czwartek, 23 marca 2017

Völga! Nocturna Discordia #111! Phicus! – setmana especial a Barcelona *)


Zgodnie z wcześniejszymi anonsami, Trybuna Muzyki Spontanicznej w osobie Pana Redaktora, udała się na ekscytującą wycieczkę muzyczną do stolicy dumnej Katalonii – Barcelony!

Celem nadrzędnym ekskursji był – co oczywiste – koncert promujący wydanie pierwszej płyty kwartetu Völga, której bezczelnym wydawcą, po społu z Multikulti Project, jest rzeczona Trybuna.

Szczęśliwie dla mnie, tygodniowy pobyt w tym pięknym mieście obfitował również w inne artystyczne wydarzenia na polu muzyki improwizowanej, które za moment w czujnych, harcerskich słowach omówimy. Dla odpowiedniej dramaturgii tej opowieści, ogniste spektakle wyjątkowej muzyki zaprezentowane zostaną w kolejności odwrotnej do ich kosmicznego zaistnienia (co staje się ostatnio zasadą na tej stronie, zupełnie zresztą przypadkowo).


Sobota, 18 marca 2017r, Magia Roja

Niewielki klub na jednej z wielu wąskich uliczek barcelońskiej enklawy Gracia, a na scenie, którą oddziela od przestrzeni dla publiczności parenaście centymetrów powierzchni płaskiej, czterech gotowych na wszystko muzyków kwartetu Völga. Patrząc od lewej - oplątany stertą kabli i przetworników dźwięku, Fernando Carrasco na gitarze elektrycznej (plus duży smyczek!), Iván González na trąbce, Vasco Trilla na małym zestawienie perkusyjnym (plus magiczna walizka z przedmiotami bardzo różnej proweniencji!) i Àlex Reviriego na kontrabasie (plus kilka rodzajów pałeczek perkusyjnych!). Przytłumiona, czerwona (Roja!) poświata wyjątkowo energooszczędnych reflektorów. Możemy rozpoczynać misterium dźwięku.




Od pierwszego dźwięku muzycy zwinnie konstruują wielogłosowy dron, który rozszarpywany i akustycznie demolowany przez indywidualne ekscesy muzyków, będzie nam towarzyszył do końcowej, 38 minuty koncertu. W dłoniach muzyków aż trzy smyczki i tylko trębacz postanawia z nich nie korzystać. Tak jednak intensywnie tłumi dźwięk, dobywany ze swego blaszka, iż ten brzmi …  niczym kolejny instrument strunowy. Perkusista ciekawie inkrustuje całość ... trąc struną od gitary po krawędzi werbla, uzyskując efekt niebywałego pogłosu. Muzycy niesieni w gigantycznym crescendo, stawiają publiczność na baczność i skutecznie wgryzają się w jej narządy słuchu i wzroku. Bynajmniej jednak nie eskalują hałasu, raczej koncentrują się na kreowaniu czarnej (czerwonej?) monotonii narracji muzycznej. Drugi fragment tej jednorodnej opowieści (granej bez zbędnych przerw i spojrzeń) toczy się już ewidentnie na pograniczu ciszy. Skupienie po obu stronach niewydzielonej sceny szczytuje, a każdy, głębszy oddech widza może niepostrzeżenie stać się akustycznym elementem spektaklu. Muzycy uroczo szukają się po kątach i wdają się w niewidoczne dla oka interakcje. Teraz każdy z nich zdaje się wchodzić w rolę … trębacza. Dmą każdym przedmiotem, jaki mają pod ręką, dmą swymi upoconymi ciałami. Wszyscy, jak tu jesteśmy w Magia Roja, schodzimy powoli do piwnicy. Dron wgryza się w podłogę i szuka nowego punktu zaczepienia (uwaga! wciąż gramy bardzo cicho!). Muzyka, jeśli już musimy szukać gatunkowego odniesienia (improwizacja nie jedno ma imię!), nabiera posmaku contemporary i jakkolwiek groteskowe nie byłoby to porównanie, w okolicach 25 minuty koncertu, muzycy toczą wielodźwięk, który nie ma zbędnych konotacji stylistycznych – jest tu i teraz, eskalując nasz zachwyt, determinowany dobrym smakiem dramaturgii i nieoczywistością zaistnienia.




Völga nie akceptuje stylistycznych zahamowań. Każdy dźwięk ma tu rację bytu. Dramaturgię finału, który nadchodzi stanowczo zbyt szybko, konstytuuje akustyczna wolta, której moglibyśmy przypisać miano muzyki konkretnej. Trębacz zmyślnie wykorzystuje pojemnik po płynie z bąbelkami i zaczyna go ugniatać. Najpierw ręką, potem nogą. W ułamku sekundy znajduje drugi taki przedmiot i czynność kontynuuje. Pozostali muzycy popadają w stan dramaturgicznego zawieszenia. Może jedynie gitarzysta, porządkując czasoprzestrzeń, decyduje się na rytmiczne frazowanie, które  - po sekundzie oczekiwania na efekt foniczny - okazuje się niebywale piękną puentą spektaklu. Ostatnie słowo należy jednak do trębacza, a raczej tego, co pod jego stopami, kona w metalicznych trzaskach.

Nam pozostaje niedosyt, który zdaje się być tu fundamentem sukcesu artystycznego. Koncert promujący płytę dokonał się na naszych oczach. Ci, którzy znają materiał studyjny, mogą śmiało skonstatować, iż Völga w wersji live okazała się być dużo spokojniejsza i bardziej skupiona na pojedynczym dźwięku. Nagranie z koncertu - dla tych, którzy zdołają je posiąść - stanowi zatem świetne uzupełnienie dotychczasowego dorobku artystycznego kwartetu.


Środa, 15 marca 2017r., Soda Acustic

Na osi czasu cofamy się o trzy dni. Kolejny mały klub na Gracia – miejsce cotygodniowych spotkań społeczności muzycznej Discordian Records. To spotkanie jest dość szczególne. Oto bowiem mistrz ceremonii, El Pricto, przy okazji szef wydawnictwa, na okoliczność 111-ego spotkania cyklu, zaproponował aż trzy koncerty (1+1+1). Uczta zatem potrójna.



