piątek, 3 grudnia 2021

Ritual Habitual! Glow! Alex Ward! cr-ow tr-io! Giżycki & Müller! William’s Things! The overgenre december’ round-up!


Czas ucieka w postępie geometrycznym! Całkiem niedawno witaliśmy ciepłą jesień (był jakże piękny Festiwal!), a już za moment trzeba będzie wziąć się na poważnie za podsumowanie kolejnego szalonego roku na scenie muzyki improwizowanej! Rok temu doceniliśmy na tych łamach całe 66 tytułów. Ilu trzeba będzie pozycji, by podsumować kolejne dwanaście miesięcy gigantycznej nadprodukcji cudownych dźwięków granych wprost z otwartej głowy, na ogół bez użycia pożółkłych pięciolinii? 77? 100? 666?

Dość tych dywagacji! Bez zbędnej zwłoki wrzucamy na ruszt sześć absolutnych nowości z muzyką improwizowaną! Mała zbiorówka bez specjalnej myśli przewodniej, ot, po prostu zestaw dobrych lub bardzo dobrych albumów, które warto bezwzględnie poznać. Najpierw dużo smakowitego free jazzu z istotnym posmakiem iberyjskim (!), potem dwa strzały ze Zjednoczonego Królestwa - pewna solowa multiprodukcja jednego z naszych ulubionych gitarzystów (lockdown ma swoje prawa!) oraz tajemnicze, ekstremalnie swobodne trio, w dalszej zaś kolejności całkiem nowy duet na dwa rozhuśtane dęciaki - polski i niemiecki, a na finał garść ładnych piosenek w edycji krajowej, z klarnetem kontrabasowym w roli głównej!

 


Ritual Habitual  Pagan Chant (Clean Feed Records, CD 2021)

Zwyczajowe Rytuały, to nowy pomysł portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy na konstruktywne mierzenie się z dziedzictwem free jazzu. Do tria dobrał sobie perkusistę Philippa Ernstinga (z którym grywa bardzo ekstremalne formy free w formacji Albatre) oraz saksofonistę tenorowego i klarnecistę basowego Riccardo Marognę, który – to istotne – używa też w procesie improwizacji syntezatorów. Na potrzeby krążka, zmyślnie zatytułowanego Pogański Chór, muzycy przygotowali sześć improwizacji, które trwają łącznie prawie 49 minut. Nagranie studyjne powstało w Rotterdamie (Sante Boutique Studio) w bliżej nieokreślonym czasie.

Almeida proponuje nam pozornie typowe, free jazzowe trio. Ale jego (ich) podejście do gatunku zdaje się być ciekawie uwspółcześnione. Bezwzględnie szukają ognistego ptaka, rytualnych powtórzeń i swobodnych emocji. Ale osią kreatywnego fermentu czynią tu być może akcesoria elektroniczne, które skutecznie łamią rygory fire music. Pozostające w tle, funkcjonujące w sposób dalece nieinwazyjny syntezatory rozsiewają tu na prawo i lewo obłoki ambientu, podkreślają precyzyjnie niektórych schematy dramaturgiczne, a czasami wgryzają się w zębatki żywych instrumentów i zdają się dekonstruować ich tradycyjne brzmienie.

Najczęściej narrację prowadzi tu kontrabasista. Szuka rytmicznego punktu oparcia i stwarza przestrzeń dla repetytywnych rytuałów perkusisty. Ten ostatni lubi trans, medytacyjne pętle i nie szuka specjalnych udziwnień. Stawia na prostotę, ale i silę swego drummerskiego przekazu. Saksofonista i klarnecista basowy najczęściej przyjmuje na siebie rolę kreatora melodyjnego komponentu narracji, jakkolwiek uczynienie kilku kroków w kierunku ognistej improwizacji nie stanowi dla niego najmniejszego problemu. Opowieść tria płynie szeroką doliną free jazzowych skojarzeń, którym Coltrane zdaje się dodawać rytualnego rytmu, Ayler zaś hymnicznej śpiewności. Pierwsza, trwająca niemal kwadrans improwizacja świetnie wypełnia zamierzenia artystów, co do ich meta gatunkowego przekazu. W drugiej części pojawia się smyczek, ale i tu flow po kilku pętlach łapie trans i gna przed siebie ze śpiewem na ustach. Kolejna część, to niemal solowe interludium basu, który na tle silnego pogłosu buduje post-barokową improwizację. Ciekawie jest na początku czwartej części, która rusza free jazzowym klasykiem sax & drums i dopiero pojawienie się rozśpiewanego basu rzuca nowe spojrzenie na zamierzenia muzyków. Echo buduje tu emocje, a mistrzowska maszyna drum’n’bass wiezie nas kolejnym wysokim wzgórzem. Dwie ostatnie improwizacje kultywują rytuał free jazzowego powtórzenia. Muzycy fantastycznie panują nad dynamiką, rysują plejady dźwięków, których świetnie się słucha, ale też mantrycznie chłonie całym ciałem. Być może sam finał płyty wydaje się być najsilniej osadzony w gatunku, ale nam to w ogóle nie przeszkadza. W uszach wciąż szeleści nam przecież mgła elektroniki, która przez całe nagranie stawiała ponadgatunkowe znaki zapytania i sprawiła, iż historia fire music na powrót zdaje się nie mieć końca.

 


François Carrier, Pablo Schvarzman, Diego Caicedo and Michel Lambert  Glow (FMR Records, CD 2021)

Soda Acústic w pięknej Barcelonie, początek czerwca 2019 roku i ad hoc sklecony kwartet kanadyjsko-latynoski: François Carrier – saksofon altowy, Pablo Schvarzman i Diego Caicedo – gitary elektryczne oraz Michel Lambert – perkusja. Dokumentacja koncertu składa się z pięciu części, które trwają niespełna 50 minut.  

Kanadyjczycy z Quebecu niemal rok rocznie podróżują po Europie i w wielu ciekawych miejscach grywają koncerty z lokalnymi muzyki. Ponad dwa lata temu trafili w Katalonii na szalony duet gitar elektrycznych. Free jazzowe schematy, nieco przewidywalne kreacje alcisty i perkusisty, które znamy z wielu płyt, zostały tu wrzucone do tygla pełnego post-rocka, free rocka i jakże zmysłowej, niemal metafizycznej psychodelii. Powstały w efekcie tego wywar zadowolić winien fanów wszystkich wyżej wymienionych gatunków i estetyk. Nic wszakże nie ujmując bardzo dobrze usposobionym tego dnia Kanadyjczykom, to dwie gitary w rękach Argentyńczyka i Kolumbijczyka stanowią tu o wyjątkowości całego nagrania. Poniżej kilka dowodów rzeczowych w sprawie!

