piątek, 3 kwietnia 2020

Serries, Edwards, Taylor, Thompson & Malmendier! A New Wave Of Jazz bites in the front of spring, episode 2!


Kwietniowych nowości belgijskiego labelu A New Wave Of Jazz ciąg dalszy! *) Kolejne trzy płyty, w sumie pięciu muzyków, uformowanych w kwartet, solo i duet. Bez zbędnych introdukcji zapraszamy do lektury, odsłuchu i zakupów. Wspierajcie niezależnych, małych wydawców, przy okazji wielkich artystów, w czasach najcięższych.




SETT First And Second (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Dave Hunt Studio (Londyn, UK), listopad 2019; Dirk Serries – gitara akustyczna, John Edwards – kontrabas, Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Dwie części, 51 minut.

Czas na bystry, niemal gwiazdorski w obsadzie, nearly Contemporary but crazy String Quartet! Otwarcia dokonuje Serries i jego gitara, posadowiona na lewej flance. Po chwili dołączają kolejne instrumenty, ku prawej stronie patrząc – kontrabas Edwardsa uderzany dłonią, smukła altówka Taylora, wreszcie wyważona, akustycznie czysta jak łza, gitara Thompsona. Pierwsza z gitar stawia na preparacje, druga snuje półakordy, altówka i kontrabas płyną zaś swobodnym chamber, dobrze przy tym używając smyczka. Narracja szyta jest gęstym ściegiem, prezentuje szerokie spektrum ekspresji i stosowanych środków wyrazu. Po sześciu minutach muzycy decydują się na pierwsze zejście w okolice ciszy, podkreślone preparacjami altówki. Powrót do bardziej żwawej narracji następuje jednak dość szybko, głównie dzięki masywnym warstwom fonii, generowanych przez kontrabas. Gdy znów nastanie cisza, artyści proponują fazę filigranowych imitacji altówki i kontrabasu, czemu towarzyszy aktywna postawa Serriesa i pewna dramaturgiczna opieszałość Thompsona. Po kilku minutach kwartet osiąga kolejny już dziś stan intensywności, pełny akustycznych błyskotek. Po skromnym wyhamowaniu, krótkie, minimalistyczne solo prawej gitary, które przeradza się w duet z lewą gitarą, a skomentowany zostaje przez altówkę. Kilka kroków czynionych na palcach, a potem wielki skok w intensywną kipiel improwizacyjnej ekspresji. Zwłaszcza gitary zioną tu ogniem, po czym burczą zmysłowymi dronami. Zmiany, zmiany, zmiany… Gitara Dirka atakuje wyważonymi riffami, altówka skrzeczy, kontrabas stuka, a Daniel piłuje struny. Piękny moment narracji, która po małej dekonstrukcji zdaje się skrzypieć i rzęzić. Finał seta upływa na wymianie wyłącznie pozytywnych, zadziornych fraz.

Drugi set otwiera drżenie kontrabasu. Reszta instrumentów snuje małe fonie i czeka na przebieg wydarzeń. Minimal and so dark chamber as well! Po krótkiej rozgrzewce kwartet idzie w tango z uśmiechem na ustach. W połowie szóstej minuty czeka na nas prawdziwa perełka – kontrabas i altówka plączą się wzajemnie posuwistymi smyczkami. Po stoppingu – garść macanek i przytulanek, czyniona niemal w zupełnej ciszy. Po ochłonięciu, żwawe wyjście na prostą, w trakcie którego każdy z muzyków stosuje inną technikę gry. Struny skowyczą, tańczą, skrzeczą i pyskują. Cała improwizacja skrzy się bezgraniczną kreatywnością. Po trzynastej minucie smyki płoną już ogniem piekielnym, a palce na strunach gitar tańczą w małym obłędzie. Wygaszanie tych emocji, czynione bardzo kameralnie, stawia ów moment płyty po stronie wybitnych jej atutów! Cisza, która trzeszczy, liczy struny i piłuje. Muzycy systematycznie wydają się wspinać na ostatnie dziś wzniesienie – smyki harcują, ich dźwięki gęstnieją - krzyki, warknięcia, kanty i zadziory, a pod nim wulgarny dron kontrabasowego smyka. What a game! Przed upływem 23 minuty wszyscy, jak najbardziej kolektywnie, zarządzają finałowy odwrót, którego ważniejsze elementy składowe, to muskanie strun, szumy i szmery pomiędzy nimi, ćwierćtony i źdźbła nadchodzącej, ostatecznej ciszy.




Daniel Thompson  Finch (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, sierpień 2019 oraz Londyn, wrzesień 2019; Daniel Thompson- gitara akustyczna. Pięć części, 46 minut.

Poemat kreatywnej, minimalistycznej improwizacji na gitarę akustyczną solo zaczynamy w stanie … klinicznego niemal minimalu – akord, cisza, akord, cisza, dwa akordy i cisza – dwuminutowa introdukcja mija wyjątkowo długo. Po niej czas na trzy rozbudowane, kilkunastominutowe opowieści. A na sam finał płyty ... jedenaście sekund szumu, który wyczerpuje wątek utworu tytułowego.

Improwizacja druga, to cisza powolnych, spokojnych i łagodnych fraz gitarowych. Pojedyncze akordy, flażolety, półdźwięki, które z mozołem lepią się w coś na kształt narracji. Suchy, dźwięczący flow niczym niezmąconej akustyki. Bez dróg na skróty, z częstym wszakże użyciem repetycji. Chwilami pachnie Baileyem, ale całość naznaczona jest bystrym zmysłem dramaturgicznym Thompsona. Czasami opowieść smakuje rockiem, nawet rockabilly, ale to tylko ułamki sekund, zajawki, tego, co mogłoby się wydarzyć, ale … nie wydarzy się. W drugiej części utworu jest czas na duże porcje repetującej ciszy, skupionych półpreparacji, pasaży swobodnych oddechów i westchnień muzyka. Na sam jej zaś koniec, pierwsze próby bardziej aktywnej postawy gitarzysty – poszukiwanie i odnalezienie jego ulubionej metody budowania narracji, czyli na poły rytmicznego, konsekwentnego piłowania strun giętką kostką lub innymi przedmiotami. The one and only metallic and acoustic sound.

