niedziela, 6 sierpnia 2017

Memoria Uno! – Sons Of Liberty. Live at Granollers!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej jest współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: 26 lutego 2016 roku, Casino de Granollers, Granollers (Barcelona)

Ludzie i przedmioty: Iván González – dyrygent, Julián Sánchez & Pol Padrós – trąbki, Tom Chant & Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Alfonso Muñoz – saksofon altowy i barytonowy, Christer Böthén – klarnet basowy, Pablo Rega – gitara, Agustí Fernández – fortepian, Johannes Nästesjö & Àlex Reviriego – kontrabas, Núria Andorrà – instrumenty perkusyjne, Oriol Roca & Ramon Prats – perkusja, Sonia Sánchez – taniec, Conducción #77 (część V i VI).

Co gramy: dyrygowana muzyka improwizowana, bez użycia jakiejkolwiek notacji graficznej (innymi słowy – komunikacja pomiędzy dyrygentem i muzykami odbywa się jedynie poprzez gestykulację). All music by Iván González and Memoria Uno.

Efekt finalny: Dwie fragmenty stanowiące nieprzerwany ciag dźwięków - Conducción #75 (w pięciu częściach) i Conducción #77 (w sześciu częściach) – łącznie blisko godzina zegarowa. Dostępne na krążku Sons Of Liberty. Live at Granollers (The Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, 2017). Tytułem wykonawczym jest Memoria Uno.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

# 75. Pierwszy. Konwulsyjny, choć nie dynamiczny start, silnie barwiony sonorystycznymi efektami, głównie ze strony fortepianu i sekcji saksofonowej. Seria wstępnych obcierek, z dużą dawką niepokornych, wręcz hałaśliwych dźwięków. Pyskate perkusjonalia, zwinne rezonancje, dęte i gębowe pokrzykiwania, niczym zwoływanie hordy wygłodniałych wilków. Jednym słowem – rozgrzewka na pełnym gazie! Gitara elektryczna stawia intrygujące stemple. Po wybrzmieniu tłumione reakcje call & response, z których wykluwają się pasaże zwinnych dęciaków. Drugi. Narracja gęstnieje. Pasaże trąbek grane unisono. Środowisko intensywnie sonorystyczne, które akceptuje każdy rodzaj zachowania na scenie. Wszystko idzie ku efektownej eskalacji. Muzyka osiąga swój lokalny szczyt w intensywnej ekstazie pełnego zestawu instrumentalnego – dwóch trąbek, trzech saksofonów, klarnetu basowego, fortepianu, gitary, dwóch kontrabasów, perkusjonalii i dwóch zestawów perkusyjnych (nie zapominając o silnie gestykulującym reżyserze tego spektaklu). Wybrzmienie jest równie intensywne, jak imponujące, a odbywa się w cieniu szaleńczych popisów armii perkusjonalistów. W tym zgiełku solowy popis próbuje rozpocząć trąbka. Dostaje wsparcie od barytonu. Punkty przestankowe i kontrapunktujące akcenty w pełnym galopie, budzą podziw recenzenta. Craziness!!! Trzeci. Na scenie, przez ułamek sekundy zostaje sam saksofon (tenorowy), którego tembr udeptywany jest przed drobne incydenty drummerskie. Solo saksofonu jest druzgocąco piękne (to chyba Chant!). Piano wprost z klawiatury zwinnie podłącza się z dużą dynamiką. Armia doboszy znów szaleje na skrzydłach. Narracja topi się w emocjach muzyków. Dęciaki komentują ten prawdziwie free jazzowy tygiel. Umiejętność tłumienia emocji, panowania nad rozwojem wypadków ponownie ponadnormatywny. Podobnie rzecz się ma w zakresie zdolności podłączania się pod prąd eskalacji. Tu, kolejne wybrzmienie oznacza początek… Czwartego. Dęte sonaty pogrzebowe - muzycy idą w zwartym kondukcie, opłakując koniec trzeciej części. Zwinne, molowe pasaże multiinstrumentalne. Choć niepokój czyha na każdym kroku… Z mroku wyłania się intrygująca gitara, która delikatnie spanizuje. Saksofony na boku organizują sobie małą burzę z piorunami. Nieco zagłuszają pląsy sześciostrunowca. Kolektywna wymiana poglądów politycznych, to skutek poprzednich działań. Na koniec fragmentu walczą już tylko dwa saksofony. Jest bardzo groźnie! Piąty. Eskalacja zczepionych pyskami saksofonów, fortepianu i perkusji. Biją się po twarzy, podczas gdy w tle płyną… spokojne pasaże pozostałych instrumentów. Wybrzmienie całości Kondukcji #75 smakuje cool jazzem. Na finał grają już tylko trąbki i saksofony. W poszukiwaniu ciszy i spokoju duszy.




#77. Pierwszy. Pasaż smykowy kontrabasu lewego, lekko upalony, w opozycji do kontrabasu prawego, który traktowany jest na sposób pizzicato. Rozdzieranie strun, jako tymczasowa strategia improwizacyjna. Drobne incydenty sonore wprost z talerza, jako niezobowiązujący kontrapunkt. Podobnie funkcjonujący przester gitary. Wielka orkiestra wybudza się ze snu. Poranne ablucje. A kontrabasy idą na wojnę! Eskalacja na dwa duże wiosła! Zdaje się, że piano też już się wybudziło i skromnie preparuje (piękny moment!). Narracyjnie - cisza przed burzą. Drobne incydenty akustyczne na obu flankach. Drummersi także już wstali na równe nogi. Gitara lekko zapętlona. Fala się wzbiera, fala się unosi. Choć ciągle bez dęciaków, te chrapią w najlepsze. Okazuje się, że bez nich można śmiało zawładnąć sceną. Drugi. Klarnet basowy jako pierwszy przerywa milczenie. Dęciaki wracają, ale nie widać wśród nich nadmiernego entuzjazmu. Piękny duet fortepianu z saksofonem (Munoz na alcie?). Klarnet dopowiada i prowadzi ten fragment ku silnie sonorystycznemu wybrzmieniu. Trzeci… startuje w ciszy. Pojedyncze kroki kontrabasu. Davisowska trąbka plecie ciekawą opowieść. Szczebiot perkusji. Bez pośpiechu, powolnie. Na koniec już tylko trąbka, kłuje w oczy trafną puentą. Czwarty. Ta sama trąbka kreśli zwinny rys melodyczny. Z pomocą śpieszą saksofony. Repetycja goni repetycję – każdy może się podłączyć. Zgrabny, agresywny skowyt oparty na trzech, czterech powykręcanych nutach. Narasta, tworzy swoiste crescendo. Ekscytujący moment tej Kondukcji! Piąty. Piano preparuje krokiem tanecznym. Lewa perkusja zapętla się w jego rytmie. Po ustaniu tej wyjątkowo krótkiej eskalacji, cisza, zawieszona narracja, chwile na zastanowienie. Pojedyncze dźwięki, szurania, oddechy, prawy kontrabas delikatnie znaczy teren. Reszta wyczekuje w napięciu. Piano z klawiatury gra piękną melodię. Autocytat lub wspomnienie z klasyki. Trąbki brną unisono, jakby z offu. Perkusja delikatnie swinguje…. Jakby co, to nie ona odpowiada za ten cały zgiełkSzósty. Po chwili ciszy, pełnej konsternacji, snop jasnego światła przeszywa salę koncertową. Skromne search & reflect w podgrupach. Dęciaki znów stawiają na zaniechanie (zwłaszcza saksofony). Molekularna, koronkowa improwizacja. Wzajemne przekomarzania. Urywane frazy. Twórczy chaos stymulowany i modyfikowany w czasie rzeczywistym. Narracja dostojnie toczy się ku końcowi. Trąbki sonoryzują na wdechu. Leniwe w trakcie #77 saksofony tworzą im baśniowe niemal tło. Wybrzmienie jest prawdziwie mistrzowskie! Magistral! Ciszy nie puentują oklaski. Nożyce Ivána Gonzáleza okazały się szybsze.