Od początku koncertu zalotnie zaintonowanego przez alt i small drumming, narracja skrzy się w dużej mierze dzięki bardzo różnorodnie pracującym gitarom – jedna frazuje post-jazzem, potrafi załadować armatę hard-rockowymi pociskami, druga wyczulona na niuanse, szuka inspiracji na obrzeżach improwizacji, raz za razem zmysłowo uciekając w psychodelię i chwilami niemal syntetyczne brzmienia. Wystarczy tu ledwie kilka minut, by wyczuleni na detale dramaturgiczne Kanadyjczycy wypuścili obie gitary na pierwszą, duetową ekspozycję. Tempo samej improwizacji bywa tu zmiennie (stylowy up and down!). Alcista zdaje się trzymać wiele pod kontrolą, a jak to ma w zwyczaju, lubi milknąć from time to time, czym w tej akurat konfiguracji udanie stymuluje obu gitarzystów. Druga opowieść znów zaczyna się na warunkach altu i perkusji. Gitary zaczynają z pozycji mikro dźwięków, by po kilku pętlach przejąć inicjatywę i prowadzić narrację w coraz ciekawsze rejony. W trzeciej części podoba nam się nieco wywrotowa dynamika. Akcja posuwa się zgrabnie do przodu, ale muzycy zdają się kołysać na wietrze i dodatkowo wzajemnie stymulować do bardziej karkołomnych pomysłów. Najciekawiej dzieje się chyba w czwartej improwizacji, którą rozpoczyna dla odmiany gitara Caicedo. Schvarzman snuje chmury post-electro, Carrier śpiewa pod nosem, a Lambert dba o dobre parametry rytmiczne. Kłębowisko pomysłów, znów bystry duet gitar i całkiem ognisty finał. Ostatni epizod koncertu nie trwa nawet pięciu minut. Prawa gitara frazuje tu niczym basówka, a cała narracja wisi w powietrzu i szuka kwaśnej metody na dobre zakończenie - dubowe echa, swoboda myśli i niespieszność dźwięków.

 


Alex Ward  Gated (Discus Music, CD 2021)

Covidowy lockdown zmienił nasze życie na wielu płaszczyznach. Zredefiniował wiele pojęć, także z zakresu muzyki. Choćby określenie płyta solowa… Zapraszamy na odczyt i odsłuch … solowej płyty Alexa Warda, nad którą muzyk w domowych pieleszach pracował całe osiem miesięcy (od lipca ubiegłego roku do marca bieżącego). Zagrał na niej na tysiącu instrumentów, których dźwięki skomponował/ skleił/ przykroił do rozmiaru dziesięciu utworów, które trwają blisko pięć kwadransów. Oto duża orkiestra spod ręki jednego muzyka!

Efekt wielomiesięcznej pracy Warda winien budzić nasz szacunek, ale także artystyczny podziw! Muzyk gra tu na gitarze elektrycznej, gitarze basowej, kontrabasie, fortepianie, electric piano, perkusji, klarnecie, a także na innych instrumentach dętych, ale na ogół w wielowątkowych akcjach granych unisono, zatem trudno je wszystkie rozpoznać. Całość skrzy się niemal epickim rozmachem, balansuje na krawędzi wielu gatunków, goni emocjami od skrajnego, post-metalowego mięcha, przez jazzowe i fussion-jazzowe improwizacje, aż po kameralne, niemal trzecionurtowe ekspozycje. Wszystko jest tu precyzyjnie zaplanowane (obleczone w ramy pełnokrwistych kompozycji), ale oczywiście przestrzeni dla improwizacji – głównie na gitarze i klarnecie, of course – jest tu cały, niezmierzony ocean.

Utwory otwarcia stawiają na rockowe emocje. Ten pierwszy zdobią dęte kontrapunkty, ten drugi ocieka ekspresją godną dobrego hc-punk sprzed kilku dekad. Trzecia część stawia odważny krok w kierunku post-jazzu przefiltrowanego post-klasyką. Bogata, orkiestrowa narracja tętni tu trzecionurtowym życiem. Czwarty odcinek powraca do emocji z początku płyty – hard-rockowy riff i połamana rytmika. Kolejna część, najdłuższa, ponad 18-minutowa, wydaje się stanowić opus magnum tego albumu. Budują ją gitary, skomplikowana struktura wewnętrzna, posmak rock in opposition, a nawet post-metalowe galopy. Część szósta stawia intrygujący znak zapytania - pachnie mrocznym ambientem, który zmącony zostaje brzmieniem piana i perkusji, czyniąc ów utwór być może pierwszym w dziejach nagraniem … czwartonurtowym. Narracja siódemki zaczyna się bardzo kameralnie (piano, klarnet, kontrabas), ale zostaje w połowie złamana kwaśnym brzmieniem electric piano, wiodąc ekspozycję w otchłań fussion jazz dance! Kolejne dwie części brną w nastroje hard & fussion rock, nasycone dużą porcją psychodelii. No i sam finał, znów wielominutowa, epicka opowieść o losach gitary w historii kreatywnej improwizacji. Gitarowe solówki, dramaturgiczne spiętrzenia, niekończące się zmiany w zakresie dynamiki dalece wielowątkowej narracji. Na ostatniej prostej wymowa całości zostaje podkreślona efektownymi pasmami syntetycznych brzmień.

 


cr-ow-tr-io  Hold Music (Luminous Records, CD 2021)

Cofamy się na osi czasu i lądujemy w Londynie, w samym środku lata 2019 roku. Trio o tajemniczej nazwie (ułożonej wszakże z inicjałów muzyków) tworzą tu nasi dobrzy znajomi: Cath Roberts – saksofon barytonowy oraz Otto Willberg – kontrabas i postać debiutująca na tych łamach: Tullis Rennie – puzon. Każdy z muzyków ma też do dyspozycji dodatkowe akcesoria dźwiękowe: piszczałki, dzwonki i wiele innych obiektów. Całość niedługiej płyty (mniej niż 40 minut) składa się aż z siedemnastu improwizacji.

Albumowe credits zawiera ciekawe sformułowanie – nagrane dźwięki zostały pokrojone na kawałki. Recenzent nie ukrywa, iż ma z nagraniem krowiego tria pewien problem. Jak domniemujemy, muzycy nagrali dużą porcję dźwięków, po czym pocięli je na chwilami bardzo krótkie, kilkudziesięciosekundowe odcinki. Niektóre spokojne, zadumane, inne nerwowe, szyte gęstym ściegiem i pokrojone wyjątkowo ostrym skalpelem. Zdania urywane w pół słowa, dźwięki wydarte instrumentom i zadeptane ciszą. Artyści nie zlepili tych mikro dramatów w całość, każdy z nich oddzielony został zwyczajową ciszą. Efekt takiej edycji swobodnej improwizacji daje niestety efekt dramaturgicznego chaosu. Trudno nam dotrzeć do intelektualnego jądra tego jakże konceptualnego pomysłu, zwłaszcza, że w tym tyglu małej formy uchowało się kilka dłuższych (nawet 5-minutowych!) improwizacji, które pokazują naprawdę duży potencjał tria dwóch dęciaków, kontrabasu i całej masy przeszkadzajek.

