piątek, 23 czerwca 2017

Variable Geometry Orchestra – acesso a um todo maior! *)


Z pewnością europejska muzyka improwizowana – rozumiana w najszerszym spektrum gatunkowym – byłaby zjawiskiem dalece mniej bogatym, gdyby nie pewien skromny Portugalczyk, najczęściej kojarzony ze skrzypcami.

Ernesto Rodrigues, bo tego właśnie muzyka mam na myśli, nie dość, że od szesnastu lat prowadzi wyjątkowe wydawnictwo Creative Sources, to posiada jeszcze w autorskim portfolio kilkaset doskonałych płyt, w tym pięć ... bezwzględnie zjawiskowej formacji improwizującej - Variable Geometry Orchestra!

Próby ogarnięcia dorobku artystycznego 58-latka z Lizbony na razie definitywnie przerastają możliwości percepcyjne Pana Redaktora. Decyduje o tym nie tyle skomplikowanie samej muzyki, ile przede wszystkim, rozmiar owego dorobku. Od czegoś wszakże należy bezwzględnie zacząć. Zatem dziś krótka opowieść dotycząca wspomnianej Orkiestry. Najpierw szczypta teorii z ust samego Rodriguesa, potem zaś moc wrażeń praktycznych, wynikających z osobistego odsłuchu dokonań VGO na dwóch koncertach w roku 2015.


Próba wprowadzenia 

Fenomen zbiorowej improwizacji, metod komunikacji i sposobów kierowania dużym zbiorowiskiem muzyków, często bywa roztrząsany na tych łamach. Oddajmy na początek głos samemu muzykowi. Być może wnikliwa lektura jego słów zdoła poszerzyć granice naszej percepcji.

Ernesto Rodrigues (nota ze strony Creative Sources): Muzyka produkowana przez Variable Geometry Orchestra (VGO) jest konsekwencją zestawienia dźwięku akustycznego i elektronicznego, gdzie nieustannie poszukuje się szczegółów i znaczenia. Dźwięki VGO zawierają cechy podprogowe, psychoakustyczne i dopuszczają możliwość całkowitego milczenia. Muzyka pojawia się jakby z nicości, aby za moment znowu zniknąć. Chaos ten jest formalnie zorganizowany, z wykorzystaniem nowych pojęć indeterminizmu, krótkotrwałych kompozycji, a także asymetrycznej erupcji naprzemiennych momentów dźwięku i ciszy (…).

Niemniej jednak, dźwięk przeważa. Dyrygentura odbywa się poprzez balansowanie masami dźwiękowymi, poruszającymi się w przestrzeni akustycznej, dyktowanie konstrukcji kompozycji w czasie rzeczywistym, a tym samym zestawianie konkretnych instrumentów jako mobilnych grup dźwiękowych. Ten sposób organizacji procesu dźwiękowego pozostawia wiele miejsca dla muzyków, którzy mogą dzięki temu zyskać naturalny rytm i oddech, a także zdolność do odczuwania losowej pulsacji. Umożliwia im to również słuchanie wszystkich wydarzeń dźwiękowych, które mają miejsce w danej chwili, a tym samym reaktywne działanie. Mogą po prostu słuchać tego, co właśnie zaczął grać inny muzyk. W ten sposób przestrzeń muzyczną wypełniają jedynie najważniejsze elementy.

Kolejnym z ważnych aspektów Orkiestry jest to, jak bardzo otwarta jest ona na nowych uczestników. Jest to jeden z powodów, dla których nazywam ją "zmienną". Napływ nowej siły twórczej jest ograniczany jedynie duchem prawdziwie demokratycznym, w którym hierarchia jest redukowana do absolutnego minimum. Pozwala ona także na zorganizowanie bardzo dużej liczby kombinacji i permutacji mniejszych zespołów, tworzonej na bieżąco.
Wreszcie orkiestra obejmuje trzy pokolenia muzyków, którzy od dawna kreują język muzyki współczesnej.




Przygoda pierwsza – Strumień Nieświadomości

Czas i miejsce zdarzenia: 31 maja 2015r. Koncert w Panteão Nacional, w trakcie Escuta Profunda Festival, Lizbona

Ludzie i przedmioty: Armando Pereira - akordeon, Bruno Parrinha – klarnet altowy, Nuno Torres – saksofon altowy, Guilherme Rodrigues & Miguel Mira - wiolonczele, Paulo Galão – klarnet, klarnet basowy, Hernâni Faustino & João Madeira - kontrabasy, Nuno Morão - perkusja, Abdul Moimême & António Chaparreiro – gitary elektryczne, Mariana Chagas & Paulo Curado - flety, João Silva - harmonium, elektronika, Carlos Godinho & André Hencleeday – perkusjonalia (także elektroniczne), Carlos Santos – syntezator (także analogowy), Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Eduardo Chagas & Fala Mariam - puzony, Yaw Tembe & Sei Miguel - trąbki, Ernesto Rodrigues – altówka, dyrygent, Gerhard Uebelle - altówka, Maria Radich – głos i taniec, Adriana Sá - zither.

Co gramy: dyrygowana muzyka improwizowana.

Efekt finalny: utwór Stream Of Consciousness, trwający 49 minut, wydany na płycie Lulu Auf Dem Berg (Creative Sources, 2015).

Przebieg wydarzeń/ subiektywne wrażenia:

Elektroakustyczny ferment, bujne środowisko mikrozdarzeń akustycznych i elektronicznych – to dostajemy na początek, prosto na twarz, w uszy i zwoje mózgowe. Głosy zza światów, melorecytacje na ultra pogłosie, podmuchy wiatru naładowanego plusami i minusami. Muzyka drży, pełna jest niepokoju, mroku i głęboko skrywanych tajemnic. Zgrzyty, szepty, onomatopeje. Narracja jest niezwykle skupiona, składa się z dronów, które tulą się do siebie, jak węgorze w trakcie godowych interakcji. Incydenty wprost ze strun (siedem podmiotów wykonawczych), grzmoty zwartych i gotowych na wszystko dęciaków (dziesięć podmiotów wykonawczych), elektroniczny background rozbudowanej sekcji (osiem podmiotów wykonawczych). Gitarowy, psychodeliczny spleen. Muzyka jest niezwykle płynna, ale nie jest to lekki flow. Wyławianie pojedynczych, dźwiękowych perełek, to naczelne zadanie dla tych, którzy słuchają. Po 10 minucie rośnie ilość sonorystycznych stempli, kontrabasy wiją krwawe pasaże, a stosunkowo najspokojniejsza, mimo wszystko, okazuje się horda strunowców. Demokracja nade wszystko! Muzyczna emancypacja każdego użytego instrumentu, brak liderów, równouprawnienie muzyków, brak znaczących zwrotów dramaturgicznych, konstytuują jakość tej opowieści. Spostrzeżenie bystrego recenzenta: instrumentacja tej wielkiej orkiestry obywa się na ogół w parach (patrz: lista wykonawców powyżej).

Koncert toczy się prawdopodobnie w dużej sali, która momentami kreuje nadpogłos, czego efektem jest zbytni patos w wybranych momentach. Wielodźwięki zlewają się w szkliste drony, niczym filharmonia lekko upalonych freaków, która wysoko zawieszona, drży, syczy, złowieszczo pomrukuje – jakże piękny strumień uzmysłowionej nieświadomości

W okolicach 30 minuty doświadczamy delikatnego przeorganizowania procesu narracji. Dron jakby ustaje, umiera, by dać początek nowemu życiu tej improwizacji. Metakrzyk tabunu zaspokojonych dziewic, wsparty szczyptą literatury, wprost z głębin gardła - elektroakustyczne cacko! fajerwerki bez sztucznych ogni! Strings go to heaven! Blachy skwierczą, drewniaki skomlą, a percussions przypominają, że żyją. Narracja nawarstwia się, emocje rosną, ale nie popadamy w galop (wciąż duży pogłos upłynnia dramaturgiczne punkty przegięcia). Zresztą hamowanie następuje nader szybko i wyjątkowo zwinnie, kierując przebieg zdarzeń ku psychodelii (gitary! trąbki!). Kontrabasy uprawiają taniec śmierci, rżnąc na smykach. Myśli muzyków pętlą się wokół finalnej ekspozycji. Dysze są spocone, a struny zdają się wyjątkowo ciężkie,… ołowiane. Wybrzmienie jest diabelsko wyraziste i niewymownie piękne. Ma wiele wymiarów (zgrzyty!), ale Maestro czuwa i wygasza narrację w sposób perfekcyjny.




Przygoda druga – Wielkość Pozorna

Czas i miejsce zdarzenia: 29 listopada 2015, St.George Church, Lizbona.