Improwizacja trzecia zaczyna się meta frazami czegoś, co przypomina zmutowany … country rock. Muzyk skacze po gryfie zwinnymi, kocimi ruchami, stawia stemple dźwięków, jakby znaczył teren, regulował zasady współistnienia w jego czasoprzestrzeni. Dystans, precyzja i dramaturgiczna nieśpieszność, dużo powietrza pomiędzy frazami i permanentny oddech minimalizmu, jako zasady kardynalnej. Po kilku minutach cisza zdaje się przejmować na moment pełnię władzy. Pod koniec utworu muzyk proponuje nieco więcej dźwięków. Zaczynają one ze sobą cudownie rezonować, budować metafizykę swobodnej improwizacji. Delikatne flażolety rozbrzmiewają, struny piszczą i skowyczą, wszystko funkcjonuje jednak na granicy kreatywnej łagodności. Wejście w czwartą improwizacją, w jej części początkowej nic nie zmienia w obrazie całości. Pojedyncze frazy, repetycja, cisza, półakordy, które budują dramaturgiczny suspens. Wyczekiwanie na to, co zdarzy się za moment pachnie ceremoniałem niespełnienia. W drugiej połowie utworu muzyk wybudza nas z letargu minimalizmu – jakby flow nabierał nieco masy i zgrzebnej dynamiki, jakkolwiek w wymiarze pasikonika, która skacze po mokrej trawie. Dużo zdrowego fermentu wnosi do opowieści użycie pałeczki, którą muzyk tratuje gryf gitary i naznacza opowieść ciekawym walorem post-perkusyjnym. Dźwięki, choć w stu procentach akustyczne, jakby nabierały wymiaru elektroakustycznego. Daniel zaczyna piłować struny ostrym przedmiotem, ale nie porzuca trybu perkusjonalnego. Definitywnie kreśli tym samym najciekawszy fragment płyty. Gdy czwarta improwizacja wygaśnie, pozostanie nam jedynie owe kilkanaście sekund szumu, o którym wspominaliśmy na wstępie.





Tom Malmendier/ Dirk Serries  Vanguard (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, grudzień 2018; Tom Malmendier – perkusja, Dirk Serries – gitara akustyczna, chwilami amplifikowana. Sześć części, około 40 minut.

Gitara Serriesa rozpoczyna pierwszą opowieść wyposażona w sporą dawkę prądu. Amplifikowany akustyk zdolny jest iskrzyć i sprzęgać się na potęgę! Obok perkusjonalne szuranie po werblu, liczenie krawędzi, poszukiwanie dramaturgicznego punktu zaczepienia. Akcja ma swoje tempo, ale prowadzona jest bez nadmiernego pośpiechu. Gitara ma masę, a perkusja kocią zwinność i lisią przebiegłość. Pierwsze uspokojenie brzmi dobrą psychodelią i tajemniczym przedmiotem, który turla się po werblu. W kolejnej fazie improwizacji muzycy pętlą się wzajemnie i syczą na siebie. Na ułamek sekundy wchodzą w post-rockowe klimaty, po czym przechodzą do finałowej fazy, gdy bystrymi preparacjami zaczynają budować przestrzenny ambient. Najpierw to efekt drżenia talerzy, potem strunowych przeciągów przepuszczanych przez wzmacniacz. Druga opowieść jest znacznie krótsza – gitarowe ćwierćriffy i małe perkusjonalia budują intrygujący, zawieszony dramaturgicznie flow. Bez zbędnej zwłoki muzycy przenoszą nas do kolejnej rozbudowanej improwizacji. Perkusja trzeszczy, gitarzysta liczy struny. Poprzez małą fazę preparacji muzycy budują zmysłową opowieść. Piękny stelaż perkusyjnych szczoteczek rysuje filigranowe, niemal molekularne pętle, gitara pozbawiona amplifikacji, wsparta drżeniem talerzy, konstruuje dramaturgiczny punkt ciszy. Martwy ambient w tle zdaje się delikatnie rezonować. Dirk używa smyczka, jakby liczył szprychy w zepsutym kole rowerowym. Na finał artyści łapią w żagle odrobię dynamiki, gitara aż skwierczy z emocji!

Drugą część płyty muzycy skonstruowali w formie krótszych, mniej rozbudowanych improwizacji. Najpierw, w czwartej części, obaj trzeszczą i ocierają się o siebie, momentami łącząc się w imitacyjny strumień fonii. Wszystko zdaje się być tu szorstkie, twarde, ale jakże wielowymiarowe. W piątej opowieści dostajemy nieco więcej żywej, delikatnie wzmacnianej gitary i watahy roztańczonych przedmiotów na werblu. Psycho acoustic dead dance! Po spowolnieniu oczywista w tym wypadku faza preparacji i mikro zdarzeń fonicznych - znów wszystko trzeszczy, drży i grzęźnie w wątpliwościach. Piękna opowieść, od ogółu do szczegółu. Wreszcie finał tej smakowitej płyty – rośnie porcja prądu na gryfie gitary, która serwuje rwane, czerstwe półriffy, obok perkusja, która jednocześnie preparuje i buduje rytm. Gitara chciałaby rocka, perkusja jednak fantazjuje i abstrakcyjnie szeleści. Na ostatniej prostej wzrost dynamiki, gitara zdaje się uderzać dużym kalibrem, perkusja stawia na lekki drumming. Brawo!


*) o poprzednich pisaliśmy dokładnie tydzień temu. Premiera ośmiu nowości labelu wyznaczona jest na 15 kwietnia, jakkolwiek w obecnych warunkach, nie wiemy dokładnie, co to oznacza. Nie mniej, wszystkie płyty są oczywiście dostępne pod tym adresem:




wtorek, 31 marca 2020

Laginestra, Bravo & Masing as WIG and their Music For Birds!


Formacja WIG nie ma nic wspólnego z warszawskim indeksem giełdowym, który w ciężkich czasach pikuje do samego dołu, jak ustrzelony jastrząb. To jedynie trójka muzyków z różnych stron muzycznego świata, którzy próbują – dźwiękowymi środkami wyrazu – udowodnić nam, iż ptasie, a także inne zwierzęce mózgi potrafią ogarnąć rzecz tak wysoce intelektualną, jak muzyka.

Muzyka dla Ptaków, czyli Merran Laginestra – vocal, piano, syntezator, Antonio Bravo – gitara oraz Elo Masing – skrzypce. Nagranie z studia Tonus Arcus, poczynione w roku 2017. Improwizowaną, ponadgatunkową, chwilami równie szaloną, jak piękną, opowieść dźwiękową w ośmiu częściach, dostarcza nam od stycznia 2020 roku, na płycie CD, wydawca CRAM Records (płyta w wersji cyfrowej jest osiągalna od 2018r.). Po więcej szczegółów, zwłaszcza w kwestiach ornitologicznych, koniecznie odsyłamy na stronę wigroup.weebly.com/music-for-birds.html *). Poniżej zaś zapraszamy na bystre (jakże by inaczej!) omówienie dźwiękowej zawartości płyty, która trwa mniej więcej trzy kwadranse.




