poniedziałek, 10 grudnia 2018

Dörner! Fernández! Prats! Venusik on Air!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: 2 listopada 2017 roku, Studio Rosazul (Barcelona).

Ludzie i przedmioty: Axel Dörner – trąbka i elektronika, Agustí Fernández – fortepian, Ramon Prats – perkusja i instrumenty perkusyjne.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana (all music by the musicians).

Efekt finalny: pięć improwizacji z tytułami, łącznie 50 minut i 4 sekundy. Wydane pod nazwiskami muzyków i tytułem Venusik przez Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series. Dostępne na rynku od 9 listopada br.




Przebieg wydarzeń/wrażenia subiektywne:

AEM. Układ przestrzenny na początku tej opowieści, od lewej spoglądając, jest następujący: preparowane piano, cicha, ambientowa trąbka i preparowana perkusja. Obie flanki zdają się grać niezwykle podobnie, arsenał dźwięków, jakie wydają jest bardzo zbliżony (co będzie charakteryzować zdecydowaną większość czasoprzestrzeni tej rejestracji). Środek od startu grzmi, złorzeczy przytłumionym głosem, prycha i sapie, dudni, trwa i trudno jest precyzyjnie wskazać, za które dźwięki jest w pełni odpowiedzialny. Tymczasem na bokach ciężkie, preparowane oddechy akustycznych przedmiotów, szelest, meta szum, głucha fonia. Elektronika przytwierdzona do blaszaka delikatnie gotuje się w szorstkiej brytfannie. W 4 minucie, to elektroakustyczne przymierze grzmoci na potęgę, a flanki w ramach reakcji spokojnie eskalują się (ze strony Ramona więcej akcentów perkusyjnych). Narracja staje się gęsta, rwana, dalece emocjonalna – mnóstwo dźwięków w jednostce czasu.  W 7 minucie Axel dmie głośniej, puszcza duże bąble powietrza. Po chwili cała trójka efektownie szuka finałowej ciszy.

SSO. Wstęp smakuje post-industrialnym chaosem! Agresywny drumming, piano po raz pierwszy zdaje się generować dźwięki samą klawiaturą, trąbka brzmi akustycznie. Kind of progressive free jazz as well! True power trio! Muzycy śmiało decydują się na galop. Wrzący tygiel narracji zieje ogniem. Fire music! Po 4:44, kolejny świetny finisz, tu na klawiaturze i suchym werblu i tomie.

SRON. Gęsty las stylowych preparacji z trzech źródeł. Trąbka prycha dość miarowo. Nie pierwszy popis small drummingu ze strony Ramona (to jego królestwo!).  Skupiona marszowa narracja, które ewidentnie szuka pretekstu do pełnowymiarowej eskalacji. Axel trochę rozrabia, prawdziwy zuch! Zgodnie z oczekiwaniami, muzycy biorą się za łby i zwinnie rozpędzają. Dźwięk za dźwiękiem, oddech za oddechem. Axel dmie do samego nieba i stymuluje poziom hałasu. Agusti tonie w kolejnym spazmie zmysłowych preparacji. W 6 minucie nagłe spowolnienie – kołyszące fale fonii, płaty ambientu, zapach oniryzmu, bardzo płynna masa półdźwięków. Piękny moment! Wszystko wokół szumi, delikatnie szeleści, a parametry trzeciego odcinka zerują się w oczekiwaniu na czwarty fragment płyty.

SUPARCO.  Czwarta historia wyłania się z mgły, obrośnięta jest wilgotną paprocią. Axel psychodelizuje na zwolnionym pogłosie, Agusti zdaje się być zaplątany w najdalsze struny. Poziom kreacji rośnie w uszach, dynamiczne dźwiękotwórstwo wedle sygnałów eskalowanych przez trębacza. What a game! Piano wpada w dron, trąbka podobnie, ale pasmo wyżej, nadaktywny drumming! Epicki rozmach, wodotryski piękna! Na finał komentarz Agustiego wprost z klawiatury, repetujący syk trąbki, orgia talerzy, wreszcie szczypta post-elektroniki.




SNSB. Muzycy zdają się mieć dużo czasu, ostatnia opowieść tego wieczoru znacząco bowiem przekroczy 17 minutę. Preparacje na flankach, mikro drony trąbki. Sytuacja dramaturgiczna tylko pozornie wydaje się znajoma. Small talk Agustiego i Ramona w oczekiwaniu na zdanie odrębne ze strony Axela. 4 minuta i wszystko w tej zabawie cudownie klei się do siebie. Strongly molecular! 8 minuta i obie flanki aż drżą z podniecenia, a trąbka śpiewa piosenkę post-nuklearną. Nie rzadko instrument Agusti brzmi jak percussion, równie często Ramon sprawia wrażenie, jakby siedział przed klawiaturą. A Axel płynie bardzo szerokim strumieniem. Zdecydowanie groźny moment wieczoru, prawdziwy taniec nad przepaścią. Temperamenty buzują, emocje w rozkwicie. Pianista wpada w trans, już dawno zapomniał, jak się nazywa. Trębacz repetuje, a talerze drummerskie toną w ogniu. Tak upływa nam 13 minuta finału.  Uzasadnione dramaturgicznie spowolnienie odbywa się w niebanalnych oparach elektroniki. Agusti pokornie wraca na klawiaturę, jest wszakże demoniczny i chytrze zawłaszcza znaczną połać narracji. Axel znów śpiewa, a Ramon sprawdza temperaturę werbla i tomów. Struktura finału tryska urodą. Nie brakuje małej eskalacji. Dobitne stemple elektroniki, coś delikatnie huczy w oddali. Kompletnie nie wiemy, kto lub co, odpowiada za ostatni dźwięk na planecie Venusik.



piątek, 7 grudnia 2018

Tomo Jacobson’s Twelve Twin Tales! Dwanaście Opowieści Bliźniaczych!


Budynek sakralny w Kopenhadze, już wprawdzie pozbawiony sacrum, ale nadal wyposażony w fenomenalną akustykę. Raz w miesiącu, jeden i ten sam człowiek nagrywa muzykę na kontrabas solo (raz zabierze też flet, innym razem skrzypce). Nagrania rejestruje i wydaje na dwunastu płytach, która także ukazują się w cyklu miesięcznym. Koncept, który rodzi nową opowieść raz na trzydzieści dni. Płyty mają formę cd-r, proste, kartonowe opakowania z grafikami muzyka. Każda produkowana jest w nakładzie 25 sztuk i personalnie dedykowana poszczególnym członkom rodziny muzyka, jedna zaś samemu Williamowi Parkerowi.

Panie i Panowie, Tomo Jacobson – polski kontrabasista, kompozytor i improwizator rezydujący w Kopenhadze - solo w dwunastu odcinkach! Zapraszam do odczytu efektów odsłuchu wszystkich nagrań cyklu.




Opowieść styczniowa (10 części, 37:48)

Pierwszą historię zaczynamy barokowym, lekko upalonym smyczkiem, który testuje wytrzymałość strun na ścieranie. Krok za krokiem muzyk i jego pokaźny instrument szukają drogi do rozwiązań sonorystycznych. Śmiertelnie piękny flow. W drugim odcinku akcja dramatu nabiera rumieńców. Kontrabas zdaje się śpiewać pieśni paschalne, a sam smyczek multiplikować. Chocholi tanieć, jakże bystra technika. W trzecim wielki strunowiec przypomina instrument perkusyjny. Repetuje w warunkach akustyki doskonałej. Narracja jest gęsta, jakby podwójna, jakby Tomo miał cztery ręce. Stygmatyczna opowieść toczy się wartko. Czwarty odcinek startuje w poziomu głębin sonorystyki kontrabasu. Zimowy wicher, suchy w dotyku gotyk. Piąty znów galopuje, aż struny skrzypią. Szósty - późny, rozimprowizowany barok, zatrzymany w czasie, bez prawa powrotu. Jak dobrze, że obok Tomo nie ma nikogo, kto mógłby przeszkadzać. Siódmy – rozedrgany, płynny smyczek, jakby nowy wątek w styczniowej opowieści. Gęsta historia, ale z dużą przestrzenią foniczną do zagospodarowania. Ósmy brnie wyżej, ciszej, ale jeszcze dosadniej. Taniec sprawiedliwych przy mocno upalonych świecach – barok szuka drogi do piekła i znajduje szlak. Na finał krzyk. Przedostatni odcinek powraca do wątku tanecznego. Szyty jest pięknym, gęstym ściegiem z cekinami, dynamicznie rwie się do przodu. Ostatni fragment mruczy spode łba, dudni, grzmi i złorzeczy! Jakże błyskotliwy wstęp do dwunastotomowej historii. Rodzaj artystycznego portfolio, pokaz możliwości muzyka. W każdej kolejnej części będziemy pogłębiać jeden z wątków, tu, w trakcie styczniowej opowieści zapoczątkowanych.