Ludzie i przedmioty: Emídio Buchinho & Flak – gitary akustyczne, Nuno Torres – saksofon altowy, Guilherme Carmelo – gitara barytonowa, Luiz Rocha, Paulo Galão & Ricardo Ribeiro – klarnety basowe, Guilherme Rodrigues & Miguel Mira – wiolonczele, Bruno Parrinha – klarnet, klarnet altowy, Ernesto Rodrigues – harfa, dyrygent, Adam Pultz Melbye, Adriano Orrù, Alvaro Rosso, Hernâni Faustino & João Madeira – kontrabasy, Nuno Morão – perkusja, António Chaparreiro, Paulo Duarte, Stephan Sieben – gitary elektryczne, Abdul Moimême – gitara elektryczna (także preparowana), Paulo Curado – flet, Silvia Corda – melodica, Paulo Chagas – obój, Manuel Guimarães – organy, André Hencleeday, Carlos Godinho, Håkon Berre, Monsieur Trinité & Pedro Castello Lopes – perkusjonalia, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Carlos Santos & João Silva – syntezatory, Armando Pereira – toy piano, Eduardo Chagas, Fernando Simões & Fala Mariam – puzony, Luís Vicente, Yaw Tembe & Sei Miguel – trąbki, Nuno Moita – turntables, Miguel Ivo Cruz – viola da gamba, Maria do Mar – altówka, Emanuela Lioy & Maria da Rocha – skrzypce, Maria Radich – głos.

Co gramy: dyrygowana muzyka improwizowana.

Efekt finalny: utwór Apparent Magnitude, trwający 31 minut, wydany na płycie Quasar (Creative Sources, 2016)

Przebieg wydarzeń/ subiektywne wrażenia:

Gigantyczny ansambl (blisko pięćdziesięciu muzyków) startuje do lotu w oparach wyjątkowo gęstej elektroakustyki. Zapach London Improvisers Orchestra, podniesionej do trzeciej potęgi. Na scenie (kościelnej!) dzieje się niezwykle dużo. Muzyka wisi w powietrzu i pętli się z byle powodu. Dominuje frakcja akustyczna, a opozycja elektroniczna jedynie tli się ciepłym płomieniem w oddali (nie ma zbytnich aspiracji, bo jest personalnie w zdecydowanej mniejszości). Dużo indywidualnych i zwartych ekspozycji. Tym razem nie doświadczamy płynnej, dronowej narracji. Tylko smakowite ekscesy! Muzyka nabiera tempa, wigoru, rytmu, baa! nawet delikatnie swinguje (sic!). Elektrycy też już dają do wiwatu. Wygaszenie jest nagłe, ale dramaturgicznie uzasadnione – urywane głosy, akustyczne pląsy gitar, wsparte wewnętrznym hałasem elektroakustycznego otoczenia. Ta wielkość nie jest jednak pozorna!

Kościelne organy mają swoje parędziesiąt sekund i nie zasypują gruszek w popiele. Przewrotnie, najwięcej zrozumienia mają w facecie od kabli (turntables!), także tym od toy piano i innych histerycznych instrumentów (sekcja percussions jest sześcioosobowa). Ci ostatni eskalują poziom dźwięku i chytrze przejmują inicjatywę wykonawczą. What a mess! Nagle dopada nas zupełnie zaskakujący pasaż czysto brzmiącego oboju! Wprowadza ład i porządek, który delikatnie podszczypywany jest nieinwazyjną elektroniką, głosami i gitarowym plumkaniem. Cały pozornie wielki ansambl uroczo kołysze się i być może, swoją wyuzdaną egzaltacją, kusi złe moce i rozdrapuje skrywane tajemnice. Ta armia muzykantów aż pali się do gry.

Znów korekty w sposobie i kierunku narracji. Pasaże blach i drewniaków, które na ogół zwiastują nadejście iście szekspirowskiej burzy, kontrapunktowane są smykami wprost z ciepłych gryfów strunowców. Te drugie, jakby plotły romantyczną historię miłosną. Na happy end nie pozwala jednak zabłąkany trębacz, który dmie złowieszczo. Kilku klarnecistów jest podobnego zdania. Słowo do słowa i narracja dramatyzuje się (akustyczne niebo w uszach zachwyconego recenzenta, który w ferworze koncertu zagubił gdzieś swój kajet). Mnogość mikroeskalacji puentowana jest kontrapunktującymi ochłapami elektroakustycznej ciszy…. Dwa kwadranse i koniec.


Informacje uzupełniające

Jeśli dobrze odczytuję informacje zawarte w sieci globalnej, Variable Geometry Orchestra istnieje i koncertuje już od czasu przesilenia milenijnego. Wszakże pierwsze wydawnictwa sygnowane tą nazwą pojawiają się kilka lat później. Dziś szczegółowo omówiliśmy dwa nich. Przywołajmy zatem, przynajmniej z nazwy, trzy pozostałe.

Debiutem Orkiestry jest … trzypłytowy album Stills (Creative Sources, 2007). Zawiera rejestracje z pięciu różnych okazji scenicznych, poczynione między czerwcem 2006r., a czerwcem roku kolejnego. Wszystkie wydarzenia miały miejsce w Lizbonie lub jej najbliższych okolicach (Barreiro).

Kolejne wydawnictwo nosi tytuł Live At The Casa Da Musica, Porto (Void Leaper Productions, 2008). Nagranie pochodzi z października 2007r. Charakter spotkania i jego miejsce zawiera się w tytule płyty.

Dyskografię VGO uzupełnia najnowsza, jak dotąd płyta, nagrana w listopadzie 2016., w miejscu zwanym O'Culto da Ajuja. Zwie się zaś Maat Mons (Creative Sources, 2016).


*) port. wstęp do większej całości!

sobota, 17 czerwca 2017

Setsfree! Torrecillas! Lash! ABC Trio! Shepherds of Cats! Makemake! – fresh fruits for rotting vegetables! *)


Dziś okresowa zbiorówka recenzji świeżych, jeszcze pachnącym folią płyt, trochę wbrew przyjętym zasadom – stosunkowa skromna, dodatkowo w połowie miesiąca. Powody są dwa, równie istotne.

Po pierwsze mamy długi weekend, co w oczywisty sposób sprzyja tego rodzaju ekscesom piśmienniczym. Po drugie – do odtwarzaczy Pana Redaktora trafiło w ostatnich tygodniach kilka płyt, które – poza faktem bycia tegoroczną świeżynką – łączy fakt, iż firmują ją muzycy mniej znani, mniej hołubieni i czczeni na scenie muzyki improwizowanej, co w ciekawy sposób wpisuje się w mój prywatny syndrom bezczeszczenia pomników chwały i postaci trwale uczepionych do firmamentu. Innymi słowy – na Trybunie znów idzie nowe, młode, jurne i bezczelnie interesujące.

Nasz podróż, jak to często bywa na Trybunie, będzie miała walor turystyczny. Zaczniemy od cudnej Barcelony (z drobnym incydentem w Buenos Aires!), potem polecimy do Bristolu i Manchesteru, przy czym w trakcie pierwszego z brytyjskich akordów doświadczymy czegoś na kształt albumu pomostowego, albowiem będzie on hiszpańsko-angielski. Drugi zaś będzie miał także wymiar polski, co skutecznie pomoże nam pokonać kolejną odległość, albowiem na sam koniec naszej dzisiejszej wycieczki… chwilę pomieszkamy we Wrocławiu.

W trakcie dzisiejszej zbiorówki pojawią się nazwy i nazwiska w większości Wam nieznane, zatem proszę się nie dziwić, iż przy omawianiu każdej z płyt, listować będę z imienia i nazwiska muzyków odpowiedzialnych za daną porcję dźwięków.


Setsfree  The Secret of Light (Discordian Records, 2017)

Jako się rzekło, startujemy w Barcelonie. Przed nami najnowsza pozycja katalogowa Discordian Records (z numerem 099). W Estudis Bonso zjawiło się siedmiu muzyków, których winniśmy przedstawić niezwłocznie: Agustí Martínez – saksofon altowy, Liba Villavecchia – saksofon tenorowy, altowy i sopranowy, Xavi Tort – trąbka, Rafa Zaragoza i Ramon Solé – gitary elektryczne, Eduard Altaba – kontrabas, Quico Samsó – perkusja. Nagrania pochodzą z dwóch różnych sesji z lat 2013 i 2015. Pięć zwartych segmentów muzycznych, po którymi podpisują się kolektywnie wszyscy muzycy. Analiza personalna septetu, który przyjął nazwę Setsfree wskazuje, iż mamy tu de facto do czynienia z triem Agusti Martineza (dwa ostatnie nazwiska tworzą w nim sekcję), rozbudowanym o dwa dęciaki i dwie gitary z prądem.




