czwartek, 14 czerwca 2018

Stoffner & Cirera! They’re the Resonant Aircraft!


Duetowych przygód Alberta Cirery nigdy dość! Dziś nowa opowieść, która ukazała się światu kilka tygodni temu.

Szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner, mimo, iż jest całe pięć starszy od Katalończyka, nie ma dotąd nazbyt rozbudowanej dyskografii. Na tych łamach, parę miesięcy temu, niezwykle przypadała nam do gustu jego płyta poczyniona w zacnym towarzystwie Paula Lovensa i Rudi Mahalla (Mein Freund Der Baum).

Spotkanie z saksofonistą z Lizbony miało miejsce dokładnie 31 marca ubiegłego roku. Właśnie w tejże Lizbonie muzycy spędzili trochę czasu w studiu nagraniowym. Efekt ich pracy poznajemy dzięki wydawnictwu I'm A Resonant Aircraft, które dostarcza Creative Sources. Gitara elektryczna oraz saksofon tenorowy i sopranowy. Osiem opowieści pod tytułem Irma, łącznie 35 minut i jedna sekunda. Wedle opisu, także z woli muzyków, na płycie doświadczamy muzyki skomponowanej przez nich samych, rzecz jasna, w drodze jakże swobodnej improwizacji.




Irma 1. Delikatne pomruki wiatru, metaliczna, oniryczna na skraju gryfu gitara, saksofon preparowany sonorystycznie. Ten drugi szuka punktów zaczepienia, stycznych do strunowych eksploracji interlokutora. Pierwsze, spokojne kroki, wyłanianie się z ciemności ciszy. Florian Stoffner pachnie Derekiem Baileya na kilometr, choć zdaje się być od mistrza bardziej wyczulonym na niuanse, także bardziej otwartym na świat innych gatunków, stylistyk, będąc w tym wszystkim bardziej nieprzewidywalnym. Cirera – w tym akurat momencie - pozostaje nieco w tle, daje się partnerowi rozgrzać, bez wchodzenia w bardziej dotkliwe interakcje. Snuje dość jednorodną ekspozycję.

Irma 2. Bardziej sucho, jeszcze dokładniej, trochę imitacyjnie (tego Cirera przede wszystkim poszukuje w duetach). Stoffner buduje pasaż, jakby grał na gitarze basowej. Linearnie, ze szczyptą melodyjnej frywolności. Szuka powykręcanego rytmu, szkieletu improwizacji. Cirera śpiewa na boku pieśni wyzwoleńcze. Jest w dobrym nastroju. Gęsto, miarowo, krok za krokiem, ręka w rękę, muzycy jakby stawali się jednym ciałem. Wielkim, improwizującym cielskiem, metafizycznym potworem. Muzyka toczy się na krążku w porządku, w jakim została zarejestrowana, bez ingerencji edytorskich. 4-5 minuta, to moment, w którym muzycy popadają w rodzaj medytacyjnego transu. Daje to silny asumpt dla odnotowania w kajecie recenzenta pierwszego błysku istotnie silnego zadowolenia z odsłuchu.

Irma 3. Dość swobodny call & response. Mikrobiologia na gryfie, nanobiologia w tubie. Foniczny dialog, który ma w sobie wiele nitek wzajemnego porozumienia. Narracja zaczyna toczyć się płynnie, docierają do nas dźwięki wydawane otworem gębowym (który z muzyków?). Zwinna, kocia dynamika, bez specjalnych interakcji i zbędnych ornamentów. Jest rytm, jest totalna … atonalność. Zmysły i emocje tyczą szlak tej coraz bardziej intrygującej podróży.

Irma 4. Jesteśmy bliżej ciszy, jakby ciąg dalszy dźwięków na styku, opowieści dwóch jednocielesnych stworów kolektywnej improwizacji. Narracja snuje się jak wąż po mokrej podłodze, ma swój wewnętrzny nerw, jest specyficznie uporządkowana, ma wyznaczony kierunek i grot. Nie przewiduje jakichkolwiek przystanków.

Irma 5. Rozdaj wytłumionego sonore, w jeszcze spokojniejszej atmosferze. Cicha, matowa ekspozycja w szarych jedynie kolorach. Gitara pętli się na gryfie, struny szeleszczą, saksofon zaś snuje podobne do siebie historie miłosne. Recenzent czeka na lont, który wzburzy pozorny ład tej ekspozycji, który rozpocznie proces fermentacyjny. Ta Irma ma ponad 7 minut, bądźmy dobrej myśli! Warto, by któryś z muzyków tąpnął nogą, wzniósł okrzyk bitewny. Skupienie i precyzja nie zastąpią dobrych, żywych i wulgarnych emocji. Florian wisi na strunach, Albert gra szczyptę czystych dźwięków na finał i repetuje.