Opowieść lutowa (16 części, 40:05)

Koncept jest następujący – drewniane przedmioty wchodzące w fizyczny kontakt z kontrabasem. Miniatury, które łykają czas w tempie, które niemal gubi wrażenia recenzenckie. Najpierw perkusyjne intro - aktywny smyczek, duża fonia w pięknej akustyce, tuż obok skromny pasus grany pizzicato (czyżby symultanicznie?). Na wybrzmieniu moc meta bębnienia. Drugi odcinek repetuje, akcenty perkusjonalne ponownie w ofensywie. Trzeci, to szpachlowanie, powtarzalne heblowanie. Czwarty – coś tańczy na strunach, mantrycznie kołysze, na samym dole wpada w delikatny rezonans. Piąty – stukot koni po betonie, afrykański polirytmia, only drumming. Szósty – miarowe, dźwięczne pizzicato. Rytm i krew na palcach. Siódmy – przesuwanie mebli, turlające się po podłodze pałeczki, struny w nieładzie – piękny chaos sytuacji zastanej. Ósmy – mała taśma produkcyjna. Dziewiąty – stopa perkusji bije w rytmie zdrowego serca, wokół rezonują równie nierzeczywiste talerze. Dziesiąty – powrót do strun, mantra dla szczególnie niepobłogosławionych. Jedenasty – szmery, szuranie, martwe mewy na suchym pokładzie, rytm, który żyje z repetycji. Dwunasty – stukot z lewej, stukot z prawej, dwie narracje, które nakładają się na siebie, znów akcenty perkusjonalne dominują nad strunowymi. Trzynasty – struny w delikatnym galopie. Tu, gdzie improwizacją jest zastosowana forma i dobór przedmiotów, nie zaś sam charakter narracji. Taneczny flow! Czternasty – struny brzęczą, jakby sitar, nie kontrabas wydawał tu dźwięki. Piętnasty tonie w sonorystyce, szesnasty zaś godny jest finału! Struny kroją przestrzeń, zwiastują wielkie zakończenie. Podobnie tak początek, tak i koniec płyty stworzą najdłuższe opowieści. Zapach dalekiego wschodu, Japonii, Chin… Doskonały encore jakże eksperymentalnej płyty.


Opowieść marcowa (14 części, 40:52)

W ramach artystycznego samoograniczenia, w trakcie marcowej opowieści muzyk grać będzie wyłącznie palcami. Mały hołd dla tych dwunastu interwałów, które stanowią budulec prawie całej muzyki tego świata i ekspresji związanej z fizycznym aspektem grania na kontrabasie. Start wyznacza dźwięk strun rwanych rytmicznie. Cześć druga – te palce mogą naprawdę boleć! Mięsisty, masywny, ekspresyjny dźwięk. Na wybrzmieniu krok w kierunku kojącej ciszy. Trzecia narracja jest zwiewna, ulotna, taneczna, zaś czwarta powolna, realizowana przez minimalny zasób sił i środków. W trakcie piątej, palce muzyka ślizgają się po strunach, szukając punktu zaczepienia. Rodzaj trudnego marszu do domu po dobrze zakrapianej imprezie, gdy każdy stawiany krok jest wyjątkowo ważny. Szósta część realizuje się w dynamicznym półgalopie. Palce zwinne jak kocięta, które gonią za myszą. Siódma niczym slide guitar, bardzo płynna zaprawa. Dobry wstęp do ósmej, która ma klimat kameralistyki na lekkim speadzie. Delikatnie i dźwięcznie, lekko i frywolnie. Dziewiąta część rzuca nam w twarz niemal rockowe akordy, smak stylowego swingu i mrocznej zadumy. Kolejny fragment zdaje się kontynuować wątek, choć czyni to odrobinę innym metodami – zagubiony pasikonik skacze po łące i czyni cuda. Jedenasty wiedzie wysokim wzgórzem, filigranowy barok dla złych kobiet. Dwunasty znów szuka swych rockowych korzeni – szybko, wyraziście, tak siłowo, jak i zmysłowo. Trzynasty, to garść zadumy w trakcie marszu w nieznane, ostatni zaś stawia na repetycję i pozdrawia wszystkich minimalistów tego świata. Nastaje cisza.





Opowieść kwietniowa (6 części, 34:30)

Skok do świata flażoletów. Brzmienie stworzone z naturalnych i sztucznych harmonii, przy użyciu kontrabasu z różnym strojem.  Na otwarciu spokojny, półbarokowy smyczek. Delikatny rezonans, specyficzny zaśpiew z samych trzewi strunowca. Druga część, to tonalna, a może wręcz atonalna ekspozycja. Ciąg dalszy eksperymentu ze strojem – tryskająca po ścianach urokiem własnym, minimalistyczna opowieść z posmakiem psychodelii pomiędzy strunami. Trzeci fragment znów tonie w zaśpiewie, łabędzim skowycie. Po paru chwilach ostrzejszy, lubieżny taniec-połamaniec. Krzyk, wrzask, bez odkupienia – doskonałe! Kilkunastominutowa perła w całej kolekcji! Smyczek wrze, podczas gdy struny wchodzą w fazę silnego orgazmu. Czwarty – skok ku wyżynom, niczym dęciak w trakcie mocnego sonore. Strój zdaje się być renesansowy, a może nawet romantyczny. Po chwili tembr kontrabasu pięknie zabrudza się, a sama narracja wpada w multiplikację. Piąty jest miniaturą, w trakcie której zdzieramy struny, przykład muzyki dawnej granej zdecydowanie tu i teraz. Część finałowa tej barwnej i wyjątkowo urokliwej płyty, zdecydowanie schodzi o piętro niżej. W poszukiwaniu dna, średniowiecze kona w bólach, a my zrywamy flagi z masztów. Slow motion flow, a kind of seminal sustained piece – rzecze recenzent językiem Szekspira, gdy mu własny odpowiednich słów nie podpowiada. 


Opowieść majowa (4 części, 38:07)

Trzy partie kontrabasu, nagrane rozłącznie, tworzone jednak z myślą, iż będą całością. Na etapie post-produkcji zlepione w jedną historię. Pieśń otwarcia zaintonowana zostaje przez groźne smyki brutalnie wbite w czeluść strun. Niski, barytonowy skowyt jest udziałem dwóch z nich, ten trzeci płynie wyżej, jakby nieco ślizgał się po wezgłowiu struny. Biała akustyka trzech brunatnych rumaków. Na finał tej dość epickiej części, wszystkie wyposzczone do galopu. Druga historia rodzi w szumie pogłosu, trochę pizzicato, garść macanek po pudle, rodzaj półtańca na wypolerowanej podłodze. Trzy warstwy dźwięku, każda jednak płynie na nieco innej wysokości, choć każda zdaje się mieć to samo do powiedzenia. Pod koniec jeden z kontrabasów dostaje się we władanie smyka i barwnie rozmazuje szkliwo improwizacji.  Trzecia pieśń, to jurny galop od pierwszego dźwięku. Palce na strunach i lekki przester tworzą klimat nieoczywistej grozy dramaturgicznej. Tu, jakbyśmy mieli do czynienia z tą samą historią opowiadaną z trzech punktów widzenia. Wspólna zaś dla każdego z nich jest skłonność do tańca i pewna doza frywolności. Narracja jest wartka, zmiana goni zmianę w tej brutalnej trójprzestrzeni. Po 6 minucie błyskotliwy stopping i karkołomne tłumienie brzmienia. Finał płyty – mocarny smyczek na lewej flance, pozostałe dwa instrumenty leniwie przeciągają się po zbyt trudnej nocy. Drobne niuanse tonacyjne tworzą coś na kształt muzyki dawnej, tu wszakże w wersji piekielnej. Dla przeciwwagi – akustyka jest niemal boska. Im dalej w las, tym bardziej pod górę, a całość wprost pięknieje w oczach i uszach. Finał muzyk osiąga stojąc na palcach. Takie te smyki wysokie!