Na start duet, który zwinnym lingwistycznie umysłem Pricto określony został jako Friction Nipples! I to jaki – angielski saksofonista Tom Chant (od wielu już lat rezydent kataloński) i Vasco Trilla, nasz ulubiony bohater na każdą okoliczność. Muzycy zagrali dla nas 40 minutowy set, składający się z trzech, może czterech interludiów free improv. Kompetencje obu muzyków, ich telepatyczna wręcz komunikacja (jak mówią sami, uwielbiają grać ze sobą), sprawiły, iż koncert balansował na granicy doskonałości. Koncert zmyślny i akustycznie przewrotny (na rozgrzewce Vasco demonstrował Tomowi, jakie to nowe dźwięki wymyślił od ich poprzedniego spotkania – urocze!). Muzycy stosowali jakby odwrócone techniki artykulacji, a ich przekora i kreatywność budziła szacunek. Tom rozpoczął koncert na saksofonie tenorowym z wielką plastikową rurą wetknięta w instrument, dzięki czemu zyskiwał niezwykle matowe brzmienie. Gdy sięgnął w trzecim, najciekawszym fragmencie improwizacji, po saksofon sopranowy, przykładał otwór instrumentu do nogawki i dął w swoje niebieski spodnie (przy okazji stojąc na jednej nodze!). Vasco uzyskiwał niesamowite efekty rezonansowe, grając na odwróconym werblu i uderzając w niego talerzem, który wcześniej wprawił w wibrację. Ekscytujące! Momenty nadekspresji zdobił graniem jedną pałeczką (druga w ustach) i zaciśniętą  pięścią. Gdy tenor Toma zdawał się być narzędziem tortur, jego sopran wił kręte opowieści, niczym Trevor Watts u boku Johna Stevensa. Tu także, jak trzy dni potem, finał koncertu zastał nas w stanie permanentnego niedosytu (w Barcelonie chyba nie gra się bisów!!!).



Krótka przerwa toaletowa i na scenie kwartet Golden Nipples – Pope na trąbce, Aram Montagut na puzonie, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej i Joni Garlick na perkusji. Nieprzegadany, półgodzinny set dla poratowania stanu emocjonalnego Pana Redaktora. Dwa skupione dęciaki, w dłoniach muzyków stojących na baczność poza sceną (ta bowiem jest trochę zbyt mała na czterech muzyków), nie zawsze pewnych swoich pomysłów i możliwości, ale podejmujących wyłącznie dobre artystycznie decyzje. Lekko roztrzepany, bardzo free jazzowy drummer, chytrze napędzający cały ansambl (także demolujący zestaw perkusyjny – osobiście pomagałem poskładać go po małej katastrofie!). Wreszcie gitarzysta (w tym gronie dobrze już nam znany), trzymający w ryzach dramaturgię koncertu, jego dynamikę, tempo i akustyczny wymiar (mimo grania z prądem!). Duży konkret, choć w wymiarze czasowym dalece skromny.



Finał wieczoru - kwartet Burning Nipples, który ostatecznie okazał się być … kwintetem. Pablo Selnik na flecie, El Pricto na saksofonie altowym, Olivier Jambois na gitarze elektrycznej, Marko Jelača na perkusji, no i nieanonsowany wcześniej, Luiz Rocha na klarnecie. Pełnokrwista, improwizowana opowieść o wielu kolorach, smakach i stepach dramaturgicznych. Narracja skoncentrowana się na dwugłosie saksofonisty i klarnecisty. To oni tyczyli tu szlak wycieczki, oni decydowali o przerwach na pojenie koni, to oni grali tu po prawdzie najpiękniej. Doskonale odnajdywał się w tej batalii gitarzysta, który choć zadania miał głównie rytmiczne, na koniec bez cienia zawahania, popadł w muzyczne szaleństwo. Lekko wycofany i szukający odpowiedniej dla siebie roli w kwintecie flecista, gdy już wgryzł się w improwizację, nie postawił złudzeń, co do swych wysokich kompetencji improwizatorskich. Drummer boleśnie solidny i precyzyjny (bo taki był tu potrzebny!). Klarnecista, urzekający wyobraźnią, z soczystym brzemieniem, często grał bez ustnika, czym skutecznie budował dysonans akustyczny w ramach pięcioosobowej załogi. Smakowicie koloryzował w zwarciu z saksofonem. No tak, El Pricto! To prawdziwy magik! Melodia, humor i improwizacje równie zwinne, jak horda lisów na polowaniu. Także grał w nogawkę! Pięćdziesięciominutowy set, w trzech częściach, minął w ułamku sekundy. What a game!


Poniedziałek, 13 marca 2017r., Robadors 23

Jeśli wcześniej była sobota, a po nim środa – to teraz niechybnie jest już poniedziałek, a osoba recenzenta bytuje w najbardziej znanym przybytku sztuki kreatywnej w okolicach La Rambla, czyli klubie Robadors23! Powód wizyty? Pierwszy oficjalny koncert tria, które całkiem niedawno przyjęło nazwę Phicus. W jej składzie sekcja rytmiczna … kwartetu Völga, czyli Àlex Reviriego i Vasco Trilla, uzupełniona o postać szczególną na scenie improwizowanej/ awangardowej Katalonii, czy nawet Hiszpanii, gitarzysty Ferrana Fagesa, tu w wersji elektrycznej.



Vasco? Rezonująca maszyna perkusyjna – dzwonki, smyczki, samogrające wibratory na werblu, przykrywane talerzykami, pięść i pałeczki, czyli wszystko, co w sobie mieści jego magiczna walizka (bardzo ciężka! – wiem, bo niosłem). Àlex? Kontrabas ze skromnym wzmacniaczem (też ciężki! – wiem, bo niosłem), klamerki, zestaw pałeczek perkusyjnych. Ferran? Gitara, płaskie przedmioty wtykane pomiędzy struny, balon, sprzężenia, rozładowania, eksplozje. Od hałasu do aksamitnej ciszy. Dwie porcje tego pierwszego wyznaczają dramaturgię koncertu – na początku i po trzydzieste minucie. Między nimi i po nich – wielokolorowe igraszki z dźwiękiem. Cisza. Wchodzenie w nią i wychodzenie z niej. Doskonałe proporcje między dynamiką i ekspresją, a wycofaniem i delektowaniem się pojedynczymi dźwiękami. Gitara jako generator postakustycznego bitu. Świetna kooperacja, dużo empatii. Koncert z gitarą elektryczną, który zdominowała skoncentrowana akustyka, na poły elektroakustyka. Piękny moment koncertu, gdy nerw improwizacji opierał się jedynie na … pocieraniu kontrabasu i podłogi wokół niego, cienką pałeczką perkusyjną. Rezonans, skupione emocje, zatrwożenie i oczyszczenie. Jeśli Völga zdaje się być ciemną strona mocy, to jej ekspresyjną, emocjonalną opozycją niewątpliwie jawi się Phicus.



