czwartek, 21 listopada 2019

Evan Parker, Barry Guy & Paul Lytton! Concert in Vilnius!


Archetyp swobodnej improwizacji w konstelacji saksofon – kontrabas – perkusja powraca i, jak zawsze od 35 lat z okładem, kąsa doskonałą muzyką. Udowadnianie powyższej tezy wydaje się kompletną stratą czasu, nawet dla tych, którzy wspólne nagrania Evana Parkera, Barry Guya i Paula Lyttona znają w stopniu ledwie dostatecznym.

Zatem bez zbędnych ceregieli przystępujemy do omówienia ich kolejnego koncertowego nagrania. Połowa października roku 2017, Wileński Festiwal Jazzowy, Rosyjski Teatr Dramatyczny. Parker gra na saksofonie tenorowym (opis płyty sugeruje, iż także na sopranowym, ale po prawdzie, recenzent nie przypomina sobie choćby jednej takiej chwili w trakcie niemal godzinnego występu), Guy na kontrabasie, a Lytton na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Koncert składa się z trzech rozbudowanych fragmentów i krótkiego encore. Przy czym nagranie na nośniku fizycznym (w tym wypadku LP) zawiera jedynie trzy pierwsze części (druga, najdłuższa podzielona między strony winyla). Jeśli zatem chcemy posłuchać także bisu, musimy sięgnąć po nagranie w wersji zamieszczonej na bandcampie wydawcy, który jest litewski NoBusiness Records.




Początek koncertu czyniony jest bardzo statecznym krokiem trzech nobliwych Panów, wszak każdy z nich już po 70. urodzinach. Saksofon tenorowy snuje dłuższe frazy, struny kontrabasu lśnią czystością brzmienia, obok koci, od startu aktywny drumming. Prawdziwa rozkosz dźwięków, które znamy od tylu już lat, i które – wciąż nie do końca wiemy dlaczego  - nie potrafią nam się znudzić. Pierwszym, godnym odnotowania wydarzeniem fonicznym jest pięknie brzmiąca, melodyjna imitacja Parkera i Guya. Już w 4 minucie trio osiąga stan półgalopu, by po kolejnych trzech minutach bystrze wyhamować. Parker na chwilę milknie (będzie to robił na koncercie bardzo konsekwentnie, dzięki czeku aż do samego finału nie będzie mu brakować pary w płucach na eksplozywne wybuchy dźwiękowych emocji), a narrację prowadzą kontrabas i perkusja, w sumie na dość dużej dynamice mimo spowolnienia, które miało miejsce parę chwil temu. I tu także napotykamy na garść dobrej imitacji, co dla tych muzyków jest zresztą bułką z masłem, grają bowiem ze sobą od czasów, kiedy Wasz recenzent chodził jeszcze do szkoły średniej. De facto wyraźne spowolnienie mam miejsce dopiero przed upływem 10 minuty, gdy powraca saksofon, w ruch idą perkusyjne szczoteczki, a w rękach kontrabasisty pojawia się smyczek. Kolejnym krokiem jest zejście w prawdziwą ciszę i zwieńczenie pierwszej improwizacji szmerem strun i szelestem perkusjonalii.

Druga, ponad 22-minutowa porcja dźwiękowych cudów rodzi się na samym dnie tuby saksofonu, tuż nad podłogą, w miejscu, w którym posadowiona jest nóżka kontrabasu. Rozbudowane intro Parkera, czynione oddechem cyrkulacyjnym, stawia nasze endorfiny na baczność! Przed upływem 3 minuty ze snu wybudza się smyczek, który pieści struny, podczas gdy obok dzwonią puste dysze – dark impro duo as well! W 5 minucie swe życie rozpoczynają drummerskie talerze, czemu towarzyszy samotny kontrabas. Piękne, barokowe cuda Guya przy jakże skromnym akompaniamencie Lyttona. Powrót saksofonu, który zmysłowo prycha, kieruje muzyków ku dynamicznej, trzyosobowej już narracji. Opowieść płynie wartkim strumieniem i skrzy się urodą, godną ósmego cudu świata – intensywnie, masywnie i dynamicznie, jakby wszyscy śpiewali tu jedną pieśń ku wiecznej chwale swobodnej improwizacji. Muzycy zupełnie przy okazji, po raz kolejnego tego wieczoru, dowodzą, iż są w doskonałej formie fizycznej (a zatem, nie tylko artystycznej!). Dwunastą minutę wyznacza stopping – solowa ekspozycja Lyttona, która brzmi niczym mała orkiestra bystrych doboszy, tuż po skromnej dawce LSD. Po kolejnych dwóch minutach zaczyna się panowanie królestwa kontrabasu. Instrument łapie pogłos w żagle, muzyk rwie struny, jedna po drugiej. Komentarz perkusjonalii – what a game! 16 minuta, powrót saksofonu i trio zaczyna grać … marsza, by po chwili przejść w stan wzmożonej aktywności. Finał jest intensywny, ale inny niż w pierwszej fazie koncertu – dużo tu powietrza pomiędzy frazami, całość jakby wypełniona masywnym, kosmicznym oddechem. No i cudowne gaszenie płomienia…

Wprowadzenie do trzeciej improwizacji przypada w udziale kontrabasiście. Zadziorny smyk, pulsujące echo, grzmoty i ćwierć melodie pomiędzy strunami – symfonia akustycznej rozkoszy, truely masterpiece! Jeśli jeszcze nie wiedzie, dlaczego Barry Guy jest muzycznym geniuszem, a macie jedynie trzy i pół minuty, by się o tym przekonać, to właśnie jest ten moment! Po tym czasie podłącza się Lytton i muzycy budują kolejną fantastyczną ekspozycje w duecie. Dość szybko wchodzą w bardziej dynamiczną fazę, wciąż wszakże pozostając duetem. Nabierają ognia, a potem hamują i czynią kolejne akustyczne cuda. Saksofon wchodzi po gry dopiero po upływie ósmej minuty. Narracja nabiera zwiewności i emocji – smyczek, wypoczęty tenor i kind of circulate drumming. Jeszcze przed upływem 12 minuty, Parker czyni solową ekspozycję, a w tle słyszymy głuchy pomruk smyczka. Kontrabas zdaje się rysować ramy rytmu, tenor mantruje na jednym oddechu, a perkusja dynamizuje całość, okładając pałeczkami tom po tomie. Extraordinary powerfull trio! Kolektywne hamowanie z saksofonem w roli głównej kończy kolejny ważny odcinek historii gatunku, zwanego po bailey’owsku freely improvised music.

