Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lol Coxhill. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lol Coxhill. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 11 lutego 2016
Frode Gjerstad - dziesięć kamieni milowych
Frode Gjerstad, wspaniały norweski saksofonista i klarnecista, nie świętuje w tym roku jakiejkolwiek szczególnej rocznicy. Można jedynie – przy odrobinie nikomu niepotrzebnej dociekliwości – wskazać rok 2016 jako powód do celebracji 35-lecia aktywności muzycznej na scenie jazzowej. Jakkolwiek sam Frode pewnie wie lepiej, od jakiego momentu należałoby ten proces datować.
Dopiero za dwa lata czekają go kolejne okrągłe urodziny (nota bene – siedemdziesiąte), co winno stać się istotnym powodem dla dokonania artystycznego resume. Obiecuję sobie, Wam i Frodemu, iż podejmę się tego wyzwania.
Póki co, w ramach drobnej przymiarki, spojrzałem dogłębnie na dyskografię saksofonisty i wyszukałem wśród dziesiątek, czy nawet setek pozycji, akurat te dziesięć, które z różnych względów chciałbym w tym miejscu określić mianem kamieni milowych w dorobku artystycznym Norwega. Przy okazji prawie każdy z owych kamieni pokazuje trochę inne oblicze Mistrza, inny nurt jego aktywności, przez co całe zestawienie może stanowić istotny drogowskaz poznawczy dla tych z nas, którym nazwisko Gjerstad mówi stanowczo zbyt mało.
Trio jako baza
Zestaw z kontrabasem i perkusją to dla każdego saksofonisty najbardziej naturalne środowisko dla twórczych peregrynacji. Nie inaczej jest w przypadku Gjerstada. Pośród ogromu ujawnień trzyosobowych Waszej uwadze polecam trzy, każde z innego powodu.
"The Blessing Light: For John Stevens" (Cadence Jazz Records, 2001). Pomimo dużego ładunku emocji i dobrze pojmowanego free jazzowego hałasu, tkwi w tym nagraniu niebywały pokład zadumy. Trudno nawet wskazać, czym ona się tak naprawdę przejawia. To się po prostu czuje. Dedykacja dla wielkiego Johna Stevensa zobowiązuje. Piękna płyta. Sekcja norweska (Storesund, Nilssen-Love).
"St. Louis" (FMR Records, 2003). Klarnet to dla Frode’go narzędzie równie istotne i z pewnością lubiane, jak saksofon altowy. Tu na koncercie za Wielką Wodą brzmi szczególnie dobitnie. A sekcja, znów norweska, wije się wokół jego dźwięków, niczym zwinny zaskroniec na żerowisku.
"The Welsh Chapel" (Cadence Jazz Records, 2003). Tym razem sekcja w edycji brytyjskiej (John Edwards i Mark Sanders!), zatem nie dziwi nikogo fakt, że prawie każdy dźwięk brzmi tu soczyście i po prawdzie - konkretnie genialnie. Edwards już chyba nigdy potem nie osiągnie tego poziomu intensywności gry.
Incydenty z Fredem Lonberg-Holmem
Jeśli pragnęlibyśmy wskazać w dorobku Norwega płyty najbliższe czystej formule free improvisation, to bez ryzyka popełnienia błędu wskazać powinniśmy jego przygody z Fredem Lonberg-Holmem i jego elektronicznie mutowaną wiolonczelą. Obok smakowitych duetów i trzyosobowych rejestracji, uwadze naszej nie może umknąć dwukrotne ich spotkanie w formule… kwartetowej, pod jakże ekspresyjnym tytułem wykonawczym VC/DC. Towarzyszą im Ståle Liavik Solberg na perkusji i genialna Stine Janvin Motland na wokalu. Pamiętacie kosmiczną edycję Spontaneous Music Ensemble z Julie Tippett? To właściwy trop! Za kamień milowy autorytarnie uznaję ich pierwsze spotkanie wydane pod szyldem "VC/DC" (Hispid, 2011), który już na drugim dysku stanowić będzie nazwę formacji.