Opowieść czerwcowa (1 część, 36:03)

Ponownie muzyk postanawia konstruować swoją improwizację warstwowo. Tym razem kontrabas wspomagany będzie przez flety. Historia dla odmiany jest jedna, niepodzielona na jakiekolwiek podhistorie. Start ma zdecydowanie epicki i … wielowarstwowy charakter. Multifonia, polifonia, metafonia, fletofonia – głęboki las, pełna transcendencji swoboda. Kontrabas w dosłownym znaczeniu wchodzi do gry dopiero w 4 minucie. Choć flet/ flety wcale nie milkną. Płynnie idą w taniec przy wtórze smyka, która bystro kwili na boku, bądź łagodnie pojękuje, mając wyłącznie złe myśli do przekazania. Jakby muzyka dawna zagubiła się w zbyt gęstym lesie i po latach została cudownie odnaleziona. Uroda smyka, jego smagły strój i leniwy tembr, wszystko to tworzy aurę niebywałej natury. Gdy flet/ flety milkną, kontrabas zostaje sam na placu boju i stroszy pióra niczym Paw Królowej. 15-16 minuta upływa mu niewinnie na twórczym minimalu. Konsekwentnie żłobi bruzdę w ziemi. Smaki się zmieniają, piękno akustyki nie mija. Po czasie narracja jakby gęstnieje, ale niespodziewanie zaskakuje ją chwila cisza (21 minuta). Nowy wątek pleciony jest pizzicato, a recenzent znów ma wrażenie, że Tomo ma jednak więcej niż dwie ręce i dziesięć palców. 27-28 minuta przysparza aurze nagrania taneczności i śpiewności. Od 33 minuty zaczynamy wsteczne odliczanie. Powraca flet/ flety, są i zwinne palce na strunach – what ever you want! Finał płyty zdaje się być repliką początku, z gałką potencjometru przesuniętą zdecydowanie w prawo.


Opowieść lipcowa (1 cześć, 38:50) i opowieść sierpniowa (1 część, 40:39)

Na letnie płyty cyklu składa się dyptyk – długie utwory tworzone w estetyce minimalistycznej. Lipiec grany techniką pizzicato czyli szarpaniem strun palcami, sierpień – arco, czyli dręczeniem strun smyczkiem.

Odcinek palczasty Tomo zaczyna pasusem do złudzenia przypominającym tętent koni w drobnym galopie. Jeden akord, jeden koń, rzekłby poeta. Siła repetycji wsparta małym rezonansem na trzeszczącym z wysiłku pudle kontrabasu. Determinacja, determinizm, kreacja, improwizacja aż do źródeł istnienia dźwięku. Narracja bardzo delikatnie, ale systematycznie ubogaca się. W 9 minucie następuje minimalna zmiana ściegu na gęstszy. Muzyka wszakże zgrabnie nas kołysze i nigdzie nie pędzi. W powietrzu czuć delikatny swąd rocka, co może być uznane za puentę powrotu do repetytywnego minimalu z początku płyty. Kolejny zwrot dramaturgiczny polega na zejściu w zakresie poziomu głośności o stopień w dół. Narracja wisi na cienkim sznurze, jej czas stoi w miejscu, a ona sama haczy się o strunę, repetuje i gawędzi. Niektóre struny są jakby silniej szarpane, a sam finał nagrania bardziej dosadny akustycznie, wsparty echem, pogłosem, oddechem chwili. Wybrzmiewanie skrzy się wyjątkową urodą.




Odcinek smyczkowy startuje z wyjątkowo niskiego pułapu. Płynie, błyszczy jak barok ze wspomaganiem. Intensywny, bardzo emocjonalny flow. Kind of ancient fire music. W okolicach 7-8 minuty zwinnie wycisza się. Dwie, trzy minuty później popada w lekki trans i tli się stylowymi mikro eskalacjami. Po kolejnych pięciu minutach sukcesywnie zaczyna wchodzić w wyższy rejestr, czemu towarzyszy krzyk akustyki doskonałej. Tuż przed 20 minutą emocje ponownie rosną, Tomo czyni kolejny krok w kierunku artystycznego szaleństwa. Wysokooktanowa, gęsta ciecz narracji. Tuż potem zjazd w dolinę. Rzeź niewiniątek na niedźwiedzim rykowisku. W 30 minucie buzująca wyobraźnia muzyka, ale i recenzenta, podpowiada nowy termin – doom deep bassing! Pięć minut później kolejna droga na szczyt. Zmysłowe pojękiwanie, gotycka bojaźń i drżenie. Wybrzmiewanie godne wszystkich mistrzów!


Opowieść wrześniowa (1 część, 29:47)

Koncept generowania dźwięku w trakcie opowieści przełomu lata i jesieni jest następujący – Tomo gra do mikrofonu. Za nim stoi głośnik. Sygnał z mikrofonu przedostaje się na taśmę na szpulach i wykonuje drogę powrotną – przez głośnik – do muzyka. Dostaje pogłosu i ponownie nagrywa się przez mikrofon. Rodzaj kosmicznego loopa, wielowarstwowej historii … jednowątkowej. Reel-tape-run-delay system, by zacytować opis płyty dziewiątej.

Pierwszy dźwięk płynie do nas wprost ze strun, z pogłosem i gwizdem. Repetycja, półtrans, karkołomna fizyka skromnej palcówki na dużych strunach. Wszystko tańczy, wszystko śpiewa. Po kilku minutach do gry wchodzi smyczek. Płynnie, szumi, zawodzi, skowycze. To, co dociera do naszych uszu, byłoby akustycznie niewytłumaczalne, gdyby nie konstrukcja opisana na wstępie. Sto tysięcy warstw fonii, multiplikacje, koniunkcje, wielka orkiestra dźwięków niemożliwych! Po czasie pięknie się wytłumia, oniryczna magia muzyki pradawnej. Skowyt męki pańskiej, mojej i twojej. 15 minuta przynosi foniczny atak z samego dna, rodzaj wyjątkowo niskiego, pulsującego drona. Stukot nieokreślonych przedmiotów o twardą podłogę. Fala uderzeniowa pogłosu, a zaraz potem taneczne podrygi na gołych strunach. Mrok meta przestrzeni, chaos tła, mantryczna, polifoniczna palcówka na strunach. Wyjątkowe nagranie w całym cyklu, wieńczone niemal ambientowym wybrzmiewaniem.




Opowieść październikowa (1 część, 37:20)

Kontrabas zostaje w magazynie, w bezdomnym kościele pojawia się muzyk i skrzypce, po które nie sięgał przez poprzednie 25 lat. Od startu dociera do nas sążnista struga dźwięków, tworzonych, przynajmniej na wstępie, w oparciu o klasyczne konotacje stylistyczne. Mnóstwo skojarzeń, radość bycia z czystym dźwiękiem. Pogłos przestrzeni znów czyni akustyczne cuda. Dużo zmian narracyjnych, niemal co kilkadziesiąt sekund. Muzyk ewidentnie cieszy się z faktu, iż gra na skrzypcach. Przez głowę przetaczają się wspomnienia, zapomniane chwile i moc pozytywnej kreacji. Śpiew ptaków tuż pod chmurami. Pomiędzy nimi znamienne mikro interwały ciszy. Narracja jest stylowa, wyrazista, muzyk wziął instrument w pełne władanie. Dużo drobnych, filigranowych ekspozycji, znamionujących poważny poziom artystycznych kompetencji. 14 minuta, faza półbaroku, siła minimalizmu i trawestacji. Surowy sznyt piękna, buńczuczna odwaga zderzania się ze wszystkim, co napotkasz na drodze. Po zagęszczeniu ściegu, smakuje jeszcze dobitniej. 20 minuta, to z kolei faza stopowania i poszukiwania małych, pojedynczych ekscytacji. Sonorystyka ptasiego pióra, które unosi się na nieboskłonie. 25 minuta, molekularne cuda na gryfie, mikro ambient na wilgotnych strunach. Z tego tygla zdarzeń rodzi się, nieskrępowany czymkolwiek, wrzask skrzypiec, które po latach odnalazły prawowitego właściciela. Taniec, galop, ekstaza, to kolejne fazy tej strunowej epopei. Po 30 minuta nowy wątek, zanurzony w dokonaniach całego baroku tego świata. Uroda dźwięku tryska po ścianach.