Niespełna czterominutowy bis (już poza granicą czarnego krążka), budowany małymi frazami smyka, podmuchami tenoru (no i gdzie ten sopran?) i drżeniem werbla, to jakby dramaturgiczne resume całego koncertu. A po burzy oklasków, która wieńczy ów niebywały spektakl, śmiało możemy wstać już z kolan.


poniedziałek, 18 listopada 2019

Bradford, Gjerstad, Carter and Stevens! Blue Cat! The next Detail’ archive has found!


Z historii grupy Detail: Czerwiec 1991, do Londynu przybywa Bobby Bradford i spędza z Detail kilkanaście dni. Obok kilku koncertów w Londynie – Beck Theatre, Albany, Community Music House i Drayton Court Hotel – grupa rejestruje materiał studyjny na płytę. Powstaje dziewięć fragmentów muzycznych (łącznie ponad 2 godziny muzyki!), które nazwano roboczo In Order Of Appearance (pięć utworów w trio, bez Gjerstada, trzy w kwartecie i jeden w duecie sax-kornet). John był dogadany z jakimś wydawcą (nie znamy szczegółów), niestety do dziś nagranie to nie zostało upublicznione. *)

Wspomniane wyżej nagranie studyjne wciąż pozostaje niedostępne dla świata realnego, ale …. od kilku dni jest z nami rzeczony koncert z londyńskiego Albany! A zatem, jesteśmy w stolicy Zjednoczonego Królestwa, jest początek czerwca 1991 roku, a na scenie: Bobby Bradford na kornecie, Frode Gjerstad na saksofonie altowym, Kent Carter na basie akustycznym (zgodnie z opisem płyty) i John Stevens na perkusji **). Czarny krążek zwie się Blue Cat, dostarcza go NoBusiness Records, a trwa prawie 46 minut (trzy fragmenty bez tytułów własnych).




Koncert zaczyna się bardzo spokojnie, słychać odgłosy baru, skromne pomruki kornetu i saksofonu, stłumiony bas i ciszę ze strony perkusji (być może Stevens używa w introdukcji kornetu; wnikliwy słuchacz ma szansę usłyszeć trzy dęciaki). A zatem charakterystyczna dla Detail nieśpieszność, mozolne i konsekwentne budowanie narracji, która … bywała zbyt jazzowa dla fanów muzyki improwizowanej i zbyt wyzwolona dla fanów jazzu (patrz: komentarz Frode’ego w linku na koniec tekstu). Muzycy badają teren, może i także pierwsze reakcje publiczności, póki co, skupionej na zamawianiu drinków. Stevens włącza maszynę perkusyjną po 140 sekundach, dzięki czemu opowieść nabiera jazzowego feelingu i zmyślnie dynamizuje się. Kornet i alt zwinnie tańczą ze sobą, sekcja rytmu generuje świetną bazę. Pierwszą wyrazistą ekspozycję solową proponuje Gjerstad. Dużo w niej melodii, podobnie, jak pomiędzy strunami basu, który podłącza się po niedługiej chwili. W 5 minucie narracja nabiera już właściwej dynamiki, a sekcja bystrze swinguje! W dalszej kolejności solo proponuje kornet, które także zostaje komentowane przez bas. Zaraz potem ten ostatni realizuje swój już absolutnie solowy pasus, jedynie delikatnie barwiony przez alt. Powrót do kwartetowego frazowania zdaje się być wyjątkowo udany, choć narracja płynie o tempo wolniej i pachnie dobrym bluesem. Czas na ekspozycję altu, wyjątkowo piękną, a tuż po niej kornetu, który wcale nie chce być gorszy. W tak zwanych międzyczasach, mnóstwo ciekawych zwarć i komentarzy. Gdy jeden z dęciaków proponuje solową ekspozycję, muzyka płynie niemal straight ahead jazzem, jeśli dochodzi do wspólnego frazowania kornetu i altu, całość zionie free jazzowym ogniem. W 20 minucie, jakby na podsumowanie pierwszej części koncertu (strony winyla), zmysłowe solo Stevensa – bardzo dynamiczne, na poły rockowe. Całość skomentowana jest podwójnym atakiem dętych i smykiem basu – piękne, aylerowskie, czynione niemal w estetyce free improv, zwieńczenie Part I.

Druga strona winyla podzielona jest na dwie części. W ramach introdukcji, spokojny blues, pełen jazzowej zadumy. Kornet rzewnie śpiewa, ale gdy podłącza się alt, flow nabiera ognia i płynie nad wyraz szerokim strumieniem. Jazzowy drive Johna dynamizuje opowieść w 6 minucie, ale muzycy nadal nigdzie się nie śpieszą, a molowy nastrój tej pieśni zdaje się udzielać wszystkim, po obu stronach sceny. W tle ktoś gardłowo zawodzi smutną melodią. Oba wszakże dęciaki, co rusz sygnalizują ochotę do free jazzowego ciągu dalszego. Alt sieje ferment strukturą narracji i barwą brzmienia, kornet raczej tłumi emocje, a sekcja znów sięga po swingujący scenariusz.

Czas na finałowy fragment koncertu - bas, melodia grana przez kornet i alt, jakby muzycy w głowach mieli zapisany jakiś temat do ogrania. Perkusja wchodzi do gry po parudziesięciu sekundach. Dęciaki repetują melodię, aż do momentu, gdy rozlewa się ona w swobodny strumień improwizacji. Poszukiwanie zagubionego na moment jazzowego frazowania odbywa za pomocą niemal bopowej ekspozycji Gjerstada w duecie z basem, który poza rysowaniem pięknych pętli melodii, dostarcza także garść bystrych improwizacji. Powrót do formuły kwartetu dynamizuje nagranie. Po chwili wszakże muzycy decydują się już obrać kierunek ku zakończeniu koncertu. Kornet plecie samotne frazy na boku, po czym wszyscy wracają do bluesowego tematu, który zarysowali wiele minut wcześniej.


*) pełny tekst polski i angielski, wraz z komentarzem Gjerstada, znajdziecie dokładnie tutaj: https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/01/frode-gjerstad-and-more-details-about.html

**) Nagranie ukazuje się pod nazwiskami muzyków, nie zaś, jako Detail (Detail Plus), jak inne nagrania tria z Bradfordem, wydane w latach 80. Odpytany na tę okoliczność Gjerstad odrzekł, iż sam nie wie, dlaczego tak się stało.



piątek, 15 listopada 2019

Kassap & Duboc! Landscapes! Trigger! Advent! I love you SDSS…! William’s Thing! Wachtelaer! Vasquez & Sama! Remember this November, what a summary!