Calling Signals/ Nick Stephens
Nick Stephens (kontrabas), to wieloletni partner Gjerstada w wielu konfiguracjach personalnych. Tu wszakże nasze zainteresowanie kieruję na kwartet Calling Signals i jego liczne ujawnienia w ramach cd-r-owej inicjatywy wydawniczej Stephensa Loose Torque. W trakcie sześciu edycji CS, przez skład przewinęło się kilku saksofonistów, trębaczy, perkusistów, a nawet akordeonista. A na playlistę trafia płyta "From Cafe Oto" (Loose Torque, 2009), z udziałem m.in. Lola Coxhilla.
Circulasione Totale Orchestra
Rozbudowana personalnie Orkiestra pod przywództwem Norwega, poza faktem, iż jest sama w sobie sporym przedsięwzięciem organizacyjnym i finansowym (na pewno nie odbywa się bez wsparcia norweskich podatników – na szczęście nie padło na biednych), jest też okazją do niekończących się incydentów artystycznych. A tych nie brakuje, zwłaszcza, że od pewnego momentu istotnym elementem CTO jest pierwiastek elektroakustyczny wkomponowany w ten skład – zawsze coś tu fajnie zgrzyta, trzepocze i uroczo się dekonstruuje. Spośród siedmiu edycji CTO wybieramy najmłodsze dziecię – podwójny zestaw "Phila/Oslo" (Circulasione Totale, 2011).
Przygody z Johnem Stevensem
Frode niejednokrotnie wspominał, iż spotkanie z Johnem Stevensem u progu lat 80. ubiegłego stulecia stanowiło początek jego poważnej aktywności jako muzyka, dodatkowo silnie go na całe życie ukształtowało. Wspólną płaszczyzną współpracy obu Panów, funkcjonującą artystycznie aż do śmierci Johna w roku 1994, była formacja Detail (w dorobku pięć CD i trzy winyle). Oko zaczepiamy na wydawnictwie "Less More" (Circulasione Totale, 1991), z gościnnym udziałem Billy Banga na skrzypcach. Warto wiedzieć, iż z Johnem Stevensem Frode nagrał jeszcze dwie płyty w duecie i jedną w trio (Derek Bailey!).
Bobby Bradford, mentor vs. mentor
Amerykański trębacz/ kornecista Bobby Bradford – po śmierci Ornette Colemana - jest obecnie chyba najstarszym na świecie aktywnym muzykiem free jazzowym (w tym roku skończy 82 lata!). Wspólnie z naszym bohaterem spotykali się wielokrotnie (na ogół w zgrabnej formule kwartetowej), a każde z tych spotkań warte jest paru sekund na skupiony odsłuch. Na naszą okazjonalną listę wrzucamy krążek "Reknes" (Circulasione Totale, 2009), choćby dlatego, iż sekcję stanowią tu dwa norweskie bulteriery – Ingebright Haker Flaten i Paal Nilssen-Love.
Paal Nilssen-Love, syn syjamski
Ot, i wpadł nam między słowa rzeczony Paal Nilssen-Love. Choć młodszy od Frode’ego o ponad 30 lat, mam wrażenie, że jest z nim na scenie od zawsze - stały członek trio, uczestnik CTO, współtwórca wielu płyt duetowych, a do tego sto milionów innych spotkań muzycznych. A mnie najbardziej jak dotąd urzekła efemeryda Frode Gjerstad / Paal Nilssen-Love Project "Hasselt" (Not Two, 2013), z udziałem wyjątkowego, elektrycznego basisty Petera Friis Nielsena i równie osobnego saksofonisty Sabira Mateena.
Sekstett
Na koniec wyjątkowy deser! W przepastnych tomach dzieł wszystkich Frode Gjerstada próżno szukać pozycji podobnej do "Sekstettu" (jak to się pięknie pisze! – Conrad Sound, 2010). Trzy instrumenty strunowe, tuba, rożek francuski i klarnet. Śmiała i niezwykle udana podróż w zakamarki współczesnej kameralistyki, niestroniącej jednak od pokrętnej semantyki free improvisation.
Best regards and wishes, Frode!