Muzycy i ich zwinne instrumenty od startu wprowadzają nas w klimat ptasich dyskursów – płaskie klawisze fortepianu, smukłe struny skrzypiec i gitary, zadziorne reakcje, płochliwe westchnienia – bystre free chamber, czynione w dobrym tempie. Pierwszą opowieść prowadzi nade wszystko zmysłowy, kobiecy głos, niemal śpiew operowy, z posmakiem gustownego kabaretu, pogwizduje, melorecytuje, innymi słowy – łobuzuje na potęgę! Rytm narracji zdaje się być figlarnie połamany, nic nie dzieje się tu na skróty, a zmiana goni zmianę. Gitara śle post-jazzowe frazy, piano dekonstruuje zasady klasyki, a skrzypce płyną swobodnym, ponadgatunkowym improv. W tak zwanym międzyczasie coś zaczyna skwierczeć po ptasiemu, być może (a nawet na pewno!), to efekt pracy syntezatora. Druga opowieść znów toczy się niezwykle kolektywnie – dialogi i trialogi z ptasimi odgłosami. Narracja chwilami jakby toczyła się dwoma równoległymi duetami (gitara i skrzypce, głos i piano), by po czasie znów zlepić się w zmysłowy kwartet (który jest przecież w aspekcie ludzkim jednak… triem!). I w tej opowieści muzycy bez trudu łapią fazę dynamiczną, gęsto usianą dźwiękami, ale nadal niebywale filigranową. Trzeci epizod jest krótki, łagodniejszy, bardziej zanurzony w dystyngowanej kameralistyce. Płynie bez udziału głosu, z piękną, skrzypcową dominantą. Czwarta część, prawdziwa perła w koronie, nie ostatnia na krążku. Otwarcie należy do psychodelizującej gitary i strzępów syntezatorowych dźwięków. Preparacje, posmak post-industrialny, wewnętrzny, nerwowy rytm. Po czasie w zmysłowy pasaż łączą się abstrakcje syntetyki i żywa krew skrzypiec. W komentarzu głos ludzki, który zdaje się jednak płynąć po grubych kablach.

Piąta opowieść studzi nieco emocje i wzorem trzeciej historii, na powrót ustanawia panowanie dobrej kameralistyki. Piano brzmi czystymi klawiszami, gitara frazuje na jazzowo, ale skrzypce preparują i szukają zwady. Taneczne podrygi tych ostatnich nadają narracji sporej dynamiki, same stawiając zresztą na zdrowy hałas na ostatniej prostej. Szósta improwizacja, to powrót do preparowania dźwięków na wszystkich frontach – gitary, fortepianu i skrzypiec, a barwa głosu i dramaturgiczna głębia, sprawiają, iż recenzent nie może nie uznać tego fragmentu za najpiękniejszy na płycie. Merran niczym kobieta-orkiestra, do akustyki piana i głosu, dodaje jeszcze fermentujący syntezator! Gitara łapie trochę prądu, a skrzypce zdzierają skórę z gryfu. Opowieść po prostu eksploduje! Na finał wszyscy lepią się w gęsty dron. Siódmy epizod rozbrzmiewa wszystkimi barwami strun – kolektywne interakcje, trzy piękne pawie stroszą pióra i czekają na grad oklasków! Tempo rośnie, emocje także – full free chamber in its beauty! Szaleńczy głos dokłada swoje, podobnie czynią preparowane skrzypce! A na koniec klasyczne niemal wybrzmiewanie. Czas na ostatni akord tej niezwykłej płyty – znów preparowane skrzypce, którą budują dron, czarne i białe klawisze fortepianu, wreszcie gitara z odrobiną prądu. Ponownie nie brakuje emocji, choć opowieść toczy się nad wyraz łagodnie, czasami nawet pojedynczymi dźwiękami. Finałowa erupcja piękna jest udziałem przed wszystkim skrzypiec.





piątek, 27 marca 2020

Serries, Webster, Verhoeven and Taylor! A New Wave Of Jazz bites in the front of spring, episode 1!


Dokonania labelu A New Wave Of Jazz, dowodzonego przez belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa, śledzimy na bieżąco. Liczący ponad 20 pozycji katalog ponadgatunkowej muzyki improwizowanej omówiliśmy szczegółowo w wielu prezentacjach. Zainteresowanych odsyłamy do licznych postów otagowanych imieniem i nazwiskiem szefa wydawnictwa.

Czasy są wyjątkowo ciężkie, ale świetniej muzyki nie powinno zabraknąć nam nawet przez moment, albowiem na połowę kwietnia rzeczony wydawca zapowiada aż osiem premier! Będziemy je czytelnikom Trybuny sukcesywnie przybliżać. Dziś - na dobry początek - trzy soczyste petardy akustycznego free improv – najpierw duet saksofonu i gitary, potem trio, powstałe w rezultacie poszerzenia pierwotnego duetu o fortepian, wreszcie kolejne trio, w którym miejsce saksofonu zajmie altówka (jakkolwiek poprzedzone … duetem gitary i altówki w pierwszym secie).




Colin Webster & Dirk Serries  Light Industry (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, wrzesień 2019; Colin Webster - saksofon altowy oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Sześć części, 42 minuty.

Ulubieni muzycy tej części improwizowanego świata (przynajmniej z perspektywy tych łamów) od pierwszego dźwięku wiodą opowieść ścieżką gęsto usianą dźwiękami. Surowa, niemal bailey’owska gitara i prychający, niczym kot w infekcji, saksofon altowy, nie bez agresji i z pewnością bez niedomówień, patrzą sobie prosto w oczy i nie mają jakichkolwiek artystycznych wątpliwości. Gdy alt osiągnie pierwszą fazę śpiewności, spirala narracji będzie już pracowała na pełnych obrotach. Nawet, gdy po czasie, dynamika ich dialogu nieco siądzie, brnąć będą dalej metodą dźwięk za dźwięk. Potem jeszcze krótka faza imitacji, a po wejściu Colina na najwyższy poziom kreatywności, krok w pół galop i piękny finał gotowy! Druga historia trzyma się przyjętej na wejściu estetyki – kolektywnie, ciało w ciało, bez respektu – muzycy zdają się jednak operować szerszą paletą środków wyrazu. W dalszej części Dirk stawia na nieco luźniejsze struktury, Colin zaś parska i rży niczym koń. Zejście w ciszę, w połowie utworu, to już majstersztyk! A po restarcie Colin znów udowadnia, iż saksofon altowy, to jego prawdziwy oręż doskonałości.

W kolejnej części muzycy generują fonie niemal meta riffami, są flażolety i dziki piski spod dysz. Dużo kantów i soczystych zadziorów, czynionych z pełną mocą. Po czasie Dirk nabiera tempa i gęstości, Colin, dla odmiany, dmie suchym powietrzem nad wyraz przestrzennie. Czwarta opowieść delikatnie wyhamowuje. Gitarzysta liczy struny, saksofonista klei smukłe półdrony. Kind of very dirty ballad for non lucky loosers! W połowie tej pieśni muzycy nabierają wigoru i pasji niszczenia, w kompulsywnej histerii docierają do ostatniego dźwięku.