Naszą albumową egzegezę ograniczamy zatem do wskazania tych improwizacji, które z racji swej długości uznać możemy za pewną zamkniętą całość. W trzecim odcinku intrygująco frazuje bardzo brudnym brzmieniem puzon, a kontrabas snuje tajemniczy rytm rysowany trybem pizzicato. Utwory dziesiąty i jedenasty, to najdłuższe epizody na albumie. Oba mają wyraźnie zarysowaną narrację, zmyślną dramaturgię i ciekawie uwypuklają brzmienia zastosowanego instrumentarium. Dęciaki śpiewają, jurny kontrabas kreśli im szlak podróży, pojawia się też smyk i oddech niemal kameralnej zadumy. Zaraz potem czeka na nas duża porcja naszych ulubionych preparacji, upstrzona garścią post-perkusjonalnych dźwięków. Całość przypomina zdekonstruowaną wersję My Life In The Bush Of Ghosts! Trzynasta improwizacja stawia na urywane, niemal field recordingowe dźwięki, zarówno instrumentalne, jak i płynące wprost z gardeł muzyków. Piętnasta historia lepi się w ciekawe drony, dyskutuje z ciszą i buduje niebanalny suspens. Na jej zakończenie mamy wrażenie, iż muzycy chodzą po scenie i zbierają instrumenty. Wreszcie finał, prawie cztery minuty – teatr komedii, slapstickowe grepsy, szeleszczące przedmioty, półdźwięki i oddechy czerstwej ciszy. Muzycy definitywnie schodzą ze sceny. A my nie wiemy, czy klaskać, czy może też już iść do domu.

 


Michał Giżycki & Matthias Müller  +Q (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Po brytyjskich bezeceństwach czas na chwilę freely improvised music w wykonaniu dwóch skromnych instrumentów dętych – klarnetu basowego (Giżycki) i puzonu (Müller). Muzycy poznali się w trakcie ubiegłorocznej edycji Spontanicznego Festiwalu. Swą muzyczną przyjaźń gruntowali na edycji tegorocznej i w tak zwanym międzyczasie (dokładnie 3 października 2021) zarejestrowali niewielkich rozmiarów sesję nagraniową, której efekty, to dwie improwizacje, trwające 29 minut.

Muzykę otwarcia tworzą tu dwa drony dźwięków, płynących wprost z głębokiej ciszy. Przemieszczają się mrocznym korytarzem, łapią się wilgotnych ścian, konsekwentnie brną jednak do przodu. Słyszymy pracę wentyli i dysz, ich oddechy i chwile trwogi. Paleta dźwięków systematycznie się powiększa, jakby instrumenty nadymały się kolejnymi porcjami powietrza, jakby przybywało kratek wentylacyjnych w tym długim tunelu. Oddechy cyrkulacyjne, bezgraniczne płuca i prosta mechanika instrumentów stworzonych z blachy i drewna. Te ostatnie też oddychają i łączą się z ciałami muzyków. Puzon podąża jednośladem, klarnet faluje jak na huśtawce. W obu tubach zaczyna powali gotować się woda. Nim upłynie 10 minuta muzycy zdają się pokonywać pierwsze wyraźne wzniesienie. Zaczynają śpiewać i wzdychać, pełni romantycznej autorefleksji. Kolejne dwie minuty decydują o tym, iż stają w obliczu ciszy niemal zupełnej. Rezonują, szumią, szeleszczą. Puzon tańczy na falach radiowych, klarnet kołysze się na wietrze. Nowy wątek tworzą z innego budulca - szukają ukrytych fraz pełnych metafizycznej melodyki, ale i subtelnych refleksji. Na finał łapią kolejną cyrkulację w rozgrzane już płuca.

Na starcie drugiej, nieco krótszej improwizacji, muzycy proponują mały konkurs – kto zagra delikatniejszy dźwięk. Ale w tej grze nie ma zwycięzców. Przedechy, pomruki, szumy. Gadają ze sobą jak borsuki na popołudniowej przechadzce, syczą jak węże w gorącym słońcu. Zdaje się, że celebrują każdy oddech – swój i instrumentu. Gdy zbyt blisko podchodzą do ciszy, zaczynają nagle podśpiewywać i śmiać się od ucha do ucha. Szukają detali, z drobiazgów budują cały swój świat. Mikro-parsknięcia i nano-salwy ekspresji. Krótsze i dłuższe narracje, zdania urywane w pół słowa i szelmowskie przeciągnięcia. Na zakończenie definitywnie śpiewają, wszak spędzili ze sobą urocze pół godziny.

 


William's Things: Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki  The Robots Are Coming (Multikulti Project, CD 2021)

Na zakończenie naszego dzisiejszego, wielogatunkowego przeglądu nowości jedenaście piosenek do śpiewania! Wiliam’s Things, to trio, które znamy już z dwóch poprzednich płyt, intrygująco łączące klarnet kontrabasowy, minimalistyczny fortepian oraz doskonały głos aktorski, po prawdzie także piosenkarski. Dla przypomnienia, to Michał Górczyński, który odpowiada tu także za kompozycje, Tomasz Wiracki oraz Sean Palmer. W nagraniach tej płyty wykorzystano testy literackie Kyle’a Dargana oraz M. Vincenta van Mechelena. Całość odsłuchu zajmuje 46 minut.

Wydaje się, że po raz kolejny kardynalną wartością tria William’s Things jest sposób zachowania się klarnetu kontrabasowego. Ów ogromny dęciak we władaniu Górczyńskiego staje się bowiem nade wszystko instrumentem melodycznym, dalece rytmicznym, efektownie rozśpiewanym, no i frywolnie tanecznym. Z kolei ważnym elementem dramaturgicznym tej akurat płyty są tytułowe roboty. W trakcie całego nagrania towarzyszy nam charakterystyczny chrobot, chwilami szelest, czyli dźwięki mechanicznej pracy robotów. Efekt ten bierze w nawias całą piosenkową warstwę albumu i zdaje się kierować nasze zainteresowania ku tekstom śpiewanym lub recytowanym przez Palmera. Warto je śledzić, zwłaszcza, iż perfekcyjna dykcja muzyka pomaga w zrozumieniu angielskiej poezji.

The Robots Are Coming, to melanż masy, delikatności, rytmicznej konsekwencji i dramaturgicznej determinacji muzyków. Rodzaj kołysanki dla niezbyt grzecznych dzieci, która bardziej podoba się rodzicom niż latoroślom. Opowieść balansuje tu między oniryczną delikatnością, a marszowymi, zadziornymi frazami, pełnymi emocji. Dyktat rytmu zdaje się świetnie konweniować z robotyczną tematyką całego przedsięwzięcia. Najciekawsze fragmenty płyty, to być może środkowe kompozycje. Czwarta stawia na delikatne eksperymenty brzmieniowe. Piąta łączy mroczny klimat z głosem, który rzęzi niczym Tom Waits. Filigranowe piano i mruczący klarnet budują tu intrygujący dysonans. Szósta piosenka do mrocznej aury dodaje pewną narracyjną nerwowość, z kolei siódemka sprawia wrażenie wystudzonej ballady, w trakcie której niepodziewanie klarnet i wokalista zaczynają na siebie krzyczeć! Kolejne utwory nie stronią od tanecznych fraz, ale także uciekają w bardziej refleksyjne rejony. Niebanalny jest sam finał nagrania. Głos Palmera jest tu elektronicznie zniekształcony (wokoder?), a całość smakuje prawdziwe robotycznym, syntetycznym brzmieniem.

 

 

wtorek, 30 listopada 2021

Detail-90: Frode Gjerstad, Kent Carter & John Stevens!


