Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Wilkinson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Wilkinson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 czerwca 2026

Wilkinson, Doskocz & Lisle and Fire in POZnań!


Poznańskie, jakże spontaniczne akcje improwizowane przyczyniły się w ostatnich latach do powstania niejednego międzynarodowego składu, który uroczo pożenił krajową moc twórczą z jej zagranicznym odpowiednikiem.

Oto kolejny przykład. Na kasecie wydanej w dalekiej Irlandii odnajdujemy dwóch pełnokrwistych londyńczyków - saksofonistę i klarnecistę Alana Wilkinsona i perkusistę Andrew Lisle’a oraz polskiego gitarzystę Pawła Doskocza. Tych dwóch ostatnich śmiało mogłoby być synami tego pierwszego, ale czy wiek w soczystej, free jazzowej improwizacji ma jakiekolwiek znaczenie?

Ich drogi zbiegły się zimą dwa lata temu, zaowocowały intrygującą trasą koncertową po Polsce, a fonograficznie dokumentują się nagraniem powstałym w trakcie ich pierwszego wspólnego koncertu - oczywiście w Poznaniu, oczywiście w Dragon Social Club, pod jak zawsze ognistymi sztandarami cyklu koncertowego Spontaneous Live Series.

  


Koncert składa się z dwóch długich, zdecydowanie ponad dwudziestominutowych improwizacji i jednej krótszej, niespełna dziesięciominutowej, umieszczonej na wydawnictwie pomiędzy tymi dłuższymi.

Muzycy rozpoczynają spektakl bez inicjacyjnych ceregieli. Ostro, kolektywnie z bystrym free jazzowym przesłaniem. W tej fazie nagrania podobać się może szczególnie koherentność brzmienia gitary i altu, która unaocznia się w strefie fraz wysokich. Z kolei perkusja trzyma kontakt z podłożem, buduje groove i sprawia, że całość gna do przodu z odpowiednią asekuracją. Już po pięciu minutach opowieść studzi się i przez kilka chwil dryfuje niesiona gitarowymi flażoletami, tworząc rodzaj psycho-ballady z dźwiękami preparowanymi, a także odgłosami z gardła saksofonisty. W stadium kolejnej galopady trio wchodzi po mniej więcej dwunastu minutach – kocie ruchy perkusji, free jazz dęciaka i rockowy temperament gitary lepią się w bardzo ekspresyjną strugę fonii. Po drobnym przesileniu narracja przepoczwarza się w duet sax & drums, a potem na krótką chwilę w plamę gitarowego ambientu. Na ostatnie kilka minut pierwszej odsłony na scenie pojawia się klarnet basowy, który daje dodatkowy impakt muzycznym pomysłom całej trojki. Najpierw groźnie mruczy, a potem zabiera wszystkich na zionącą ogniem i siarką przebieżkę. Nim utwór ostatecznie przygaśnie dostajemy jeszcze smakowity duet klarnetu i gitary.

W drugiej części starszy z Anglików pozostaje przy nisko brzmiącym dęciaku. Medytuje, zachęca kolegów do interakcji. Opowieść najpierw przypomina kolejną inkarnację psycho-ballady, potem niesiona klarnetowym ogniem pokonuje istotne wzniesienie. Wieńczy swój los w oparach gitarowych preparacji.

Trzecia opowieść przez wiele minut toczy się w mrocznych odmętach klarnetowej tuby, dark ambientowej gitary i rezonujących talerzy perkusyjnych. W stadium bardziej intensywne wprowadza trio akcja perkusisty, dodatkowo podkreślona ekspresją gitarzysty. Przez moment narracja jest duetem, co starszy z Anglików wykorzystuje do zmiany instrumentu na saksofon altowy. Po kilku definitywnie radosnych podskokach Wilkinson dorzuca frazy gardłowe, które nie pozostawia bez echa zarówno Doskocz, jak i Lisle. Niedługo potem muzycy przechodzą do fazy wystudzonej finalizacji z kolejną tego wieczoru szczyptą gitarowej psychodelii, a także repetycji.

 

Wilkinson / Doskocz / Lisle Trio in POZ (Fort Evil Fruit, Kaseta 2026). Alan Wilkinson – saksofon altowy, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagrane w Dragon Social Club, Poznań w ramach cyklu Spontaneous Live Series, luty 2024. Trzy improwizacje, 60 minut.

 

 

piątek, 13 grudnia 2024

The Shrike Records’ collection: Hazard Calls! The Worm Turns! Fulcrum! Good Friday Plowshares Missile Silo Witness! If Only Silence Was Round!


Londyński Shrike Records z dumą wieńczy czwarty rok działalności edytorskiej. Dwadzieścia dwa albumy, a na nich śmietanka brytyjskiej sceny w swobodnych akcjach free impro (na ogół w premierowych zestawieniach personalnych), a także garść okazjonalnych gości z innych części świata. Bezmiar udanych koincydencji dźwiękowych, barwna, jakże konsekwentna linia graficzna (brawa dla Johna Trice’a) i organizacyjna koherentność (brawa dla Marka Daviesa) – wszystko to sprawia, że po ptasie albumy sięgamy zawsze z ogromną przyjemnością.

Dziś zanurzamy nasze receptory słuchu i wzroku w ostatnich pięciu albumach SR, które ukazały się od kwietnia do września bieżącego roku. Na kompaktowych dyskach sami dobrzy znajomi z ofertą swobodnego post-jazzu i mnóstwem ponadgatunkowych naleciałości, z kolei na winylach garść niespodzianek, zarówno personalnych, jak i brzmieniowych – to jakby rodzaj estetycznej awangardy w stosunku do wątku podstawowego wydawnictwa. 

So, welcome to Free London!



 

Alex Ward/ Dominic Lash/ Mark Sanders Hazard Calls (CD, 2024)

Alex Ward – klarnet, Dominic Lash – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Lake Street Community Centre, Oxford, kwiecień 2024. Pięć improwizacji, 62 minuty.

Tych artystów słyszeliśmy w tysiącu swobodnie (i nie tylko) improwizowanych konfiguracjach. Ward i Lash grają ze sobą niemal od kołyski, a cała trójka jest znakiem jakości tak wielu sesji nagraniowych i koncertów, iż nie sposób zreasumować tego w kilku słowach. Ich spotkanie z Oxfordu nosi wszakże sporo znamion wyjątkowości. W takim zestawieniu personalnym nie grywali często (jeśli w ogóle), dodatkowo Ward sięga tu jedynie po klarnet, a swą temperamentną gitarę elektryczną pozostawia na backstage’u. Między innym dzięki temu ich soczysta, jakże wytrawna improwizacja zyskuje silnie kameralny sznyt, często zatapia się w czupurnej liryce i chętnie porusza po oceanie wystudzonych emocji. W tej sytuacji scenicznej wszelkie spiętrzenia i drobne wybuchy ekspresji mienią się jeszcze piękniejszymi barwami.

Muzycy podzieli opowieść na pięć odcinków. Cztery pierwsze są kilkunastominutowe, ten ostatni nieco krótszy. Początek jest definitywnie kameralny, a tworzą go nerwowy klarnet oraz zawieszona w czasie i przestrzeni post-jazzowa sekcja rytmu. Narracja jest precyzyjna, nieśpieszna, choć demon free jazzu zdaje się być przyczajony w każdym jej zaułku. Balansuje na krawędzi ekspresji, lepi się z lamentów smyczka, skomleń klarnetu, drżących talerzy i czujnego, punktowego drummingu. Otwarcie drugiej historii tonie w rezonansie, którego porcje dokłada po kolei każdy z muzyków. Leniwa, wystudiowana post-ballada, poruszająca się wężowym krokiem, z czasem przekształca się w koherentny półgalop. Trzeci epizod introdukowany jest jeszcze precyzyjniej. Szum ciszy, szmer talerzy, roztargnione stemple basu w poszukiwaniu dramaturgicznego punktu zaczepienia. Improwizacja najpierw pęcznieje mocą pizzicato, dociera na drobny szczyt, po czym zwalnia niesiona nostalgią arco wprost w mrok wyrafinowanych preparacji. Puenta improwizacja jest na powrót dynamiczna, definitywnie efektowna.

Kolejna opowieść jest nerwowa od pierwszych sekund. Coś trzeszczy na werblu, klarnet prycha z irytacji, bas drży jak osika. Całość przypomina taniec na rozgrzanym dachu. Falująca ekspresja zostaje tu skutecznie stonowana post-barokowym interludium smyczka. W oparach ciszy o nasze emocje dba pogrążony w dronowej ekspozycji klarnet. Ostatnia historia jest najbardziej dynamiczną częścią albumu. Otwiera ją klarnecista pogrążony w oszczędnym rytmie. Podobnie zachowują się drummer i kontrabasista, a wszyscy przypominają roztańczone pasikoniki na wilgotnej, porannej łące. Tempo rośnie, a o wzrost ekspresji dbają nisko osadzony smyczek, klarnet uciekający ku niebu i ruchliwe, perkusyjne szczoteczki. Ów kompulsywny wyziew energii towarzyszy nam do ostatniego dźwięku.



 

Darin Gray/ Pak Yan Lau/ Steve Noble/ Alan Wilkinson The Worm Turns (CD, 2024)

Darin Gray – bas bezprogowy, preparacje, elektronika, Pak Yan Lau – fortepian preparowany, syntezator, toy piano, gong rods, elektronika, Steve Noble – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Alan Wilkinson – klarnet, klarnet basowy, saksofon altowy, głos. Cafe Oto, Londyn, maj 2023. Cztery improwizacje, 40 minut.

Oto sytuacja dość typowa dla SR - koncert muzyków, którzy wcześniej nie improwizowali w zadanej konfiguracji personalnej (z zastrzeżeniem „najprawdopodobniej”) zarejestrowany w londyńskim Cafe Oto. Niebanalny zestaw instrumentalny (niespodzianki możliwe w każdej sekundzie występu), ponadpokoleniowy zestaw artystów i wielokolorowy melanż stylistyk, estetyk i sytuacji dramaturgicznych. Kwartet rozpoczyna definitywnie w kłębach soczystego free jazzu i tamże koncert swój kończy, ale w tak zwany międzyczasie (część druga i trzecia) dzieją się rzeczy doprawdy niezwykłe, śmiało konstytuujące jakość całego przedsięwzięcia.

