja terenowa. Live in Beppu!

Poprzedni album tego tria, studyjny A Hair In The Chimney (VR 004, 2017), zrecenzowany został w tym miejscu.




David Birchall/ Colin Webster ‎Gravity Lacks (VR 002, 2016)

Londyn, maj 2015; David Birchall – gitara elektryczna, Colin Webster – saksofon tenorowy; 4 fragmenty (dwa solowe, dwa duetowe), 57 minut.

Colin solo! Głęboko zanurzony w tubie, tańczy na jej krawędzi, skacze pomiędzy dyszami, krzyczy w samym środku ustnika. Sonoryzm w szczytowej fazie rozwoju. Smukła, dociekliwa narracja, dbałość o jakość każdego zadęcia. Saksofon tenorowy w kompulsywnym marszu po swoje. Precyzja, technika, panowanie nad emocjami – jak zwykle u tego muzyka wręcz modelowe. I te wrodzone skłonności do punkowego brudu w brzmieniu! Oklaski!

David solo! Struny i amplifikatory kreślą spójną, nieśpieszną, delikatną opowieść. Szczypta oniryzmu pomiędzy strunami, metalicznego wdzięku każdego … dźwięku. Krok za krokiem, nutka za nutką. Narracja pętli się i narasta, błyskotliwie sprzęga i grymasi. 5 minuta, rodzaj rockowych, nieco hałaśliwych incydentów. Tuż potem szybki powrót do stanu pierwotnego. Dużo foni w jednostce czasu, jakbyśmy słuchali duetu, a nawet tria gitarowego. Prawdziwa ferria barw gitary elektrycznej w żmudnym procesie improwizacji. David doskonale panuje nad instrumentem, także nad emocjami recenzenta. Precyzyjna wolta z posmakiem hinduskiej ragi gdzieś w środku pudła rezonansowego, na ostatnich skrawkach strun. Opiłki geniuszu na gryfie! Doskonałe! 12 minuta przynosi kolejne skrawki noise’u, także drobiny ciszy zawieszone pomiędzy nimi. Prawdziwy poemat improwizacji na gitarę solo! Na finał molekularna ekspozycja ślizgającej się po gryfie kostki, która wprawia struny w mikro rezonans. Jakby gitara pogwizdywała! Na ostatniej prostej taniec zanurzony po uszy w nanobiologii psychodelii. Strictly Wonderful!

Duo 1! Zmasowana, choć odrobinę ulotna sonorystyka tuby i strun. Zwarcia, całusy, gitarowe pętle. Szybki zwrot ku incydentom noise. Colin wisi na dyszach, David jakby kontynuował doskonałe ekspozycje z poprzedniej solowej części. Bracia syjamscy wchodzą w siebie, jak w masło. Marszruty obu muzyków do bólu kompatybilne. Improve crazy noise, improve slow motion! What ever you want! Zejście w ciszę tonie w leniwej psychodelii, która łapie hałas, jak lep na muchy. 8-9 minuta, parada nieco niespójnych dronów, perfekcyjnie jednak skuteczna. Sonorystyka ciszy ma zbliżone parametry, a dopada nas w okolicach 13 minuty. Całusy z dyszy prosto w twarz gryfu, niemal z ust do ust. Ciało w ciało, oddech za oddechem. Perfect identity!

Duo 2! Molekularna gra bez grama struktury i zasad gramatyki. Trudno wskazać poziom intesywności, przy którym ten duet stapia się w jedno ciało bardziej skutecznie. Przy każdym! Tu, kolejne gęste zwarcie, całusy i bąbelki. W tym gronie zdarzyć się może naprawdę wszystko! Nie brakuje imitacji na wysokim poziomie – gitara brzmi jak saksofon, saksofon jakby dostał nowe struny. Soniczni magicy! Pokaz sztuczek i fajerwerków! Cały ten drugi epizod duetowy snuje się jak rozleniwiony wąż. Dopiero na sam finał macha ogonem, którego przecież nie posiada. Perfekcyjna, mała eskalacja. Brawo!




Richard Scott's Lightning Ensemble & Jon Rose  Auslanders: Live in Berlin (VR 001, 2016)

Berlin, czerwiec 2015; Richard Scott – syntezator, David Birchall – gitara akustyczna, Phillip Marks – perkusja, Jon Rose – skrzypce (tylko w drugiej części); 2 fragmenty, 40 i pół minuty.

Trio! Całkiem akustyczna ekspozycja mimo obecności syntezatora. Okazuje się, że utalentowany muzyk także z takim narzędziem potrafi wypuszczać się na prawdziwie akustyczne wyprawy. Rwie przestrzeń nagrania incydentami zdecydowanie non sustained. Przykład wyrafinowanej elektroakustyki z dużą porcją wyobraźni (Birchall na gitarze bez prądu!). Czujny drummer - talerze, perkusjonalia w częstszym użyciu niż werble i tomy. Gęsta, niezwykle zmysłowa, cielesna improwizacja. Wąskie pasmo, ale dobra akustyka koncertu. Syntezator schowany, nieinwazyjny, intrygujący dramaturgicznie. W trakcie eskalacji muzycy z kocią zwinnością wchodzą w atrybuty noise, także w wysokich rejestrach. Dużo dźwięków na minutę, chwilami można zagubić się w miejscach ich powstawania. Wszak sam syntezator ma tak dużo elektroakustycznych możliwości. Warta podkreślenia na każdym kroku świetna robota perkusisty. Gitara Birchalla chwilami wręcz tonie w potoku innowacji, jakie wprowadzają na scenie jego partnerzy. Dramaturgicznie nie możemy być jednak niczego pewni na tym koncercie! Niespodzianki foniczne kryją się w każdym zaułku. 16-17 minuta, odrobina długotrwałych dźwięków. Z syntezatora, może także z gitary, która gdzieś podłapała nieco amplifikacji. Bardziej spokojny fragment, który jest jednak skutecznie dewastowany aktywnościami drummera! Co za ogień! Gitara akustycznie gotuje się, syntezator skwierczy i plumka, ale to ten trzeci instrument pozostaje na pierwszym planie! Reszta jakby lewitowała.

Quartet! Skrzypce wrzucają w tygiel narracji szczyptę konstruktywnego dysonansu. Więcej przestrzeni, wieje od oceanu. Gitara gra, jakby nie miała strun. Syntezator zaczyna dbać bardziej o niskie częstotliwości, podczas gdy reszta czyni metafizyczne aluzje. Nieco bilardowa ekspozycja. Płonące nieopodal skrzypce w pieśni powitalnej, płyną siarczyście i eksplozywnie. Wartka, wielowymiarowa improwizacja. Jeśli wersja w trio bardzo nam się podobała, to cóż powiedzieć o kwartecie?! Birchall w tej części jest zdecydowanie bardziej wyeksponowany. Zdaje się, że zagrać może tu już wszystko! Teraz brzmi jak rosyjska bałałajka! Znów krok ku zagęszczeniu dźwiękowemu narracji tępi nieco percepcje instrumentalną recenzenta. Ale ten nie ma cienia wątpliwości! To wyśmienity koncert! W 13 minucie rodzaj kompulsywnego industrial! Akustyka koncertu na 4+, szkoda, że nie na 5+, być może dałoby się wyłowić jeszcze więcej narracyjnych niuansów. Jakkolwiek – elektroakustyczne cacko!




Dave Jackson/ T.H.F. Drenching/ Kate Armitage Shiny Windmill Bugs (VR 003, 2016)

Manchester, kwiecień 2016; Kate Armitage – wokal i przedmioty różne,  THF Drenching – dyktafon, psie zabawki, głos, piszczałki, Dave Jackson: instrument dęty drewniany, cracklebox, perkusjonalia; 1 fragment, 23 minuty.

Ogród botaniczny w letnim skwarze. Toys w służbie improwizacji. Mnogość mikrodźwięków, kocie drapatki, fonia bogata i wielogatunkowa. Dęte ornamenty. Spora ilość dobrych interakcji, mnóstwo swobody, ale także specyficznej samodyscypliny całej trójki muzyków. Płynna, zwarta narracja, mimo użycia wielu nietypowych przedmiotów, nie do końca noszących znamiona instrumentów. Wszakże nie mają one najmniejszych problemów z zaintrygowaniem ucha recenzenta. Głos kobiecy nadaje tej zabawie posmaku oniryzmu, szczypty transcendencji. Po 10 minucie narracja lekko się wycisza, dostajemy więcej wokalu i fletu, także innych, wyższych częstotliwości. Muzyka smakuje niczym Spontaneous Music Ensemble z Julie Tippets i Trevorem Wattsem – ale na lekkich dragach. Na finał tej niezwykle krótkiej opowieści, nieco więcej perkusjonalnych ekspozycji. Filigranowy występ, takaż improwizacja, wszakże bardzo udana.




David Birchall  Light Rail Recordings: Manchester//Moscow//Tokyo 2015-2017 (VR 005, 2017)

Nagrania terenowe z różnych miejsc i dat (patrz: tytuł); David Birchall – gitara elektryczna, kompozycja, postprodukcja. 2 fragmenty, 8 minut.

Elektryczny dron, post-gitarowa retoryka, more than sustained with no doubt. Sporo elektroakustycznego brudu i trwogi. Tytuł tego skromnego singla sugeruje nagranie terenowe, z pewnością poddane potem procesowi post-produkcji. Druga strona, to ciąg dalszy ekspozycji. Zdaje się, że najciekawsze dzieje się wokół leniwie pulsującego drona gitarowego. Moc post-elektronicznych fajerwerków. Nagranie dość nietypowe dla Birchalla, ale świetnie uzupełnia jego dotychczasowy dorobek artystyczny. Recenzent chętnie poznałby ciąg dalszy tego rodzaju stylistyki w wykonaniu gitarzysty.


*) część pozycji jest wydawana w kooperacji z innym wydawnictwami, po szczegóły odsyłam na stronę bandcampową Vernacular Recordings.




piątek, 6 kwietnia 2018

Dirk Serries! Epitaph … for sustained pieces? Never forget!