Irma 6. Muzycy stoją w miejscu, słuchają się wzajemnie i reagują. W głowie recenzenta rodzi się wspomnienie dwuosobowej edycji Spontaneous Music Ensemble, ten szczególny rodzaj minimal free improv, zwłaszcza tu, gdy Cirera sięga po sopran i przypomina flow Trevora Wattsa. Jakże dobry moment saksofonisty! Gitarzysta zwinnie łapie tembr dęty, to zdecydowanie nowa jakość na tej płycie. Fuzz na gryfie, który lepi się ontologicznie do podmuchu sopranowego. Ciekawa, oniryczna podróż w głąb faktury dźwięku (4-5 minuta). Na gryfie brzęczy metafizyczny doom metal w stanie zaniechania, sopran wchodzi na poziom białego szumu, a cała pieśń zmysłowo kończy swój żywot! Piękny, dodajmy!

Irma 7. Minutowa miniaturka, rodzaj repryzy początku płyty, tylko Albert ma w ustach sopran. Gitara niczym upalony bas, sopran szuka początków muzyki współczesnej na samym dnie tuby.

Irma 8. Ostatnie dwie minuty samolotowego rezonansowania. Echo gitary, cień wielkiej góry, saksofon wisi na włosku. Nagranie zdecydowanie lepiej trybi, gdy Katalończyk korzysta z mniejszej rury, choć tu wrócił chyba do tej większej i silnie ją preparuje. Frapujące kanty brzmieniowe gitary na silnym pogłosie wieńczą płytę.



wtorek, 12 czerwca 2018

Kabas & Vicente & Godinho! Negen & SMUP!


Kontynuujmy wątek młodej, improwizującej Belgii. Parę dni temu zachwycaliśmy się introwertyczną pianistyką Seppe Gebruersa, którego na polskie salony free improv doprowadził Pan Redaktor, wydając parę tygodni temu płytę „Live at Ljubljana” z Luisem Vicente i Onno Govaertem. Okazją zaś do piątkowego zachwytu była płyta nagrana z Hugo Antunesem i Paulem Lovensem Room: Time & Space.

Dziś oko i ucho pochylimy nad kolejnym intrygującym pianistą z Belgii – Thijsem Trochem (poznaliśmy go na tych łamach w trakcie prezentacji nagrań z Dirkiem Serriesem). Okazją będzie podwójna płyta kwartetu Kabas. Radość redakcji jest tym większa, iż druga płyta w dorobku formacji poczyniona została w towarzystwie portugalskich bohaterów swobodnej improwizacji – Luisa Vicente i Carlosa Godinho.

Najpierw posłuchamy nagrań studyjnych w formule Quartet + 1, potem zaś – koncertowych w formule Quartet oraz Quartet + 2.




Przygodę z belgijsko-portugalską improwizacją zaczniemy od wizyty w lizbońskim studiu nagraniowym Namouche (4 stycznia 2017 roku). Całkowicie belgijski Kabas - Jan Daelman na flecie (też nagrywa z Serriesem!), Thijs Troch na fortepianie, Nils Vermeulen na kontrabasie i Elias Devoldere na perkusji – w towarzystwie Luisa Vicente na trąbce. Na pierwszą część podwójnego dysku wydanego przez FMR Records (2018), trafia sześć utworów, które trwają łącznie 35 minut z sekundami. Ta część nazywa się Negen.

One. Introdukcja perkusyjna, oszczędna, delikatna, daleka od hałasu i jazzowej ekspresji. Po kilkudziesięciu sekundach podłącza się równie subtelny smyk na kontrabasie, w towarzystwie dronu trąbki. Opowieść wszakże gęstnieje, narasta, krew w żyłach muzyków zaczyna krążyć bardziej swobodnie. Separatywne mikroeskalacje kontrabasu. Flet i piano w dalekiej perspektywie akustycznej (jeśli ten pierwszy w ogóle wydaje jakieś dźwięki; piano ogranicza się do ornamentów z pustych klawiszy). Two. Delikatna materia dźwięku, piano zawieszone pod nieboskłonem studia, flet muskany szczeliną w wardze, suche preparacje na trąbce, szczoteczkowanie na werblu. Art of minimal improvisation. Jakość, która tkwi w szczególe, tu także zaczyna narastać. Mikrobiologia akustyki. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu, a mocno skupiony odsłuch potęguje ciąg endorfin i emocje w piórze recenzenta. Perkusyjne piano, sonorystyka instrumentów dętych, szorstki kontrabas, skumulowany drumming w estetyce percussion. Three. Piano, flet i smyk. Minimalistyczne frazy, repetycja, prawdziwa trójca święta. Doskonała trąbka burczy w ustniku. Rodzaj specyficznego call & response. Głębokie słuchanie jako przyczyna, rosnąca kreacja jako skutek. Silna ekspozycja czystego brzmienia trąbki jako element dramaturgicznego zaskoczenia. Progresywny, dość już dynamiczny drumming. Pianista repetuje, ponownie zdaje się przyjmować rolę pomocnika perkusisty. Bardzo kolektywna, wzajemnie kompatybilna narracja. Znów uważne słuchanie i celne reakcje, których skutkiem staje się żwawy galop całej piątki, ze świetnymi stygmatami Vicente! Four. Odrobina frywolnych, niemal tanecznych ruchów - niskie pomruki piana, preparacje kontrabasu, oddechy trąbki. Gwałtowny akord piana jako silny kontrapunkt. Mały, deep drumming. Każdy z muzyków daje tu cząstkę siebie, która buduje jakość całej ekspozycji. Wielka pajęczyna skrupulatnie tkana przez wrażliwych improwizatorów – cicha, chwilami nawet mainstreamowa trąbka, dużo dobrych dźwięków na flankach (piano and drums), sporo artystycznego fermentu na gryfie kontrabasu, tu w świetnej komunikacji z perkusją. Piękne wybrzmienie. Five. Intro fletu, cisza, jak makiem zasiał. Mikrofrazy piana, coś dzieje się na gryfie. Jakże drobna, delikatna, wręcz kobieca narracja (czyniona przez pięciu facetów!). Szczoteczki ponownie tańczą na werblu, piękny akustycznie bezdech trąbki. Zmysłowe narastanie, całusy u wlotu ustnika, okrężny, definitywny drumming na obrzeżach opowieści. Matowy, zatopiony w minimalizmie flet. Six. Start bardzo kolektywny, dużo drobnych faz, preparacje pianisty. Kroki stawiane spokojnie, z rozwagą. Trąbka z samego dna. Eksplozywna frakcja dęta stawia jednak na działanie. Piano z klawisza, jako element stymulujący przebieg wydarzeń.  Znów robi się dość gęsto od dźwięków, interakcje, podpowiedzi i odpowiedzi. Uroczo skonstruowany flow, który nawarstwia się i prowadzi kwintet na finałową eskalację. Świetne zwieńczenie pierwszej płyty w zestawie!