Początek płyty jest niezwykle spokojny. Muzycy subtelnie wgryzają się w strukturę zaproponowanej improwizacji. Czynią to pojedynczymi partiami dźwięków, budując ciekawe relacje i czyniąc zwinne interakcje w ramach siedmioosobowego składu. Obie gitary bardzo wyważone i zdyscyplinowane (co będzie zresztą przywarą wszystkich instrumentalistów, w trakcie całych ponad 50 minut nagrania). Przejście do bardziej dynamicznej narracji odbywa się bardzo płynnie i bez szwów. Przed nam dobry, rasowy jazz, chwilami mocno uwolniony. Odrobinę przeleżakowany (patrz: data rejestracji), ale niewstrząśnięty i dalece miły dla ucha. Bez indywidualnych popisów, w duchu 200%-owej demokracji, prawdziwie ludowej. Bardzo podoba mi się gra gitarzystów, którzy potrafią stwarzać ciekawy, nieco psychodeliczny background dla rozbudowanej sekcji dęciaków. Ten kolektyw muzyczny brnie do przodu z dużą gracją. Muzycy doskonale się słuchają, bystro reagują, nie krzycząc na siebie. Ta świetna kooperacja toczy się w atmosferze twórczego samograniczania się artystów, a także dużej determinacji, by zaskakiwać. Każdy z muzyków woli zagrać o frazę mniej, by partnerowi z boku pozostawić więcej przestrzeni. Nie brakuje tu chwil kreatywnej nostalgii i bardzo stonowanych narracji. Chwile konwulsyjnych eskalacji zazębiają się i są bardzo wytrawne, choć recenzent dostrzega, że stanowią mniejszość w stosunku do spokojniejszych fraz.

The Secret Of Light to płyta, która niczego nowego nie wnosi do historii muzyki improwizowanej, jakkolwiek daję jej, w pełni odpowiedzialnie, zieloną rekomendację (high!). Być może akurat na tej płycie determinantą sukcesu okazało się nie to, co muzycy grają, ale jak grają.


Jorge Torrecillas Ensamble  Una búsqueda infinita (Discordian Records, 2017)

Czas na niebanalną wycieczkę… do Buenos Aires! W stolicy Argentyny spotykamy frapujący kwintet, który w trakcie kluczowego nagrania na płycie, rozrośnie się do septetu.

Najpierw wszakże kartoteka: Inti Sabev – klarnet i klarnet basowy, Agustin Zuanigh – trąbka, Jorge Torrecillas - saksofon altowy i tenorowy, kompozycje, Pablo Vazquez – kontrabas i elektronika, Santiago Lacabe – perkusja oraz dodatkowo w utworze czwartym dwie Panie - Maria Eugenia Irianni - flet i Carolina Thiers – głos i skrzypce. Warto dodać, iż przynajmniej dwóch muzyków ze składu podstawowego Ensemble znajdziemy na wcześniejszych płytach barcelońskiej wytwórni.




Una búsqueda infinita, to być może najbardziej jazzowa płyta w katalogu Discordian Records, który liczy już blisko sto pozycji. Mamy zgrabnie podane, iście hard-bopowe tematy, ciekawą aranżację i pełnokrwiste improwizacje. I choć niewiele dzieje się tu przypadkowo, nawet detale brzmieniowe zdają się być zmyślnie podyktowane, to płyty słucha się naprawdę w dużą przyjemnością.

Zdecydowaną perełką w zestawie jest kompozycja Urano. To właśnie wtedy kwintet rozrasta się do septetu. Tuż po ciekawej introdukcji wygenerowanej na kablach, do naszych uszu trafia ponadgatunkowy fajerwerk muzyczny. Kameralistyczna linia melodyczna zdobiona jest przez piękny kobiecy głos, wsparty także o flet i skrzypce. Natrafiamy na sonorystyczne inkrustacje, akustyczne zadziory, rozbudowane dyskusje w podgrupach. Stylistyczna efemeryda, którą śmiało możemy otagować hasłem post-awangarda. Smakowite!

Rekomenduję na bardzo mocne middle (żółte!), z dużą podpórką high (zielone!) za wyjątkowy fragment Urano.


Dominic Lash Quartet  Extremophile (Iluso Records, 2017)

Czas najwyższy na zapowiadany album pomostowy. Jesteśmy w Bristolu, a na deskach tamtejszego Uniwersytetu, kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i perkusjonalia, Dominic Lash – kontrabas, Ricardo Tejero – saksofon altowy i klarnet oraz Alex Ward – gitara elektryczna i klarnet. Panowie zagrają siedem kompozycji, autorstwa głównie Lasha, który czyni tu obowiązki gospodarza i personalnie lidera Kwartetu. Dwuosobowy zaciąg brytyjski być może stanowi najbardziej znaną personalnie frakcję dzisiejszej zbiorówki, ale – wydaje mi się – Panowie Lash i Ward wciąż zaliczać się mogą do świeżej krwi europejskiej muzyki improwizowanej.




Jak wspomniałem, materiałem wyjściowym dla czwórki artystów są kompozycje. Wszakże w trakcie muzykowania są one dewastowana bardzo udanymi improwizacjami, dalece kompetentnymi i wysokogatunkowymi. Anglicy rżną zwinne septymy na potęgę, a ich improwizacje iskrzą i eksplodują raz za razem. Strona hiszpańska pełnowymiarowa, ale nie ekscytująca. Jakkolwiek jazz pełną gębą z drobnymi (przynajmniej w początkowej fazie płyty) aspiracjami free. W zasadzie nagranie przez 2/3 swojej długości toczy się na wyższym stadium artystycznej poprawności. Pierwsze syndromy improwizacyjnego anarchizmu odnajdujemy w trakcie czwartego utworu Palpito. Wtedy to muzycy zapominają o wytycznych z pięciolinii, interakcje stają się czupurne, bardziej ekscytujące. Ciekawie odnajdujemy, tuż po nim, duet klarnetowy, który potraktować możemy jak subtelny dysonans akustyczny. Ostre, rockowe wejście gitary – epizod kolejny - być może nie jest najlepszym rozwiązaniem w tym akurat momencie, ale stawia muzyków w ciekawej opozycji wobec oczekiwań słuchacza, który nastawił się na jazzowy przekaz. W ten oto sposób docieramy do finałowej pieśni Mixed, Mixed. 14 minutowa improwizowana epopeja, pełna zgrzytów, ekspresyjnych pyskówek i niebanalnych wtrętów melodycznych, która skutecznie maskują niedoskonałości wcześniejszych fragmentów.

Zatem finalna rekomendacja – mimo wcześniejszych ambiwalencji – będzie zasłużenie zielona (high!).


ABC Trio (Sam Andreae, David Birchall, Andrew Cheetham) ‎ The Difficult Second Album (Tombed Visions, 2017)

Przystanek Manchester i frapujący label muzyczno-artystyczny Tombed Visions, specjalizujący się głównie w wydawaniu… kaset magnetofonowych. Dziś poznamy dwie jego produkcje, które raczej na zasadzie wyjątku ukazały się w formacie kompaktowym.

Najpierw trio o niezbyt oryginalnej nazwie… ABC. Personalnie to: Sam Andreae – saksofon tenorowy i… gwizdki, David Birchall – gitara i wzmacniacz (cytuję za opisem płyty) oraz Andrew Cheetham – perkusja i perkusjonalia.




Przed nami extremaly textured improvisation (znów cytat). Zatem nie będzie lekko! Przy okazji, zgodnie z zabawnym tytułem, druga pozycja w dyskografii formacji. A w środku – kolektywna, definitywnie cielesna improwizacja, która – gdy zechce – zwinnie przechodzi we free jazzowy galop sześciu kopyt. Muzycy, bez kompromisów, idą po swoje, jak do Kolonialki po schłodzony browar. Dużo tu artystycznej bezczelności, rockowej, wręcz punkowej buty. Z tymi trzema synami Królowej Matki, mężnie wkraczającymi w wiek średni, o poezji raczej nie porozmawiasz. Nie brakuje psychodelii, krautrockowych cytatów. Improwizacje są wyzwolone, śmiałe, pyskate do bólu.  Freak Out! Zapach fekalii Franka Zappy też jest wyczuwalny. W drugiej części płyty nie brakuje sonorystycznych zwarć w półdystansie, prowadzonych w estetyce typowej dla krnąbrnych Anglików, nietracących czasu na sentymenty. Na finał dopada nas znów krwista galopada, niemal reprint startu nagrania, którą wieńczą skromne macanki z tenorem w roli wiodącej

Nie da się zaprzeczyć, iż fragmenty spokojniejszej narracji bardziej nęcą ucho recenzenta, niż free rockowe eskalacje. Bo czyż idea zaniechania nie jest królową improwizacji? Do takiego przynajmniej wniosku prowadzi wnikliwa analiza trzeciego fragmentu płyty. W ramach reasumpcji, nie sposób nie zauważyć, iż gitarzysta jest tu postacią zdecydowanie najciekawszą. Ma dużo fantazji i stertę wspomnień z odsłuchu wiekopomnych płyt Dereka Baileya!

Rekomendacja? Zielona (high!).


Shepherds of Cats & Günter Heinz  Shepherds of Cats & Günter Heinz (Tombed Visions, 2017)

Przed nam teatr iście piekielny! Wielogatunkowa muzyczna hybryda, wyposażona w duży ładunek literatury, deklamacji i krzyków, a także wyjątkowo swobodnie improwizowanych dźwięków.

Na scenie kwartet angielsko-polski, ukrywający się pod nazwą Shepherds of Cats. Personalia muzyków są następujące: Adam Webster – cello, looper, vocalisations and sectionable wittering, Dariusz Błaszczak – singing bowls, gongs , porcelain bells; Aleksander Olszewski – dohola, vocals, cymbals, hira daiko, broken guitar tuner, tank drum oraz Jan Fanfare – clavinet D6, looper, voice (celowo nie tłumaczę instrumentarium, by dodatkowo zaintrygować czytających te słowa, być może przyszłych potencjalnych słuchaczy). Gościem kwartetu jest niemiecki puzonista Günter Heinz (także flet i … knack-frösche).