Rzeczone, free jazzowe otwarcie ewoluuje od agresywnych, ciętych short-cuts po ocean rozległych i ekspresyjnych wydechów. Bas daje na poły syntetyczny background, piano cielesność melodii, klarnet basowy chwile grozy, a perkusja precyzję narracyjną. Opowieść niesie się na ogół efektownymi wzniesieniami, ale nie unika kameralnych dolin. Wilkinson dokłada glos, a każdy z pozostałych garść brzmieniowych niuansów. Początek drugiej części obiecuje wiele i nie zawodzi. Perkusja inicjuje, inside piano zachęca do kooperacji, szeleszczą struny, elektronika snuje się po podłodze, a dęte pomruki dopełniają obrazu onirycznej trwogi sytuacyjnej. Po fazie wznoszenia i opadania improwizacja nabiera rumieńców, niesiona ekspresją klarnetu i porcją fraz preparowanych z każdego ośrodka dźwiękowego. Z czasem wszystko przepoczwarza się w strugę polirytmicznej narracji, niesionej niemal gamelanowym tembrem.

Start trzeciej opowieści trzyma się zadanej estetyki, choć tworzą ją filigranowe akcje inside piano i instrumentów perkusyjnych. Narracja formuje się w drony, w smudze których rozpoznać możemy jedynie brzmienie klarnetu basowego, reszta jest bowiem plejadą fonicznych zagadek. Opowieść balansuje teraz na krawędzi post-jazzu i abstrakcyjnej kameralistyki, okazjonalnie bywa bardzo ekspresyjna. Subtelna elektronika świetnie podkreśla wyśmienite akcje klarnecisty i multimedialnej w tej chwili pianistki. W fazie finałowej tej części koncertu towarzyszą nam dęte rozśpiewanie, smyczek na gryfie basu, szeleszczące inside & outside piano i perkusyjne, tudzież perkusjonalne stemple jakości. Zgodnie z anonsem na ostatnie sześć minut albumu muzycy powracają do estetyki free jazzu, tu lepionej z melodyjnych fraz saksofonu altowego i drżących z emocji basu, piana z klawiatury i perkusyjnej dynamiki. Improwizacja przez kilka chwil wydaje się dość przewidywalna, ale rozdygotany, emocjonalny finał wiele rekompensuje.



 

Rachel Musson/ John Edwards/ N.O. Moore/ Steve Noble Fulcrum (CD, 2024)

Rachel Musson – saksofon tenorowy, John Edwards – kontrabas, N.O. Moore – gitara elektryczna oraz Steve Noble – perkusja. Iklectik Arts Lab, Londyn, grudzień 2023. Dwie improwizacje, 58 minut.

Kolejny kwartet w zestawie shrike’owych nowości dostarcza już samo free jazzowe mięcho! Nie grozi nam wszakże odium przewidywalności, albowiem na scenie (bez oklasków) odnajdujemy czworo na tyle kreatywnych artystów, iż cokolwiek by nie zakiełkowało w ich szalonych głowach, efekt foniczny stawia nas do pionu i każe bez ustanku popadać w zadowolenie.

Umiarkowanie ekspresyjny początek tylko rozbudza oczekiwania. Bas i perkusja tyczą twardy szlak, dęciak swobodnie pokrzykuje, a gitara kłębi się w oparach amplifikacji. Podróż od wystudzonego post-jazzu do korpulentnego free nie trwa tu długo, a jedynym interwałem jest moment kameralnego oddechu w okolicach ósmej minuty. Opowieść pulsuje emocjami, raz za razem podsycanymi akcjami pizzicato & arco kontrabasisty. Dość szybko osiąga szczyt i przenosi ciężar odpowiedzialności na mantrujący smyczek. Tu narracja, wbrew pozorom, staje się jeszcze gorętsza! Zdaje się, że w tym kwartecie każdy może być ogniskiem zapalnym. Wyraźne uspokojenie ma miejsce dopiero po dwudziestej minucie. Muzycy pochylają się wtedy nad pojedynczymi frazami, a opowieść zyskuje tajemniczy, post-bluesowy posmak. Pojawiają się akcenty preparowane, szczególnie ze strony perkusisty i gitarzysty, dosyłających zgrzyty i ambientowe plamy. Finał pierwszego seta, który trwa dłużej niż dwa kwadranse, znów pełen jest kreatywnych akcji z każdej strony, odrobinę wszakże pozbawiony mocy, jaka dewastowała opowieść kilka chwil wcześniej.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, w każdym wymiarze nieco inny od pierwszego. Inicjacja prowadzona kolektywnie skupia się na ciszy, szeleszczących przedmiotach, drobnych piskach i obcierkach. Nie brakuje brudu i fraz na poły dronowych. Narracja rozwija się tym razem bardzo powoli, ale konsekwentnie, głównie dzięki pieczołowitości drummera. Moc tym razem idzie nade wszystko od strony gitarzysty, który definitywnie wybudza się z letargu, w jakim przebywał przez dużą część pierwszej odsłony albumu. Muzyk wrzuca rockowy bieg i zaczyna taniec szaleństwa. Niesie kwartet na wzgórze, syci opowieść soczystą solówką godną stadionów świata. Po chwili kameralnego zawahania improwizacja płynie najpierw gęstą strugą power trio, a po powrocie saksofonu pełnowymiarowym power quartet! Następnie scena zostaje oddana na wyłączność saksofonistce. Gdy koledzy wracają, wraca też moc i prawdziwie free jazzowy ogień. W fazie finalizacji najpierw następuje jeszcze większe zagęszczenie, ale bez udziału perkusji, potem – na końcowe trzy minuty - improwizacja przyjmuje postać pożegnalnej post-ballady, której swobodny rytm wystukuje perkusista.



 

Bruce Russell & Thierry Monnier via Fermata Ark Good Friday Plowshares Missile Silo Witness (LP, 2024)

Bruce Russell – gitara, amplifikacje, elektronika, field recordings, rozmowy, tape machine, Thierry Monnier – gitara, amplifikacje, elektronika, Fermata Ark – post-produkcja, aranżacja, syntezatory, elektronika oraz Mark Wastell - tam tam (utwór 2), Dirty Electronics - elektronika (2). Lyttelton, Nowa Zelandia, luty 2020. Dane dotyczące miejsca i czasu post-produkcji nieznane. Cztery utwory, 45 minut.

Album o bodaj najdłuższym tytule w historii labelu zdaje się być także nagraniem najbardziej odległym od typowej dla SR estetyki. Dwie gorące, skąpane w ogniu artyleryjskiego ostrzału gitary elektryczne, słowo mówione, sporo elektroniki na wejściu, ale i etapie post-produkcji, międzynarodowe towarzystwo i jeszcze dalekie Antypody w ramach miejsca realizacji dźwięków bazowych. Dobry Piątek… bez wątpienia zasługuje na miano wydawnictwa szczególnego.

Z dziką i niebezpieczną aurą albumu zaznajamia nas głos z offu i syczenie amplifikatorów. Gitarowy zgiełk, który po chwili opanowuje szerokie spektrum nagrania płynie gęstym wzniesieniem i mulistą doliną, dodatkowo rozsiewany elektroniką realizowaną na żywo i zapewne tą post-produkcyjną. Od awangardy ciężkiego rocka, po abstrakcję swobodnej improwizacji. Sporo dzieje się także na backgroundzie, gdzie królują brzmienia elektroniczne, field recordings, głosy i samplowane komentarze. Incydentalnie pojawiają się akcenty rytmu, ambientowe rozwarstwienia, tudzież psychodeliczne, złowrogie pasma post-dźwięków. Tutaj the sky is not a limit! Przez moment uciekamy w chmurę ptasich igraszek, mówi do nas głos z tekstem, po czym wracamy do hałaśliwego pogorzeliska rocka. Zakończenie pierwszej strony winyla śmiało mogłoby stanowić soundtrack do głośnego w czasach zimnej wojny obrazu The Day After.

Drugą stronę krążka inicjuje gitarowa pętla, dość wysoko osadzona, zaciskająca się na szyi bezbronnej ofiary. W czwartym utworze, drugim na tej stronie, gitary zdają się frazować nieco lżejszym, odrobinę mniej brudnym tembrem. Z jednej strony zgliszcza prog-rocka, z drugiej kolejne stadium gitarowej fermentacji. Syntetycznie rozwarstwiająca się narracja przypomina teraz stłumiony krzyk, a nastrój monotonnej, ale narastającej grozy potęgują zniekształcenia i usterki. Zdaje się, że P.H.Lovecraft czułby się w takim środowisku, niczym ryba w wodzie. Samo zakończenie albumu jest tyleż ambientem, co hukiem kołującego myśliwca. Jeszcze tylko głos z offu dokłada ostatni komentarz.



 

Albert Newton (Charles Hayward/ John Edwards/ Pat Thomas) If Only Silence Was Round (LP, 2024)

Charles Hayward – perkusja, John Edwards – kontrabas oraz Pat Thomas – elektronika. Lewisham Arthouse, lipiec 2023. Sześć improwizacji, 47 minut.

Nawiązując od preambuły dzisiejszego omówienia - co może być awangardą w stosunku do swobodnej, atonalnej i upiornie nielinearnej improwizacji? Może połamane rytmicznie post-electro, może rozhuśtany fussion-funk, a może gęsta, niefiltrowana magma post-industrialu? Tajemniczy Albert Newton w trzech osobach – perkusisty, kontrabasisty i elektronicznego pianisty – podsyła nam pewien trop!

Start jest gęsty, grany masywnym kontrabasem, tu jak zwykle zawieszonym pomiędzy zwiewnym pizzicato, a turbulentnym arco, połamanym rytmem perkusji i elektroniką, która strzyka moczem jak złośliwy kocur, albo cedzi zwarte strumienie fonii, niczym post-romantyczny syntezator. Pod powierzchnią tej strugi korpulentnych dźwięków czai się coś bezczelnie funkowego, a nawet punkowego. Słuchać to doskonale w momentach, gdy narracja łapie rytm, gdy przyspiesza i wyswobadza się z uścisku gęstych, tłustych zapętleń. Bywa, że elektronika ucieka w wyższe pasma, tudzież atakuje pełnym spektrum hałasu. Akustyczna sekcja post-rytmu łapie wtedy definitywnie rockowy, tudzież post-rockowy flow. Na starcie trzeciej odsłony tempo na kilka chwil opada, a opowieść, która z pewnością nosi znamiona improwizacji, nasiąka mulistym, zgrzebnym post-industrialem. Z kolei zakończenie pierwszej strony winyla, czyli utworu czwartego, stawia na upiorną klimatyczność, przypomina soundtrack do niemego filmu o podboju kosmosu.