Mija doba i muzycy lądują na peryferiach Lizbony, w Parede i miejscu zwanym SMUP. W koncercie weźmie udział szósty muzyk, perkusjonalista Carlos Godinho. Zagra w dwóch ostatnich częściach, podobnie jak Luis Vicente. W pierwszej zaś usłyszymy kwartet w wersji saute. Ponownie 35 minut z sekundami. Dysk zwie się dość oczekiwanie – Live at SMUP.

One. Do boju rusza samotny kwartet. Znów moc subtelności akustycznych, estetyka swobodnego call & response, tu z wyeksponowanym, acz tłumionym fletem. Wszystko zgodnie z zasadą, iż lepiej zagrać o dwa dźwięki za mało niż o jeden za dużo. Minimal improve w roli głównej! Flet nieustannie prowadzi narrację. Tuż obok drobny, nieekspansywny drumming, z jazzowym nerwem. Piano zawieszone na dwóch, trzech dźwiękach, kontrabas zostawiający mokre ślady na piasku. W 6 minucie zejście w ciszę przy akompaniamencie mikrofaz piana. Stukot palców o powierzchnię pudła rezonansowego kontrabasu, a może to jednak dzieło perkusisty. Le Monte Young bije brawo na stojąco! Narracja krok po kroku jednak narasta. Werbel drży, piano szyje nieco gęstszym ściegiem. Od 12 minuty rolę pianisty przejmuje kontrabasista i snuje udany duet z flecistą, którego instrument gra jakby trzy światy dalej od nas, za kawalkadą mgławic. Powrót piana i perkusji nadaje ekspozycji niespodziewanie free jazzowy sznyt. Finał pełen emocji, zwłaszcza ze strony drummera. Flet schodzi posłusznie na plan dalszy. Two. Oto kwartet staje się sekstetem, z rozbudowaną sekcją drums & percussion. Recenzent wyraźnie słyszy dwie trąbki (czyżby obok Vicente, także Daelman?). W tle sporo ornamentyki sekcji. Piano zanurzone w minimalu już chyba po wszeczasy. Kilka dźwięków niewiadomego pochodzenia, zwinnie akompaniujących coraz silniejszej ekspozycji trąbki (zapewne Vicente). Ciekawy dialog tego ostatniego z metalicznie brzmiącym Godinho. Sonorystyka przedmiotów blaszanych i metalowych. Żwawa, post-jazzowa ekspozycja w drugiej części utworu. Ważne słowo należy do kontrabasu, który pląsa niczym dziewica na łące zroszanej stukotem perkusjonalnym. Na ostatniej prostej wracają dęciaki (odnaleziony flet!) i dorzucają do ognia, czyniąc finał fragmentu niezwykle ekspresyjnym. Three. Intro budowane z ujemnej liczby dźwięków. Repetycje kontrabasu, szumy trąbki, drżenie piana, perkusjonalne metale, pomruki fletu. Ferria niuansów, subtelności brzmieniowych i dramaturgicznych. Klasycyzujący pasaż piana, nawet ładny, porządkuje obraz sytuacji scenicznej. Fragment wprost do katalogu ECM, ale mający swój niezaprzeczalny urok. Finał tonie w zadumie i nostalgicznym tembrze trąbki.




piątek, 8 czerwca 2018

Gebruers! Warelis! Draksler! Govaert! Lovens! Piano and drums, so symbiotic relationships!