Z monografii formacji Detail *):

Październik 1990: Stavanger po raz kolejny gości Detail. Powstaje stosunkowo obszerny materiał. Blisko 20-minutowy fragment większej całości X-mas Cards II & III (tytuł nawiązuje do pierwszego spotkania Detail z 1982r.!) ostatecznie domyka krążek Less More. Aż dziewięć innych, krótszych fragmentów (być może także z innych sesji), nie dostępuje zaszczytu publikacji i zapewne do dziś zalega w domowym archiwum Frode’ego. Przy okazji tej bytności w Norwegii, dzień wcześniej, John i Kent nagrywają dla radia w kwartecie z lokalnymi muzykami (tp + as).

Oto przed nami najnowsza płyta formacji Detail, zgodnie z opisem zawartym na okładce, zawierająca nagrania powstałe w … listopadzie 1990 roku. Mamy zatem mały ambaras, albowiem wedle doskonałej dyskografii Johna Stevensa, sporządzonej przez Paula Wilsona (Territories Of The Mind **), angielski perkusista przybywał w Norwegii tamtego roku nie w listopadzie, ale miesiąc wcześniej. Z dzisiejszej perspektywy nie ma to oczywiście jakiegokolwiek znaczenia, ale nie sposób nie zauważyć, iż albo dyskografia Wilsona jest nieprecyzyjna, albo opis nowej płyty NoBusiness Records zawiera błędne dane. W każdym razie oba źródła mówią o 21-ym dniu miesiąca, zatem istnieje domniemanie graniczące z pewnością, iż nagrania zawarte na najnowszej płycie Detail-90 postały właśnie w trakcie bytności Johna w Norwegii, o której wspomina cytowany na wstępie fragment monografii Detail.

Jedno wszakże nie ulega wątpliwości - przed nami ląduje kolejne niepublikowane nagranie tria Detail, które niebywale rajcuje serca psychofanów Johna Stevensa! Winno ono ucieszyć także wszystkich innych, którzy kochają świetną muzykę improwizowaną. Dodajmy za słowami Gjerstada, iż Detail grali muzykę zbyt swobodną dla fanów jazzu, zbyt zaś jazzową dla fanów swobodnej improwizacji. Na łamach Trybuny ów rozkrok stylistyczny nigdy nie stanowił jednak przeszkody, by muzyką Detail szczerze się zachwycić. Nie inaczej będzie w trakcie odsłuchu najnowszego wydawnictwa.

 


Początek pierwszej strony winyla, trwającej niewiele ponad kwadrans, zadowolić winien nade wszystko fanów jazzu! Perkusyjne intro grane na pełnym zestawie, jazzowy, wręcz post-swingowy walking kontrabasu i rozśpiewany saksofon altowy. Pazur free jazzu i niezmierzone pokłady kreatywności czają się za rogiem, ale jak to bywa w przypadku Detail – na wszystko przyjdzie czas i pora! Tę część narracji ciągnie ku górze dęciak, a przyczajona sekcja rytmu pracuje jak mistrzowska maszyna. Muzycy z gracją nabierają tempa, bez zbędnej zwłoki kierują się ku oceanowi wolnego jazzu, a emocje trzymane dotychczas na uwięzi, eksplodują teraz niczym sztuczne ognie w lunaparku. Nogę z gazu zdejmują dopiero po 10 minutach, ale ich ekspresja wcale nie przygasa. Artyści kłębią się w sobie jak jeże, nadstawiają igiełki, ale nerw kreacji ich nie opuszcza. Pulsują, drgają, szeleszczą! Po raz pierwszy pojawia się w grze kontrabasowy smyczek, który realizuje krótką ekspozycję solową (przy wsparciu perkusji). Dopiero po powrocie saksofonu tempo improwizacji ostatecznie spoczywa na laurach. Kontrabasista co prawda szarpie za struny, jakby chciał wzbudzić nową dynamikę, jednak po chwili na powrót sięga po smyczek i zaczyna opowiadać piękną historię. W jej w trakcie, co ciekawe, bliżej mu do emocji rocka niż barokowej stylizacji. Opowieść gaśnie przy wtórze rezonujących dźwięków, wdechach i wydechach, spokojnie odmierzających sekundy oczekiwania na koniec improwizacji.

Druga strona czarnego krążka trwa pełne 20 minut, ale i tak na wejściu mamy wrażenie, iż pojawiamy się w trakcie trwającej już jakiś czas improwizacji. Spokojny, open jazzowy flow, rytm wybijany na wytłumionych tomach i werblu, niezobowiązujące frazy altu, wreszcie kontrabas, początkowy jakby nieobecny, szukający najlepszego momentu, by masywnym smykiem wedrzeć się do samego jądra narracji. Improwizacja zdaje się stać w miejscu, niby szuka dynamiki, ale jednocześnie leni się niczym plażowicz w porannym słońcu. Determinacji do zmiany sytuacji nie brakuje chyba tylko altowi, który stara się podrywać improwizację do lotu. Incydentalny rytm pojawia się także na gryfie kontrabasu. Hamulcowym okazuje się jednak drummer. Na kilka chwil opowieść przygasa i staje się solową ekspozycją kontrabasu. Saksofon rezonuje w tle, perkusja milczy - Stevens chwyta chyba za kornet, kreując być może najbardziej kameralny fragment całej płyty. Muzycy stoją w miejscu i uroczo lamentują. Dopiero definitywny powrót perkusji daje nowe życie improwizacji. Pojawia się ostry smyczek i kilka pomysłów, co zrobić z tak dobrze rozpoczętym dniem. New thing powstaje tu z zagadek i bardzo luźnych skojarzeń. Tempo rodzi się niemal jednocześnie na wszystkich instrumentach, ale wciąż brakuje wystrzału armatniego. Dźwięki lepią się do siebie, gęstnieją, pełne nerwowych spazmów, ale i wyzwolonych przedechów! Dość tych dywagacji, Panowie, zdaje się krzyczeć Stevens i wrzuca bieg open jazzowej narracji. Improwizacja zdaje się teraz smakować owym post-swingiem, który tak zaskoczył nas na początku pierwszej strony. Muzycy wchodzą w tryb galopu, ale pozostają cudownie rozkojarzeni, jakże frywolni, wręcz rubaszni. Brną w ten free jazz, bo go kochają, bo czują się w nim najlepiej. Dancing & singing in the sun! Perkusyjna synkopa dba o gatunkowy porządek, alt milknie, a basowe pizzicato ma jeszcze krótkie, solowe co nieco do powiedzenia. Improwizacja gaśnie na sposób kardynalny bez słowa komentarza ze strony alcisty. 

 

Frode Gjerstad, Kent Carter & John Stevens Detail-90 (NoBusiness Records, LP 2021). Frode Gjerstad – saksofon altowy, Kent Carter – kontrabas oraz John Stevens – perkusja. Nagrane 21 listopada (października?) 1990, NRK-studios, Stavanger, Norwegia. Dwie improwizacja, łącznie około 37 minut.