Opowieść listopadowa (1 część, 35:59)…

… jest rezultatem kontemplacji związku pomiędzy graniem i .. niegraniem muzyki. Jej pierwszym wymiarem dźwiękowym jest pizzicato grane w mroku ciszy na wytrawnym minimalu. Konceptualne wycofanie, zaniechanie, kreatywne zawieszenie procesu, powstającego pomiędzy myślą, a dźwiękiem. Powolność, krok za krokiem, stawiane z należytą pieczołowitością. Szeleszczące, niemal bezdźwięczne sitowie. Akcja, reakcja, cisza, re-cisza. Brzmienie kontrabasu nieco wytłumione, a może jedynie gaszone przez pogłos. W 9 minucie w odległej krypcie budzi się smyczek. Suchy, niepokojący tembr. Urokliwe akustycznie dźwięki, które dobywają się z instrumentu z pewną dozą boleści, w rezultacie cesarskiego cięcia. Po pokonaniu pierwotnego strachu, idą jednak w wysoki taniec, a sama narracja gęstnieje. W dalszej kolejności – zjazd w dół, popiół i mgła, a potem znów ku górze. Przed 20 minutą smyk ma chwilę przerwy. Rodzaj konstruktywnego chaosu i rozwichrzenia na ciepłym gryfie. Leniwy pośpiech, która szuka półgalopu i na krotką chwilę znajduje go. Po 30 minucie powrót do minimalizmu, charakterystycznego dla początku tej płyty, granego pizzicato.




Opowieść grudniowa (1 część, 39:53)…

… stanowi, wedle słów artysty, próbę podsumowania cyklu i doprowadzenia go do końca. Przy okazji przykład, iż podsumowaniem niesamowitej serii solowych ekspozycji może być … prawdziwie niesamowity finał. Niski ryk nienasyconego niedźwiedzia, pobudzanego do życia ołowianym smykiem – to sytuacja wyjściowa dla ostatniej opowieści. Dron budowany jest minimalistycznie, precyzyjnie, z saperską odpowiedzialnością za czyny i słowa. Narracja narasta w tempie charakterystycznym dla umarłego żółwia w półgalopie. Rodzaj powolnego transu umierania, wychodzenia ze skóry codzienności. Schodzenie w dół, krętymi schodami, po jednym milimetrze na godzinę zegarową. Opresyjność drona zdaje się systematycznie narastać, a faktura pęcznieć. Sam dźwięk zdaje się stawać niezwykle inwazyjnym dla ucha odbiorcy. Godzina za godziną, dzień za dniem. W 20 minucie dron smagnięty został tłustym batem. Ziemia drży w posadach. Po 25 minucie tej karkołomnej ekspozycji zaczynamy odnosić wrażenie, że narracja zaczyna cofać się, równie konsekwentnie, jak wcześniej narastała. Niechybnie artysta rozpoczął już drogę powrotną. Oto dwunasta płyta cyklu, którą podsumować można jednym zdaniem, można jednak o niej całą książkę napisać. Jeśli mielibyśmy się o coś spierać, to jedynie o to, czy wchodzenie na szczyt było bardziej spektakularne, niż schodzenie do punktu startu. Retoryka ostatniego zdania nie milknie wraz z zakończeniem emisji dźwięku.
  

Nagrane w okresie 29 stycznia 2017 – 31 grudnia 2017. Miejsce nagrania: Koncertkirken (Kopenhaga, Dania).


Płyty dostępne są tutaj: https://tomojacobson.bandcamp.com/



wtorek, 4 grudnia 2018

The Robadors Quartet! Chant, Mezquida, Nästesjö and Prats at 19:30!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: 9 lipca 2014r., Studio 44,1, Girona, Katalonia.

Ludzie i przedmioty: Tom Chant - saksofony, Marco Mezquida - fortepian, Johannes Nästesjö – kontrabas oraz Ramon Prats - perkusja.

Co gramy: muzyka improwizowana, pod którą podpisują się jej twórcy, czyli muzycy tworzący kwartet.

Efekt finalny: osiem improwizacji, opatrzonych tytułami (łącznie 56 minut i 32 sekundy), wydanych pod szyldem The Robadors Quartet i tytułem 19:30. Dziesiąta pozycja w katalogu Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series. CD dostępne od 23 września br.




Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

75.3. Intensywna rozgrzewka sekcji rytmicznej, parchy z tuby saksofonu, cisza nad klawiaturą. Pianista nadchodzi z głębi sceny, jest precyzyjny, od startu buduje meta narrację, rodzaj nadbudowy dla silnie pobudzonego kontrabasu i perkusji. Saksofon kreśli pętle i komentuje zza winkla. Kwartet zdaje się być masywną, samoeskalującą się freejazzową maszyną. Demokracja, solidarność, pełna koherentność, to elementy stabilizujące wewnętrzny tygiel emocji. Po pierwszym wytłumieniu, zwinne solo kontrabasu, w tle talerze i małe sonore wprost z tuby. Interakcje dalece trafne, w pełni intuicyjne, brak znamion złych decyzji, co do przebiegu dramatu. Precyzja i skrupulatność, to kolejne atuty formacji. Także w trakcie czupurnych galopad. Tu, ta ostatnia znów jest zwinna, drobiazgowa, niemal molekularna w strukturze. Prawdziwa eksplozja kreacji, wyobraźni i dobrze użytego warsztatu artystycznego. Finał najdłuższej ekspozycji na płycie ma konsystencję ciekłego oleju, a krew leje się po ścianach z mistrzowską gracją!
 
79.3. Spokojniej, po kantach, wzdłuż nadbrzeży. Aktywne piano, tańczące klawisze. Bystre reakcje pozostałych instrumentów. Świetna komunikacja, akcja goni reakcję, synteza puentuje tezę. Znów precyzyjne niczym szwajcarski zegarek, całkowicie swobodne improve, jakby dziergane na bazie nieistniejących predefinicji procesu. Małe frazy, dialog w opozycji do nieakceptowanego monologu. Bystry galop na finiszu, to oczywista konsekwencja.

78.8. Smyczek na gryfie kontrabasu wprowadza nas w szczegóły kolejnej opowieści. Preparacje pod klawiaturą, zwinny, mały drumming. Saksofon pojękuje w samym środku tuby. Narracja kroczy dumna jak paw. Szczypta sonorystyki, saperska sekcja bez rytmu i melodii. Ogrom dźwięków i interakcji w jednostce czasu. Piano z klawisza w ramach puenty.
  
78.2. Piano od startu łapie rytm i buduje dynamiczne intro. Porywa tłumy, w tym także pozostałe instrumenty. Galop w mgnieniu oka! Sopran przebija się przez ścianę dźwięku, generowanego przez mocny kontrabas i zabójczą perkusję – Johannes i Ramon zdają się stemplować każdy skrawek czasoprzestrzeni tego nagrania. W 4 minucie lekkie wytłumienie, które odbywa się jednak bez hamowania. I do razu nowa, równie dynamiczna opowieść. Muzycy nie pozostawiają sobie, ani słuchaczom chwili wytchnienia. Non stop free erotic dance! Sam finał zaś zaskakująco nostalgiczny.




80.4. Po nanosekundzie przerwy, muzycy zdają się pielęgnować tę odrobinę wyciszenia, która przed chwilą stała się ich udziałem. Echo, meta przestrzeń, pudło rezonansowe fortepianu. Sopran w nastroju delikatnie tanecznym. Kind of mainstream as well! Urokliwie jazzowy fragment wybuchowej całości.

76.12. Perkusyjne intro! Atak smyczka! Dynamiczna preparacja na strunach piana! Prychy saksofonu budujące rytm! Muzyków znów scala kosmiczna umiejętność wewnętrznego komunikowania się. Warstwa na warstwie, jakże gęsta zabudowa. Akcja goniona przez reakcję, reakcja w ucieczce przed akcją! Fire! Fire! Fire! Wszystko – jak zwykle – czynione z mistrzowską precyzją.