Recenzja w/w płyty, autorstwa Macieja Lewensteina, autora książki Polish Jazz Recordings and Beyond. Ukaże się drukiem w kolejnej części tego wydawnictwa.

***** Memoria Uno: Sons of Liberty. Live at Granollers, Multukulti Project/Spontaneous Music Tribune Series MPSMT02 Iván González (cond, leader); Julián Sánchez (t); Pol Padrós (t); Tom Chant (ts, ss); Albert Cirera (ts,ss); Alfonso Munoz (as, bs); Christer Bothén (bcl); Pablo Rega (g); Agustí Fernández (p); Johannes Nästesjö (b); Alex Reviriego (b); Núria Andorrà (perc); Oriol Roca (dr); Ramon Prats (dr); Sònia Sánchez (dance). February 2016.

In the recent years I was particularly inventive with respect to the terms characterizing various kinds of the improvised avantgarde music. "Post-avantgarde" was the first one it referees to a creative superposition of all of the contemporary trends of the improvised music, with jazz or classical roots. Barry Guy and Agustí Fernández are the unquestionable leaders of post-avantgarde.

I invented "kind free jazz" to describe the music of Ivo Perelman and Matthew Shipp. Here the emphasis was on playing in a very expressive way, but without using over-blowns, blasts and all the Brotzmanian tradition of the free jazz. The music that is being created in the Barcelona and Lisbona circles in the recent years is yet different, but it can already be clearly identified as new style of avantgarde: It term is kind free improvised minimalism. The name is obviously self-explaining: "kind", because of no Brötzman/Ayler- like explosions, "minimalism" for repetitive, slow and quiet collective and individual phrases, improvised or composed, and finally "free improvised" for an important role played by the free improvisation, despite the presence of the composed parts.

I am very proud of starting a collaboration with my friends Tomek Tomasz Konwent and Andrzej Nowak of the Multikulti Project’ label series: Spontaneous Music Tribune, that is going to specialize on free improvised and avant-garde music form the Iberian Peninsula. Andrzej told me several times that the music from this region is completely new, and now I think I understand what did he mean. Both records released so far in the Spontaneous Music Tribune series, "Völgä" (described in the Vasco Trilla's entry) and the present one are perfect examples of the kind free improvised minimalism.

Memoria Uno is a big ensemble, led by Iván Goinzález and composed of the musicians associated with the Discordian Record label, and the cult Barcelona clubs: Soda Acústic and Robadors 23. The personnel of the group is variable: in the concert promoting the record in the Sinestesia Bar Musical in July 2017 for instance, Vasco Trilla was playing on drums. There are two sets here: "Conduction # 75 (26 minutes) in 5 parts, and "Conduction # 77" (32 minutes) in 6 parts. It is very difficult to dig out something. There are parts, which belong to the more traditional free jazz genre: "Part III" of the "Conduction # 75" with fantastic solos of the saxophone and piano. "Part IV" here is , on the other hand, a fantastic, paradigmatic example of the kind free improvised minimalism. Similarly, "Part V" starts as a free jazz tune, but has a stunning slow, melancholic second part. I like in general the "Composition # 77" more. It has a quiet introductory part, explosive "Part II", with incredible work of piano and reeds, stunningly touching and "kind" "Part III", and the outstanding "Part V" and "Part VI", notable for the amazing work of Sònia Sánchez. "Sons of Liberty. Live in Granollers", together with "Völgä" and some records of the phenomenal Ilia Belorukov, is a masterpiece of this new genre of avantgarde music.


Przedruk za zgodą autora.

Wydawca przeprasza za błędy w pisowni nazwisk dwóch muzyków na okładce płyty. Great apologise for Oriola Roca and Alfonso Muñoz. Forgive me, Guys!

piątek, 4 sierpnia 2017

Dikeman! Serries! Aquarius! – Day and Night! The Cassette Realm Is Not Dead!


Deklarowana na tej stronie, nieodparta chęć poszukiwania świeżej i zdrowej muzyki improwizowanej na Starym Kontynencie, wciąż pcha redakcję do eksplorowania niezliczonych pokładów nowej muzyki.

Kasetowy label z Manchesteru Tombed Vision, prowadzony przez saksofonistę Davida McLeana, gościł już na Trybunie przy okazji dwóch tegorocznych wydawnictw (akurat wtedy, w edycji kompaktowej). Nazwisko Johna Dikemana, amerykańskiego saksofonisty, rezydenta holenderskiego, z pewnością nie jest obce nikomu, kto choć trochę obcuje z muzyką improwizowaną. Belgijskiego gitarzystę, Dirka Serriesa, eksperymentatora, legendę europejskiego ambientu, który śmiało wkracza w ostatnich latach na scenę improwizowaną, poznaliśmy całkiem niedawno, przy okazji jego wysoko ocenionego przez Pana Redaktora, duetu z George'm Hadowem Outermision.