Moltes gracies – Vasco, Àlex, Iván, Fernando, Pricto, Ferran, Tom, Luiz, Diego !!!!!!

*) kataloński: Wyjątkowy tydzień w Barcelonie


Ps. Przypominam nieśmiało, iż płytę kwartetu Völga, za pośrednictwem portalu aukcyjnego, można kupować TUTAJ  (ten link jest także na stałe podczepiony po prawej stronie Trybuny). Koszty wysyłki bierze na siebie wydawca! Można także zamawiać krążek bezpośrednio u mnie, korzystając z adresu brommba1@o2.pl .

wtorek, 7 marca 2017

Völga! – kwartet artystyczny w składzie: Fernando Carrasco! Àlex Reviriego! Iván González! Vasco Trilla!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Poszukiwania intrygujących i niebanalnych dźwięków, powstających w sferze muzyki improwizowanej na Półwyspie Iberyjskim, Trybuna ma wpisane w swój kod DNA. Dziś kolejna okazja, by w tym świecie zanurzyć uszy i doznać paru chwil niekłamanej przyjemności.

Völga, kwartet złożony ze śmiało wkraczających w wiek średni, młodych muzyków z Barcelony, doskonale wpisuje się w moje osobiste fascynacje muzyczne i oczekiwania, co do kierunku rozwoju muzyki improwizowanej. Wydawać by się mogło, że płyt z improwizującą gitarą, trąbką, basem i perkusją znamy dziesiątki. Ta płyta jednak przeczy naszym przyzwyczajeniom, istotnie zaskakuje i przykuwa uwagę. Dodajmy, iż krążek, który nas dziś interesuje szczególnie, jest debiutem formacji.

Nazwisko katalońskiego perkusisty i perkusjonalisty Vasco Trilli padło już na tych łamach wielokrotnie. Z trębaczem Ivánem Gonzálezem zetknęliśmy się przy okazji jego pomysłu na grupową, dyrygowaną improwizację pod nazwą Memoria Uno, a także całkiem niedawno, podczas omawiania nowej płyty formacji Free Art Three. Być może nazwiska pozostałych partnerów w kwartecie niektórym z nas mówią jeszcze niewiele. Czas najwyższy, by ze stanu tej niewiedzy skutecznie się wytrącić.




Czas i miejsce zdarzenia: 18 marca 2016r., Saudades Studio, Canovelles (prowincja Barcelona).

Ludzie i przedmioty: Fernando Carrasco - gitara akustyczna i elektryczna, efekty i obiekty,
Àlex Reviriego – kontrabas, także preparowany, Iván González: - trąbka, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. W przestrzeni akustycznej nagrania – od lewej ku prawej słysząc - gitara, zestaw perkusyjny, trąbka i kontrabas.

Co gramy: muzyka improwizowana, pod którą podpisują się jej twórcy, czyli muzycy tworzący kwartet (all music by Völga).

Efekt finalny: cztery improwizacje, opatrzone tytułami (łącznie 47 minut i 33 sekundy), wydane pod szyldem Völga, który jest nazwą własną kwartetu, a także tytułem płyty. Wydawcą jest nowa seria wydawnicza Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series. Premiera nośnika fizycznego (CD) odbędzie się 18 marca br. w barcelońskim klubie Magia Roja.

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Valdái. Silnie pobudzony perkusista, niczym złota pozytywka, wprawa w subtelny rezonans wszystkie przedmioty, jakie pozostają w zasięgu jego ręki. Trębacz dmie swoją pieśń otwarcia, która nie ma początku, ani końca, a pojedyncze, głębokie akordy kontrabasisty i metaliczne plamy gitarzysty, wspierają go w żmudnym procesie, którego celem jest istotnie krytyczne przyciągnięcie uwagi słuchacza. Uprzedźmy przebieg wydarzeń – uda się, od pierwszego dźwięku, do samego końca tej rzecznej podróży. Muzycy grzeją swoje akustyczne piecyki (gramy bez amplifikacji!) i wpadają w delikatną wibrację, którą zapoczątkował Trilla. González prątkuje, a wszyscy pozostali plamiąc się wzajemnie, szukają wspólnej ścieżki dźwiękowej dla tej prymalnej eskapady. Na moment dopada ich pomroczność jasna, mówią sami do siebie i moczą nogi w płynnej sonorystyce swoich instrumentów.




