Imago Verbis - literatura popełniona, czyli Dygot ma starszego brata

Dygot Kuby Małeckiego jest niewątpliwie powieścią, która "ryje beret". Szczęśliwie znamy się z Kubą z dawnych lat, zatem On - bystrzak niechybny - zapamiętał pisząc tę powieść, iż paręnaście lat temu niejaki Nowak też napisał coś o takim tytule (jakkolwiek nie dokończył, a całość nie nabrała postaci edytorskiej). Zatem wystarczyła krótka komunikacja, bym Kubie oddał ten tytuł.

Czytajcie Dygot Małeckiego, bo zabija !!!! A tu inny Dygot, powstały w roku 1997.

.....

DYGOT



1.  JAK DO KOLONIALKI


Jest poniedziałek, może czwartek, dżdżysty dzień, kolorowe chmury łaskoczą łysiny zapitych trzydziestolatków, mknących do tak zwanej roboty, zdzierających ostatnie fragmenty zelówek, początek albo koniec tygodnia, niech będzie koniec, moja poprzednia powieść zaczynała się w poniedziałek, ale tak naprawdę to musimy cofnąć się w czasie o prawie rok, może dwa lata, siedzę w fotelu obrotowym, choć to nie pora wizyty u stomatologa, kiwam tułowiem w rytm melodyjnej chałtury sączącej się z radia, dzwoni telefon, rżnie ciszę na dwie połowy, krótka wymiana poglądów, mija kilka sekund, krótszych niż jej tysięczne ułamki, "A ja na to jak na lato" - śpiewam pod nosem odkładając zapoconą słuchawkę, pocieram mokrą dłonią o kant spodni, niech wysycha, niech krasula respiruje, konstatacja Marianny C. jak wściekły rotwailer dopada mego gardła, gdyż kobieta, jak każdy dwunóg, dumną bywa, bo świat nie tylko do potworów z przerośniętymi kutasami należy, bo żelazem kuta przedstawicielka niewieściej połowy świata oznajmiła mi właśnie głosem pełnym słodyczy, jak ja nie cierpię cukru!, głośno dość, słowa jak sztylety, ona do mnie rzekła, że wykonana właśnie praca, robota, nic wielkiego, dwie kartki dwunastką zadrukowane, kilka liter brutalnie otyłych, jest nic nie warta, jest warta tyle co nic, co psie odchody i to z nierasowego kundla, ale to jeszcze nie wszystko, bo dodatkowa supozycja dociera do ucha, bo ją z siebie stworzenie z guzikami po lewej stronie wykluło, jak kura jajko na grzędzie, że to wszystko, te dwie kartki papieru, to chyba dywersja, piąta kolumna na tyłach wroga, że ja specjalnie, w pełni świadom konsekwencji swych czynów, z premedytacją, bez cienia afektu, sfuszerowałem tę robotę! uff!!! ciepło! gorąco! cały świat płonie, rozżarzona lawa wprost z Wezuwiusza, w odruchu samoobrony, odpierając cios, odpowiadam równie słodko, niemniej słodko, lukier mi przez zęby przecieka, wargi klejąc swą wyuzdaną lepkością, więc peroruję, że lepiej to ja, w osobie własnej, ja i tylko ja, chyba już nie umiem, że to maksimum lokalne mojego intelektu, trzask! prask! ha, ha! hejże ho! - słuchawka jak pijany pilot RAF-u ląduje na widełkach, a ja dłoń zaciskam na czole jak cyngiel, i jak paw myśli stroszę, że co? że ja? niby tak specjalnie coś źle zrobiłem??? ależ kochana, przecie ja z krwi i kości obywatel Wyspy św. Kunegundy, ja nawet nie wiem jak to jest, coś źle specjalnie zrobić, mówię do siebie, ja, taki chłopczyna do rany przyłóż, myślę głośno, ale tylko do siebie, nie można mnie o takie zbrodnie posądzać, ja naprawdę tak nie potrafię! nie umiem, mnie się takie tematy nie udają, wciąż mówię do siebie, prawie krzyczę, ja tylko kurwami rzucać umiem, by przestępstwo wymienić jakieś i więcej już nic, ani trochę więcej, naprawdę!!! i tyle tych moich monologów wewnętrznych, tyle mentalnego bigosu, bo obok telefon już tonie w ciszy, wiatr w słuchawce szeleści, przywiędłe kwiaty w wazonie o wodę proszą, a ja, jak nietoperz, oczy przymykam i dumam, dlaczego ja? zadaję pytanie, dlaczego Marianna C. o mnie takie herezje opowiada? co źle zrobiłem? może trzeba ją było po chrześcijańsku, trzy razy "p", po półlitrze, pod kołdrą i po ciemku? może poezje trzeba było czytać miast o bankowych dyrdymałach klecić zdania nieumiejętnie, językiem o szybę jak gawron pochrobotać, może chór anielski z kompaktu zapuścić trzeba było? no co? poezja to pies w końcu, ale ja uczciwie traktowanym pragnę być, muszę po prostu, i tyle dyskusji merytorycznych tym w temacie, o jazzie i miłości chcę rozprawiać, po szesnastej na nowo całkiem rodzić się, idee w kieszeniach jak kasztany nosić, do ósmej następnego dnia człowiekiem być, poezję rozumieć choć trochę i mlekiem świeżym codzień płatki z otrębami zalewać, szczerze, bez hipokryzji żonglować życiem nad twardym gruntem,  wyściełanym ciepłym i puszystym dywanem, i niech mi słońce przez szparę w żaluzji zagląda jak niepotrzebna kochanka, jak tajemnicza istota stworzona przez diabła i jego rozkazom posłuszna, ale kobiet to w końcu na pęczki można mieć, we śnie, na jawie i w telewizorze, tylko po co? dla jakiej idei krew tu do przelania gotowa, warta ma być o sto dolarów więcej niż płyn menstruacyjny, jeśli się na niego zasłużyło, nieprawdaż kwiatuszku!? mówię do siebie, jakbym do Marianny C. przemawiał z ambony i grzechu pierworodnego nie chciał odpuścić, bo i to, przecież, z boskiego przyzwolenia dzieje się, nic bowiem bez niego nie jest ostatecznie możliwe, nic nie może dziać się ot tak, dla samego dziania się, i niech pieją kury, albo chóry jakieś anielskie, jak to piękne być musi - codzień rano mieć wesołe pragnienia, do wieczora o suchym pysku przeżywać, bez szwanku na umyśle, nieprawdaż?! czy nie o to chodzi, by móc święty spokój kolekcjonować jak znaczki, w klaserze układać i z kurzu oczyszczać, odświeżać jak myśli ze skojarzeń politycznie niewłaściwych? a potem to już z górki wszystko leci, kolejne doznania jak z rogu przysłowiowej obfitości, nowy dzień nadchodzi, po skroniach chlaszcze, staremu dzionkowi gardło podrzyna, jak królikowi, temu co go na wielkanoc do brytfanny przysposabiać już wnet trzeba.

Popołudniu, gdy normalnego oddechu szukam na mieście, gdy w kolory smrodu zanurzam mój niedopudrowany nos, nagle gubię wszystkich swych obserwatorów i wpadam do Tarantuli, próg pokonuję z precyzją sapera, drzwi z pośpiechu nie domykam, ona już jest, już czeka, jej jasne włosy, krótsze niż moje, wachlują zatęchłe powietrze korytarza, dłonie rozpostarte, jak skrzydła rozłożone, biegną w moją stronę, galopują, wierzgają, wrzask płynie z gardła niby oliwa, łypie okiem jakby kopniakiem futrynę demontowała, rzuca się na mnie, kocisko z pazurami na biało umalowanymi, bo czasu już brak na figle jakieś, bo świat umyka, koniec stulecia, cyfry w dacie jak kurwy oddają się na każdym rogu, już nie długo trzy z nich w wulgarne zera zamienią się bez cienia wątpliwości, biorę ją gwałtownie w moje zapocone dłonie, po raz kolejny zapocone, serce mi nawala albo coś takiego, nie wiem i nie mam zamiaru się tym przejmować, może to niewydolność krążenia, może serduszku też się już nie chce, ciągle tak samo, tę moją krew, zdrową jak dotąd, przetaczać, nie wiem, nie będę się nikogo dopytywał, na co mi ta wiedza? żeby się zadręczać? żeby tylko o mojej pompce myśleć bez ustanku? nie ważne to, bo właśnie na powrót zaciskam rusztowanie moich palców wokół pośladków Tarantuli, aksamitnych i płowych, tak surowych, tak nierealnych jakby ich właścicielka z Etiopii przybyła, drapieżnie rozdzieram ich skórę, jak płótno na szmaty dzielę, wchodzę w nią bez przystanku choćby na ułamek sekundy, wchodzę tak, jak się do kolonialki na jeden szybki browar wpada, trzask kapsla, uśmiech przemiłej sprzedawczyni w brudnym fartuchu, tak brudnym, że choćby naga przede mną stanęła, to i tak mój wojownik w letargu pozostanie, jak niedźwiedź w śnie zimowym, dwa łyki i szkło puste, grosik na ladę i wypad na świeże powietrze, na miasto, Tarantula oplata mnie jak pająk, jak owad całkiem, kościste nogi na biodrach mi zaczepia jak stelaż, może chce jeszcze, może to dla niej za mało, ale ja już jestem po temacie, i tyle ze mnie ma, inne smakołyki to nie dziś, nie teraz, nie mam czasu! świat mi przez palce jak kisiel przecieka, za trzy lata milenium, a tyle spraw przede mną, tyle dni, tyle klęsk, tyle słów do przepaplania, tyle z Tarantulą razów, że hej! i z Nie-Tarantulą, jakkolwiek, gdziekolwiek, z każdej przyczyny i bez przyczyny także, a nawet tym bardziej, zdzieram ją z siebie jak spadochron po skoku, odczepiam, na plecach czuję smak jej ostrych paznokci, Tarantula wydaje z siebie pisk, ona też tak lubi, ona również czasu ma już niewiele, jej też do końca świata spieszno, odstawiona na ziemię odgryza mi przepoconymi ustami kawałek szyi, uśmiecha się głęboko, pokazuje drogocenne kły, na dentystę chyba z dziesięć starych baniek wydała, mówię jej by rachunki do torebki składała, bo się do rocznego rozliczenia przydadzą, po co podatków tyle dawać, to kradzież prawie, a my okradani być nie lubimy! o szmatkę ją proszę, by spodnie wytrzeć, na czarnych mój płyn rodowy uwypukli się zanadto, widać go będzie, a ja jeszcze tyle spraw mam przed sobą, to dopiero szesnasta, dzień jak nowy całkiem, całuję ją mocno w wargi, mięsiste i pełne, w jej pieczarę, tu bozia skóry nie poskąpiła, bo gdzie indziej, to kości tylko, rusztowania, ostre krawędzie i zdradzieckie kanty, jak na niej leżę, to dobrze, że ja aż taki chudy jak ona nie jestem, bo hałas by był, bo szczęk broni by do świata docierał, ktoś pomyślałby jeszcze, że cyborgi jakieś naparzają się bez specjalnej przyczyny, odstawiam Tarantulę, odkładam ją na bok, od siebie, "Cześć" mówię, "Jeszcze dziś wpadnę na moment" dopowiadam, Tarantula milczy, ale nie jest nieszczęśliwa, i w żadnym swym skrawku nieszczęśliwa nie będzie, ona nieszczęśliwa to nawet być nie potrafi, ona żadnych poezji, miłości ode mnie nie wymaga, ona tylko chce bym raz na jakiś czas, jak do kolonialki, na browar wpadał, ona kapsel tylko oswabadza, a potem to nawet dobrze, że już sobie idę, że jej głowy nie zawracam, ona ma swoje sprawy, swój świat, świat do którego mi nic, do którego mi nie po drodze, i w smak jej absolutnie ten mój deficyt zainteresowania, jej facet musi codzień koszulę wyprasowaną na kark otyły nawlekać, jej dziecko coś ciepłego na talerzu też mieć powinno, i tak w ogóle, w domu ornung ma być, bez lewych etatów, a i do roboty wpaść trzeba, choć to hobby raczej, jej facet kasę na posadzie dusi nie małą, i wóz, i video, komputer, te sprawy, chałupa jak trzeba, trzy poziomy, tylko Tarantula raz mu powiedziała, brwi zadzierając ku niebu, że koniec, że on jej intymnych wdzięków więcej już nie zobaczy, że jej nie dostanie jak naleśnika z podwójną porcją śmietany, koniec! niech sobie w wannie, pod prysznicem jak musi, bo eroty w telewizorze ciągle podgląda, niech sobie robi dobrze, zresztą autoseks jest najbezpieczniejszy, wiadomo aids, inne syfy, ona nie ma już z nim ochoty, i tyle, tę koszulę to mu ostatecznie może wyprasować, ale zero seksu i koniec tematu, śmierć, niech zapomni, "Niech sobie nie myśli" mówi do mnie, niech sobie nie myśli, że po tych wszystkich numerach i numerkach, skokach i figlach, po tym jak sąsiadeczkę, jak siostrę zakonną, niejednokrotnie przełożył, i jeszcze wydzierał się, że to miłość jego życia, że ona, ta jedna jedyna, całe życie na nią jak na zbawienie czekał, niech mu się teraz nie wydaje, że ja go jeszcze do siebie wpuszczę, "Koniec i tyle!" podsumowuje i nogami mnie jak owad oplata, jak czmiel jakiś, znów jestem w niej, wieczór nastał, na jedno zmrożone wpadłem, ten jej facet jest nawet teraz w domu, ale tu od podwórza, gdy do Tarantuli przybiegam, on na strychu siedzi lub w piwnicy, inne kondygnacje go nie interesują, "Człowiek tylko w swoim świecie żyje!", więc gdy on w tej piwnicy, albo na tym strychu, łeb swój o skosy rozwala, to wtedy ja, od podwórza, do Tarantuli wpadam i wchodzę w nią, jak się do kolonialki wchodzi, bez zbędnych ruchów i nadmiernie skomplikowanych przygotowań, ona i tak jest rozgrzana, ona i tak jest gorąca, samym oczekiwaniem na mnie, samym myśleniem o moim skórzanym wojowniku, bo on nie tępak, bo i ona wyobraźni ma tyle, że książki mogłaby jak bańki mydlane wypuszczać co chwila, ja to zawsze o stałych porach staram się wpadać, zawsze nim dotrę do niej, to ona już wie, że idę, wiadomo, telefon, nie tylko stacjonarny, krycha wstawiaj pyrki! przydaje się skurczybyk, równie często jak autoalarm i prezerwatywa, najważniejsze przedmioty końca drugiego tysiąclecia, takie czasy, nikomu ufać się nie kalkuluje, gdy ja w Tarantulę jak do kolonialki wchodzę, to ona wtedy nie chce, od progu mi woła, że tylko bez tej gumy, "Chcę cię czuć" krzyczy, choć na jej orgazm nie zawsze czasu starcza, bo to w ogóle mało już czasu pozostało, niewiele spraw uda się jeszcze jakoś załatwić, jak bądź, by były jakoś załatwione, "Czuć!" podkreśla, mówi rozkosznie, każdy facet by chciał, by kobieta tak do niego mówiła, to chyba jest najważniejsza rzecz, jaką facet od kobiety może usłyszeć.