Oto i wyjątkowy spektakl dźwięku i słowa, z dużą porcją ekspresyjnego aktorstwa! Twórczy, muzyczny chaos, w którym artystycznym środkiem wyrazu jest głównie… rozpoznawanie walką. Grupa zdrowych na umyśle szaleńców plus niemiecki puzonista, ze sporym doświadczeniem, także na polu muzyki współczesnej. Pasja, histeria, determinacja, a jednocześnie zabawa. Formą, wymyślnymi instrumentami, opisem sytuacji dramaturgicznej (choćby mnóstwo literatury w tytułach poszczególnych części). Ten paroksyzmujący  incydent muzyczny przypomina mi nagrania improwizacyjnej załogi angielskiego perkusjonalisty Terry'ego Daya People Band, który funkcjonował artystycznie na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia.

Gitara, która być może wcale nie jest gitarą, wiolonczela, dzwonki, zabawki instrumentalne, głosy, puzon. Wielka maszyna produkująca dźwięki, która snuje groteskową, nasączoną absurdem opowieść, która zdaje się nie mieć początku, ani końca. Obok głośnych, wręcz free jazzowych mikroeskalacji, sporo w tej muzyce transu, medytacji (zwłaszcza puzon!) i tekstu przelewającego się z gardła do gardła, niczym zbyt ciepła wódka. Z minuty na minutę docierają do nas coraz spokojniejsze, wręcz ładne dźwięki. Kontemplacja, swoiste mantrowanie. Także bezczelne i bezceremonialne królowanie literatury i melolorecytacji. Pod koniec szczypta elektroakustyki i muzycznych impro-przepychanek ciekawie komplikuje obraz całości. Artystyczny, kontrkulturowy melting pot, z którego co pewien czas wyłaniają się pasjonujące chwile wzmożonej ekscytacji, po obu zresztą stronach sceny. Jako 55 minutowy spektakl broni się jedynie rekomendacją żółtą (middle!), ale nie przestaje intrygować (te kobiece głosy z offu po wybrzmieniu, w języku polskim…, poczułem się jak na premierze Inland Empire Davida Lyncha). Z pewnością warto wracać do tego wydarzenia.


Makemake  Something Between  (Zoharum, 2017)

Oto i krajowy incydent improwizowany. Druga płyta duetu dość młodych jeszcze gitarzystów z południowej Polski, dewastujących swoje instrumenty szarpane pod szyldem Makemake: Rafał Blacha – gitara preparowana, elektronika i Łukasz Marciniak – gitara, elektronika.

Słowo się rzekło, jesteśmy we Wrocławiu, w dużej sali Centrum Kultury Agora. Nie ma publiczności, jest za to aż dziewięć porządnych mikrofonów, które zbierać będą ulotne preparacje dźwiękowe muzyków. Siedem fragmentów, niespełna trzy kwadranse muzyki.




Oniryczny klimat preparacji z dużą dawką prądu i sporego okablowania. Duży pogłos, który chroni przed zbytecznymi przesterami. Post-gitarowa, strukturalnie wolna improwizacja, bazująca wszakże na tzw. punktach stycznych, które porządkują ewaluowanie procesu dźwiękowej kreacji (opis wydawnictwa sugeruje formułę open compositions, co nie jest złym tropem). Zmyślne i nieprzegadane użycie elektroniki, która stanowi tu raczej rodzaj przystawki, przetwornika, odrobiny lukru na żywym cieście, nie zaś wartości samej w sobie. Ciekawe fragmenty, dynamizujące proces improwizacji, naznaczone sugerowaniem interesującej sytuacji rytmicznej. Nie brakuje ambientowych klimatów, nie koniecznie w estetyce dark. Fragmenty bardziej oczywistego frazowania na gitarze elektrycznej, w ocenie przemądrzałego recenzenta, nie są być może najwłaściwszym kierunkiem rozwoju muzyki Makemake. Tu – zdałoby się więcej preparacji, a mniej ilustracyjności. Także odrobinę wzmożonej dramaturgii w procesie narracji, widzianym jako zamknięta całość. Jeśli pierwszy odcinek podobał mi się najbardziej, to ostatni … wręcz przeciwnie.

Rekomendacja żółta (middle!), której z przyjemnością daję zieloną podpórkę (high!), albowiem recenzenckie ambiwalencje być może są jedynie skutkiem gatunkowego niedopasowania się, piszącego te słowa, do intencji muzyków.


*) ang: świeże owoce dla zgniłych warzyw. Przy okazji tytuł pierwszej płyty hard-core punkowej załogi Dead Kennedys z roku 1980.


wtorek, 13 czerwca 2017

Benjamin Duboc – powieść wielowątkowa z kontrabasem w roli tytułowej


Benjamin Duboc, francuski improwizujący kontrabasista (wiek średni w rozkwicie), powoli wydeptuje już sobie stałe miejsce na Trybunie Muzyki Spontanicznej. Nie dziwi to jednak absolutnie nikogo, albowiem muzyk to doprawdy doskonały.

Nie dalej jak kilkanaście dni temu udowadniałem – mam nadzieję, skutecznie – iż czegokolwiek muzyk ten nie tknie się w ostatnich latach, to efekt fonograficzny budzi niekłamany podziw (przynajmniej Pana Redaktora). W tym akurat przypadku dowodem rzeczowym były płyty popełnione w ramach ekscytującej francuskiej wytwórni Dark Tree Records. Tu trop dla przypomnienia.

Jeśli zatem powiedziało się A, czas najwyższy powiedzieć B. Jak Benjamin! W trakcie ostatnich dwóch tygodni, w tempie karabinu maszynowego, przetoczyło się przez odtwarzacze redakcji kolejnych kilkanaście płyt z udziałem Duboca, zarówno autorskich, jak i tych bardziej współtwórczych. Dzięki temu dynamicznemu procesowi śmiało możemy dziś przystąpić do omówienia kilku z nich, zaś szczególny nacisk położymy na pewien trójpak. Zresztą od niego zaczniemy.


Primare Cantus/ Śpiew pierwotny – trzy dowody na poparcie tezy otwarcia

Od lipca 2010 do lutego 2011 roku, Benjamin Duboc poczynił sześć rejestracji studyjnych (w każdym razie, bez oklasków), w przeróżnych konfiguracjach personalnych, także w wersji solowej. Po kilku miesiącach, nagrania wyedytowane aż na trzech dyskach, ujawnił światu Ayler Records pod intrygującym tytulem Primare Cantus. Data publikacji nie była prawdopodobnie przypadkowa, albowiem dokładnie w roku 2011 nasz bohater … obchodził czterdzieste urodziny. Nie tylko zresztą ta okoliczność stanowi o wyjątkowości trójpaku. Decyduje o tym przed wszystkim zawarta na nim muzyka. Bez zbędnych kalkulacji dzieło Śpiewu Pierwotnego określić można mianem opus magnum francuskiego kontrabasisty (oczywiście z gruntownym zastrzeżeniem – jak do tej pory!).




Dysk pierwszy. Duboc, sam na sam ze swoim kontrabasem, przez 42 minuty snuje monumentalną, minimalistyczną opowieść o meandrach niskich częstotliwości. Wykorzystuje głównie dolny fragment kontrabasu (jak rozumiem, poniżej progu), traktowany smykiem. Ten dość wąski rejestr instrumentu uzupełnia wyższymi dźwiękami, będącymi skutkiem tarcia strun i generowania wibracji otworem gębowym. Jakkolwiek opis procesu sugeruje, iż mamy do czynienia wyłącznie z dźwiękami akustycznymi, wytrawne ucho recenzenta doszukać się potrafi kosmetycznych amplifikacji. Prawdziwa symfonia rozedrganego minimalizmu. Repetycja wibracji. Wibracja repetycji. Prawdziwy śpiew pierwotny z głębi ziemi, zaiste przeklętej. Determinacja, cierpliwość, posłuszność wobec przyjętej strategii działania. Około 20 minuty, w tej zwartej strukturze dźwięku, doszukać się można syndromu… rytmu. Jakby spirala maszyny na moment zatrybiła, ale i tak stanowi to jedynie ornament, źdźbło trawy na wielkiej łące. Drobiny nowych dźwięków pojawiają się nie częściej niż raz na kilka minut, choć z czasem (w proustowskim niemalże ujęciu!) dron narracji jakby pęczniał. Pod sam koniec ulega wszakże skromnego rozwarstwieniu, by krok po kroku dreptać do finału, delikatnie się eskalując. Finał zaś stanowi ostre uderzenia smyka w zapocony gryf! Primare Cantus - piękne, jakże duże wyzwanie dla odbiorcy.

Dysk drugi.  Trzy skromne duety Duboca z muzykami, z którymi współtworzy on swoją sztukę niemal na co dzień. Swoiste Brothers in Arms.