Dziś przed nami muzyka wyjątkowej jakości - wydana oczywiście na kasecie magnetofonowej! – tria stworzonego przez wyżej wspomnianych Dikemana i Serriesa, wspólnie z holenderskim perkusistą René Aquariusem. Ten akurat muzyk dojrzał do improwizacji, grając głównie niebanalną i głośną muzykę rockową. Panowie w roku ubiegłym wydali kasetę z materiałem koncertowym Night Realms (Tombed Visions, 2016). Dziś wracają z kolejną porcją muzyki koncertowej. Tytuł jest naturalną konsekwencją poprzedniego – Day Realms (Tombed Visions, 2017). Nowe nagranie, powstałe zresztą jedenaście dni po poprzednim, wypełnia nam pierwszą stronę kasety. Na drugiej otrzymujemy… reedycję poprzedniej. Jedna kaseta, podwójne wydawnictwo, doskonała muzyka, czy można chcieć więcej?


Dzienne królestwa!

John Dikeman, Dirk Serries i René Aquarius, czyli saksofon tenorowy, gitara elektryczna oraz pełny zestaw perkusyjny. Jesteśmy w belgijskim Ghent, w klubie Kinky Star. Jest 25 marca 2015r. Muzycy zagrają niespełna 42 minuty.

Wita nas oniryczna, skoncentrowana na pojedynczych dźwiękach gitara Serriesa. Saksofon podłącza się dość nieśmiało i plami przestrzeń wokół gryfu instrumentu strunowego, na tym etapie wydarzenia nie chcąc czegokolwiek udowadniać. Perkusista bije w dzwon (czyli stopą w bęben basowy), oklepuje nierozgrzane tomy i czeka na sygnał do ewentualnej eskalacji. Improwizacja skomle i dusi się w oparach psychodelii, niczym płynna lawa, choć sam wulkan jest jeszcze w stanie umiarkowanego spoczynku. Ta linearna narracja bazuje na drobnych eskalacjach poziomu dźwięku, na kreowaniu intensywności rockowego, w sensie estetycznym, przekazu muzycznego. Już po kilku minutach gry wstępnej, muzycy są wystarczająco porozciągani - saksofon uroczo wyje, gitara obficie krwawi i szuka transu, a perkusja bębni niezwykle ekspresyjnie. Ów nieprzerwany potok improwizacji potrafi chytrze narastać i precyzyjnie nawarstwiać się. Dikeman zwinnie eskaluje i brudzi tembr swojego dęciaka na miły dla ucha, prawdziwie punkowy sposób. Lubi przebierać się w szaty solowej gitary w dużym, hardrockowym bandzie. Oczywiście, będące skutkiem tych działań, emocje są dalece ponadrockowe. Muzyka bez ustanku eskaluje (choćby w okolicach 15 minuty), aż ziemia drży pod stopami, aż chciałoby się usłyszeć po wybrzmieniu, ryk istotnie obnażonych siedemnastolatek, gotowych w każde wyzwanie w kontekście bliskiej relacji ze spoconym solistą. Miast brzmieniowych subtelności, iskry lecą, a pot i krew kapią z sufitu (recenzent jest co najmniej zachwycony!). W nielicznych sytuacjach drummer nieco gubi poziom, ale to jedynie nieistotne incydenty. On sam bowiem w skali makro, doskonale wpisuje się w spektakl Hard Free Improv Rock Destination Band!




Początkowa faza nowej narracji, już w drugiej części koncertu, bazuje na niezwykle dynamicznym drummingu, samo eskalującym się saksofonie i zawieszonym wysoko w powietrzu znaku zapytania – cóż na tak zastany obraz koncertu zareaguje przyczajony gitarzysta? Nie czekamy zbyt długo na odpowiedź. Serries wbija w to free jazzowe duo saksofonowo-perkusyjne ognistego drona, którego zadaniem jest rozwiercić mózg słuchacza (choć epatowanie samym hałasem ma dalece umiarkowany wymiar). Narracja znów chyli się nieodwracalnie w kierunku zdrowej psychodelii. Muzyka doskonale ucieka w trans, trwa, brnie, płynie i nie stawia przecinków. Odnosimy wrażenie, jakby gitara Serriesa zamieniała się w upalony, hinduski sitar. Plecie mantryczną ragę i modli się do nieistniejącego boga, szukając zagubionych w dziwnej podróży, swych hinduskich korzeni (z kajetu recenzenta: koniecznie podkręcić potencjometr głośności!). Aquarius stawia ostre stemple dudniąc stopą i rezonując talerzami (trochę, jak reinkarnacja Toma Bruno i jego epokowego Testu). Ten głośny, acz oniryczny klimat spada nam na głowę, nie zadaje pytań, nie musi też dawać odpowiedzi. John wkleja w ten obraz jazzowe plastry miodu i brnie całkiem świadomie w nieznane. Całość uspokaja się znacząco i rozpływa w potoku nieograniczonych możliwości rozwoju sytuacji scenicznej. Saksofon jest ckliwy i mógłby nawet głaskać przed snem odrobinę niegrzeczne dziewczynki (do ucha szepcząc im mało romantyczne historie o złych duchach). Gitara Dirka płynie na dużym pogłosie. Muzyk ledwie głaska struny, jest w mega transie. Piękny dialog z saksofonem. Gdyby drummer wrzucił w to odrobinę sonorystyki (…dodaje rozmarzony recenzent). John jakby słyszał uwagę pismaka i popada w lekkie szaleństwo. Dirk i Rene idą wraz z nim na tę muzyczną ustawkę! Genialna eskalacja! Rockowy arsenał perkusisty przydaje się na finałową rozpierduchę! Crazy! Rock in!


Nocne królestwa. W poprzednim odcinku: jedenaście dni wcześniej

Holandia, 14 marca 2015 roku. Jesteśmy tym razem w Kunstgroep De Compagnie/ Veghel. Tych samych trzech facetów, na takich samych trzech instrumentach, zagra dla nas niespełna … 41 minut.




Na start skromna solowa eskalacja na gitarze, którą wspiera orszak rezonujących talerzy perkusisty. Ten delikatnie modulowany dron udanie wprowadza nas w mrok nocy. Saksofon wkleja się niemal bezdotykowo. Płynie i komentuje zachowania współpartnerów. Flow całej trójki jest zwarty i czupurny. Ornamenty Dikemana zdają się być szczególnie urokliwe w tym właśnie momencie. Gitara i drums, niczym jedno dziecię boże, płyną ku zatraceniu z uśmiechem na ustach. Znów zasadne jest skojarzenie z bezkompromisowością Testu (ach, ta stopa!). Ekspresja, czysta eskalacja emocji, w twarz, prosto do ludzi! Wybrzmienie dopada nas dopiero w okolicach 17 minuty! Ale to właśnie wtedy zaczynają się dziać rzeczy wyjątkowe!