We czwartek popołudniu, we czwartek po połowie dnia, choć czasami środa, czasami piątek, szóstek albo siódmek, wieczorem i rano też się zdarza, zresztą która to pora nie byłaby odpowiednia, każda pora nie jest zła, jest odpowiednio właściwa, jest równie stosowna, ale najczęściej to popołudniem, późnym dość, Henio Kat zachodzi do mnie, jak zabłąkany pies do wiejskiej zagrody dopada, trochę jak ja we wtorki lub poniedziałki do niego, pytam go o nastrój, "Kochanowszczyzna" odpowiada, "Jestem a jakby mnie nie było" dodaje i oczy mruży, przygasza, dzień to nie odpowiednia dla niego pora, zły moment, nie ta chwila, on wtedy nie czuje się swój, on wtedy naprawdę swój nie jest, jasno wokół tak, że każdy się nagi wydaje, szarości w powietrzu jak tlenu, nie tyle ile być powinno, i to jego spojrzenie! książkę by o tym popełnić można, może on sam, kiedyś, jak się w lustro zanadto zapatrzy, dokona tej rzeczy, ten jego wzrok, delikatny i piekielny w tej samej chwili, ledwie się spod powiek wyłania, ledwie go jak psa dotknąć się da, za uchem połaskotać, Henio siada na fotelu, na moim jedynym fotelu, przez to najwygodniejszym, na wizyty najodpowiedniejszym, i gadać zaczyna, gadać o kobietach, dla niego to temat w zasadzie jedyny, jedyny wart więcej niż jednego zdania bez pauzy na łyk czegoś mocniejszego, wart czegoś bardziej skomplikowanego, szczerego, tak żeby wiadomo było, że historia tylko dla opowieści miłosnych została stworzona, więc on o tych swoich kobietach zaczyna przemawiać, ale nie tak, żeby o ruchańsku nawijać tylko potrafił, wręcz przeciwnie, on przeważnie zakochany w tych swoich kobietach po uszy, po koniuszek nosa, śmiertelnie zazwyczaj, on ciągle przebywa w tym fatalnym stanie, on chyba nawet nie bardzo wie, nie bardzo czuje i rozumie, jak to jest - nie być zakochanym, jak to jest, raz na jakiś czas pofiglować z kobietą, zanurzyć się w niej jak nurek w cieśninie Magellana, a potem to o czym innym myśleć, o czym innym w mózgu wiersze klecić, na chwilę o babie jak o rosole na piecu zapomnieć, wiadomo że wróci, wiadomo że się ten garnek musi spalić, ale choć na moment baba idzie w odstawkę, wszak nie tylko ona stanowić może o sensie wszechświata, nie tylko ona w ruch obrotowy kulę ziemską wprowadza, ale to nie Henio, on tak nie potrafi, dla niego to nieodpowiedni temat, on tego nie rozumie, on tego pojąć nie zdoła nawet po kaście wódy, bo Henio Kat tylko w miłosnym uniesieniu potrafi przebywać, jak trupa w kostnicy nic innego nie jest w stanie go poruszyć, ta jego miłość to mu chyba powietrze rozrzedza dodatkowo, tak, że jak jej nie ma, to on po prostu się dusi, dusi i tyle, więc by mieć właściwy oddech, Henio ciągle wiersze nanosi piórem kulkowym na żółty pergamin, wiersze takie, że więdną uszy, ale nie o walory literackie tu chodzi, bo gra idzie o miłość, o uczucia, i to wszystko z serca mu się leje jak z konewki, to z duszy płynąca rzeka, z samych jej trzewi, nawet te jego litery w kształt jakiś poetycki ubrane, żadnych ostrych krawędzi, żadnych kantów, piękne litery, i słowa też piękne, piękne nade wszystko, nikt nie chce tych wierszy Henia czytać, ale jak raz wiersz napisał taki, co to się od wyrazu "kurwa" zaczynał, jako to szło? "Kurwa! niektóre rzeczy trzeba nazwać po imieniu, miast tracić czas na pierdolone metafory, mam naprawdę dość i rzygać mi sie chcę, gdy patrzę we własne jelito duszy", o tak, tak to szło, więc jak Henio raz tymi słowami zawalił prosto z mostu, to się nawet niektórym spodobało, ale to raz tylko było, i tyle dla Henia figlarnych komplementów się zdało, Henio najbardziej to o kobietach lubi barwne historie w wiersze zamieniać, i jak on, w tym moim fotelu najstosowniejszym, dupsko swe dumnie usadza, to wtedy ja do lodówy pędzę i butelczynę jak wyrok najłagodniejszy wyciągam, a jak jej tam nie ma, jak w tej lodówie tylko pomidor z ubiegłej dekady, to wtedy w kieszeniach jak kret grzebię, monet szukam jakiś wartościowych, Henio tak samo, on też dokonuje demolki w kieszeniach, i kilka tych blaszanych przedmiocików na stole się znajdzie, nie może się nie znaleźć, bo gdyby ich zabrakło, to wtedy koniec z nami, to wtedy już nas nie ma, już nas nie będzie, więc te monety Henio do pugilaresu wkłada i na dół do kolonialki leci, ja w tym czasie staram się naprodukować lodu choć trochę, wiadomo, nikt o tej porze, w takim momencie ciepłego do ust nie weźmie, ciepłe mu przez gardło nie przejdzie, choćby palcem popychał, choćby miecz do gęby włożył, nikt nie ma najmniejszego zamiaru narażać się na ryzyko powrotu płynu, nie te czasy, nie po to się komunie po jajach deptało, żeby teraz ciepłe do ust przyjmować, jak kurwa płacę, to kurwa wymagam, czy nie jest tak? zresztą, czy ciepłe w ogóle może smakować? Henio wraca, szczęśliwy jakby stado lasek za friko zaliczył, ulotnie i poetycko, dłonią o dłoń pociera z uciechy, ja lód donoszę jak hosannę i dwie szklanki, "Pić będziemy!" krzyczy Henio, dwa palce ku górze unosi, tak jak piętnaście lat temu na ulicznych demonstracjach, cieszy się jak dziecko, Henio Kat uwielbia jak my razem wódzię grzmocimy, jak my razem tę kobietę do ust bierzemy, to jest jego chwila, Henio wtedy i w wódzie, i w miłościach swoich zatopić się może kolejny raz, setny raz, tysięczny raz, słowa mu wtedy płyną wartko, jak księdzu z ambony albo politykowi jakiemuś, ja słucham, ja wtedy cierpliwie uszy nadstawiam, nawet lubię słuchać tych jego opowieści, takich prostych i tak skomplikowanych, nigdy, tak do końca, nie wiadomo, dlaczego ta akurat miłość Henia, ta znajomość, od samego początku nie może nabrać sensu, dlaczego już od początku widać, że to nie teraz, że to jeszcze nie tu, nie tym razem, ale Henio wierzy w swą szczęśliwą gwiazdę, choć ostatnio chyba coraz mniej, coraz rzadziej jest pewien, że ta właśnie jest tą jedyną, tą, na którą czekał tyle lat, wierszy tyle, poematów tyle, i to doprawdy nie spotykane już dziś, Henio naprawdę pragnie tylko kochać, jemu nawet samo spojrzenie na kobietę wystarczy, on nie musi z kobietą do łóżka pójść od razu, a nawet potem, jak już w tę pościel trafią w końcu, on nie dostrzega nic nowego w tej miłości, nic nowego już nie zyskuje, żadnej dodatkowej porcji miłości, to dla niego jedynie deser, zakąska, przystawka, "Ona lubi, to się kochamy" mówi a ja mu dolewam, "Ja też lubię, lubię czuć ją koło siebie, a najbardziej to lubię, jak już jest po wszystkim, po tym całym seksie, gdy razem na pościeli leżymy, prześcieradłem po biodrach przepasani" mówi a ja mu dolewam, "I tak sobie leżymy, czas nam ucieka, obejmuję ją czule, wtedy jest bezpieczna, ciągle o tym wspomina, głaszczę ją po włosach, do ucha mówię wiersz, wtedy jest najcudowniej" mówi Henio Kat, a ja mu wódki dolewam, a jak w butelce pusto, to chyłkiem do kolonialki zbiegam, na krechę biorę, pani sprzedawczyni, słodka idiotka, nigdy mi nie odmówi, odmówić mi nie śmie, ona uwielbia na krechę dawać, bo wtedy facet to ma wobec niej dług jakiś, coś takiego, że następny raz znów musi przyjść, ona lubi takim facetom, jak ja, wódy dostarczać na krechę, takim facetom, co to wiadomo, że od nikogo nic nie chcą, a jak ona się postara, to jeszcze i uśmiech, i słowo dobre usłyszy, więc z nową butelką wracam, Henio Kat w pozycji półleżącej ślęczy nad kartką papieru, nowe literki zamienia w słowa, metaforą jak śliną te słowa komponuje w zdania, i już nowy wiersz przed nim staje, nowy wiersz mu po prostu z kartki wychodzi, jest czym oko nacieszyć, i duszę w czym zanurzyć, "Wyobraź sobie, że gdy po raz pierwszy ją pocałowałem" mówi a ja mu dolewam, "Jaką ją?" pytam, by być uprzejmym, "Zysię" odpowiada, dla mnie to coś nowego, ale milczę, nie chcę by Henio poznał, że tego imienia wcześniej nie zapamiętałem, "Wyobraź sobie, że pierwszy raz pocałowałem ją dopiero po trzech tygodniach, bo najpierw to tylko tańczyliśmy, potem rozmawialiśmy, o literaturze, o filmie, o muzyce, i dopiero teraz, dwa dni temu pocałowałem ją po raz pierwszy" mówi a ja mu dolewam, "To było fantastyczne, była tak blisko mnie, tak mocno ją czułem" kończy, a ja tylko sobie dolewam, tylko sobie dodatkowych wrażeń jestem w stanie dostarczyć, Henio Kat zasypia jak suseł, słodko i na pewno, koc mu wyciągam z pawlacza, nogi i biodra opatulam, koc mój krótki, Henio długi, więc tylko na jego doły starcza, muzykę wyłączam, Henio przynosi zawsze swoją, słuchamy jej razem, Henio zawsze ma coś nowego, kaseta albo kompakcik, i czarny winyl też się zdarza, on czasami tę muzykę, jak te swoje kobiety, wynosi pod niebiosa, czasami wydaje mi się, że on bardziej kocha tę muzykę niż te kobiety, Henio rozkosznie pochrapuje, ślinę zbiera językiem z warg, jak jagody w sosnowym lesie, ja do wanny wskakuję, potem do łóżka wprost, nie jest jeszcze zbyt późno, nie jest jeszcze rano, do rana kilometr godzin, zasypiam pełen spokoju, Marianna C. w innej bajce pozostaje na ten czas, zasypiam, by rano znów się obudzić.