Dziś nie do końca typowa dla tych łamów opowieść o muzyce improwizowanej. Oczywiście znów na tapecie pojawią się młode, nieopierzona nazwiska europejskiej sceny improwizowanej, będzie na czym zawiesić ucho, a także oko (gdy sięgniemy choćby po zdjęcia damskiej części tej historii!). Przy okazji młodość wesprze doświadczenie, i to jakie!

Głównym wszakże bohaterem opowieści będzie fortepian, tu na ogół silnie skorelowany z niebanalną perkusją. Pojawi się także kontrabas, ale nie w każdym przypadku. Czyli co? Typowe tria jazzowe? Nic bardziej mylnego!

Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż pierwsza z omawianych dziś płyt oficjalnie ukaże się dopiero u progu najbliższej jesieni, ostatnia zaś miała swoją premierę aż trzy lata temu. To być może dowód na to, iż Trybuna nie stoi wyłącznie pogonią za nowościami.

Panów Seppe Gebruersa i Onno Govaerta gościliśmy w Polsce na początku maja. Wydali tu nawet płytę (oczywiście z Luisem Vicente!). W obu tych faktach swoje upocone paluchy maczał Pan Redaktor. Dziś posłuchamy tych muzyków w nieco odmiennych zestawieniach personalnych (no, te pianistki!).




Seppe Gebruers/ Hugo Antunes/ Paul Lovens  The Room: Time & Space (El Negocito Records, 2018 – uwaga: premiera płyty w październiku)

Studyjna rejestracja z pierwszego kwartału 2016 roku, poczyniona w Belgii. Muzycy: Seppe Gebruers – fortepiany (two grand pianos, tuned a quarter tone apart), Hugo Antunes – preparowany i niepreparowany kontrabas oraz Paul Lovens – mały zestaw perkusyjny z talerzami i gongami. Panowie zagrają pięć nieedytowalnych swobodnych improwizacji, skomponowanych przez nich samych (koniec cytatu). Potrwają one blisko 44 minuty.

Pierwsza. Piano (piana?) na delikatnym pogłosie, w dużej przestrzeni fonicznej. Estetyka minimal z nutką (posmakiem) mikrotonalności, co jest zapewne skutkiem sposobu strojenia instrumentu (patrz: opis wyżej). Kontrabas szarpie struny w ramach dosadnego komentarza. Drumset znaczy teren subtelnymi tąpnięciami. Cisza, spokój i … niepokój. Skrupulatna, dokładna, precyzyjna, co do milimetra, narracja. Bogata quasi rytmika spoziera spod dłoni Lovensa, typowa dla tego wspaniałego muzyka, nerwowa ekspozycja. Ten to lubi siać improwizowany ferment! W 5 minucie wybija nawet rytm, który po chwili zmysłowo wygasza. Gebruers szczędzi dźwięków, woli raczej rolę komentatora niż prowodyra wydarzeń. Druga. Piano Seppe delikatne, ćwierćtony dominują. Szczypta surrealizmu pod klawiszami. Hugo na smyku zmyślnie klasycyzuje. Paul ma kocie ruchy i nie może usiedzieć na stołeczku drummerskim. Dużo daje tej muzyce, wnosi tony kreatywności do tria. Pianista nieco oniryczny w zachowaniu i brzmieniu, puszcza ciekawe dźwięki, jakby grał na upalonym klawesynie z otwartym pudłem. Jakby mimochodem, doskonała ekspozycja kontrabasu. Przestrzeń, kreacja, emocje z każdego miejsca studia nagraniowego. Tym razem improwizacja fermentuje od strony Antunesa. Lovens komentuje wyjątkowo drobnym drummingiem. Seppe konsekwentnie tkwi w minimalu, a nastrój chwili udziela się także pozostałym muzykom. Trio wyjątkowo subtelnie kończy fragment, pięknie przy tym wybrzmiewając. Trzecia. Marszowy krok, wykręcony taniec na  klawiaturze. Pełne, głębokie brzmienie fortepianu, bystra sekcja. Idą na głośno! Melodia, rytm, ragtime w wersji dla penitencjariuszy zakładu dla obłąkanych. Piękna, metaforyczna, zadziorna narracja. Świetna kooperacja, perfekcyjne wsłuchiwanie się w partnerów. Od 5 minuty tłumią emocje i poszukują ciszy w zakamarkach swych instrumentów. Szumy, obcierki, pojedyncze struny fortepianu, szepty kontrabasu. Stygmatyzujące piano, smyk zdzierający struny do krwi, ornamenty na krawędzi werbla. Wystudzony intelektualista - Seppe, rozgrzany, iskrzący emocjami - Hugo, czujny żołnierz w okopach - Paul! Na finał utworu szukają pokrętnej rytmiki, stawiając płonący smyk na czoło pochodu. Czwarta. Agresywne, głośne, urywane frazy. Rezonujący talerz. Gęsta, choć ciągle wyważona ekspozycja. Dużo skupienia, tańca wokół własnej osi, trochę dziecięcego swawolenia. Ciekawy dysonans tonacyjny ćwierćtonówki. Piąta. Muzycy znów doceniają wagę każdego dźwięku. Majestatyczna dokładność, saperska precyzja. Piano odrobinę inside, znów cudowny smyk na gryfie i mały, koci drumming. Muzycy niemal nie dotykają swoich instrumentów. Po chwili Seppe zaczyna grać dźwięcznie, rytmicznie i repetytywnie. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu. Kisiel gęstnieje w okolicach 4 minuty. Zdaje się, iż to najbardziej dynamiczny fragment całej płyty. I choć muzycy szybko tłumią emocje, wrażenie pozostaje. Seppe jakby grał teraz na dwóch klawiaturach jednocześnie. Pizzicato Hugo w dużym skupieniu. Wszyscy stoją bliżej ciszy. Repetycja piana w ramach poszukiwania nowego, finałowego punktu odniesienia. Zachęca do bardziej dynamicznych zachowań. Lovens idzie na całość! Antunes podobnie! No i mamy eskalację na ostatniej prostej, skromną i błyskotliwie wytłumioną. Świetna płyta!




