Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarah Gail Brand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarah Gail Brand. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.



czwartek, 18 października 2018

Alex Ward’ Item 10! Volition (Live At Cafe Oto)!


Alex Ward, brytyjski gitarzysta i klarnecista, to muzyk, który uwielbia swobodną improwizację, ale lubi być do niej skrupulatnie przygotowany. Gdy myślę o procesach predefiniowania swobodnej improwizacji, tworzenia scenariuszy jej przebiegu, zawsze przed oczyma staje mi obraz pewnego popołudnia przed koncertem we Wrocławiu. Dwóch muzyków, dwa kufle piwa i wielkie pięciolinie w dłoniach. Ożywiona dyskusja, nanoszenie długopisem nowych pozycji na arkuszu. Za godzinę piękny, improwizowany, wyzwolony koncert. To duet Alex Ward – Dominic Lash. Tak o tym wydarzeniu pisała Trybuna dwa i pół roku temu.

Ward, w ramach przygotowania do częściowo komponowanej improwizacji swojego Sekstetu, wręczył onegdaj muzykom czternastostronicową instrukcję. Jaki to dało efekt muzyczny, możecie przypomnieć sobie, klikając w ten punkt.

Dziś 44-letni muzyk proponuje nam nagranie własnego tentetu, który z wielowarstwowych instrukcji potrafił stworzyć prawdziwie ekscytującą, kolektywną improwizację. Dzięki zamieszczonym na okładce płyty liner notes, wiemy, iż instrukcja składała się z tradycyjnie notyfikowanych fragmentów, odcinków częściowo notyfikowanych (w zakresie niektórych parametrów, np. w rytmu, wybór pozostawiony został samym muzykom), pasaży dyrygowanej improwizacji oraz całkowicie swobodnej improwizacji, toczonej w wyznaczonych podgrupach (na okładce płyty muzycy wskazani z imienia i nazwiska, także czasy trwania poszczególnych odcinków). I jeszcze jedno założenie – niektóre ze sposobów organizacji przestrzeni dźwiękowej, wymienionych wyżej, mogły i były realizowane symultanicznie.

Do orkiestry, która przejęła nazwę roboczą Item 10, Alex zaprosił muzyków z kilku brytyjskich światów – takich, jak on sam, którzy uczyli się kolektywnych improwizacjach dwie dekady temu pod czujnym okiem mistrza Butcha Morrisa, przedstawicieli szeroko rozumianej muzyki współczesnej, czy wreszcie naszych ulubionych, młodych brytyjskich freaków improwizacji, określonych przez samego Warda jako przedstawicieli eklektycznego post-free jazzu.




Poznajmy zatem aktorów spektaklu. Od lewej do prawej, z perspektywy naszych uszu, muzycy rozmieszczeni zostali na małej scenie londyńskiego klubu Café Oto w następujący sposób: Alex Ward – gitara elektryczna, klarnet (także amplifikowany), Yoni Silver – saksofon altowy, klarnet basowy (także amplifikowany), Cath Roberts – saksofon barytonowy, Sarah Gail Brand – puzon, Otto Willberg – kontrabas, Andrew Lisle – perkusja, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Benedict Taylor – altówka, Mandhira De Saram – skrzypce oraz Joe Smith Sands – gitara elektryczna.

Rzecz działa się 18 września 2017 roku. Muzycy wykonali trzy kompozycje Warda, co zajęło im prawie 80 minut. Płyta Volition (Live At Cafe Oto), która swoją oficjalną premierę będzie miała w najbliższy poniedziałek, wydana została przez własne wydawnictwo Warda – Copepod Records. Zaglądamy do środka!

Your Overture. Wita nas intro, pełne rockowego temperamentu (dwie gitary elektryczne!), z orkiestrowym rozmachem godnym niejednego święta wiosny. Rozbudowany pasus smyczkowy, kolektywna, zamaszysta ekspozycja. Ostry saksofon, hałaśliwa trąbka i marszowy nastrój, czytany prosto z kartki. Parę sekund powyżej 4 minut.