2.  TAK DALEJ, TEMU PODOBNE


Gdy rano nadejdzie i ranem jest już naprawdę, gdy zimą ciemno jeszcze, a latem jaśniutko, gdy rano ranem najprawdziwszym się staje, ciało z letargu wyrywam, nogi w skarpety ubieram, wstaję, nogę do nogi z mozołem dostawiam, wargę górną odrywam od dolnej, staram się nie mącić ciszy, nie gwałcić jak panny jakiejś za rogiem ulicy, bo Henio Kat śpi jeszcze rozkosznie, ozór mu chlipie, jego czas jeszcze nie nadszedł, on tu będzie, z oczyma pod kołdrą, i południe witał, klucze mu zostawiam i tylko każę, by je do schowka przy furtce schował, Henio, chłopaczyna niesforna, on to samym powietrzem oddycha, jemu do metabolizmu ustabilizowanego i kęs paproci przy uchu wystarczy, liść sałaty jak girlanda we włosy wpleciona, więc on, gdy to rano ranem jest już na pewno, spać dalej może, nie musi nigdzie tyłka zbierać, zasuwać dokądkolwiek, do roboty jakiejś albo podobnego czegoś, nic nigdzie na wysiłek umysłu jego nie czeka, nikt napinania mięśni jego nie pragnie, w ogóle nikomu on z samego rana nie jest potrzebny, ale ja to jeszcze powietrzem samym oddychać nie potrafię, z niego samego energię do życia czerpać nie umiem, to dla mnie nie jest pełnia człowieczeństwa, pełna całkowitość i dostatniość, glany więc, gdy to rano ranem jest właściwym, poleruję i pastą, i szmatką delikatną, odpowiednio wzdłuż słoi, w poprzek szewka, krawat na szyi jak pętlę skazańca zaciskam, kołnierzyk koszuli rozżarzonym metalem głaskam czule, frywolnie palcem wskazującym pyłek z ramienia na podłogę przenoszę, i czas mnie kradnie, czas mnie pożycza na dzień cały prawie, na godzin dziesięć, godzin dwanaście, w pracy wtedy jestem, przy biurku siedzę, ktoś ciągle czegoś ode mnie potrzebuje, ciągle czegoś wymaga, właśnie teraz, w tej chwili jedynej, telefon lewy, telefon prawy, ucho środkowe, i ja gadam w te słuchawki jak Miś Uszatek, słowa mlę jak mamałygę i te słowa, zdewaluowane całkiem, jak prostytutki tańczą i skaczą, biegają i fruwają, pełno ich wokół, hałasu tyle robią, że człowiek myśli swoich nie słyszy, papierów też tu tyle, co żołnierzy radzieckich w okopach drugiej wojny światowej, a nawet więcej, więcej chyba niż tych słów, bo te papiery czyn tu każdy konstytuują, one same sprawiają, że twoje tu i teraz nabiera sensu jakiegoś, na chwilę chociaż, ja te papiery jak czołgi na polu bitewnym ustawiam, przestawiam, ja do nich to gadam prawie, w stertach układam, treść w nie wpuszczam, jak do płuc dym z papierosa, sterta lewa, sterta prawa, ucho środkowe, kawę do gardła rurociągiem przełyku dostarczam, łyk pierwszy, łyk drugi, łyk siódmy i trzynasty, dziś pytanie, dziś odpowiedź, świat wokół, nie dość że istnieje, że jak cebula na patelni skwierczy, to on, ten świat, decyzji się ode mnie domaga, światu ta wola moja jak duch święty potrzebna, i ja te decyzje niby zbrodnie krwawe popełniam, czynię, ja im życie daję, ty zrobisz to, ty zrobisz tamto, pani to, pan tamto, lewy ku prawemu podejdzie, prawy zrobi się siny a środkowy różowy, a jak ten tamtego nie zrobi, to ty wtedy temu panu powiesz, ty pójdziesz tam i ty robotę w try miga popełnisz, tak że ja ją zaraz na tym biurku mieć będę, ona tu stanie jak wół, zrobiona i gotowa do oceny, na moim biurku, w moim królestwie, bo ono to cenzor wszeteczny, pan i władca, gladiator, juliusz cezar, dłoń ku górze to życie, kciuk ku dołowi to śmierć, kawę do gardła wlewam, telefon lewy, telefon prawy, ucho środkowe, Marianna C. przez korytarz kalafę rozdziawa, krzyczy wprost w moim kierunku, woła, łapami jak chorągwiami wywija, ona pewnie chce bym do niej przybieżył w sekundzie jednej, memory jakieś przedstawił, więc idę, wlokę siebie i te moje memory tygodniowe, wyrok mój ostateczny, żebym tam chociaż mógł zapisać na czerwono, że w środę między ósmą czterdzieści siedem a ósmą pięćdziesiąt sześć palcem w dupie grzebałem sobie, ale nie, tak to ja nie mogę, Marianna C. na piętrze zaparkowana, ochoczo swoje cztery litery piastuje, córa jakaś, matrona, cesarzowa rzymska co najmniej, patrzy i widzi, widzi i ocenia, ocenia i karze, jak nie karze to nagradza, ale od miesiąca marchewki jej się pokończyły, więc kija ma dla mnie jedynie i kijem tym mi po karku dyspozycje wydaje, "Ja myślę" mówi, któżby pomyślał, że nie myśli!? "Ja myślę, że ty, że pan..." gada, nie pamiętając już na jaki stopień poufałości weszliśmy poprzednim razem, niech sobie nie myślę, Marianna C. duma tak, niech ja sobie nie imaginuję, że do niej jak do kurwichy jakiejś tak per "ty" nawijać będę, co to to nie, ona tu królową jest i basta, a ja to wasal, jak dobry dzień królowa ma, to ostatecznie kochanek jakiś być mogę, ale tylko w tych gorszych, przedpołudniowych porach, "Pan to naprawdę nie mógłby samodzielnie żadnej decyzji podjąć, pan by instytucję naszą na straty poważne naraził" konstatuje, a ja mordkę rozdziawiam jakbym pawiana usłyszał, jakbym usłyszał, że on, ten pawian Beethovena ze słuchu pogrywać na klarnecie potrafi, i to ze trzy bite godziny, i milczę już tylko, i wzrok mi na ścianie jak pajęczyna osiada, bo która to tyrada na mnie skierowana, który to epitet na twarzy mojej ląduje, do ucha jak śliwka wpada? ja człek cierpliwy i rozumny, ale jak ja to wszystko, jak ja to za chwilę jak komara na ścianie potraktuję, to będzie wielkie bum! i tyle ze świata tego, budowli tej pozostanie, i tak sobie myślę, i tak sobie w tych myślach dumam i rozmyślam, że Marianna C. to nie wie nawet, nie pojmuje, nie spodziewa się absolutnie, że właściwie za jej to przyczyną, dzięki jej to działaniom, przeciw mnie i czynom moim skierowanych, mnie się już teraz nic tak naprawdę nie chce, na niczym mi już tak naprawdę nie zależy, ona nie wie nawet, że dzięki niej nareszcie pojąłem, nareszcie zrozumiałem, że ten budynek, to biurko, w ogóle ten krawat w paski wzdłużne, koszuli kant, marynarki blichtr, to nie jest moja bajka, to nie jestem ja, to tylko facet nieznajomy jakiś, facet zza biurka obok, w nie swoim lustrze odbity, nie z tej strony lustra stworzony, Marianna C. gada do mnie, słowa mi na talerzyku podaje, okrągłe i wypolerowane, i jak one mi do ucha docierają, to czuję jakbym umierał prawie, jakby wszystkie moje chęci śmierci na raz doznawały, jakby chęciom tym nagle powietrze odstawił, kroplówki nagle odłączył, tak nagle i od zaraz ich nie ma, tak mocno ich nie ma, jakby ich nigdy nie było, i tak myślę sobie, choć myśli moje to gór już przenosić nie są w stanie, że ja przecież instytucji tej serce ongiś na srebrnej poduszce podałem, ja się jej jak kobiecie prawie, jak kochance oddałem, bo wtedy, kilka lat temu, wtedy to ja bardzo chciałem, bardzo pragnąłem, mi się po prostu mocno chciało, i nie o karierę wtedy chodziło, bo nigdy o nią gra się nie toczyła, i nie o forsę, nie o mamonę, bo ja człowiek co marzeniami żyje tylko, ja jedynie dobrze robotę swoją wykonywać chciałem, dostrzeżonym i docenionym być pragnąłem, ja i moja kariera, taki układ nie istniał nigdy, ja z niej alfonsa co najwyżej robiłem, bezpieczeństwa od niej chciałem i tylko tyle, i więcej nic, wcale mi ona potrzebna nie była, sama przyszła, a jak sama przyszłą, to i sama odejdzie, ja wcale nie potrzebowałem, wcale nie pragnąłem, by się do mnie przystawiała, jak przyszła to ją przyjąłem, ciepłe słowo powiedziałem, a teraz to tak jest, tak się porobiło, że tak mocno jak teraz mi się nie chce, tak mocno kiedyś mi się chciało, bo gdy Poncjusz Kafel w pierworodnym dniu mojej pracy powiedział mi, że ja młody jestem, że ja zadanie odpowiednie do wigoru mojego dostaję, że już nie długo świat do mnie należeć będzie, to ja wtedy słowa Poncjusza Kafela jak wyrocznie pojąłem, wierzyć w nią zacząłem, jak w