Druga strona, to dwie opowieści. Początek jest spokojny, by nie rzec minimalistyczny. Muzycy dość szybka łapią jednak rytm i uciekają w dalece taneczną ekspozycję. Potem dostają się w obszar spiętrzeń, turbulencji i silnego wiatru. Ale gdy ponownie wpadną w sidła rytmu, nie odpuszczą do samego końca. Opowieść nabiera jeszcze bardziej funkowego odczynu i syci się szczyptą psychodelii niesioną post-melodyjnym flow syntezatora. Po upływie kwadransa, już w trakcie drugiej części tej strony, narracja spowalnia, z trudem łapie oddech, ciężko dygocze. Do końca albumu króluje już leniwa melodia pchana filuternym post-rytmem.




niedziela, 4 lutego 2024

Alan Wilkinson, Paweł Doskocz i Andrew Lisle na trasie koncertowej w Polsce


(informacja prasowa)


Trybuna Muzyki Spontanicznej i Spontaneous Music Festival zapraszają na jedno z najbardziej spektakularnych wydarzeń pierwszego półrocza 2024 roku na polskiej scenie muzyki improwizowanej. Na tygodniową trasę po największych miastach naszego kraju rusza legenda brytyjskiej muzyki free jazzowej, saksofonista Alan Wilkinson. Towarzyszyć mu będą muzycy młodszego pokolenia europejskiej sceny – brytyjski perkusista Andrew Lisle i polski gitarzysta Paweł Doskocz. Począwszy od 16 lutego muzycy zagrają kolejno w Poznaniu, Wrocławiu, Łodzi, Krakowie, Katowicach i Lublinie.



 

Przed nami koncerty, który przeniosą londyńską scenę free jazz/ free impro na polskie podwórko. Alan Wilkinson i Andrew Lisle, uznawani za filary tej sceny (stali rezydenci w prestiżowym Cafe OTO), będą gościć w Polsce i zaprezentują swoje niezwykłe doświadczenie sceniczne. Do tego ekskluzywnego grona dołączy Paweł Doskocz, doświadczony improwizujący gitarzysta, który w ostatnich latach współpracuje z coraz liczniejszą grupą zagranicznych artystów, zdobywając uznanie na międzynarodowej scenie.

Pierwsza w takiej konfiguracji personalnej wspólna trasa trzech artystów obiecuje fascynujący muzyczny dialog. Alan Wilkinson, pomnikowa postać sceny londyńskiej, wniesie do niego bogactwo umiejętności zdobywanych przez lata. Jego wkład w rozwój gatunku jest nieoceniony, a współpraca z takimi gigantami, jak Derek Bailey, Roger Turner czy Eddie Prevost świadczy o niepodważalnej pozycji na międzynarodowej scenie. Andrew Lisle, ceniony perkusista młodego pokolenia, gwarantuje niezwykłą wirtuozerię oraz kreatywność. Improwizacje Anglika, oparte na jazzowej tradycji, pełne są eksperymentów i oryginalnych technik. Z kolei Paweł Doskocz, zasłużony przedstawiciel lokalnej sceny, dzięki swojemu unikalnemu brzmieniu i rozszerzonym technikom wykonawczym, zapewni niepowtarzalny wkład w to wyjątkowe zestawienie.

 

Szczegóły trasy koncertowej:

16.02 Dragon Social Club, Poznań

17.02 OPT, Wrocław

18.02 Ciągoty i Tęsknoty, Łódź

19.00 TBA

20.02 Alchemia, Kraków

21.02 Miasto Ogrodów, Katowice

22.02 Centrum Kultury, Lublin

 

Alan Wilkinson – saksofon, klarnet

Paweł Doskocz – gitara elektryczna

Andrew Lisle – perkusja

 

Trasa koncertowa odbywa się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej oraz Spontaneous Music Festival.

 

Biogramy:

Alan Wilkinson – saksofonista i klarnecista, który aktywnie działa na scenie muzyki improwizowanej od końca lat 70. Był kluczową postacią sceny muzycznej w Leeds w latach 80., gdzie założył klub Termite i był częścią kultowego tria Hession/Wilkinson/Fell. W 1987 roku Derek Bailey zaprosił go do udziału w trasie European Company oraz London Company. Po przeprowadzce do Londynu w 1990 roku stał się już znanym artystą. Kontynuował tam grę oraz promowanie muzyki w różnych klubach, jest m.in. promotorem cyklu „flimflam”, istniejącego od 2001 roku. Alan, grając w licznych „ad hoc” zespołach w Wielkiej Brytanii i za granicą, współpracował m.in. z Peterem Brötzmannem, Chrisem Corsano, Akirą Sakatą, Thurstonem Moorem, Charlesem Haywardem, Eddie Prevostem, formacjami Talibam! oraz Spiritualized. Jego długoletnimi projektami są trio z Johnem Edwardsem i Steve'em Noble’m oraz norweski kwartet Akode. Ostatnio dołączył również do zespołu Dead Days Beyond Help, (Alex Ward i Jem Doulton), a ich debiutancki album ukazał się nakładem Shrike Records.

Ostatnie nagrania Alana warte szczególnego polecenia:

“One in the Ear” (w/Dirk Serries), New Wave of Jazz

https://newwaveofjazz.bandcamp.com/album/one-in-the-eye

“Empowered” (w/Eddie Prevost / N.O.Moore / John Edwards), 577records

https://577records.bandcamp.com/album/empowered

Alan Wilkinson/ Alex Ward/ Jem Doulton, Shrike Records

https://shrikerecords.bandcamp.com/album/wilkinson-ward-doulton

“Forth to 4th” (w/John Edwards/ Steve Noble), PingPong

“Do Disturb” (w/Eddie Prevost/ N.O.Moore / John Edwards/ Nathaniel Catchpole, Matchless Recordings

 

Andrew Lisle, to perkusista, który działa w obszarze jazzu i muzyki improwizowanej. Jego twórczość zahacza o awangardę – eksploruje granice możliwości zarówno technicznych, jak i muzycznych perkusji, jednocześnie czerpiąc z tradycji jazzowej. Po ukończeniu Leeds College of Music w 2011 roku przeniósł się do Lizbony, gdzie miał okazję rozwijać swoje umiejętności muzyczne, współpracując z doświadczonymi improwizatorami. Spędził wiele czasu w głównej siedzibie Clean Feed Records, Trem Azul, i grał z wieloma artystami z tego środowiska, w tym z Rodrigo Pinheiro (Red Trio), Hernanim Faustino (Red Trio), Rodrigo Amado czy Luisem Lopesem.

Od 2013 roku, po przeprowadzce do Londynu, jest wziętym perkusistą na scenie jazzowej i improwizowanej, współpracuje m.in. z Colinem Websterem, Johnem Edwardsem, Johnem Dikemanem, Alexem Wardem, Dirkiem Serriesem, Alanem Wilkinsonem, Matthew Bourne’em, Rachel Musson i Markiem Sandersem.

"Obserwuje grupę londyńskich artystów, a wśród nich… perkusista Andrew Lisle, który wplata połamane beaty i nieprzerwane tremola na werblu w swój elastyczny leksykon muzyki improwizowanej." – Spencer Grady (Jazzwise)

"Lisle, mający 27 lat, to już teraz jeden z najbardziej oryginalnych perkusistów w Wielkiej Brytanii." – The Quietus

https://andrewlisle.com

https://andrewlisle.bandcamp.com

 

Paweł Doskocz, to często sięgający po preparacje gitarzysta, który eksploruje nowe brzmienia instrumentu. Jego obszarem zainteresowania jest przede wszystkim improwizacja, a inspiracje czerpie z różnych źródeł. Współtworzył takie zespoły jak Bachorze, Strętwa i Sumpf. Zdobywał doświadczenie podczas wspólnych występów z wieloma muzykami tak z Polski, jak i z zagranicy, uczestniczył też w festiwalach poświęconych muzyce eksperymentalnej i improwizowanej. Grywał na: Ad Libitum, festiwalu Nowy Wiek Awangardy, Art of Improvisation Creative Festival, Jazz Ring, Musica Privata, Katowice JazzArt Festival, FRIV Festival, Avant Art Festival oraz Spontaneous Music Festival. Można go było usłyszeć w konfiguracjach z takimi artystami jak: Emilio Gordoa, Matthias Müller, Jasper Stadhouders, Paweł Szpura, Hubert Zemler, Wojtek Kurek, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Onno Govaert, Seppe Gebruers, Andrew Lisle, Vasco Furtado, Colin Webster, Dirk Serries, Benedict Taylor, Diego Caicedo oraz El Pricto.

Współorganizator „Spontaneous Music Festival” w Poznaniu.

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-004

 

 

piątek, 7 października 2022

Alex Ward and three fresh kicks! In one duo and two trios!


Brytyjski klarnecista i gitarzysta Alex Ward dostarcza nam właśnie trzy nowe płyty, idealnie pokazujące jego pasje, stylistyczne konotacje i niebywałą różnorodność w procesie komponowania i improwizowania.

Wszystkie prezentowane dziś twory edytorskie mają definitywnie demokratyczny charakter. W albumowych credits pojawiają się niekiedy kompozycje, ale kwintesencją każdej z płyt jest namiętna, prawdziwie dzika improwizacja. Oto przed nami kameralny duet, który potrafi kąsać niemal free jazzową energią i dwa tria śmiało sytuujące się na przecięciu free rocka, swobodnej improwizacji i mięsistego free jazzu. Na dwóch pierwszych albumach Alex sięga zarówno po klarnet, jak i gitarę, a na trzecim, mając u boku giganta brytyjskiego saksofonu barytonowego, koncentruje się wyłącznie na gitarze.

Z radością zaglądamy do wnętrza każdego z nich!

 


Dominic Lash & Alex Ward  Antonyms (Copepod, CD 2022)

Początek marca 2020 roku, Stowaway Studios, Londyn; Alex Ward – klarnet i gitara elektryczna oraz Dominic Lash – kontrabas. Pięć kompozycji (dwie pierwsze autorstwa Lasha, środkowa wspólna, dwie ostatnie Warda), 45 minut.

Początek albumu jest bardziej niż intrygujący. Zawieszone w czasie i przestrzeni preparacje smyczka i dziwne, piskliwe odgłosy, które dopiero po kilku chwilach uznajemy za dźwięki klarnetu. Najpierw frazy godne slow motion chamber, pchane do przodu leniwym pizzicato, potem nagły zwrot dramaturgiczny, aż do stanu niemal pre-freejazzowego. Nagranie uspokaja się w momencie powrotu smyczka i osiągnięcia marszowego tempa. Drugi utwór stawia recenzenta w pewnym rozkroku. Początkowe, zmysłowe, niemal post-barokowe frazy płyną do nas długimi, pięknie nasyconymi tłumionymi emocjami pasażami. Nagle w tym tyglu nieoczywistości pojawia się gitara, która w początkowej fazie brnie sprzęgającym się dronem, ale po chwili zaczyna rozsiewać jazzowy ferment i nakłania kontrabas do grania skocznego tematu zaczerpniętego z pięciolinii. W swej fazie schyłkowej narracja wpada w dość kolokwialną repetycję, ale udanie skrzy się rockowym spiętrzeniem i sięga po ciekawą dynamikę.