Aquarius zdziera stopę, opukuje tomy i konwulsyjnie wybrzmiewa. Serries pętli się wokół własnych myśli i stawia na bogate wnętrze. Dikeman powraca niemal oczyszczony. Onirycznie, delikatnie sonoryzuje. Dźwięki snują się po kątach, jak wygłodzone kocury, pozbawione możliwości ucieczki. Psychodelia włada tym skrawkiem świata, w depresyjnej Holandii i nie znosi słowa sprzeciwu. Muzycy zagłębiają się w swych dźwiękach. Naprawdę daleko im do drogi powrotnej. Wyborne! W tym kontekście sytuacyjnym, Skowyt Ginsberga zdaje się być bajką dla grzecznych dzieci. Chwile pozornego hałasu, które mają jednak moc prawdziwie oczyszczającą. Zdaje się, że wszelkie grzechy są nam odpuszczone. Krwawienia, które nie powodują utraty krwi. Cierpienie, które zdaje się być rozkoszną podróżą dźwiękową.

Mistrzem ceremonii, niezaprzeczalnym, jawi się tu Dirk Serries. Tworzy 99% flory akustycznej finału tego niezwykłego wydawnictwa koncertowego. Saksofon kona w ogniu piekielnym, choć na pewno wyjdzie z tego cały. Ot, paradoks! Artystyczna niezgoda na świat jednowymiarowy! Na dźwięki naprawdę końcowe, cała narracja skleja się w jeden potężny dron. Gitara triumfuje! A kasety rządzą improwizującym Beneluksem i niewiele mniej szaloną pozostałością po imperium brytyjskim, po drugiej stronie śmierdzącego niewinnością kanału!

  
****


Pozostałe nowości Tombed Visions omówimy w innej opowieści, już po wakacjach Pana Redaktora. Wtedy także oczekujcie dłuższej epistoły o inicjatywie A New Wave Of Jazz! Kasety i winyle, które prowokująco zapraszają do odświeżenia pojęcia jazz. Improwizacja jako danie główne, a Dirk Serries w podwójnej roli – wydawcy i niesamowitego muzyka. 

Wszystkie wydawnictwa Tombed Visions są dostępne w formie elektronicznej, oczywiście za pośrednictwem bandcamp.com.



wtorek, 1 sierpnia 2017

Marcelo dos Reis & Eve Risser – muzyczni kochankowie poza sferą czasu


Jeśli na jakiekolwiek nagranie muzyki improwizowanej czekałem ostatnio ze sporą dawką ekscytacji, to z pewnością był to, oczekiwany od kilku miesięcy, duet dwóch gorących nazwisk na młodej europejskiej scenie – francuskiej pianistki Eve Risser i portugalskiego gitarzysty Marcelo dos Reisa. Wieści o nagraniu szły wprost od tego drugiego, nie brakowało także skromnych, wizualnych awizacji na pewnym powszechnie znanym portalu z obrazkami.

Teraz rzeczony krążek leży przede mną. Uprzedźmy przebieg wypadków. Zdecydowanie warto było czekać – nagranie nie zawiedzie nas choćby przez ułamek sekundy!




Płyta zawiera materiał zarejestrowany w Salao Brasil/ Coimbra, w trakcie Festiwalu Jazz ao Centro Festival, w październiku 2016 roku. Od kilkunastu dni płytę udostępnia portugalski label JACC Records, pod tytułem Timeless. Zawiera siedem improwizowanych odcinków, które potrwają niemal 55 minut. Eve Risser zagra na preparowanym i niepreparowanym fortepianie, zaś Marcelo dos Reis na… preparowanej i niepreparowanej gitarze akustycznej. Prześledźmy, cóż dzieje się na tej płycie, utwór po utworze.

Sundial/ Zegar słoneczny. Proste akordy fortepianu i gitary akustycznej, drobne sprzężenia ze strony drugiego z instrumentów. Tymczasem narracja zmyślnie gęstnieje, dźwięki najpierw mnożą się w postępie arytmetycznym, potem zaś już zdecydowanie – geometrycznym. Piano brzmi jak stopa zestawu perkusyjnego, wprost z głębi pudła rezonansowego. Dynamika eskaluje się, muzycy wpadają w ckliwy trans i już jako wielodźwięk sięgają mety fragmentu pierwszego.

Hourglass/ Klepsydra. Repetycje na obu flankach narracji. Instrumentalne zawijasy, podskoki i tupanie nogą, ale w bardzo spokojnym, zadumanym tempie. Eve brnie minimalistycznie wprost w klawiatury. Marcelo czyni nagły zwrot akcji – stawia stanowczy rytm i trzyma się go bez wytchnienia. Eve podłącza się w mgnieniu oka. Idą zwartym szykiem, wciąż repetując i ograniczając środki wyrazu. Improwizacja gęstnieje i frasobliwie zazębia się.

Water Clock/ Zegar wodny. Istotnie tytuł jest dobrym wprowadzeniem. Zegar tyka na gryfie gitary, silnie akcentując upływ czasu, a w pudle fortepianu biją godziny. Repetycja zdaje się być wyznacznikiem upływu czasu także w tej improwizacji. Podczas gdy Marcelo spanizuje akordami, Eve otacza go preparowanym chaosem akustycznym, który ewidentnie zdobi i uwzniośla ten tryb narracji. Sieje niepokój i stawia znaki zapytania. Gęstnienie tego fragmentu, próba ucieczki w galop, smakuje jeszcze lepiej niż w poprzednich odcinkach (ale emocje!). Jeśli Marcelo odpowiada tu za rytm, to Eve czyni obowiązki perkusjonalisty. Taki jest podział ról w tym związku.

Timewheel/ Koło czasu. Jakby na potwierdzenie słów recenzenta – Eve psychodelicznie drumminguje, tkwiąc po uszy wewnątrz swego instrumentu. Marcelo wgryza się chytrym pasażem, znów delikatnie spanizując. Ta wszakże narracja, w opozycji do poprzednich, od pierwszego dźwięku jest gęsta i narowista.




Chronometer/ Chronometr. Dynamiczne młoteczki fortepianowe wyznaczają obszar przyszłej eskalacji. Gitara jest twarda, komentująca, a po chwili także imitująca. Gdy dopadnie swój wymiar bezczasu, gra nową historię i czeka na oklaski. Frazowanie pianistki znów dzieje się w duchu jakże konkretnego minimalizmu. Small talk!