ewangelię, i patrzcie, oto rok tylko od naszej pierworodnej rozmowy minął, a ja z powrotem u Poncjusza Kafela jestem, przy tym samym stole siedzimy, jak zwykle bez kropli wody, bez złamanego ciasteczka, i on do mnie, że ja zaufania jego nie zawiodłem, że ja radę sobie całkiem dobrze daję, że choć praca jaką powierzyć mi musiał trudna była, niełatwa była, i ja młody, nieopierzony, doświadczeń jakichkolwiek, ale jakoś zawsze w tym bigosie na powierzchni utrzymać się potrafiłem, mnie te tematy, te sprawy, i umysł mieć trzeba biegły, i tupet niezawodny, zimna krew i szczęścia łut, mnie w tych klimatach potwory żadne pożreć nie zdołały i ja, jak dotąd, to sukcesy mam jedynie, a porażki, jeśli w ogóle były, to małe takie, że teraz to on nie pamięta wcale o nich, on nawet nie wie, czy one tak naprawdę się wydarzyły, więc teraz on, Poncjusz Kafel, zadanie mi poważniejsze, znacznie poważniejsze powierza, on teraz mówi mi "Człowieku, łap tę robotę za rogi!", a ja słucham i ja mu dziękuję, ja mu naprawdę wdzięczny jestem, ja lat niespełna dwadzieścia sześć na karku targam, a tu stanowisko rozsądne dostaję i ludzie, ci sami ludzie, którzy rok wcześniej abecadła mnie uczyli, jak buty wiązać pokazywali, to oni teraz polecenia moje wykonywać będą, a ja się nimi jak owieczkami opiekować będę, i nie myśl Marianno C., że oni dąsy jakieś pod nosem mieli, że oni pretensje prywatne w sercu nosili, nic z tego, oni wtedy radością wypełnieni zostali, że jeden z nich, z ich krwi, ich wiedzy powstały, że to właśnie ja, cieszyli się bez skrępowania, że ja właśnie na szczebel wyższy wchodzę, i to dobrze, że akurat ja, bo ja bez cienia wątpliwości człowiekiem do roli tej jestem odpowiednim, i że ten cały Poncjusz Kafel, że psychopata, choleryk, że się jego wszyscy jak ognia boją, ale on jednak decyzję właściwą podjąć potrafi, on jednak nie głupi szef, nie głupi przywódca,  tak wtedy było i ja człowieczek młody, tyle energii we mnie było, tyle sił, że góry bym przenosił, że w hucie bym jak dźwig pracować mógł, tak że i ta nowa robota szła mi dobrze, i tu problemy, nim o nich pomyślałem dłużej, już rozwiązane były, robota sama się prawie robiła, pewnie że czasami słyszałem pytania, czy to ja za młody nie jestem, czy to ja na taką karierę to ostrogi nie za tępe mam jeszcze, ale to w twarz takie pytania dostawałem, wiedziałem kto pyta, wiedziałem jak odpowiedzieć, i nikt mi nie gadał za uchem, nikt koloru włosów moich nie komentował, nikt mi nie mówił, że kariery to się we własnym kurniku nie robi, że to trzeba na inną grzędę przejść, bo wtedy, u Poncjusza Kafela, jak ktoś na coś zasługiwał, to on to coś dostawał natychmiast, dla niektórych to kopniak bywał, a że dla mnie buława zawsze, to czy to moja wina? i ja wtedy, na te pytania, odpowiadałem uśmiechem, i jeszcze dodawałem, że jak rok temu poradziłem sobie, to i teraz zadaniu temu podołam, więc gdy rok kolejny minął i u Poncjusza Kafela ląduję znów, to dla wszystkich oczywistym jest, i dla mnie, i dla Poncjusza Kafela, i dla Flawiusza Mędrka, i dla owieczek moich, i dla pozostałych wielu, że ta kolejna rozmowa cel jedyny mieć może, że ona w tym celu tylko, żeby mi Poncjusz Kafel zadanie znów nowe polecić mógł, żeby mnie na szczebelek kolejny przesadził, bo na tym starym to już się nie mieszczę, korzenie mam już zbyt wielkie, mnie do nowej doniczki przenieść trzeba, i ja owieczki moje żegnać zaczynam, historia nowe mi zadania stawia, i zgadzam się, nawet tego mówić nie muszę, to takie oczywiste, wcale zastanawiać się nad tym nie mam potrzeby, a gdy kolejny rok mija, i gdy bez wiedzy Poncjusza Kafela, bez wiedzy Flawiusza Mędrka ja, syn niewdzięczny, nowy szczebelek sobie sam organizuję, miasto duże na miasto wielkie zamienić planuję, to wtedy Poncjusz Kafel się zgadza, ja jego dziecię przecie jestem, piersią jego wykarmione, a ten mój szczebel kolejny, to także jego sukces, jego zasługa, że jego dziecię z krwi i kości do miasta wielkiego chcą, ale zaraz mi w oczy zagląda głęboko i mówi, że w ogóle, to mi słoma z papci wystaje, bo go wpierw o zgodę, o błogosławieństwo nie poprosiłem i w dłoń nie ucałowałem, bo bez jego zgody ofertę przyjąłem, a tak w rozciągłości całej, to oni mnie w tym mieście wielgachnym zmarnują, oni mnie tam po prostu zniszczą, bo ja za dobry dla nich jestem, za uczciwy, bo ja to dziecko Poncjusza Kafela jestem, ja za dużo zdania własnego mam, no popatrz! Marianno C.! ależ on wtedy rację miał, on wtedy jak prorok jakiś, inna kasandra..., nie, nie, on nie prorok, on nie kasandra, on po prostu pewne sprawy wie lepiej niż ty, niż ja, niż ktokolwiek inny, no i popatrz! zmarnowali mnie naprawdę, i niczego mi już więcej w instytucji naszej świętej nie potrzeba, czy to nie także twoje dzieło, Marianno C.? bo ja u Poncjusza Kafela co rok buławę nową jak order dostawałem, co rok prorok! a gdy u ciebie po dwóch latach wegetacji, po dwóch latach bicia piany, udawanych decyzji, nikomu nie potrzebnych kawalkad liter, tłumu kartek, gdy ja nawet klienta naszej instytucji na oczy ujrzeć nie mogłem, tylko papiery, polityka jakaś, kto głośniej pierdnie gdy słowa moje przeczyta, a jak pierdnie, to czy podmuch od tego pierdnięcia to nas, ciebie Marianno C.! nie mnie! ze stołka nie zrzuci przypadkiem, bo wiesz, bo rozumiesz, ta sprawa wymaga dołożenia szczególnych starań, sprawa ta jest delikatna, zdeflorować jej nie wypada, i w ogóle uważajmy, bo strach pomyśleć co będzie jak słowa mocy szatańskiej nabiorą, jak z nich diabeł jakiś, jak u Polańskiego, narodzić się zdoła, więc jak ja wątpliwości po akcji awansowej nabyłem nieśmiało, jak ja pomyśleć tylko zdołałem, że może bardziej odpowiednim bym kandydatem był? wiem, przepraszam, ale czy jednak ja nie mógłbym pod uwagę być brany? ja wtedy po prostu jedno pytanie zadałem, jedno zdanie subtelnie mi z gardła wypłynęło, "Co dalej?" zapytałem się, co ze mną? którędy dalej? i ja wtedy zamiast odpowiedzi to w mordę dostałem, oczywiście nie z pięści, lecz z ust twoich słodkich, słowami okrągłymi i wypolerowanymi, nie od razu, bo ciosy postanowiłaś jak treser wytrawny przydzielać, dziś tu, jutro tam, pojutrze jak po futrze, Poncjusz Kafel mówił i tak się stało! zmarnowany jestem, zużyty jak prezerwatywa po nieudanym stosunku, Marianna C. ciągle do mnie mówi, ciągle zdania do mnie kieruje i te jej słowa, jak płatki śniegu, na głowie mi osiadają, i wyjść mi się zachciewa, do Tarantuli na razik jeden jak do kolonialki wskoczyć, drzwi z drugiej strony zamknąć, do biurka mojego powrócić, telefon lewy, telefon prawy, ucho środkowe, i kawę kolejną zaparzyć, kawy dobrej się napić do syta, więc Mariannie C. w pół zdania z komnaty wychodzę, jak grecki komik, ustami i mimiką do słuchu daję, że teatr czas kończyć, teraz to już tylko życia proza i nic więcej, Marianna C. źrenice rozszerza jakby jej tarczyca wyskoczyła, ja klamkę miast dłoni ustami traktuję, i już stoję przy swoim biurku, patrzę na nie, nic na nim nowego, przedmioty te same, słoje te same, siadam i papierki stępionym paznokciem sortuję, czas jak pajęczyna po ścianie się snuje, cisza zawodzi, telefon lewy, telefon prawy, ucho środkowe, ciekawe, czy po wtorku będzie środa, a potem, to czy nawet wypada o czwartku pomarzyć? każdy dzień ma swój koniec, jak kanał ściekowy, więc ja, serce mi skwierczy! do Tarantuli biegnę i wiem, że ona, i dusza jej do wymiarów łechtaczki sprowadzona, że one we dwie już na mnie czekają, na nas, na mnie i na wojownika mojego, więc pędźmy co sił w nas, bo to już czasu niewiele, chwil niewiele nam pozostało, tu trzeba każdy moment, każdy ułamek sekundy do cna wykorzystać, jak kurwę jakąś, jak słowika świergot.