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Company, czyli zacne Towarzystwo Pana Baileya
W ramach odkrywania niezbadanych lądów współczesnej muzyki
improwizowanej, proponuję podróż po prawie dziś niedostępnych nagraniach,
powołanej do życia artystycznego przez Dereka Baileya, formacji Company. Swoją
uwagę skoncentruję na dźwiękach zarejestrowanych w drugiej połowie lat 70.
ubiegłego stulecia.
Company, czyli rzeczone w tytule Towarzystwo, Derek Bailey
powołał do życia w roku 1976. Jak sam to niezbyt zgrabnie określił, by swoje
dotychczasowe doświadczenia w zakresie "swobodnie zaimprowizowanej muzyki"
(freely improvised music) skonfrontować i rozszerzyć w gronie przyjaciół i
muzyków, z wielu względów, także artystycznych, szczególnie mu bliskich.
A zatem wolna, swobodna improwizacja w trakcie spotkania zaprzyjaźnionych improwizatorów, przy kawie, herbacie, papierosie itd. (cenzura obyczajowa nie pozwala rozwinąć tego wątku). Zabawa, intelektualna gra, muzyczny pasjans.
Company, stadium początkowe
Początkowo idea Company funkcjonowała raczej w kameralnym zestawieniu. Bailey w kwartecie z Evanem Parkerem, Tristanem Honsingerem i Maartenem van Regteren Alteną (Company 1, maj ‘76), w trio z Anthonym Braxtonem i Evanem Parkerem (Company 2, sierpień ‘76), w duecie z Hanem Benninkiem (Company 3, wrzesień ’76), w końcu w kolejnym duecie - ze Steve’m Lacy (Company 4, listopad ’76). Wszystkie przywołane tu nagrania nie doczekały się jak dotąd edycji kompaktowej, a i same winyle chyba trudno kupić na legalu.
Company majowe, informacje porządkowe
Nagrania pod szyldem Company ukazywały się do końca lat 90. Nas wszakże w tym miejscu interesuje pewna sesja z maja 1977 roku, kiedy to powstały nagrania wydane pod numerami 5, 6 i 7.
Wtedy to, w ramach tzw. First Company Week, w Londyńskim The ICA spotkało się dziesięciu wybitnych improwizatorów. Reprezentujący zachodnią część półkuli ziemskiej, Amerykanie - Anthony Braxton (cl, fl, as, ss), Leo Smith (tp, fl), Tristan Honsinger (clo) i Steve Lacy (ss) oraz Ci z półkuli wschodniej, tu: europejskiej, Holendrzy - Maarten van Regteren Altena (b) i Han Bennink (d, vla, cl, bjo, etc.) oraz Brytyjczycy - Derek Bailey (el-g, ac-g), Evan Parker (ss, ts), Steve Beresford (p, tp) oraz Lol Coxhill (ss).
Realizatorzy (Nick Glennie-Smith i Howard Cross) zarejestrowali tony dźwięków i zapisali je na kilometrach taśmy. Wydano ostatecznie 18 fragmentów muzycznych (rejestracje z 25, 26 i 27 maja), na trzech płytach winylowych, które dzięki boskiej opatrzności znalazły się po latach na dwóch wydawnictwach CD (tu niestety okrojone o trzy utwory, dwa wcześniej wydane na części 6, jeden na części 7). Potem już tylko kilka karkołomnych zbiegów okoliczności i dwa srebrne krążki (zaledwie w formacie CD-R) wylądowały w odtwarzaczu Waszego recenzenta.
Winyle ukazywały się w pewnych interwałach czasowych. Najpierw wydano nagrania powstałe 26 maja. Na oceny przyjdzie czas w dalszej części tego omówienia, wszakże muszę od razu zaznaczyć, że w pierwszej kolejności wydano nagrania najlepsze, co jest – tak myślę - całkowicie naturalne. Domniemuję, że kolejne winyle ukazały światło dzienne w euforii odbioru wydawnictwa Company 5 (dla mnie osobiście - euforii bezdyskusyjnej). Ale to już fakty nieistotne i z dzisiejszej perspektywy trudne do weryfikacji.