79.7. Aktywny, bystry drumming Ramona, podczas gdy reszta muzyków jedzie na ręcznym hamulcu, nie śpieszy się, prowadzi relaksujące pogadanki. Ciekawy dysonans. Piękny smyczek lepi się do gryfu kontrabasu, łagodne piano, pulsujący, ciepły saksofon. A drumming już prawie w galopie. Prawdziwy dramaturgiczny majstersztyk! Johannes zrywa girlandy ze ściany, wpuszcza dużo powietrza do studia nagraniowego. Ożywczy wiatr od morza. Aż w tubie zaszumiało! Krok po kroku, muzycy budują narrację, którą nie sposób nie uznać za opus magnum całej płyty. W ramach ornamentów, małe piano, cichy orgazm na szczoteczkach i puenta, która płynie wprost spod smyczka. Oto jak demokracja zwycięża! Im bliżej ciszy, tym więcej cudów staje się udziałem improwizatorów. 

78.12. Finał startuje z najwyższej belki. Pedał gazu wciśnięty do samego dna. Na początek fortepian z klawisza i galop perkusji. Kontrabas wchodzi do gry jak czołg. Dramaturgia kipi, zwroty akcji i kompulsywne punkty przegięcia. Eksplozja w zestawie trzyosobowym!  Kontrabas wyrywa deski z podłogi, a potem tłumi całość. Kolejny atak następuje w mgnieniu oka, bo i przyczajony wcześniej saksofon wpada do tygla narracji. Furia agresywnego dęciaka, ferria sztucznych ogni. Prawdziwy galop na zatracenie. Tom ma w ręku buławę i idzie po swoje! Nie bierze jeńców, stawia słupy graniczne! Znaczy teren, jak niewykastrowany kocur! Marco eksploduje na podobnym poziomie emocji. Kolektywna ściana free jazzowego mięcha! What the game! Na ostatniej prostej, świetnie skonstruowane wybrzmiewanie – garść preparacji, pogłos, silne symptomy perfekcyjnie wykonanej roboty.



czwartek, 29 listopada 2018

Luis Lopes em fase de forte crescimento*)! With Julien Desprez and Big Bold Back Bone!


Rok 2018 dużymi krokami zbliża się już do swego zasłużonego końca. Nadchodzi czas podsumowań, upiornych list the best of the year i innych tego typu zawodów na cierpliwość muzyków i wydawców, czy aby na pewno, ktoś zauważył nas w ciągu minionych dwunastu miesięcy.

Rok 2018 po raz kolejny udowodnia, iż muzycy improwizujący z naszej ulubionej Portugalii mają się naprawdę doskonale. Rodrigo Amado, swoim amerykańskim kwartetem, wszedł już na prawdziwy free jazzowy piedestał. Świetny rok odnotowuje Luis Vicente, o czym donosił Pan Redaktor na swoim profilu najpopularniejszego w galaktyce portalu społecznościowego (obok doskonałych płyt, także dalece spektakularna trasa koncertowa dwóch triów w naszym pięknym kraju!). Nie próżnują Goncalo Almeida (ten także na polu noise’ rocka!), Susana Santos Silva, czy Pedro Sousa i Gabriel Ferrandini. Do zacnego grona beneficjentów roku 2018 nie sposób nie zaliczyć brazylijskiego rezydenta podlizbońskiej Sintry, Yedo Gibsona. W ramach nepotycznego lansu, warto zauważyć, iż większość z w/w muzyków wydała w tym roku płyty w ramach serii wydawniczej Spontaneous Music Tribune i Multikulti Project.

Wreszcie, niewspomniany dziś jeszcze, gitarzysta z Lizbony Luis Lopes. O doskonałym nagraniu Lisbon Freedom Unit pisaliśmy na tych łamach parę tygodni temu (look here!). Rok bieżący przyniósł także inne, niemniej wyśmienite realizacje tego muzyka. Dziś nad trzema z nich dogłębnie zawiesimy nasze uszy i oczy. Jedna, co prawda ma w dacie wydania rok 2017, ale tak silnie łączy się z inną, wydaną już obecnie (ta sama sesja nagraniowa), iż śmiało uchodzić może za smakowitą świeżynkę.




Boa Tarde! Dzień Dobry!

Zaczynamy od ognistego duetu gitar elektrycznych! Lopesowi w lizbońskim studiu Namouche towarzyszy Julien Desprez, muzyk francuski, którego winniśmy kojarzyć choćby z doskonałym trio Tournesol. Efekt pracy, jaka miała miejsce w sierpniu 2016 roku, poznamy dzięki czarnemu krążkowi Boa Tarde (Shhpuma Records, 2018). Cztery swobodne improwizacje z tytułami (imiona kobiece) trwają około 43 minut.

Opowieść zaczyna się w oparach dość skromnego ambientu, generowanego przez jęki amplifikowanych strun. Płynna, trwająca narracja dwóch postawnych gitar, klimat dzwonów rurowych. Skupienie, kreatywna powolność, w tle strzępy cichego noise’u. Ta historia ślimaczo się pętli, ale sukcesywnie narasta. Trochę rockowych skojarzeń, jeśli chodzi o brzmienie obu wioseł. Późne Velvet Underground, wczesne Sonic Youth, jeśli pytacie o szczegóły. 8 minuta podkreśla ów charakter narracji – kilka rockowych, zmutowanych riffów z lewej flanki. Atmosfera zaczyna delikatnie wrzeć, a muzycy robią śmiały krok w kierunku estetyki noise. Na wybrzmieniu grzmiący, szary ambient, lekko podlany psychodelią. Urocze! Na finał pierwszej strony winyla, kilkuminutowe, na poły rockowe encore. Błyskotki z rozgrzanego pieca, świst pary, swąd industrial, plastry hałasu. Instynkt wytrawnego recenzenta podpowiada, iż najprawdopodobniej za lewą flankę odpowiada temperamentny Desprez.

Po wywróceniu krążka, trafiamy na kolejne opiłki noise’u, znów silniejsze z lewej strony. Błyskotliwe, zwinne, niebanalne pasaże dobrych dźwięków. Prawdziwy popis obu gitarzystów! Lopes łapie kontakt na meta poziomie, ale brnie w narrację nieco mniej agresywnie, bardziej nastawiony jest na budowanie struktury. Piece grzewcze buzują i idą niemal w elektro – świdry, sprzężenia, meta koniunkcje, siła halucynogenów. Innymi słowy – pełne spektrum gitarowej ornamentyki z prądem. Brawo! Ta eskalacja szczególnie wartościowa jest między 7 a 10 minutą nagrania. Potem pojawia się delikatnie sugerowany rytm, tuż spod powierzchni strun. Dwa pasma gitar płyną w sonicznej symbiozie, tak zawarte, iż trudno chwilami wskazać źródła dźwięków. No i jakże pięknie wybrzmiewają – zielony i niebieski ambient przenikają się wzajemnie. Mały świderek w ramach resume fragmentu. Ostatni odcinek tej barwnej opowieści rodzi się ponownie w klimatach godnych gitary Thurstona Moore’a. Masywne drżenie, siła amplifikacji, zgrzyt przetworników gitarowych, fuzja mocy i wyobraźni. Kosmiczna otchłań brzmienia w służbie improwizacji. Muzycy wpadają w torsje i konwulsje, pulsują, brną po kolana w lepkim noise’ie. Meta narracja, gęsta niczym sceny wyrwane z Dzikości Serca. Oj, słuchaj tego głośno! Na ostatniej prostej historia toczy się już na spalonej ziemi. Szum wieńczy płytę.




Immerge and Emerge! Zanurzanie i Wynurzanie!

Na osi czasu cofamy się o kilka miesięcy. Dokładnie do dwóch ostatnich dni listopada 2015 roku. Znów Namouche Studios, a w nim czwórka muzyków, która funkcjonuje pod nazwą własną Big Bold Back Bone: Luis Lopes – gitara elektryczna i obiekty, Travassos – elektronika, Marco Von Orelli – trąbka (także slide), Sheldon Suter – perkusja preparowana. Dwaj pierwsi reprezentują, co oczywiste, Portugalię, dwaj pozostali Szwajcarię. Rejestrują kilometry muzyki, która trafia na dwa kompaktowe krążki. Długa, jednotraktowa improwizacja Immerge wypełni płytę In Search Of The Emerging Species (Shhpuma Records, 2017), zaś siedem nieco krótszych dostaniemy dzięki wydawnictwu Emerge (Wide Ear Records, 2018). Czas trwania każdego CD, to około 43 minuty z sekundami.