Music! Music! Music! Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków pracuje nieprzerwanie z pełną mocą.

Dziś kolejna porcja nowych nagrań i znów garść nowych nazwisk do zapamiętania. Listopadowa zbiorówka aż kipi od emocji, jest bezczelnie wielogatunkowa, a każdy jej fragment naznaczony wielką muzyczną wolą improwizowania. Zaczniemy od Francji i nowości Dark Tree Records, potem kameralny wątek brytyjski, trochę awangardy krajowego Bociana, w jak najbardziej międzynarodowym towarzystwie, nowości Multikulti Project, wyjątkowo psychodeliczny wątek w twórczości belgijskiego perkusisty Dirka Wachtelaera, a na finał swobodna improwizacja z Argentyny. What a game!




Sylvain Kassap/ Benjamin Duboc  Le Funambule (Dark Tree, CD 2019)

Styczeń bieżącego roku, miejsce zwane Le Comptoir, Fontenay-sous-Bois, Francja. Na scenie: Sylvain Kassap na klarnecie i klarnecie basowym oraz Benjamin Duboc na kontrabasie, używał będzie także głosu. Pięć swobodnych improwizacji, 48 minut i kilkanaście sekund.

Le Funambule, to niebanalna, bardzo kameralna opowieść na klarnet i kontrabas. Dwie dłuższe improwizacje i trzy drobne, zmysłowe perełki. Wszystkie one zdają się być podszyte dramaturgicznym niepokojem oczekiwania na nadejście niemożliwego. Wybitny kontrabasista Duboc, która długo kazał sobie czekać na nowe nagrania, tu każdym dźwiękiem potwierdza klasę i wysoki poziom kreatywności. Gra głównie smyczkiem, szuka najniższych częstotliwości, buduje dramaturgię nagrania od pierwszej do ostatniej minuty. Towarzyszący mu klarnecista Kassap niestrudzenie stara się dotrzymywać mu kroku, nie rzadko z sukcesem, zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy.

Pierwszą (długą) improwizację zdobi melorecytacja Duboca, która przysparza nagraniu dodatkowej porcji tajemniczości. Narracja toczy się w niemalże ślimaczym tempie, pełna jest kameralnej zadumy, minimalistycznej kontemplacji. Kolejna długa improwizacja (trzecia) bazuje na ciemnym brzmieniu klarnetu basowego. Muzycy nieustannie szukają kontaktu z ciszą, nie brakuje brzmieniowych niuansów, flażoletów, klarnetowych półdronów, tanecznych przebieżek smyczka. Duża zmienność akcji, użytych technik i poziomu emocji. Gdy Duboc proponuje bardziej oczywiste frazowanie pizzicato, czar delikatnie pryska, jakkolwiek takie momenty na płycie, to jedynie incydenty.  W krótszych improwizacjach warto wsłuchać się w minimalistyczną repetycję kontrabasu i preparacje klarnetu, czynione na dużej wysokości (drugi fragment), akcenty sonorystyczne plecione na tle wyjątkowo masywnego kontrabasu (czwarty fragment), wreszcie – w być może najciekawszym, piątym fragmencie płyty - moment stosunkowo intensywnej improwizacji, gdy klarnet basowy smakuje wschodnimi skalami, kontrabas tańczy z całkiem południowym temperamentem, a całość grzmi i łomoce, jakby muzycy tracili zmysły w opętańczym powtarzaniu fraz.




Dunmall/ Gibbs/ Taylor/ John Long  Landscapes  (FMR Records, CD 2019)

Brytyjska, piorunującą mieszanka doświadczenia i młodości, w kameralnym kwartecie bez instrumentu perkusyjnego - Paul Dunmall na saksofonie sopranowym i flecie, Philip Gibbs na gitarze, Benedict Taylor na altówce i Ashley John Long na kontrabasie. Opowieść w sześciu częściach, 56 minut i 8 sekund (Bristol, Victoria Rooms, wrzesień 2018r.).

Swobodna improwizacja w wydaniu brytyjskim, to na ogół klasa sama w sobie. Nie inaczej jest na płycie Landscapes. Z jednej strony weteran free jazzu, z drugiej trójka młodszych, głodnych wrażeń i jakże bystrych partnerów. Na płycie prezentują trzy dłuższe improwizacje w kwartecie i trzy krótsze w tak zwanych podgrupach (duet i dwa tria). Dunmall zostawia kolegom dużo przestrzeni. Gdy sięga po sopran czasami wypełnia jedynie tło. Tak, jak w pierwszej części – śpiewa na wezgłowiu, podczas gdy gitara kreśli zmyślne pętle, kontrabas drży pizzicato lub płynie umiarkowanie wysokim smyczkiem, a altówka rysuje bruzdy w ziemi i na ogół cudownie preparuje (Taylor trzyma klasę mistrzowską od pierwszego ostatniego dźwięku!). W drugiej dłuższej improwizacji (piąty trak), napięcie budowane jest stopniowo. Najpierw kameralny niepokój sieją kontrabas i altówka. Gitara włącza się po niespełna dwóch minutach i niesie na gryfie sporą garść psychodelii. Sopran, ze śpiewem na ustach, pojawia się po kolejnych dwóch minutach. Muzycy budują zmysłową opowieść często reagując w parach: gitara z saksofonem, kontrabas z altówką. Po znaczącym spowolnieniu, w środku prawie 17 minutowego utworu, ster narracji przejmuje Dunmall i pozostaje szefem ekspozycji do samego jej końca. W ostatnim utworze dużo dobrego robi też mając flet pomiędzy zębami, szczególnie gdy przez kilka chwil płynie tylko w towarzystwie Taylora.

W tak zwanych mniejszych składach muzycy również ślą do nas wyłącznie smakowite pozdrowienia dźwiękowe. Druga część, to duet saksofonu i kontrabasu, który siłą rzeczy najbliższy staje się estetyce free jazzowej. Wyśmienita jest część trzecia, gdy sceną rządzą trzy strunowce – świetne reakcje, na ogół metodą call & responce! Czwarta część to trio fletu, gitary i altówki – stylowa, umiarkowanie emocjonalna zabawa w wyłącznie udane preparacje, innymi słowy kameralistyczny szczyt jakże udanej Landscapes.