Entreaty. Tu pierwsze dźwięki należą do altówki i skrzypiec - jakże piękny, upalony barok! Także smyczek na kontrabasie. Wzniośle, dobitnie, zgrzytliwie – strunowce w prawdziwej ofensywie. Większa grupa instrumentów włącza się dopiero po kilku minutach, tworząc błyskotliwi zgiełk, który stanowi dramaturgiczne poprowadzenie pod pierwszą podgrupę swobodnej improwizacji. Zgodnie z zapisem na okładce i tym, co słyszymy – puzon, perkusja i kontrabas! Przez blisko 8 minut trójka muzyków stanowi element dominujący całej orkiestry. W tle dzieją się przeróżne rzeczy, ale my koncertujemy się na świetnej ekspozycji Brand, której silny impuls daje sekcja Lisle/ Willberg. Prawdziwe power trio – dynamika, ekspresja, szkliste libido! Sonore zatopione we free jazzie po kolana. Tuż po nich, smyczkowe interludium, choć sam puzon nie milknie. Wyłania się z tego dęta wojna, który tyczy szlak ku kolejnej podgrupie – baryton i trąbka, czyli girls in offensive, choć nie dłużej niż przez dwie minuty. Ponowne interludium jest zmysłowe, gęste, wprost z filharmonii - dobre podprowadzenie z kartki. Na pięć minut dostajemy się we władanie klarnetu basowego, altówki i skrzypiec. Piękny, dynamiczny, nielichy popis instrumentalny – zapasy, kwiki, złorzeczenia! Brawo! Błyskotliwie wytłumiony pod batutą klarnetu (Warda?), przy wsparciu małych strunowców. Obok komentarz z kartki w formule sustained. Urocze, sonorystyczne interludium skrzypiec (altówki?). Tuż po mocnym, filharmonicznym podprowadzeniu, start nowego trio – klarnet, perkusja i gitara elektryczna. Przez moment pierwszy z nich, tu w rękach Warda, brnie samotnie, ale dość szybko podłącza się brakująca dwójka – Lisle i Smith. Wielominutowa ekspozycja tej trójki, świetnie komentowana przez pozostałych muzyków (chyba zadziałało tu kilka podscenariuszy!). Klarnet wchodzi na szczyt i święci triumfy! Gęsty, mocny, ale jakże zwinny finał kompozycji. Fire music!





Volition. Tentet startuje pełnym składem – głośno, dynamicznie, w wysokim rejestrze. Od 37 sekundy pierwszy ocean free improve – baryton, kontrabas i perkusja. Mocny free jazz dla silnych facetów i wrażliwych kobiet. W tle ciekawy komentarz grany unisono. Także pętelki gitary. Kolektywnie, ostro i po bandzie, ze świetnie wyeksponowanym barytonem! Brawo! Nim swój antrakt skończy trio, do walki rusza kolejne trio – pozostaje perkusja, dochodzą flugelhorn i skrzypce. I to jest uspokojenie, choć momentami bardzo pozorne. W dyskusję włączą się inny dęciak. Zadziorny, ale wykwintny! Komentarz idzie wprost z najniższych strun. Tu znów, w jednym momencie orkiestra korzysta z kilku scenariuszy. Gęsto od dźwięków. Do tria, na zakładkę dochodzi nowy duet – puzon i gitara (Smith). Na bogato, aż trudno nadążyć z notowaniem wrażeń. Duet spowalnia nieco narracje, koi nerwy, pozwala wziąć łyk nowego powietrza i jest ... wyśmienity! Narracja narasta silnym kontrabasem, muzycy eksplodują w ramach swoich rozwiązań dramaturgicznych. Po krótkim interludium, na czoło wysforowują się dwa amplifikowane klarnety. Szczypta elektroakustyki na tym prawie całkowicie akustycznym koncercie. Długi pasus, orkiestra milczy – prawo lidera! Cały ansambl delikatnie stopuje, być może zbiera siły na krwiste zakończenie. Po chwili backgroudowego komentarza startuje nowy duet – perkusja i altówka. Dodajmy, iż ma on wielu komentatorów (choćby trąbkę). Kolejna porcja wspaniałości. Tuż obok do drzwi dobija się jakiś zagubiony dęciak i wchodzi w improwizację duetu bazowego, jak w masło. Koncert sięga szczytu, ale nie ostatniego! Wspaniałe pasusy Taylora na altówce! Kolejne interludium jest bardzo bogate – sonorystyka, zwinne interakcje, kompulsywne mocowania pełne potu na czołach. Orkiestra staje w płomieniach! Na to wszystko wchodzi hałaśliwa gitara Warda (tutti!) i czyni honory mistrza – noise and collective improve! Gęste jak ołów! Wielki finał niebywałego koncertu swobodnej improwizacji, podanej wedle czterech scenariuszy! Nie pytajcie, jak oni cudownie wybrzmiewają na ostatniej prostej! Wszystko, co tylko możecie sobie wyobrazić!