Kolejne dwa utwory zdecydowanie zapisujemy po stronie atutów albumu. Początek trzeciego, to smutny dialog smyczka i klarnetu. Muzycy wspinają się na wysokie wzgórze i nie stronią od dźwięków preparowanych. Narracja dość szybko nabiera zadziorności i targa naszymi emocjami od dołu do samej góry. Akcje imitacyjne, ale zaczepne, skoki w bok i dźwiękowe kuksańce. Kontrabas przechodzi w tryb pizzicato, dynamika rośnie, a narracja szczęśliwie unika jazzowych mielizn. Powrót smyczka wbrew pozorom dodaje jeszcze emocji - uderza po gryfie i ewidentnie zaczepia studzącą emocje gitarę. Początek czwartej opowieści kipi od niemal rockowych erupcji. Psychodeliczny background gitarzysty i doskonała robota kontrabasisty, który płynie zmysłowym pizzicato & arco. Muzycy zdają zmieniać podgatunki niczym przepocone rękawiczki. Jest sznyt jazzu, jest swąd rocka, ale finał tonie w kameralnym półmroku. Ostatni utwór zaczyna się bardzo nerwowo. Klarnecista pyskuje, kontrabasista szarpie za struny i drży z emocji. Gęsta opowieść ma swoje bystre tempo. Muzycy zdają się płynąć dość precyzyjnie zaplanowanym strumieniem dźwięków, ale ekspresji przybywa im z każdym krokiem. Tuż za rogiem niechybnie czai się free jazz! Samo zakończenie jest nawet zaskakująco taneczne, a cisza zostaje osiągnięta ostrym cięciem skalpela.



 

Deadly Orgone Radiation  Desecration Of Form (Copepod, CD 2022)

Koniec lipca 2018 roku, radiowy Nick Name Show, WFMU, Nowy Jork; Alex Ward – gitara elektryczna i klarnet, James Sedwards – gitara elektryczna oraz Weasel Walter – perkusja. Cztery improwizacje, prawie 39 minut.

Z triem DOR zdecydowanie przenosimy się do pieczary free rocka. Dwie nieźle harcujące gitary na przeciwległych flankach i masywny, dynamiczny, chwilami rockowy, niemal punkowy drumming. W początkowej fazie nagrania gitarzyści mają dużo swobodny, ale frazują dość podobnie i wydają się być mocno skoncentrowani na tym, by sprostać kompulsywnym akcjom perkusisty, który trzyma flow wyjątkowo silną ręką. Gdyby w tym gronie pojawił się jeszcze basista, mielibyśmy niechybnie ultra rockowy walec. Druga opowieść dodatkowo podkreśla dynamiczne walory pierwszej odsłony. Rytm wybijany perkusyjnymi pałeczkami, dwie hałasujące gitary, z których jedna pachnie post-bluesem, druga przypomina noise rockową brzytwę Steve’a Albiniego. Gitarzyści najpierw skoczą tu na niezłą wysokość, a potem, po stłumieniu dynamiki przez drummera, uciekają w intrygujące preparacje, zdobione talerzowymi ornamentami. Sam finał płonie w ogniu gitarowych sprzężeń i perkusyjnych eksplozji.

W kolejnych dwóch improwizacjach Alex sięga po klarnet, dzięki czemu jakość improwizacji wspina się na jeszcze wyższy poziom. Trzecia odsłona na tle pozostałych, to niemal balladowe tempo, pozwalające artystom na pokazanie swojego wysokiego kunsztu. Początek zdaje się być zarówno post-psychodeliczny, jak i zmysłowy, oniryczny. Narracja często redukuje się tu do duetu gitary i klarnetu, a dyscyplina dramaturgiczna temperamentnego perkusisty budzić musi spory podziw. Intensywność nagrania faluje, jest miejsce na szybkie incydenty solowe, a całość śmiało zaliczyć możemy do albumowego opus magnum. W czwartej części jakości też nie brakuje, a artyści powracają do niemal free jazzowej furii. Agresywna gitara, roztańczony klarnet i perkusja, która nie bierze jeńców z jednej strony, ale i pewna lekkość, gibkość całości z drugiej. Emocje skaczą tu do samego nieba, obserwujemy dużo imitacji na linii gitara-klarnet, a dynamiczne tempo trzyma w ryzach improwizację niemal do ostatniego dźwięku.

 


Alan Wilkinson, Alex Ward & Jem Doulton  Wilkinson Ward Doulton (Shrike Records, CD 2022)

Koniec stycznia 2020 roku, Sam and Rachel's, zapewne w Londynie; Alan Wilkinson – saksofon altowy, barytonowy i klarnet basowy, Alex Ward – gitara elektryczna oraz Jem Doulton – perkusja. Cztery improwizacje, 54 minuty.

Alex Ward i Jem Doulton od dawna muzykują w duecie, które ongiś zwinnie zatytułowali Dead Days Beyond Help. W swych improwizowanych podróżach, pełnych rockowej ekspresji napotkali jakiś czas temu na mięsiste, free jazzowe saksofony Alana Wilkinsona, dzięki czemu popełnili koncert, który winien zadowolić niejednego fana ognistej muzyki, niezależnie od konotacji gatunkowych. Przy okazji zasłużyli też na miano pełnokrwistego power trio! Start pierwszej improwizacji potwierdza zasadność epitetu, jakim obdarzyliśmy muzyków w poprzednim zdaniu – na raz, z okrzykiem na ustach! Histeryczny alt, siarczysta gitara i stawiająca ołowiane stemple perkusja, to elementy składowe tego szaleństwa. Rockowy swąd, free jazzowe podmuchy i drumming, korty nie musi stawić na moc, by budować dobre emocje. W tym zestawie do ściany dźwięku wiedzie wyjątkowo krótka droga, a soczyste riffy, skąpane w saksofonowym sosie, smakują tu wyjątkowo dobrze. W drugiej opowieści muzycy dość długo ukrywają swoje zamiary. Początek skrzy się jazzem i psychodelicznym sznytem gitary. Wejście w fazę kipieli dzieje się głównie za przyczyną perkusji. Znów na skok w ogień potrzeba tu ledwie kilku chwil. Gitara staje w płomieniach i daje radę zagłuszyć gotujący się saksofon barytonowy! Narracja bucha fajerwerkami, ale to saksofon sprawia, iż wychodzi na prostą i szuka mniej intensywnych rozwiązań. Druga część najdłuższej na płycie improwizacji zdaje się być najlepszą częścią albumu. Świetną zmianę daje tu baryton, który nie musi już uciekać przed ścianą dźwięku gitary. Ta ostania też stawia na brzmieniowe subtelności.

W trzeciej improwizacji pojawia klarnet basowy, które w duecie z perkusją introdukuje narrację. Początek iście balladowy, podkreślany onirycznie brzmiącą gitarą, ale już po kilku pętkach emocje rosną, a wraz z nimi dynamika nagrania. Jazzowa narracja szybko zapełnia się rockowymi riffami, ku górze skacze też poziom natężenia dźwięku. Klarnet basowy nie daje się tak łatwo zepchnąć ze sceny. Zakończenie świetnej ekspozycji zdobią jego pomrukiwania i gitarowa repetycje. Finałowa improwizacja w swej fazie początkowej zaskakuje brzmieniowymi niespodziankami. Znów wiele dobrego płynie z tuby barytonu. I to ten instrument staje na czele bardziej intensywnej fazy utworu. Połamany rytm i rockowe riffy sprawiają, iż ekspresyjna kipiel staje u bram! Koncert gaśnie w mroku gitarowych sprzężeń.

 


wtorek, 5 lipca 2022

The Raw Tonk’s fresh fruits: Fringe & Carapace!


Raw Tonk Records, nasz ulubiony brytyjski label free jazzu i swobodnej improwizacji, punktuje z regularnością mistrza, który hucznie obchodzi w tym roku swoje dziesiąte urodziny! Dziś czas na kolejne dwie nowości!

Pierwsza z nich, wydana na kasecie, idealnie konsumuje główny nurt gatunkowy RT, czyli krwisty i emocjonalny free jazz. Zawiera nagranie kwartetu z najlepszym barytonistą tej części świata, czyli Alanem Wilkinsonem, którego wspiera brytyjska młodzież młodego, tudzież średniego pokolenia, czyli Dominic Lash, Andrew Cheetham i Matthew Grigg.

Druga, wydana na pożytecznym nośniku CD, to kolejna edycja duetu ognistej, post-rockowej gitary i barytonu podsycanego do działania zwinną elektroniką, czyli Anton Hunter i Cath Roberts, którzy – jak zapewne świetnie pamiętamy – są także rodowitymi członkami kwintetu Sloth Racket, regularnie goszczącego na tych łamach.

Innym słowy – kochamy Raw Tonk i brytyjską muzykę improwizowaną! Welcome!



 

Fringe

W bristolskim klubie The Fringe jesteśmy chyba po raz pierwszy. Na scenie dostrzegamy saksofon (altowy i barytonowy), kontrabas, gitarę z prądem i perkusję. Muzycy najpierw zagrają dla nas rozbudowane intro, które potrwa kilka minut, a potem, już po wymianie saksofonu na większy gabaryt, ruszą w bezmiar tak zwanego seta zasadniczego i grzmocić w nas będą dźwiękami przez kolejne dwadzieścia kilka minut.

Początek, to delikatne szarpnięcia za struny, proste podmuchy z tuby saksofonu, pick-upowy background gitary i dość już aktywny drumming po krawędziach werbla i tomów. Narracja w tej fazie koncertu przypomina zrównoważony open jazz z ponadgatunkowymi wtrętami gitary. Ta ostatnia szuka swojego języka, preparuje, z każdą sekundą wyraźnie się rozkręca, dosłownie, i w przenośni! Sama improwizacja nie traci przy tym na dynamice, wystarczy bowiem kilka głębszych oddechów i już całość strumienia dźwiękowego syci się free jazzową ekspresją.