Trigger plus Jérôme Noetinger  Camera Obscura (Bocian, CD 2019)

Nils Ostendorf na trąbce, Matthias Müller ma puzonie i Chris Heenan na klarnecie kontrabasowym, czyli trio Trigger oraz Jérôme Noetinger - wg opisu na okładce płyty revox tape recorder, czyli po naszemu, coś na kształt … live proccesing, reel to reel time sound deconstructions. Nagranie koncertowe z grudnia 2014 roku (NK, Berlin), cztery akustyczne improwizacje dewastowane soczystą syntetyką – łącznie 44 minuty i 9 sekund.

Prychające, skrzeczące, drżące i syczące tuby trzech instrumentów dętych, których brzmienie filtrowane jest na kablach i tamże zwinnie dekonstruowane - reeds’ slow dancing in electroacoustic environment, notuje recenzent językiem Szekspira. Jakby nowy wymiar akustyki puzonu, trąbki i muskularnego klarnetu kontrabasowego. Dronowe ekspozycje z akustycznymi zdobieniami, modulowane sercem skwierczącej syntetyki. Gdy potokiem fonicznych wydarzeń rządzi największy z klarnetów, jakość narracji rośnie wymiernie. Gdy władzę przejmuje syntetyka, a chwilami potrafi czynić to bardzo niewybrednie, czar opowieści delikatnie pryska (choćby druga część pierwszej opowieści, a także fragmenty drugiej). Free chamber podłączone pod prąd wysokiego napięcia zdecydowanie lepiej radzi sobie w momentach dramaturgicznej równowagi akustyczno-elektronicznej, jak choćby w początkowej fazie utworu drugiego i w całym piątym. Bywa także, iż syntetyka dominuje, ale nie jest nadmiernie inwazyjna i udanie kooperuje z akustyką, jak ma to miejsce w utworze czwartym.

Zdecydowanie najciekawiej na całej płycie walka dobra ze złem wypada w trzeciej, najdłuższej improwizacji, która trwa niemal 19 minut. Na wejściu odnotowujemy sporo dźwięków akustycznych. Po podłączeniu pasm grzmiącej syntetyki, flow opowieści lepi się w jeden potok zmysłowej elektroakustyki. Crème de la crème tej części ma miejsce w momencie, gdy przestrzeń, jaką stwarza live proccesing nabiera wręcz dubowej głębi. Równie smakowite są ostatnie dźwięki tej improwizacji, które snują się zwinną post- akustyką, po czym łapią kilka dronowych pocisków, by po chwili zgasić płomień narracji w pełni akustycznymi dźwiękami.




Phil Minton/ David Maranha/ Gerard Lebik  Advent (Bocian, LP 2019)

Pozostajemy w szponach Bocianiej post-awangardy. Znów nagranie, które czekało na edycję całe pięć lat, ale definitywnie było warto! Phil Minton – głos, David Maranha – organy i Gerard Lebik – generators. Koncert w obiekcie sakralnym w Warszawie trwa 34 minuty i 44 sekundy.

Pulsująca ciszą, duża, oddychająca przestrzeń Kościoła, charkot ust i gardła – tak oto rozpoczyna się intrygująca, płynna, na poły ambientowa, post-elektroniczna podróż w nieznane z głosem ludzkim, jedynym w swoim rodzaju, rzec można – post-głosem! Dobra dramaturgia całości, mimo pewnej teatralności spektaklu i ilustracyjności niektórych partii instrumentalnych, z zaszytą w głębinach narracji swoistą epickością. Wraz z upływem czasu pierwszej strony winyla, pozorna kraina łagodności ustępuje elektro-akustycznym zadziorom. Minton, mistrz wokalny wszystkich epok w historii improwizacji, z każdą sekundą koncertu wnosi do narracji coraz więcej nowych, niespodziewanych fonii. Po chwili wyciszenia, w drugiej części pierwszego seta, przebiegle napędza spiralę improwizacji, a całość zaczyna brzmieć niczym Dead Can Dance na sterydach. Muzycy sięgają granicy hałasu, a przestrzeń wokół pachnie harshem i wonią upalonego kadzidła. Gaszenie płomienia soczystym ambientem, który wybrzmiewa niczym deszcz padający na aluminiowy parapet.

Druga opowieść nieco tłumi emocje na wejściu, by po odpowiedniej dawce rozgrzewki wyeksplodować pięknem głosowych szaleństw Mintona – muzyk krzyczy, śpiewa operowym głosem, nawet falsetem, śmieje się, wydmuchuje nos, używa scatu, beatboxingu, gwiździe i rechocze. W tle organy plotą zwinną opowieść inside/ outside. Tło instrumentalno-elektroniczne koncertu, które czasami zdaje się być odrobinę monotonne, na ostatniej prostej nabiera wiatru w żagle i niesie Mintona na sam szczyt najwyższej góry.




Strycharski/ Kacperczyk/ Szpura  I love you SDSS J124043​.​01​+​671034​.​68 (Multikulti Project, CD 2019)

Czas na rozwinięcie w pełni krajowego wątku naszej dzisiejszej zbiorówki i zaprezentowanie płyty, która z pewnością dzierży palmę pierwszeństwa w kategorii Najdłuższy Tytuł Nowoczesnej Europy. Dominik Strycharski – flety proste (Soprano C, Soprano B, Alto E, Tenor C, Bass F), Łukasz Kacperczyk – syntezatory modularne oraz Paweł Szpura – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z grudnia 2017 roku (Ladom), pięć dalece swobodnych improwizacji, 36 minut i 20 sekund.

Szelest i szum drummerskich szczoteczek, flet wydający puste dźwięki i pomruk rozgrzewającej się maszynerii syntezatorowej – w ten oto sposób budzi się do życia mała, zgrabna improwizacja, kreowana w skupieniu, z pewnym artystycznym wyrachowaniem, napędzana bez brawury, ze świetną komunikacją wewnętrzną. Pełne równouprawnienie dźwięków żywych i syntetycznych, to kolejna konstytuanta tego nagrania, podobnie jak zasada kolektywnego tworzenia wszelkich opowieści na nim zawartych, gdyż obraz całości jest dla każdego z muzyków ważniejszy niż indywidualna, choćby najbardziej swobodna ekspozycja.