Spectral grey walls … Pogodny, choć niezwykle zimny, stonowany, jakby lekko podrasowany klimat starego 4AD, sprzed ponad 30 lat. Płynący nieprzerwanie od początku świata, aż do jego końca, błyskotliwy i nierozerwalny konglomerat dronów. Up & down, z prawej na lewą, z lewej na prawą. Nie sposób precyzyjnie rozpoznać komponenty dźwiękowe tej chmury transcendentalnej fonii, choć domyślamy się, iż tworzy je stado wypłoszonych pasaży gitarowych, przefiltrowanych przez niemniej liczną watahę przetworników i amplifikatorów. Całość wulgarnie wpada w czeluść komputerowej meta rzeczywistości i zostaje śmiertelnie zdekonstruowana. A odbiorcy pozostaje już tylko tryskać potokami endorfin. Narracja jest stosunkowo jednorodna, dalece repetytywna i długotrwała (sustained!). Atrybuty jej urody trudne są do zwerbalizowania w jakimkolwiek języku świata. This is beauty that lasts! Moc gitarowych ekspozycji wspomaganych elektroniką, nieprzeładowaną bajtami. Hipnotyczna doskonałość, przytłaczająca doniosłość chwili, która zdaje się nie mieć końca. Pod koniec pierwszego fragmentu, w kleszczach wyższych dronów, pojawia się ten jeden ważny i dotkliwy – basowy. Nowy płomień w kompulsywnej strukturze.




Shining form constellation… Ambient nie jedno ma imię. Dron zdaje się tu być podobny do poprzedniego, ale jakby bardziej zadumany, jeszcze głębiej zanurzony w elektronice. Rivers falls, river flows. Ciemna, odrobinę groźna refleksja muzyczna.

Alternation and return… Faktura kolejnej ekspozycji wydaje się być gęstsza, bardziej siarczysta. Ma delikatny posmak industrialny, taki na pół milimetra. Muzyka jest dzięki temu wnikliwie niepokojąca, jakby zwiastowała wyłącznie złe wieści. Intensywność przekazu przybiera na sile, wręcz skwierczy. Wszystko ma molową barwę i nabrzmiewa. Choć sam flow narracji ciągle nie nadaje się do straszenia dzieci na wioskach, tych daleko oddalonych od cywilizacji. To specyficzny chill out - dla uszu zmaltretowanych nocą ekstremalnych koncertów black metal.  Z ciszy do ciszy, jak każda historia tego wyjątkowego Epitafium.

Eaves in dusk…Ciągle słyszymy jakby tę samą pieśń, ale też nieustannie rozpoznajemy nowe obszary jej histerycznej splendid isolation. Ta czwarta ma nieco prostszą fakturę. Płynie i narasta, płynie i opada. Jakby elektronika zawłaszczyła trochę więcej gitarowej przestrzeni niż poprzednio.

The profusion of daze… Jeszcze spokojniejsza opowieść. Upalone rusałki skaczą po półboskim nieboskłonie. Przypalają dobre jointy i mają wyłącznie dobre intencje. Slow motion, but clearly beautiful. Gitara zawieszona w przestrzeni, elektronika ustala reguły gry.

Torrential aether shadows… Z każdą minutą nagrania, coraz bardziej zanurzamy się w meta otchłań syntetycznych dźwięków. Muzyczne perpetum mobile. Elektronika zdaje się wyciągać więcej, niż gitara dostarcza na wejściu. Płaskie, stosunkowo czyste drony, silnie rozwarstwione, płyną do nas pasmem najszerszym z możliwych. Wyższy dron smakuje gitarą, ten najniższy ogniem piekielnym. Wielkie suwnice mocy dostarczają nam coraz więcej nieczystych dźwięków, czyli tych najpiękniejszych. Wielosekundowe wybrzmiewanie.

Formations of grace… Krok w dół. Wynurzamy się z ciemnego oceanu, ciągle jednak poszukujemy niskich częstotliwości. Szorstkie, dotkliwe fonicznie drony, o niezwykle intensywnej fakturze, grubej teksturze, śliskiej skórze. Przestrzeń wokół nas zdaje się rosnąć. Sporo groźnych, choć dość odległych pasm, siejących niepokój. Zaczynaliśmy ten spektakl od skojarzeń z 4AD, teraz jednak jesteśmy już na przedmieściach Twin Peaks. Więcej niż 12 minut.

The nebulous chords… Słychać meta echo gitary, rodzaj filharmonicznej niemal … harmonii. Dźwięki gitary rozmywają się szkliście, tworząc kołujące stado dronów, poruszające się w całkowitej swobodzie twórczej. Niskie pasma na chwilę nas zostawiły, zdecydowanie płyniemy nad powierzchnią wody, zachwycając cię blaskiem umierającego słońca.

Brittle air elegy… Dron kontynuujący stosunkowo niedrapieżną ekspozycję. Choć po chwili pojawia się drobna horda niższych częstotliwości. Spokojny marsz epitafijny. Koniec, który niczego nie kończy. The end is the begining! Beauty as….

And all the murmur fellStrumień narracji trzyma się swego relaksacyjnego charakteru, choć nie stroni od zaczepiania o niskie, głodne komponenty. Oczyszczająca łaźnia muzycznego wniebowstąpienia. Definitly, it’s a time for new Epitaph, Mr.Serries!


Dirk Serries Epitaph (2CD, 2LP, Consouling Sounds, 2018). 10 utworów, około 90 minut muzyki. Nagrania dokonane w domowym studio muzyka, w trakcie roku 2017.


****




Premiera płyty będzie miała miejsce w najbliższą niedzielę w Brukseli, na koncercie, który reasumował będzie 30-letni dorobek artysty na polu muzyki ambient, elektroniki i dronów - Consouling Sounds Presents „Dirk Serries Epitaph” feat. Yodok III + Fear Falls Burning + Scatterwound + Stratoshere

czwartek, 5 kwietnia 2018

Derek Bailey & Company! New CONFRONTation! And other two stories!


Spotkania improwizujących muzyków, jakie przez lata organizował Derek Bailey, przeszły już do historii gatunku zwanego freely improvised music. Baa, w wielu wypadków, wyznaczyły kierunek jego rozwoju. Być może te najistotniejsze odbyły się pod nazwą własną Company. Płyt z tym szyldem znany kilkanaście, niektóre z nich zostały nawet na tych łamach dogłębnie przeanalizowane (patrz: Zacne Towarzystwo Pana Baileya). Sam inicjator spotkań nie żyje już 13 rok, a ostatnia płyta Company ukazała się zdecydowanie za jego życia.

Tym większa zatem radość, iż dzięki wydawnictwu Marka Wastella, Confront Records, trafia dziś do nas, być może całkiem niespodziewanie, improwizowana sesja Company z roku 2000, którą za moment szczegółowo odsłuchamy. A jeśli przywołujemy już ten label, to pióro recenzenta z chęcią zanurzy się także w dwóch innych, jak najbardziej współczesnych rejestracjach z jego katalogu.




Derek Bailey & Company ‎ Klinker

Koniec sierpnia 2000 roku i londyński klub Klinker. Publika dopisała, bar aż huczy od zamówień, a na scenie czterech muzyków, którzy w kilku konfiguracjach personalnych, pozostaną na niej blisko 100 minut - Simon H. Fell na kontrabasie, Derek Bailey na gitarze (z prądem), Mark Wastell na violoncello i Will Gaines w roli … tap dancera. Nagranie składa się z dwóch długich ciągów dźwiękowych (2 CD), w trakcie których odnotowujemy aż 11 osobnych ekspozycji swobodnej improwizacji. Wszystko, co dzieje się pomiędzy nimi, jest także zapisane na krążkach. Innymi słowy – podwójna płyta Klinker jest pełnym zapisem fonograficznym wydarzenia, bez jakichkolwiek ingerencji mikserskich, czy tym bardziej post-produkcyjnych. Czy jest to zaleta, czy wada tej płyty, być może pozostanie pytaniem retorycznym.

Trio. Na początek Wastell, Fell i Bailey – trzy zwinne, chytre strunowce w dość molekularnej, jakże swobodnej improwizacji. Z incydentalnymi zadziorami, udanymi interakcjami i szczyptą amplifikacji na gryfie gitarzysty (urocze mikro sprzężenia będą nam towarzyszyć przez cały wieczór). Wastell z tendencją do skromnych wycieczek w kierunku zdrowej kameralistyki (doceńmy jego wysiłki, albowiem sound całej rejestracji jest odrobinę sub-doskonały). Brzmienie kontrabasu twarde, a duża skłonność do wdawania się w dyskusje, czujność bojowa i temperament, to atuty muzyka, która dzierży go w dłoniach. Demokracja, twórczy kolektywizm, w aspekcie narracyjnym down & up. Po 10 minucie więcej dynamiki, ekspresji i brudu na wszystkich gryfach. Trio 2. Tym razem nieco spokojniej, z plastrami sonorystyki. Spore skupienie i dbałość o niuanse brzmieniowe (nie wszystkie dostępne gołym uchem). Udane ekspozycje niskich smyków, Bailey zakleszczony pomiędzy strunami. Kierunek narracji – cisza.

Duo. Bailey i Gaines. Dużo gadania (taper!), mało muzyki, trochę kabaretowo. Tap Dance, czyli rytm wystukiwany drewnianymi obcasami (jeśli macie odrobinę wyobraźni). Dużo dynamiki, dość jednorodne brzmienie. Gitara plecie swoją opowieść w pewnym oddaleniu od konceptu tanecznego. Pamiętacie GuitarDrum&Bass Baileya? - tu, wersja barowa. Gitara improwizuje wedle marszruty tap dancera, oczywiście sytuację odwrotną trudno sobie wyobrazić. Duo 2. Gęstsza ścieżka Gainesa. Nadal wszakże, na pograniczu… nudy – wzdycha recenzent. Może jedynie pasaże Dereka trochę zwinniejsze, zwłaszcza w momentach, gdy przekaz foniczny tapera jest mniej intensywny. Duo 3. Kolejna porcja werbalnego kabaretu. Sporo oklasków, mało … muzyki. Wejście w szybsze tempo wzbudza bardziej ognistą ekspozycję gitary i ratuje epizod duetowy w trzech częściach.

Duo. Wastell i Fell. Zaczynamy od barowych ekspozycji i strojenia instrumentów, trwających dobrych kilkadziesiąt sekund. Zadziorne smyki, błyskotliwe pizzicato. Naprzemiennie, kompetentnie, z dużą zmienności sytuacji narracyjnej. Piękne dialogi, silnie akceptowalne przez recenzenta, zwłaszcza po taperskim gadulstwie. Po wprowadzeniu muzycy idą w eskalację, a potem zwinnie moczą nogi w ciszy (gdyby jeszcze brzmienie ich instrumentów było odrobinę lepsze). Obaj świetnie czują się na scenie, mając w rękach spocone smyczki.