Muzycy na moment tłumią jednak emocje, saksofonista zmienia instrument i wszyscy zaczynają budować nową opowieść, która przy okazji jest już drugim trakiem na magnetofonowej kasecie. Na przedzie powolnego, balladowego szyku staje baryton, który bez trudu opanowuje przestrzeń salki koncertowej. Przyszłość na razie zdaje się tu być dalece nieokreślona, a nastrój chwili podkreśla gitara wciąż pracująca w trybie off-road. Tym czasem sekcja rytmu robi swoje, a po niedługiej chwili intryga zawiązuje się na osi gitara-saksofon. Muzycy szukają brudu pomiędzy frazami i post-jazzowej ekspresji, zwłaszcza gitarzysta. Improwizacja robi się coraz gęstsza, bardziej soczysta i impulsywna. Nie jest tylko konsekwencją szybkości reakcji i dynamiki samego drummingu, wynika także ze stałego zwrotu intensywności frazowania każdego z aktorów spektaklu. Niektóre dźwięki wydają się już dość głośne, może za wyjątkiem kontrabasu, który nie jest zbyt dobrze słyszalny. W okolicach ósmej minuty saksofon na chwilę milknie. Ledwie łyk świeżej wody i flow kwartetu rusza w dalszą podróż. Świetne chwile znów odnotowuje gitarzysta, który szuka psychodelii i meta rockowych rozwiązań. Zamiast jednak spodziewanej eskalacji artyści postanawiają zdjąć nogę z gazu i na powrót szukać klimatu spokojnego otwarcia drugiej części koncertu. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a perkusyjne talerze zaczynają rezonować. Chamber sorrow buduje także oniryczna gitara, która skutecznie odnajduje mroczny zakątek sali. Tym razem kwartet kręci intrygę nieco innymi metodami. Drobne pół melodie, preparowane frazy i syczące echo gitarowego amplifikatora. Przez moment bystre mikro solo prezentuje perkusja. Powrót do formuły kwartetu, to dobry moment na stopniowe eskalowanie emocji. Saksofon wyje do księżyca, buduje drony, brnie pod górę z jazzowym posmakiem. Swoje dokłada także nieustannie fermentująca gitara, która potrafi nieźle pohałasować. I to właśnie w takich klimatach kwartet drąży skałę i szuka efektownego zakończenia. Wspólne okrzyki, nawet wprost z gardła saksofonisty, repetycje i wciąż stymulowane emocje. Good job, Guys!



 

Carapace

Anton i Cath, jako duet Ripsaw Catfish, budują swoje improwizacje z wielu elementów składowych. Pierwsze dźwięki gitary, to sfuzzowane riffy, godne niemal doomowej estetyki, ale doposażone w pogłos, który zdaje się temperować proste skojarzenia z metalami ciężkimi. Elektronika płynie szmerami i sprzężeniami, z kolei saksofon syczy pół melodyjnymi frazami. Narracja szyta jest tu coraz gęstszym ściegiem, dobrze konsumuje gitarową nieoczywistość gatunkową i post-jazzowy posmak saksofonu, by finalnie uroczo zatonąć w echu i post-psychodelicznym ambiencie. Druga improwizacja stawia sobie inne cele - początkowo to gitara szuka jazzowych konotacji, z kolei elektronika ma za zadanie siać ferment i szukać niespodziewanych rozwiązań. Brudny tembr saksofonu słyszymy dopiero po wielu pętlach narracyjnych, gdy elektronika zaczyna podsyłać garść rytmicznych rozwiązań. W drugiej części nagrania gitara wraca do post-rockowej poświaty, znanej z pierwszego utworu, z kolei baryton udanie eksploruje free-jazzowe pomysły. Gęsty background nie daje jednak za wygraną i samo zakończenie improwizacji znów tonie w wielokolorowym ambiencie.

Początek trzeciej opowieści spoczywa na barkach gitary, która frazuje filigranowo i szyje flow więcej niż jednym ściegiem. Ciekawy dysonans proponuje elektronika, która zdaje się być nastrojona plądrofonicznie. Gdy gitara ucieka w subtelną psychodelię, do gry wkracza baryton i pokrzykuje po aylerowsku. Tym razem finał jest gęsty, toksyczny, pełen rocka i ostrego jazzu. W kolejnej narracji pojawia się chmura gitarowych sprzężeń, pulsująca nieczystym rytmem elektronika i mocno wycofany saksofon, który kleci nutki na stronie. Te emocjonalne dysproporcje nie stanowią dla artystów przeszkody, by pójść w kompulsywne tango. Mając pod pachą tlący się ogień elektroniki, improwizacja zdaje się przypominać trzygłową hydrę intrygującego post-hałasu. Nim opowieść ostatecznie dobrnie do końca, czeka na nas jeszcze spora niespodzianka. Oto elektronika idzie w niebyt, a improwizacja zaczyna skrzyć się czystymi frazami gitary i saksofonu, niepozbawionymi nostalgicznych westchnień.

Przedostatnia improwizacja w fazie początkowej kontynuuje czyste frazowanie. Post-bluesowe chwasty i jazzowe naleciałości ze strony gitary, drony saksofonu i elektronika, która zdaje się szykować do kolejnego ataku plądrofonii. I tu znów zaskoczenie – zamiast eskalacji wszystkie źródła dźwięku rozlewają się w soczysty ambient. Finałowa narracja nie burzy już szczególnie nastroju zbudowanego pod koniec poprzedniej części. Dużo echa, dubowej wręcz poświaty, szeleszczące melodie saksofonu i zupełnie nieinwazyjna elektronika. Owa metaforyczna ballada narasta, zyskuje na tajemniczości, ale i pewnej śpiewności. Brzmi chropowato i pcha skojarzania w mrok godny kolejnego sezonu Twin Peaks!

 

Alan Wilkinson/ Andrew Cheetham/ Dominic Lash/ Matthew Grigg Fringe (Kaseta). Alan Wilkinson – saksofony, Matthew Grigg – gitara elektryczna, Dominic Lash – kontrabas oraz Andrew Cheetham – perkusja. Nagranie koncertowe - The Fringe, Bristol, 25 września 2017 roku. Dwie improwizacje, 29 minut z sekundami.

Ripsaw Catfish Carapace (CD). Anton Hunter – gitara elektryczna i efekty oraz Cath Roberts – elektronika i saksofon barytonowy. Nagranie studyjne - The Wood Rooms, Salford, 22 września 2021 roku. Sześć improwizacji, 42 i pół minuty.



piątek, 30 kwietnia 2021

Wilkinson & Serries! Ganga & Marogna! Gerard! Three new ones from A New Wave Of Jazz!


Belgijski label A New Wave Of Jazz, prowadzony przez gitarzystę Dirka Serriesa, od lat pracuje na markę jednego z najważniejszych wydawców europejskiej muzyki improwizowanej i jej bliższych lub dalszych okolic. Zauważmy wszakże, iż wbrew samej nazwie owej inicjatywy, wydaje się, że rzeczonego jazzu jest w niej akurat najmniej. Być może muzykiem, który tegoż jazzu sytuuje najwięcej na płytach labelu jest brytyjski weteran gatunku, Alan Wilkinson.

Wiosenna porcja nowości NWOJ dostarcza nam m.in. nagrań z udziałem rzeczonego saksofonisty (w duecie z dyrektorem wydawnictwa!), a także dwie płyty z udziałem muzyków, którzy w labelu debiutują.  Zapraszamy zatem na trzy świeże wypieki ze sporą porcją wysokogatunkowej śmietanki.

 


Alan Wilkinson & Dirk Serries  One In The Eye

Zaczynamy od spotkania znamienitych postaci europejskiej muzyki, przy okazji artystów, który razem grali na tyle dużo razy, iż ich doskonała wzajemna komunikacja nie powinna stanowić dla nas zaskoczenia. A zatem: Alan Wilkinson – klarnet basowy, saksofon barytonowy i altowy, także głos oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Dwa spotkania muzyków skomponowane na dwóch dyskach - pierwsze studyjne (Sunny Side w Anderlechcie, listopad 2019 roku), drugie koncertowe (Hundred Years Gallery w Londynie, styczeń 2020 roku) – łącznie 10 improwizacji, 92 minuty z sekundami.

Część studyjna, ośmioczęściowa, trwa niemal pełną godzinę zegarową i lśni całą paletą możliwości obu muzyków, a zwłaszcza saksofonisty, który korzysta z trzech instrumentów, ale jak doskonale wiemy, nade wszystko jest mistrzem barytonu, który w jego ustach potrafi brzmieć czasami jak … alt. Często w trakcie odsłuchu recenzent długo zastanawiał się, jaki saksofon gra dla nas te akurat piękne dźwięki. Muzycy proponują nam bardzo swobodne improwizacje, osadzone z jednej strony w jazzowych korzeniach, z drugiej - w post-baileyowskiej awangardzie. Pierwsze dwa utwory grane są przez Wilkinsona na saksofonie altowym. Artyści snują na ogół dość separatywne wątki, ale każdy wydawany dźwięk wchodzi w dobrą relację z działaniami interlokutora. Wzajemne imitacje są tu raczej rzadkością, ale kiedy do nich dochodzi, narracja bez trudu daje nam to, co najlepsze. W kolejnych dwóch częściach na studyjnej scenie pojawia się klarnet basowy. Najpierw muzycy kreują coś na kształt dead ballad, mruczą na siebie i stawiają sobie coraz ambitniejsze wyzwana. Gdy podkręcają tempo, wykazują się dużą swobodą dramaturgiczną i techniczną gibkością. W wielu momentach sięgają po preparowane dźwięki, zwłaszcza gitarzysta, który masywności dużego klarnetu stara się przeciwstawiać zwinność i bystrość granych przez siebie fraz.

W kolejnych trzech improwizacjach Wilkinson sięga po baryton i stawia kolejny stempel na zaświadczeniu, iż w tej dziedzinie próżno szukać mu konkurentów na Starym Kontynencie. W piątym utworze na zamglone drony barytonu Serries odpowiada systematycznym rozciąganiem, czy wręcz rozrywaniem strun. Muzycy serwują nam całą plejadę efektownych fonii, czyniąc ów utwór bodaj najlepszym momentem dwupaku. W następnej części baryton, dla odmiany, stara się być lekki, taneczny, frywolny i gotowy na każde wyzwanie. Opowieść toczy się od ekspresji free jazzu, po tłumione emocje post-chamber. Jest powolna śmieć, jest życiodajny, jurny galop. Pojawiają się wreszcie dźwięki wprost z gardła muzyka, które zlepione z frazami dęciaka tworzą foniczne realia jedyne w swoim rodzaju. Niedługo potem baryton sięga po naprawdę wysokie skale i uroczo śpiewa na tle gitarowych, bystrych przygrywek. Są, i niedźwiedzie pomruki i kocie piski – king of the baritone! Na finał części studyjnej Alan powraca do saksofonu altowego. Preparuje instrument, podczas gdy Dirk piłuje struny ostrymi krawędziami. Trochę śpiewu, kilka westchnięć i półgłosów, w tle minimalistyczna gitara. Na zakończenie intensywność gry znacząco wzrasta, a całość zdaje się pachnieć post-bluesem dla oszalałej garstki freaków.