Na początek Jean-Luc Petit (saksofon tenorowy i barytonowy; nie należy mylić go z Julienem Petitem, saksofonistą znanym ze współpracy z Herbem Robertsonem, w ramach Space Cadets). Trzy zwarte, nieprzegadane opowieści. Sonorystyka saksofonu w opozycji do rwania strun i demolowania pudła rezonansowego. Dynamiczny smyk w opozycji do jurnego galopu saksofonu, wprost z krwawiącej dyszy. Drapieżny drumming Duboca, trochę wulgarnych macanek na boku ze strony Petita. Gdy baryton szeleści i drży jak niedotarty dwusuw, kontrabas rwie się ku akordowej eskalacji. Po jej wystudzeniu, cedzi emocje przez gęste sito, na szczęście durszlak pęka od nadmiaru dźwięków.

Duet drugi, to spotkanie z perkusistą, tu bardziej perkusjonalistą (small drum kit, rzeklibyśmy) Didierem Lasserre. Epizod pierwszy to krótkie talerzykowe fajerwerki, zdobione łamanymi strunami kontrabasu. Jakby wstęp do epizodu drugiego, który śmiało kandydować może do najlepszego odcinka trójpaku. Drżenie, rezonans, metatrans. Wyjątkowej urody post-elektronika bez kabli! Pulsacja, histeryczno-oniryczne talerzykowanie. Wielowymiarowy dron, który przepoczwarza się w kilkunastominutową perłę dźwiękową. Wyjątkowe! Finał tego duetu, jakby w opozycji do poprzedniego fragmentu. Ostre, kanciaste riffy i sonoryzm perkusjonalii – szczoteczkowanie, szuranie, trochę więcej konwencjonalnego drummingu w dostojnym tempie.

Czas na trzeci duet. Saksofon tenorowy i jego właściciel - Sylvain Guérineau. Cztery miniatury o silnie jazzowej strukturze. Tenor jest powabny, płynie bez kantów, gdyż akurat tych w nadmiarze serwuje nam kontrabasista. Duża amplituda dynamiki tej rejestracji, muzykom zdarza się brnąć przez improwizację nawet w tempie balladowym.

Dysk trzeci. Dwie rozbudowane narracje i field recordingowy epizod. Najpierw duet z gitarzystą Pascalem Battusem. Od razu zastrzeżenie: Pascal nie będzie grał na gitarze, a jedynie używał przystawki gitarowej, przetwornika, który został tu zdefiniowany jako guitar pickup. Dostajemy się zatem w otchłań quasi elektronicznych (elektrycznych!) poszukiwań narracyjnych punktów zaczepienia. Kontrabas jedzie smykiem w bardzo niskim rejestrze. Jest chyba lekko amplifikowany, co udanie konweniuje z gitarowymi zgrzytami, strojnymi trzaskami na kablach i gałkach potencjometrów. Rodzaj dość subtelnego noise’u. Duboc robi swoje i nie wchodzi początkowo w czupurne zwarcia. Trochę minimalistycznego wyciszenia, z którego wyłania się skoczny, zmutowany drumming strunowca, zwinnie kontrapunktowany przez szmery z przetwornika gitarowego (z kajetu recenzenta: sonorystyczne ach!). Temu ostatniemu trudno zaimponować w spokojniej narracji. Dużo ciekawiej dzieje się w drugiej połowie nagrania, gdy muzycy postanawiają brnąć w estetykę przesterowanego noise’u. Zgiełk, konkretny hałas, eskalowanie narracji – to właściwy kierunek! Duboc zdziera skórę ze strun kontrabasu, krew tryska po oczach – ogień! Piękna, kolektywna nawałnica z piorunami, z delikatnie wpisanymi w dramatyzm sytuacji scenicznej, repetycją i ograniczaniem środków wyrazu.

Po burzy z piorunami, tuż przed erupcją wulkanu, czas na szczyptę wyciszającego, choć odrobinę egzystencjalnego field recordingu autorstwa Benjamina.  Szum miasta, skowyt deszczu. Pasaż drwiącej z siebie natury dźwięku (z kajetu recenzenta: ciekawe, ile tu dołożono na etapie postprodukcji).

Finał trójpaku! A jak finał, to koniecznie trio! Sophie Agnel na fortepianie, Christian Pruvost na trąbce, Benjamin Duboc na kontrabasie. Od samego początku dynamika spotkania jest dalece konkretna. Muzycy kolektywnie brną w delikatnie onirycznym, trochę psychodelicznym nastroju (będzie się działo!). Wszystkie instrumenty brzmią niemal podobnie. Współczesna kameralistyka, ale na ostrym speadzie. Tuż po pierwszym wytłumieniu emocji, minimalistyczne pasaże każdego z muzyków, pełne mikrozdarzeń akustycznych - ochłapy sonorystyki, noise’owe akcenty. Intrygująca eskalacja, jakby wprost z głębi ziemi, z bardzo niskiego pułapu. Aż trudno uwierzyć, że przed nami produkują się wyłącznie akustyczne instrumenty. Pruvost jest nieznośne elektroakustyczny, dmie lewą powierzchnią płuc, uprawia sztuczki magiczne. Agnel gniecie struny fortepianu, chyba już na nich leży. Duboc drży całym ciałem, subtelnie zaznacza rytm, chlaszcząc pudło kontrabasu kijem bejsbolowym. Muzyka konkretna, dalece konkretna! Eksplozywne, czupurne, stanowczo wyjątkowe zwieńczenie urodzinowego trójpaku. Jaki piękny hałas! Preparacje pianistki, szaleństwa trębacza, smykowe implozje kontrabasisty. Krzyk instrumentów (trąbka!). Wybrzmienie następuje na obolałym gryfie kontrabasu, ze skomlącym smykiem, który całkowicie zatracił poczucie rzeczywistości. What a game!




Jeśli przebrnięcie przez solową część Primare Cantus okaże się, dla niektórych z nas, zadaniem ponad siły, mam dobrą wiadomość.  W kwietniu 2013 roku, Benjamin rejestruje płytę solową. Zwie ją St. James Infirmary (Improvising Beings, 2014). Nagranie poczynione w obiekcie sakralnym, zatem z gwarancją wspaniałego brzmienia niejako w pakiecie. Dwie rozbudowane opowieści, które diametralnie różnią się od eksperymentu Pieśni Pierwotnej. Pierwszą śmiało pomieścić możemy w jazzowej estetyce. Frazy, akordy, improwizacje i szczypta melodii. Niebanalny pokaz kompetencji muzyka. Opowieść druga jest bardziej różnorodna stylistycznie. Łatwiej powiedzieć, czego tu nie ma. Bogactwo narracji, technik improwizatorskich, po części także rodzaj podręcznika dla adeptów kontrabasu.  Można ten właśnie fragment solowych ekspozycji Duboca określić mianem jego the best of. Rodzaj portfolio, które dołącza do CV, w trakcie procesu aplikowania o etat w najlepszej orkiestrze świata. Piękne, głębokie, choć nie zawsze czyste brzmienie.


Double-Basse – duet z dolin

Świat niskich częstotliwości, to naturalna fauna i flora dla faceta, który rwie grube struny kontrabasu. Pomysł na duet z klarnetem kontrabasowym zdaje się w tej sytuacji rozwiązaniem oczywistym. Partner zwie się Jean-Luc Petit (muzyk przywołany kilka akapitów wcześniej, tym razem jednak na innym dęciaku). Panowie przyjęli nazwę Double –Basse, której adekwatność nie budzi jakichkolwiek wątpliwości.




Spotkanie studyjne (? – w każdym razie bez oklasków), poczynione w kwietniu 2013r. dokumentuje doskonała płyta This Is Not Art (Clean Feed Records, 2015). Dwie rozbudowane, całkowicie wyzwolone improwizacje, toczone wszakże w dużym skupieniu i bez popisów indywidualnych. Niczym J.S.Bach dogorywający w ogniu piekielnym, z głosami potępienia w tle i śmiercią w oczach. Duboc nie dość, że brzmi monumentalnie, to gra z bywałą atencją i tyczy piękny szlak dla postękiwań nielekkiego dęciaka. Demoluje struny kontrabasu ołowianym smykiem, płynie po nich lub ordynarnie gwałci je histerycznym drummingiem. Muzyka trwa onirycznymi pasusami, jest metaforyczna i wciąż stawia znaki zapytania. Sonorystyczna zaduma, szczypta kreatywnej zasady imitacji, to główne elementy składowe konstruktywnych utarczek obu muzyków. Tytuł wszak zobowiązuje! Brzmienie kontrabasu jest czyste, lśniące, ale dalekie od barokowego stroju Barry’ego Guya. Tembr strunowca jest matowy, szorstki, lubi chlastać po twarzy, gdy za blisko podejdziesz. Petit w pierwszej części pozostaje raczej w ukryciu, nie jest nadmiernie ekspresyjny i jedynie komentuje wyczyny Duboca. W części drugiej staje na środku sceny i robi wszystko, by zadać kłam opinii recenzenta.