Każdy z utworów ma tu swoją dramaturgię, na ogół budowany jest nieśpiesznie, często bazuje na zwinnych repetycjach, w czym prym wiedzie Kacperczyk, który w kilku momentach płyty stwarza aurę czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-techno. Czyni to często zwłaszcza w dwóch końcowych improwizacjach, które zresztą nie tylko dzięki temu zabiegowi, śmiało uznać możemy za najlepsze na płycie. Czwarty fragment na wejściu jest bardzo oniryczny, flet śpiewa czystym tembrem, jest ciekawie wyeksponowany, a post-syntetyka buduje zmysłowe tło. Pogłos tworzy nastrój permanentnie, dobrą robotę czyni perkusja. Pod koniec tej części flet brzmi bardzo bogato, niemal barokowo, frywolnie płynąc po nieboskłonie. Finałowa improwizacja rodzi się w leśnych gęstwinach, pleciona jest z intrygująco brzmiących pasm elektroakustyki. Bije żywy beat post-techno, a każdemu dźwiękowi towarzyszy pewien niepokój, aura tajemniczości. Syntetyka brzmi inaczej niż dotychczas, flet brudzi swoje brzmienie, perkusja stawia stemple niczym certyfikaty jakości - mamy wrażenie, że każdy z muzyków chciałby jeszcze w tym nagraniu podokazywać! Do ostatniego dźwięku trio prowadzone jest przez repetującą syntetykę.




William's Things (Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki)  A Soul Not All of Wood (Multikulti Project, CD 2019)

Zapraszamy na spektakl poezji śpiewanej! Po intrygującej przygodzie ze słowem William Blake’a, Michał Górczyński (klarnet kontrabasowy, kompozytor), Sean Palmer (śpiew) i Tomasz Wiracki (fortepian) biorą na warsztat lirykę Henry’ego Davida Thoreau’a. Nagranie powstałe w … lesie, w czerwcu ubiegłego roku, składa się z jedenastu piosenek, które trwają 38 minut i 41 sekund.

Płyta ukazała się w ramach serii Outer Limits, co dobrze oddaje jej wymiar stylistyczny. Warto jednak dodać, iż w przeciwieństwie do pierwszej płyty formacji, którą od tego czasu nazywamy Williams’ Things, nowe nagranie usytuowało się także w kategorii Outer Improvisations. Z punktu widzenia recenzenta Trybuny stanowi to pewną niedogodność, ale absolutnie nie odbiera uroku temu nagraniu i nie deprecjonuje świetnej muzycznej roboty każdego z jego twórców. Piosenki z dużą klasą – to dobry epitet!

Muzykom w trakcie nagrania towarzyszy nieprzerwanie dźwięk lasu i śpiewających ptaków. Cała płyta jest jednym trakiem i płynie przez nasze uszy wyjątkowo przyjemnym strumieniem dźwiękowym. Głos aktora, który potrafi zaśpiewać wszystko, klarnet kontrabasowy, który zawsze brzmi wyjątkowo dobitnie i fortepian, który w tej konfiguracji ma zadania głównie rytmiczne. Zwróćmy zatem uwagę na najciekawsze fragmenty A Soul Not All of Wood. Druga piosenka budowana jest wrzaskiem, krzykiem, wręcz szczekaniem, a w role interlokutorów wcielają się wokalista i klarnecista. Równie ekspresyjna jest także część ósma. Trzecią piosenkę buduje przeszywający nasze zwoje nerwowe dron klarnetu. Tenże sam instrument w piątej pięknie grzmi i łomocze, podając zwinnie nobliwą melodię. W siódmej narracja budowana jest przez rytmiczne klaskanie, a całość pachnie zmysłowym gospel. Równie emocjonalna jest część dziewiąta, bardzo taneczna, pełna wdechów i wydechów, nawet z elementami funk i wokalnego scatu. Dwie ostatnie piosenki, to niemalże kołysanki, zdobione czerstwym, ale i niepowtarzalnym brzmieniem klarnetu kontrabasowego.




Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Przenosimy się do Belgii na dwa spotkania ze stałym gościem naszych cyklicznych zbiorówek, perkusistą Dirkiem Wachtelaerem. Dodajmy – oba niezwykłe, skąpane w gitarowej psychodelii! Chwilami będzie bardzo kwaśno, czasami także bardzo energetycznie! Najpierw Podwójne Zagrożenie: Jonas van den Bossche i Alec Ilyine na gitarach elektrycznych oraz nasz bohater, oczywiście na perkusji. Nagranie studyjne z marca br., pięć swobodnych improwizacji, 42 i pół minuty.

Opowieść budują dwie gitary posadowione na przeciwległych flankach. Ta lewa lubi rockowe zagrywki, przestery, jest w ciągłym ruchu, sieje ferment, brudzi brzmienie, dekonstruuje niemal każdy napotkany dźwięk. Ta druga, usytuowana na prawej stronie, częściej sięga po dłuższe wypowiedzi, z ogromną przyjemnością zanurza się w ambiencie, który w jej wykonaniu przyjmuje najróżniejsze barwy, od głuchego dark po ulotne blue. Dwie gitary, jakby dwa odmienne spojrzenia na swobodną improwizację, kipiącą psychodelią i post-rockiem. Środkiem narracji pędzi (choć czasami także efektownie stopuje) wrażliwy i jednocześnie temperamentny perkusista. Zwinnie trzyma obu szalejących gitarzystów w pionie, dba o dramaturgię całości, ale nie stroni też od indywidualnych, bardzo swobodnych ekspozycji.

Trudno wskazać w tym doskonałym nagraniu lepsze momenty – każda minuta zasługuje tu na nasze uznanie.  Krew krąży w naszych żyłach być może najszybciej w trakcie drugiej, najdłuższej improwizacji. Budowana jest ona z mozołem, na starcie pełna małych, zwinnych, gitarowych spiętrzeń, świetnie komentowanych przez perkusję. Narracja rodzi się na brudnych, czerstwych plamach post-gitarowego zgiełku. Po pewnym czasie obie gitary tańczą i swawolą, perkusja zaś płynie masywnym, dominującym strumieniem. Po stadium full power, opowieść długo wybrzmiewa pięknymi, gitarowymi pętlami. Trzeci fragment kreowany jest na jeszcze silniejszym dysonansie – lewa gitara preparuje post-rockowo, prawa zanurza się w czystym deep blue ambiencie. Mały drumming dopełnia obrazu całości. Oddychająca post-cisza, która z czasem nabiera niebywałej mocy i przekształca się w coś, co zgrabnie można by określić jako full psychodelic disaster! Wreszcie finałowa improwizacja, budowana na rockowym drummingu, pełna gitarowych fuzzów i zrogowaceń na obu gryfach. Mantra rytualnych powtórzeń, która doprowadza opowieść pod ścianę dźwięku, tworzoną już przez wszystkich uczestników szalonego Double Threat. Na ostatniej prostej na scenie zostają już tylko samotne gitary. Ta lewa sprzęga się w konwulsjach, ta druga lewituje ciszą.