Koncert zamieszczony na drugim dysku trwa niewiele ponad dwa kwadranse i składa się z dwóch epizodów. W pierwszym z nich Wilkinson sięga po klarnet basowy. Narracja od startu nabiera pewnej dramaturgicznej chybotliwości. Dęciak snuje się leniwie od pszczelego warkotu po ptasie zaloty, a lekka, zaczepna gitara, choć bardziej stabilna emocjonalnie, samymi preparacjami jest w stanie zawładnąć sceną. Opowieść ma kilka faz – najpierw, to ocean sprytnych subtelności i urokliwych short-cuts, potem przedmorze ciszy z lekkimi podmuchami dęciaka i strunami, które muzyk precyzyjnie szoruje, wreszcie wzgórza wzmożonej ekspresji, gdy narracja zdaje się intrygująco krążyć wokół meta rytmu budowanego przez repetujący klarnet. W drugiej części koncertu na scenie pojawia się nasz ulubiony baryton. Najpierw snuje efektowne drony na tle szeleszczącej gitary. Oczywiście pojawiają się dźwięki wprost z gardła saksofonisty. Śpiewne frazy, dramaturgiczne zadziory i cała masa gitarowych zasieków, które zwinnie kreują emocje i nie zostawiają dużo miejsca na zbyt refleksyjne zachowania. Muzycy posyłają nam kilka post-freejazzowych grepsów i większą dynamikę, która swoje maksimum lokalne zdaje się osiągać na sam koniec koncertu.

 


Arvind Ganga & Riccardo Marogna  Ballads From The Wrecked Ship

Kolejny dziś duet, to także gitara, ale elektryczna (z obiektami!) i dęciak - saksofon tenorowy i klarnet basowy (doposażone w elektronikę). W holenderskiej Hadze, w miejscu zwanym Helicopter, pod koniec listopada 2018 roku spotykamy dwóch intrygujących muzyków. Pierwszy, to nasz dobry znajomy Arvind Ganga, drugi zaś, to trybunowy debiutant Riccardo Marogna. Zagrają dla nas siedem swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam 41 minut i 47 sekund.

Ganga i Marogna zabierają nas do świata swobodnej improwizacji, która bazuje na żywych instrumentach, ale świetnie łączy ich dźwięki z plamami syntetyki i innymi zdobieniami, które może dostarczyć rozważnie wykorzystywana elektronika. Płyta jest bardzo ciekawie skonstruowana pod względem dramaturgicznym. Pierwsze trzy improwizacje zdają się stawiać na dość masywne, chwilami intensywne frazy (jakkolwiek muzycy rzadko puszczają wodze ekspresji lub tym bardziej hałasują), czwarta zaś część zbudowana jest niemal z samych syntetycznych dźwięków i stanowi intrygujący kontrapunkt. Ostatnie trzy improwizacje, choć budowane z tych samych elementów składowych, jak trzy pierwsze, wydają się na ich tle wyjątkowo filigranowe i tkane z samych niemal drobiazgów.

Pierwsza improwizacja kreowana jest przez syczący, preparowany saksofon, który po pewnym czasie ustępuje miejsca klarnetowi basowemu (trzymanie klimatu, to ważna rzecz dla tych muzyków) oraz gitarę z ołowianymi, szorstkimi, jakby niedostrojonymi strunami. Muzyka toczy się leniwie, ale gęsta jest od żywych dźwięków, a także udanych elektronicznych wstrętów, które podkreślają brzmienie dęciaka i gitary, czasami zaś wydają się być ich echem, efektem live processing. Druga część pogłębia jeszcze proces fonicznych dekonstrukcji, przypomina nerwowy dialog kochanków, pełen szumów, półfraz, strachu przed wypowiadaniem złych treści, tudzież elektrycznych oddechów i dętych wyziewów. Uwięziona psychodelia, strzępy ekspresji, które wybuchają jakby mimochodem. Kolejna część przypomina leniwego, martwego bluesa. Saksofon wchodzi do gry po niemal dwóch minutach i pośpiewuje zalotnie. Duetowe gorzkie żale, które dopiero pod koniec dodatkowo zdobione są plamami syntetycznych dźwięków. Anonsowana już wcześniej środkowa część płyty zbudowana jest z gitarowych przesterów i chwilami niemal plądrofonicznej elektroniki. Jedynie na sam koniec improwizacji dociera do nas dźwięk szorowanych strun i uderzania po metalowych powierzchniach.

Ostatnie trzy improwizacje kreowane są przez drobne, chwilami wręcz delikatne frazy. Część piąta nie korzysta ze wsparcia elektroniki. Żywe, spokojne frazy saksofonu i gołe, wychudzone struny gitary. Opowieść klei się z kantów i zadziorów, ale nie eskaluje natężenia dźwięku. Szósta opowieść, to gra na małe pola, którą zdobi intensywny pogłos. Preparowane dźwięki klarnetu basowego niesione są wartką poświatą elektroniki. Gitara także preparuje dźwięki, a na zakończenie nerwowo pulsuje. Wreszcie finał tej wyjątkowo smakowitej płyty - szum z tuby, gitarowe short-cuts, akcenty post-percussion, zapewne z wykorzystaniem metalowej obudowy dęciaka. Same drobiazgi, pikantne, efektowne szczegóły.

 


Pierre Gerard  Pieces Of Apparatus

Na koniec spotkania z nowościami NWOJ zapraszamy na improwizację na gitarę solo (opis płyty nie wskazuje na instrumentarium, jesteśmy zatem zdani jedynie na dobre ucho recenzenta) w wykonaniu Pierre’a Gerarda, muzyka, jak wieści liner notes, znanego lokalnie (czyli w Belgii), bardzo niszowego i dalece minimalistycznego we wszystkim, za co bierze się w dziedzinie działań artystycznych. Muzyk proponuje nam pięć długich improwizacji, które trwają łącznie 53 minuty, a które powstały w styczniu 2019 roku (miejsce akcji także nieznane).

Dla miłośnika improwizowanych emocji, tudzież strumieni niczym nieskrępowanej ekspresji, obcowanie z minimalistyczną muzyką Gerarda jest doprawdy dużym wyzwaniem. Obok chwilami specyficznie brzmiącej gitary (akustycznej z amplifikacją, elektrycznej, ale z małym prądem?) pełnoprawnym aktorem tego nad wyraz leniwego spektaklu (performansu?) jest także … cisza. Jeśli zliczyć wszystkie porcje ciszy umieszczone pomiędzy improwizacjami, a także w ich trakcie, z pewnością doliczylibyśmy się dziesięciu minut, jeśli nie więcej. Ale cóż, obowiązki recenzenta wzywają, zajrzyjmy do środka albumu Pieces Of Apparatus.

Drżąca gitara, która wydaje się nietypowo zestrojona, wydaje pojedyncze dźwięki, czasami lepi je w pół akordy, czasami w pełne akordy. Dźwięki wybrzmiewają i powracają w stanie nienaruszonym. Czasami to ledwie molekuły, drobinki, innym razem większe strzępy fonii, niepozbawione usterek, kiksów i celowych zniekształceń. Muzyk w tej minimalistycznej zabawie bywa udanym naśladowcą pewnych strategii improwizacyjnych Dereka Baileya, bywa także dalekim korespondentem post-folkowych bardów, którzy zagubili drogę na bezkresnej prerii. Wszystko wszakże realizuje na dużym luzie, jest w punkowym stylu niechlujny, nieprzywiązany nadmiernie do formy i ostatecznego kształtu improwizacji. Wraz z rozwojem leniwej sytuacji scenicznej w narracji Gerarda pojawia się coraz więcej ciszy, a jej plastry potrafią, zwłaszcza na początku danej części, trwać więcej niż minutę. Po dwóch kwadransach takiej lekcji cierpliwości, opowieść zaczyna nużyć. Przypomina muzykę, która zdaje się osiągać stan agonii. Dźwięki umierają lub powtarzają się z artystycznym uporem, godnym lepszej sprawy. Frazy przybierają coraz delikatniejsze, wręcz filigranowe formy, ale wiemy, iż Pierre Gerard mógłby je grać bez końca.



wtorek, 2 czerwca 2020

Cheetham & Wilkinson! Dunning & Webster! Windisch! López & Bass! Orins! Dalibert! Frey! Jacob & Thorn! A Melting Pot Of A New Creation in Music!


Koniec pandemicznego maja i początek równie dotkliwego czerwca, to z pewnością dobry moment na zbiorówkę recenzji płyt, które w ostatnich tygodniach przeturlały się przez odtwarzacze redakcji.

Jaki dziś klucz wyboru? Absolutna różnorodność, niczym w dziecięcym kalejdoskopie! Zaczniemy w piekle free jazzu, przejdziemy przez czyściec eksperymentów, open jazzu, latynoskiego free improv, solowych ekspozycji pianistycznych, tudzież komponowane … instalacje dźwiękowe, by zakończyć naszą szaloną podróż w niebie post-kameralnego … avant popu!

Wystartujemy w Zjednoczonym Królestwie Najlepszej Muzyki, w gronie samych znajomych, potem czeka nas jednak garść nowych nazwisk - wątki niemieckie, argentyńskie, francuskie, szwajcarskie i kanadyjskie. Pod względem stylistycznym będziemy skakać z kwiatka na kwiatek, zgodnie z zamierzchłą maksymą – dla każdego coś miłego!




Andrew Cheetham & Alan Wilkinson  The Vortex Of Past Time (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Wbrew tytułowi płyty, naszej podróży nie zaczynamy w londyńskim Vortexie, ale w Manchesterze, w miejscu zwanym Queen's Ark Audio. Jest koniec kwietnia 2017 roku, są z nami: Andrew Cheetham – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Alan Wilkinson – saksofon barytonowy, altowy, klarnet basowy i … głos.  Cztery improwizacje, 54 minuty.

Wybuchowy, ognisty koncert paternalistycznego free jazzu składa się w dwóch zasadniczych części i tyluż znacznie krótszych dogrywek. Międzypokoleniowy duet brytyjski, z którym śmiało można konie kraść, jest tu w stanie zadowolić nas w każdym momencie. Pilny (świetnie słucha), dokładny (zawsze zna ilość krawędzi swojego zestawu), niezwykle dynamiczny i bardzo kreatywny dramaturgicznie drummer (doskonale odnajduje momenty, by przyspieszyć narrację) oraz wyśmienity saksofonista, być może najciekawszy barytonista sceny brytyjskiej, świetnie sprawdzający się zarówno w dynamicznych, jak i tych bardziej melodyjnych momentach (imponuje masywnością dźwięku, ale także pewną zwiewnością, lekkością narracji, także wtedy, gdy w dłoniach dzierży klarnet basowy). Innymi słowy – sam miód, nie tylko dla wielbicieli surowego mięsa!