Quartet. Taper delikatnie tyczy szlak ekspozycji trzech strunowych instrumentów. Zdaje się być mniej inwazyjny niż w trakcie duetów z Baileyem. Opowieści strunowców toczą się jednak jakby pomimo obecności Gainesa. Gdy akcja dynamizuje się, Bailey włącza w improwizację zwinną polerkę, a potem plami teren amplifikacjami. To improve nie jest szczególnie rozwojowe. Rytm tapera nie pozwala na większą swobodę. Krok w bardziej dynamiczny flow ratuje ten fragment koncertu. Galop, jako ostatnia deska ratunku. Potem wrzask oklasków. Najważniejsze, że publiczność jest zachwycona.

Duo. Gaines i Wastell. Ale najpierw wiele minut solowych tego pierwszego – francuskie humoreski, wiadomo, z czego najchętniej śmieją się Anglicy. W oczekiwaniu na wejście wiolonczeli doświadczamy nawet próby śpiewu. Na początek skromne pizzicato, próba nawiązania komunikacji. Ograniczona siła rażenia tap dancingu  sprawia, że znów tylko dynamiczna ekspozycja zdoła zadowolić wymagającego recenzenta. I tak dzieje się w istocie. Bez wszakże ekscytacji i nadmiernych emocji.

Duo. Bailey i Fell. Nareszcie! Po porcji rozmów kuluarowych i strojenia, zaczynamy improwizację kilkoma zmyślnymi sprzężeniami. Początkowo muzycy snują dość separatywne opowieści, które from time to time wchodzą w interakcje, momentami delikatnie eskalując się. Świetna komunikacja podnosi jakość improwizacji w sposób niebywały. Brawo! Fell bez smyka, Bailey całą paletą swoich tradycyjnych technik artykulacyjnych, z niebanalnymi amplifikacjami. Ciekawie udaje im się zejść na płaszczyznę oniryzmu (mimo brudu na konsolecie). Na finał wspólnie idą w tango, śmiało wynosząc swój kawałek improwizacji do miana opus magnum całego koncertu. Duo 2. Molekularnie, precyzyjnie, bez pośpiechu. Trochę przewidywalny Bailey (znamy się tyle lat!), stylowy Fell. Pulsująca eskalacja, mocniej - słabiej, szybciej - wolniej. W tej pierwszej wersji endorfiny recenzenta eksplodują!

Quartet. 14 minutowe outro. Nieunikniony zatem powrót tapera. Znowu kabaret, muzycy i publiką świetnie się bawią, a recenzent przysypia… Nie wszystkie struny równie dobrze słyszalne. Werbalna laurka dla Baileya z ust Gainesa. Z eskalacją w momencie puety. Free improve z rytmem pozostanie już naszym udziałem do samego końca. Jego lub jej. W momentach nasilenia ekspresji, narracja broni się bez wysiłku. Docenić trzeba świetną robotę Fella na smyku. Taper nie odpuszcza nawet na ostatniej prostej. Baa, zostaje wtedy prawie sam i ginie w potoku rzęsistych oklasków. Recenzent zaś prosi o cutting, mixing & mastering. Na poziomie godziny zegarowej, koncert z Klinker pretendować mógłby do miana kolejnej doskonałej płyty Company. Gdzie, i co ciąć, nie trzeba chyba dodawać.




Phil Minton & Roger Turner ‎ Scraps Of Heard

Jeśli mało nam głosu pokolenia brytyjskich weteranów free improve, kolejny dosadny i - od razu dodajmy - doskonały przypadek! Roger Turner – perkusja i perkusjonalia, Phil Minton – głos (także singing). Styczeń 2016 roku, Hannover. Nagranie koncertowe, dokonane z poziomu… publiczności (audience recording). 51 minut.

Part one. Sztućce na stole, noże i widelce, w opozycji do przekazu fonicznego wprost z procesu trawiennego, odbywającego się gardle muzyka. Roger i Phil – mistrzowie wyjątkowo swobodnej improwizacji! Wystawna kolacja, a po niej zmutowany śpiew wprost z trzewi ptaka, tuż po przebytej chorobie popromiennej. Kacza ekspozycja! Tuż obok doskonały small drumming percussions. 5 minuta, to zmysłowe pomruki niedźwiedzie, potem znów szczypta ornitologii w postaci melodyjnego pogwizdywania. Cicha, spokojna, relaksacyjna narracja (jak na kanon gatunku). Świetna okazja na prawdziwe delektowanie się kunsztem obu improwizatorów. Minton mocno na prawej flance, Turner na przecwiległej, po środku zaś mnóstwo miejsca na dobre słuchanie (mimo sposobu rejestracji, dźwięk jest bardzo selektywny i zdecydowanie lepszej jakości, niż na płycie omawianej wcześniej). 10-11 minuta, Panowie nawet hałasują! Pięknie! Molekularna, skupiona sonorystyka werbla i przełyku. Muzycy droczą się z ciszą, skomlą niemal bezdźwięcznie. Leje się woda, sowa pohukuje, oddycha przestraszony lis. Leśne runo improwizuje! Wiatr uderza w dzwonki, drzewa szumią i rezonują! Tuż potem Roger eskaluje swój przekaz, a Phil śpiewa pijackie onomatopeje! Duża zmienność, pomysł goni pomysł. Brawo! Oklaski!

Part Two. Podobny start, jak części pierwszej, noże i widelce, bicie serca Phila. Pracuje jego aparat ortodontyczny, jęczy przełyk, skrzeczy tchawica, tańczy grdyka. Interakcja, empatia, sympatia, synergia, dialektyka improwizacji. Wszystkie maksymalne poziomy dotkliwie przekroczone. 6 minuta, to głośne sonore, ku przestrodze. Muzyków rozsadza energia. Roger w stanie konwulsji permanentnej. Phil stoi na baczność i salutuje całemu niebu. 12 minuta, to charkot Mintona, który szybko zamienia się w szum i gwizd! What ever you want! Drobiny melodii i śpiewu kapią mu z ust, wprost na czoła publiki. Gdy Phil staje się ptakiem, Roger zamienia się w stado wygłodniałych koni. Cuda, panie i panowie, prawdziwe cuda! 21 minuta, to dla odmiany, niemal ambientowa cisza. Na sam już finał szczypta mintonowego humoru, w tle geniusz żylastego percussions. Na ostatniej prostej kosmiczna symbioza, a potem już tylko Phil, w oczekiwaniu na oklaski, po której muzycy zapowiadają … przerwę. Hmm, być może sety zostały zaprezentowane na płycie w odwrotnej kolejności. Ale to nie ma już jakiegokolwiek znaczenia. Entuzjazm recenzenta dawno osiągnął stan maksymalny!




Giacomo Salis & Paolo Sanna   Humyth

Na finał tej opowieści Giacomo Salis / Paolo Sanna Percussion Duo! Ten tytuł mówi wszystko o użytym instrumentarium, zapewne zaś niewiele o samych muzykach. Z parą Włochów także spotykam się po raz pierwszy. Studyjna rejestracja poczyniona na ich ziemi ojczystej (dokładana data nieznana). Confrontowe wydawnictwo Humyth przynosi pięć utworów bez tytułów, których odsłuch zajmie nam niespełna 43 minuty. Dodajmy, iż muzycy, poza wskazanym wcześniej percussion, będą także manipulowali celem wydania dźwięków tzw. obiektami.

One. Sonorystyczne rozdzieranie powierzchni płaskich na lewej flance, vs. mała armia dzwoneczków na prawej. Prawdziwie twórczy rozgardiasz, szuranie, chrobotanie, drżenie i cierpienie przedmiotów. Nie brakuje akcentów strunowych, jakby preparowane piano. Ślimacze, zrównoważone tempo. Muzykom bliżej do ciszy niż do hałasu. Improwizacja mikroelementowa. W 6 minucie rodzaj delikatnej eskalacji. Wzrost siły tarcia po lewej, prawa strona bardziej stabilna dramaturgicznie. Zakład szlifiersko-stolarski w godzinach pracy.

Two. Całkowita zmiana środowiska akustycznego. Doom ambient? Z oddali coś rytmicznie drży i zbliża się do nas. Falanga rezonujących talerzy wzywa na celebrację rytuału. Potem też wgryza się w rytm. Dwa perkusyjne drony narastają. Muzyka pierwotna? Rodzaj polifonii, tańca opętanych. Trochę nieba, trochę piekła. Multiplikacja rytmu. Kind of deep techno? Piękne!

Three. Jakby mix poprzednich pomysłów narracyjnych. Drżący dron w opozycji do robótek ręcznych. Potem zwinne wybrzmienie w otchłań perkusjonalnej sonorystyki. Dzwonki, incydenty elektroakustyczne (choć użycia amplifikacji nie potwierdza się). Duża zmienność sytuacji. Sporo drobnej, cząsteczkowej improwizacji, przeciągania liny. Tłumiony akustycznie spacer brzegiem urwiska. Dźwięk narasta, a muzycy zdają się budować dron, który systematycznie rozwarstwia się. Piękny, szorstki, wulgarny flow.

Four. Dzwonki na kościelne wyniesienie wpadają w narkotyczny trans. Pogłos kosmicznej przestrzeni. Echo. Błyskotliwy no drumming percussions! Lewy brnie w minimal, prawy popada w konwulsje. Po chwili narastania, zejście w ciszę.

Five. Ambient czarny, jak ziemia po ataku nuklearnym. Pulsuje, rezonuje, drży, niczym zmultiplikowany Eddie Prevost! Onirycznie piękna sytuacja! Recenzent chciałby zobaczyć proces powstawania tych dźwięków na własne oczy! Czy na pewno wszystko dzieje się tu akustycznie? Urocze rozbrzmiewanie, zabawa z ciszą i przestrzenią o szemrającej akustyce. W 7 minucie drobna eskalacja i skuteczna próba poszukiwania rytmu. Muzycy gonią się wzajemnie na finalne zatracenie. Obsesyjny trans! Brawo! What a hell drumming!



czwartek, 29 marca 2018

M.A.F.H! L'Ocell! Santos Silva! Kaze! Brûlez les meubles! Kaiser/ Clov/ Harris! More than fresh improvised summary on delayed spring! *)


Wiosna, a raczej uciążliwy proces wyczekiwania na nią, ryje nam wulgarnie usposobienie od wielu dni i wciąż każe krzyczeć why???? Paskuda meteorologiczna dopada chyba wszystkich, bo nawet na naszym ulubionym Półwyspie Iberyjskim temperatury bywają dość kuriozalne, jak na tę porę roku! Czas odczynić złe moce!