Omawi  Inscapes (De Platenbakkerij / Toondist, 2017)

Electric Monkey Studio, gdzieś w Holandii, 2015 rok. Marta Warelis na fortepianie, Wilbert de Joode na kontrabasie oraz Onno Govaert na perkusja. Krążek przynosi pięć fragmentów z tytułami, trwa 40 minut i kilka sekund.

One. Pojedynczy akord piana, dzwonki, kontrabas naprzemiennie traktowany smykiem i szargany pizzicato. Marta płynie po klawiaturze, wyraźnie lubi być dobrze postrzegana w natłoku zdarzeń dźwiękowych. Pełna emocji i improwizatorskiego entuzjazmu. Gdy Wilbert jęczy ciężkim walkingiem, cała ekspozycja nabiera cech free jazzowych. Są wymiany zdań, dobre, żywe i ostre interakcje, specyficzne call & response. Kontrabas zawłaszcza dużo przestrzeni, czasami brak tu miejsca na odrobinę subtelności ze strony pianistki, czy wyjątkowo czujnego perkusisty. Precyzja, siła, zdecydowane ruchy, konsekwencja stają się udziałem Marty. Gra dużo dźwięków, nie boi się ryzyka. Onno zaś kształtuje ramy całego przedsięwzięcia, pilnuje szyku, bywa dość posłuszny, ale także zdystansowany wobec przyjęcia jazzowej konwencji nagrania. Two. Dzwoneczki zdobią ciszę, smak minimalistycznego piana wprost z samego jądra ukołysanego spokoju. Wytłumiony smyk, skromne preparacje Marty, czynione z kobiecą delikatnością. Dużo powietrza pod sklepieniem studia. Wilbert ciekawie zarysowuje swą pozycję dramaturgiczną. Jakby czynił starania, by ta część improwizacji nabrała nieco dynamiki. Piano w odpowiednim momencie przejmuje ster. Maluje piękny obraz, zarówno z perspektywy klawiatury, jak i pudła rezonansowego. Ciekawe, rwane, kontrapunktujące frazy (7-8 minuta). Najdłuższy fragment płyty, dużo w nim zmian tempa, sposobów gry, także ekspresji. Improwizacja pozostaje wszakże silnie kobieca w dotyku, tu z odrobiną agresywności na gryfie kontrabasu. Three. Na powrót dużo skupienia, cielesnej dokładności. Chłopaków rozsadza, co prawda energia, ale w obecności kobiety tłumią swe żądze. Marta stara się kontrolować sytuację, ale partnerzy nie zdają się być nadmiernie posłuszni. Gęsto, narowiście, dużo garści dobrych dźwięków, które leją się z lewej na prawą, z prawej na lewą. 4 minuta, to stosunkowo dynamiczna ekspozycja, swawolna, z przytupem. Marta wrzuca do tygla nieco melodii i bluesowej wręcz tonacji. Komentarz męskiej części tria prawdziwie free jazzowy! Głośno na finał fragmentu! Four. Intro kontrabasu, talerze, struny piana. Wilbert tyczy szlak, wbija gwoździe. Znów sieje ferment, ma szyderczy uśmiech pod nosem. Prawdziwy Pan Przewodniczący! Jest dynamika, jest zabawa! Świetny przykład zmysłowej wręcz kooperacji w ramach szalonego trójkąta emocji. Słuchaj, reaguj, bądź kreatywny! Lekcja zdana celująco. Zmysłowe preparacje Marty na finał. Five. Piano z klawisza, zdystansowane, malownicze, z taylorowską nutą na końcach dłoni. Panowie aż gubią się w komentarzach, lgną ku kontrapunktom. Emocje buzują. Nerwowy, zwierzęcy puls sekcji. Marta na finał płyty też łapie klimat i odnajduje się w nim znakomicie. Repetuje na ostatniej prostej i patrzy, jak sekcja doznaje finałowego orgazmu. Świetne zakończenie!