Modulowany i preparowany dźwięk na strunach gitary wprowadza nieco tajemniczości do kreowanego obrazu rzeczywistości. Tuba dyszy, skwierczy i piszczy – dla podkreślenia wagi sytuacji. Muzycy, jak na mistrzów w swoim fachu przystało, i ich bystre dźwięki w piękny sposób nabierają stosownej gramatury, masy i ciężaru właściwego. Akustyka nagrania eksploduje urodą! Czas na finałową improwizację – dysze saksofonu stukają jak metronom, gitara śle filigranowe drobiny fonii, niespodziewanie nasiąknięte bluesem. Narracja wydaje się nabierać bardzo cielesnego wymiaru, jakby każdy dźwięk lepił się do drugiego. Gdy w końcu alt zacznie śpiewać, będzie snuł flow niepozbawiony akcentów percussion. W tym czasie gitara, step by step, nabierze dynamiki i powiedzie opowieść ku efektownemu zakończeniu. Gdy wejdzie w fazę repetycji, alt znajdzie ciszę, a światło zgasi kolejny … metronom, tym razem wzbudzony na gryfie gitary.




Serries/ Verhoeven/ Webster  Praxis (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, grudzień 2018; Dirk Serries - gitara akustyczna,  Martina Verhoeven – fortepian oraz Colin Webster – saksofon altowy. Siedem części, 42 minuty.

Zaczynamy w aurze minimal – pojedyncze struny gitary, majstrowanie przy dyszach saksofonu, suche, martwe półakordy piana. Trio, które znamy z improwizacji pod szyldem Tonus, tu w okolicznościach studyjnych, będzie jednak nabierać mocy i co rusz parskać emocjami. Już po paru chwilach piano bije, niczym zegar wieczności, wokół zmyślne preparacje, dużo powietrza i ciszy pomiędzy frazami. Po męskiej stronie narracji nie brakuje tajemniczych ekspozycji szumiąco-tłoczących. Całość kąsa zmysłowością i zwinnie przenosi nas do drugiej opowieści. Tu dostajemy nieco inne dźwięki, choć schemat improwizacji wydaje się bardzo podobny. Saksofon dmie dronowo, gitara i piano stawiają na krótkie, urywane frazy, przy czym ta pierwsza plecie opowieść, gdy to drugie sieje kontrapunkty. Na wszystkich możliwych strunach nie brakuje preparowanych dźwięków. Trzeci epizod, to oddechy z tuby, struna na strunie, raz nisko, raz wyżej, ciasna, czerstwa narracja. Gdy przybywa masy i mocy, przybywa też niezbywalnej urody, zwłaszcza, gdy gitara zacznie przypominać suwnicę przemysłową (zapewne za sprawą smyczka). Kolejna część jeszcze dosadniej korzysta z preparacji strun i dronów z tuby. Pojedyncze akordy piana stawiają stemple nieskończoności, nadając całości mroku i swoistego majestatu. Tytuł improwizacji (Inercja), zdaje się być strzałem w dziesiątkę. Opowieść staje w miejscu, trzeszczy każdym szwem, skomle o łyk wody.

Piąta opowieść budowana jest początkowo z filigranowych fonii, akustycznych mikro zdarzeń. Cisza i szmery, duch minimalizmu i dramaturgiczna nieśpieszność. Małe struny, półakordy, martwe dysze i samotne klawisze. Po pewnej chwili dźwięki zaczynają lepić się do siebie, a alt inauguruje piękną serenadę, jakże websterowską! W szóstej, przedostatniej improwizacji, muzycy zdają się dostarczać nam wszystko, co najlepsze – rezonująca gitara, dron saksofonu, głębokie, strunowe fonie z dna fortepianu, a całość okraszona bystrymi repetycjami. W drugiej części utworu gitara także zaczyna lepić się w dron, dobrze wykorzystuje smyczek. Piano konsekwentnie trzyma się minimalistycznej estetyki. Na zakończenie wszystko cudownie wybrzmiewa na rezonujących strunach tego ostatniego. Czas na finałowy epizod – Dirk liczy struny szorstkim smykiem, dysze Colina kolebią się w oparach wątpliwości, piano Martiny – dla odmiany – śle hałaśliwe akordy. Narracja buduje się od ściany do ściany, z wyjątkowo dużą amplitudą drgań mocy. W dalszej fazie nabrzmiewa, fonii jeszcze przybywa, a struny skwierczą i dygoczą na wietrze. Emocje rosną z każdą sekundą. Ostatnia prosta wydaje się najbardziej ekspresyjnym fragmentem tej doskonałej płyty.




Serries/ Taylor + Verhoeven  An Evening at Jazzblazzt (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Live at Jazzblazzt, Neeritter, Holandia, czerwiec 2019; Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka oraz Martina Verhoeven – fortepian (jedynie w secie drugim). Cztery części, 62 i pół minuty.

Słowo się rzekło, zatem najpierw gitara i altówka! Ta pierwsza stawia zasieki, pięknie nawiązując do stylistyki the one and only Dereka Baileya, ta druga tańczy na gryfie, mając lekko zabrudzony sound. Dźwięki lepią się do siebie od pierwszej sekundy - reakcje w następstwie akcji, pojedyncze frazy w opozycji do ataku masywnych fonii. Dirk stawia na precyzję, częściej konstruuje rwane, riffowe ekspozycje, Benedict preferuje dłuższe frazy, przeciąga linę, pojękuje i zawodzi. Gdy po czasie obaj zwolnią, kroczyć będą z maestrią bluesa po wyjątkowo ciężkiej nocy. W dalszej kolejności nie ominie nas faza bystrych imitacji, zamiany ról (kto i co tu gra?), czynionych w blasku metafizycznej wręcz akustyki. Jest i faza zmysłowego serfowania po gryfach, a także faza perkusjonalna. Całość narracji zdaje się zionąć ogniem, raczej stroni od głaskania ciszy, które znamy choćby z poprzedniej płyty duetowej tych artystów. Drugi fragment pierwszego seta stawia na mrok, preparacje, rwane, tajemnicze frazy. Pod strunami gitary tli się psychodeliczny swąd, reakcje altówki wyłącznie w klasie mistrzowskiej. Na finał muzycy schodzą w okolice ciszy, gitara stawia na minimal, a altówka na kreatywny skowyt.

Set drugi, zatem pierwotny duet wzbogaca fortepian, którego udziałem jest rozbudowane, preparowane intro. Altówka stawia perkusyjne stemple, a piano - niczym mała orkiestra - czyni akustyczne cuda. Po chwili gitara zgryza się w fakturę preparacji. Całość nie stroni od ostrych, kanciastych dźwięków, sporo dzieje się tu w myśl metody call & responce. Zmysłowe, jakże cielesne i emocjonalne igraszki, niepozbawione jednak dramaturgicznych salw ciszy i kreatywnego zaniechania. W połowie ósmej minuty, udane spowolnienie – echo pustych fonii, minimal w rozkwicie, cuda post-akustyki, nikt nie wie, kto jest odpowiedzialny za dany dźwięk. Po chwili następuje faza wyjścia -  altówka tańczy i śpiewa, pozostałe instrumenty grzmią i preparują. Narracja nabiera epickiego rozmachu. Panowie wchodzą w zapaśnicze suplesy, Pani kontrapunktuje metafizyką otwartego pudła rezonansowego fortepianu. Gdy czas już nadejdzie (okolice 20 minuty), to właśnie Martina, za pomocą delikatnie klasycyzujących grepsów, sprowadzi partnerów na dobrą drogę. Faza ciszy, akustycznych dronów, rezonujących mgławic post-dźwięków. W chwilę potem spiralę nowej opowieści nakręca altówka. Muzycy niespodziewanie szybką osiągają wysoki poziom głośności. Finał pierwszej części drugiego seta upływa nam na degustacji długich pasm akustycznej gitary.