Samara. Kontrabas Àlexa warczy i grzmi smykiem, generując sprzężenia i gęste, lepkie dźwięki. Fernando wtyka kabel swojej gitary do gniazda i chłonie czystą energię elektryczną wprost z sieci. Podłączeni do prądu zdają się być jednak wszyscy muzycy. Szorują nierówności gramatury podłogi w studiu nagraniowym. Vasco tylko czeka, by załączyć swój dirty resonanse machine (zestaw dzwonków i przedmiotów różnych, które dodatkowo wzbudzają drżenie całego zestawu perkusyjnego). Iván dobija się do powierzchni muzyki, jakby od spodu i krwiście dmie w swojego blaszaka, by nie pierwszy i nie ostatni dziś raz, złamać konwencję tego muzycznego ekscesu. Mnożą się – chytrze eskalowane – wielodźwięki w podgrupach, które nie czekając na wybrzmienie, kleją się do siebie i szukają nowych płaszczyzn współistnienia. Rośnie przestrzeń tego spektaklu, ściany studia rozsuwają się. W pełni rozgrzany Vasco multiplikuje orkiestrę dzwonków i obezwładnia akustykę wydarzenia. Muzyka wrze, kipi, żłobi bruzdy w ścianach. Fernando wciąż plami teren gitarą, a z gryfu ciekną mu się stróżki czerwonej farby. Iván pojękuje, niczym kojot w cieczce. Àlex dobywa niskie dźwięki z samej głębi ziemi. Global Acoustic Underground, tak mógłby się nazywać ten kwartet, gdyby miał ochotę na sukces komercyjny. W nasze uszy leje się gigantyczny, powulkaniczny dron, wypełniany przez cztery wspólnie brzmiące, silnie rezonujące ze sobą instrumenty. Z kajetu recenzenta: imponująca jakość dźwięku, którą zawdzięczamy zarówno rejestrującemu nagranie w studio Denysowi Sanzowi, jak i odpowiedzialnemu za mastering Rafałowi Drewnianemu. Gitara rezonuje, niczym przepalony wzmacniacz analogowy, ma swój dramaturgiczny nerw, który nosi nieśmiałe znamiona rytmu. Wybrzmienie kluczowego fragmentu tej płyty jest zatem udziałem głównie Fernando. Iván doskonale kontrapunktuje te eskalacje, Àlex w delikatnym wycofaniu snuje jakby swoją prywatną opowieść, a Vasco poleruje talerze, by były czyste na kolejny etap podróży.

Kalmukya. Mały zestaw dzwoneczkowy i skromne dmuchawki ze strony blaszaka. Muzycy kreują nową rzeczywistość, w ramach odzyskiwania równowagi czasoprzestrzennej po wzburzonej Samarze. Fernando powraca do akustycznej inkarnacji swego strunowca. Plecie zmyślne i delikatne drony, stosując głównie technikę flażoletową, pięknie przy tym repetując. Iván i jego trąbka, znów wbrew konwenansom, dokonują zamachu stanu w wysokim rejestrze. Àlex lepiej czując klimat artystycznego wycofania tej części opowieści, gra na kontrabasie tak wysokim strojem, że prawie wtapia się w elektroakustykę gitarzysty. Vasco wchodzi w ten melanż z gracją skowronka, nie używając w ogóle bębna i werbla. Powolny, skupiony wielodźwięk, niemal pozbawiony niskich częstotliwości, toczy nas na skraj wzgórza. Wielka orkiestra symfoniczna uroczo jęczy i prosi o łyk wody. Kałmukia wybrzmiewa jednak kompulsywnie.

Astrakhan. Kolejna rzeka zdaje się być dość narowista i najeżona niespodziewanymi kataraktami. Instrumenty rozgrzane do czerwoności (choć rzeki syberyjskie są ponoć bardzo chłodne), łączą się w polirytmiczny taniec. Vasco czuwa nad potokiem zdarzeń, stymulując wibracje i wciąż dorzucając do ognia. Fernando głaska struny ołowianym smyczkiem. Intensywna gra w nieznaczone karty. Dron nieco ustaje, a każdy z muzyków przez moment snuje swoje separatywne mikropowieści. Àlex w tym momencie szczytuje najboleśniej i istotnie pełnowymiarowo. Vasco nieustannie zaprasza do rezonowania, a Iván niespodziewanie postanawia zostać perkusistą, jakby na przekór wszystkim. Efektem molekularna, gęsto tkana improwizacja, niemal w estetyce search and reflect.  Jej ponadgatunkowość, nieoczywistość i epifaniczny wręcz charakter wyzierają z kajetu recenzenta na pół pokoju. W poszukiwaniu trafnej puenty, Fernando (akustycznie) znów szuka pętli rytmu i gdy ją znajduje, kreśli teren, porządkuje przestrzeń i stawia kolegów do pionu. Vasco przypomina sobie, że zabrał na tę sesję bęben, Àlex uderza w struny kontrabasu z niedźwiedzią gracją, a Iván dobywa dźwięki niemal melodycznie i jest zmysłowo hiszpański, jak na Andaluzyjczyka przystało. W finale wszystkich zagaduje jednak perkusjonalista, eskalując wielodźwięki swojej armii metalicznych talerzy. Dramatyzm ostatnich chwil porządkuje dron, wielodźwięk, który powraca kilkukrotnie, nie mogąc podjąć ostatecznej decyzji, co do swojej roli w tym spektaklu, jakby koniec płyty stanowił tu kres czegokolwiek.




****


Uwaga! Informacje merkantylne!

Wszelkie fakty Czytelnikom Trybuny zostały wylistowane. Premiera płyty za kilkanaście dni, na specjalnym koncercie premierowym w Barcelonie. Będziemy tam obecni i zdamy relację.

Na samym wstępie dzisiejszej opowieści, Trybuna dobrowolnie przyznała się do faktu, iż jest współproducentem tej płyty, a zatem z bardzo oczywistych względów, jest także zainteresowana tym, by trafiła ona do zainteresowanego słuchacza. Oczywiście nie jest tajemnicą kolejny fakt, iż stopień zwrotu poniesionych nakładów finansowych, generuje skłonność wydawcy do kolejnych działań edytorskich ( a plany są ambitne!). Innym słowy – dobrze byłoby, gdyby płyta znalazła odpowiednią ilość nabywców.

Za pośrednictwem portalu aukcyjnego, można ją kupować TUTAJ  (ten link jest także na stałe zaczepiony po prawej stronie Trybuny). Wysyłka od 20 marca br.

Można też zamawiać krążek bezpośrednio u mnie, korzystając z adresu brommba1@o2.pl

Zakupy muzyki w formie plików elektronicznych możliwe są na stronie multikultiproject.bandcamp.com


Zapraszam!


piątek, 3 marca 2017

Evans! Fernandez! Gustafsson! – trio trzech kolejnych liter alfabetu powraca z przytupem


Sięgając po nowe wydawnictwo płytowe, firmowane trzema ekscytującymi nazwiskami na scenie muzyki improwizowanej – Petera Evansa, Agusti Fernandeza i Matsa Gustafssona - aż kusi mnie, by jego recenzowanie rozpocząć od drobnej choćby refleksji na temat długości procesu edytorskiego w tym gatunku muzyki.