 

*) Całość tekstu w dwóch wersjach językowych, opatrzona komentarzem Gjerstada, dostępna jest pod tym dokładnie adresem:

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/01/frode-gjerstad-and-more-details-about.html

**) http://www.efi.group.shef.ac.uk/mstevens.html#discog

 


sobota, 27 listopada 2021

Listopadowe nowości płytowe Multikulti i Trybuny Muzyki Spontanicznej


Informacja prasowa

 

Pierwsza płyta w pewnej serii wydawniczej, dedykowanej muzyce improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego, ukazała się w Polsce prawie 5 lat temu. Dziś ta zuchwała inicjatywa Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej - zwana od swego zarania Spontaneous Music Tribune Series - doczekała się jubileuszowego 25-ego srebrnego krążka. Jej wydaniu towarzyszy premiera kolejnej płyty w serii, wszak życie edytorskie musi toczyć się dalej!

Obie płyty mają swoją światową premierę w piątek 26 listopada, a zawierają nagrania muzyków, którzy idealnie reasumują dotychczasowe zainteresowania obu wydawców, a także - bez trudu -stanowić mogą efektowny, jubileuszowy fajerwerk!

 


W roli owego jubileuszowego numeru katalogowego 025 niezwykłe nagranie barcelońskiego, jakże ponadpokoleniowego duetu - Agustí Fernández na fortepianie i Sarah Claman na skrzypcach, zawarte na płycie zatytułowanej Dandelion. Przytoczmy słowa liner notes, które perfekcyjnie kreślą zamysł dramaturgiczny wydawcy.  

(…) Dziś do Twych rąk trafia jubileuszowa, 25-a płyta w serii (…). Myśląc o artystach, jacy mogliby uświetnić swoją wspaniałą muzyką, ów skromny, edytorski jubileusz, nie trudno było wskazać jedno nazwisko, artystę, który dla muzyki powstałej na południe od Pirenejów uczynił najwięcej, którego dorobek artystyczny zdaje się być fundamentem jakości tej muzyki – to urodzony na Majorce, kataloński pianista Agustí Fernández. Muzyk legenda, muzyk, od nazwiska którego rozpoczyna się każda dyskusji o muzyce tamtego rejonu. Muzyk, którego nazwisko w odniesieniu do fortepianu, zwłaszcza swobodnie preparowanej kreacji na tym instrumencie, wymienia się definitywnie na pierwszym miejscu na liście najważniejszych dla rozwoju gatunku.

(…) Wybór muzyka, który wraz z Fernándezem uczci nasz wydawniczy jubileusz nie był specjalnie trudny. Wszak nowozelandzka skrzypaczka Sarah Claman (dodajmy, stała rezydentka Barcelony) jest jedną z najważniejszych postaci swobodnej improwizacji młodego pokolenia nie tylko w wymiarze europejskim (…)

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/dandelion

 



Tuż po edycji jubileuszowej, czas na nagranie otwierające drugie dwadzieścia pięć płyt w katalogu Spontaneous Music Tribune Series, znów stanowiące rodzaj pewnego podsumowania dotychczasowego dorobku iberyjskiego katalogu. Pod sprytną nazwą Dog Star znajdujemy prawdziwy kwiat portugalskiej muzyki swobodnie improwizowanej (niezależnie, od tego, iż jeden z muzyków urodził się w Brazylii, a drugi całe życie mieszka w Barcelonie). I znów cytujemy tekst zawarty na okładce płyty.

(…) Nagranie kwintetu Dog Star (…) stworzone zostało bowiem przez muzyków, którzy (poza jednym wyjątkiem) najczęściej pojawiali się na srebrnych krążkach Spontaneous Music Tribune Series.

Portugalski kontrabasista i gitarzysta basowy Gonçalo Almeida współtworzył do tej pory trzy płyty serii – post-coltranowskie trio Multiverse (numer katalogowy 012), doom-impro-metalowe trio Low Vertigo (013),  a także szalone avant-punk-jazzowe Ikizukuri (024) z gościnnym udziałem Susany Santos Silvy.

Brazylijski saksofonista (obywatel Holandii, rezydent Portugalii) Yedo Gibson także był ważnym uczestnikiem wspomnianego wyżej tria Multiverse, a wcześniej usłyszeć go mogliśmy na płytach free jazzowej „Antenny” (004), a także sonorystycznego „L3” (008).

Portugalski trębacz Luis Vicente swoją przygodę ze spontaniczną serią zaczynał na avant-jazzowej płycie „Live In Lubljana” (007), a potem kontynuował ją na wspomnianej wyżej płycie „L3” oraz na kolejnych wydawnictwach – swobodnie kameralnym „Points” (016), free jazzowym „Unnavigable Tributaries” (019), wreszcie w orkiestrze Ziv Taubenfeld’s Full Sun (022) i post-rock-jazzowej „Light Machina” (023).

Pochodzący z Portugalii, ale mieszkający całe życie w Barcelonie, perkusista i perkusjonalista Vasco Trilla, to już prawdziwy rezydent serii iberyjskiej. Sam ją zaczął wraz z dronowym kwartetem Völga (001), a potem triumfalnie kontynuował – z post-rockowym triem Phicus (003), we wskazanych już wyżej - „Antenna”, „L3” i Low Vertigo, a następnie w nowych projektach – swobodnie improwizujących triach TNT (017) oraz Hung Mung (018).

Skład Dog Star uzupełnia kolejny portugalski muzyk, perkusista Pedro Melo Alves. On, jako jedyny, debiutuje w serii (…). 

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/dog-star-2

 

 

piątek, 26 listopada 2021

The Antistandard! Tàlveg! Navarro & Bagnasco! Hidden Forces Trio +! Jiménez & Ramírez! The November Round-up directly from Spain!


Nie samą Katalonią Trybuna Muzyki Spontanicznej żyje! Dziś szybki overlook po kilku nowościach powstałych w surrealistycznych granicach Hiszpanii, które tezę zawartą w zdaniu poprzednim śmiało udokumentują. Zawitamy bowiem m.in. do słonecznej, nawet burą jesienią, Andaluzji, by poznać nagrania labelu, który na tych łamach jeszcze nie gościł. Na krótko pojawimy się także w zachodnio-hiszpańskim Badajoz. Naszą spanistyczną pielgrzymkę rozpoczniemy oczywiście w Barcelonie, oczywiście od spotkania z geniuszem tamtych ziem, wenezuelskim erudytą muzycznym El Pricto.

Głównym obiektem naszych zainteresowań będzie rzecz jasna improwizacja, ale skoro El Pricto, to na wstępie naszej opowieści nie obędzie się bez muzyki skomponowanej. Obiecujemy wszakże, iż potem, niezależnie od miejsca pobytu i danych personalnych muzyków, oddamy się całkowicie we władanie muzyki swobodnie improwizowanej. Uwaga, znów czeka na nas dużo brzmień gitar elektrycznych, znów niektóre z nich będą bardzo mroczne. To chyba jedna z cech rozpoznawczych muzyki tamtej części świata, czyż nie?