I jeszcze szczypta statystyki – wśród rzeczonych osiemnastu fragmentów wolnych improwizacji (uwaga: każdy tytułowany inicjałami muzyków biorących udział w nagraniu!) mamy siedem duetów, pięć razy gramy w trio, są dwa kwartety, trzy kwintety oraz jeden septet. I to właśnie od niego zaczniemy omówienie ponad 100 minut wspaniałej muzyki nagranej w trakcie majowej trzydniówki, prawie czterdzieści lat temu w Londynie.
A teraz muzyka, czyli ... Company 5
A zatem wolna, swobodna improwizacja w trakcie spotkania zaprzyjaźnionych improwizatorów, przy kawie, herbacie, papierosie itd. (cenzura obyczajowa nie pozwala rozwinąć tego wątku). Zabawa, intelektualna gra, muzyczny pasjans.
Company, stadium początkowe
Początkowo idea Company funkcjonowała raczej w kameralnym zestawieniu. Bailey w kwartecie z Evanem Parkerem, Tristanem Honsingerem i Maartenem van Regteren Alteną (Company 1, maj ‘76), w trio z Anthonym Braxtonem i Evanem Parkerem (Company 2, sierpień ‘76), w duecie z Hanem Benninkiem (Company 3, wrzesień ’76), w końcu w kolejnym duecie - ze Steve’m Lacy (Company 4, listopad ’76). Wszystkie przywołane tu nagrania nie doczekały się jak dotąd edycji kompaktowej, a i same winyle chyba trudno kupić na legalu.
Company majowe, informacje porządkowe
Nagrania pod szyldem Company ukazywały się do końca lat 90. Nas wszakże w tym miejscu interesuje pewna sesja z maja 1977 roku, kiedy to powstały nagrania wydane pod numerami 5, 6 i 7.
Wtedy to, w ramach tzw. First Company Week, w Londyńskim The ICA spotkało się dziesięciu wybitnych improwizatorów. Reprezentujący zachodnią część półkuli ziemskiej, Amerykanie - Anthony Braxton (cl, fl, as, ss), Leo Smith (tp, fl), Tristan Honsinger (clo) i Steve Lacy (ss) oraz Ci z półkuli wschodniej, tu: europejskiej, Holendrzy - Maarten van Regteren Altena (b) i Han Bennink (d, vla, cl, bjo, etc.) oraz Brytyjczycy - Derek Bailey (el-g, ac-g), Evan Parker (ss, ts), Steve Beresford (p, tp) oraz Lol Coxhill (ss).
Realizatorzy (Nick Glennie-Smith i Howard Cross) zarejestrowali tony dźwięków i zapisali je na kilometrach taśmy. Wydano ostatecznie 18 fragmentów muzycznych (rejestracje z 25, 26 i 27 maja), na trzech płytach winylowych, które dzięki boskiej opatrzności znalazły się po latach na dwóch wydawnictwach CD (tu niestety okrojone o trzy utwory, dwa wcześniej wydane na części 6, jeden na części 7). Potem już tylko kilka karkołomnych zbiegów okoliczności i dwa srebrne krążki (zaledwie w formacie CD-R) wylądowały w odtwarzaczu Waszego recenzenta.
Winyle ukazywały się w pewnych interwałach czasowych. Najpierw wydano nagrania powstałe 26 maja. Na oceny przyjdzie czas w dalszej części tego omówienia, wszakże muszę od razu zaznaczyć, że w pierwszej kolejności wydano nagrania najlepsze, co jest – tak myślę - całkowicie naturalne. Domniemuję, że kolejne winyle ukazały światło dzienne w euforii odbioru wydawnictwa Company 5 (dla mnie osobiście - euforii bezdyskusyjnej). Ale to już fakty nieistotne i z dzisiejszej perspektywy trudne do weryfikacji.
I jeszcze szczypta statystyki – wśród rzeczonych osiemnastu fragmentów wolnych improwizacji (uwaga: każdy tytułowany inicjałami muzyków biorących udział w nagraniu!) mamy siedem duetów, pięć razy gramy w trio, są dwa kwartety, trzy kwintety oraz jeden septet. I to właśnie od niego zaczniemy omówienie ponad 100 minut wspaniałej muzyki nagranej w trakcie majowej trzydniówki, prawie czterdzieści lat temu w Londynie.