By rozpocząć podróż w poszukiwaniu wynurzających się fragmentów, musimy się najpierw zanurzyć. Swobodna improwizacja (nazwana z powodów merkantylnych kompozycją) zaczyna się w oparach dźwięków, które przypominają smyczek oparty o struny kontrabasu. Ale to złudzenie, takiego instrumentu wszak nie ma w studiu nagraniowym. Obok rezonujące talerze, cykady z tuby trąbki, ledwo słyszalne ślady elektroniki, wreszcie struny gitary gotowe na wszystko, ale na razie pozostające w stanie delikatnego odrętwienia. Po kilkudziesięciu sekundach te ostatnie dają jednak o sobie znać – szorstka, suwnicowa narracja nosząca znamiona sonorystyczne. Brawo! Opowieść robi się gęsta, płynie posuwistymi krokami. Dobry, konkretny, precyzyjny drummer - dzwonki, powierzchnie płaskie i dobrze dokręcone śruby. Lopes na boku głaszcze struny. Tło skrzy się pod Travassosem. W 9 minucie gitara zwinnie repetuje, ciekawie kreując strukturę całej opowieści. Trąbka sonoryzuje, jest sucha i dociekliwa. Mała, molekularna przygoda elektroakustyczna ze zdecydowana przewagą akustyki. W 13 minucie narracja łyka kolejne porcje przestrzeni, szumi i delikatnie skwierczy. Pogłos, trzaski i dramaturgiczny rwetes. Na tak bystrym tle rodzi się drobiazgowa ekspozycja Lopesa – jakby muzyk zrywał strunę po strunie, czyniąc to wszakże z gracją baletnicy. Narracja z akcentami minimalistyki, z dalekim, bardzo plastycznym tłem elektroniki. Ta ostatnia przed 20 minutą ciekawie pulsuje, a potem stapia się z gitarowym ambientem i dźwiękami ponownie sugerującymi obecność smyczka na kontrabasie. Bardzo aktywny na początku drummer, tym razem tonie w preparacjach i bliżej mu do wyczynów Travassosa, niż Lopesa i Orelli’ego. Świetna improwizacja, w trakcie której co raz częściej gubimy źródła dźwięku! Precyzyjna dramaturgia całości, przemyślane zmiany akcji, płynne, ale nieśpieszne reakcje (czyżby akcenty predefinicji procesu improwizacji?). 26 minuta przynosi mikro hałasy wprost z gryfu gitary, zapewne także z innych, bliżej nierozpoznanych przedmiotów. Narracja zdaje się być coraz bogatsza, a nowych dźwięków wciąż przybywa. Po 30 minucie kolejna bystra gra Lopesa, choć tym razem w bardziej konwencjonalnej stylistyce. Tło zaś skwierczy, pulsuje, szuka zaczepki, stąpa po kruchym lodzie. A na finał ballady, znów moc sonicznych nieoczywistości. Budzi się perkusja, pozostałe instrumentu także aktywizują swoje poczynania (świetna ekspozycja trąbki!). Jest i wyimaginowany smyczek, teraz zapewne na gryfie gitary. Ostatnie tchnienie narracji wydaje perkusyjna stopa. Brawo!




Czas na wynurzenie! Tu, czynione w siedmiu odcinkach. Sceneria startu jest następująca – niskie drony, mała trąbka z czystym brzmieniem, szumy, stopa perkusji, spokojny, nieinwazyjny flow narracji. Wyższy dron, tuż potem, rodzi się na gryfie gitary. Dźwięki sączą się, niczym ciepła krew z jeszcze żywego trupa. Urocze, konsekwentne, masywne. Akt drugi – gitarowe, metaliczne, molekularne intro. Wsparcie idzie wprost z kabli, meta zachowania trąbki i perkusji. Milknące syczenie, dotyk werbla. Stylowa narracja in extenso. Trzeci fragment wzbudza dubowo brzmiąca gitara. Trąbka nieśmiało spogląda w kierunku historii jazzu. Szorstkie, lepkie szumy tuż pod nią. Choć drummer nie daje rytmicznej bazy, cała narracja toczy się nad wyraz dynamicznie, zapalczywie i namiętnie. W dalszej części perkusja włącza się jednak do gry i rysuje narrację, oliwi tryby maszyny. Trąbka nadal czyści przestrzeń studia. Czwarty epizod – mały industrial na dobry początek. Trąbka snuje małe drony, reszta drży, stoi w miejscu i złorzeczy. Gitara wydobywa się na front, perkusja preparuje na werblu. Ta pierwsza budzi moc psychodelii, podczas gdy tło skwierczy na przypalonych kablach. Na finał trąbka jęczy niczym kot, ale nie napotyka na zrozumienie. Co innego perkusja… Piąty akt – gitara sprzęga się sama ze sobą, trąbka szuka brudu w brzmieniu (nareszcie!), drummer kreuje dynamiczną sytuację sceniczną – dobry free improve z jazzowym drive’em. Świetny moment! Szósty – gitara brnie bardziej konwencjonalnie, sporo elektroakustyki w powietrzu, preparacje trąbki i perkusjonalii. Drobny dysonans estetyczny – zdaje się, że ciekawiej dzieje się w obszarze elektroniki, niż akustyki. Ostatni epizod startuje w poziomu werbla i talerzy. Niebanalna trąbka, trochę mantry i rockowego szlifu ze strony gitary. Pogłos zza światów. Muzycy zdają się porzucać elektroniczne inkrustacje, ale to nie jest chyba najtrafniejszy wybór. Płyta kończy się w nieco zbyt oczywisty sposób, jakby Travassos dostał przedwcześnie wolne. Na wybrzmieniu trąbka czyni jednak samo dobro.


*) port. w fazie intensywnego wzrostu



środa, 28 listopada 2018

Yedo Gibson! There are two kinds of music: the one that is happening and the one that is not happening! An interview!


Są dwa rodzaje muzyki: ta, która się dzieje i ta, która się nie dzieje - wywiad przeprowadzony z Yedo Gibsonem dla portalu jazzarium.pl i tamże opublikowany na początku listopada br.


Pochodzący z Brazylii saksofonista Yedo Gibson, to z pewnością jeden z bardziej intrygujących improwizatorów młodego pokolenia. Od lat rezydujący w Europie (najpierw Amsterdam, teraz okolice Lizbony), kilkoma płytami silnie zaznaczył się już na scenie muzyki free jazzowej, czy też swobodnej improwizacji. Aż trzy z nich znalazły swego edytora w Polsce. Dokładnie w najbliższy piątek swą światową premierę będzie miała ta trzecia - "Multiverse", nagrana wspólnie z jego portugalskimi przyjaciółmi - Goncalo Almeidą i Vasco Furtado. Saksofonista będzie gościem poznańskiego festiwalu "Drumming Now!" i łódzkiego "Musica Privata". Oba zaczynają się jeszcze w tym tygodniu. Nim posłuchamy Gibsona na żywo, zapraszamy do lektury wywiadu, przeprowadzonego z muzykiem w trakcie ostatnich dni.




Witaj Yedo. W najbliższych dniach ukaże się już trzecia płyta z twoim udziałem w serii wydawniczej Multikulti Project/ Trybuny Muzyki Spontanicznej. Przyjeżdżasz z Vasco Trillą na kilka koncertów do Polski. O ile dobrze pamiętam, to nie będzie Twoja pierwsza wizyta tutaj. Grywałeś koncerty w tej części Europy. Czy tak?