Pendulum/ Wahadło. Spokój i wyciszenie zdają się być najlepszym wyborem tego właśnie momentu płyty. Przejście do bardziej dynamicznej narracji znów odbywa się z kocią zręcznością i pachnie wirtuozerią wykonawczą. Gęsta gitara w szponach rytmu, ekstremalnie preparowany fortepian w konwulsjach. Z kajetu recenzenta: to bardzo spójna stylistycznie płyta. Swą szczególną urodę unaocznia w momentach, gdy wpada w delikatny trans i zdolna jest pędzić na złamanie karku. Ta tutaj, ma akurat bardzo demoniczny wymiar!

Balance Spring/ Przesilenie wiosenne/ równonoc. Sprzężenie zwrotne. Akustyczny hałas, który nie od razu pozwala na wskazanie osoby odpowiedzialnej na incydent (zdaje się, że to Marcelo!). Prawdziwie wiosenne przesilenie! Z mgły tej fonicznej demolki wyłaniają się, niezwykle powoli, proste akordy gitary. Repetycja w oczekiwaniu na eskalację. Eve cudownie szuka wejścia w nieistniejącą melodię. Wydaje się, że fortepian w jej rękach ma nieograniczone możliwości akustyczne (takie małe sonore!). Pianistka rozkwita wyjątkową urodą w trakcie tego akurat fragmentu tej doskonałej płyty. Gdy gitara tryska krwią z emocji, piano trzyma się onirycznego klimatu i razem wiodą ów stan wzmożonej symbiozy aż do finalnej nuty.



piątek, 28 lipca 2017

Tin! Fell! Four Quartets! Fjordgata! – Impromptu CONFRONTations, the first attempt to enter the topic! *)


Założona przez wybitnego brytyjskiego wiolonczelistę Marka Wastella, cdr-owa inicjatywa wydawnicza Confront, obchodziła w roku ubiegłym swoje dwudzieste urodziny!

Na Trybunie nie odnotowaliśmy tego faktu, co z pewnością jest błędem, tym z gatunku kardynalnych. Dziś zatem w ramach zadośćuczynienia, krótki przegląd nowych i stosunkowo nowych płyt, wydanych przez Marka. Wszystkie one są na tyle frapujące, iż stanowić powinny istotną zachętę do zagłębienia się w całości, liczącego już sto pozycji, katalogu Confront.

Szare pudełka, wyposażone jedynie w dwie naklejki – okrągłą na froncie, z nazwą podmiotu wykonawczego i tytułem płyty, prostokątną na odwrocie, ze stosunkowo skąpymi danymi dotyczącymi nagrania. Myślę, że każdy poważny wielbiciel muzyki improwizowanej choć raz trafił na takie cudo edytorskie.




Uncanny Valley/ Dolina Niesamowitości

Naszą krótką wizytę w katalogu Confront zaczynamy od dokładnego zlustrowania bardzo świeżego wydawnictwa Uncanny Valley. Za muzykę na nim zamieszczoną odpowiada trzech Panów w bardzo różnym wieku, wszakże bardzo wysoko cenionych na europejskiej scenie muzyki improwizowanej – Roger Turner na perkusji i perkusjonaliach, Dominic Lash na kontrabasie i Axel Dörner na trąbce. Na potrzeby tego trzyosobowego muzykowania, muzycy przyjęli nazwę własną Tin.

Na płycie zebrano sześć fragmentów z trzech spotkań muzycznych, poczynionych w trzech różnych miejscach, w drugiej połowie kwietnia 2015r. (Cafe Oto - Londyn, Portland Works - Sheffield, St James' Church – Midhopestones). Dodajmy, że dwa najdłuższe fragmenty powstały w pierwszym z przywołanych wyżej miejsc. Prześledźmy zatem przebieg wydarzeń na krążku.

Pierwszy. Charakterystyka zachowań instrumentalnych na wejściu: trąbka szumiąco-sycząca, na sporym pogłosie, w typowej dla Axela sonorystycznej estetyce, intensywnie zawłaszczająca przestrzeń akustyczną spektaklu, kontrabas drżący, złowieszczo dygoczący, perkusjonalia w ciągłym ruchu, zwinne kociska w stanie permanentnego polerowania przykurzonych talerzy. W akustycznym centrum dowodzenia usadowiony jest kontrabas, który mimo sporej masy własnej, potrafi intrygująco szybować. Drugi. Muzyczne skupienie, dbałość o detale brzmieniowe. Pierwszy komentarz recenzenta: każdy czyni tu wiele dobrego, ale póki co, doświadczamy raczej trzech separatywnych ośrodków dźwiękowych. Narracja jest umiarkowanie powolna, ale gęsta w wydarzenia. Sekcja rytmiczna (jeśli w takim trio można posiłkować się tym sloganem recenzenckim) szoruje, trze, jątrzy i pomrukuje, trąbka zaś komentuje przebiegle. Lash lubi pojęczeć na smyku, Turner wciąż jest nadaktywny, choć z tej trójki wydaje dźwięki najbardziej delikatne (jeśli cokolwiek jest tu delikatne). Innymi słowy – silnie wyspecjalizowana, bardzo wytrawna sonorystyka, o nieco post-elektronicznej poświacie. Improwizacja pod koniec tej części wizyty w Cafe Oto, intrygująco zazębia się, zmyślnie trybi, łechtając receptory słuchu niecierpliwego recenzenta. Drugi komentarz tego ostatniego: jeśli perkusja i kontrabas bezdyskusyjnie zachwycają, to trąbka jest nieco separatywna w działaniu i przewidywalna. Trzeci. Od startu – wysoko, jękliwie i piskliwie. Powykręcane, ptasie unisono. Sekcja rwie trzewia słuchaczy, trąbka dmie i szumi. Jakby na przekór ambiwalencjom recenzenta, Axel na moment łapie megakreację i brzmi, jakby był dużą maszyną tkacką (piękne!). Wybrzmienie tego dość krótkiego interwału, zdobi kapitalnym soundem, dobrze rozgrzany kontrabas. Czwarty. Muzycy odrobinę się imitują, każdy chce brzmieć, jak jego partner. Trąbka przypomina sygnałówkę. Narracja jest rwana, nerwowa, ale pełna ciekawych tropów. Muzycy doskonale się słuchają i spontanicznie reagują. Piąty. Druga wizyta w Cafe Oto, czyli będzie się działo! Zaczyna Turner upiornym swingowaniem (szaleniec!). Lash dmie i pojękuje. Dörner płynie wysoko i nie zaskakuje. Dynamizacji tego fragmentu towarzyszy mocny, kontrabasowy walking, który potwierdza konwencję zaproponowaną na wstępie przez perkusistę. Po chwili eskalacja ciekawie rozwarstwia się, czemu towarzyszą mikrosonorytyczne incydenty (Lash ponownie szczytuje, świetnie imitując się z Dörnerem!). Tuż potem smakowite, brzmieniowo perfekcyjne, kanciaste mikrosolo kontrabasu stawia recenzenta do pionu. Znów zwinna eskalacja – muzycy pędzą po złote runo (Lash i Turner na pewno)! Trąbka przypomina wentylator zmienno-cieplny, co zwinnie komentuje szalejący strunowiec. W odpowiedzi tej pierwszej – potok szumu, który nie kreuje ciekawszej sytuacji dramaturgicznej. Szósty. Prenatalne stadium search and reflect: zgrzyty, prychanie i szumy. Udany poziom interakcji wzmaga entuzjazm recenzenta. Trąbka przypomina czajnik z zepsutym gwizdkiem. Kontrabas chyli nam nieba (Lash! Król polowania!), wzbudza wspomnienia z zapomnianej krypty, pełnej umarlaków w stanie wstępnego rozkładu. Akcesoria perkusjonalne też potrafią szumieć. Talerze aż lśnią w blasku wschodzącego słońca.