Sześć intrygujących świeżynek, niebanalnych improwizacji, czasami silnie osadzonych w jazzie, kolejna porcja nowych nazwisk i inspiracji do przerobienia. Trybuna Muzyki Spontanicznej nie zna lepszej metody na radykalną poprawę nastroju!

Walencja, Barcelona, Lizbona, New Haven, Quebec i Chicago – to nasza dzisiejsza marszruta (z punktu widzenia miejsc powstania nagrań)! Do czytania, potem do słuchania, zachęcamy bezwzględnie! Happy New Easter!




M.A.F.H  More Acid For Hegel (Discordian Records, 2018)

Na początek prawdziwe trzęsienie ziemi! Antonio Luis Guillén na gitarze elektrycznej i Avelino Saavedra na perkusji. Nagranie studyjne z Walencji, 8 odcinków z dalece frapującymi tytułami, 39 minut z sekundami.

Acid For Hegel. Ostro, na skróty, z odpowiednią dozą artystycznej bezczelności. Bardziej niż dynamicznie. Gitarzysta umoczony po same uszy w hałasie, plecie nad wyraz zwinne, ultra szybkie palcówki! Drummer w ogniu krzyżowych pytań i wyjątkowo ciętych ripost. Improwizowany death metal? Dlaczego nie! Fungi For Foucault. Spokojniej, w oparach stygnącego post-noise’u. Filozoficzne dywagacje na prawdziwym kwasie! Intrygująca, post-metalowa sonorystyka. Ketamine For Kant. Groźny riff ryje nam mózg! Perkusja ma chyba nawet dwie stopy! Narracja w tempie karabinu maszynowego, karkołomne zwroty akcji, krwawe kontrapunkty. Piekielny kocioł energii w stanie wrzenia. Muzycy pętlą się i wchodzą w ekstremalne zwarcia. Prawdziwa ketamina w użyciu! Niemal 7 minut oczyszczającego doznania estetycznego. Gitara płonie, a zaraz potem parę sekund niezbędnej ciszy. M&Ms For Marx. Odrobina dodatkowej przestrzeni w ramach łykania brakującego oddechu. Kind of funky,  jakkolwiek w dynamicznym i szalonym wydaniu! Przestery i sprzężenia, silnie energetyczna perkusja. D-Romilar For Deleuze. Gitara wkracza śmiało w obszar psychodelii. Okrężny drumming. Szczypta niedynamicznej narracji na ułamek sekundy. Potem powrót dobrego speedu, który wiedzie nas na orgiastyczne zatracenie. Energia kinetyczna rozsadza muzyków od środka. Na finał kilka niuansów sonorystycznych na gryfie. Lait Pour Lyotard. Najdłuższa opowieść. Gitara brzmi jak upalone piano Fendera. Bardzo dynamiczny small drumming. Pomysły na gryfie sypią się jak z rogu obfitości. Metalowa sonorystyka w natarciu. Wyjście z klincza narracyjnego, w estetyce post-funkowej, więcej niż błyskotliwe. Z dużą ilością kwasu na strunach. ZZ Top w trakcie przedawkowania! Ortegasmatrón. Co za tytuł?! Trochę echa, które multiplikuje efekty kolejnych szaleństw gitarzysty. Narracja szyta gęstym ściegiem. Tysiąc pomysłów na sekundę, prawie wyłącznie udanych. Stylowy rezonans na perkusji, w tle psychodelizująca gitara. Brawo! Meta psycho symfonia! More Acid For Hegel. Czas na finał płyty i tytułową ekspozycję. Kwas na gryfie tryska po oczach i uszach. Wciąż szybciej niż jest to możliwe. Ciało w ciało, myśl za myślą! Doskonała kooperacja. Tętno: 220 na 150! Wulkan! Gitarzysta zdaje sie, że ma już gotowy cyrograf do podpisania – potrafi tu zagrać wszystko! Morze kwasu leje się z pomiędzy strunami. Muzycy ani na moment nie zdejmują nogi z gazu. Prawdziwi gladiatorzy!




L'Ocell L'Ocell (Kaseta, Absent Tapes, 2018)

Pozostajemy na Iberia! Lokujemy się w zaciszu domowej kwatery Fernando Carrasco (gitara akustyczna), który przywdzieje szaty gospodarza. W roli zaś gościa - Àlex Reviriego (kontrabas). 11 improwizacji pod nazwą własną L’Ocell. Jesień 2015 roku. Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zapewnie rozpoznają tych muzyków bez pudła. Taak! To połowa kwartetu Völga i jedna trzecia tria Phicus! Obie zacne załogi, z samego serca Katalonii, popełniły w roku ubiegłym debiutanckie płyty, dokładnie tu, na polską krwią skropionej ziemi! Wizerunki obu wydawnictw – jakże dynamicznie czerwone! - w boczku tej strony.

Od startu atakują nas dwa drony, usytuowane na przeciwległych biegunach spektaklu. Po jednej stronie gitara ze szczyptą sonore, w siarczystej, metalicznej ekspozycji, po drugiej zaś, nisko zestrojony kontrabas, płynący bardzo zwartym strumieniem. Rodzaj dyskusji bez nacisku na konfrontowanie poglądów. Narracja, która lubi przybierać kształt crescendo, by za moment opaść jak jesienny liść. Na finał pierwszego odcinka batalia na akordy. Drugi otwierają pasaże strunowych obcierek, lekkich, metalicznych, w klimacie wczesnego Sonic Youth. Rockowa temperatura, próba call & response z inicjatywy gitarzysty. Rwana narracja, trochę bez rdzenia kręgowego. Po 4 minucie, bez uszczerbku dla czegokolwiek, mogłaby trafić pod nożyce edytora. Trzeci wita nas sonorystyką z głębokiej krypty. Plus garść prostych akordów z gitary, nieco wyzbytych emocji. Miniatura czyniona z chłodną kalkulacją. Czwarty, to jakby ciąg dalszy, choć po stronie Alexa krew pulsuje szybciej. Fernando buduje kolejną niezbyt skomplikowaną narrację na gryfie, kind of fired americana - notuje recenzent.  W sumie to niezłe tło dla szaleńczych pasaży Alexa na samym dnie podłogi. Piąty szybuje bardzo wysoko. Aż uszy cierpną! Muzycy piłują paznokcie, a nas bolą zęby. Dwa smyki w tańcu na zatracenie, tuż po wyjściu z impasu. Ciekawe akustycznie zderzenie rezonansu i pulsacji. Szósty - szczypta innych dźwięków na strunach gitary. Alex znów dość wysoko, ale i dynamicznie, jak na ten duet. Na finał udane zejście w ciszę. Siódmy – muzykom jakby trochę brakowało cierpliwości w budowaniu bardziej złożonych narracji. Tu, duet dwóch gitar akustycznych, którym nigdzie się nie śpieszy. Bawią się w delikatne polifonie, zakończone skromną pyskówką. Ósmy, najdłuższy – sporo sonorystyki, pasaże niskie, pasaże wysokie. Gitara szuka wytrwale nowych rozwiązań, co dobrze wróży końcowej części płyty. Po chwili aż zrywa podłogę głębokim smykiem.  Śle też pojedyncze, rezonujące akordy, które przypominają lepsze fragmenty Völgi. Alex też ma pod ręką pomysły kwartetowe i wpada w konwulsje, które niosą ten odcinek na sam szczyt recenzenckiej oceny. Dziewiąty otwiera szorstka glazura rwanego dźwięku. Szczypta baroku, rozszarpywana ostrymi kłami, na prawo i lewo. Gitara aż skowycze! Brawo! Błyskotliwa miniatura! Dziesiąty, to akord gitary w silnym rezonansie, w opozycji do gadającego kontrabasu. Mnóstwo pięknego brudu na gryfie większego ze strunowców. Skowyt, taniec, złorzeczenie! W odpowiedzi gitarowa americana na delikatnym speadzie. Jedenasty, znaczy ostatni – igraszki na całego, puk puk na pudle rezonansowym mniejszego, wycie do księżyca większego. Zmysłowe! Gitara też brzmi inaczej, kind of raga? Dziwne skale. Muzycy brną w nieznane i czynią to wyjątkowo przekonywująco. Dwie smykowe symfonie żałobne, trupie dźwięki. Trzecia kwarta tej płyty, także ostatni jej fragment, windują ocenę recenzenta o kilka szczebli wyżej.




Susana Santos Silva ‎ All The Rivers – Live At Panteao Nacional  (Clean Feed, 2018)

Still Iberia! Przenosimy się na zachodni kraniec półwyspu, do Lizbony. Drobna niewiasta w wielkiej, zamkniętej przestrzeni, sama z instrumentem, gotowa na każde wyzwanie akustyczne. Susana Santos Silva – trąbka, tin whistle (mały instrument dęty, podobny do fletu), dzwonki. Nagranie z oklaskami - Panteão Nacional, w ramach Rescaldo Festival, luty 2016. Jeden trak, 42 minuty i sekunda.