Farida Amadou/ Cécile Broché/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Face Dial (DW bandcamp, DL 2019)

Pozostaje z nami dwie-trzecie Double Threat (Ilyine, Wachtelaer), dochodzą: Farida Amadou na basie elektrycznym i Cécile Broché na skrzypcach oraz elektronice (nie zagra w pierwszym utworze). Luty br., to samo studio, znów pięć improwizacji, tym razem jednak prawie 80 minut muzyki.

Face Dial, choć nagrane miesiąc wcześniej niż Double Threat, możemy potraktować jako pewnego rodzaju rozwinięcie wątków podjętych na płycie, którą omówiliśmy piętro wyżej. Elektryczny bas i rozchełstane elektroniką skrzypce bardzo udanie zastępują lewego gitarzystę. Ten prawy, ambientowy, wciąż jest z nami, nadal czyni niemal same cuda. Równie dobrą robotę wykonuje perkusista. Jeśli mielibyśmy wskazać mankament Face Dial, to z pewnością jest nią … długość nagrania. Jak za chwilę wykażemy, omawiając płytę bardziej szczegółowo, całkiem śmiało mogłaby się ona zakończyć po trzeciej improwizacji, czyli mniej więcej po 52 minutach.

Face Dial otwiera aura intensywnej stagnacji – warkot basu, brudna pulsacja gitary, okrężny, aktywny drumming. Prawdziwie post-rockowa rzeźnia, narracja pełna psychodelicznych wdechów i wydechów bardzo swobodnej improwizacji. Bas rysuje pętle, bywa, że frazuje na jazzowo, gitara stawia płaszczyzny ambientu o niezliczonej ilości barw, dodaje narracji przestrzeni i odpowiedniego pogłosu. Od drugiego utworu do gry włączają się skrzypce, raz za razem ciekawie rozwijane przez nienachalną elektronikę. Opowieść toczy się gęstym, masywnym ściegiem. Kind of psycho acid fussion as well! Muzycy często osiągają stan ognistej erupcji, ale bez problemu łapią też oddech w rejonach bliższych ciszy. Wiele doskonałych momentów odnotowuje gitarzysta, drummer zaś trzyma wszystko w dramaturgicznych ryzach. Trzecia improwizacja startuje z poziomu intrygujących, małych preparacji. Ze strzępów dźwięków muzycy budują bardzo zwinną i gęstą opowieść. Umiejętność symbiotycznego łączenia się czterech instrumentów w potok swobodnej improwizacji, to niewątpliwie siła tej płyty. No i właśnie, od czwartej improwizacji, ta przywara kwartetu zaczyna słabej działać, jakby formuła dotychczasowej improwizacji delikatnie się wyczerpała. Nie brakuje indywidualnych, bardzo udanych fraz, ale całość nie lepi się już tak zgrabnie w spójną opowieść. Sam finał łapie wszakże ognistą poświatę i w 80 minucie nie czujemy się znużeni Face Dial. Co nie zmienia faktu, iż płyta jest odrobinę zbyt długa.




Pablo Vazquez/ Hernan Sama  El Nombre Del Ritual (Creative Sources, CD 2019)

Na finał dzisiejszych zbiorowych szaleństw zaglądamy do Buenos Aires. Kwiecień 2018 roku, Estudio Libres, a w nim Pablo Vazquez na kontrabasie i Hernan Sama na saksofonie. Trzynaście improwizacji, łącznie 47 i pół minuty.

Nazwa Rytuału, to absolutnie bezpretensjonalna, swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona w jazzie. Niektóre utwory są bardzo krótkie, inne, dłuższe mają nieco ponad 5 minut. Różne techniki gry, melodyjne frazy open jazzu, ale i sonorystyczne zabawy czynione w świetnej komunikacji wzajemnej. Gdy trzeba muzycy z Argentyny śmiało wchodzą w świat zawsze bardzo udanych preparacji. Oto kolejny dowód na to, iż świetna muzyka powstaje w każdej części świata i mówi nieskończoną ilością języków.

Choćby klimat otwarcia – proste akordy kontrabasu, ogrywane przez suchy tembr saksofonu. Wyrazista narracja, świetna akustyka studia, czyste, wyzwolone ze schematów brzmienie, dobry warsztat muzyczny. Gdy trzeba saksofon brudzi swój sound, a palce kontrabasisty zwinnie tańczą na gryfie (drugi odcinek). Już tylko krok, by utonąć we wzajemnej imitacji i płynąć jednym, zwartym strumieniem. W kolejnej części bystre preparacje obu instrumentów, wspierane są głosami muzyków, którzy burczą i melorecytują teksty w nieznanym języku. W piątym utworze pięknie trzeszczy tuba saksofonu, a w ósmym pojawia się wysoko zestrojony smyczek na gryfie kontrabasu, który zmysłowo śpiewa na tle saksofonowych dronów. Podobna sytuacja ma miejsce w utworze dziesiątym, dwunastym i trzynastym. Ale przed nimi, w utworze dziewiątym, dzieją się chyba rzeczy najpiękniejsze – najpierw garść preparacji, także z użyciem gardła, potem zabrudzony walking kontrabasu i saksofon, który szuka dna tuby, wreszcie gardłowe melorecytacje, jakby żywcem przeniesione z dalekiego wschodu, z jakiejś tybetańskiej wioski zasypanej śniegiem. Piękny moment! Płytę uzupełnia kilka bardziej jazzowych fragmentów, które są okazją do wykazania się przez obu instrumentalistów, iż w tej, bardziej melodyjnej dziedzinie życia, radzą sobie równie doskonale.



wtorek, 12 listopada 2019

Bomb! What the hell is Bomb?!


Bomb is the term for the hit, the strike. Best bargain. The news…. *)

Bomb, to trzech bezczelnych Szwedów, który przybywają z dalekiego kraju, by definitywnie wyzwolić nas z nudnego jazzu, powtarzalnych schematów improwizacji i bezrefleksyjnego odcinania kuponów od dawnej, często domniemanej sławy.