 


The Antistandard  Aint Got Rhythm (Discordian Records, DL 2021)

Słowo się rzekło, muzyczny przegląd hiszpańskich nowości zaczynamy w Barcelonie! Zaglądamy do znanego nam już przepastnego tomiska kompozycji własnych El Pricto (The Unreal Book) i bierzemy na recenzencki warsztat drugą płytę formacji The Antistandard, która te właśnie kompozycje wykonuje. W trakcie kolejnej edycji cyklu koncertowego Nocturia Discordia (listopad 2019), na scenie klubu Soda Acùstic zastajemy kwintet w składzie: El Pricto – saksofon altowy, Víctor Colomer – puzon, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Enric Ponsa – perkusja. Trwająca mniej więcej 43 minuty przygoda składa się tu z siedmiu części.

Antystandardowy kwintet El Pricto, to zabawa w muzyczne konwencje, kreowane przez erudytę, który kocha wiele estetyk i stylistyk, ale do końca nie wie, które z nich w stopniu największym. I na tym dramaturgicznym suspensie buduje wytrawne, chwilami masywne (sekcja rytmu pełna prądu!), efektownie i jakże precyzyjnie zaprojektowane improwizacje zbiorowe. Jak często bywa w przypadku wenezuelskiego muzyka, nad tym ponadgatunkowym szaleństwem czuwa niepokorny i bezczelny duch Johna Zorna!

Pierwszy utwór sprawia wrażenie, jakby metalowy band został zaciągnięty do filharmonii i w tych okolicznościach czuje się zaskakująco dobrze! Rockowe spiętrzenia i kameralne zaśpiewy instrumentów dętych rysują tu temat, który grany jest niemal bez przerwy, a fabuła improwizacji koncertuje się na nieustannych zmianach gatunkowych. Na końcu zdaje się, że słyszymy kolejną reinkarnację Black Sabbath grającą zmysłowego doom-bluesa! Druga opowieść stawia na niemal baletową lekkość, dramaturgiczną umowność, nie stroni wszakże od post-jazzowych grepsów, zwłaszcza ze strony gitarzysty. Trzeci antystandard przypomina Footprints Shortera, pomieszany z So What Davisa, ale nade wszystko zdegenerowany erudycją El Pricto! Leniwa, skupiona narracja bazuje na pokrętnym rytmie, któremu po czasie całkiem blisko do bluesa-rocka. Kolejna ekspozycja znów zasługuje na miano degenerated by Pricto – tym razem, to skoczna polka wywołująca zarówno salwy radości, jak i wodospady smutku (piękny puzon!). Emocje budzą tu nade wszystko bardzo spowolnione, chwilami rubaszne interludia. W piątej piosence Pricto łączy herezje jazzowe, rockowe i dalece kameralistyczne. Rzewna, wystudiowana melodyka kąsa jednak niesamowitą oryginalnością. Szósta, najdłuższa, 9-minutowa kompozycja dostarcza ogromu wrażeń, zwłaszcza ciekawych akcji w podgrupach (gitara i puzon!). Być może karzące ramię kompozytorskiej sprawiedliwości dało tu muzykom nieco więcej swobody. Nerwowe podskoki, efektowne zjazdy do samego dołu, rockowe spiętrzenia godne Naked City, bluesowe meta harmonie i całe plejady dramaturgicznych subtelności. Finał antystandardowej podróży zdaje się być zmyślnym resume całej płyty. Dramaturgiczne skoki napięcia, mikro eksplozje i filigranowe napady nastroju dalece refleksyjnego. Upside down by our beloved Pricto!

 


Tàlveg  Live Series I (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Pozostajemy w Barcelonie! Działające od kilku lat trio Tàlveg dostarcza nam nagrań dość regularnie, ale na ogół w małych porcjach. Nie inaczej jest w przypadku pierwszej odsłony ich Live Series. Dwie improwizacje zaczerpnięte z koncertu, jaki miał miejsce w grudniu ub. roku, w trakcie imprezy 9è Festival de Jazz de La Garriga, powstały w wyniki działań artystycznych takiej oto trójki muzyków: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Odsłuch koncertowego ekstraktu zajmie nam niespełna 16 minut.

Tàlveg, to wyjątkowo oryginalna formacja. Łączy dźwięki gitary jedynej w swoim rodzaju, która pobrzmiewa echami post-rocka, ale po prawdzie nie daje się precyzyjnie zakontraktować do jakiegokolwiek gatunku, swobodny, dalece lekki saksofon barytonowy i stonowaną, wyrafinowaną jazzową perkusję. Dodatkowo artyści w toku improwizacji na ogół preferują zachowania minimalistyczne, lubią cedzić dźwięki przez zęby i definitywnie donikąd się nie spieszą. Jakby na przekór temu wizerunkowi tria, ich koncertowe nagrania zdają się być porcją bardziej ekspresyjnych zachowań, a idea zdejmowania nogi z gazu, bywa tu od czasu do czasu efektownie porzucana.

Pierwszy epizod koncertowy rozpoczynają saksofon i gitara, splątane niewidzialną pajęczyną interakcji. Tajemnicze dźwięki, oniryczne westchnienia, ale też post-rockowa czerstwość scenicznej rzeczywistości. Duet ciągnie opowieść mniej więcej do połowy czwartej minuty, która wyznacza kardynalny stopping narracyjny. Fages i Bayer milkną, a do gry wchodzi Roca, który buduje wyważoną emocjonalnie, solową ekspozycję perkusyjną, która po prawdzie bardziej przypomina typową narrację niż jakikolwiek ekspresyjny incydent solowy. W momencie, gdy owe solo kończy się, na scenę powracają gitara i saksofon, przy okazji przenosząc nas do drugiej części koncertu. Znów dość leniwie, ale jednak dosadnie w brzmieniu – saksofon dmie od dołu do samej góry, a gitara buduje typowy dla Fagesa szklisty, delikatny, ale jakże nerwowy flow wprost z niemal gołych strun, zasilanych przecież prądem stałym. Dęciak stawia tu na bardziej śpiewne frazy, gitara skupia się na szczegółach, zdaje się dzielić włos na czworo, ale i tak dostarcza nam całe mnóstwo improwizowanych emocji i meta rockowych komplikacji. W tle swoją dobrą robotę na powrót realizuje drummer, który dba o dynamikę i sprawia wrażenie, iż w roli cerbera ładu i dramaturgicznego porządku czuje się wyjątkowo dobrze. Na finał gitarowa kostka ucieka do strefy zaprogowej i snuje uroczą chmurę metafizyki. Partnerzy biorą głęboki oddech i oddają pole gitarzyście.

 


Gonzalo Navarro & Luciano Bagnasco  Cinco Improvisaciones (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Z Katalonii przenosimy się do zachodniej Hiszpanii, do prowincji Badajoz. Tam właśnie powstało nagranie duetu Gonzalo Navarro – elektronika i obiekty oraz Luciano Bagnasco – gitara. Działo się to zapewne w okolicznościach studyjnych, we wrześniu br. Dodajmy, iż drugi z muzyków pochodzi z Argentyny, ale rezyduje w Hiszpanii (jego świetną płytę solową omawialiśmy na tych łamach całkiem niedawno). Cztery (wbrew tytułowi) improwizacje trwają 32 minuty.