"Niech wodę wstawi" krzyczy do mnie głos zza ściany, gdy w łazience nowy dzień mydłem i szamponem witam, jest siódma rano, "Dobrze!" odpowiadam i ręcznikiem przepasany do kuchni lecę, wprost do kuchni wpadam, wodę z kranu do macicy czajnika wprowadzam, zapałki, gaz, sekunda mija i woda już wrze, obok Tarantula, myśli w słowa zbrojąc, kołdrą wywija, jak na byka płachtą, jak kołkiem drewnianym na wampirka naszykowanym, ciało cnotą niewieścią przesłania jedynie, usta swe czerwone, i bez szminki udziału, w poemat układa, z dłoni użytek robi, ręcznika moim biodrom skąpi jak żyd jakiś albo co gorszego, no i  jestem w niej migiem, cały w niej jestem, ledwie mi koniuszek nosa w blasku słonecznym wystaje, tak mocno w niej jestem, że i za uszami, i za klawiaturą włosów czuję smak jej truskawkowego potu, choć ja tutaj, moja tutaj osoba, o porze tej, to gość raczej nietypowy, niecodzienny, ja tu o tak kuriozalnej porze zazwyczaj nie bywam, ale czasami tak się dzieje, bo dlaczegóżby dziać się nie miało? w końcu świat do końca nie jest przewidywalny, w nim rzeczy czasami dzieją się takie, że nie dość że filozofom, to nawet zwykłemu człowiekowi nie śniło się, cóż zatem dziwnego, cóż zdrożnego, że raz na tysiąc lat świetlnych ten jej facet prześmieszny, ten jej midrygand, stworzenie swawolne, dupa, ćwiara i gitara jak świętego Pawła ewangelia, że on delegację odprawia, że on ze świata tego na dni kilka ucieka, skarpetki, krawatki, zapaszki, prezerwatywki i w drogę, i w kosmos ten przecudny, panie, Norymberga! panie, Poczdam! i w ogóle, panie, Europa!!! raz na dzień przedrynda, do słuchawki zapiszczy, dyspozycje wyda jak funkcjonariusz bezpieki, ja w Tarantuli dygoczę, trzęsie mną jakby tu huragan ekstremum lokalne osiągał, moje pośladki kurz z półek ścierają, wszystko aż huczy, miednica o miednicę trzaska, duch się nam spod ciał zapoconych jak Orfeusz wydobywa, dziwny to moment doprawdy, bo ja nigdy o tej porze u Tarantuli nie bywam, ja nawet nie bardzo wiem, gdyby dziecię jej tu nagle przede mną stanęło, jak zachować się, śmiać się czy płakać, w rogi dąć czy zmiatać, Tarantula od tył żebra palcami mi liczy, język jej, jak u waszki, podłogi sięga, i krzyczy, i gardło jej krzyczy, i noga lewa, i noga prawa, i kość każda, i całe jej ciało dygocze, a ja mocniej, silniej, więcej krwi pompując, poezji i śmiałości duszom naszym przydając, pośladki znaki na niebie malują, jest siódma rano, ja tak rzadko bywam w tym miejscu, o tej porze, w tym łóżku, tak rzadko pod tą kobietą gościem jestem, ja tu tylko występy gościnne jak czkawkę miewam, wczoraj u rusznikarza najpierw dwie godziny byłem, potem na Bazarze Różyckiego nie krócej wcale, nie pytajcie dlaczego, sprawka była i tyle, Tarantula jest na suficie, jak ona drzeć się potrafi?! za chwilę ta jej kilkuletnia pociecha w bamboszach tu stanie i będzie nam łyso, potem do ikei jeszcze wpadłem, piękny, duży komplet noży, drewniana rękojeść, pięć dużych noży kupiłem, ostrych i skutecznych w każdej sytuacji, chleb mój powszedni, choć ciężki, kroić nimi będę, i dzień mi się po tych zakupach rozwidlił jak droga w finałowej scenie "Down By Law" Jarmuscha, i ja nawet nie za bardzo wiedziałem, dokąd mam iść, do kogo, i ja wtedy do Tarantuli przekręciłem, krycha wstawiaj pyrki! a ona, zamiast tradycyjnego "miaaał", zamiast tradycyjnego "chauuu", mówi mi, żebym szczoteczkę do zębów miał na podorędziu, bo nikt nie wie dokładnie, może się przydać, ja na to, że git, bo ja, w ogóle, to zawsze Tarantuli mówię, że jakby ona chciała, to ja zawsze na dłużej przydatny być mogę, ona mnie zawsze na kilka razów albo nawet cały dzień mieć może, ściągam ją z siebie, jest mokra, jest kompletnie mokra, więc wpadłem do niej tak koło ósmej, od progu najgłębiej jak potrafię i zaraz powiedziałem, że jakby ona chciała, to ja nawet do poniedziałku zostać mogę, ale nie, Tarantula, nogi ode mnie odczepiwszy, rzekła tylko, że to cudownie że jestem, i że tak cudownie to nam przynajmniej do poranka sobotniego będzie, "Co z tą wodą?" krzyczy z sypialni i na nogi pończochy jak onuce nawleka, czasu na to i kilometr potrzebuje, bo to rajstopy, wiadomo, rzecz delikatna, a poza tym te jej nogi! jak spojrzysz od góry, to końca nie widać, "Już gotowe!" odkrzykuję, wczoraj gdy od progu jak do kolonialki do niej wlazłem, buty jeszcze na nogach  mając, to myśl mnie naszła, dziwna jakaś, że może ja bym mógł tu nie tylko od święta buty zdejmować, że może ja mógłbym częściej, może codzienne nawet, ale w sekundzie Tarantula myśl tę odgadła i z niej posąg zrobiła, usta do wojownika mojego lepiąc, sto sekund, chłopie, to jest twoje sto sekund, a potem poezji to na mieście szukaj, i ona swym wzrokiem to właśnie powiedzieć mi usiłowała, "Kawa czy herbata?" pytam, nie telewizję lecz płyn konkretny na myśli mając, "Kawa" odpowiada i w progu kuchni staje, uśmiecham się, bo nogi ma tylko ubrane, a reszta, jak ją pan Bóg stworzył, ale widok, chłopaki! palce i inne przymioty lizać! reszta jak "Krzyk" Munka, jak Dali albo inny poeta obrazu, kawa u Tarantuli ma trochę gorzki smak, troszkę w tej kawie snów zbyt wiele się plącze, rogaliki więc na opiekaczu przybrązawiam, wczoraj, gdy kupowałem moje noże, sprzedawca spytał się, czy moja żona to zwinne ma ręce, bo te noże strasznie są ostre, i one takimi na zawsze pozostaną, nigdy ich ostrzyć nie trzeba będzie, ta dzisiejsza technika! odpowiedziałem i dodałem, że żona, jak najbardziej, zwinne kończyny górne ma, i dolne sprawne niemniej, ale ja nie bardzo korzystać z tego mogę, więc te noże dla mnie raczej przydatne będą, ja z nimi radzić będę sobie musiał, nic to, najwyżej zapas plastrów i flakon jodyny w aptece nabędę, "No, pocałuj mnie!" woła do mnie, palcem wskazującym zachęca bym się zbliżył, bym stelaż jej kości, skórą cienką powleczony, przygarnął jak kostuchę z pola schodzącą, cierpliwe rogaliki na opiekaczu już prawie płoną, ja znów w Tarantuli numer popisowy odstawiam, kawa przeciwnie, zimna jak lód, kilka kardynalnych posunięć i meta! Tarantula, rzeczywistości na powrót oddana, już się ubiera, już się naprawdę do dnia sposobi, ja pasek u spodni domykam, skarpety, buty, "Pa!" w zaśpiewie ku niebu unoszę, drzwi do framugi domykam, i już mnie nie ma, już z drugiej strony drzwi moje członki mam postawione, nowy dzień mi w uszach szeleści, dzień jak sobota, dzień skonsumowania wart najbardziej.