Kwintet Nuts i duetowe uzupełnienie

Kolejna perła w dorobku Benjamina, to ulotny, nietypowy i ciekawy personalnie kwintet, ukrywający się pod nazwą Nuts i łączący w sobie dwa pokolenia muzyków improwizujących z … trzech kontynentów.

Dwa zestawy perkusyjne (Didier Lasserre i Makoto Sato) przyczajone delikatnie w tle, na przeciwległych flankach. Bliżej naszych uszu, także szeroko rozstawione dwa zestawy dęciaków (Itaru Oki i Rasul Siddik). Na samym zaś środku Benjamin Duboc i jego wyjątkowo ogromny kontrabas. Muzyka jest swobodnie improwizowana, mnóstwo w niej komunikatywnej i niebanalnej sonorystyki z dęciaków, jazzowy drive bębnów, które pozostają w ciągłym zwarciu i kontrabas, który rządzi, niepokoi, rozrywa przestrzeń akustyczną koncertu swym gigantycznym soundem. Jest sam, ale chwilami brzmi tak potężnie, masywnie, jakbyśmy słyszeli, co najmniej trzy takie instrumenty. Skojarzenia z włoskimi płytami Billa Dixona z lat 90. jak najbardziej zasadne, zwłaszcza, iż zaciąg dęty gra przede wszystkim na trąbkach i flugelhornach (okazjonalnie także flety, inne drobne reeds i preparacje). Muzyka bywa dynamiczna, nie brakuje w niej jednak szczypty niesentymentalnego liryzmu i progresywnych chwil artystycznego zaniechania.





Orzeszki (Nuts) pozostawiły po sobie, jak dotąd, dwa wydawnictwa. Pierwsze zwie się
L'Atelier Tampon-Ramier (Sans Bruit, 2008 – nagranie dostępne jedynie w plikach) i jest rejestracją pierwszego koncertu kwintetu, jaki miał miejsce w Paryżu, we wrześniu 2007r.  (tytuł płyty, to nazwa klubu, który gościł Nuts). Druga zaś, to Symphony For Old And New Dimensions (CD Ayler Records, 2009). Nagranie z lutego 2009r. z Le Carré Bleu, w Poitiers (gdzieś we Francji).

Pełnoprawne uzupełnienie dwóch smakowitych płyt kwintetu Nuts, stanowić może płyta duetu, który jest jego… podzbiorem. Benjamin Duboc i Itaru Oki (trąbka, flugelhorn, flet) w grudniu 2009r. w Paryżu, zarejestrowali kolejny wartościowy artystycznie materiał, który edytorsko udostępniła nam francuska inicjatywa wydawnicza Improvising Beings pod tytułem Nobusiko (2010). Osiem drobnych, improwizowanych perełek z japońskimi tytułami, do wiecznej eksploracji. Skupienie, dbałość o niuanse, akustyczna perwersja.


Ogniste Trio The Fish plus duet na dokładkę

Czas na drobną epistołę z nieco głośniejszymi, mniej subtelnym dźwiękami. Tu głównym partnerem kontrabasisty będzie saksofonista altowy, Jean-Luc Guionnet. Wraz z perkusistą Edwardem Perraudem muzycy funkcjonują pod nazwą własną The Fish, mają także za sobą epizod duetowy.

Nazwisko alcisty może niektórym z nas kojarzyć się z innym triem, The Ames Room (Clayton Thomas, Will Guthrie), które kilkakrotnie gościło w Polsce na koncertach. Rybia muzyka jest równie ekspresyjna, stanowi bowiem przykład absolutnie bezkompromisowego free jazzu. Gdy Guionnet na początku koncertu wkłada do ust lufę swojego karabinu, to wyciąga ją wraz z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Gra narowiście, z głębokim zadęciem, często stosuje repetycję. Być może nie jest to ulubiony rodzaj ekspresji Pana Redaktora, ale i to ma swoją wartość. Na tle gęstej powłoki saksofonowych erupcji, odnaleźć można w niemal klinicznym stanie doskonałą robotę kontrabasisty, tu dodatkowo, w bystrej kooperacji z jakże kompetentnym drummerem. I tak też słuchałem obu płyt The Fish, a czas płynął wartko i stosunkowo kreatywne.




Pierwsza ekspozycja płytowa tria, to podwójne wydawnictwo Live At Olympic Café & Jazz À Mulhouse (Ayler Records, 2007). Dysk pierwszy, to dwa sety z paryskiego koncertu, z grudnia 2005r, zaś drugi – jednosetowy incydent z Moulhouse, z sierpnia 2006r. Trwająca łącznie 110-minut, ekspresyjna petarda zaspokoi gusta każdego wielbiciela gatunku. Osobiście bardziej podoba mi się młodsze nagranie tria. Myślę o krążku Moon Fish (Clean Feed Records, 2012). Trzy kwadranse tego koncertu (dane szczegółowe niedostępne) zdają się być bardziej zwarte narracyjnie, mniej przegadane. Być może o walorach tego akurat nagrania decyduje także zrównoważony emocjonalnie czas jego trwania.




W kontekście słów, jakie padły w odniesieniu do muzyki The Fish, zupełnie zaskakujące okazuje się wspólne nagrania Duboca i Guionneta w duecie. Panowie wchodzą do całkowicie innej bajki. W listopadzie 2005r. w Paryżu realizują nagranie, które trafia na krążek W (Amor Fati, 2008). Trwająca niespełna 41 minut improwizacja opiera się na akustycznie destruktywnej sonorystyce bardzo suchego altu i drapieżnego, traktowanego głównie smykiem, kontrabasu. Dramaturgicznie pozostajemy w stylistyce niezwykle minimalistycznej, a istotnym atrybutem narracji jest cisza, która często oddziela od siebie duetowe ekspozycje. Muzycy w wielu momentach płynną wspólnie, stosując bardzo konsekwentnie zasadę imitacji. Odniesienie do szeroko rozumianej muzyki współczesnej też nie jest tu złym tropem. Niełatwe w odbiorze, konsekwentnie prowadzone, bardzo konkretne w brzmieniu nagranie, które intryguje ponadnormatywnie. Szkoda, że jak dotąd nie doczekaliśmy się ciągu dalszego tego duetu.


Inne epizody, damsko-męskie

Ponieważ nasza wielowątkowa powieść o muzyce Benjamina Duboca urosła już do rozmiarów trudno przyswajalnych z ekranu telefonu, czy nawet komputera, czas najwyższy zmierzać ku końcowi. A zatem na koniec skromne zajawki innych, także ciekawych przygód muzycznych kontrabasisty z Francji.

Le Retour D’Ulysse (Promenade) (Improvising Beings, 2015). Duet Duboca z francuską saksofonistą Alexandrą Grimal (tenor, sopran). Długie, dwupłytowe wydawnictwo zawiera chwilami dość ciepłe i na ogół niebanalne improwizacje (także jedną kompozycję Johna Coltrane’a). Duboc gra na swoim doskonałym poziomie, ilość fajerwerków tryskających z gryfu kontrabasu, jak zwykle imponuje. Grimal nie zawsze jest jednak w stanie utrzymymać poziom, zaproponowany przez partnera. Szczególnie dzieje się tak, gdy sięga po saksofon tenorowy. Gdyby płyta miała wymiar trzech kwadransów broniłaby się zdecydowanie lepiej.




There Starts The Future (Ayler Records, 2009). Choć na tej płycie, formalnie Benjaminowi przypada jedynie rola sidemana, nie sposób przez chwilę nie pochylić się nad tym doskonałym nagraniem. Firmuje je Abdelhai Bennani Trio. Francuski saksofonista, marokańskiego pochodzenia, gra wyjątkowo interesująco, nie dominuje, jak to ma w zwyczaju wielu saksofonistów w trio, świetnie wchodzi w improwizowane interakcje z kontrabasistą i tym trzecim, perkusistą Edwardem Perraudem. Ta trzyosobówka ma konkretnie demokratyczny strój, każdy z muzyków do free jazzowej konstrukcji dokłada swoje trzy gorsze. Płyty słucha się wyśmienicie, zwłaszcza drugiej jej części, gdy nasz bohater ewidentnie przejmuje rolę lidera tej eskalacji. Na końcu gra już prawie sam, a jego partnerzy mogą jedynie głośno wzdychać z wrażenia.

Free Unfold Trio (Amor Fati, 2006). Jeśli pragniecie posłuchać bardzo wytrawnego i kompetentnego tria jazzowego z fortepianem, to trafiliście idealnie. Duboca wspiera tu Didier Lasserre na perkusji i Jobic Le Masson na fortepianie. Nagranie poczynione na festiwalu w Bordeaux, w 2006 roku. Pod tym szyldem muzycy popełnili także incydent studyjny – Ballades (Ayler Records, 2009).