Ola Paulson, wbrew zwyczajowym konotacjom naszego lokalnego języka, to zdecydowanie mężczyzna, który z saksofonem pod rękę, bez najmniejszych problemów, wbije nas w fotel artystycznego dyskomfortu. Ostatnio grywa głównie na tenorze, choć alt w jego ustach bywa równie groźny. Anders Lindsjö gra na gitarze basowej, burzy mury, ale z całym dziedzictwem niepokornego rocka, potrafi także unosić się w powietrzu. Wreszcie Anders Uddeskog, perkusista, dokładny, punktualny, w procesie kreacji żywioł rwących rzek i strzelistych skał.

Ta trójka muzyków, która przyjęła jakże prowokacyjną nazwę Bomb, rozpoczyna właśnie swoją europejską trasę koncertową. Szczęśliwie trzy pierwsze spektakle odbędą się w Polsce! Szczegóły na koniec tego tekstu. Teraz, bez zbędnej zwłoki, zanurzamy nasze oczy i uszy w pełnej dyskografii tria, na którą składają się dwie płyty i znaczący, kilkunastominutowy udział w pewnej festiwalowej składance.




The Hare Krishna Samurai Lullaby (Konvoj Records, DL 2019)

Niespełna 30-minutowa petarda koncertowa z Allmogen, Malmö, Sweden! Aura wejścia w nagranie nie powinna nas nadmiernie zaskoczyć - prychanie agresywnego saksofonu, bulgot gitary basowej, urywane frazy perkusji, jakby trio stawiało tajemnicze ślady na piasku. Krok za krokiem, z saperską precyzją, w konsekwencji doskonałej komunikacji wewnętrznej, już po kilkudziesięciu sekundach muzycy są zdolni utworzyć zwarty, kąśliwy flow swobodnej improwizacji, która czerpie ze wszystkiego, co napotka na swojej drodze. Bywa, że to jazz, bywa, że kompulsywny rock, czy trudne do zwerbalizowania fussion. Dynamika, moc w każdym ruchu i swąd spalonej sierści są udziałem muzyków i widzów, zgromadzonych na koncercie. W 6 minucie maszyna improwizacji osiąga stadium full drive! Odrobina brawury, żelazna konsekwencja, pewność w każdym ruchu i specyficzna, artystyczna bezczelność. Galop pełnokrwistych rumaków o zachodzie słońca!

Pod koniec 9 minuty muzycy proponują pierwszy stopping. Bas wybrzmiewa groźnie i dudni, saksofon dmie pustą tubą, w tle filigranowy drumming – cicha opowieść, skryta i budowana pieczołowicie. Muzycy zdają się tulić do siebie, mamrotać, topić w mroku dronowego ambientu. Po 15 minucie koncertu pierwsze próby wyjścia z krypty – bas snuje pasaż spokojnej fonii, perkusja idzie tuż obok, saksofon płynie półdronami, a całość ekspozycji nabiera … bluesowego posmaku. Lenistwo trudnego poranka po jakże dynamicznej nocy. Narracja sukcesywnie pęcznieje w nieinwazyjnym wszakże tempie. Po 20 minucie pazury muzyków są już ponownie naostrzone, a flow szyty jest znów gęstym ściegiem. Trio jedzie punkt w punkt i nabiera energii, którą była z nim na początku koncertu. Saksofon gotuje się w tubie, prawdziwy harsh tenor! Finał koncertu ocieka tłuszczem, to żywy blues, krwisty, dobrze wypieczony, zmysłowy. Ostatnia część tej opowieści przechodzi do fazy galopu już całkiem naturalnie – truely fire music! Sekcja ostra niczym skalpel, saksofon – potwór o niepoliczalnej ilości głów!




The Subject (Konvoj Records, CD 2016)

Ponownie jesteśmy na koncercie w Allmogen, jest rok 2015. Ola zagra tym razem na saksofonie altowym, a nagrane podzielone na dziewięć części potrwa niemal 41 minut. Koncert zaczyna się kolektywnym, ostrym, odurzającym uderzeniem trzech instrumentów – zaborczego, sześciostrunowego basu, posuwistego, brudnego saksofonu altowego, wreszcie masywnej perkusji. Narracja zdaje się być nieco taneczna, smakuje post-rockiem i dobrym, czerstwym chlebem. Precyzja każdej decyzji, ślady estetyki hc-punk w zachowaniu basu i perkusji. Proste rozwiązania, jakże czyste intencje artystyczne. I w ogniu, i w ciszy – master class. W tej drugiej odsłonie – przester basu i saksofonowe preparacje w tubie i gardle. Drugą część koncertu rozpoczyna prawdziwie free jazzowy taniec-połamianiec, ale toczony w umiarkowanym tempie. Muzycy nigdzie się nie śpieszą, a bas gra jakby w poprzek głównego nurtu opowieści. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni, narracja nabiera rockowego, niemal noise’owego temperamentu. Dla przeciwwagi, w części trzeciej muzycy proponują garść cichych zabaw z dźwiękiem. Podskórny humor, pewna frywolność, namacalny komfort tworzenia muzyki akurat w takim układzie personalnym. I doskonały warsztat muzyczny, który idealnie to wszystko wspiera. Po chwili wytchnienia, narracja znów nabiera gęstości – alt wyje, skowycze, prosi o łyk wody, bas rwie do przodu z taneczną lekkością, perkusja bije w punkt. Po chwili strumień dźwięków leniwie rozlewa się szerokim korytem – kind of dirty blues for deadmen! Piąta część – full power! Masywny free avant rock z akcentami funk and psychodelic! Furia, emocje, precyzja!

Na wejściu w szóstą część koncertu muzycy proponują nam coś na kształt agresywnego… call & responce! Dźwięki płyną wyjątkowo szerokim strumieniem, całkiem dynamicznie, kolektywnie, acz jak to często bywa w przypadku Bomb, bez nadmiernego pośpiechu. Od hałasu do ciszy, od ciszy do hałasu. Muzycy mogą tu sobie pozwolić chyba na wszystko. I tak też zdaje się dziać w części siódmej – flażolety, szum tuby, liczenie krawędzi werbla i tomów. Saksofon przez moment brzmi niczym akordeon, a całość opowieści, niczym sweet lullaby for ugly children! Po chwili muzycy sprytnie nabierają dynamiki – bas jakby coś śpiewał, saksofon prycha rytmicznie, a mały drumming kończy dzieło zniszczenia. Free funk impro jazz, łamana nieustannie narracja, cios za cios! Na finał koncertu krzyki altu i kontrapunkty sekcji rytmu – to nie będzie kołysanka! Pętle basu, szaleństwa w zagotowanej tubie saksofonu, kompulsywny drumming - ostatnie dźwięki koncertu stoją już w ogniu po czubek głowy.