Zacznijmy wszakże od rysu historycznego. Pierwsze spotkanie w wymiarze artystycznym amerykańskiego trębacza, katalońskiego pianisty i szwedzkiego saksofonisty miało miejsce w roku 2009. Koncert w poznańskim Dragonie w grudniu tegoż roku, był tym pierwszym, albo jednym z pierwszych (nie będę przeciążał netu, by ustalić ten fakt, gdyż w dzisiejszej opowieści nie ma to większego znaczenia). Spotkanie było ekscytujące (byłem, pamiętam!). Szczęśliwie mniej więcej rok później, pocztówka dźwiękowa z koncertu byłą już dostępna całemu światu (Kopros Lithos, Multikulti Project, 2011), a jej premiera zbiegła się z … kolejnym genialnym koncertem tego tria, także w poznańskim Dragonie (byłem, pamiętam!).

Trio (które zapewne z gramatycznych pobudek przyjęło nazwę EFG) w następnych interwałach czasowych nie wykazywało nadmiernej aktywności. Elektroniczne bootlegi z nieczęstych koncertów krążyły po sieci, ale kolejne udokumentowane spotkanie tria miało miejsce dopiero w roku 2013, znów w Polsce, tym razem przy okazji kilkudniowej rezydencji Nu Ensemble Matsa Gustafssona w krakowskiej Alchemii. Zapewne świetnie pamiętamy wielopłytowy box wydany przez Not Two Records (2014) pod tytułem Hidros6, który zawiera na dysku czwartym, blisko 33-minutowe ujawnienie koncertowe EFG Trio. 




Ukazanie się zatem na początku lutego, płyty tria z absolutnie premierowym materiałem (po raz pierwszy studyjnym!) trudno nie uznać za najważniejsze wydarzenie pierwszych dwóch miesięcy roku. Ale inny szczegół jest tu niezwykle ciekawy i to on zainspirował mnie do tego nieco przydługiego wstępu. Muzyka zawarta na krążku A Quietness Of Water (Not Two Records, 2017) zarejestrowana została we wrześniu… 2012 roku, czyli czekała na światowe ujawnienie pięćdziesiąt trzy miesiące! Na okładce płyty nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak długo musieliśmy czekać na muzykę. Gdybyśmy mówili o zwykłej płycie, te rozważania byłyby nieistotne, ale w sytuacji, gdy przed oczyma staje nam konkretnie doskonała muzyka, takie pytanie paść winno. Cztery i pół roku – prawdziwy półkownik! Z drugiej jednak strony, jak świetnie wiemy nie tylko z tej opowieści, wino długo leżakowane smakuje najlepiej! Dość zatem tych igraszek słownych. Czas udowodnić tezę postawioną dwa zdania temu!!!!

Once In A Rented Room. Muzycy, zgodnym chórem od pierwszego dźwięku, mają ochotę bardzo konkretnie zawładnąć naszymi receptorami przyjemności: Evans – skupiona dmuchawka, Fernandez – zwinna taylorowska palcówka, Gustafsson – pokrzykiwania rannego jelenia. Po krwistym intro, czas na pierwszy seans doniosłych preparacji. Prym wiedzie rzecz jasna Agusti, nie mniej pomysłowy jest także Mats (złośliwy recenzent pragnąłby dodać, że nawet on, ale korektor przypomina, że nagranie powstało jednak kilka lat temu!). Evans, ten prawdziwie barokowy instrumentalista, oczywiście jedzie po bandzie od samego początku, ale robi to wyjątkowo urokliwie. Pełnia sonorystycznego nieba – mała fabryka przemysłu zbrojeniowego. Coś szeleści, coś szura, coś dmie, coś dopala…Główny nurt narracji przechodzi z rąk do rąk (dodatkowo pianista zmienia technikę gry raz na trzy sekundy!), sytuacja jest zatem niezwykle dynamiczna, choć tempo swobodnej improwizacji jest dalece nieśpieszne. Muzycy chętnie łączą się w konwulsyjny, trwający wielodźwięk, jakby zupełnie przy okazji pokazując, że artystycznie znają się jak łyse konie.

Persistent Hope. Tarcia godowe małych słoni (by dobrą metaforą skomentować ów fragment) – cichość (quietness!), która rwie trzewia i gubi język w przełyku, biczując nieobecną publiczność stosowną porcją niepokoju. Wielodźwięk zdaje się być podstawowym narzędziem rażenia tej rejestracji. Skowyt, mentalny pomruk. Empatia, synergia, jednodźwięczność. Choć każdy z muzyków i instrumentów, tak bardzo się różni od siebie. Powściągliwość akustyczna kreuje tu wyjątkową jakość.

I Speak To Hear. Stosunkowo subtelna introdukcja Fernandeza, nawołująca do skromnego call & response. Evans i Gustafsson dają się wciągnąć, bez ponawiania zaproszenia. Budzą się w nich demony – szorstkie, kanciaste, agresywne, wulgarne. Mówię, by być słyszalnym! Stuprocentowa skuteczność! Mikroszumy i trzaski na granicy ciszy. Ekscytujące! Prawdziwy tupot mew o pusty pokład.

Thoughts. Myśli. Powolna, postępująca z kroku na krok, sonorystyczna narracja. Piano brzmi dziwnie klasycznie, trąbka niezobowiązująco szuka zaczepki, a saksofon… myśli. Wchodzi jednak, po dość długich przemyśleniach, łamiąc ołowiany statyw. Feeria czystych, niemutowanych dźwięków trzech akustycznych instrumentów. Finał zdaje się być ogromnym krokiem w przepaść … uwolnionej improwizacji, z masą niewydumanych zadziorów. Piękne!