Drugi akt koncertu tria, znacznie krótszy, rozpoczynają strunowe, repetujące pląsy. Piano wydaje się lekkie, niczym pawie pióro. Altówka pcha całą opowieść do przodu, gitara tworzy wielowarstwowe tło, a piano preparuje i kontrapunktuje, niczym cerber ładu i porządku. Cudowny chaos kreatywnego dysonansu! Benedict znów tańczy, skrzeczy, niczym kuropatwa, Martina mantruje na gołych strunach, gitara Dirka lśni tajemnicą. Nim muzycy osiągną ostatni dźwięk, napotkają jeszcze plaster ciszy, po czym, w absolutnym skupieniu, brnąć będą dłuższymi frazami ku napisom końcowym. W ramach wisienki na torcie altówka zmysłowo zedrze z siebie skórę.


wtorek, 24 marca 2020

Lisbon String Trio! Sediments & Rhetorica!


Ernesto Rodrigues (altówka), Miguel Mira (wiolonczela) i Alvaro Rosso (kontrabas) powołali do życia Lizbońskie Trio Strunowe cztery lata temu, edytorsko zaistnieli zaś w roku 2017, gdy udostępnili światu od razu sześć albumów (bodaj o jednym z nich pisaliśmy na tych łamach). Kolejne epizody dostarczali wielbicielom kameralnej, swobodnej improwizacji dość regularnie, jakkolwiek z nieco mniejszą częstotliwością. W sumie doczekaliśmy się jak dotąd dwunastu płyt tria, przy czym aż w jedenastu przypadkach były to edycje trio +1.  Wydawcą wszystkich płyt w formacie CD jest – co z zrozumiałe – Creative Sources Records.

Rok 2020 Lisbon String Trio otwarli płytą Sediments, którą nagrali z gościnnym udziałem jednego z naszych ulubionych, iberyjskich drummerów Gabriela Ferrandiniego. Rok poprzedni zaś zamknęli płytą Rhetorica z udziałem innego członka słynnego RED Trio, pianisty Rodrigo Pinheiro. Właśnie o tych dwóch płytach chcemy Wam dzisiaj opowiedzieć.




Sediments, November 18th 2019 live at O'Culto da Ajuda, Lisbon, the Creative Fest XIII, 31:34

Perkusyjne otwarcie - liczeni krawędzi, sprawdzanie jakości naciągu membrany na werblu – i szmer na strunach altówki łagodnie wprowadzają nas w klimat koncertu. Ferrandini od pierwszych chwil szuka narracji, ale póki co, raczej tonie w ciszy oczekiwania. Struny wydają pojedyncze fonie dla podkreślenia owego stanu dramaturgicznego napięcia. Jednak już po 2 minutach śmiało możemy ogłosić, iż narracja została uformowana. Free chamber czynione jest w tempie dalekim od typowego slow motion, w czym zasługa głównie nadaktywnego drummera, która nie pozwala na sekundę zawahania. Następujące po kilku minutach pozorne zejście w obszar ciszy zdaje się być jedynie pretekstem do wzrostu dynamiki opowieści. Gabriel stymuluje i napędza flow, kameralna zaduma, to nie jest jego naturalne środowisko. W 8 minucie na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, dając sygnał do drobnego, barokowego spowolnienia. Tło trzyma jednak … dynamiczny taniec pałeczek perkusyjnych na talerzu. Prawdziwa cisza spowija nas na moment po kolejnych dwóch minutach. Struny oddychają spokojnie, a Gabriel liczy misy i małe talerzyki, które zabrał ze sobą na koncert. Kind of dark chamber in slow motion as well! – notuje bystry recenzent. W upływie 13 minuty viola zaczyna harcować, ale pozostałe smyki trzymają ją w ryzach dramaturgii. Deep drumming wzmaga nastrój tajemniczości. Rozkołysane chamber z czasem nabiera jednak pewnego rodzaju dynamiki – dobre expo staje się udziałem szczególnie altówki. Po 18 minucie łyżkę jazzu i swobodnego drummingu dorzuca Ferrandini. Strunowce w komentarzu kolebią się od prawej do lewej i wiszą w błyskotliwym suspendzie

Ponowne pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu stanowi kolejny stempel jakości. W 23 minucie tempo delikatnie rośnie, co w dużej mierze jest skutkiem aktywności aktówki i perkusji. Nie na długo jednak, albowiem narracja znów staje w miejscu i cudownie rozbrzmiewa - raz rozkwita, innym razem tuli się w wielobarwne pąki. Perkusyjne szczoteczki w galopie, to następny pomysł Gabriela, który doprowadza jednak narrację na skraj … kolejnej ciszy. Pojedyncze struny altówki drżą, te z wiolonczeli płyną wąskim strumieniem. Zwinne szczoteczki, dźwięczne talerze, a także mała polerka strun budują finałową część koncertu. Perkusja w pełnym rozkwicie i lekko zwieszone strunowce kreują zjawiskowe zakończenie, które ma swoje tempo, ale czynione jest delikatnie, niemal na palcach. Brawo!




Rhetorica, July 4th 2018 live at Timbuktu studio, Lisbon, 50:39

Pojedyncze dźwięki klawiszy, strun, smyczków, mała, jakże kameralna rozgrzewka, w trakcie której każdy z instrumentów frazuje odrobinę inaczej. Struny wyswobodzone ze schematów, klawisze piana bardziej w klasycznej toni. Skupienie, któremu towarzyszy wewnętrzny niepokój, aura tajemniczości. Narracja systematycznie narasta, bardzo kolektywnie, z dbałością o niuanse brzmieniowe, rodzaj free chamber z post-jazzowym zębem. Na finał pierwszej z czterech zaplanowanych historii piękne expo ze strony altówki. Introdukcja drugiego epizodu odbywa się na lekkich strunach, przy wtórze deep piano – wszystkie wszakże reakcje na zaciągniętym ręcznym. Filigranowa, ale i mroczna opowieść. Znów perełki na gryfie altówki, piano, które brzmi jak czwarty strunowiec, wreszcie szelest swobodnych preparacji. W drugiej części opowieści nadchodzi czas na smukłe drony wprost ze strun, rodzaj delikatnych macanek z ciszą. Powrót do dynamiki czyniony jest po mistrzowski, przy perfekcyjnej komunikacji. Na finał muzycy stąpają na placach, produkując niemal metafizyczne, mikroskopijne fonie!