Le Bruit De La Musique/ Dźwięki Muzyki

Kontrabas solo! Zatem czeka nas akustyczna uczta z delikatną, zapewne, dominacją niskich częstotliwości. W rolę głównego aktora wciela się doskonały brytyjski improwizator, a może przede wszystkim kompozytor, Simon H. Fell. Płyta Le Bruit De La Musique dokumentuje jego solowy występ na festiwalu o takiej właśnie nazwie, który odbył się w jednym z francuskich kościołów w sierpniu 2015r. Zapis koncertu stanowi jeden trak, który potrwa niewiele ponad 37 minut. Nosi on tytuł Berthold Lubetkin i został określony na okładce płyty mianem kompozycji.

Rzecz dzieje się w obiekcie sakralnym, zapewne sporych rozmiarów, zatem dwie kwestie mamy od razu rozstrzygnięte – muzyka docierać do nas będzie na dużym pogłosie, a walory akustyczne nagrania okażą się z pewnością ponadnormatywne.

Na początek spokojne, wyważone pasaże dźwiękowe, generowane z istotnym udziałem smyczka. Struny zdają się być ołowiane, zdolne otwierać nawet zaschnięte wieka trumien. Narracja biegnie od punktu a do punktu b, po drodze bardzo często zmieniając kierunek i intensywność. Sporo dzieje się na gryfie, a fakt, iż muzyka jest w jakimś stopniu skomponowana, w ogóle nie przeszkadza pojawianiu się drobnych incydentów sonorystycznych. Jeśli ta muzyka, pozbawiona prostych rozwiązań, rzeczywiście płynie z pięciolinii, to ta ostatnia najpewniej upstrzona jest podejrzanymi znakami diakrytycznymi.

Simon zdaje się zmienić techniki artykulacyjne, niczym iluzjonista rękawiczki w trakcie dramatycznego spektaklu rozcinania dziewicy na dwie połowy. Gdy cichnie i zwalnia, tworzy miliony mikrozdarzeń akustycznych na pograniczu ciszy. Jego smyczek zdaje się być narzędziem doskonałym w obcowaniu z ogromnym gryfem instrumentu. Choć Simon zwykle ceni sobie w muzyce formę i strukturę, stać go na prawdziwie improwizatorskie szaleństwo wykonawcze. I jest w tym doprawdy znakomity! Około 15 minut, topiąc swoją narrację w elektroakustycznym sosie (choć bez prądu!), kontrabasista decyduje się na drobne wyładowania atmosferyczne – grzmi i dudni, łomoce i szeleści, niczym groźny wicher. A po ciszy… znów burza! Swoisty, gatunkowy melting pot, tak dramaturgicznie, jak i brzmieniowo. Nie brakuje też ostrych, wręcz agresywnych pasaży, prawdziwie piekielnych mikroeskalacji (mimo bytności w kościele!). Muzyk nie ma też najmniejszych problemów, być stawać się na moment ckliwym i romantycznym Romeo, który śpiewa Julii pod balkonem intymne, choć sprośne serenady (okolice 25 minuty). Zaraz potem, jakby stawiał stopę po drugiej stronie mocy – robi się tajemniczy, nieprzenikniony, przystrojony muzycznie na dawną modłę. Finalne minuty prą ku zdeterminowanej sonorystycznie, fizycznej walce z materią strun i ich odpornością na ścieranie. Doskonała płyta!




Four Quartets/ Cztery Kwartety

Teraz kwartet! Tytuł płyty sugeruje aż cztery kwartety, ale ów liczebnik ma chyba jedynie wymiar metaforyczny. Zdecydowanie bowiem zagra jeden kwartet, jakkolwiek - cztery razy, bo tyle będzie odcinków muzycznych. Kwartet nie byle jaki! Trzech młodych, brytyjskich aspirantów sceny improwizowanej w kooperacji z gigantem tejże sceny, który niewątpliwie mógłby być już ich dziadkiem. A zatem: Tom Jackson na klarnecie i klarnecie basowym, Ashley John Long na kontrabasie (także preparowanym), Benedict Taylor na altówce, no i on sam – Keith Tippett na fortepianie, blokach drewna, marakasach i muzycznej skrzynce (cytuję za okładką). Nagranie studyjne z lipca 2014 roku. Jak wspomniałem, cztery odcinki z tytułami, łącznie ponad 72 minuty muzyki. Płyta – to już też powiedziałem – nazywa się Four Quartets.

W odpowiedzi na odpalenie krążka, otrzymujemy dalece współczesną kameralistykę, istotnie rozwichrzoną soczystymi improwizacjami, tak w ujęciu kolektywnym, jak i całkowicie indywidualnym. Nie brakuje tu sonorystyki, subtelnych i skupionych preparacji, ale także ognistych erupcji niepohamowanych emocji, w czym prym wiedzie głównie … nasz weteran! Zadziorna i nieustannie szukająca dziury w całym altówka, jakże konkretny i twardy kontrabas, pozostający w stanie ciągłego komentowania klarnet i man of the match – człowiek orkiestra, maszyna perkusyjna, rytmiczne piano, konwulsyjnie ścierające się z materią dźwiękową na wielu płaszczyzna narracji – a wszystko to w jednych dłoniach, tudzież także nogach. Recenzent nie podejmie się odgadnięcia, jaki jest w tych blokach skalnych muzyki udział czystej improwizacji, a ile pędzi zmyślnie wprost z pięciolinii.