A teraz muzyka, czyli ... Company 5
SL/AB – dwa, trwające blisko kwadrans, duety Lacy’ego i Braxtona. Całkowicie pokojowa wojna na dwa soprany. Nikt tu nie wygrywa, może jedynie słuchacz w pozycji na kolanach. Kolejny dowód na to, że free improvisation może być piękne niczym dżdżysty, wiosenny poranek.
EP/TH/AB- wielki finał pierwszej edycji majowego Company, czyli Evan Parker i Anthony Braxton w konwulsyjnym dialogu, na tle ściany wiolonczelinowego dźwięku. Niespełna 8 minut muzycznego orgazmu. Dwa fragmenty gwarantujące całej majowej sesji miejsce w historii muzyki współczesnej.
... Company 6
LS/TH/AB/SL/MR – trwający blisko kwadrans fragment większej
całości (światu wszakże nigdy nieudostępnionej w full wersji). Zgrabny kwintet,
stanowiący estetyczne uzupełnienie Septetu z części 5. Znów (Wadada) Leo Smith
w roli wodzireja i ciekawe wymiany zdań między saksofonistami. Wiolonczela i
bas także mają tu sprawę na boku.
EP/HB/DB – muzykę tego tria, póki co, pozostawiamy w sferze domysłów, albowiem dostępna mi wersji CD nie zawiera tego fragmentu.
EP/HB/DB – muzykę tego tria, póki co, pozostawiamy w sferze domysłów, albowiem dostępna mi wersji CD nie zawiera tego fragmentu.
SB/MR/HB/LC – jak wynika z opisu wydawnictwa ten kwartet popełnił w trakcie majowego tygodnia kilka nie mniej zabójczych interwałów muzycznych, my jednak możemy posłuchać jedynie tego, 5 minutowego fragmentu. Czupurna przepychanka kilku pomysłów na zawładnięcie uwagą słuchacza i dźwięki wydawane gardłem (Beresford? Bennink?) jako puenta.
MR/SL – nagranie niedostępne w formacie CD
HB/AB/DB – znów fragment większej całości i Han Bennink - nie po raz ostatni – trafnie konstytuujący tezę, że wytrawny perkusjonalista zagra na każdym przedmiocie. Podobny stosunek do materii nieożywionej prezentuje tu Bailey, a Braxton wszystko oplata altowym komentarzem (choć jako intro proponuje najpierw subtelne fletowe pląsy). Muzyka powoli gęstnieje i nie czeka na oklaski. Perełka, jakkolwiek.
LC/TH/LS – Wiolonczela Honsingera w roli mediatora, a po obu stronach ringu wyciszone, acz zdolne do wszystkiego jurne dęciaki – Coxhill i Smith. Wojna ma jednak charakter pozycyjny, a Anglikowi chyba brakuje amunicji.
... Company 7
TH/MR/SB/HB/DB – …. A powyższa chwila relaksu wyda się nam niezbędna w kontekście piorunującego kwintetu, która rozpali teraz laser naszego odtwarzacza! Han Bennink posiada w swoim muzycznym portfolio pewien spacer po lesie Szwarcwaldzkim (w towarzystwie Petera Brötzmanna), gdy szukał inspiracji do free jazzu pośród fauny i flory. Tu inspiracją jest przemysłowy hałas. Bodaj najgłośniejszy moment sesji. Muskularna muzyka, preparowana rzeczywistość industrialnej Anglii drugiej połowy lat 70. Koledzy z kwintetu też szukają natchnienia w jazgocie pędzących wózków widłowych, liniach przesyłowych i stacjach trafo. Znów fragment większej całości, ponad 10-minutowy.
SL/EP/AB/LC – sopranowy chór czterech wytrawnych wyjadaczy free (także tylko fragment większej całości, a szkoda). I konkurs dla słuchaczy – rozpoznajmy, który z muzyków odpowiedzialny jest za dany dźwięk. Szanse na wygranie marne, bo cały utwór nie trwa nawet 5 minut...