Trzecia opowieść budzi się przy pojedynczych frazach klawiszy, a struny akcentują swoją obecność dokładnie w tej samej konwencji. Po chwili piano zapuszcza jazzowego bakcyla, kusi, ale altówka, wiolonczela i kontrabas zachowują bezpieczny dystans. Flow cudownie faluje – od kameralistyki do open jazzu, od open jazzu do kameralistyki. Świetna dramaturgia! Pianista wydaje się ustanawiać tu zasady, pięknie towarzyszy mu alcista, a pozostali muzycy bystrze reagują. Równie błyskotliwa jest kolejna faza – krok ku dynamice, półgalop, w którym muzycy są precyzyjni i dosadni, podobnie jak to miało miejsce w okowach ciszy. W drugiej części najdłuższej historii, garść jazzu spod klawiszy, w komentarzu zaś strunowym moc zmyślnych preparacji, co tworzy intrygujący dysonans estetyczny. Krok do przodu, dwa kroki do tył, raz szybciej, raz wolniej - what ever we want! Gdy piano płynie po klawiszach, strings budują drony, gdy piano postawi na kreatywny minimalizm, te drugie, każde ze smykiem, doprowadzą opowieść do zakończenia wyjątkowej urody.

Wreszcie finał owego studyjnego koncertu – mocne uderzenia w klawisze, szorowanie przedmiotem o przedmiot, dźwięki nad wyraz głośne, jak na kanony tego spotkania. Metoda call & responce – ta jedyna zawsze ma rację bytu! Chamber na wolnym wybiegu, gdy swobodny jazz stoi u bram! Kolejne smyczki stawiają stemple barokowego piękna, piano aktywizuje ruchy. Dynamiczny finał może zaskakiwać, ale zdaje się być najwłaściwszym wyborem artystów. Na koniec definitywny schodzą w mrok wyjątkowo tajemniczej kameralistyki. W roli gaszących światło, smukłe, drobne smyki.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!


piątek, 20 marca 2020

Yodok III - From Silence to The End! The New Live Performance’ Collection!


Yodok III – niebywała formacja złożona z gitary elektrycznej, amplifikowanej tuby i perkusji - w ciągu mijającej dekady wyniosła improwizowany dark ambient do rangi sztuki. Jesteśmy z nią od pierwszego dźwięku, jaki wydała i dziarsko donosimy o jej wszelkich aktywnościach edytorskich (linki do starych tekstów na końcu dzisiejszej opowieści).

W trudnych czasach zarazy życie muzyczne winno toczyć się dalej. Na przełom września i października trio zapowiada nową płytę (pierwszą studyjną od sześciu lat!) i skromną trasę koncertową. Niektórzy czynią wiele, by zahaczyła ona o Polskę i pewien ambitny festiwal muzyki improwizowanej w Poznaniu. W oczekiwaniu na ów zacny fakt, muzycy w styczniu br. zamieścili na swojej stronie bandcampowej zbiór koncertów (dokładnie ośmiu!), które nie były dotąd publikowane.

Historia każdego koncertu grupy Yodok III wygląda mniej więcej tak samo - od ciszy wyczekiwania na pierwszy dźwięk po finałową ścianę dźwięku. Scenariusz ten sam, wykonanie zawsze inne, wszak mówimy o muzyce improwizowanej! A na scenie wygląda to mniej więcej tak:

Gitara elektryczna, przystawki, przetworniki dźwięku - po lewej stronie sceny, patrząc z perspektywy odbiorcy. Tuba i flugabone (instrument dęty, coś pomiędzy tubą a trąbką) podłączone do amplifikatorów wielkiej mocy, po prawej. Na samym środku, pełnowymiarowy zestaw perkusyjny (…). Gitarzysta nazywa się Dirk Serries i na ogół siedzi na krześle, mając swój iskrzący prądem instrument strunowy rozłożony na kolanach. Tubista, to Kristoffer Lo. W trakcie koncertu na ogół klęczy. Obok leży wielka tuba, która jest dramatycznie okablowana. Muzyk dmie w nią właśnie w pozycji na kolanach i manipuluje potencjometrami. Perkusista - Tomas Järmyr zasiada za zestawem bębnów i talerzy. W jego przypadku trudno o inną pozycję. *)

Zapraszamy do odbycia z nami ośmiu niebanalnych podróży dźwiękowych!




Jazzhouse  45:13 (Kopenhaga, 28.04.2017)

Ciemność sceniczną narusza delikatny ambient gitary, któremu towarzyszy szmer talerzy. W tle coś miarowo dudni, potem przestaje i znów powraca. Pierwsze dźwięki z prawej strony sceny dobiegają do nas w połowie 6 minuty – pasaż Lo brzmi bardziej gitarowo niż ambient Serriesa. Narracja formuje się w dwa strumienie ambientu i towarzyszące im bijące serce stopy perkusyjnej. W połowie 13 minuty tuba**) śpiewa już pełnym gardłem, gitara idzie w ślad za nią, a perkusja dla odmiany milknie. Narracja płynie wytrwale, ma swoją dynamikę, ale pozostaje łagodna i emocjonalnie wyważona. Z czasem narasta, a rolę koła zamachowego zdaje się pełnić przed wszystkim perkusja. Przy okazji prawa flanka zaczyna generować kolejne pasma krzyczącej fonii. Po krótkim wyhamowaniu (perkusja jest czujna!), począwszy od 29 minuty, delikatnie rozhisteryzowana tuba daje sygnał do budowania finałowej ściany dźwięku. Proces ten zajmie muzykom około 10 minut. Każdy z instrumentów dodaje coś od siebie, a gitara dodatkowo nabiera rockowego posmaku. Gdy wreszcie wall of noise wejdzie w fazę szczytową, najgłośniejszym instrumentem na scenie okaże się podłączona pod stertę kabli tuba! Tłumienie rozgrzanego do czerwoności płomienia narracji zaczyna się po upływie 41 minuty koncertu. Na samym jego końcu cichnąca tuba i bijące serce perkusyjnej stopy gaszą światło w sposób kardynalny.