Początek pierwszego seta, to otwarcie pełną gębą – od startu rosnące tempo zdrowego drummingu i zalotny, masywny, ale jakże śpiewny saksofon barytonowy, który rytmicznym parskaniem buduje melodykę free jazzu. Już po dwóch, trzech minutach muzycy idą w tango i nie biorą jeńców. Gdy po siedmiu minutach stopują, po wykreowaniu kilku dronów w rezonansie, bez zbędnej zwłoki budują nową opowieść, równie smakowitą. Obaj świetnie panują nad emocjami i tempem narracji, przez co improwizacji nie brakuje dramaturgicznych niuansów. Równie wyrazisty jest drugi set, w którym Wilkinson sięga po klarnet basowy. Znów wielki instrument w rękach tego muzyka potrafi skakać do samego nieba, śpiewać i miłośnie (tu, także semicko) zawodzić.  Czasami wpada w taniec prawdziwie nieujarzmionego zwierza, pomrukuje jak niedźwiedź, ale muzyk w każdej sekundzie kontroluje jego zachowania. Szczególnie ekspresyjna jest końcówka seta. Duet nabiera dynamiki niesiony niemal post-rockową repetycją. Ogień narracji bucha pełnym blaskiem, flow niczym dzikie kuropatwy w locie wznoszącym.

Tak zwane dogrywki pokazują nieco bardzo wytłumiony pokaz soczystego free jazzu. W trzeciej części Wilkinson stawia na saksofon altowy i ekspresyjne gardłotoki. Cheetham świetnie korzysta z talerzy, preparuje dźwięki, buduje perkusyjne drony. Równie stabilny emocjonalnie jest ostatni fragment koncertu. Powraca klarnet basowy, opowieść toczy się dostojnie, ale entuzjazm improwizatorów nie gaśnie nawet na moment. Na finał oba instrumenty pną się ku górze - mantra błyszczących talerzy i zdrowa histeria klarnetu. Piękny finisz!




Graham Dunning & Colin Webster  Terrain (Raw Tonk, LP 2020)

Chcieliśmy do Londynu? Here it is! Graham Dunning – perkusyjny werbel i obiekty oraz Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy. Okoliczności studyjne Sound Savers, lipiec roku 2018, czas trwania – 38 minut bez piętnastu sekund.

Terrain, to dziewięć improwizowanych pomysłów na to, jak z pozornie akustycznych instrumentów wydobywać tajemnicze dźwięki, które w wielu momentach sprawiać będą wrażenie, jakby w drodze do naszych uszu przepuszczane były przez bliżej nieokreślone moce amplifikujące. Metodą wszakże podstawową działań muzyków będzie preparowanie (zniekształcanie) dźwięków za pomocą różnych technik i … przedmiotów. Ponieważ wykonawców mamy w tym wypadku znakomitych, efekt ich pracy nie może nas nie zadowolić, choć w wielu momentach, dla mniej obytych słuchaczy, muzyka zawarta na płycie może stanowić pewnego rodzaju challange.

Opowieść zaczyna rozkołysany werbel, który brzmi bardzo szorstko, mechanicznie, jakby z odrobiną prądu zaplątanego pomiędzy strunami naciągu. Obok saksofon barytonowy, który skwierczy i miarowo prycha. Narracja szyta jest gęstym ściegiem, chwilami dynamiczna, niepozbawiona agresywnych dźwięków. Działania obu artystów świetnie skomunikowane, nie unikające wzajemnych imitacji – tak tu, w pierwszej opowieści, tak i w kolejnych ośmiu. W drugiej odsłonie muzycy serwują nam drony wilgotnego powietrza, przesycone elektroakustyczną poświatą. Colin sięga po saksofon altowy, być może dmie w werbel, zaś Graham zdaje się mieć w zasięgu wzroku smyczek (ale to wiadomość niepotwierdzona). Produkcja dźwięków nadakustycznych trwa w najlepsze. Trzecia część stawia na kolektywny drumming, realizowany zarówno przy udziale werbla, jak i dysz saksofonu. W kolejnej odsłonie posmak post-industrialu - muzycy pracują jak dwie maszyny parowe (Colin dekonstruuje dźwięki, w sposób, jaki znamy z jego solowej płyty Hiss), a w jeszcze kolejnej – ugniatanie tajemniczych przedmiotów na powierzchniach płaskich i prychy, które po czasie osiągają stan masywnych dronów.

Szósta odsłona, i znów mechanika stosowana - wiertarki, świdry i młoty pneumatyczne. Przy okazji saksofon zdaje się po raz pierwszy zahaczać o drobiny dźwięków bardziej typowych dla instrumentu dętego drewnianego. W następnej części chwila odpoczynku – muzycy i ich przedmioty oddychają, szumią, a potem skwierczą i przypominają drummerskie szczoteczki. W ostatnich dwóch improwizacjach powracają akcenty perkusyjne, wspomagane saksofonowymi zaśpiewami. Colin cudownie charczy, Graham drży na granicy hałasu. Najpierw muzycy stawiają na intensywność przekazu, potem delikatnie zdejmują nogę z pedału gazu i popadają w finałową mantrę.




Julius Windisch Quartet  Chaos (Hout Records, CD 2020)

Kilka milowych kroków na wschód i jesteśmy w Berlinie, na studyjnym spotkaniu z kwiatem międzynarodowej, jazzowej młodzieży! Julius Windisch – fortepian, autor wszystkich dziewięciu kompozycji, Sölvi Kolbeinsson – saksofon altowy, Felix Henkelhausen – kontrabas oraz Max Santner - perkusja. Ponieważ ilość traków już znamy, dodajmy jedynie, iż całość trwa niepełne 42 minuty.

Chaos, to dobrze zaprogramowany, bardzo kolektywny, spójny open jazz, którego słucha się bardzo dobrze, który w kilku momentach potrafi naprawdę przykuć uwagę, dobrze przy tym korzystając z doświadczeń gatunkowych. Być może świetny tytuł płyty obiecuje trochę zbyt wiele, ale czas spędzony w Chaosie zdecydowanie należy zaliczyć do czasu nieutraconego. Po stronie ewidentnych atutów nagrania należy postawić, przewijające się niemal przez całą płytę, niezmiernie pokomplikowane, intrygujące metrum. Linia rytmu, kierunek narracji pełen jest niebanalnych zakamarków, dramaturgicznych kantów, czasami tańczy jak pijany we mgle i nie akceptuje jakichkolwiek dróg na skróty. Szczególnie dobrze Quartett realizuje się w bardziej dynamicznych nagraniach, gdy posmak całości, w tym zaśpiew saksofonu altowego, przynosi jakże miłe skojarzenia z estetyką na poły sterowanej improwizacji spod pióra Tima Berne’a.

Wszystkie atuty płyty zdają się konsumować przede wszystkim dwa utwory – pierwszy, tytułowy i ostatni, gdy muzycy tuż przed fajrantem, puszczają wodze fantazji i kreacji, prezentując przynajmniej dwie, trzy swobodne ekspozycje solowe (kontrabas i alt w pierwszym szeregu), wprowadzając wreszcie do kwartetowej opowieści odrobinę konstruktywnego Chaosu. Nawet w utworach bliższych jazzowej balladzie (choćby drugi i szósty), nie przestaje intrygować owe nieparzyste, powykręcane metrum. Ciekawie dzieje się w kompozycji czwartej (wstęp w estetyce tanecznej polirytmii), a także w kompozycji siódmej, gdy muzycy zaczynają nieśmiało preparować dźwięki swoich instrumentów, a perkusjonalia rozbłyskują lekkością i zmysłowością. Chaos zawiera wiele dobrych znaków na przyszłość dla tej grupy muzyków. Póki co, życzymy im więcej performatywnej swobody, mniej programowania własnych zachowań i spoglądania w kierunku zapisów na pięciolinii. Do dzieła!




Chanco a Rayas  Chanco a Rayas (TVL Records, DL 2019)

Porzucamy Europę i lądujemy w argentyńskim Rosario! Luty 2018 roku, miejsce zwane Centro Cultural Parque de España. Jedenaście odcinków swobodnej improwizacji proponują nam: Rocío Giménez López na fortepianie i Luciana Bass na gitarze elektrycznej. Muzyka pozostanie z nami przez niemal 43 minuty.

Już opis pierwszej improwizacji Chanco & Rayas powie nam niemal wszystko o niezwykle intrygującej zawartości całej płyty. Acid guitar z odpowiednią dawką prądu i przestrzennego pogłosu, zdolna do każdego szaleństwa, choć lekka i wyluzowana, obok czysto brzmiące piano sprawdzające glazurę czarnych i białych klawiszy, czasami wyrachowane, ale tylko pozornie uporządkowane. Gitara rozmarzona w post-rocku, piano zatopione w open jazzie, niepozbawione kameralistycznego posmaku. Muzycy świetnie się słyszą, dobrze na siebie reagują, choć stoją na wyimaginowanej scenie w dużym od siebie oddaleniu. Jest rytm, jest dynamika, są spowolnienia i chwile emocjonalnej zadumy. Dobra dramaturgia całości jest sprzymierzeńcem muzyków i dźwięków, jakie wydają. Osią opowieści wydaje się być swoisty dysonans w zakresie brzmienia obu instrumentów, które przybywając z separatywnych galaktyk, znajdują wspólny język w ułamku sekundy.

Szukając najlepszych momentów płyty, znajdujemy je równie szybko! W trzeciej części nieparzyste metrum piana sieje ferment, gitara dla niepoznaki skomle zaś małe nutki w błękitnym ambiencie. W czwartej natrafiamy na minimalizm i filigranowe fonie, które sączą się cienką strużką krwi, z odrobiną jazzu pomiędzy strunami. W piątej części muzycy nie kryją swej fascynacji dla konstruktywnego preparowania dźwięków. W tle sączy się mała elektronika, z cylindra czarnoksiężnika wyłaniają się tajemnicze sample, a gitara znów szuka dobrego kwasu. W siódmej części repetycja zdaje się być pretekstem do niemal tanecznej narracji. Dźwięki pętlą się i tarmoszą wzajemnie bystrym post-jazzem. W kolejnej - mała zabawa w call & responce! W dziewiątej części, najdłuższej – dużo wydarzeń! Deep minimal piano, plamy gitarowej amplifikacji, gołe struny i ćwierćtony, sample i cisza, która grzmi wokół. Gitara pnie się dronem ku górze, piano płodzi małe frazy, skąpane w zachodzącym słońcu. Jeszcze tylko parędziesiąt sekund tanecznego, solowego fortepianu i finałowa ballada, którą Argentynki żegnają się z nami, z mocnym postanowieniem szybkiego powrotu. Bo warto!