Entropy/ Enthalpy (Rouge Art, 2015). Podwójne wydawnictwo firmowane przez jednorazową formację The Turbine! (wykrzyknik stanowi część nazwy tego składu). Zapewne dla wielu fanów, silnie zapatrzonych w improwizowaną muzykę anglosaską, było to jedyne, jak dotąd, spotkanie z muzyką Duboca. Bardzo poważny zaciąg amerykański (Hamid Drake, William Parker, Harrison Bankhead) sprawia, że to najbardziej znane z nagrań naszego dzisiejszego bohatera. Znane, nie znaczy dobre. Dla mnie to wyjątkowo nierówna płyta. W wielu fragmentach gra podwójnej sekcji rytmicznej prowadzi donikąd. Są ekscytujące fajerwerki, pokazy sztucznych ogni, popisy indywidualne, tylko dobrej muzyki jak na lekarstwo. Z tego za długiego wydawnictwa, moją uwagę przykuwa jedynie blisko 30-minutowy free jazzowy pokaz emocji, gdy kwartet dwóch basistów i dwóch perkusistów wspiera świetnym flowem, francuski saksofonista Lionel Garcin (nazwisko do zapamiętania).



Ogromne podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań !


piątek, 9 czerwca 2017

Sharif Sehnaoui & Adam Gołębiewski! – How to … Meet The Dragon and Win! The story not for children.


Z garścią plastikowych pięciozębów na ziejącego ogniem smoka! Jak kij wbijany w szprychy roweru, którego ktoś nieprzyjazny pozbawił kół. Jak rozszarpywanie ran, jak kaleczenie wątpliwości. Strój instrumentów nerwowy, kąśliwy. Akustyczne subtelności przejmują wartości ujemne. Grymasy twarzy, przeciwnie – wartości dodatnie. To walka na śmierć i życie. Gitara akustyczna prądkuje, plami podłogę i delikatnie jęczy. Werbel (tom?) jakby odczłowieczony. Prawdziwie akustyczna ściana dźwięku. Wprawieni w bojach noise’owcy mogliby tylko pozazdrościć takiego efektu fonicznego. Trochę procesów z zakresu prostej fizyki – tarcia, tłoczenia, dęte dźwięki kłute i szarpane. Cóż podpowiedzieć może wyobraźnia tym, którzy nie widzieli tych muzyków na żywo, kilka, kilkanaście dni temu? Recenzent chwilami im zazdrości, bo akurat jemu dobra pamięć podsuwa kilometry celnych wspomnień. Post-elektronika bez centymetra kabla. Dźwięk jest pierwotny, fizycznie dotkliwy. Muzyka konkretna, która nie ma jeszcze swojego rozdziału w historii walki człowieka z materią foniczną. 




Semantyka instrumentów zaciera się. Gitara Sharifa sprawia wrażenie instrumentu strunowego, ale często to pozór. Perkusjonalia Adama w mgnieniu oka potrafią przepoczwarzyć się w instrument dęty lub bliżej nieokreślony, postindustrialny wehikuł. Przedmioty, które wydają dźwięki. Struny maltretowane ciekłym ołowiem, okazują się zaskakująco skuteczne w kreowaniu czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-rytmu. Odpowiedź z prawej flanki też nieśmiało sugeruje ten trop eksploracji. Nawałnica z piorunami, ognista kula pełna żywej krwi! Reakcje łańcuchowe, dużo niskich częstotliwości. Niczym armia upalonych doboszy w galopie. Nieuchronne wyciszenie smakuje już tylko suchym potem. Sharif pulsuje niczym metronom. Adam milczy. Zdezelowana pozytywka. Muzycy cofają się w głąb siebie, wchodzą do środka swoich instrumentów. Punktem odniesienia będzie drugie dno tej narracji. Dźwięki zdają się być bardziej intensywne, ale mniej muskularne. Ekspresja w służbie precyzji! Taniec, wibracja, wybredna akustyka brudu, potu i czegoś tam jeszcze. W połowie drogi z Bejrutu do Poznania leży mokra Amazonia, pełna krwawiących papug, zdeformowanych orangutanów i bioegzemplarzy halucynogennych. Dręczenie akustycznych przedmiotów eskaluje się dobitniej niż wyobraźnia recenzenta. Foniczny turpizm, który przybiera złoty kolor, stymuluje endorfiny po drugiej stronie sceny. Kolejna, jakże perkusyjna eksplozja! Z kajetu anglojęzycznej półkuli recenzenta: Guitar is more drum than drum! Wyjście z rytmu smakuje pieprzną sonorystyką. Jakby mały koncert dęty: trąbka vs. saksofon altowy. Hałas uwędzonych dysz. Muzycy nie grają już wyłącznie na instrumentach – ich krew, mózg, mięśnie, żyły także uczestniczą w niecnym procesie deflorowania przestrzeni akustycznej koncertu. Odrobina industrialu unplugged! Tuż po nim… Sharif gra akordami, a jego gitara brzmi jak dziewica w oczekiwaniu. What a surprise! Adam dla przeciwwagi zdziera podłogę z rzeczywistości, prawdziwy wielki suwnicowy. Dysonans akustyczny i poznawczy. Mózg pracuje! Próba zasugerowania ballady, odrobinę postnuklearnej, kończy się zainicjowaniem dwóch dronów, ulepionych z dramaturgicznych wątpliwości. Noise! Tarcie w natarciu, jakby reprint startu do tej muzycznej przygody. Repetycja w służbie narracyjnej precyzji! A może to już przednówek finału? Z kajetu recenzenta: każdy kolejny odsłuch tej płyty stawia mnie do pionu, jakbym słuchał jej po raz pierwszy, dostarczając wciąż nowych doznań. Wnętrze tej muzyki krwawi obficie i ma jakby własny, nieodgadniony byt w stanie permanentnej zmiany. Na uzasadnienie tych słów – nowa narracja, dynamiczny drumming gitary, soniczny stopwolej Adama. Konwulsja, konsternacja, skupienie muzyków, jakby zagubione w onirycznym, głośnym transie. Pustynny piach zgrzyta w przekładkach europejskiego cyklingu. Jeśli muzyka może płonąć, to tu zostały nam już tylko zgliszcza… Urok chwili ma smak doskonałości.




Sharif Sehnaoui/ Adam Golebiewski  Meet The Dragon (UZNAM1, 2017). Nagranie: MDK Dragon, 18 lutego 2015r. All music improvised by: Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna, Adam Gołębiewski – bęben, talerz, wybrane przedmioty. Projekt graficzny okładki: Mazen Kerbaj. 


wtorek, 6 czerwca 2017

Agusti Fernandez – Zespół Celebracyjny, czyli Rękopis Znaleziony w… Barcelonie!


Agusti Fernandez zdaje się być kolejnym wybitnym muzykiem improwizującym, który prawie już w Polsce zamieszkał.

Trzy lata temu w Warszawie, w trakcie kolejnej edycji Festiwalu Ad Libitum, hucznie obchodził swoje 60.urodziny. Niemal każdorazowo towarzyszy, w trakcie koncertów w naszym kraju, kolejnym składom i orkiestrom Barry’ego Guya, który bodaj jako pierwszy muzyczny nierezydent zamieszkał u nas w wymiarze artystycznym. Nie będę już tu listował innych obecności gościa z Barcelony, albowiem nie to jest celem naszej dzisiejszej opowieści

Agusti zatem niezwykle często wizytuje krajowe incydenty muzyki improwizowanej, zaś najnowsze zdarzenia fonograficzne popełnia już prawie wyłącznie za pośrednictwem polskich wydawców. Tylko w ostatnich pięciu latach w ramach krakowskiego Not Two Records ukazało się … pięć jego płyt, a pod szyldem Fundacji Słuchaj! doliczyłem się już trzech, przy czym ta pierwsza miała wymiar czteropłytowy i była dokumentacją wspomnianych wyżej urodzin (River Tiger Fire; dla przypomnienia, patrz: tu ). Dla pełnego obrazu należy dodać, iż w roku ubiegłym reedytowana została w Polsce debiutancka, solowa płyta pianisty (Ardent, Freeform Association).

Jeśli zatem światło dzienne ujrzała właśnie nowa płyta Fernandeza, będąca przy okazji kolejną dokumentacją obchodów rocznicowych muzyka z Barcelony, to bez pudła możemy wskazać, iż została wydana w kraju na Wisłą! I jakąkolwiek przeszkodą nie był tu fakt, iż nagranie zostało poczynione w Barcelonie.

Ad rem – z ogromną przyjemnością przystępuję do omówienia płyty Zespołu Celebracyjnego pod światłym kierownictwem Agusti Fernandeza. Bogactwo tej muzyki, jej wielowątkowa struktura, niemal ponadgatunkowa różnorodność, sprawiają, iż przywołuje mi ona w pamięci szkatułkowe opowieści …. Jana Potockiego, w jego wyjątkowym dziele Rękopis Znaleziony w Saragossie, który stał się inspiracją dla wybitnego filmu Jerzego W. Haasa. Zupełnie przy okazji, bez cienia wątpliwości rację przyznaję Maciejowi Lewensteinowi, który w liner notes określił muzykę zawartą na krążku Celebration mianem post-awangardy XXI wieku, która perfekcyjnie konsumuje w sobie zarówno muzykę barokową, czy dziewiętnastowieczny modernizm, jak i klasykę wieku dwudziestego, symfoniczną i kameralną, awangardę elektroakustyczną, wreszcie free jazz i muzykę swobodnie improwizowaną.