A Quietness Of Water. W poszukiwaniu zagubionej harmonii, muzycy przekomarzają się na zasadzie search & reflect. Sprawiają wrażenie, jakby to było ich pierwsze spotkanie. Ironia siłą free improv? Chwila zadumy, zawieszenia dramaturgicznego. Najpierw kontakt łapią trębacz i saksofonista. Dmą i dyszą wzajemnie. Potem nagle schodzą piętro niżej i przedmuchują pyłki kurzu na niedomytej podłodze. Recenzent szuka punktu zaczepienia dla oczekiwanej porcji ekscytacji, która tym razem podąża ku niemu wąskotorówką z niedoborem paliwa. Odpowiedź muzyków? Hałas! Agusti i Mats przypominają sobie dźwięki ze swych najlepszych płyt duetowych (a kilka ich było!). Tuż potem znów cisza, która budzi demony, uśpione do trzeciego pokolenia wstecz. Z tych karkołomnych ambiwalencji wydobywa się finałowa rozgrywka, która ekspresyjnie depcze wątpliwości recenzenta (małej wiary?) w kałuży ciepłej krwi. Ostatnie dźwięki, to już tylko udeptywanie rozkopanej ziemi.

Pierwszy powód, dla którego warto będzie zapamiętać rok 2017 jest już naszym udziałem.


17 września 2012r. Garnison Studio, Wiedeń. Peter Evans - trąbka, Agusti Fernandez – fortepian, Mats Gustafsson – saksofon. Pięć fragmentów improwizowanej muzyki, stworzonej przez muzyków, o łącznej długości 56 minut. A Quietness Of Water, Not Two Records, Luty 2017.





środa, 1 marca 2017

Gołębiewski! Elieh! Sehnaoui! – trio rozpalone do czerwoności w ekscesie koncertowym


W poniedziałkowy, niezwykle ciepły wieczór przedostatniego dnia lutego, Poznań płonął równie intensywnie, jak Bejrut w trakcie Pierwszej Wojny Libańskiej, lat temu 35!

Wszystko to za sprawą jednej gitary elektrycznej, jednej gitary basowej i sporego zestawu perkusyjnego. Tym razem w roli akustycznych agresorów, dumni synowie obrońców sprzed lat, libańscy improwizatorzy – Sharif Sehnaoui i Tony Elieh, wsparci jurnym rekrutem z ziemi nam matczynej, Adamem Gołębiewskim!

Poznańskie Jeżyce, Centrum Amarant. Dobre czeskie piwo, niedrogi bilet, przyjaźni gospodarze i mała sala… Piccolo, wyposażona w pierwszym rzędzie w wygodne … leżaki plażowe. Czegóż chcieć więcej w naszych pokrętnych czasach???




Dwa elektryczne instrumenty zostały okablowane w sposób ponadnormatywny. Muzycy mieli czym kręcić, na co naciskać i w co się ewentualnie … zaplątać. Zestaw drummerski Adama, doposażony w kilka porcji talerzy na szybkie, dramaturgiczne podmianki!

Istotnie prawdziwie wojenne emocje na poniedziałkowym koncercie zainspirowały, nie tylko niżej podpisanego, do częstego używania wykrzykników w żmudnym procesie werbalizowania nabytych wrażeń. Od pierwszego bowiem dźwięku muzycy postanowili ustawić nasze uszy do pionu i zaatakować czasoprzestrzeń koncertu gigantyczną porcją zdrowo pojmowanego hałasu. Gitarzyści bardzo swobodnie traktowali swoje instrumenty. Grali na nich riffami, uderzali w gryf, wkładali pomiędzy struny różne przedmioty, manipulowali potencjometrami. Innymi słowy, stosowali wszystkie dostępne ludzkości techniki gry na instrumencie (z wyłączeniem skakania po nich, być może). A wszystko po to, by ów improwizacyjny tygiel aż huczał od emocji i eksplozji wielodźwięków, których głównym zadaniem było czyszczenie naszych narządów słuchu. Perkusista naładowany siłą napoju w kolorze kawy także miał zadanie militarne. Wydobyć ze swego zestawu instrumentalnego maksimum efektu akustycznego. Jego maszyna wirowała wraz z nim i nie brała jeńców na jakimkolwiek etapie tej eskapady.



Zdumienie i pełnokrwiste oczyszczenie! Po pierwszej eskalacji hałasu, muzycy w sporym skupieniu zamienili się w dynamiczny chór trzech instrumentów perkusyjnych. Każdy z muzyków przy pomocy zestawu pałeczek uderzał w swoje narzędzie pracy i każdy z nich wydobywał trochę inne dźwięki. Smakowało to odrobinę czarnym lądem, trochę onirycznym hinduizmem. Ceremonia! Rytuał dobywania energii z najgłębszych pokładów świadomości (a może nawet … podświadomości)! Być może akurat ten moment koncertu wbił mnie w leżak w stopniu najwyższym. Ekscytujące!




W dalszej swej części, koncert emitował bardzo zróżnicowane porcje hałasu. Trio miewało chwile, gdy zapętlone w zwojach kabli i talerzy, generowało elektroakustyczny tygiel … prawdziwie analogowej elektroniki. Gdy na sekundę ze sceny powiało zwyczajnym frazowaniem, wszyscy – po obu jej stronach – potraktowaliśmy to jako żart. Adam spuentował go eskalacją dynamiki swojego drummingu i z siłą, po trzykroć sklonowanego Paala Nilssena-Love, wkomponował nas po raz kolejny w podłogę, nie zważając na drzazgi i sęki! Trans rysujący rzeczywistość tylko w czerwonym kolorze - pot, krew i łzy!

Upadek emocji po takim turbodoładowaniu zdał się prawdziwym katharsis. Garść ustrukturyzowanej, metodycznej post-elektroniki (wprost z kabli), kilka chwil na konstruktywną wymianę talerzy (nie wspominając o pałeczkach, które latały pod niebem sufitu Piccolo, niczym myśliwce bojowe) i ziarno głębokiego oddechu dla każdego muzyka. Gdy finałowa eskalacja – wcześniej cudownie ozdrowiona - sięgnęła definitywnego szczytu, nasze uszy nadawały się już wyłącznie do wymiany. Wojna skończona! Daliśmy się wziąć do niewoli!

Noise forever & ever!





Poznań, 27.02.2017, Centrum Amarant. Adam Gołębiewski – perkusja, Tony Elieh – gitara basowa, Sharif Sehnaoui – gitara elektryczna.