Środowisko naturalnego ambientu, dużego obiektu o solidnych podstawach i grubych murach, które generuje własny, niebanalny i dość intensywny przydźwięk. Pogłos żyje tu własnym życiem, zdaje się być nie do opanowania. Trębaczka stawia mu jednak czoła i za pomocą niezbyt dużego instrumentu dętego, blaszanego, próbuje ów wir dźwiękowy okiełznać. Rodzaj eksperymentu, próby poszukiwania właściwego brzmienia i sposobu, w jaki rozprzestrzenia się dźwięk. Sam obiekt, jego gabaryty, stanowią ważny element składowy spektaklu. Fizyka fonii, kinetyka dźwięku. Muzyka płynie, rezonuje, fizycznie dekonstruuje się na załamaniach przestrzeni, odbija się od ścian, tańczy i swawoli. Czy to już przykład muzyki konkretnej? Muzyka architektury, architektura dźwięków. Sama narracja, improwizacja (o ile jest) zdaje się być dość jednorodna w formie, dramaturgicznie niezbyt wyszukana. Tu forma, sposób, w jaki dźwięk radzi sobie w przestrzeni, bywa zagadnieniem bardziej dla muzyka frapującym. Dźwięki, który multiplikują się, które wpadają w polifoniczny wir. Być może ten koncert, to bardziej lekcja fizyki. W 10 minucie, szczypta sakralnych dzwonków, które być może coś oznajmiają, być może jedynie zapraszają na rytuał. Przestrzeń tak intensywnie szumi, iż każdy dźwięk zdaje się być indywidualnie zaznaczony, akustycznie napiętnowany. Meta muzyka? Metafizyka i oniryzm w służbie narracji? Powrót trąbki, która potrafi być drapieżna, jakby chciała zawłaszczyć dodatkowe porcje przestrzeni. Dużo porcji echa i rezonansu, który zdaje się być całkowicie naturalny w tych okolicznościach scenicznych. Samych dźwięków w jednostce czasu nie ma zbyt wiele, trębaczka operują pauzą, by niemal każdy dźwięk miała szansę na foniczną eksplorację przestrzeni. Skutek dramaturgiczny takiego wyboru jest następujący – koncert w wielu fragmentach jest dość monotonny, a osiągany poziom emocji daleki od stanu wrzenia (choćby 15-19 minuta). Recenzentowi wydaje się, iż gdyby Susana spróbowała stosować więcej dronów (długich, trwających fraz), w kontekście posiadania tak wielkiej przestrzeni, efekt mógłby być dalece ciekawszy, nawet bez użycia amplifikacji (na przykład w estetyce niektórych solowych ekspozycji Nate’a Wooleya). Okres przed 30 minutą, to czas, w którym doświadczamy więcej brudnych, mutowanych dźwięków, trzasków, drżenia i skomlenia. Jakby siła pogłosu jeszcze rosła, a akustyka całości nabierała nieco dubowego klimatu. 34 minuta, to próba ekspozycji na samym ustniku lub też moment, w którym Susana sięga po tin whistle (smak czegoś na kształt… meta etno). Odbiorca wciąż analizuje formę, brzmienie, nie ma jednak bazy do eksplorowania procesu improwizacji. Mniej przestrzeni, więcej dźwięku! – utyskuje recenzent pod nosem, choć bez problemu docenić potrafi zamysł artystyczny Portugalki. 40 minuta, to drobne spiętrzenie dźwięków na sam już finał koncertu, które nosić może znamiona eskalacji. Jakkolwiek przestrzeń i pogłos rządzą tym nagraniem aż do całkowitego wybrzmienia. Tuż po nim, kilkudziesięciosekundowa burza oklasków.




Kaze  Atody Man  (Circum-Disc, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie improwizującej trąbki (dojdzie nawet druga!), a geograficznie przenosimy się na północ, do Francji. Nagranie powstało, co prawda w słynnym Firehose 12 w New Heaven (USA), ale płyta ukazała się definitywnie pod flagą trójkolorową, a jest zapisem fonicznym spotkania dwóch muzyków francuskich i dwóch japońskich. Na trąbkach - Christian Pruvost i Natsuki Tamura, na perkusji - Peter Orins, zaś na fortepianie, najbardziej tu rozpoznawalna - Satoko Fujii. 6 odcinków z tytułami (kompozycji) trwa ponad 69 minut, a spotkanie czwórki muzyków miało miejsce w czerwcu 2017 roku. Muzycy funkcjonują pod nazwą własną Kaze, a ten krążek jest ich piątym wydawnictwem.

One. W ramach introdukcji, dwa trębackie drony, w tym samym rejestrze, plotą unisono krótkie pasaże, przerywane kilkoma sekundami ciszy. Powtarzają proceder kilkukrotnie, po czym delikatnie rozwarstwiają się i modulują swój sound. Odrobina sonore w oczekiwaniu na wejście pozostałej dwójki muzykantów. Talerze rezonują, piano ledwie muskane przez palce pianistki. Experimental free contemporary? W 5 minucie Satoko skutecznie nadaje ład tej narracji. Kameralistyka improwizowana? Tak! … przy użyciu minimalistycznych schematów kompozycyjnych – recenzent odczytuje z opisu wydawcy i posłusznie… zgadza się z nim. W 7 minucie progresywny drumming zmienia obraz całości i przenosi nas w silnie free jazzową eskalację. Zdaje się, że w tej zabawie chodzi przede wszystkim o improwizację. Uff! – wzdycha uspokojony recenzent. Nie brakuje także melodii, czy zgrabnych tonacji. W sumie ... what ever you want. Innymi słowy – na bogato. Two. Perkusja na początek. Na jazzowo, ze szczyptą repetycji i ciszy w roli interludium. Swobodny duet z pianem. Wejście trąbek w etosie gatunku, nawet hard-bopowo! Znów sporo ciszy pomiędzy. Sonorystyka trąbek udana, ponownie jednak przeładowuje stylistycznie nagranie. Bez specjalnych emocji, klasowe rzemiosło. Skok w ekspresję free po paru chwilach, tym razem nie zaskakuje. Recenzent zastanawia się, ile w tym tyglu różnorodności, kreacji ad hoc, a ile czynione jest wedle zapisów scenariuszowych. Sporo przegadanych fragmentów, balladynek dla grzecznych dziewczynek. Finał w galopadzie, też nieco wykalkulowany. Three. Na start piano, nawet toy piano. Odrobina preparacji z dziwnymi dźwiękami, bystro skomentowana przez sonorystycznie nastawione trąbki. Trochę campowego chaosu. Interludia z pięciolinii, niczym pięść do nosa, skutecznie psują efekt udanych pomysłów improwizatorskich. Kolejne depnięcie na gaz i ucieczka w swobodę, znów okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Four. Tym razem slow minimal piano intro for silent listeners! Satoko jest w tym najlepsza. Melodia, harmonia, tak ładne, że aż …nudne. Kwartet podaje temat. W kategorii main stream także daliby radę! Solo perkusji trzyma poziom. Cały numer wprost do ECM! Five. Wyraziste solo trąbki, kreatywne, niebanalne. Po 120 sekundach gra już cały kwartet. Muzycy śmiało wkraczają na obszar free improve. I świetnie sobie radzą! Bystre percussions solo! Oto numer, który bez cienia wątpliwości uznajemy za opus magnum tej płyty. Trąbki gadają ze sobą niebywale błyskotliwie, piano tworzy zmysłowe tło, a drummer ma tysiące nowych pomysłów. Sonorystyka, preparacje, rezonans. Atak, wyciszenie. Tuby gotują się, struny szeleszczą. 11 minuta, to doskonale solo Satoko. Psychodelicznie wewnątrz, dynamicznie na zewnątrz. Finał jest brawurowy, odrobinę podniosły w klimacie, ale świetnie komentuje wyczyny pianistki. Six. Solo perkusjonalne. Cisza i spokój. Atonalnie, niebanalnie. Muzyk tak się rozgrzał poprzednim numerem, że potrafi już tylko doskonale improwizować! Trębacze z szeroko otwartymi ustami, pięknie komentują wyczyny kolegi. Pianistka, głęboko zanurzona z pudle rezonansowym fortepianu, czyni dokładnie to samo. Jest szczypta melodii, a wszystko dzieje się na pograniczu ciszy. Incydentalnie zmysłowe mikrodrony. Gdyby jeszcze trąbki poszły w sonore…, ale zapewne scenariusz, któremu szczęśliwie wiele minut temu muzycy wymknęli się spod kontroli, przewiduje inne rozwiązanie. Efektowne wybrzmienie.




Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière/ Éric Normand / Louis-Vincent Hamel  Brûlez les meubles  (Circum-Disc/ Tour De Brass, 2018)

Spal wszystkie meble! Tym szczytnym hasłem (tytułem płyty) muzycy pewnego tria, wprost z francuskojęzycznej części Kanady, zapraszają nas do słuchania swojej muzyki. Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière na gitarze elektrycznej, Éric Normand na basie elektrycznym i Louis-Vincent Hamel  na perkusji. 7 kompozycji (muzycy dość demokratycznie dzielą się obowiązkami w tym zakresie), blisko 38 minut muzyki. Płyta wydana w ramach kooperacji francusko-kanadyjskiej. Muzyka zarejestrowana w Saint Maxime du Mont Louis (Quebec) w lipcu ubiegłego roku.

One. Mocna, jazz-rockowa sekcja, zwinna gitara z prądem, która uwielbia fussion, ale także świetnie radzi sobie w jazzie środka. Od pierwszej chwili doskonale pracuje basista, który nie dość, że trzyma fundamenty rytmu i harmonii całego przedsięwzięcia, to permanentnie tkwi w procesie improwizacji i snuje niebanalne historie, bez zbędnych przerw na papierosa. Drummer czujny, bystry, still on time, udanie dynamizuje poczynania tria. Są dobre tematy i wyśmienite improwizacje, podawane bez spinania muskułów, z dużym feelingiem. Two. Melodia, smak, rytm – tu na spokojniej. Precyzja, kreatywność, także bezpretensjonalność. Temat główny powraca jak mantra i wyznacza szlak improwizacji. Three. Postmodernistyczne fussion generowane z precyzją sapera. Trzy stróżki improwizacji, które przenikają się wzajemnie. Świetna komunikacja, czujność, bystre interakcje. Mainstream jazz rocka w wykonaniu trzech naprawdę błyskotliwych instrumentalistów. Siedmiostrunowa gitara, kwiat współczesnej sceny Quebecu (jak mówi wydawca). Sporo detali, subtelności aranżacyjnych w muzyce, która nie odkrywa świata, ale urzeka formą, jakością wykonania i prostotą przekazu. Four. Bardziej dynamicznie, ze szczyptą hałasu na gryfie (też potrafi, jeśli pytacie!). Zwinna miniatura, mniej niż dwie minuty. Five. Nowa porcja energii. Kind of funk! Bas wspaniale pracuje, kreśli pętle i tańczy, gitara w repetycji, wyrazista perkusja. Ta muzyka nie kreśli w głowie recenzenta wyszukanych metafor, sprawia wszakże czystą, żywą, wręcz zwierzęcą przyjemność w odbiorze. Pure high jazz, Man! Po 4 minucie, zejście w dół i garść pięknej psychodelii wprost z obu gryfów, na spokojnym wybrzmieniu. Brawo! Nie ma fajerwerków, muzycy prostymi środkami osiągają doskonały efekt. Six. Wolnym krokiem, kontrapunkt goni kontrapunkt. Gitara i bas plotą kompatybilne opowieści, perkusja tuż za nimi, śledzi ich każdy krok i zdobi synkopami.Ta opowieść zdaje się być bardziej konwencjonalna, ale swobodnie raduje ucho. Seven. Co za synkopa!? Co za rytm!? I jaki riff gitarowy!? Do zakochania! Na finał pieśń umoczona w rockowym sosie. Kocia zwinność, perfekcja wykonania i radość grania. Rytmy i przestery. Bas, który kreśli sinusoidy i tańczy wokół własnej osi, gitara w podskokach. Jakże rozwojowa historia. Zejście w trucht, wprost z galopu - imponujące. Świetna ekspozycja perkusisty, dla podkreślenia jego doniosłej roli w dziele tworzenia – tu, na tle gitarowych pląsów. Recenzent dawno nie był tak blisko jazzowego mainstreamu i dawno nie miał z tego powodu tak wielkiej radości słuchania! Raz jeszcze brawo!