Feecho ‎ Bums (El Negocito Records, 2015) ‎

Belgijski Ghent, La Resistenza Club, ostatni dzień marca 2014 roku. Na scenie: Kaja Draksler na fortepianie i Onno Govaert na perkusji. Trzy improwizacje, 50 minut z sekundami.

Jeden. Kaja zawieszona na klawiszach, rodzaj minimalistycznego krajobrazu dźwiękowego. Onno dokładny, twardy i kanciasty, także błyskotliwy. Człowiek urodzony z rytmem w samym środku serca. Narracja bardzo szczegółowa, molekularna, szyta delikatnym ściegiem. Już w 4 minucie słoweńsko-holenderska para schodzi w rejony ciszy. Spokojny metabolizm improwizacji, oniryczne obrzeża. Sztukmistrz Onno i piękne, niemal pojedyncze dźwięki spod palców Kaji. Perkusja szeleści, chrząszcz brzmi w trzcinie. Na tle piana zanurzonego w minimalu, buduje bardzo konkretną ekspozycję (7-8 min.). Czas na delikatne, jakże kobiece preparacje tuż za blatem fortepianu. Onno czyni zaś honory prowadzącego improwizację, nie stroni od sonorystycznych zachowań, choć drumming nie przestaje być jego podstawową aktywnością. W 12 minucie muzycy popadają w pierwszy dziś galop. Trochę szybkiej, ekspansywnej gry przy wsparciu dynamicznej perkusji. Free jazz w klimatach Taylora i Oxleya! Dwa. Powrót do ciszy i minimalistycznej estetyki. Punktowy drumming Onno, kameralny sznyt pianistyki Kaji. Dziewczyna znów wisi pod nieboskłonem, a Chłopak tańczy wokół mniej i czyni amory. Nadwrażliwość estetyczna dobrze robi uczestnikom spektaklu. Uroda tli się w każdym ruchu, każdym generowanym dźwięku. Kaja potrafi pojedynczymi frazami budować wielkogabarytowe ekspozycje i trzymać słuchacza w stanie napięcia nerwowego przez wiele sekund. W 7 minucie narracja gęstnieje. Kaja gra już nawet 5-6 różnych dźwięków jednocześnie! Onno zagotowany po same uszy! Końskie drżenie, emocje kapią z sufitu. W 11 minucie Kaja zostaje sama i błyskotliwie wybrzmiewa. Trzy. Intro perkusji, po chwili powykręcany artretyzmem monolog pianistki. Świetne komentarze Onno. Kaja rysuje wciąż nowe obrazy, macza palce w stylach, epokach, kipi kreatywnością. Dynamika, precyzja, wirtuozeria! Gęsta narracja, choć trudno powiedzieć, by klawisze fortepianu były jakoś szczególnie eksploatowane. Minimal zaszyty w DNA artystki. Onno jakby stał obok, ale wszystko co robi, nosi znamiona doskonałości. Kaja pętli się i repetuje. W 9 minucie znów na moment zostaje sama. Powrót Onno przy użyciu całego ciała! Gra, bębni i drży! 12-13 minuta, to czas na jego solową ekspozycję. Kaja wraca z serią złośliwych i precyzyjnych akordów. Jakby z tył głowy miała jakiś ragtime’owy pomysł. Piękne, kanciaste frazy! Minimum środków, maksimum efektu! Co za pianistka!? Zbliża się finał koncertu. To dobry moment na odrobinę preparacji. Onno dokłada i swoje. Wiedzą, jak zachwycić recenzenta! Ultra minimal sonore and prepare piano and drums! Jakże wyśmienity finał, jakże doskonałej płyty!




wtorek, 5 czerwca 2018

Albert Cirera & Witold Oleszak! Terra Plana! Flat Earth! Ziemia jest płaska!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: 11 października 2017, Studio Radia Poznań.

Ludzie i przedmioty: Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Witold Oleszak – grand piano

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana.

Efekt finalny: 44 i pół minuty, 9 utworów, wydane jako Terra Plana, tytułem wykonawczym imiona i nazwiska muzyków, w kolejności jak wyżej (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series). Dostępne na rynku od 7 czerwca 2018 roku.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Terra de Cristall. Na starcie wysokie dźwięki, drobne frazy zapraszające na celebrację pierwotnego misterium. Głęboka, rezonująca przestrzeń, kosmos muzyki, która otwarta jest na każde zachowanie, ale też pełna tajemnic, czarów i niewerbalnych niedomówień. Perkusyjny Oleszak i dysząco-szumiący Cirera. Duet reakcji nieoczywistych.

Terra de llops. Niższa ekspozycja, piano ryje wręcz ziemię, saksofon dudni i skowycze w nagrzanej tubie. Wet za wet, intensywnie, jakby każda utracona sekunda nie godna była życia. Wodogrzmoty, kipiele i wyładowania atmosferyczne. Zwinne, soczyste interakcje. Burza z piorunami w fortepianie, saksofon ledwie dysze.