TH/LS – (Wadada) Leo Smith w duecie z wiolonczelą w bodaj najpiękniejszym fragmencie tej sesji, niestety niespełna 3-minutowym. Wpisać do kanonu lektur obowiązkowych, na pierwszej lekcji każdej szkoły muzycznej!
LC/AB/MR - nagranie niedostępne w formacie CD.
HB/LC//MR/TH – kwartecik w ramach żegnania się z majową muzyką Company. Bennink czaruje, Panowie od niższych częstotliwości kontrapunktują, a saksofonista próbuje...
EP/LS/DB – ot, i wspaniałe zwieńczenie sesji. Parker i Smith w towarzystwie gospodarza spotkania uroczą puentują improwizacyjne harce całego tygodnia zmagań (i znów protestujemy – to tylko drobny fragment wyczynów tego tria – szkoda!).
Puenta?
Niniejszym czynię obywateli Zjednoczonego Królestwa (w tym, w szczególności, bezpośrednich spadkobierców majątku pozostałego po śmierci Pana Dereka Baileya) osobiście odpowiedzialnymi za natychmiastowe wznowienie nagrań Company z lat 70., w formacie dostępnym dla większości sympatyków dobrej muzyki (edycje winylowe dla szaleńców wskazane!).
Tekst pierwotnie opublikowany na portalu diapazon.pl w roku 2009.
środa, 20 stycznia 2016
Trybuna Muzyki Spontanicznej - pierwsza edycja papierowa
Trybuna? By było odrobinę niepokornie. Muzyka? Bo w dzisiejszych, pokrętnych czasach nikomu nie trzeba tłumaczyć, że muzyką jest każdy dźwięk. Spontaniczna? Bo swobodna, bo wolna, bo improwizowana.
Starości i nowości sceny free improvisation/free
jazz - sceny, która niechybnie cierpi na nadprodukcję (każdy koncert free jest
powodem wystarczającym, by wydać płytę), przeto szczególnie wymagającej
kierunkowskazów i drobnych sugestii ze strony tych, którzy słyszeli więcej. Nie
sposób mieć i znać wszystko. Wszak problemem zasadniczym nie bywa wcale
zasobność naszej sakiewki, a raczej deficyt czasu na to, by to wszystko
rozsądnie pochłonąć (znaczy, choć raz w skupieniu odsłuchać).
Świeżynki
The Recedents Wishing
You Were Here. Electro-Acoustic
Improvisations 1982-2010
(FreeForm Association)
Niewątpliwie znaczące wydarzenie
na krajowym rynku wydawniczym, w obrębie muzyki, której słucha garstka
zapaleńców, a każdorazowy edytor zamyka księgowo przedsięwzięcie zaczynając od
dużego znaku „minus”.
The Recedents – rzadki przypadek
na scenie free improv – to formacja koncertująca w niezmienionym układzie
personalnym przez blisko 30 lat. Jazzowy saksofonista sopranowy Lol Coxhill,
wyrosły ze sceny blues-rockowej gitarzysta Mike Cooper i najbliższy sercu
Waszego recenzenta, jeden z najważniejszych i najwybitniejszych
perkusjonalistów swobodnej improwizacji Roger Turner. Co istotne, The Recedents
w ramach obcowania ze swymi instrumentami, często rozszerzali ich możliwości
brzmieniowe o wzmocnienia, zgrzyty i inne nieuchronnie lubiane w
elektroakustycznych stronach deformacje dźwięku.
5-płytowe wydawnictwo dokumentuje
różne stadia rozwoju formacji, zawiera bowiem koncertowe improwizacje z lat
1985, 1995, 2000, 2002, 2003 i 2008. Choć uważna lektura blisko 250 minut
materiału dźwiękowego zgromadzonego na wielopaku Wishing You Were Here nie pozwala na ominięcie drobnych raf (nie
wszystkie pomysły Coopera w zakresie urozmaicania brzmienia gitary, poprzez
preprodukcję i dobór sampli uznałbym za trafione), efekt końcowy bezwzględnie uznać
należy za dalece satysfakcjonujący, zwłaszcza w obrębie nowszych nagrań, które
zdominowane zostały przez akustyczną stronę przedsięwzięcia i pięknie
uwypuklają udział Rogera Turnera w efekcie końcowym.