Steve Kaiser/ Alex Clov Baczkowski/ Bill  Harris  Measure Once, Cut Twice (Amalgam, 2017)

Na koniec dzisiejszych przedwiosennych guseł, porcja zdrowego jazzu (z ambicjami free) wprost z wietrznego miasta! Steve Kaiser na gitarze, Alex Clov Baczkowski na saksofonie altowym i barytonowym oraz Bill Harris na perkusji i instrumentach perkusyjnych. 8 improwizacji (all music by the musicians), blisko 54 minuty. Nagrania z sierpnia 2016 roku, z Music Garage/ Chicago.

One. Drapieżny baryton, gitara pełna jazzowego spleenu, bystra perkusja. Dość żwawa narracja, której brak kontrabasu nadaje posmak nieoczywistości i dość specyficzny drive. Synkopa, która trzeszczy i krąży wokół siebie. Two. Więcej skromnej sonorystyki, szumiące dysze, drżące talerze i gitara w łagodnych pląsach. Udane przejście w bardziej dynamiczne pasaże, choć nie na długo. Ekspozycja gitary dość konwencjonalna, jazzowa, jak pan bóg przykazał. Drummer często sięga po synkopę i rytm, czasami zbyt natarczywy, nadmiernie bezwzględny. Powrót barytonu konkretny, dosadny i wyrazisty. W nastroju do swawolenia. Finał kawałka osiągnięty w wyzwolonym galopie. Three. Alt, flażolety, repetycja, nostalgia i zaduma – to atrybuty introdukcji. Temat pod dyktando melodyjnego saksofonu i refleksyjnej gitary, wbrew rytmice perkusji. Po 4 minucie balladowe, nieco hipisiarskie wybrzmiewanie. Four. Skromne percussions, ekspozycja solowa. Szczypta sonorystyki w tubie, na gryfie igraszki na poły akustyczne. Narracja ciekawie narasta, a każdy z muzyków na swój sposób wgryza się w bieg improwizacji. Kolejny krok, to galop w estetyce free, formule, która dobrze robi tej płycie. Five. Jakby ciąg dalszy, konstytuujący tezę, iż w dynamicznych pasażach muzyka tria zyskuje na wartości. Tu, świetna ekspozycja altu. Six. Kolejna jazzowa synkopa z gitarą, które snuje scofieldowskie opowieści o udanych związkach damsko-męskich. Drive perkusji dość progresywny, ale to alt zdaje się tu wnosić odrobinę świeżości. Gitara niezwykle niechętnie wychodzi poza schemat. Po 4 minucie buduje solo przy wsparciu drummera, bez ekscytacji. Nagłe wtargnięcie barytonu, trochę na wariackich papierach, zdecydowanie ratuje ten fragment. Wymusza dialog, w którym gitara czuje się nieco swobodniej. Na finał eskalacja barytonu! Seven. Baryton z gitarą, tym razem randka we dwoje. Perkusja wchodzi im w słowo i kontrapunktuje, znów odrobinę zbyt intensywnie. Szczypta muskulatury, zwarć w półdystansie. Chropowaty baryton, to znów najlepsza rzecz, jaka przydarzyć się może tej improwizacji. Pod koniec niespodziewana próba call & responce, dość udana, tuż po niej samotny drumming. Eight. Na sam już finał najdłuższy fragment płyty. Sonore z ciszy, po talerzach i krawędziach werbla. Alt w molowym pasażu, gitara po swojemu. Ballada, która staje się dialogiem, a potem marszem ku górze, w poszukiwaniu źródeł eskalacji. Tym muzykom nadmiar ekspresji nie szkodzi, to już świetnie wiemy. Dobra akcja gitary, eksplozywny, silny alt, no i rytm, który nie znosi zdań odrębnych. Ostatnie 3 minuty wynoszą ocenę ogólną płyty na nieco wyższy poziom. Na ostatniej prostej ciekawy, drobny incydent perkusjonalny. Być może zbyt późno zaproponowany. 


*) ang. Więcej niż świeże, improwizowane podsumowanie z okazji opóźnionej wiosny

czwartek, 22 marca 2018

Dirk Serries! Kind of Sustained Pieces Deconstructed by Improvisation! *)


Najnowsze dokonania belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa na polu muzyki improwizowanej mamy dogłębnie przeanalizowane. Artykuły o serii New Wave Of Jazz, także recenzje licznych płyt w ramach angielskich labeli Raw Tonk i Tombed Visions dostępne są online (skróty na końcu tekstu).

W ramach pierwszego z przywołanych tekstów, a także w osobnym bloku recenzji, Czytelnicy Trybuny mogli także zaznajomić się z dokonaniami formacji Yodok III, która żmudny proces improwizacji wynosi wprost z estetyki post-rockowej i gitarowego dark ambient.

Dziś pociągniemy ostatni z wątków, prezentując bardzo świeże i dość świeże płyty z udziałem Serriesa, które mieszczą się w wyżej nakreślonej estetyce. Niewątpliwie słuchać będziemy muzyki improwizowanej, aczkolwiek słowem, które padnie tu najczęściej będzie określenie dron, a muzyka na ogół płynąć będzie do naszych uszu nieprzerwanymi, wielominutowymi strumieniami silnie amplifikowanych dźwięków.

Sam proces recenzowania tego rodzaju muzyki stanowi, przy okazji, spore wyzwanie dla Pana Redaktora, który przywykły do permanentnej, stałej zmiany w procesie swobodnej improwizacji, czekać musi niekiedy całymi godzinami na niuanse, które zmieniają bieg critically sustained pieces. Recenzent wnika w strukturę narracji i szuka szczegółów, które stanowią różnicę, które tyczą szlak wielowątkowych ekspozycji. A celem tych ostatnich jest, jak zawsze, dotarcie do końca ostatniej ścieżki nagrania.

Przed nami pięć niezwykłych płyt, których uroda kąsa, ale których bezdyskusyjne walory artystyczne bywają czasami głęboko zaszyte w paśmie wzajemnie mutujących się … dronów!




Eirik Havnes/ Tomas Järmyr/ Dirk Serries  Distant Curving Horizon. The Primal Broken Passage.
Beneath the Scorching Sun (Midira Records, CD + kaseta, 2018)

Zaczynamy od absolutnej nowości, od płyty, którą swą premierę edytorską będzie miała w dniu jutrzejszym. Improwizowane spotkanie dwóch zanurzonych w czarnym ambiencie gitar i rozpędzonej maszyny perkusyjnej, której nic, co rockowe, nie jest obce! Przy okazji, jakże współczesna wariacja na temat wspomnianej przed momentem formacji Yodok III, albowiem trio, o którym teraz opowiemy, personalnie różni się od niej jednym nazwiskiem (z instrumentalnego punktu widzenia - zamiast amplifikowanej tuby, druga gitara elektryczna).

Jesteśmy w norweskim Trondheim, w maju 2015 roku. Na gitarach elektrycznych: Eirik Havnes i Dirk Serries (ile mają wokół siebie metrów kabli i powierzchni bieżącej na gitarowe przetworniki, nie wiemy dokładnie), na perkusji Tomas Järmyr. Panowie będą emanować dźwiękami przez prawie 55 minut, łącząc w jeden ciąg foniczny trzy opowieści z tytułami, które zsumowane stanowią tytuł całej płyty.