Channel by Discovery Festival 2017 (Weekertoft, DL 2019)

Na finał dzisiejszej opowieści sięgamy po dźwiękową relację z pewnego londyńskiego festiwalu. Bomb zagrali tam krótki set, a Trybuna tymi właśnie słowami podsumowała ich występ:

(…) Zdecydowanie dobry to moment na coś prawdziwie bombowego! I tak dzieje się w istocie, na scenie bowiem melduje się skandynawskie trio Bomb (Ola Paulson – saksofon altowy, Anders Lindsjö – gitara basowa, Anders Uddeskog - perkusja). Niespełna 16 minutowa petarda free! Wytrawny saksofon, jurna, zagotowana od startu sekcja (doskonały bas elektryczny!), pełna swoboda kreacji – czego chcieć więcej? Jakże świeże i odkrywcze nagranie na tle osiągnięć gwardii uznanych i nadmiernie honorowanych kolegów z tej części kontynentu. Od eksplozji do konstruktywnego skupienia, zwinnej, małej gry. Świetna komunikacja, doskonały warsztat. Finał ocieka wysokogatunkową spermą! Brawo!


*****

Trasa Bomb w Polsce, to następujące koncerty:
Piątek, 15 listopada, Dragon, Poznań
Sobota, 16 listopada, Obszar Wspólny, Łódź
Niedziela, 17 listopada, Baza, Kraków.

Zapraszamy gorąco! Rekomendujemy bezapelacyjnie!

*) cytat z materiałów własnych muzyków

sobota, 9 listopada 2019

Ilia Belorukov & Vasco Trilla! Laniakea!


Kontynuujemy, rozpoczęty na początku bieżącego tygodnia, cykl spotkań z tuzami barcelońskiej sceny improwizowanej. Dziś czas na spotkanie z naszym ulubieńcem, perkusistą i perkusjonalistą Vasco Trillą! Muzyk ten często w Polsce koncertuje – tej jesieni był m.in. gościem festiwalu Jazz Jamboree, na którym zagrał w towarzystwie Jamaaladeena Tacumy i Artura Majewskiego. Równie regularnie dostarcza nam nowych nagrań i na ogół wydawane są one w Polsce (do końca tego roku liczba tych akurat wydawnictw w katalogu Katalończyka powinna dobić do liczby 16!). Ale jak się okazuje, nie tylko u nas! Właśnie ukazała się bowiem jego płyta wydana w Portugalii, pod szyldem Fish Wool, z Susaną Santos Silvą i Yedo Gibsonem (JACC Records), a niespełna trzy tygodnie temu swą światową premierę miała … kaseta, wydana w Stanach Zjednoczonych, o której poniżej przeczytacie kilka słów…

… a zatem! Największy emancypator wyzwolonego no drumming percussion tej części świata oraz jego rosyjski przyjaciel, saksofonista, który uwielbia elektronikę (tu zagra także na fluteophone), Ilia Belorukov i ich duet sprzed dwóch lat (dokładnie z połowy lipca 2017r.), zarejestrowany w przerobionej na studio nagraniowe … piwnicy budynku, w którym mieszka perkusista. Na kasecie, która nazwana została Laniakea (Astral Spirits, 2019), odnajdujemy cztery improwizacje, które trwają łącznie 35 minut i 46 sekund.




Perkusjonalny dron, który drży wszystkimi membranami, który dmie w nieistniejące tuby, pełne zimnego powietrza, to aura akustyczna, za którą odpowiada Trilla. Tuż obok urywane mikrofrazy saksofonu, silnie skąpane w elektronice, zagubione w kilometrach cienkich kabli. Narracja zdaje się systematycznie narastać, pęcznieć, a obręcze werbla rezonować ze wszystkim, co znajduje się w pomieszczeniu. Huk, pomruk, szelest post-muzyki, dron, który rodzi się wewnątrz drona. Industrialny swąd, elektroakustyczna ściana dziwnych dźwięków. Imponująca sekwencja fonii, która wybrzmiewa po 6 minucie samą elektroniką. Druga opowieść na wejściu tylko syczy i szumi. Jakby budowana była niemal wyłącznie z elementów akustycznych – rezonujące dzwonki, tajemnicze przedmioty i oddechy muzyków. Po 4 minucie flow skierowany zostaje ku elektronice – mechanistyczna porcja hałasu, która ładnie wytraca moc i zaczyna drżeć każdą swoją cząstką. Tuż potem garść elektroakustycznych usterek, strumień niemalże plądrofonicznych zdarzeń z nierozpoznanych do końca źródeł dźwięku. W tle filigranowe percussion.

Trzecia improwizacja rodzi się w obrębie działania akustyki – dzwonki i inne małe przedmioty wprawione w drgania, szumiąca tuba saksofonu, sekwencja spokojnych dronów, które narastają do momentu, aż zostaną pochwycone przez macki elektroniki. Zdaje się, że każdy akustyczny dźwięk zostaje przekształcony w syntetyczny. Raz za razem, wiele z nich popada w proces imitacji – salwy fake sounds, które upodobniają się do siebie. Narracja nabiera epickości, dźwięki pulsują i rezonują całą szerokością pomieszczenia. Choć ta akurat opowieść i tak zasługuje na miano najdelikatniejszej w zestawie dźwięków, za które w zadanej czasoprzestrzeni odpowiadają Ilia i Vasco. Ostatnia improwizacja – perkusista uruchamia rytmiczny beat, który przypomina metronom. Talerze rezonują, elektronika bulgocze, pełna wstrząsów i fonicznych przekłamań. Ocean dźwięków, z których każdy pojedynczy stanowi zaskoczenie. Saksofon stawia na preparacje i konsekwentnie stara się przebić przez tę elektroakustyczną powłokę. Proces zostaje zwieńczony powodzeniem, tkanka post-syntetyki nie okazuje się nadmiernie masywna. Świat elektroniki i czyste dźwięki metalowych misek tworzą intrygujący zestaw przeciwieństw – piękny dysonans! Na ostatniej prostej doświadczamy więcej dźwięków charakterystycznych dla saksofonu altowego, zabarwionych szczyptą zdrowego noise. Niespełna 36 minut Laniakea’y mija w ułamku sekundy.