Stefan Orins  Summer’s Hope (Circum-Disk, CD 2020)

Czas pogłębić wątek pianistyczny w dzisiejszej zbiorówce i na dłuższą chwilę pozostać w towarzystwie fortepianu solo. Najpierw wątek pełen emocji, potem wątek pozornie z niej wyzuty, choć być może równie wartościowy. Zaczynamy od francuskiego pianisty Stefana Orinsa (świetnie na tych łamach znamy jego brata Petera, perkusistę!). Efekt trzech pracowitych, jeszcze przedpandemicznych dni Stefana Orinsa w domowym zaciszu (marzec roku ubiegłego), to dwanaście kompozycji (szkiców dla improwizacji?), których odsłuch zajmie nam mniej więcej godzinę zegarową, a których tytuł zdaje się być nade wszystko pobożnym życzeniem w czasach współczesnej nam zarazy.

Letnia Nadzieja, to pełna uroku, dramaturgicznego napięcia i chwilami sporego rozmachu, post-jazzowa, czasami post-kameralna, opowieść na jednoosobowy fortepian. Muzyk w jej trakcie definitywnie preferuje eksplorację klawiatury ponad próby preparowania dźwięków w głębinach pudła rezonansowego największego z akustycznym instrumentów. W trakcie godziny nagrania tak wiele czyni z mistrzowską klasą, dramaturgiczną precyzją, niebywale kreatywnie improwizuje, stawia celne pytania i znajduje prawidłowe odpowiedzi, iż bez problemu wybaczamy mu kilka neoklasycznych wycieczek do krainy nudy, które serwuje nam w niektórych momentach drugiej części płyty.

Zlustrujmy zatem niezbywalne atuty tego nagrania. Początek płyty stawia na jazz, dynamiczny, swobodny, z taylorowskim sznytem emocji, niepozbawiony wszakże kameralnej zadumy. Stefan korzysta z całej klawiatury, żadna kombinacja dźwięków nie stanowi dla niego niespodzianki. Sięga od czasu do czasu po preparacje, czyni to wszakże jedynie w momentach uzasadnionych dramaturgicznie (choćby w introdukcji drugiego utworu). Świetnie radzi sobie w dynamicznych momentach, równie skuteczny jest w subtelnych, filigranowych pasażach. W trzeciej części decyduje się na zabawę z ciszą, a dźwięki zaczynają przypominać źdźbła trawy unoszone szelestem porannego wiatru. W czwartej części – dla odmiany – zaprasza nas na post-barokowy taniec po klawiaturze ze stępionym ostrzem, gdy lewa ręka daje muzyce rytm, a prawa tonie w pełnych niepokoju wątpliwościach. W szóstej części deep piano po czarnych klawiszach pobudza do życia białych odpowiedników, zaś w dziewiątej, jakże filigranowej części, jakby na przekór tezie z poprzedniego akapitu, zaczyna się samo dobro – czarny klawisz wybrzmiewa, biały rwie frazy jak ceratę. W kolejnej części oba kolory klawiatury zdają się prowadzić ze sobą dialog godny Dawida i Goliata, a dramaturgia rośnie w ułamku sekundy. Na finał płyty najpierw wzrost emocji i dynamiki, kilka nerwowych, zmysłowych ruchów, a potem bardziej klasycyzujący, bezceremonialny przegląd czystości wszystkich elementów klawiatury.




Melaine Dalibert  Anastassis Philippakopoulos: piano works (Elsewhere, CD 2020)

Jesteśmy we Francji (Saint Maugan, Bretania, lipiec 2019), szeroko nadstawiamy uszu, przed nami bowiem spektakl skomponowanych, drastycznie minimalistycznych utworów fortepianowych. Wykonawcą jest pianista Melaine Dalibert (znamy się!), autorem zaś kompozycji Anastassis Philippakopoulos. Tych ostatnich na płycie jest dwanaście, a całość odsłuchu zajmie nam niespełna 35 minut.

Drobne dźwięki z pojedynczych klawiszy, które rezonują matowo brzmiącym echem. Czasami łączą się w smukłe konstelacje dwóch, trzech, maksymalnie czterech dźwięków. Gdy słuchasz ich uważnie, a nic nie rozprasza twojego pierwotnego postanowienia, zaczynasz oddychać inaczej - wolniej, głębiej, być może z perspektywy tafli morskiej, którą bez trudu odnajdujesz na okładce płyty. Równoprawnym uczestnikiem nagrania jest, co oczywiste, cisza, która wypełnia kilometry przestrzeni pomiędzy dźwiękami lub sekwencjami dźwięków. Ona brzmi, ona gra, ona oddycha, ale nastrój daleki jest od romantycznych schematów. To bezkres ciszy egzystencjalnej, istniejącej razem z dźwiękami, których tworzenie zdaje się być niezwykle kreatywnym mozołem. Repetycja formy, mantra nieskończonej/ niekończącej się opowieści.

Po siedmiu częściach opowieści Piano Piece, muzyk i kompozytor proponują nam pięcioczęściową historię Five Piano Pieces. Narracja zdaje się nabierać tu nieco życia – czarny klawisz konstruuje dialog z wysoko zawieszonym białym klawiszem, a urywany dźwięk wydaje się wyjątkowo hałaśliwy dla odbiorcy zatopionego w letargu pierwszych siedmiu części płyty. Kolejne odcinki proponują nam sekwencję nawet czterech dźwięków, a opowieść zaczyna przypominać subdynamiczny spacer gołymi stopami po porannej rosie, a zatem znamiona podjęcia czynności ruchu zostają tym samym wyczerpane. W utworze finałowym gęsta repetycja dwu-, a nawet trójdźwięków doprowadza nas na skraj finałowej ciszy. Bierzemy głęboki oddech i definitywnie zasypiamy.




Jürg Frey  Echo. Trio. Fragile. Eyot (A New Wave Of Jazz, CD 2020)

Jeśli stan letargu, pewnego rodzaju medytacji, jaki udało nam się osiągnąć podczas odsłuchu poprzedniej płyty, pragniemy utrwalić po wsze czasy, dobrym sposobem będzie blisko 75-minutowa podróż dźwiękowa, która metody twórcze Philippakopoulosa skutecznie udoskonala. Tu autorem zjawiska będzie szwajcarski kompozytor Jürg Frey. Cztery kompozycje/ nagrania/ dźwiękowe instalacje z lat 1997-2014, wykonane przez różnych muzyków w różnych momentach dziejów tego świata (2009-2019).

Dzieło otwarcia Paysage d’échos (2009) wykonuje sam kompozytor, generujący minimalistyczne fonie na trzech instrumentach, którymi są harmonika, melodica i fortepian. Choć dźwięków tu jak na lekarstwo - wszechobecna cisza rządzi i dzieli – to w wielu momentach docierają do nas jednocześnie dźwięki z trzech źródeł, stąd wniosek, iż muzyka nie jest wykonywana w pełni na żywo, a raczej ma formę dźwiękowych instalacji (co zresztą potwierdza opis płyty). Ów minimal & spiritual dead sounds trwa niemal pełne 20 minut, dobrze buduje nastrój, ale pozbawia nas dramaturgicznej puenty, czyniąc całe przedsięwzięcie pewnego rodzaju sztuką dla sztuki. Ta skromna uwaga dotyczy po prawdzie wszystkich kompozycji na omawianej płycie.

Druga kompozycja Streichtrio (1997) wykonywana jest przez trio smyczkowe: Angharad Davies - skrzypce, Johnny Chang – altówka oraz Stefan Thut – violoncelle. Znów koncepcja polega na wydawaniu krótkich dźwięków zatopionych w ocenie ciszy. Trzy strunowce, delikatnie preparowane, splecione w jednolity dron, brzmią doskonale, powodując, iż właśnie ten fragment płyty jest godzien naszej szczególnej uwagi, jednakże przy setnym powtórzeniu sekwencji dźwięków niekoniecznie łechta ono nasze endorfiny. W trzeciej części Equilibre fragile (2014) powraca Jürg Frey, który korzysta z bird pipes, których dźwięki znów docierają do nas przy zastosowaniu formuły instalacji. Efektem ponad 18-minutowa sekwencja ptasich nawoływań w obliczy cokolwiek martwej przyrody, tradycyjnie z ciszą w roli głównej. Na finał krążka Eyot (2004), a podmiotem wykonawczym Antonio Correa na fortepianie. Narrację buduje pojedynczy dźwięk czarnego klawisza, masywny i groźny, skonfrontowany z wysokim, delikatnym dźwiękiem klawisza białego. Mistrzem ceremonii pozostaje wszakże cisza.  




The Giving Shapes  Earth Leaps Up (Elsewhere, CD 2020)

Na finał dzisiejszych stylistycznych wolt, duet wokalno-instrumentalny, który moglibyśmy przewrotnie określić mianem post-chamber avant pop! Robyn Jacob śpiewa i gra na fortepianie, Elisa Thorn śpiewa i gra na harfie. Muzyka w formie piosenek z tekstem (do lektury na okładce płyty). Dziewięć kompozycji, 48 i pół minuty.

Niezaprzeczalnym i kardynalnym atutem albumu z piosenkami są oba wokale. Nie dość, że głosy są powabne, muzycy pięknie toczą najróżniejsze linie melodyczne, to jeszcze doskonale ze sobą współpracują w żmudnym procesie wokalnym. A już zdecydowanie najciekawiej jest wtedy, gdy miast śpiewać, zmysłowo wokalizują i fantastycznie nakładają na siebie warstwy fonii, które wzajemnie generują. Tak dzieje choćby w introdukcji utworu pierwszego, a także w ostatniej piosence na płycie.

Całość opowieści duetu pełna jest dramaturgicznej elegancji (z dala od schematu zwrotka i refren), szyku i pewnego scenariuszowego suspensu. W pewnych momentach recenzent czuł się, jakby słuchał ścieżki dźwiękowej do doskonałego filmu Petera Weira Piknik Pod Wiszącą Skalą!  Ów stylowy songwritting nie stroni od naleciałości etno, czasami sięga po bluesowe figury rytmiczne, a nade wszystko pozostaje błyskotliwie bezceremonialny i nie mający pretensji do reprezentowania jakichkolwiek ram stylistycznych. Z warstwy instrumentalnej bardzo podobać się może brzmienie harfy, która w kilku momentach sprawia wrażenie, jakby byłą akustyczną gitarą. Pełne ciepła, ale i zagadkowości jest piano. Niemal same atuty! Gdyby jeszcze pomiędzy struny i post-egzystencjalne tyrady werbalne wrzucić nieco więcej ognia i emocji, tudzież szczyptę improwizacji, byłby już prawdziwy majstersztyk. Zatem muzyka ku radości wszystkich, a skierowana szczególnie do tych, którzy w percepcji muzyki nazbyt silnie kierują się gatunkowymi uprzedzeniami.