"Jedziemy na wypał" mówię głośno, tak głośno, by siedzący w drugim pokoju Henio Kat usłyszeć mógł, "Na wypał" dodaję, poetykę zwrotu mojego podkreślając, z tarczą czy na tarczy - wódkę jak pocisk nowy odpalam, "Lodu!" krzyczę głośno, tak głośno by Henio usłyszał, by jak z drugiego pokoju do mnie cielsko swe zwlecze, to by wtedy o kant kuchni łapskiem zahaczył i by te łapsko o kostkę lodu zaczepić zdołał, i by ta kostka lodu do pokoju, w którym moje cielsko w chwili tej przebywa, dotarła w stanie jako takim, bo ta wóda nasza, hymn nasz w cieple stoi za długo i jak my tę kobietę do ust ciepłą weźmiemy, to wtedy nieciekawie być może, sensacje jakieś, poezje niezdrowe, i tak dalej, i temu podobne, Henio już idzie, już nadchodzi, "Lód!" wrzask mi z gardła jak sroka wypada, bo Henio to cały jest tu niechybnie, ale lodu w palcach jego nie uświadczysz, "No dobra..." rzuca na odczepnego i cielsko swe odsuwa na powrót z pokoju, moment krótszy niż zwykły moment mija i już te nasze lody nadchodzą, Henio w szkle je umieszcza, jaki hałas! "Henio!" drę papę, bo mnie strach nachodzi, że jak sąsiady hałas ten usłyszą, to lodu o szkło uderzenie, to oni wtedy policję jakąś albo milicję, ja już, kurwa, nie pamiętam, "Co my teraz mamy?" pytam, te sąsiady gotowe ryła rozczapierzyć, i oni te policję-milicję zawołają, i będzie, jednym słowem, niestosownie, palcami nas jak małpy jakieś wytykać będą, że to niby my łobuzy jesteśmy, że to nam ufać jak komuchom nie warto, do tego nie wypada, i śmierć nam społeczna do okien zastuka, i tak dalej, i temu podobne, "Pojedziemy na wypał" znów gadam, "Kupimy sto skrzynek wódki, zataszczymy je tam, ciepłe ciuchy też weźmiemy, bo tam góry są i zimno, raczej zimno dość" gadam wciąż, Henio oczy bardziej rozwiera, "Gdzie?" pytanie z ust wypluwa jakby czkawki dostał, "Na wypał" odpowiadam i dalej mu o tym wypale sporo zdań dostarczam, opowiadam jak się z pieńków okrągłych węgiel drzewny robi, jest potrzebny ogromny piec, wchodzi się do środka i tam w pyle, w dymie drewno się w węgiel zamienia, tak jak Chrystus wino z wody rękami samymi robił, a wokół las ponury i gęsty, do najbliższego sklepu i dziesięć kilometrów to nie za daleko będzie, maści specjalne kupimy by nimi oczy smarować, żeby po dniu pracy, po godzinach wypałki widzieć cokolwiek, by szyjka butelki choć do ust trafić mogła, "A kobiety jakieś zabrać możemy?" pyta niesforny Henio, "Tak i to nie dwie, nie cztery zabierzemy" odpowiadam i dalej o tych kobietach mu mówię, że najważniejsze żeby one ładne były, żeby piękne były jak się rozbiorą, najważniejsze żeby emocje w nas wywoływały, gdy na ścianach nagie zawisną, najważniejsze żeby one duże i kolorowe były, i by wódki flaszka na ich tle dobrze postrzegana być mogła, by wódka na stole wyglądała porządnie jakoś, by się z nimi komponowała, no i karty też weźmiemy, a jak dobrze będziemy to drewno wypalać, w węgiel drzewny zamieniać, to nawet i sześćset złotych każdy z nas w miesiącu wydoli, ale padać za dużo nie może, bo drewno do wypału to suche musi być koniecznie, "I te poezje swoje" do Henia mówię, "Te poezje swoje będziesz codzień w głowie układał, a potem jak papieru kupimy, to je ołówkiem zapiszesz, a w niedzielę jak odpoczywać będziemy na łące, siedząc i ptaków słuchając, to my te wiersze czytać będziemy, a te najładniejsze w koperty spakujemy i twoim kobietom wyślemy" opowiadam mu, on słucha, uszy mu sztorcem stają jak maszty żaglowca, tak dalej, i temu podobne, "Raz na tydzień kupcy po węgiel wpadać będą, uważać będziemy musieli, bo ci kupcy to kanty robią ciągle, oni sobie myślą, że jak węglarz to idiota całkiem, że się go wycykać łatwo da, ale my to nie to, my bystre chłopaki, oni nas nie zdołają w kanał wpuścić, to my raczej ich marży stosownej pozbawić będziemy, raz w miesiącu do miasta pójdziemy, do baru, ty się tam w którejś zakochasz, wiersz jej na kolanie wysmarujesz, a ja też w jakiejś będę chwil kilka, potem upijemy się na śmierć, a do naszego lasu wrócimy następnego dnia" gadam i jeszcze mu mówię, że nasze ręce będą musiały być silne, bardzo silne, tak by to drewno do pieca mieć siły donosić, i wodę targać w stulitrowych wiadrach, wyciągać ją z tego drewna, jak kość psu z gardła, i żeby tonę węgla wyrobić to będziemy musieli nanieść do pieca dziesięć razy tyle drewna, to będzie bardzo ciężka robota, no i sami tam będziemy, tylko ty, ja i wódka, "I te nasze kobiety" Henio dodaje, "Tak i te nasze kolorowe kobiety" potwierdzam, "I nikt tam nas pilnować nie będzie, nikt rozkazywać w żaden sposób, o której nam pasować będzie to drewno ładować będziemy, a jak nam pasować wtedy nie będzie, to robotę w kąt rzucimy i w las na grzyby, na jagody, inne skarby pójdziemy", i tyle tylko, to cała filozofia, "Tylko pamiętać trzeba by piec przed snem zostawić wygaszony" gadam głośno, tak głośno by Henio usłyszał, by do niego ta uwaga dotarła, bo usłyszeć nie koniecznie musiał, bo nową właśnie płytę do plejera wkłada, celebry przy tym tyle jakby kobiecie bieliznę zdejmował, delikatnie skrajnymi palcami lewej dłoni krawędzie pudełka naciska, w tym samym momencie kciukiem prawej ręki całe to pudełko rozwiera, następnie palec wskazujący prawej ręki w środek palety wbija, a trzema palcami drugiej dłoni krążek wyjmuje i do pochwy plejera wkłada, ja się Henia nie pytam, czy ta cała celebra jest konieczna, mówią przecież, że takiej srebrnej płyty to żadnym sposobem nie da się zniszczyć, ale nie pytam, bo Henio i bez przyczyny w rytuałach gustować lubi, on i tak robić to będzie zawsze, "Kto to?" pyta Henio, bo nagle - planeta ziemia prosi o kontakt! - w drzwiach pokoju kobietka nieduża staje, pod nosem, jak kataru strąk, szesnaście lat jej zalega, długie skarpety w siedmiu kolorach, i kolana przykryją, i uda jak nogi przykurczysz, żabie oczy, lisie włosy, przyciężkie dłonie, "To nikt" odpowiadam, "To tylko Korducha" dodaję i Henio Kat już wie, wszystko jest już mu wiadome, Korducha do niego uśmiech posyła jak pocztówkę na poste restante, "Podlewa" dodaję, a Korducha konewkę w swoje przyciężkie dłonie bierze, i już jej nie ma, Henio pytanie chciałby zadać pewnie, on wiedzieć by chciał z pewnością, po co ta Korducha tu do mnie przychodzi, co ona z tego ma, wiadomo, że ja jej raczej nie płacę, bo przeważnie nie mam z czego, a jak mam z czego, to zaraz już nie mam z czego, Henio wiedzieć by pewnie chciał, co ona z tego ma, ale nie pyta, gdyby jednak zapytał, to ja mu nawet odpowiedzieć nie mogę, bo ja sam nie za bardzo wiem, co z tego łażenia do mnie Korducha ma, z czym to się jej kalkuluje, jeśli kalkuluje się w ogóle, "Po drodze to do mojej babci i dziadka wskoczyć możemy" mówi Henio, powieki ku ziemi opuszczając, ja butelkę z kuchni doniosłem jak ciążę niechcianą, "Wpadniemy do nich na chwilę" dodaje Henio i dalej o babci plecie, o tym jak ona nam repety nagotuje i w szarych talerzach poda, jak dziadek chleba nam nakraje, i tak się obaj najemy, że brzuchy nam pod sam sufit wystawać będą, potem na wielką kupę do wychodka pójdziemy, wcześniej nam dziadek klapę ugrzeje, i dalej w drogę ruszymy, nie pytam go o szczegóły, o fakty bliższe, po co mi ta wiedza, wszak ja dobrze pamiętam, gdzie jego dziadki są zaparkowane, po prawej stronie głównej alejki, tuż za dużym krzyżem, najpierw dziadek, od dołu patrząc, potem babcia, bo ona na tym świecie dłużej garb trosk jak siatkę na sprawunki dźwigała, bo gdy dziadka Bóg już do siebie przywołać postanowił, a długo się zastanawiał, długo się ten Bóg zdecydować nie mógł, co z dziadkiem Henia począć, więc gdy dziadek w końcu w kalendarz uderzył, to babcia, jak konwalia w ciepły dzień, w oczach oklapła i tyle z niej było, i życie jej razem z dziadkiem do ziemi poszło, a ten Bóg, taki cenny dla babci, taki potrzebny, że dzień bez niego, to dzień nie ważny, i ten Bóg życie całe celebrowany, życie całe hołubiony, jak dziadka zabrakło, to z tego Boga nic już dla babci nie pozostało, ten jej Bóg na nic już przydać się wtedy nie mógł, babcia kilka lat jeszcze żywot swój wiodła, jak kłębek wełny plotła, ale co to za życie, po co takie istnienie, kiedy nie ma dla kogo repety gotować, nie ma komu rano zupy mlecznej z krajaną bułką podać, gdy na nikogo popołudniami już się nie czeka, a Henio wpadał do babci jak często mógł, i wtedy gdy jak cięta konwalia życie traciła, i wczesniej gdy dzieciństwo całe w jej domu przehulał, Henio wpadał jak sił mu starczało, jak dawał radę to babci obumieranie oglądać, temu więdnięciu ze spokojem się przyglądać, babcia Henia kiedyś to sił tyle miała, że gdyby trzeba było, gdyby taka potrzeba gdzieś się uzewnętrzniła, to babcia Henia cały świat by uszczęśliwiła, Henio wpadał jak mógł, jak potrafił, ale z czasem coraz rzadziej wpadał, bo sił już nie miał patrzeć, jak babcia, najukochańsza na świecie istota, poznawać go nie może, tak że w końcu, gdy umierała, to on daleko był, i nawet dwie wizyty przedtem odłożył na później, na czas potem, i jak już babcia umarła, to Heniowi tylko płacz pozostał i nic więcej, Henio, jak już do babci wpadał, jak policzki zmarszczkami usiane ucałował, i lewy, i prawy, to wtedy babcia minutę tylko potrafiła cieszyć się jego widokiem, a potem to zaraz o daty kolejnych wizyt zaczynała pytać i ciągle wiersz ten sam mu mówiła, że teraz to ona sama na świecie została i nikt jej odwiedzać nie chce, i jeszcze mu mówiła, że to nie długo tak będzie, nie za długo, bo ona już z tym światem się żegna, to miło że Henio do niej jeszcze przychodzić będzie, ale już nie za wiele Heniowi tej udręki pozostało, więc Henio, by tego nie słuchać, torbę brał i do składziku leciał, po mleko, chleb i biały ser, babcia całe życie tylko dla Henia była, wszystko dla niego robiła, i jak mały był, to telewizję do nocy oglądać pozwalała, i jak podrósł trochę, i z dziewczyną jakąś umówiony był, to do kieszeni zaskurniaka wepchnęła, jak na mecze chodził co niedziela, to do babci zawsze zaszedł i ciepły obiad dostał, babcia była prostą kobietą, dla niej wszystko było proste, a i dziadek serce by za Henia oddał, w suterenie żyli, z wychodkiem na podwórzu, jeden pokój, ciemna kuchnia, jeden kaflowy piec, a przed wojną to nawet wychodka nie mieli, bieda straszna była wtedy, na ulicy Bosej mieszkali, Henio jak mały był, to nie bardzo rozumiał, dlaczego ta ulica tak się nazywa, myślał, że pewnie tam wszyscy boso chodzą, dowcipkował tak, a babcia mu mówiła, że wielu wtedy naprawdę tam boso chodziło, roboty mało wtedy było, faceci mieli dużo czasu na picie wódki, samogony i inne wiktuały, na karty, na tanie dziwki, co to zawsze chorobę jakąś w prezencie za skorzystanie z usług dawały, ale nie dziadek, dziadek ze wsi był, twardą ręką chowany, jak on w mieście zamieszkał, to on wiedział gdzie jest jego miejsce i co się jemu należy, "Nigdy nie daj sobie powiedzieć" mówiła babcia Henia, "Nigdy nie pozwól sobie powiedzieć, że przed wojną lepiej było", Henio palec w wódce zanurza i łzy tym palcem, w wódce umoczonym, wyciera, bo mu kapią jak perełki z zerwanego łańcuszka, dziadek Henia całe życie ciężko pracował i wojnę w obozach pracy przesiedział, tak że jak po latach do domu wrócił, to nawet nie wiedział, że ma syna zdrowego i silnego, dziadek na tramwajach pracował, naprawiał je i miał darmowe bilety, "I mnie, smoka małego, ciągle na przejażdżki tramwajowe zabierał" mówi Henio, "A potem, i autobusowe także, całe miasto w dzień zjechać potrafiliśmy, rano nam babcia naszykowała kanapek, wybieraliśmy numer linii i jeździliśmy od pętli do pętli, całe miasto poznałem w mig, jeszcze mnie teraz możesz zapytać, jak tramwaje na początku lat siedemdziesiątych jeździły, gdzie jaka linia, kiedy czwórkę zlikwidowali, kiedy jedynka na powrót się pojawiła, gdzie jeździła dwudziestka", mówi dalej, opowiada, słów mu nie brakuje, myśli mnóstwo mu po głowie jak łupież krąży, że też on o tym wierszy nie pisał nigdy?! nie, on tylko o tych kobietach swoich potrafi, bo jak o babci wspominać zaczyna, to sentymentalny się robi, dobroduszny, i wtedy, te jego kobiety warte tyle co nic, co wychodek jakiś, i tak dalej, i temu podobnie, wypija ostatni łyk wódki i tylko pyta, kiedy my na ten wypał pojedziemy, i czy do babci jego na pewno wpadniemy, "Tak, tak wpadniemy" zapewniam go i jeszcze mu mówię, że możemy choćby zaraz wyruszyć, a on jeszcze pyta, skąd ja tyle o tym wypale wiem, odpowiadam, że w gazecie czytałem, zdjęcia widziałem, a i śnić o tym mogłem, tak że nie pamiętam już dokładnie, i jeszcze pyta, za słowo przeprasza, jak tam z tymi moimi innymi obowiązkami, Marianna C., inne ciężkie klimaty, a ja mu tylko włosy głaszczę i szeptem uspakajam, "Nie martw się" mówię, "Nigdy mi przecież w krawacie do twarzy nie było" dodaję i głowę do poduszki przykładam, dzień dziecka sobie robię, bo do łazienki, mimo chęci najszczerszych, nie dam już rady dotrzeć, "Dobranoc" rzuca Henio, jakby kończył opowiadać bajkę, i oczy przed blaskiem poranka chowa.