****

Każdy koncert muzyki improwizowanej, to obok wrażeń czysto dźwiękowych, także ciekawa okazja do kontaktu z muzykami oraz … płytami, które ze sobą dotargali. Ta wspaniała okoliczność sprawiła, iż Pan Redaktor wszedł w posiadanie kilku płyt wyjątkowego wydawnictwa muzyki improwizowanej, wprost z Bejrutu. Label nazywa się Al Maslakh i … był już gościem Trybuny, przy okazji małego fjuczersa poświęconego innemu doskonałemu muzykowi z tamtej części świata – Mazenowi Kerbajowi. Tekst odnajdziecie właśnie tutaj - Al Maslakh .



wtorek, 28 lutego 2017

STAUB Quartet! Nuova Camerata! – corda e arco portugues! *)


Europejska muzyka improwizowana nie jedno ma imię! Dziś odcinek strunowo-smyczkowy z uroczej Portugalii! Okazuje się, że w sumie kwartet i kwintet to jednak tylko ośmiu muzyków. Wszyscy oni wyposażeni w struny, większość także w smyczki. Jeden z nich, co prawda zasiądzie za dostojną marimbą, ale wtajemniczeni wiedzą, że ona także składa się głównie ze strun.

Dwa pikantne, istotnie smakowite dania, z których jedno jest absolutną świeżynką (po prawdzie debiut fizycznego nośnika przypada… na jutro), drugie zaś jest z nami już kilkanaście tygodni, ale zdecydowanie zachowuje termin przydatności do spożycia.


Dom pełen kolorów

Data i miejsce zdarzenia: 11 września 2015, Salao Brazil, Coimbra, Portugalia.

Ludzie i przedmioty: Miguel Mira – wiolonczela, Carlos Zingaro**) – skrzypce, Hernani Faustino – kontrabas, Marcelo Dos Reis – gitara akustyczna.

Co gramy: muzyka improwizowana, stworzona przez wszystkich muzyków (all music by…), być może na etapie przygotowań, podparta skromnymi scenariuszami wydarzeń.

Efekt finalny: sześć fragmentów opatrzonych tytułami, trwających łącznie 44 minuty, ujawnionych światu na dysku House Full Of Colors (JACC Records, 2017). Tytułem wykonawczym jest STAUB Quartet.




Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Quiet Arcs. Rytm utworu na starcie wyznaczają pojedyncze akordy kontrabasu. Trzy pozostałe, mniejsze i bardziej figlarne strunowce, ogrywają go przebiegle, rozgrzewając się przy okazji do improwizacyjnej batalii. Swobodna narracja, płynąca zdecydowanie nad powierzchnią Salao Brazil, jest delikatnie rozwichrzona, pełna gracji typowej dla niczym nieskrępowanej improwizacji. Taniec smyczków porządkuje, podawana zdecydowanym głosem, palcówka kontrabasisty. Zgodnie z tytułem fragment ten jest … adekwatnie spokojny.

Red Curtains. Na początek duet solowy – zadziorna i dynamiczna gitara Dos Reisa vs. ołowiane struny kontrabasu Faustino. Zdecydowanie nie popadamy w kameralny nastrój. W zwartym szyku, dostojny galop czterech krwistych rumaków o twardych kopytach. Drobna, acz niezwykle udana ekspozycja Zingaro, po którym czuje się, że wstał wypoczęty, bo spać poszedł o odpowiedniej porze. Świetnie trzyma formę, choć w tym wielopokoleniowym creme de la creme portugalskiej sceny improwizowanej ma najwyższą metrykę. Od dołu spoglądając, kwartet rwie się do przodu motorycznym kontrabasem, który nie lubi smyczka. Dzielnie sekunduje mu gitarzysta, który ostrymi, akustycznym riffami dokłada do ognia. Czerwień w tytule utworu zobowiązuje!

Opacity Rings. Ten fragment musi mieć owalny kształt. Wyważona, stonowana próba wejścia kwartetu w otchłań sonorystyczną. Skrzypce pięknie chwytają orientalny posmak, wspierany lekko zabrudzonym soundem. Improwizacja uroczo się pętli, co rusz napotykając na ślady arabskich skal (duch Maurów jest ciągle obecny na Półwyspie Iberyjskim!). Najdłuższy fragment, być może też najbardziej wartościowy na całym krążku, wieńczy dialog podającego chytry rytm Marcelo i sunącemu zmysłowymi pasażami Carlosa.

Knot Of Light. Kontrabas sunie jazzowym feelingiem i zmusza delikatnie wyfrakowanych kolegów do niebanalnej galopady. Ów Snop światła rzuca na kwartetowe igraszki nowe spojrzenie. Zingaro – jakby młodszy o pół wieku, co najmniej – ciągnie za sobą, lekko wyciszonego do tej pory Mirę i stawia na czele swojego młodzieżowego szyku.  Dynamika bywa kompromisem między rozsądkiem, a zaangażowaniem. Tu czerpie siłę z każdej struny kwartetu. Prawdziwa hard core camerata! Puentujący ten świetlisty fragment Marcelo, artystycznie szczytuje!

Resonant Shades. Czas najwyższy popaść w delikatny rezonans. Po świetlistych ekscesach, muzycy liżą rany w bardzo spokojnych skalach. Marcelo kreśli gitarową narrację w stylu subtelnie przypalonego flamenco. Pozostali delikatnie pojękują, brnąc w wielopłaszczyznowy rezonans. Wielokolorowe plamy z okładki płyty krążą wokół siebie, pięknie się przeplatając i akustycznie skowycząc. Feeria świateł i kolorów ma dramaturgicznie uzasadnienie, stanowiąc metaforycznie ciekawy kąsek dla autora rozbudowanego liner notes. Imponujące eskalacje napięcia w drugiej części utworu nie noszą znamion przebarwienia. Zingaro puentuje tę historię wyjątkowym brzmieniem swych skrzypiec, bezceremonialnie nadając sobie status steru i okrętu tego wydarzenia dźwiękowego.