Cześć Andrzej. Tak, to nie mój pierwszy raz w Polsce, byłem tu trzy razy, grałem w kilku miejscach i piłem dużo wódki! Raz grałem tu z Naked Wolf, a pozostałe dwa razy z Vasco. On jest głębokim miłośnikiem polskiej kultury, prawdopodobnie wie więcej o polskim kinie niż większość Polaków, wprowadził mnie do Polski. Gdy po raz pierwszy pojechaliśmy do Polski, graliśmy razem w tych wszystkich miejscach, fantastycznie było wtedy spotkać tylu wspaniałych ludzi. Zostaliśmy tak dobrze przyjęci w Łodzi, że to miejsce stało się moim ulubionym polskim miastem. Paweł Sokołowski i jego ekipa dali nam chociażby lekcje polskiego tańca tradycyjnego, ale także w Warszawie świetnie się bawiliśmy, w Kalamburze i w Krakowie ... Kocham to wspomnienia.

Pomówmy o tych trzech płytach ("Antenna", L3, "Multiverse"). Każda jest inna, wydaje mi się, że każda znajduje punkt zaczepienia dla procesu improwizacji w innym miejscu, ma inny pomysł na wejściu. Mógłbyś każdą z nich skomentować?

"Antenna" to mój duet z Vasco, którego zawsze mam głęboko w sercu. Kiedy po raz pierwszy spotkałem się z Vasco, graliśmy przez tydzień w Barcelonie, za drugim razem okazało się, że zarezerwowaliśmy trasę z prawie 20 koncertami, a w ciągu 2 lat zagraliśmy razem 180 koncertów. Ta sytuacja, to jest dla mnie najłatwiejszy sposób tworzenia muzyki (w duecie z Vasco Trillą). Jeśli chodzi o L3 - od dłuższego czasu miałem pomysł, by rozwijać strukturę dźwiękową, ale jednocześnie utrzymywać bardzo wysoki poziom energii. To pomysł zaczerpnięty z mojego pierwszego europejskiego tria EKE z Gerri Jagerem (perkusja) i Oscarem Janem Hooglandem (klawikord). Chciałem trzymać się tej koncepcji w bardziej radykalnej formie, więc zadzwoniłem do trębacza Luisa Vicente, aby dołączył do naszego duetu z Trillą.

"Multiverse" różni się znacznie od pozostałych dwóch płyt. Gonçalo Almeida i Vasco Furtado przyjechali do mojej małej wioski w Sintrze, aby ze mną pograć, a w trakcie nagrania niespodziewanie muzyka poszła w zupełnie innym kierunku niż się spodziewaliśmy. No i trzeba to było koniecznie nagrać. Poszliśmy więc do SMUP i zrobiliśmy tę płytę. Zawsze fascynuje mnie gra z muzykami, którzy potrafią odwrócić moją głowę w inną stronę i właśnie to robią ci dwaj faceci.

Trilla, zapytany przeze mnie przy okazji płyty "Antenna", jak określiłby Wasze relacje w muzyce i improwizacji, odpowiedział: "Jesteśmy jednością!". Co dla Ciebie jest najważniejsze, gdy wchodzisz na scenę, czy do studia nagraniowego? Co sprawia, że dany koncert jest naprawdę udany?

Dźwięk, to wibrujące powietrza, a muzyka jest momentem, w którym stajesz się częścią tej wibracji i możesz ją poprowadzić, a nawet zdecydować, aby Ciebie poprowadziła. Tak dzieje się wtedy, gdy wiesz, że jesteś na dobrej drodze, nie tylko czujesz wtedy ten przepływ powietrza, ale jesteś już jego częścią, jesteś też całkowicie świadomy przestrzeni, czasu i możliwości.

Han Bennink powiedziałby w takiej sytuacji, że "są dwa rodzaje muzyki - ta, która się dzieje i ta, która się nie dzieje". Powiedziałbym, że kiedy „to się dzieje”, jesteś zarówno wewnątrz muzyki, jak i poza nią, a także całkowicie świadomy jej potrzeb.

A masz jakieś swoje ulubione sytuacje sceniczne? Wolisz duet czy większy skład? A instrumenty? Kiedy sięgasz do saksofon sopranowy, czy frule, a kiedy po tenor, czy baryton? Co determinuje Twój wybór?

Zwykle postrzegam muzykę jako sposób poruszania się powietrza w pomieszczeniu, a to tak samo działa w przypadku duetów, jak i dużego zespołu. To, co się zmienia, to zdolność poruszania się, w duecie może to odbywać się w każdym kierunku, dziać w każdej milisekundzie, a w dużym zespole ten proces trwa dłużej, to tak, jakby jechać na BMX lub płynąć na ogromnej łodzi.

Mam pasję do perkusji, zacząłem grać muzykę free z moim wujkiem Pandą w Brazylii i moim bratem, obaj to perkusiści, więc to jest instrument, który czasami bywa ogromną częścią mnie. Być może to właśnie sprawia, że tak łatwo zrozumiem świat Vasco.

Nigdy nie wybieram instrumentów, to zwykle jest skutkiem ruchu powietrza w pomieszczeniu, w którym gram.

Powróćmy do Twojej najbliższej wizyty w Polsce. Zagrasz m.in. na festiwalu Musica Privata w Łodzi, a wcześniej spędzisz trzy w Poznaniu, uczestnicząc w festiwalu Drumming Now! w Dragonie. Zagrasz duet z Vasco, chcielibyśmy Cię zobaczyć także w innym duecie, z gitarą elektryczną. Przewiduje się także, iż będziesz dyrygował Poznań Improvisers Orchestra. Masz jakieś doświadczenia w tej dziedzinie? Lubisz grać w dużych składach, które improwizują?

Nigdy nie planowałem niczego z Vasco, gramy tylko muzykę ...

Jeśli chodzi o dużych składy ... Byłem założycielem The Royal Improvisers Orchestra w Amsterdamie. Prowadziłem ją przez 10 lat, mieliśmy około 20 muzyków i graliśmy także z London Improvisers Orchestra, z Philem Mintonem, Hanem Benninkem, czy Steve'em Beresfordem. Nawet wziąłem raz ten zespół do Brazylii. Miałem tych wszystkich wspaniałych muzyków, którzy ćwiczyli dwa razy w tygodniu, dla wszystkich był to bardzo rozległy, ogromny proces, który wyszedł od dyrygentury, a doszedł do momentu, gdy muzycy byli w stanie po prostu improwizować i tworzyć muzykę ad hoc, bez konieczności podążania za liderem. To było niesamowite doświadczenie dla mnie.

Jakie metody komunikacji z zespołem wykorzystujesz w trakcie dyrygowania? Używasz jakiejś notyfikacji? Na przykład graficznej? Czy tylko gestykulujesz, jak Ivan Gonzalez?

Pracując z The Royal Improvisers Orchestra użyłem początkowo wszystkich tych metod, których nauczyłem się podczas pobytu w Londynie i kontaktów z The London Improvisers Orchestra, ale w sumie nigdy nie lubiłem być tym jedynym, który podejmuje decyzje. Po czterech latach zdecydowałem się porzucić sygnały ręczne, a wtedy orkiestra znalazła swój sposób na kolektywną improwizację, wciąż osiągając te same efekty.

Opisz nam proszę, jaka była twoja droga twórcza do stania się muzykiem improwizującym. Ktoś Cię szczególnie zainspirował? Czy na kimś się wzorowałeś na początku tej drogi?

To zabawna historia, mój wujek Panda w wieku 55 lat przestał grać publicznie i postanowił jedynie ćwiczyć, by grać jazz jak Amerykanin. Puszczał więc sobie płyty jazzowe i grał zgodnie z nimi. Za każdym razem, gdy się z nim spotykałem, prosił mnie, abym ćwiczył z nim. A ja zawsze uciekałem od tego grania z płytami, więc pewnego dnia powiedziałem mu - ok, zagrajmy, ale nie z płytami, tylko wyłącznie we dwójkę. Graliśmy przez dwie godziny bez przerwy i myśleliśmy wtedy, że wymyśliliśmy nowy rodzaj muzyki. Postanowiliśmy więc grać razem każdego dnia i robiliśmy tak przez kilka lat. Dwa lata później Panda otrzymał nagranie "Interstellar Space", a kiedy zagrał dla mnie tę płytę, zapytałem go, w którym momencie nas nagrywałeś?! A on powiedział, że to John Coltrane i Rasheed Ali, grali tak prawie 50 lat wcześniej. Zatem wymyśliliśmy free jazz, a później odkryliśmy, że ktoś zrobił to dużo wcześniej!