Handelsbeurs  39:51 (HA! Festival, Gent, 29.04.2017)

Z mroku wyjątkowo ciężkiej nocy budzą się dźwięki oblepione porcjami ciszy. Coś grzmi z oddali, ale milknie. Narracja buduje się kolektywnie ambientem gitary, cichym drummingiem po samych talerzach i elektroakustycznymi repetycjami po stronie tuby. Wszystko z delikatną dominacją Serriesa, który snuje piękny chill-out. Opowieść toczy się wyjątkowo stabilnie. Na obu flankach sporo się dzieje, ale muzykom daleko do jakichkolwiek eskalacji. Spirala emocji idzie w ruch dopiero w połowie 18 minuty – tuba płynie szerokim strumieniem, z dużą dawką repetycji, perkusja pracuje w pełnym rynsztunku, a gitara podkręca potencjometr. Po 25 minucie Lo wchodzi w swoją ulubioną fazę amplifikowanego, śpiewnego meta krzyku. Järmyr ma ochotę zatańczyć, a Serries poszaleć na strunach. Efektem działań całej trójki jest zwiewna, lejąca się wyjątkowo szerokim korytem lawa hałaśliwego dźwięku. Od 35 minuty faza flow down dzieje się równie urokliwie – ta uwaga dotyczy nade wszystko tuby, która repetuje z wątkami pobocznymi. Gitara w ambientowej toni, kreśląca piękne meta riffy i łabędzi śpiew dęciaka są z nami do ostatniego dźwięku najkrótszego ze znanych nam, wyedytowanych koncertów Yodok III.




AB  01:15:28 (Dirk Serries' Epitaph event, Bruksela, 08.04.2018)

Sprzęgające się dźwięki generuje najprawdopodobniej sam amplifikator, jakkolwiek udziału sprawczego muzyków nie należy w tym wypadku wykluczyć. Pętlą się i zgrzytają, w tle zaś szeleści skromny ambient. Gitara stawia mikro plamy, brzmiące wszakże bardzo … gitarowo. Narracja tkana z drobiazgów płynie uroczo żółwim tempem. Po 6 minucie tuba zaczyna wydawać dźwięki na poły akustyczne – oddycha i parska, cała drży amplifikacją. Lo, niczym hydra o stu twarzach, jest tu nam w stanie zaserwować każde zdarzenie foniczne! Po kolejnych kilku minutach gitara pulsuje, perkusja zagęszcza ścieg, a tuba repetuje, szumi i krzyczy krótkimi frazami syntetyki. Po kilku kolejnych – tuba wręcz … gwiżdże (Lo, mała orkiestra elektroakustyczna!). Muzycy wchodzą w stan wyższej mocy tuż przed upływem 20 minuty koncertu, nadal wszakże stawiają kroki z rozwagą i pieczołowitością (tuba dmie niczym statek parowy!). Najwyższy bieg zostaje włączony krzykiem tuby z siarczystym posmakiem rocka, a dzieje się to w 27 minucie. Full drumming i soczysty, masywny ambient gitary, dokładają swoje i w 35 minucie następuje apogeum pierwszego wątku koncertu. Po kilku minutach muzycy bystrze się tłumią, a na scenie pozostaje jedynie półdźwięk szeleszczących, jakże żywych perkusjonalii.

Zegar koncertu tyka w niemal zupełnej ciszy. Nowy wątek rodzi się na gryfie gitary, płynie z samego jej dna. Szmer szczoteczek, delikatnie drżące talerze i żywa tuba z oddali - narracja budowana jest na palcach, gently slow motion! Na bardziej aktywne działania muzyków musimy poczekać do 56 minuty – na flankach pęcznieją dwa strumienie ambientu, perkusja dokłada do ognia. Każdy pasmo fonii dodaje milimetr po milimetrze na skali potencjometru. Całość nabiera zarówno mroku, jak i rockowej ekspresji. Znów krzyk tuby wieści zbliżanie się do ściany dźwięku. Ambient rozdziera szaty, perkusja grzmi metalami ciężkimi. Finał koncertu jest niemalże epicki, bardzo efektywny fonicznie. Schodzenie w kierunki ciszy zaczyna się w 72 minucie. Ostatnie dźwięki wydają talerze.




MTC  58:21 (Kolonia, 23.02.2019)

Wprowadzenie do koncertu budują głównie dźwięki syntetyczne i post-syntetyczne – dron martwego ambientu, elektroakustyczne pulsacje i skwierczenia. Przeciwległe flanki okablowanego ambientu ślą rwane frazy inside/outside. Perkusja nieśmiało włącza się do gry talerzami w połowie 6 minuty. Strona, za którą odpowiada Lo niemal zionie pyłem piekielnym - dark & black beauties! Dla odmiany Serries staje na palcach i chce sięgać nieba! Narracja wciąż pulsuje, Lo dorzuca do ognia pomysł na pomysłem – demon wcielony! Opowieść wydaje się dość nietypowa dla Yodoka, głównie z uwagi na niebywałą kreatywność tubisty. Jego instrument śpiewa jak zazwyczaj, ale jednak innym głosem. Po 18 minucie cała trójka dość szybka wpada we wrzątek – szalejący Tomas jest sprawcą tego incydentu! Po kolejnych pięciu minutach stoją już pod ścianą dźwięku – prawdziwe wichry wojny! Nawet ambient gitary rży tu jak stado bawołów! Moc jest z nimi do 27 minuty, gdy kolektywnie postanawiają gasnąć – tuba śpiewa z oddali, a drummer zamiata szczoteczkami w kierunku ciszy. Gdy zostanie sam, pogrąży go mrok, z którego drogę wyjścia wskaże elektroakustyczne skwierczenie na prawej flance.

Talerze i półdźwięk gitary wprowadzają nas w nowy wątek koncertu. Tuba zaczyna delikatnie podśpiewywać, towarzyszą jej zgrzyty i przepięcia mocy, które niczym katarynka zaburzają ład i spokój narracji. Opowieść toczy się powoli, definitywnie w poszukiwaniu czystych form – ambient gitary, śpiew dęciaka, mikro perkusjonalia. Stan pełnej czystości osiągają dopiero w 40 minucie, gdy wszyscy, po obu stronach sceny, wpadamy w repetytywny chill-out. Przy okazji odnotowujemy, iż od wielu chwil nie ma z nami perkusji. Ta ostatnia powraca w połowie 48 minuty i nakręca spiralę emocji. Ściana, do której dążą muzycy, staje przed nimi w 52 minucie. Wszystko zdaje się śpiewać, krzyczeć, meta radośnie zawodzić – galopujący drummer i dwa pasma całkowicie wyzwolonego ambientu. Gasną po osiągnięciu stanu zastygłej lawy.




Verkstedhallen  03:41:25 (As We Fade Out Into The Sweet Stream Of Oblivion, dance/multimedia project, Trondheim, 07-09.05.2018)

Na finał naszych dzisiejszych podróży po niezbadanych przestrzeniach dark ambientu, cofamy się do roku 2018, by uczestniczyć w spektaklu audio-wizualnym pod nazwą własną Yodok IX’ As We Fade Out Into The Sweet Stream Of Oblivion. Dziewiątka w tytule bardzo zasadna, albowiem trójkę naszych bohaterów wspierają ci, których moglibyśmy zobaczyć, gdybyśmy byli tam wtedy, a zatem tancerki (Mari Flønes, Ingeborg Dugstad Sanders, Live Strugstad), mistrz oświetlenia (Ingrid Skanke Høsøien), scenografii video (Pekka Stokke) oraz dźwięku (Håkon Dalen). Ceremonia składać się będzie z czterech odsłon.