Wydawcą tej muzyki jest Witek
Oleszak, znamienity preparator fortepianu, przy okazji po społu z Turnerem
autor dwóch pięknych i silnie przeze mnie rekomendowanych dysków Over The Title i Fragments Of Parts (także w ramach FreeForm Assocation).
Nate Wooley/ Hugo
Antunes/ Chris Corsano Malus (NoBusiness Records)
300 szczęśliwców posiada ten limitowany
czarny krążek i mam nadzieję, że podobnie jak mi, brakuje im słów, by oddać
radość, jaka płynie z odsłuchu trzech kwadransów improwizacyjnych igraszek
trzech Panów wskazanych personalnie jako tytuł wykonawczy albumu Malus. Corsano to bystry amerykański
bębniarz, zaprawiony z bojach free, choć kalendarzowo zaliczylibyśmy go
zdecydowanie do młodego zaciągu improwizatorów. Nazwisko Antunes nie mówi mi
nic, poza faktem, iż pięknie znęca się nad kontrabasem i to z pewności zostanie
zapamiętane na długo. Wreszcie Wooley, znakomity, technicznie błyskotliwy
trębacz zza Wielkiej Wody, z czterdziechą na karku, zatem skory do pierwszych podsumowań.
Materiał, choć w zasadzie w 99% wyimprowizowany, silnie osadzony jest w
estetyce jazzowej i w tym wypadku to zdecydowanie zaleta. Delikatnie chwilami
amplifikowana akustyka, konkret zadziornych dialogów, sonorystyka bez
niedomówień. A na koniec tej wypowiedzi szczypta ambiwalencji w odniesieniu do
Nate’a i jego dotychczasowych doświadczeń muzycznych. Jeśli traktować jego dokonania
na polu wolnej improwizacji za bliskie doskonałości (choćby wiele jego ujawnień
na styku z eksperymentującą elektroniką, czy wspólnych dokonań z Paulem
Lyttonem), to stricte autorskie płyty z komponowanym materiałem polecam omijać
szerokim łukiem, bo nuda, jak w polskim filmie, cytując klasyków. Za to Malus z mega rekomendacją i pędem na
listy Best of 2014.
Wadada Leo Smith The Great Lakes
Suites (TUM Records Oy)
Absolutnie zaskakujące spotkanie
czterech weteranów free jazzu – sprawcy i autora przedsięwzięcia Wadady Leo
Smitha (trąbka), wybitnego i osobnego alcisty Henry’egoThreadgilla (rzadko
grywa na cudzych płytach), fantastycznego basisty Johna Lindberga (on jako
jedyny w tym gronie jeszcze przed 70-tymi urodzinami!) i często ocierającego
się o mdły mainstream, wszakże niebywale kompetentnego drumera, Jacka
DeJohnette’a. O każdym z nich warto popełnić wielostronicową monografię, ale
nie miejsce, ani czas po temu. Podwójny dysk przynosi nam 90 minut bardzo
konkretnej zabawy w improwizację uplecioną wokół udanych pięciolinii Wadady,
inspirowanych … wielkimi jeziorami Ameryki Północnej (dla zainteresowanych szczegółami
bardzo rozbudowany booklet). Z pewnością nie jest to najwybitniejsza płyta w
dorobku któregokolwiek z tych Panów, ale słucha się tego uroczo i nierzadko z
wypiekami na twarzy. Ostatnie produkcje Wadady zalatywały nieco stęchlizną i
dłużyznami, tym większa zatem radość obcowania z Jeziornymi Suitami. No i Henry
Threadgill, który momentami kradnie show liderowi, ale z tego powodu zapewne
nikt nie cierpi.