Distant Curving Horizon. Odległe zakrzywienie horyzontu. Spokojny drumming, rodzaj niezobowiązującej rozbiegówki, bazy, na której stawiane są selektywne dźwięki dwóch gitar, szeroko rozstawionych na przeciwległych flankach. Z jednej strony plama na plamie (Dirk?), z drugiej igraszki na strunach, które przy odrobinie naszej wyobraźni, przypominać mogą dźwięki … rosyjskiej bałałajki (Eirik?). Balladowa introdukcja, podczas której oba wiosła rozgrzewają się, nie wychylając się poza granicę ciszy. Small dark ambient w opozycji do robótek ręcznych na strunach. Dopiero 8 minuta wyznacza pierwszy krok w kierunku bardziej żwawego budowania narracji. Niemal mistrzowskie kreowanie procesu … narastania dźwięku! Tuż potem, Tomas delikatnie sugeruje rytm, zaczyna bębnić w sposób, który nie pozostawia złudzeń, co do dalszego przebiegu nagrania. Gitara Eirika brnie w nieco bardziej plamistą ekspozycję, choć struny pozostają w użyciu! Flow and rise, flow and down! Perkusja w stanie delikatnego wygaszenia, snuje post-rockowe synkopy, pląta się zwinnie pomiędzy gitarowymi dronami. Te ostatnie świetnie uzupełniają się, prowadząc niemrawy dialog o bladym świcie. Po 15 minucie, gitary wędrują już jakby wyższym pasmem. Czasami ich brzmienie przypomina lekko upalone skrzypce, traktowane wyjątkową grubym smyczkiem. Potencjometry mocy w żółwim tempie przesuwają się ku górze. Perkusja też szyje marszrutę jakby gęstszym ściegiem. 22 minuta - możemy ogłosić już skromny stan wrzenia na gryfach! Szczególnie u Dirka. Muzycy śmiało dryfują ku ambientowej ścianie dźwięku, mając finał pierwszej części w nieodległej perspektywie. Odrobina psychodelii po stronie Eirika. 26 minuta, to ostry zjazd narracji, przy gorejących amplifikatorach. Jakże błyskotliwe hamowanie! Brawo! A tuż obok, bardzo płynnie rodzi się już nowa opowieść, która nazwiemy The Primal Broken Passage. Pierwotnie złamany korytarz. Wokół pobłyskuje cisza. Gitarowe piece skwierczą u podnóża kolejnej góry. Skromny drumming ledwie plami teren. Wszyscy gotowi jednak do skoku w nieznane. Tym razem instrumenty Dirka i Eirika mają zbliżone parametry foniczne. Płynne, znów jakby wiolinowe ekspozycje. W 34 minucie pot pojawia się na czole Tomasa, a jego perkusyjny flow zdecydowanie gęstnieje. Gitary także dokładają do ognia. Psycho dance until unknown death! Blackmetalowy temperament perkusisty znajduje szybkie ujście. Jurnym bębnem basowym wbija oba drony głęboko w ziemię. Ale te nie milkną choćby o ułamek decybela. 40 minuta, a tempo stopy drummerskiej wciąż na krzywej wznoszącej! Po kolejnych dwóch minutach gwałtowne wytłumienie. Krok w meta otchłań ciszy, rodzaj skromnego interludium, które wyznaczy start trzeciej opowieści… Beneath The Scorching Sun. Pod palącym słońcem. Znów stukot bębna, brzęk talerza, a w tle skomlące półdronami wiosła gitarzystów. Wiolinowe ekspozycje skrzą się w … słońcu, rośnie temperatura na membranach werbli i tomów. Rodzaj prawdziwie rockowej eskalacji obu gitarzystów. Progresywny drumming nie pozostawia im specjalnego wyboru (49 minuta). Finał całej płyty jest jednak istotnie błyskotliwy. Ucieczka w psychodelię (o, tak!), rodzaj kolejnej ściany dźwięku, która smakuje nieziemsko i uwalnia lawinę endorfin u recenzenta! Kulminacja godna najwyższych ocen w ważnych periodykach muzycznych. Szybkie, drastyczne wybrzmiewanie, zapewne przy wsparciu post-produkcyjnym. Po ostatnim dźwięku, cisza grzmi i bulgocze.




Steven R. Smith & Dirk Serries ‎ Hymnal (Kaseta, Cassauna, 2016; Dirk Serries’ bandcamp 2018)

Spotkanie dwóch gitar elektrycznych i kilku innych przedmiotów, także instrumentów (kolczaste skrzypce, organy, piano Fendera, struny etc.), w celu zrealizowania czterech hymnów w różnych, z góry zadanych… tonacjach. Steven R. Smith i Dirk Serries, rok 2013, okoliczności prawdopodobnie studyjne. Analogowo dostępne od dwóch lat, obecnie także cyfrowo.

Hymn in A. Dwa true ambient gitarowe drony, kojące zszargane nerwy recenzenta, w bardzo spokojnych, leniwych ekspozycjach. Swawolne strumienie onirycznej mocy. Analogowy klimat akustyki tego spektaklu dobrze służy ponowoczesnej improwizacji, realizowanej przez obu artystów. W 4 minucie, pierwszy drobny akcent w niższym paśmie, jakby dźwięk klawisza nadpsutego Fendera. Rytm, tonacja (A?), zmysłowe muzykowanie. Fonia zdaje się być silnie rozmyta, rozpływa się, rozplenia na nieboskłonie, a klawisz płynie do nas z coraz odleglejszej galaktyki. Flow in! Pióro recenzenta w bezruchu, szczęśliwie jednak uroda tego sustained piece aż kłuje w oczy! Trochę więcej typowej gitary na wybrzmieniu. Hymn in C. Brudny dron z bliżej nieokreślonego źródła. Dziwny posmak etno na dużym pogłosie, silnie zawieszony dron basowy. Bogate tło, gęstsza narracja – recenzent notuje zmianę zaobserwowaną w stosunku do hymnu startowego. Niskie i wysokie pasaże (in C!). Lawa leje się z krateru wulkanu spokojnym strumieniem, a wyobraźnia recenzenta nie ma ograniczeń. Dosłyszenie symptomów pęcznienia tej narracji, to jakby dostrzeżenie nieistniejących kształtów w całkowitej ciemności. Ale to się dzieje! Cierpliwość muzyków, cierpliwość słuchacza. Po 15 minucie jeden z tysiąca elementów dronowej konstelacji delikatnie się eskaluje, a recenzent, niczym Królewna na ziarnu grochu, czuje (słyszy) tę różnicę. 18 minuta, ledwie odczuwalne wybrzmiewanie, istotnie realizuje się, a ten długi i żmudny proces zajmie muzykom około 120 sekund. Hymn in F. Pętlące się dźwięki gitary na modulowanym giga pogłosie w opozycji do drona budowanego agresywnie, płynącego środkowym pasmem. Ten ostatni drży, grzmi, maltretuje przestrzeń, rodzaj zmutowanego dźwięku organowego. Stoi i czeka. A gitara jakby snuła swoją prywatną opowieść – płynie, tańczy, śpiewa. Stars Wars – the begining. Napisy płyną powoli, statek przesuwa się majestatycznie w trakcie czołówki pierwszej części sagi. Zanurz się po samą szyję w tym potoku i już po Tobie! Od 10 minuty szczypta nowych mikroelementów w tej kosmicznie wielkiej układance. Kind of violin? Rozgrzane do czerwoności struny. Hałas, czy oniryczna pulsacja? Co jeszcze wyobraźnia, i dość lekkie pióro, zdołają podpowiedzieć recenzentowi? Hymn trzeci zdaje się być najbardziej jednorodny na całym wydawnictwie. Jego uroda aż boli, wierci dziurę w głowie i wlewa w nią nektar życia wiecznego. Finał huczy i urywa się nagle, drze się jak cienka skarpeta na ogorzałej stopie. Hymn in C#. Prawdziwie gitarowy pasaż w ramach introdukcji. W tle ambientowa, syntetyczna mikstura niskich częstotliwości. Drobiny wysokich, klawiszowych ekspozycji. Wszystkie zatopione w pogłosie. Narracja jest jakby spokojniejsza, rodzaj repryzy pierwszej części (patrz: tytuł). Od 5 minuty potoki dźwięków leją się bardziej wartko. Nie głośniej, ale intensywniej. Sporo dzieje się w dalekim tle, a pióro recenzenta aż skacze po kartkach kajetu. 9 minuta, to start basowych pulsacji, rodzaj tygrysiego pazura ery techno, który kąsa nadgryzioną ofiarę. Ten hymn zaczynaliśmy od gitarowego brzmienia, kończymy w estetyce zaawansowanej strong electronics. Na finał goła ekspozycja niemal w klimatach electro… Ta świetna płyta zasługiwałaby na lepsze zakończenie.




Art Of Cosmic Musings/ Dirk Serries & Teun Verbruggen ‎ Transmission (LP Tonefloat 2014, Dirk Serries’ bandcamp 2017)

Czas na kolejną reedycję. Najpierw był winyl, teraz pliki dostępne na bandcampie gitarzysty. Duet Serriesa (opis płyty wskazuje, że tylko na gitarze elektrycznej) z dobrze już rozpoznawalnym drummerem sceny Beneluxu – Teunem Verbruggenem (tu, wyposażonym także w arsenał różnorakich przedmiotów powszechnej elektroniki). Muzycy występują pod nazwą własną Art Of Cosmic Musings. Nagrane na żywo… w studiu Sunny Side w brukselskim Anderlechcie. Rejestracja z 2013 roku, podzielona na cztery części z tytułami, trwa ponad 65 minut.

One. Z dalekiej ciszy, pojedyncze dotknięcia strun, chrobot nierozgrzanego wzmacniacza, skromne percussion, wszystko w minimalistycznej konwencji. 4 minuta, szum pieca i gitara, która skłonna jest wygenerować pierwszy dron. Pulsacja na razie spokojna, ale składnik basowy incydentalnie potrafi być fonicznie dotkliwy i zaczyna ustawiać narrację. Intrygujący, free improve drumming, oszczędny w dźwięki i niosący sporo treści. Pojedyncze sprzężenia na gryfie, trochę na zasadzie dysonansu wobec dronowej fali down and up. Od 10 minuty pęczniej gitarowa meta przestrzeń, rośnie aktywność Teuna. A drony, raz puszczone w ruch, nie pozwolą nam zasnąć aż do bladego świtu! Quite noisy! More dirty sounds! Robota perkusisty zdaje się mieć mniej rockowej ekspresji, niż ta, z którą mieliśmy do czynienia w trakcie pierwszej z omawianych dziś płyt, więcej w niej wyzwolonego myślenia o swobodnej improwizacji. Nie przeszkadza to wszakże muzykowi, na koniec pierwszej części, istotnie zdynamizować swoje poczynania i wręcz zapanować na potokami siarczystych dronów gitarowych. W ramach wspomagania, odrobina elektroakustyki z niewiadomego źródła (syntetyczny drumming, szczypta live processing). Two. Start tego odcinka, to po części, kontynuacja poprzedniego. Synthetic drums, gitarowe mikroprzestery, w tle odradzające się drony, na razie spokojne, mocno wycofane. Mała orkiestra, bez dwóch zdań! A pytanie who is who w przestrzeni fonicznej ma już rację bytu! Rośnie ilość elektroakustycznych incydentów na flance, którą zwykł się do tej pory opiekować Teun. Serries – mimochodem – zbudował tuż obok błyskotliwy background! Totally ambient! Od 6 minuty bardziej aktywna zdaje się być żywa perkusja. Ale juz w okolicach 10 minuty, tonie w pęczniejących dronach. Sprawcą zajścia - wyobraźnia gitarzysty, może także gałka jego potencjometru. Przykład wyjątkowo uroczej eskalacji. Teun bije w dzwony, grzmi i dyskutuje! Dirk ma uśmiech na twarzy! Brawo! Finałowy zjazd w dół, z kocią zwinnością, przy wtórze zgrzytów i sprzężeń. Three. Spokojna, rezonująca gitara, moc sprawcza echa, muśnięcia krawędzi talerzy, trochę repryzy początku płyty. Dubowa wręcz przestrzeń za głowami muzyków. Strunowe multiplikacje. W 6 minucie Teun delikatnie dolewa go ognia, ale wciąż pozostajemy w stylistyce silent & slow. Wibrujące stada dźwięków stymulują foniczny progres. Mglista eskalacji gitary, orkiestrowy szum, drumming na przedzie. Szybki stopping. Urokliwe schodzenie blue ambientowym zboczem! Four. Pogłos, oddech pustyni, dźwiękowe igraszki wprost z kabli. Elektroniczny dron, który rodzi się z popiołu. Odrobina rytmicznej syntetyki, która kojarzy się z Blue Monday New Order, tylko w meta wydaniu, prawdziwie ponowoczesnym. Pasmo Dirka zdaje się przyjmować szaty niegitarowe. Drumming Teuna rośnie w siłę i eskaluje swoją urodę. Dron narasta, perkusyjna demolka w tle. Kind of Noise? Tak upływa 10 minuta ostatniej części. Pulsacja, gęstość, mnemoniczna dotkliwość. Po 14 minucie dron nieokreślonej akustyki przejmuje ster i prowadzi nas na finał części, która istotnie rożni się od pozostałych. Jest też końcem całej płyty. Powraca delikatny, blue monday’owy rytm i ostatecznie wbija nas w twardy fotel! Brawo!