3. DYZMA MÓWI ŻEGNAJ



Słońce mnie w stopy pali, jeszcze się na marcowym niebie nie pojawiło na dobre, jeszcze tej wiosny na serio nie poświeciło, a już je czuję, już mi popalić daje, żelazo mi do podszewki stóp przykłada, nie wiem o co chodzi, nic z tego nie kumam, po prostu głupieję, jawa to czy tylko siła mojej wyobraźni? pytam, jakby stwórca tu obok ząbki do mnie szczerzył i z odpowiedzią gotową czekał, gorąco jednak, gorąco! jakkolwiek tematu by tego nie rozwikłać, którędy by w egzegezie tej nie zapuścić się, Marianna C. przede mną siedzi, cztery litery niby dwie półkule, między poręcze wciśnięte, jeszcze jeden w biodrach milimetr i miejsca zabraknie, moje stopy, jak pieczarki na patelni, taniec odstawiają, do mózgu impuls dają, głową kiwam jakby mi, nie wiedzieć czemu, na karku guz wielkości dyni wyrósł, "Piłeś wczoraj?" pyta moja adwersarka, oczy mrużąc, podryw implikując jakiś, "Błąd" ripostuję stanowczo i brwi do lotu podrywam, usta w słup stawiam, "Piłem dzisiaj, ostatnia lufa szósta trzynaście" dodaję, i ciągle się jak na huśtawce kiwam, już nie głowa i szyja, ale tułów cały, i w pasie, i w biodrach, i w kolanach, stopy w rezonans wpadają, jakby metronom zamiast pióra Marianna C. pieściła w dłoni, za chwilę z krzesła spadnę, językiem dywanik w pieczarze Marianny C. zapoznam niby srom dziewicy, "Co dalej?" pyta kobieta, człowiek pyta, "Nic" to moja odpowiedź, wesoła i jak puch lekka, "Nic, nic, nic..." to moja repeta, moje deja vu, Marianna C. w fotel się zagłębia, oczy, we mnie wlepione, na biurko jej opadają złowieszczo, i gadać zaczyna, słowo pierwsze, słowo drugie, słowo trzydzieste, słowo setne, a jak ona gadać zacznie, jak katarynić rozpocznie, słowami po twarzy jak batem chlastać, to koniec bracie, koniec i tyle z ciebie zostało, o dyscyplinie mi mówi, o poczuciu obowiązku, ja raczej o zapachu moich nóg słuchać wolę, o dyscyplinarce też coś dodaje, że ona inaczej już zrobić nie może, to jej ostatnia deska ratunku, a po mnie to potop jedynie, i ja jej potakuję, ja jej szyją "Tak!!!" na niebie rysuję, taką mam na dziś taktykę, taki na nią sposobik, bo jak ona zetrzeć się z kim ma ochotę i z tego starcia niewiele wychodzi, bo ten ktoś tyłek na nią wypina, mentalnie chociaż, i ona ściany dezaprobaty przed sobą nie czuje, to ta artyleria słów, ta chorągiew inwektyw na sile traci, jak kobieta w trakcie miesiączki krew oddaje, mocy jej ubywa, ostrości, ta jej ofensywa miałka się robi i sens swój gubi, i te wagony uwag, ckliwych i wywrotowych metafor na nic się zdają, więc ja dyndam jak dandys, jak mucha w sieci pająka, pijana i ryzyka nie czująca, wesoło mi się pod oczyma robi, powiew wiatru i słoneczny płomień w ustach miast śliny przełykam, pewna wigilia przed oczyma mi jak wół staje, wigilia służbowa, jeszcze na najniższym piętrze mojej karierki, pierwszy raz w krawacie jestem, stary rok na liczydle sumujemy, nowy awansik z kieszeni jak bułka z masłem wystaje, a dzień wcześniej, wigilia wigilii, świecka tradycja, jaśkowi wędrowniczkowi dno z chłopakami pokazałem, i browar w chrześcijańskich ilościach, bilardzik, kula biała do czarnej dziury jak męskie prącie do damskiej pochwy podana, dziś zatem dym mam w głowie, dym mam w nogach, dym mam czupurny, a tu wigilia, sama śmietanka na sali balowej, dyrektorów pełno, naczelników jak wszów, buzi trzeba będzie, niby baty, każdemu po kolei przydzielać, mówię do Gucia Wąskiego, kopii mojej zawodowej, jak z powielacza, start w tym samym momencie, w pokoju tym samym, nawet biurka jak bracia syjamscy złączone mieliśmy od frontu, więc Gucia Wąskiego się pytam, czy czuć, że ja wczorajszy jestem, cholera, kurwa, a nawet kurwa mać, jak się Poncjusz Kafel zorientuje, to jeszcze gotów pomyśleć, że ja alkoholik albo co gorszego jestem, ćpun-harcerzyk, prostytutka, poseł niejednokrotnie posłany, Flawiusza Mędrka na stronę jak spowiednika biorę, o pogodzie z nim gadam, o dupie maryni, o tym, o tamtym, że to, że tamto, bum-bum, cyk-cyk, i w oczy mu patrzę, odpowiedzi szukając, ale że on miną znaków żadnych nie daje, głowy nie odsuwa w odruchu wymiotnym, niczego nie podpowiada, nic tak naprawdę do mnie nie mówi, to ja sobie myślę, dumam tak sobie, że chyba nie jest źle, nie jest źle tak do końca, mój dym jak niemowlęca sapka nie jest chyba zbyt groźny, zbyt postrzegalny, nawet przy bliższym kontakcie, więc myślę, więc pewnym się czuję, że chłopak zdatny do zaakceptowania, i dziarsko ryjki całować zaczynam, babskie głównie, z panami dyrektorami dystansik z szacunku płynący, Poncjusz Kafel coś o nowym dywanie historii nawija, mnie czkawka nachodzi jak ulewa w dzień upalny, uśmiecham się jak trusia, do Gucia lecę, wołam by coś zrobił, bo zaraz rzygnę, zaraz wszystkim mój dzisiejszy jadłospis pokażę albo co gorszego zaprezentuję, ale dyrektory, naczelniki spokojne całkiem, w szczęściu się topią, oni nawet nie widzą, że ja na fazie tu doczołgałem się, że na bani serdeczności świąteczne przyjmować przyszedłem, bo oni szczęśliwi cali, oni powody mają ogromne by na mnie uwagi nie zwracać, by na mnie nawet nie spojrzeć dokładnie, bo oni spokój dzisiaj mają, nikt od nich niczego nie chce, myślenia albo czego gorszego nie wymaga, bo Poncjusz Kafel nic dziś do nich, jak w zwyczaju ma, tonem po sufit sterczącym nie mówi, nad głowami myśli im nie podwiesza, i ręką nie macha jakby w pasiece był, a nie na sali obrad tak zacnego gremium, bo te dyrektory, te naczelniki, te ich życia przez Poncjusza Kafela z gliny ulepione, jak sprężynki zegarka, oni na słowo Poncjusza Kafela jak na boga zstąpienie czekają, jak Poncjusz Kafel tąpnie, to kurz im z głów na ramionach osiada, procesy myślowe jak opóźniony ekspres na semaforze stają i koniec, och! strach pomyśleć, oni czekają aż im Poncjusz Kafel drogę jak Jezus pokaże, oni jak stado baranów bez swego przewodnika kroku nie zrobią, prochu żadnego nie wymyślą, więc im Poncjusz Kafel zawsze powiedzieć musi, że tędy, że tak, Poncjusz Kafel trzem tylko osobom z tego przezacnego grona napluć w twarz, na kark mocz opróżnić nie potrafił, nie chciał, nie mógł, nie miał za co specjalnie, Poncjusz Kafel jak raz Guciowi nawrzucał, jak się po Guciu jak po starej kurwie przejechał, bez trzymanki, to wtedy w Gucia potwór wstąpił, wrzask się Guciowi w gardle zagotował, i Gucio wykipiał, i tak Poncjuszowi Kafelowi nagadał, tak mu w ogródku plew wszystkich napielił, on po prostu na  niego, na boga tego ziemskiego padołu nawrzeszczał, że od tamtej pory, od tego momentu Gucio już z nim spokojnie, jak człowiek z człowiekiem, rozmawiać mógł, jak partner sprawki mu, zwinnością swego umysłu, referować potrafił, jeszcze Chryzantema Sina, druga osoba, babsko nie stare a już pyskate, na przynajmniej cztery nogi kute, on jej, choćby się darł jak stare gacie, przekrzyczeć nie był w stanie, w zdanie wejść buciorami nie potrafił, więc po kilku próbach zrezygnował po prostu, normalnie z nią gadać zaczął, i patrzcie - jednak można, jednak to jest możliwe! no i ja jako ten trzeci muszkieter, Poncjusz Kafel nigdy na mnie gardła nie wydarł, tak się jakoś podziało, że on nigdy specjalnej okazji nie miał, po za tym czuł, że mnie jak mebla w kącie ustawić się nie da, on czuł chyba, że ja zawsze coś z sensem, choćby nie na temat, powiedzieć potrafię, że on ze mnie krowy potulnej nie zrobi, zresztą w tych jego bataliach z pracownikami o to właśnie chodziło, że jak się kto w krowę zamienić da za łatwo, to ten ktoś nie warty, by sobie nim głowę na poważnie zawracać, do roboty poważnej wrzucić, generalnie zatem, do mnie wracając, po co się siłować, skoro wiadomo, że ja zawsze własne zdanie mieć będę, zawsze na swoim postawię, a że Poncjusz Kafel pragmatyk jest, on na darmo piany nie ma w zwyczaju ubijać, on wie kiedy armaty w pole wypuścić, on czuje kiedy motykę w komórce pozostawić trzeba, więc problemu między nami nie było, gadać ze sobą potrafiliśmy, a tu wigilia, ja tu pijany jeszcze jestem, ja tej wigilii chyba nie jak zając nagonce potrzebny? ale nie tonę, nie, nie, co to, to nie, powierzchni się trzymam dość mocno, Gucio w rechocie zanurzony po uszy, inne owieczki i krówki kopytkami frywolnie w powietrzu machają, Poncjusz Kafel uśmiechy rozdaje, dłoni uściski, jest cacy, jest git, i nawet mówić tonem normalnym potrafi, dym zatem wtedy miałem nie wąski, nie mniejszy niż teraz, gdy przed Marianną C. ukorzyć się nie chcę, oblicze na jej pastwę wystawiam, jak pranie na blask słoneczny, bo wiecie, bo rozumiecie, Marianna C. medal za bystry umysł dostać powinna, bo tyle już ludzi ze mną w robocie obcowało i obcować próbowało, a dopiero ona, panna najbystrzejsza, dopiero ona odkryła, że ja, jak ten Dyzma Nikodem, kariery tyle narobiłem, a ja po prostu idiota jestem, imbecyl całkiem, i to ona dopiero zdołała mnie zdemaskować, światu prawdę ujawnić, i teraz to tylko elastyczny dla mnie kaftanik narychtować trzeba, do pieca jakiegoś wrzucić, i jeszcze drzwiczki ryglem pokaźnym zabić, bo się wydobyć zdołam i smrodu, i bajzlu tyle będzie, że nasprzątać się nie zda przed końcem dnia, "Dyscyplinarka?" pyta, jakby moje zdanie coś tu jeszcze znaczyło, jakby myśli moje, w słowa przebrane, do sprawy wnieść cokolwiek mogły, "Nie mówię do widzenia" na pytanko jej odrzekam, "Mówię żegnaj" temat kwituję i ręką wokół szyi ruch szarmancki robię, jakbym szalem jedwabnym ciało gołe okrywał, "Żegnaj!" podkreślam i klamkę niby rewolwer do dłoni pakuję, Marianna C. tylko milczeć już może, tylko językiem ślinę z warg przemyślnie zbierać, bo ona tyle słów dziś z siebie wydała, tyle zdań, że chyba jej się te słowa, te zdania wyczerpały, cztery litery pewnie unieść by chciała, ale moje "Żegnaj" w powietrzu jak zefirek szeleści, przyjemnie się robi, cicho, spokojnie, w powietrzu poezji tu więcej niż potu, z ołtarza wiecznej łaski obfitość strugami się leje, ale to tyle, to na tyle, koniec tematu, pa! słoneczko, i już drzwi z drugiej strony mnie mają, niech żyje historia! niech żyje wódka! z nią czy bez niej, los taki sam, ale odwaga przydaje się w sytuacjach bojowych, bo wszędzie na wroga nadziać się można bez artyleryjskiej osłony, pa! niech wam wszystkim ziemia nie ciężką będzie, pa! schody dywanem tandetnym zdobione, pa! panowie strażniki, niechaj wam czara złota, pa!pa!