Winyl
odnaleziony w sieci
Günter Christmann/
Maarten Altena/ Maggie Nichols/ John Russsell/ Paul Lovens Vario
II
(Moers Records)
Idea zwoływanych ad hoc spotkań
muzyków improwizujących sięga wczesnych lat 70-tych ubiegłego stulecia, kiedy
to np. Derek Bailey eksplorował koncepcję freely improvised music pośród
muzyków stykających się ze sobą po raz pierwszy na scenie, czy w studiu
nagraniowym. Jedną z podobnych idei wdrażał w życie parę lat później niemiecki
puzonista Gunter Christmann. Nazwał serię Vario i zrealizował kilka takich
spotkań. Omawiany tu czarny krążek to edycja druga, na której w studiu
nagraniowym w Hannoverze zgromadziło się pięciu istotnych i mocno już wtedy
rozpoznawalnych muzyków europejskiej sceny free improv. Obok prowodyra zajścia,
także holenderski kontrabasista Maarten Altena, angielski gitarzysta John
Russell, szkocka, improwizująca wokalistka Maggie Nichols, wreszcie rodak
Christmanna, zacny perkusjonista Paul Lovens. Niewiele ponad godzina lekcyjna
improwizacji (winyl ma swoje prawa), tu – w trakcie letniego spotkania w roku 1980
- w kwintecie, dwóch duetach i jednym fragmencie solo. Całość godna jest
wszelkich rekomendacji. Szczególnej uwadze polecam brytyjski odłam kwintetu,
zatem wokalizy Nichols (piękne skojarzenia z Jej ujawnieniami dekadę wcześniej
w ramach Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa całkowicie na miejscu!) i
soczyste improwizacje gitarowe Russella. Absolutnie nie przegapcie także blisko
10-minutowej konfrontacji Nichols i Lovensa – ileż zaskakujących dźwięków
wydobyć można z ludzkiego gardła i drobnego zestawu perkusyjnego.
Epizody
z życia Johna Stevensa
Detail In Time Was (Circulasione Totale)
Detail (Szczegół) to przejaw
schyłkowej – z punktu widzenia trajektorii życia – aktywności Johna Stevensa, wyjątkowego
brytyjskiego perkusisty i kreatora muzyki swobodnie improwizowanej (trzymając
się nomenklatury Dereka Baileya). Głównym bowiem muzycznym partnerem Johna po
roku 1981 był norweski saksofonista i klarnecista Frode Gjerstad, zaś
zasadniczą platformą ich muzycznych potyczek formacja Detail. Szczęśliwie w
początkowym okresie funkcjonowania zespołu skład uzupełniał wyjątkowy basista
Johnny Dyani (po jego zaś tragicznej śmierci w roku 1986 – Kent Carter, inny
wirtuoz improwizacji w niskich częstotliwościach). Po Detail pozostało kilka
winyli i szczypta kompaktów, a Waszej uwadze polecam wydawnictwo In Time Was, dokumentujące koncert zarejestrowany
w trakcie brytyjskiej trasy z lata 1986 roku. Składu Detail dopełniał wówczas
amerykański kornecista Bobby Bradford (który nota bene na początku lat 70-tych
nagrywał zarówno ze Spontaneous Music Ensemble, jak i uczestniczył w innych wspólnych
inicjatywach z Johnem Stevensem, a z Gjerstadem grywa do dziś). Na In Time Was Kwartet gra stylowy free
jazz (bo i skład modelowy, trzymający kurs wyznaczony w 1960 roku przez samego
Ornette’a Colemana), zaś królem polowania pozostaje Dyani i jego smakowite
igraszki na gitarze basowej. Dużą formę pochodzącego z Południowej Afryki basisty
czują także partnerzy, pozostawiając mu dużo muzycznej czasoprzestrzeni.
Wyjątkowe udane zdają się fragmenty wyciszonych dęciaków, subtelnej perkusji i
ciężkich, sążnistych basowych pasaży, tkanych zgrabnymi rękoma Dyaniego. Muzyka
milknie nagle po trzech kwadransach i zostawia nas w stanie kompletnego
deficytu doznań. Arcydzieło!
Tekst pierwotnie zamieszczony w nr 2 m/i magazynu (Jesień 2014).
Tekst pierwotnie zamieszczony w nr 2 m/i magazynu (Jesień 2014).
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