Dirk Serries/ Rutger Zuydervelt ‎ Buoyant Live (LP Tonefloat, 2016)

Systematycznie, krok po kroku, zanurzamy się w dzisiejszej opowieści w dźwiękach, o których trudno powiedzieć, iż mają walor akustyczny, innymi słowy – nieamplifikowany. Koncertowa edycja kooperacji Dirka Serriesa z Rutgerem Zuyderveltem, odpowiedzialnym za bardzo szeroką rozumianą elektronikę. Panowie przyjęli nazwę Buoyant i debiutowali kilka lat temu krążkiem z rejestracją studyjną o takim właśnie tytule (Consouling Sounds, 2015). Po pewnym czasie odegrali ten projekt w okolicznościach koncertowych. Efekt możemy poznać odsłuchując czarny krążek Buoyant Live.

Dirk, obok gitary, odpowiedzialny jest tu za tzw. efekty, zaś Rutger za wszelkie pozostałe dźwięki, w tym także procesowanie na żywo tego, co generuje gitarzysta. Co więcej, dźwięki produkowane przez obu muzyków, były także na żywo miksowane przez człowieka za konsoletą. Uff, prawdziwa dżungla foniczna! Dwie strony winyla trwają łącznie 48 minut. Koncert miał miejsce we wrześniu 2015 roku, w klubie Paradox w Tilburgu, w trakcie festiwalu Incubate.

Side A/ Part One. Ambientowy dron wynurza się z morza szeleszczącej ciszy. Szmery, tarcia, stukot, chrobotanie. Kind of small percussion. Dron w dronie. Żywy processing martwych, żylastych syntetyków. Ochłapy post-akustycznej plądrofonii, wszak na kablach może wydarzyć się wszystko. Siarczysty przekaz drobin fonii narasta, w międzyczasie gitarowy dron śle pocztówki na poste-restante. Emocje stoją w miejscu. Moc ciekawych akustycznie efektów perkusyjnych, przefiltrowanych przez gęstą elektronikę procesowania w czasie rzeczywistym. Dwie fale dźwiękowe przeplatają się wzajemnie. Pulsacja, pulsacja, pulsacja. Dużo swobodnej przestrzeni do zagospodarowania. Trudno mówić o dwóch muzykach, trudno szacować ich wkład w efekt końcowy. Tu przedmiotem recenzenckich egzegez może być jedynie efekt pracy zbiorowej. Przy okazji, asumpt do niemal filozoficznej rozprawki o tym, jak przebiega proces powstawania dźwięku. Frapujące! 14-15 minuta, to czas pierwszej, ledwie zauważalnej eskalacji, śmiały krok powyżej poziomu ciszy, zdecydowanie w kierunku hałasu. Silnie zmutowane dźwięki zlewają się w gęsty potok. W ogóle nie słyszymy dźwięków na ogół kojarzonych z gitarą. Po sprawnym wytłumieniu, szczypta metaliczno-fallicznych ekspozycji nieznanego pochodzenia. Narracja, choć stabilna, ciągle ulega drobnym dekonstrukcjom. Nowe przychodzi, bo stare zanika. Nie sposób nad tym przysnąć nawet w samym środku nocy….

Side B/ Part Two… Po odwróceniu strony winyla wracamy dokładnie w to samo miejsce jednolitej narracji. Po paru głośniejszych momentach, w okolicy 5 minuty muzycy zdecydowanie schodzą o kilka decybeli niżej i całują się z ciszą. Brną po kolana w skwierczącej mazi lepkich dźwięków. Od 8 minuty nowy dron (z gitary?), nisko zawieszony, zdaje się niepostrzeżenie narastać. Jest czysty, wyzbyty z procesowanych naleciałości. W 13 minucie coś na kształt spirytualnej ekspozycji. Kilka nowych wątków, które rodzą się jeden po drugim. Gęsty od dźwięków dron jeszcze pęcznieje, dodatkowo nadyma się. Elektroakustyczny nalot dywanowy, jeśli tylko pozwolimy potencjometrom naszych odtwarzaczy na odrobinę szaleńczej swobody. Krzyk, wrzask, kable w płomieniach! Electronic noise! Po paru chwilach wrzenia, soczyste wytłumienie, wyciszenie i spowolnienie. Pulsuje coś na kształt meta rytmu. Bez kształtu, bez woni, drwi z naszych oczekiwań. Brawo! Na finał tylko on sam, ów rytm, a odbiorcy pozostaje jedynie wątpliwość, czy słucha muzyki Dirka i Rutgera, czy też jego gramofon przejął już panowanie nad akustyką pokoju odsłuchowego. Smak plądrofonii, zacięta płyta, gaszenie pogorzeliska, wypalonego przez złe dźwięki. Piękne, finałowe vibrato! Burza oklasków!




Dirk Serries ‎ Unseen Descending And Lamentations (CD/ LP Consouling Sounds, 2015)

Jeśli jesteśmy już całkowicie zanurzeni w dźwiękach, które płyną do nas szerokim strumieniem, tłocząc szerokie koleiny wyobraźni, na koniec tej opowieści, sięgnijmy po solową płytę Dirka Serriesa Unseen Descending And Lamentations. Nagrania powstawały w trakcie października 2014 roku. Informacje, gdzie dokładnie, w jakich okolicznościach, przy użyciu jakich instrumentów (poza gitarą, oczywiście), póki co, niech pozostaną tajemnicą muzyka. Dwa fragmenty bez tytułów trwają łącznie 44 minuty i jedną sekundę.

First. Play loud! To ważna informacja zapisana w wewnętrznej części okładki płyty. Recenzent, bez chwili zawahania, stosuje się do dyrektywy muzyka. Pierwszy dron przybywa z daleka. Post-elektronika z amplifikatora gitarowego. Struny pod dużym napięciem. Generują kolejne drony, które wzajemnie przenikają się, plączą i swawolą. Dotykają się gołymi stopami, rezonują w nieograniczonej przestrzeni. Fale wznoszące, fale opadające - improwizowany bajkonur. Klimat noir, nie koniecznie dark, ale na pewno ambient – słowo klucz dla tej narracji. W 5 minucie pojawia się silny dron basowy, zmysłowo kołtuniąc wszystko wokół siebie. Stawia stempel, a potem plami przestrzeń tuż nad podłogą. Recenzent odbiera trzy ośrodki foniczne, które ślą drony, wykorzystując nie do końca rozpoznawalne instrumentarium. Sam proces narastania dźwięku jest niemal niezauważalny, ale definitywnie ma miejsce. Dron basowy zdaje się być mniej modyfikowany, bardziej trwa niż płynie. Te wyżej posadowione, podlegają ciągłej zmianie, są aktywne, taneczne i nieprzewidywalne. Od 14 minuty ich faktura gęstnieje, staje się bardziej siarczysta. Basowy także pęcznieje, bez utraty wszakże charakterystyki sustained. Pod koniec tej części zaczyna dominować, całkowicie zawłaszcza teren działań artystycznych. Te wyższe, zmysłowo odpływają w akustyczny niebyt. Drobiny winylowych inkrustacji na bokach, choć ewidentnie w odtwarzaczu recenzenta kręci się srebrny kompakt. Muzyka stoi w miejscu i boleśnie skwierczy. Rodzaj pulsacji. Jakby winyl zaciął się na ostatniej ścieżce. Odpływa wraz z opadaniem potencjometru.

Second. Szum radiowy, pojedynczy, wysoki, czysty akord gitary, który długo wybrzmiewa. Tuż potem, cichy dron z oddali płynie do nas nad wyraz dynamicznie. 4 minuta, to powrót drona basowego. Ma bardziej syntetyczne brzmienie. Drony wysokie są jakby bardziej ulotne, lekkie, nieco metaforyczne, bez wysiłku skutecznie narastają. Więcej tu niepokoju, pokrętnego oniryzmu. Jakby upalone skrzypce plotły liryczną opowieść, zdecydowanie w tonacji molowej. Trochę, jak brutalny tren żałobny. W międzyczasie (10 min.) narracja silnie zgęstniała – faluje, wznosi się i opada. Wokół smugi zwinnej psychodelii (meta skrzypce w tle!), ciągłe down & up, pętla za pętlą. Dużo emocji, potu i determinacji. Dron basowy rządzi, ale te wyższe nie oddają pola, chwilami wręcz krzyczą, mając usta pełne psychotropów. Gdy basowy dusi na gaz, zagłusza pozostałe dźwięki. To mocarne siłowanie się z materią foniczną determinuje styl końcowego fragmentu tej płyty. Pulsacja w rytmie serca. Może bardziej … arytmii serca! Nie sposób nie zachwycać się tą szaloną ekspozycją! Brawo! Pętla, repetycja, krzyk i stopa na pedale gazu! You know why play loud! Ostatnie sekundy, to dość gwałtowne wybrzmiewanie i niemal 45 sekund zupełnej ciszy. Bezwonnej, trupio bladej.


*) ang. rodzaj trwających dźwięków, dekonstruowanych przez improwizację – tytuł nawiązuje do koncepcji Sustained Pieces, jednej z wielu metod uprawiania swobodnej improwizacji, zdefiniowanych przez ojca gatunku, Johna Stevensa. Wszystko, co ów genialny muzyk dokonał w swym zbyt krótkim życiu, jest szczegółowo opisane na tej stronie.