Discrete Auroras. Kolejny, plastyczny tytuł! Hernani brnie w jazzowe skojarzenia (to w sumie ciekawy zamysł w tym strunowym tyglu emocji), Mira i Zingaro silnie akcentują swoją obecność na scenie, wszak to fragment końcowy i te akurat wrażenia mogą stać się najistotniejsze. Dynamika i ekspresja, nie po raz pierwszy w trakcie tego uroczego nagrania, stawiają inne atrybuty muzycznej narracji pod ścianą i nie znoszą sprzeciwu. Końcowy galop jest uzasadniony i wcale nie skraca całości nagrania. Marcelo gra soczystymi riffami, Faustino i Miguel trzymają rytm, Carlos tonie w smugach i cieniach swoich muzycznych metafor, wijąc się wokół gryfu jak kąśliwy zaskroniec. Finał jest dosadny, strzelisty i niekompaktowy. Doskonała płyta!


Monotonny śpiew ***)

Data i miejsce zdarzenia: Listopad 2015. Auditorio da Motta, ESML, Portugalia.

Ludzie i przedmioty: Pedro Carneiro – marimba, Miguel Leiria Pereira – kontrabas, Joao Camoes – altówka, Carlos Zingaro – skrzypce, Ulrich Mitzlaff – skrzypco-wiolonczela (violoncello).

Co gramy: jakikolwiek znak na niebie, ziemi, krążku i okładce płyty nie wskazuje, byśmy grali muzykę komponowaną. Zatem mamy do czynienia z muzyką improwizowaną, aczkolwiek bez wątpienia prowadzoną wedle precyzyjnych instrukcji. Dwaj pierwsi muzycy nie dość, że zagrali tę muzykę, to jeszcze odpowiadają za stronę rejestracji i masteringu, zatem ewentualnie to ich należałoby zapytać o charakter domniemanych scenariuszy improwizacji.

Efekt finalny: siedem fragmentów ekspozycji Chant, oznaczonych cyframi rzymskimi, o łącznym czasie 48 minut, wydanych na srebrnym krążku o takimż tytule (Improvising Beings, 2016). Podmiot wykonawczy zwie się Nuova Camerata.




Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Początek Chant być może, z racji nazwy formacji, zwiastować winien kołyszące samouspokojenie, ale że przekora i upór zdają się być atrybutami muzyków z wyobraźnią, to start tej dźwiękowej historii ma skwiercząco-szumiący wymiar. Jakbyśmy przesuwali wyjątkowo ciężkie meble po szorstkiej podłodze, mając do dyspozycji tylko plątaninę strun, zagubionych po nieudanym koncercie w lokalnej filharmonii. Ekspozycja jest głośna, acz prowadzona w bardzo umiarkowanym tempie.

Kwintet Nuova Camerata – po prawdzie – zdaje się być dalece ciekawym tworem akustycznym. Niemal klasyczny kwartet smyczkowy (kontrabas traktowany smykiem, w miejsce drugich skrzypiec), który doposażony został w marimbę. Dysonans jest oczywisty, ale inspirujący dla obrazu całości nagrania. Instrument harmoniczny prowadzi swą narrację w dużym skupieniu, zdecydowanie aspirując do miana mistrza ceremonii. Muzyka Chant jest definitywnie kameralna, a przejawy wolnej, swobodnej improwizacji dostrzegamy bardziej w konstrukcji całości, pewnej dozie nieprzewidywalności, co do przebiegu podróży. Kwintet łączy w sobie muzyków o zdecydowanie współczesnej proweniencji (kontrabas, marimba) z tęgimi wyjadaczami sceny improwizowanej (skrzypce, skrzypco-wiolonczela). No i ten piąty (Camoes, altówka), który świetnie lepi te dwa duety, swą artystyczną determinacją. Jakkolwiek by tego nie zestawiać, cała piątka wykształcona jest po królewsku.

Zwinna narracja opowieści potrafi przykuć naszą uwagę udanymi zadziorami o delikatnym posmaku sonorystycznym. I choć nie są to ekspozycje dominujące, sprytnie szargają emocjami recenzenta. Ten ostatni – mimochodem – szuka potwierdzenia tezy o dużej pracy pre-wykonawczej z pięciolinią, ale nie znajduje w toku sprawy wystarczających dowodów na jej poparcie. Trzeci fragment intryguje dynamicznym tempem i nieco demoniczną aurą. Brzmienie skrzypiec mutuje się (Zingaro!) w bardzo barwny sposób, marimba potrafi krzyczeć w wysokich rejestrach (ciekawy strój, być może też kwestia nagłośnienia) i budzić niepokój. Pozostałe strunowce imponują czystym, krystalicznym wręcz brzmieniem, jakby przed momentem zakończyły mały dżob z sonatami Bacha.

Dramaturgia wydarzeń nie obfituje w nagłe zmiany akcji, ani fajerwerki nadekspresji. Nanosekundowe przerwy między częściami Chant mają charakter porządkowy i wyznaczają jedynie zmianę kierunku narracji. W trakcie spokojniejszych fragmentów (choćby część czwarta), zdecydowanie rezydujemy w filharmonii i nie pozostaje nam nic innego, jak sprawdzić poprawność wiązania krawata. I pewnie bylibyśmy tam do końca tej płyty, gdy nie ta psotna marimba. Wystarczy kilka jej dźwięków, by pozostali muzycy popadali w artystyczny rozgardiasz, od którego wyzwoleniem wydaje się być jedynie pełnokrwista improwizacja. Na sam już finał kontrabas warczy i kreśli tempo głośnym stepem. Wybrzmiewanie całości ma tęskny smak i nostalgiczny background, choć do krainy łagodności tej muzyce jest zdecydowanie nie po drodze. Ostatnie dźwięki każdy z muzyków traktuje bardzo perkusjonalnie. I bardzo dobrze!



*) Portugalska struna i smyczek.

**) Tak zupełnie przy okazji warto podkreślić, iż weteran portugalskiej muzyki improwizowanej, doskonały skrzypek o imieniu Carlos (to on sprawia, że w naszej dzisiejszej układance cztery plus pięć, równa się jednak osiem), bynajmniej nie ma w papierach wpisane Zingaro, albowiem - zapewne po matce - zwie się Alves. Między innym dlatego, na niektórych płytach z jego udziałem znajdziecie nazwisko Zingaro ujęte w cudzysłów.


***) Rzeczownik chant ma wiele znaczeń, osobiście postanowiłem wybrać - z dramaturgicznego punktu widzenia – to najciekawsze.