Terra freda. Dźwiękowe ornamenty z głębi pudła rezonansowego. Drony tenoru, który jednak brzmi jak sopran. Ta opowieść płynie strzeliście i zwiastuje kolejną tajemnicę. Narasta, drży, niesie jedynie złą nowinę. Pod koniec saksofon stara się naśladować dźwięk klawiatury fortepianu.

La futura antigua terra. Palce pianisty leżą na klawiaturze. John Cage stoi za kurtyną i zerka na muzyków. Saksofonowe dysze tlą się na wolnym ogniu. Urywane frazy piana, ciągnione pasaże z dęciaka. Albert brzmi jakby preparował piano, a Witold rezonuje, jakby po uszy ugrzązł w tubie saksofonu. Kto odpowiada tu za dany dźwięk? – recenzent zatraca się w dysonansie poznawczym. Czyżby ktoś trzeci pojawił się w studiu nagraniowym? Duch całkowicie wyswobodzonej improwizacji? Metaforyka improwizacji. Echo transcendencji. Misternie tkana, delikatna jak puch narracja, prawdziwe opus magnum tej niezwykłej płyty. Nagrana na sam finał studyjnej zabawy, gdy muzycy przekroczyli już bramy wiecznej chwały *).

Terra d’ogrues. Znów introdukcja dzieje się poza pudłem rezonansowym fortepianu. Tenor grzmi zabrudzonym od kurzu soundem. Trochę wzajemnych przepychanek, akustycznych zadziorów, wymian poglądów na tematy nieoczywiste. Bez przecinków, bez znaków zapytania. Muzycy reagują na siebie każdym porem swojej skóry, choć to bezczelnie ich pierwsze spotkanie w życiu. 3 minuta, dwa drony stają obok siebie i zdają się czynić tylko dobro. Choć same w sobie brzmią i rezonują dość złowieszczo. Tajemnica kreacji znów czai się za rogiem, a imię tej muzyki znaczy w każdym języku świata stan doskonałości. Grzmią, trzeszczą, dudnią i rezonują. Na sam finał pierwsza dziś pełnowymiarowa eskalacja! What a game!

Terra escaldada. Głęboko na dnie tuby, skromna kipiel. Komentarz pianisty wprost z klawiatury. Tuż potem Oleszak chodzi na sam dół pudła rezonansowego i zaczyna się celebracja mocy piekielnych. U progu ciszy muzycy dotykają się końcówkami palców i plotą sonorystyczną balladę. Delikatną jak obłok na błękitnym niebie, groźną jak burza z piorunami. W 5 minucie woda w tubie osiąga stan wrzenia. Dynamika improwizacja rośnie, a jej uroda bezczelnie eksploduje!

Petita terra. W trakcie 50 sekund muzycy wietrzą instrumenty, głowy, mózgi, stają w symbiotycznej postawie, gotowi na dwuczęściowy finał płyty.

Terra buida. Piano jęczy w piwnicy. Saksofon ma w tubie kilogram nieobranych ziemniaków. Szum, skwar, pył. Rezonans niemal półboski. Kosmos, przestrzeń, rytuał pustej już tuby, która ma w sobie jedynie czyste powietrze. Fizyka improwizacji, chemia emocji.

Terra plana. Pojedyncze, preparowane dźwięki piana wchodzą w jednoślad z zaśpiewem saksofonu sopranowego. Zaduma, cisza w głowie, radość w sercach. Finałowe ukojenie, smak dźwięku, który boli, ale jest namacalny i niebywale delikatny. Sopran zdaje się śpiewać pieśń dziękczynną, piano oddycha głęboko, ledwie muskane palcami muzyka.


*) informacja z zakresu wiedzy producenta płyty


****




Płytę promować będzie trasa koncertowa w Polsce. Oto szczegóły:

Albert Cirera/ Witold Oleszak DuoTerra Plana’ Promoting Tour

07.06 Poznań, Dragon (20.30)
08.06 Wrocław, Ośrodek Postaw Twórczych (20.00)
09.06 Bydgoszcz, Mózg (21.00)
10.06 Piła, Regionalne Centrum Kultury, Sala Kameralna (19.00)

W kolejnych dniach Cirera kontynuował będzie polską trasę koncertową w takiej oto konfiguracji personalnej:

Fast and Furious (Albert Cirera - saksofony/ Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa/ Nicolas Field - perkusja)

12.06 Kraków, Alchemia (20.00)
14.06 Łódź, Pop'n'art. (19.00)
15.06 Poznań, Dragon (20.30)

Płyta Terra Plana – w formacie elektronicznym i fizycznym - dostępna jest pod tym adresem



środa, 30 maja 2018

Noble! Northover! Thompson! Ag! Like Antigen? Adjutant General? The symbol of silver?


Dokładnie 20 lutego br. serwery blogspotowe istotnie zagrzały się. Tego bowiem dnia Trybuna Muzyki Spontanicznej opublikowała niezwykle obszerne omówienie dyskografii brytyjskiego gitarzysty Daniela Thompsona, które można sobie teraz przypomnieć dzięki temu właśnie skrótowi.