Long i Taylor zdają się być w ciągłej gotowości do improwizacyjnych ekscesów. Jackson raczej przyczajony, nieco ilustracyjny, lubi bawić w lokalnej filharmonii. Tippett czuwa, dopowiada, kontrapunktuje, stymuluje i dynamizuje ów potok dźwiękowy. Częściej jest bowiem perkusistą niż pianistą, jakkolwiek na ogół pełni obie role jednocześnie. Fragmenty dynamiczne przeplatają dostojne pasaże dla wytchnienia. Dwie części płyty są dość krótkie (tu odpoczywamy), dwie pozostałe, to wielominutowe epopeje z milionami zwrotów dramaturgicznych i tysiącami pomysłów na rozwój sytuacji improwizacyjnych. W trakcie trzeciego odcinka (po 10 minucie) wszyscy muzycy eskalują na potęgę i zdają się mieć orgazm dokładnie w tym samym momencie! Skutkiem konwulsyjna, prawdziwie kolektywna, uwolniona improwizacja. To bez dwóch zdań moment kluczowy tej długiej, ale nie za długiej płyty. Ostatni fragment początkowo jest dość nostalgiczny i równie niespodziewany, jak deszcze za kołem podbiegunowym. Ale to jedynie pozór - kompetencje muzyków lśnią już tak wyjątkowo i tak daleko od pięciolinii, że skutkiem tego może być już tylko absolutnie finalna eskalacja! Powerfull!




Fjordgata

Na deser niezwykły smakołyk – John Butcher! Koncert poczyniony na Festiwalu Jazzowym w Trondheim w maju 2015 roku, w towarzystwie młodego, norweskiego kontrabasisty Michaela Ducha. Mistrz zagra, jak zwykle, na saksofonie tenorowym i sopranowym. Koncert w formie jednego traka (45 min.) trafia do nas pod dość tajemniczym tytułem Fjordgata (translator internetowy nie radzi sobie z tłumaczeniem, jedynie sugeruje, iż słowo to pochodzi z języka norweskiego, ale to wiemy i bez niego).

Początkowo muzycy suną nieco imitacyjnymi pasażami, w ramach wzajemnego rozpoznawania się i wstępnego macania (niechybnie grają ze sobą po raz pierwszy, czyli … Derek Bailey już ostrzy sobie pazurki na krwiste free improv). Tenor zaczyna dość wysoko, mając do pomocy kontrabas, całkowicie zgodny z nim w zakresie stroju. Ten drugi jednak w mgnieniu oka schodzi niżej i jurnym smykiem żłobi bruzdy w podłodze. Duże skupienie, silna atencja po obu stronach. Nie brakuje molekularnych, urywanych fraz i prób komunikacji na zasadzie call & response. Muzycy kreują rzeczywistość dźwiękową, przypominającą ideę improwizowania stosowaną przez Johna Stevensa i Trevora Wattsa (Flower). Grają naprzemiennie, aż do momentu uzyskania pełnej synergii. Ci tutaj, 40 lat później, po osiągnięciu owej synergii, grają jednak dalej. Gdy Butcher sięga po sopran, kontrabas też wchodzi w wyższy rejestr i wspólnie plotą odrobinę oniryczny, lekko transowy pasaż (jakież to smakowite!). Kontrabas konkluduje ten moment zwinnie modulowanym zjazdem ku niskim częstotliwościom. Sopran w odpowiedzi kwili jak pisklę, które właśnie wypadło z gniazda. I znów kreatywna interakcja jest siłą tego duetu. W połowie koncertu kontrabas gra ponownie wysoko i nawet przypomina wiolonczelę, do czego, bez słowa sprzeciwu, dostosowuje się saksofon. Muzycy dudnią i skowyczą jak bracia syjamscy. Gdy Butcher powraca do tenoru, Duch boleśnie dygocze. Po 30 minucie w tej wysokogatunkowej narracji dominują przedęcia energetyczne saksofonu, komentowane mikrotarciami na gryfie strunowca. Prawdziwa bestia, prawdziwa piękna. Po chwili, oboje rozkwitają jak kaczeńce na zroszonej łące. Finał koncertu zdaje się być nieco celtycki w brzmieniu, zrównoważony i skupiony. Na prychanie Johna odpowiada Michael i snuje symfonię dźwięków z górnej części gryfu. Imitacja na koniec, niczym restart początku. Delicious!


Specjalne podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!

*) ang. Konfrontacje improwizowane, pierwsza próba wejścia w temat

wtorek, 25 lipca 2017

Bogusz Rupniewski – Muzyka podwójna, czyli jednak Małgorzata i Michał


Pierwsze ślady obecności Bogusza Rupniewskiego w podpoznańskich Wirach datują się bodaj na rok 2014. Zapewne był to przełom stycznia i lutego tego zacnego roku. Wtedy to właśnie w jednym z odtwarzaczy plików muzycznych pojawiała się tajemnicza płyta. Nosiła zaskakujący tytuł (Ostre Noże), a firmowała ją formacja, której nazwa była kosmicznie precyzyjna – Dźwięk-Bud. Połowę kwartetu o takiej właśnie nazwie stanowił … Bogusz Rupniewski. Grał na wiolonczeli i skrzypcach. Jednocześnie. Incydentalnie jedna z jego półkul mózgowych sięgała także po klarnet, duduk, czy kalembę. Taki to zmyślny muzyk.

Akustyczna muzyka improwizowana, nagrana terenowo na targowisku na łódzkich Bałutach, obok filigranowej i wyjątkowo sprytnej muzyki, zawierała także frapujący materiał werbalny, generowany przez tamtejszych kupców. Zachwyt Pana Redaktora okazał się był wyjątkowy i niejednorazowy.

Na ponowne spotkanie z choćby częścią Bogusza Rupniewskiego przyszło jednak czekać ponad trzy lata. W czerwcu br. w poznańskim Centrum Amarant zagrał trzyosobowy tym razem Dźwięk-Bud, a zatem Suavas Lewy (perkusja, elektronika, przedmioty dziwne, nadające się do kompulsywnego stukania i tarcia), połowa … Bogusza Rupniewskiego, czyli Michał Rupniewski (skrzypce, klarnet) i Paweł Sokołowski (saksofon mały i saksofon duży). Koncert był doprawdy zjawiskowy, a brak jakiejkolwiek relacji na tych łamach przypisać można jedynie lenistwu Pana Redaktora. Improwizacje trójki muzyków można podsumować trzema epitetami – ulotność, nietrywialność i przyjemność. Po obu stronach sceny, dodajmy. I to niesamowite wrażenie, gdy muzycy usiedli do stołu i niemal rodzinnie, całkowicie prywatnie improwizowali. Aż chciało się wstać, podejść do nich i przyłączyć się do procesu wydawania dźwięków (choćby szklanką z piwem). Ekscytujące!