Pochodzisz z Brazylii, sporo czasu spędziłeś w Amsterdamie, teraz mieszkasz pod Sintrą, nie daleko Lizbony. Czy mógłbyś porównać te trzy miejsca na ziemi z punktu widzenia muzyka improwizującego, możliwości jakie stwarza do rozwoju, do grania muzyki, w ogóle do życia?

Amsterdam zawsze silnie wspierał muzykę i stał się wspaniałą sceną muzyki improwizowanej, z ICP Orchestra na czele, ale potem przez wiele lat był pustym miejscem, jedynie ze starszymi muzykami. W ciągu ostatnich 10 lat wielu młodych muzyków przeniosło się do Amsterdamu, co dało tej scenie nowy impuls i spowodowało, iż ponownie jest to wspaniałe miejsce. Brazylia ma ogromną kulturę muzyczną, ale niewiele ma wspólnego z muzyką improwizowaną. Musieliśmy ciężko walczyć, aby mieć po prostu prawo do istnienia, jako artyści. Ale Portugalia jest teraz także zabawnym miejscem. Mają świetne wytwórnie płytowe, ale muzycy są bardzo podzieleni, żyją w swoich małych światach. Mam nadzieję, że to się zmieni, a muzycy staną się dla siebie bardziej przyjaźni, tak by ich muzyka mogła się rozwijać wspólnie. Kiedy ta drobna rzecz się zmieni, to miejsce stanie się tropikalnym rajem dla wolnej improwizacji.


Dziękuję za rozmowę!





Yedo Gibson – There are two kinds of music: the one that is happening and the one that is not happening


Brazilian saxophonist Yedo Gibson is certainly one of the most intriguing improvisers of the young generation. For years residing in Europe (first Amsterdam, now around Lisbon), with a few albums has already strongly marked his presence on the stage of free jazz music or free improvisation. Three of them even found their editor in Poland. Exactly this friday there will be world premiere of the third of them - "Multiverse", recorded together with his Portuguese friends - Gonçalo Almeida and Vasco Furtado. The saxophonist will be a guest of the "Drumming Now!" Festival in Poznań. and "Musica Privata" in Łódź. Both of them are starting this week. Before we listen to Gibson alive, we invite you to read the interview conducted with the musician during the last days.


Hello, Yedo. In the coming days, the third album with your participation will be released in the Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series. You come with Vasco Trilla for several concerts to Poland. If I remember correctly, it will not be your first visit here. You've been playing concerts in this part of Europe. Is it right?

Hello Andrzej, yes, it's not my first time in Poland, I've been there three times, played in several places and had lots of vodka! Once with Naked Wolf, and the other two times with Vasco. He is a deep lover of Polish culture, probably knows more about Polish cinema than most of the Polish people, he introduced me to Poland. The first time we went to Poland together we played all over the place, it was fantastic to meet so many great people. We were so well received in Łódź that it has become my favorite Polish city. I mean we had Paweł Sokołowski and his crew giving us polish traditional dance lessons but them in Warsaw was also great on Kalambur and in Krakow... I love it all.

Let's talk about these three CDs ("Antenna", L3, "Multiverse"). Each is different, it seems to me that everyone finds a point of attachment for the process of improvisation elsewhere. It has a different idea for entry. Could you comment on any of them?

“Antenna” is my duo with Vasco that I have always on my heart. When I first met Vasco we played for a week in Barcelona, second time I saw him we booked a tour with almost 20 concerts, in 2 years we had made 180 concerts together. It is for me the easiest way to make music (in duo with Vasco Trilla). About L3 - I had this idea for a long time on how to develop structure with sounds but at the same time keeping the energy level up. It came from my first European trio EKE with Gerri Jager (drums) and Oscar Jan Hoogland (clavichord). I just wanted to have this concept in a more radical form so I called trumpeter Luis Vicente to join the duo with Trilla.

“Multiverse” is extremely different than the other two records. Gonçalo Almeida and Vasco Furtado came to my small village in Sintra to play with me and somehow the music went in a completely different direction and therefore we had to record so we went to the SMUP and did this record. I am always fascinated to play with musicians that can turn my neck to different directions and that is what this two guys keep doing to me.  

Trilla, asked by me on the occasion of the album "Antenna", how he would describe relationship with you in music and improvisation, he replied: "We are one!". What is most important for you when you enter the stage or the recording studio? What makes a concert really successful?

The sound is vibration of air, there is a moment on music where you become part of this vibration and you can lead it or even decide to let it lead you. That is when you know you are in the good track, it's not just getting the flow, it's been in the flow but also totally aware of space, time and possibilities.

Han Bennink would say "there are two kinds of music - the one that is happening and the one that is not happening". I would say that when “it is happening” you are inside and outside of it and completely aware of its needs.

Do you have any favorite stage situations? Do you prefer a duo or larger ensembles? And instruments? When do you reach for a soprano saxophone or a frula, and when for a tenor or a baritone? What determines your choice?

I normally see the music as a way to move the air inside of a room and that works the same way to duos or large ensemble. What changes is the capability to move, on a duo it can take any direction in every millisecond and on a large ensemble is takes longer, it’s like riding a BMX or a huge boat.

I do have a passion for drums, I started playing free with my uncle Panda in Brazil and my brother, both drummers, so it’s an instrument that some how is a huge part of me. Maybe that is also how I could understand the world of Vasco so easily.

I never choose the instruments, normally it comes from the air of the room.

Let's return to your next visit to Poland. You will play, among others at the “Musica Privata” Festival in Łódź, and earlier you will spend three in Poznań, participating in the “Drumming Now!” Festival in the Dragon. You will play a duet with Vasco, also we would like to see you in another duo with electric guitar. It is also anticipated that you will conduct the Poznan Improvisers Orchestra. Do you have any experience in this field? Do you like playing in large ensembles that improvise?

I never planned anything with Vasco, we only play music…

About large ensembles… I was the founder of the Royal Improvisers Orchestra in Amsterdam. I was running it for 10 years, we were around 20 musicians and we played with the London Improvisers Orchestra, with Phil Minton, Han Bennink, Steve Beresford. And I even took this ensemble all the way to Brazil. I had all those marvelous musicians that were rehearsing two times per week, for all this time it was a huge process that went from conduction until they were able to just improvise and create pieces on the spot without having to follow the líder. It was an amazing experience to me.

What methods of communication with the band do you use during conducting? Do you use any notification? For a graphic design? Or you just gesturing like Ivan Gonzalez?

With The Royal Improvisers Orchestra I used initially what I learned during my staying in London with The London Improvisers Orchestra but I never liked to be the only one making decisions. After four years I decided to abandon the hand signals and then the orchestra had already found a way to improvise together with the same goals.

Describe to us what was your creative path to becoming an improvising musician. Has anyone particularly inspired you? Have you modeled yourself on somebody at the beginning of this journey?

That is a funny story, my uncle Panda on his 55 years stopped to play on public and decided to only practice with the goal to play jazz like an American. So he was putting some jazz records and playing together with it. Every time I would met with him he would ask me to practice with him. And I always ran from playing with records on so one day I told him - ok let’s play but not with records only the two of us. We played for two hours without stopping and thought that we had invented a new kind of music. And we decided to play together every day and we did it for few years. Two years later Panda got a recordings of  “Interstellar Space” and when he played the record to me I asked him when did you record us playing?! And he said that it was John Coltrane and Rasheed Ali, almost 50 years earlier. So we invented free jazz and later discovered that someone did it much earlier!!

You come from Brazil, you spent a lot of time in Amsterdam, now you live near Sintra, not far away from Lisbon. Could you compare these three places on the ground from the point of view of improvising music, the possibilities it creates for development, for playing music, and for living in general?

Amsterdam always has had full of subsidies for music and became a great improvisation scene with the ICP Orchestra, but after that for many years it was a empty place besides the older musicians. On the last 10 years a lot of young musicians have moved to Amsterdam and that gave the scene a new impulse and its a great place to be at the moment. Brazil has a huge musical culture but not much to do with this music. We had to fight a lot to just have the right to exist. And Portugal is now also a funny place. They have some great labels there but the musicians are very divided between their bubbles. I hope that it will change and the musicians will be more friendly to each other so that the music can be developed together. When this little point get changed, it will become a free improv tropical paradise.

Thank you for conversation!