Nagranie z Badajoz tworzy zanurzona w post-ambiencie (czasami bardzo czerstwym) gitara elektryczna, która zdaje się mieć tysiące twarzy i pozostawać w stanie permanentnej zmiany oraz otaczające ją chmury elektroniki, której aktywność dobrze licuje z tym, co dzieje się na gryfie żywego instrumentu. Tygiel wyłącznie ciekawych lub bardzo ciekawych zdarzeń fonicznych, to efekt pracy gitarowych przetworników, tajemniczych urządzeń elektronicznych i całej masy dobrych pomysłów obu improwizatorów. Dźwiękowe preparacje, incydenty wręcz plądrownicze, garść post-perkusjonalnego hałasu, gitara bez stylistycznych zahamowań  - to wszystko tropy, które mogą przywoływać w pamięci nowojorskiego, gitarowego freaka Bucketheada, który dwie i pół dekady temu dzielnie asystował choćby Billowi Laswellowi w szalonym projekcie Praxis. Szczególnie ciekawie rozpoczyna się druga improwizacja, która rozsiewa mrok i dramaturgiczne wątpliwości. Muzycy tym razem pracują krótkimi frazami, pozostając w chmurze rezonującego ambientu z nieznanego źródła pochodzenia.

W kolejnej opowieści, najdłuższej, prawie 11–minutowej, artyści początkowo stawiają na czyste, niemal balsamiczne plejady niekończących się dźwięków. Z czasem ich narracja zaczyna brudzić jednak swoje brzmienie, po czym wpada w objęcia elektronicznego rezonansu i chyłkiem spogląda ponownie w stronę bucketheadowych skojarzeń. Ów dramaturgiczny loop skomentowany zostaje obłą chmurą zdrowego ambientu. Ostatnią improwizację otwiera samotna gitara, która delikatnie pulsuje na dużym pogłosie. Po niedługiej chwili jej dźwięki zdają się być dekonstruowane przez elektronikę. Całość zmyślnie lepi się w niemal dubowy flow, który złowieszczo kołysze naszymi receptorami słuchu. Gitara multiplikuje swój dźwiękowy wizerunek, pojawiają nawet akcenty post-rockowe. Ta urokliwa karuzela zdarzeń na ostatniej prostej lepi się w gęsty, zmysłowy dron.

 


Hidden Forces Trio & Alejandro Rojas-Marcos  Velá (Sentencia Records, DL 2021)

Ze wspomnianego wyżej Badajoz już tylko krok do słonecznej Andaluzji i jej serca, czyli Sevilli. Tam mieści się label Sentencia Records, prowadzony przez muzyków, których znamy chociażby z nagrań dla brytyjskiego Raw Tonk Records (pamiętacie Sputnik Trio?). Dziś dwie propozycje z tegoż katalogu. Najpierw trio w składzie: Gustavo Domínguez – klarnety, Marco Serrato – kontrabas oraz Borja Díaz – instrumenty perkusyjne, które na okoliczność tego nagrania łączy swoją kreatywność z Alejandro Rojas-Marcosem – klawikord. Nagranie z maja br., miejsce zwane La Carbonería, Sevilla. Długa, koncertowa improwizacja na potrzeby nagrania podzielona została na dwie części. Całość odsłuchu zajmuje ponad 49 minut.

W Sevilli trafiamy wprost do rozgadanego baru, który nie będzie milkł przez cały koncert. Gdy muzycy będą realizować bardziej ekspresyjne działania, ów gwar piwny nie będzie stanowił problemu, gdy jednak snuć będą bardziej kameralne frazy, tudzież zmyślnie preparować dźwięki swych akustycznych instrumentów, zjawisko nadprogramowych fonii będzie stymulowało naszą irytację. A muzyka tria, które tego dnia stało się kwartetem, zdaje się charakteryzować właśnie dużą amplitudą natężenia dźwięku i poziomu emocji, będącą zresztą skutkiem pewnego rodzaju dramaturgicznego rozchełstania, chwilami subdoskonałej dyscypliny w zakresie budowania narracji.

Początek koncertu obiecuje naprawdę wiele. Akustyczne frazy, sporo preparacji, wiele dźwięków, dla których trudno zdiagnozować miejsce pochodzenia. Kreatywna dyfuzja, intrygujące znaki zapytania – brudna, pokaleczona kameralistyka, która raz za razem korzysta z bardziej intensywnych interludiów, ciągnących moc wprost z post-jazzowych naleciałości. Zmiana goni tu zmianę – kontrabas gra pizzicato i arco naprzemiennie, klarnet bywa basowy, by za moment stać się lekkim, zwyczajnym klarnetem, w końcu instrumenty perkusyjne, które zdają się tu mieć najwięcej twarzy. I to właśnie perkusiście należy oddać palmę pierwszeństwa w zakresie poziomu kreacji i nade wszystko dbałości o odpowiednią dramaturgię. Słychać to zwłaszcza w drugiej części płyty, która miewa narracyjne mielizny. Zdecydowanie ciekawiej dzieje się za to w części pierwszej, gdy sporo do emocji koncertu wnosi klawikord, który czasami brzmi niczym gitara akustyczna, dodatkowo dobrze sobie radzi z kreowaniem warstwy meta rytmicznej. Także tutaj improwizacja intrygująco nabiera post-industrialnego posmaku, głównie dzięki preparacjom perkusisty i kontrabasisty. Ale jakby na przekór recenzenckim dywagacjom, zakończenia obu setów dzieją się pod dyktando klarnetu. Finał zaś drugiej części poprzedzony jest bodaj najbardziej dynamicznym passusem kwartetu, gdy na dłuższą chwilę gwar baru ginie w emocjach płynących z rozimprowizowanych głów muzyków.

 


Ricardo Jiménez & Antonio Ramírez  Génesis Negro (Sentencia Records, CD 2021)

Kolejna płyta z Andaluzji, to już czyste szaleństwo! Post-metalowa, mroczna gitara, która improwizuje do … surrealistycznego malarstwa! W roli malarza Antonio Ramírez Collado, w roli gitarzysty Ricardo Jiménez Gómez. Dziewięć improwizacji, powstałych wiosną tego roku, trwa tu około 43 minuty.

Początek nagrania tonie w mrocznych, szorstkich, ale jednak ambientowych wyziewach. Ciężka gitara snuje jakże niecnotliwą melodię, która broczy po kolana w zgiełku siarczystego brzmienia. Zaraz potem zadziorny riff like heavy & dirty rock! Kilka pętli i skok w black metalowy dron! Akcja goni tu akcję! Po chwili atakuje nas szerokie pasmo gęstego ambientu, które nie trwa nawet półtorej minuty. Tuż potem, to już czwarta improwizacja, odgłosy otoczenia i … dźwięk gitary akustycznej na pogłosie. Spokój narracji jest tu bardzo pozorny. Piąta część, to jedna z dwóch zasadniczych części albumu. Zaczyna się typowym metalowym riffem, wznieconym na gotującym się fuzzie. Całość szkli się doom stepem, ale po chwili przepoczwarza się w łagodne, niemal soft-rockowe frazowanie. Gitara z czasem mnoży wątki, zaczyna slajsować i nadawać narracji zdecydowanie kwasowy charakter. Na finał szczypta ambientu dla smaku.