Tuż po koncercie, słowo do słowa, a w rękach recenzenta wylądował krążek firmowany przez Bogusza Rupniewskiego! I to on stanowi zasadniczą zawartość naszej dzisiejszej lekcji!




Czas i miejsca zdarzenia: kiedyś w trakcie roku 2015, studia własne oficyny Nasze Nagrania (zapewne Łódź).

Ludzie i przedmioty: Małgorzata Bogusz - Cyganowska – wiolonczela, Michał Rupniewski – skrzypce.

Co gramy: muzyka improwizowana, lubiąca cytaty, także z klasyki.

Efekt finalny: dziewięć fragmentów opatrzonych tytułami, udostępnia od końca roku ubiegłego wydawnictwo Nasze Nagrania, związane personalnie i artystycznie z łódzką sceną prywatnych działań twórczych *). Tytuł płyty, to Zweiheitsmusik. Tytułem wykonawczym jest – co oczywiste – Bogusz Rupniewski!

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Przejazd. Upalony, zabrudzony gotyk wymieszany z barokiem. Strunowce płyną i czerpią energię z chmur. Bogactwo niuansów. Rozgrzane smyki orają gryfy wyuzdanym szelestem. Skrzypce iskrzą, wiolonczela dygocze.

1. Sonorystyczne mięso po raz pierwszy! Eksplozja wyobraźni skrzypka (jego instrument potrafi wydawać nawet dęte dźwięki!) w opozycji do perkusyjnych zachowań wiolonczelistki. Dynamika i ekspresja w służbie brutalnego i pięknego sonoryzmu. Szaleńczy bieg po złote runo. Wiolonczela płynie nisko i długimi, lekko zmutowanymi pasażami zdziera lakier z parkietu. Nazwa podmiotu wykonawczego szczytuje swą adekwatnością – to doprawdy jedno muzyczne ciało! Wiolonczela potrafi być groźna na rockowy sposób, skrzypce dla odmiany - ckliwe i romantyczne. Muzycy zdolni są zmieniać swe role raz na kilka sekund. Tryby i kierunki tej wybuchowej improwizacji pozostają w stanie permanentnej zmiany.

Pasakal ia. Ubrudzony skowyt wyrwany z partytury Bacha, w momencie nieuwagi mistrza. Strings Go to Heaven! Wiolonczela drży, pulsuje, imituje. Skrzypce krzyczą wyjątkowo pięknym tembrem, łamanym zrywaniem strun i żylastym brudzeniem narracji. Prawdziwa artystyczna anarchia drzemie w tych muzykach – każdy czysty dźwięk komentują rysą, zadrapaniem lub istotną modulacją dźwięku! (Od redakcji: recenzent wije się zachwytu i nie jest w stanie notować w swoim kajecie).
           
Wiązowa. Muzyka konkretna, która niespodziewane wpadła w sidła pełnowymiarowego sonore. Skrzypce stukają, ich struny siłują się ze sobą (rozszerzone techniki artykulacyjne! – podpowiada przemądrzały recenzent). Otwór gębowy czyni tu powinności dodatkowego pudła rezonansowego. Wiolonczela rzeźbi smykowe pasaże znów brudnym, niskim soundem.
           
Zweiheitsmusik. Wiolonczelistka zgrabnie palcuje na gryfie, jakby miała w rękach kontrabas. Skrzypce wyją w poszukiwaniu nowej gramatyki strunowych eskalacji. Muzycy brną pozornie ślamazarnymi ruchami, ale w ułamek sekundy potrafią przyjąć samoeskalujący się krok taneczny! Za moment znów stają w miejscu i pytają o drogę. Kolejne bardziej dynamiczne wydarzenia akustyczne kąsają urodą, godną całej historii prostych instrumentów strunowych. Improwizacyjne, akustyczne szaleństwo, które nie obawia się folkowych naleciałości. Swarne skrzypeczki i zaskakująca powagą wiolonczela!
           
2. Znów tytuł cyfrowy, zatem gubimy melodykę, odstawiamy rytm na boczny tor i szukamy nowych dźwięków. Zdzieramy struny, rozwiercamy przestrzeń spektaklu wkrętami wielkości bomby atomowej. Zadziory, eskalacje, wulgarnie piękne dźwięki, krew, pot i łzy. Tempo majestatyczne, muzyka toczy się jak walec, dygocze i szeleści . Skrzypce eksplodują! (orgazm recenzenta! … brak bliższych szczegółów).
           
Grembach. Suche dźwięki, zastygły pot. Muzycy bez trudu osiągają wyższy poziom głośności (zdają się być odrobinę agresywni). Płyną imitacyjnie w wysokim rejestrze. Aż do utraty tchu! Tanecznie, melodycznie, trochę groteskowo (wszak możemy tu zagrać każdy dźwięk!). Ze skrzypiec znów kapie góralskim zaśpiewem. Z wiolonczeli podobnie.
           
O Presviataya Mariye Devitse. Czas wytchnienia smakuje delikatnie przypalaną muzyką dawną. Pachnie przaśnym średniowieczem – melodia z chorału, sążnisty rytm i lekkie zadziory mutowanymi dźwiękami. Programowe brudzenie, fermentowanie przebiegu narracji. Ten ciężki poród ma swój ciąg dalszy – wykluwa się z niego podwójny potok czystych, dziewiczo nieskalanych myślami zdrożnymi, wolnych strunowców. Piekielnie boska modlitwa nad dogasającym pogorzeliskiem świata. Prześwięta Maria Dziewica krwawi – wersja dla odszczepieńców gatunkowych.

Sen. W tej sytuacji dramaturgicznej, finałowa pieśń nie może nie mieć takiego tytułu. Kameralistyka w domu z wampirami. Krypty, zaciemnione, niedoświetlone. Akustyczna post-meta-elektronika bez grama prądu. Oniryczny flow, która zmusza do snu, którego z pewnością nie spuentuje słoneczny poranek. Tu piękno jest zakazane! Duch smykowego Spontaneous Music Ensemble (Coombes and Wood!) dopada recenzenta. Finalna eskalacja smakuje, nie tylko dlatego, wyjątkowo i niepowtarzalnie.





*) Określenie własne autora, jakkolwiek o tych działaniach warto kiedyś napisać słów parę.
**) Dokument fotograficzny z koncertu Dźwięk-Bud, Poznań, Amarant, 28 czerwca br.