Jeśli już sięgnięcie po to opracowanie, zwróćcie szczególną uwagę na płytę Mill Hill (duet z saksofonem) i Sunday Afternoon (duet z perkusistą). Płyta, którą za moment omówimy, to jakby naturalne rozwinięcie w/w duetów, w formie niebanalnego tria. Przy okazji – nagranie stanowi istotne uzupełnienie monografii, o której wspomnieliśmy w poprzednim akapicie, jest także nadal najnowszą produkcją Thompsona, choć od jej ukazania minęło już pół roku kalendarzowego.




14 czerwca ubiegłego roku, londyński klub IKLECTIK, a na scenie: Steve Noble na perkusji i instrumentach perkusyjnych, Adrian Northover na saksofonie (sopranowym) i Daniel Thompson na akustycznej gitarze. Muzycy zagrają trzy improwizację (pierwszą, drugą i … trzecią), które potrwają łącznie niespełna 42 minuty. Wydawcą płyty o tajemniczym tytule Ag jest portugalski label Creative Sources (CD, 2017).

First Improvisation. Talerze w drżeniu, mikro akordy na wychłodzonym jeszcze gryfie gitary. Wszystko rezonuje i czeka na to, co za moment nastąpi. Spokojna, powolna, acz od samego startu dość intensywna wymiana dźwięków. Zapętlony sopran, rozgrzewająca się systematycznie gitara, drummerski dzwonnik ala Trilla. Skupienie, celne interakcje, surowe brzmienie. W trakcie 4 minuty, rwana, kolektywna gra z elementami ciszy pomiędzy frazami, jakby z lekko zarysowanym scenariuszem z tył głowy. Dużo szumu w tubie, zaduma na werblu, moc delikatności na gryfie. Pierwszy odcinek wygasa już w 8 minucie.

Second Improvisation. Więcej sonorystyki od samego progu. Przeciąganie liny, gwałtowne, chwilami dość ostre incydenty akustyczne. Polerki, pętle, skrobanki. Gęsto, ciało przy ciele, dźwięk w odpowiedzi na dźwięk. Rodzaj pierwszej dziś eskalacji. Taniec sopranu Northovera na rozgrzanym dachu. Dużo pomyślunku w ekspozycjach Noble’a, jakby imitował obu partnerów. Tuż obok skupiony, ale zadziorny Thompson. 5 minuta wyznacza nagły stop narracji. Szczypta oniryzmu na krawędzi tuby, rezonans werbla. Puls transu czai się za rogiem i czeka na pozwolenie na wjazd. 9 minuta, kolejna zmiana w trybie narracji. Abstrakcyjny saksofon na wybiegu, z melodią zaszytą pomiędzy dyszami, komentowany drżeniem na tomach i talerzach, rodzaj industrialnego wręcz rezonansu. Gitara powraca po kilku sekundach wymownego milczenia. Aktywizuje partnerów i zachęca do wymiany zdań. Idzie na ostro! Kipiel na pokładzie! Siła i agresja, sierp i młot rzucone do walki z potencjalnym zaniechaniem. Nowy taniec na scenie na swój rytm, swoją barwę, jest istotnie błyskotliwy, także skrajnie wyzwolony z wszelkich konwencji. Świetna kooperacja, kolektywna, zwarta, zdeterminowana. 16 minuta i melodyjny sopran, tu chyba w ramach łagodzenia obyczajów. Ale gitara nie daje za wygraną. Szczoteczkowanie Noble’a też ma w sobie drobiny buntu. Tłumienie emocji w rytmie bicijącego serca – to też dobra metoda twórcza. Sonore na werblu, pętla na gryfie. Ciekawy moment zadumy w aurze post-psychodelicznej. Sopran kwili z dalekowschodnim zaśpiewem. Znów zmiana goni zmianę - techniki artykulacyjne, intensywność przekazu, siła interakcji. Nie sposób nudzić się na tym koncercie! – bystrze ripostuje recenzent. 23 minuta i kolejna dawka nowych dźwięków. Można zagubić się w źródłach ich pochodzenia. Być może muzycy przemieszczają się po scenie. Bez wizji jednak nie da się tego potwierdzić. Na gryfie mała eksplozja sonorystyczna! Chyba przy użyciu smyka. Mamy solo gitary, skoro pozostali milczą (26 minuta!). Sopran także łamie tonację i rytm, choć jego śpiew nosi znamiona melodyjnego. Wysoko zawieszony drumming. What a game!? Wielki finał blisko 30 minutowego odcinka improwizacji! Galop czyniony z saperską precyzją!

Third Improvisation. Kolektywne uniesienie całego tria, tu z lekko zmodyfikowaną jakością brzmienia (problem techniczne na stole dźwiękowca?). Jakby wszyscy muzycy stali na środku sceny, …a efekt stereo zagubił się na kablach. To jednak uniesienie! Ekstatyczna, mantryczna, metaforyczna sonorystyka! Finał godny wyśmienitej płyty! Perfekcyjne gaszenie emocji na ostatniej prostej! Brawo!