Czas i miejsce zdarzenia: 20 lipca 2015 roku, Sala Ovidi Montllor, Mercat de les Flors, Barcelona.

Ludzie i przedmioty: Agustí Fernández – fortepian (także preparowany), Núria Andorrà – perkusjonalia, Frances-Marie Uitti – wiolonczela (z drobnymi amplifikacjami, jak na ucho recenzenta), Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, Nate Wooley – trąbka, Pablo Ledesma – saksofon altowy, Ingar Zach – perkusjonalia, Joe Morris – gitara elektryczna. Muzycy wymieni w kolejności, w jakiej najprawdopodobniej ustawieni byli na scenie, patrząc od lewej strony. Na finałowe fragmenty koncertu do Oktetu dołączyła tancerka Sonia Sánchez.

Co gramy: cytując Fernandeza - Spontaneous Collective Improvisation - delikatnie sterowaną przez lidera (nie znamy szczegółów technicznych procesu). Zgodnie z komentarzem zamieszczonym na okładce płyty, muzyka ze względów formalnych została przypisana pianiście w aspekcie autorskim.

Efekt finalny: koncert, będący nieprzerwanym ciągiem dźwięków, trwa prawie 74 minuty. Podzielony został na dziesięć części (parts) jedynie dla wygody słuchaczy, jakkolwiek początek każdego kolejnego fragmentu oznacza tu zmianę sposobu narracji i kierunku improwizacji, zatem sam podział zdaje się być dramaturgicznie uzasadniony. Na finał otrzymujemy także kilkuminutowy bis (encore). Od kilku tygodni dostępny jest zapis fonograficzny tego koncertu, wydany na CD jako Agusti Fernandez Celebration Ensemble (Fundacja Słuchaj!, 2017). Dodajmy, że podzielony na dziesięć części koncert zwie się … Celebration.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Start! Głębokie inside piano dla rozszerzenia naszych naczyń krwionośnych, dla pobudzenia skupienia i wyobraźni. Pojedyncze, akustyczne interakcje, westchnienia, przedechy, mikrotonalne palcówki po gryfach, wilgotnych strunach i niedotartych dyszach. Post-awangarda w rozkwicie, niczym pawi pióropusz. Ośmioro muzyków, trzy dęciaki, piano i rozbudowana sekcja – struktura nastawiona w tym akurat momencie na polerowanie powierzchni płaskich i smukłe przytulanki w ramach spokojnej, leniwej wręcz narracji. Wyczekiwanie na to, co spreparuje jubilat Agusti. Szczypta elektroakustyki opada na muzyków, choć grają bez prądu. Tłumione dudnienie stopy przywołuje złe duchy z przeszłości. W oczach muzyków nie widać jednak strachu. Gustafsson brnie w typowe dla siebie przedechy, Wooley preparuje mikroincydenty tuż obok niego, strunowce oliwią się, szukając pretekstu do skromnej choćby eskalacji. Narracja systematycznie zagęszcza się, rośnie ilość dźwięków na metr sześcienny przestrzeni sali koncertowej. Agusti, prawdziwy mistrz ceremonii, działa jakby dwutorowo. Raz jest stymulatorem, innym razem destymulatorem procesu dynamizacji improwizacji. W ramach wciąż jeszcze wstępnej gry, natrafiamy na soczysty dialog fortepianu i gitary, z dwóch przeciwległych krańców sceny (pod koniec naprawdę na ostro!). W ten skromny tygiel emocji wciska się baryton i inny nieokreślony dźwięk dęty. Czas na drobne wyciszenie (zmiana cyfry na odtwarzaczu). Kolektywne, ale i separatywne robótki ręczne – zdaje się, że wiolonczelistka delikatnie amplifikuje swój dźwięk. Cały Ensemble drży złowieszczo, niczym zakrzywiona estetycznie filharmonia. Nuria i Ingar – perkusjonalni kuglarze - skromnie znaczą teren, prawie w ogóle nie używają bębnów. Trębacz uroczo kwili na przednówku, z wiolonczelą i dzwoneczkami w tle. Znów cisza, zaniechanie, wyczekiwanie, mikrotonalność – takie fragmenty zdają się być najpiękniejsze w trakcie koncertu. Przypominają piękną kobietę, intrygująco odzianą i kryjącą w sobie setki tajemnic, których wcale nie chcemy teraz odkrywać. Atakuje nas nerwowy tembr od samego dołu (piano i wiolonczela), spanizująca gitara i marsz dęciaków w szyku unisono, mocno ku górze. Eskapicznie narastająca, niebanalna eskalacja toczy się cudnie, a ilość dźwiękowych fajerwerków budzi respekt recenzenta. Mats ciekawie podczepia się pod sufitem i krzyczy mając prawie zamknięte usta! Tygiel post-gatunkowy w stanie krytycznego wrzenia!




Kolejne wyciszenie jest jeszcze bardziej dobitne niż poprzednie. Wooley puentuje je czułym, ale nieco północnym tonem. Na moment mamy drobny podkoncert z wyłącznym udziałem trójki dęciaków. Pięknie krzyczą na siebie! Tryumfalnie powraca Fernandez i dynamiczną palcówką po klawiaturze diametralnie zmienia obraz rzeczywistości. Dobosze idą po swoje i startują do tygrysiego lotu! Baa, cały ansambl ma tak niecne zamiary! Ledesma jedzie na ostro, a może to Gustafsson, a może… obaj – what ever you want! Wiolonczelistka jest rozgrzana, jak wysoko energetyczny piekarnik! Piękne dialogi w formule call & response! Fortepian flirtuje z perkusjonaliami, a wiolonczela płynie w niskim rejestrze (wonderful!). Morris zwinnie zaplątuje się w struny gitary, a wszystko wokół wiruje i tryska płynami ustrojowymi - prawdziwie zbiorowy orgazm! Mnóstwo wydarzeń dzieje się na obu flankach, któremu towarzyszy wiele chwil ciszy na samym środku sceny. Wtem wraca Wooley i zabiera Fernandeza wraz z Morrisem na trzyosobową eskalację na niebotycznym poziomie (przypomina się doskonała płyta w takim zestawie personalnym). Cisza po tej rejteradzie smakuje, jak niezasłużona kara! Ale brak czasu na chwilę refleksji…, albowiem startuje kolejna ognista marszruta.

Jubilat Fernandez pozostaje w stanie orgazmu permanentnego, mocno wspierają go w tej trudnej chwili Nuria i Ingar, brnący w ciekawą sonorystykę Frances i Pablo, a także kipiący z emocji Joe. Dzieję się tu tak wiele, że kajet recenzenta aż pęka w szwach z nadmiaru notatek. Stemple Matsa w samych środku tego pożaru nie do końca trzymają poziom (uwaga złośliwego komentatora). Pianista nie przestaje grać choćby na moment! Znów wyłania się tłuste trio – fortepian, baryton i gitara. Pieprznie i na mokro! Pablo podłącza się bez pytania, także Nuria i Ingar (eskalacja!). Zupełnie niespodziewanie na moment prawie wszyscy milkną, dając trzy nanosekundowe chwile na indywidualny popis gitarzyście, który wpada w degresywną… progresję. Nowa narracja jest bardzo płynna, znów odrobinę elektroakustyczna. To chyba sprawka wiolonczelistki – dręczy gryf swojego instrumentu smykiem, naładowanym plusami i minusami. Baryton prycha, Nuria prowadzi z nim bardzo konkretną grę wstępną. Cisza na ułamek sekundy, gwałcona spokojnymi akordami piana. Z kajetu recenzenta: narracja, dramaturgia, zamysł całości delikatnie przeładowane treścią.




Ów moment wyciszenia, refleksji trafia się nam w wyjątkowo udanym momencie. Muzycy łapią oddech na finał. Słuchający dostają nową perspektywę percepcji całości koncertu. Wyładowania atmosferyczne! Ewidentnie brak winnego! Wrzący tygiel! Tuż potem piękny pasus pianisty - nostalgia, intelektualny chłód. Dzwonki na prawej flance. Wszystko ma się ku definitywnej dynamizacji. Trupie unisono dęciaków. Potężne brzmienie ośmiu ciał muzycznych i nóg jednej tancerki, która niepostrzeżenie wkleja się w bieg wydarzeń. Święto Wiosny epoki post-post-modernizmu. Ensemble krwawi obficie, nawet pot ma kolor czerwony. Ekscytujący moment! Magia chaosu, który akurat w tej sytuacji daje się chytrze okiełznać. Wybrzmienie… Agusti, Frances, Joe… Cisza... Koniec… Oczekiwanie na burzę oklasków trwa więcej niż kilkanaście sekund!  Standing ovation, cyklon z piorunami. Widownia też daje z siebie wszystko! Czas na drobny encore… który w mgnieniu oka przeradza się w drapieżny, soczysty i krwawy lot ku zatraceniu. Recenzent nie napisze już, czym tryska po ścianach, bo nie wypada. Prawdziwy pożar! Bataliony proszą o ogień! Zapach spalonej sierści! Niczym Globe Unity Orchestra w młodych, pionierskich latach! Uff! Siedemdziesiąta czwarta minuta wybiła na zegarze.