Session 07.05.18. Niskie pasmo dźwięków pulsuje miarowo, a wysokie fonie tuby pną się ku górze, by zaraz drastycznie opaść. Cisza, wyjący dzwonek alarmowy, elektroakustyczne repetycje małych fraz i mozolnie budujący się ambient gitary, to kolejne elementy składowe narracji. Pierwszy wzrost aktywności muzyków ma miejsce po 9 minucie (wejście perkusji), a po kilku następnych – pulsary ambientu zaczynają budować flow, który momentami pracę Tomasa nawet zagłusza. Konsekwencja muzyków doprowadza ich do pierwszej tego dnia ściany dźwięku w okolicach 28 minuty, która choć rozlana, zdaje się być wyjątkowo głośna. Wyjście z ciszy, która ją komentuje, następuje w 36 minucie, gdy stopa na bębnie basowym i szemrzące amplifikatory organizują nowy wątek narracji. Budowany jest on w ciepłej aurze elektroakustyki. Po upływie 43 minuty szorstkie i dygoczące z zimna fale ambientu, wspierane talerzami, z inicjatywy Lo obierają kierunek eskalacji. Wszystko wydaje się tu lepić w jeden masywny, dronowy flow, który pnie się ku górze przy wtórze śpiewającej, a potem krzyczącej tuby, a także drummingu Tomasa, który bije na alarm, niczym dobosz. Noise for ever zamiera nagle, jakby ktoś brutalnie odciął zasilanie (plug out!).

Session 08.05.18.  Przestrzeń drży post-elektroniczną głębią, Lo manipuluje przetwornikami, a wszystko wydaje się być rozsiane dużym pogłosem. W okolicach 10 minuty tuba zaczyna śpiewać, brzmiąc nad wyraz gitarowo. Pierwsze uderzenie w talerz ma miejsce chwilę później – misterna plecionka, komentowana flanką Lo, która brzmi niczym syntezator. Z czasem wszyscy muzycy nabierają masy i mocy, pełni syntetycznej zadumy. Idą ku górze, ale szczyt narracji osiągają dość szybko i bez typowych dla Yodok parametrów dobrego hałasu. Następuje cisza, która drży suchym werblem i matowymi talerzami, a potem odnajduje ambient gitary, który na kilka chwil całkowicie przejmuje dowodzenie. Lo szuka zaczepki dużym prądem, ale nie jest zbyt konsekwentny. Narrację zdają się budować teraz szczoteczki, w tle których systematycznie, ale ślamazarnie budują się nowe ambienty. Serries zanurzony jest w mroku, Lo w zadumie, a całość zdaje się nabierać wręcz dubowego, rozkołysanego posmaku. Wybicie 50 minuty koncertu przypomina już nalot dywanowy, a powstająca jakby mimochodem ściana dźwięku zdaje się być wyjątkowo urokliwa. Ambient gitary pulsuje, perkusja grzmi pełnym, rockowym rynsztunkiem, a tuba rozdziera się melodyjnie wniebogłosy. Flow finalizuje się znów metodą plug out.

Afternoon Session 09.05.18.  Coś płynie, coś plumka, dźwięki lekkie, jak pawie pióra. Gitara szuka prądu, tuba realizuje pre-dźwięki, perkusja czyni podobnie. Intro zdaje się być wyjątkowo tajemnicze i mroczne, nawet jak na kanony Yodok. W połowie 7 minuty świst z tuby na mega pogłosie budzi nawet umarłych. Po 13 minucie ambient Serriesa pulsuje, ambient Lo grzmi, fermentuje na potęgę, a deep drumming rodzi się w bólach. Sukcesywnie budowany flow gaśnie niespodziewanie po 24 minucie bez noise’owego orgazmu. Nowy wątek rodzi się na suchym werblu i w pieczarze tuby. Gitara nabiera czerstwości, masy i siły niejako przy okazji. Flow, choć wielobarwny, realizuje się bez udziału perkusji. Gdy ta ostatnia w końcu wejdzie do gry i po raz pierwszy tego dnia przyjmie pełny zakres obowiązków, narracja ruszy w kierunku ściany dźwięku. Finał, na który składają się dwa wyraźne wątki, skrzy się epickością i mocą rażenia w połowie 46 minuty. Gaśnie równie błyskotliwie.

Premiere 09.05.18.  W migoczącej małym prądem ciszy coś budzi się do martwego życia. Suche oddechy inside/outside, pre-syntetyczne peregrynacje. Oto ambient, który rodzi się w bólach. Gdy w końcu włączy się deep drumming, wszystkie dźwięki zioną już mrokiem i niepokojem. Tuba swoją arię śpiewu, przy akompaniamencie elektroakustyki, zaczyna po upływie 10 minuty. Moc staje się udziałem wszystkich po 16 minucie – od lewej: dark ambient, deep drums and blues & green ambient! Nie bez akcentów fonicznej histerii, flow wspina się na szczyt, ale go nie osiąga. Zaskakujące spowolnienie następuje w połowie 21 minuty. Syntetyczna cisza migocze i repetuje tuż potem. Narrację plecioną z mikro elementów i meta percussion buduje Lo samodzielnie. Źródła dźwięku zdają się krążyć po scenie – ambient płynie tym razem środkiem, percussion snuje na lewej flance, a tylko elektroakustyczna repetycja Lo zdaje się być na swoim miejscu. Narracja pęcznieje wyjątkowo wolno, a każdy krok stawiany jest dalece rozważnie. Przed upływem 40 minuty tuba już śpiewa, oślepiając światłem mglistego poranka, ambient gitary osiąga coraz gęstszą teksturę, a prawa flanka sprzęga się i czerstwieje. Flow płynie bardzo szerokim strumieniem, ale mimo włączenia full drummingu, daleki jest od poziomu hałasu typowego dla tej fazy koncertu Yodoka. Szczyt następuje po 47 minucie, gdy tuba zaczyna skrzeczeć na poły syntetycznie, gitara atakuje ambientem, który przypomina rockowe riffy, a pełnokrwiste bębnienie zwiastuje nadchodzący finał. Ten dzieje się znaną już z tego wydawnictwa metodą plug out.


Wszystkie nagrania dostępne są na stronie https://yodokiii.bandcamp.com/


*) cały tekst dostępny tutaj:

Inne recenzje płyt Yodok III:

**) nie wiemy dokładnie, w których momentach koncertu muzyk, miast tuby, używa flugabone (przy wysokim poziomie amplifikacji trudno to zdiagnozować bez obrazu), zatem dla czystości przekazu werbalnego, recenzent za każdym razem wspomina jedynie o tubie, mimo, iż za dany dźwięk może odpowiadać akurat … flugabone.