Trzy kolejne improwizacje znów stawiają na pewną enigmatyczność i zdają się być udanymi podprowadzeniami pod finałowy, główny utwór nagrania. Szóstka, to siarka, fuzz i głęboki doom! Salwy fajerwerków na wyjątkowo mrocznym niebie. Wieczna repryza, która łapie złe pulsacje! Siódemka – oddech świeżego powietrza, drugie akustyczne interludium. Ósemka, to kolejny sfuzzowany wyziew z groźnej gitary i kilka pulsacji, nabierających syntetycznego posmaku. No i finał! Prawie 11 minut! Rockowy rynsztunek, ale jakże siarczysty riff, znów w tempie doom! Po niedługim czasie na scenie ląduje brat bliźniak. Dwa doomowe riffy, what a game! Każdy z nich pracuje samodzielnie, modyfikuje się, ulega degradacji, ale odradza też na nowo. Wszystko trwa tu do momentu, gdy dźwięk dotrze pod ścianę. Potem już tylko skowyt przesterowanego fuzza i można iść spać.

 

 

wtorek, 23 listopada 2021

Ytterlandet from 66°33′48.7″ N!


Jeśli cyfry zawarte w tytule dzisiejszej opowieści wpiszemy w dowolne urządzenie nawigujące, poprowadzi nas ono bezpośrednio pod koło podbiegunowe północne. Jeśli chcemy posłuchać dźwięków, jakie trzech Skandynawów zarejestrowało u progu tegorocznego lata i opatrzyło takim właśnie cyfrowym tytułem, wystarczy wrzucić srebrny dysk do odtwarzacza lub banalnie kliknąć w kafel znajdujący się na bandcampowej stronie wydawcy płyty!

Podróże polarne i słuchanie muzyki improwizowanej nie mają być może wiele elementów wspólnych, ale z pewnością obie te czynności przypisywane bywają ludziom szalonym! Tak przynajmniej twierdzą ci, który nie lubią podróży lub/i ich percepcja muzyki ogranicza się do akceptowania jedynie fraz granych w metrum 4/4.

A dla całej reszty – Ytterlandet! Trio zagrało w listopadzie br. dwa koncerty w Polsce i dostarczyło fantastyczną płytę o tytule stanowiącym parametry geograficzne koła podbiegunowego północnego! Koncert w poznańskim Dragonie dość zgodnie określony został mianem wydarzenia roku, sama zaś płyta zdaje się zasługiwać na równie efektowny poklask! Zatem bez zbędnej zwłoki oddajemy się w ręce dwóch Szwedów i jednego Norwega, którzy w duńskich okolicznościach przyrody naparzyli nam wyjątkowy napój! Welcome!

 


Drobne, urywane frazy, przypominające gazetowe ścinki, od startu tej opowieści lepią się do siebie, niczym plastry miodu, konweniują ze sobą, budują szklaną pajęczynę nierozerwalnych połączeń dźwiękowych. Na lewym skrzydle posadowiony jest nieco skonfundowany, ironiczny saksofon, środkiem płyną perkusjonalia złożone z tysiąca mikroskopijnych elementów, które w każdej sytuacji zdolne są pokazać zupełnie inne oblicze, wreszcie na skrzydle prawym gitara z niewielkim prądem, tworząca narrację poza wszelkimi podziałami gatunkowymi – zna rocka, ceni jazz, ale nade wszystko kocha swobodną improwizację! Całość z każdą sekundą swojego życia nabiera mocy, intensywności, pozostając wszakże lekką, zwiewną, nieklasyfikowalną plejadą zdarzeń fonicznych. To taniec pijanych na szkle, radosne pląsy beztroskich małolatów, których stać na prawdziwie szelmowskie uśmiechy. Pierwsze dźwięki drugiej improwizacji wydają się być wytargane z samego jądra ciszy. Nano frazy instrumentu dętego, źdźbła perkusyjnych krawędzi, niezauważalne strużki fonii wprost z gitarowych strun. Narracja przypomina delikatnie tłuczone szkło, które w małym zakładzie szlifierskim spada na obrzeża zepsutej sprężarki powietrza, w tle której wirują opiłki metalu o nieznanych właściwościach. Tu pajęczyna zdaje się być jeszcze bardziej misterna. Dźwięki dochodzące z trzech, może czterech, czy nawet pięciu ośrodków dowodzenia bez trudu lepią się w jeden strumień życia. A na sam koniec wszystko pachnie rockiem!

Trzecią opowieść otwiera nostalgiczny saksofon. Obok kłębi się mała gitara, która pachnie post-jazzem. Perkusja wchodzi do gry po pewnym czasie i szyje bardziej dynamiczną dramaturgię, zaprasza na ludyczny taniec nieoczywistych skojarzeń. Jesteśmy na karuzeli, pełnej różowych huśtawek. Królem tej części polowania wydaje się być drummer, który rozsiewa zarazki, by po chwili zbierać obfite plony dźwiękowej infekcji. Muzycy reagują na siebie, jakby byli jednym ciałem o trzech głowach. Pięknie się imitują, syczą przez zaciśnięte zęby i kreślą piękne bohomazy, gęstniejąc w bezruchu. W kolejnym epizodzie rolę introduktora przyjmuje na siebie gitarowy pick-up. Coś się sprzęga, coś generuje szum. Narracja przypomina oniryczne plamy dźwięków wprost z debiutanckiej płyty Sonic Youth. Saksofon szyje drony, perkusja preparuje, festiwal fake sounds trwa w najlepsze - urocza slowly dead ballad bezskutecznie szuka swego końca. Drobne usterki na strunach podkreślają umowność sytuacji dramaturgicznej. Improwizacja nieustannie zadaje pytania, które nie wymagają jednak jakichkolwiek odpowiedzi.

Po ułamku jakże zbędnej ciszy słyszymy dęte nawoływanie. Tuż obok gitarowe preparacje szyją kolejną pętlę wątpliwości. Na glazurze werbla żyją tajemnicze przedmioty. Być może muzycy chcą iść w tango, ale dygresyjna natura ciągnie ich na stronę i sieje post-intelektualny ferment. Krygują się, budują suspens, wypalają kolejne papierosy. W roli naczelnego wichrzyciela znów post-rockowa, oniryczna gitara. Saksofon nuci smutne piosenki, perkusja raz za razem zaskakuje dźwiękiem niewiadomego pochodzenia. Kolejna slowly dead ballad szuka martwej dynamiki, sięga po post-jazzowe frazy, wspina się na drobne wzniesienie. Po nim już tylko niespełna trzyminutowe resume, stylowy ekstrakt z doskonałej całości. W roli przodownika pracy tym razem saksofon, który rozsyła ochłapy jazzu i zaprasza na finalny free dance. Kilka westchnień w nieznanym kierunku i mikro solo na gitarze, zakończone krwistą ripostą, wyprowadzają nas tuż przed oblicze ciszy. Play it again, boy!

 

Ytterlandet 66°33′48.7″ N (Barefoot Records, CD 2021). Sture Ericson – saksofon sopranowy, altowy, tenorowy i barytonowy, Henrik Olsson – gitara, Håkon Berre – perkusja. Nagrane w czerwcu 2021 roku, w miejscu zwanym Christianshavns Beboerhus (Kopenhaga). Sześć swobodnych improwizacji, czas trwania - 37:35.