"Obejmij mnie" leży pod stołem, "Chociaż mnie obejmij" ogonem merda, po szczecince włosów krótką podróż paluchami odbyć mi proponuje, na twarzy myśl taką umieszcza, czas zabić trzeba! sugeruje, zmarnotrawić! podpowiada, trywialnej pieszczoty dokonać! nalega, "Chociaż..." patrzy, spogląda na mnie, jakbym tu o czymś decydować był władny, dwa dni temu u rusznikarza byłem, znów u tego co przedtem, o poezji z nim nie rozmawiałem, jedynie zwinna wymiana poglądów, sprawkę taką miałem, małą i niewinną z pozoru, przypomniał mi się egzamin z wojska na czwartym roku studiów, temat - rozkładanie i czyszczenie broni, czynność "a", czynność "b", czynność "c", najważniejsza rzecz do zapamiętania - nie zabić się! nieostrożne użycie grozi kalectwem lub śmiercią! i wieczna parafraza - nieostrożne życie grozi śmiercią, rusznikarz pieniądze jak ziarnka grochu przerzucał, z lubieżnym uśmiechem na przekrwionej twarzy faceta, co to wie, co rozumie, jak się inny facet za rozporek chwyta, on wtedy rozumie, wiadomo, że jak facet, to musi rżnąć co się rusza, i brwi marszcząc elementy gnata układał, jakby z klocków lego zamek warowny budował, chciałem z nim o ekonomii podyskutować, ale sukcesu nie odniosłem, "No chociaż obejmij" nawraca, ogon pod siebie kuli, kuperkiem delikatnie o dywanik pociera, szorstki, popielaty dywanik, mógłbym ją ostatecznie jak kota do uda przytulić, ale mi się nie chce, nie mam specjalnie ochoty, generalnie to ja już wychodzę, już mnie tu nie ma, wczoraj rano facet Tarantuli wyszedł z domu, krawacik, lakierki, neseserek, praca, te sprawy, w każdym razie spodziewany był około siedemnastej, o tej wszakże porze do domku nie dotarł, na dziennik nie dotarł także, na panoramę, wieczorne niusy również, nie dotarł do dziś, jest południe, wiosna za oknem skwierczy, Tarantula w nerwach cała, za telefon godzinę temu chwyciła, mam być zaraz! natychmiast! ja się pytam, czy w takich przypadkach to się numerów trzycyfrowych nie wykręca czasem? mam jednak być, mam być koniecznie! więc jestem, już mnie ma, uspokoić ją próbuję, jak zbłąkanego kota mlekiem nakarmić, od progu daję jej szansę na tradycyjne powitanie, ramiona przed nią jak skrzydła rozwieram, ale ona stoi, jak stała kilka minut temu, nic nie mówię, nie dziwię się, już przez słuchawkę poznałem, między wierszami wyczytałem, że jak ja bym przypadkiem chciał, i tym razem, jak do kolonialki wskoczyć, to nie dziś, nie teraz, pytam dla porządku, czego ona tak naprawdę ode mnie oczekuje, tak żeby było od początku jasne, żadnych podchodów, pytam, czy ja pogotowie jestem, czy może straż, co sikawką polewać ma jej rozpalone czoło, czy może jakiś organ przymusu? Tarantula ogonem tylko merda, co jest grane? sam siebie pytam, ja tu ze swego świata na moment urwany, chcę wiedzieć, czego się ode mnie wymaga, jeśli nie o gimnastykę, to o jaką zabawę tu chodzi? krówka milczy, to i ja milczeć będę, i tak sobie wspólnie pomilczymy, facet Tarantuli, kim by nie był, jakby jej życia nie spaprał, jak często by ona prosić go nie musiała, na kolanach nawet, tak że skórę z kolan płatami zrywać było można, tak że łzy wtedy ocierała i prosiła, że jak już musi, jak już żyć bez tego nie może, bez tego naruszania kobiecych tyłków, jak on już całego świata sens, całą jego organikę, w uganianiu za babami widzi, jak on już musi te kobiety prąciem swym traktować, to niech  chociaż oszczędzi jej koleżanki, jej przyjaciółki, jej znajome z pracy, te, które ona zna, z którymi przebywać musi, te jej najbliższe, niech on je w spokoju zostawi, w końcu tyle jest innych kobiet na świecie, bo jak on te kobietki narusza, cnotę, niby wieka, z nich zrywa, to ona wtedy podwójnie rozczarowywać się musi, nie dość, że on harce erotyczne poza nawiasem ich związku jak żyzne pole uprawia, to jeszcze przyjaźnie jej wszelkie w zarodku niszczy i bełkotliwie potem dodaje, że jak jakaś jedna, blada albo różowa, w ferworze codzienności mu tutaj ulega, mówi palcem na swój rozporek wskazując, to ona wcale na Tarantuli względy nie zasługuje, ani na jedno dobre słowo, i gada tak, plecie, słuchać się tego nie da, a ona tyle razy prosiła, tyle razy błagała, z ust swych pochodnie tworzyła, do ucha mu tubę przystawiała, a tu masz, z kim się ona nie zwiąże, komu nie zaufa, kto by historii jej uciemiężonego życia ze szczegółami nie poznał, to zaraz, natychmiast obiekt tej szczerości, otwartości pod jej facecika jak czołg wjeżdża i nogi rozkłada, i Tarantula już tylko do Boga wzdychać może, o łaskę katastrofy prosić, o coś irracjonalnego w niebie żebrać, i choć apeli, manifestów, rezolucji całe mnóstwo na świat wydała, to rok od poprzedniej sprawki małżonka nie minął, dwanaście miesięcy czas jeszcze nie pożarł, a ten jej midrygant, swawolnik na stronie sąsiadeczkę jej przemiłą, dziewczynkę samotną w kobietę zamienił, krasulka mała, święty obrazek, zawsze uśmiech, zawsze dobre słowo, pisma kobiecie wzajemnie wypożyczane, nie tylko sól i szklanka cukru, jak tylko do siebie na metr się zbliżyły, sekrety opowiadać sobie zaczęły, to natychmiast sąsiadeczka, uśmiechu z twarzy nie zdejmując, zakomunikowała jej głosem słodkim, stonowanym, że właśnie presji małżonka uległa i teraz to raczej nie wypada, by ona, przez tego małżonka jak dywan na święta przetrzepana, do niej na słówko zachodziła i o babskich sprawach gaworzyła, "Nie, to rzeczywiście nie wypada" odpowiedziała Tarantula i wzrok na ekran telewizora przeniosła, ale co by o tym ciele do kutasa przyrośniętym, o tym Tarantuli przyjacielu od ołtarza nie powiedzieć, to on jednak słowny jest, jak mówi że będzie, to jest, jak mówi że będzie wczoraj, to jest wczoraj, jak dykteryjkę o powinnościach żony wobec męża z ust wypuści, oczy spłaszczy i wyjdzie zaraz, to wiadomo, że wróci nazajutrz, ale wczoraj wyraźnie powiedział "Siedemnasta!", pytam czy na pewno cyfrę jakąś podał, potwierdza, ona też bystra jest wystarczająco, że jak się powie "a", to ona "a" usłyszy, jak ona "b" zasunie, to "b" się przez to rozumie, nie ma innej alternatywy, ja jednak chcę wyjść, na mnie to jej ogonem merdanie, ten skromny balecik wrażenia nie robi, ja tu, w tym miejscu, mam precyzyjnie określoną rolę, zadanie do spełnienia, ja w tym małżeństwie funkcję mam tylko jedną, brakujące ogniwo ewolucji, nikt tu ode mnie innych czynności nie wymaga, więc chcę być odpowiednio traktowany, ani trochę inaczej, ani o centymetr dalej, ja tylko do słuchawki mówię - krycha wstawiaj pyrki! i za moment jestem, wchodzę i wychodzę, koniec tematu, żadnych intelektualnych fanaberii, w bierki to ja nie grywam, a teraz to ona do mnie "Zrób coś", jakbym był iluzjonistą, biały króliczek do kapelusika, a z kapelusika żabka zielona, "Zrób coś" ponawia, głos jej na ścianie osiada, może na 997 kręcić mam? może do Boga błyskawiczną zamówić? nie wiem, nie wiem naprawdę, obejmuję ją by ciszę usankcjonować, dla świętego spokoju, żeby cicho już była, żeby buzię zamknęła, żeby swój pisk w gardle chowała, „Na telefon trzeba czekać, na pewno zadzwoni” uspakajam ją, mógłby, cholera, zadzwonić, mówię do siebie, mógłby dyspozycje jakieś wydać, dekret, ustawę tymczasową, Tarantula jak ta biedna sierotka, owieczka zbłąkana, jak ona dyrektyw na tydzień z góry nie dostanie, jak ona sama przed stadem wilków stawać musi, to tylko kwik i kurz się w powietrzu unosi, bez drogowskazów pana i władcy nie wiadomo przecież, która strona jest prawa a która lewa, dlaczego dzieci nie mogą się bawić zapałkami, Tarantula swego faceta potrzebuje jak ryba wody, on decyzje wydawać musi, któżby inny lepiej to zrobić potrafił, tak już jest od lat, inaczej być nie może, czasami myślę, że Tarantula mnie znalazła także dzięki jakiejś decyzji swego faceta, "A jak nie wróci?" pytam złośliwie trochę, Tarantuli tylko w to graj, ona tylko na taką supozycję czekała, w histerię na powrót wpada, sztalugami wywija, włosami rzuca, choć na jeżyka przystrzyżone, to jednak rzuca, kto by pomyślał, że kobiety to takie zwinne istoty?! czasami tak sobie dywagowałem, jak mi kobieta ciekawsza z pościeli wystawała, tak mi się zdawało, że płeć to niesztywna, elastyczna, ale teraz wiem na pewno, że gimnastyka artystyczna dla kobiet stworzona została specjalnie, Tarantula pada na mnie, w moje ramiona, pocieszenia potrzebuje niby Henio Kat wódki, wierci się jak węgorz na rozpalonej ziemi, i z tej euforii, tej radości rozpaczą płynącej, po głowie kopytami dostaję, chyba nie jestem kontent, chwytam jej pośladki, schowane w obcisłe spodnie, mocno, żeby paznokcie o co zahaczyć się miały, mocniej, jeszcze mocniej, jak już piszczeć musi to niech chociaż powód ma, Tarantula głowę odsuwa bym ustami potoku hałasu zablokować nie mógł, macha kończyną każdą, jakby flagi na pochodzie niosła wzdłuż trybuny honorowej, wyrwać się próbuje, ja, odpowiadając na to, mięśnie z całej siły napinam, suples jej robię, usta chwilowo wolną dłonią jak plastrem zaklejam, pasek u spodni odpinam, niebieska bluzka jak zerwany baldachim na moich stopach ląduje, bieliznę w groszki w stan niebytu wprawiam, opozycji doświadczając kilku, Tarantula do cyrku się zapisuje, nogami wierzga, tupie, ruchu i szumu tyle z siebie wydaje jakby ze trzy nogi i czworo rąk miała, jakby ją natura dodatkowymi atrybutami obdarzyła, ale koniec z tym, dość tych niewinnych figli, dziecięcych igraszek, wojownika na łowy wypuszczam, na powietrze wystawiam, kolanami purpurowe uda jak bramy piekieł rozchylam, i już w niej jestem, kością miednicy o płaskie podbrzusze biję, grzmocę, tak, że krzyczy, wrzeszczy, głośniej, coraz głośniej, trzecia ręka by się przydała, to oczy przysłonić trzeba, to biodra w rezonans właściwy wprawić, mięśnie jak do skoku w kamień zamieniam, usta swoimi tamować próbuję, opieram ją o stół, robię ze stołu pomocnika, i rżniemy ją obaj, jak dąb jakiś, olchę brunatną, ja z jednej strony, ostra połać stołu z drugiej, jeszcze raz, jeszcze dwa, i płyn rodowy w Tarantuli jak flanca w ziemię wbity, nasionka złożone, spoconą i odrętwiałą na ziemię odstawiam, jak pomnik na cokole osadzam, czy mam coś jeszcze do powiedzenia? czy w ogóle mam do niej mówić? patrzy na mnie, jest już spokojna, dłońmi obolałe nadgarstki rozciera, zęby lekko szczerzy, ból uśmierza, ręcznik kuchenny jak puchową przytulankę między nogi wkłada, ubieram się, choć wcześniej nie rozbierałem się wcale, czapkę na głowę szybciej niż spodnie nawdziewam, wychodzę, zdecydowanie wychodzę, "Wróci" zamiast pożegnania na twarzy jej układam, wychodzę, tyle spraw na mnie czeka, tyle dylematów gotowych do przełknięcia, czas przyjmuje już wartości ujemne, do rzeczywistości trzeba dopłacać, nim o sprawce do załatwienia pomyślę, nim się jej dokładnie przyjrzę i sposób na rozwikłanie wykoncypuję, to już czasu na nią nie mam, już sprawki tej wykonać nie warto, bo moment jej minął, i większymi haustami powietrze łykać się staram, i oczy na dłużej przymykać, wiem, nie można się wyspać na zapas, ale próbować trzeba, "Wróci" powtarzam i wychodzę, Tarantula tyłeczek na stołku sadowi, patrzy na mnie jakby mnie pierwszy raz na oczy widziała, jakbym tu gościem nieznajomym był całkiem, jakbym z innej bajki pochodził, czasami myślę, że nie tylko z tej bajki nie jestem, nie tylko z tego scenariusza, "Wróci" mówię trzeci raz, ale do drzwi już zamkniętych, z tej strony rzeczywistości, do wizytówki na drzwiach moją ostatnią kwestię wypowiadam, do kolorowej wizytówki, co jak order, legitymacja do życia na błękitnych drzwiach zawieszona, istnieje, jest, to my, to nasze, na ulicy drapię się w lewą łydkę, piecze mnie, to chyba Tarantula, dumam i jeszcze mocniej masuję mój obolały fragment.

Jesteśmy na dworcu, dużym dworcu, wielkim, gigantycznym dworcu, hałas gdzie okiem sięgnąć, hałas niby Henryk VIII panowanie odbywa, na głowach tysięcy podróżników osiada, Henio Kat mi ucieka, ja za nim niby nagonka, stado wygłodniałych psów, nogami wywijam jakbym w wielkiej pardubickiej miał jakieś szanse, gonię go, tchu mi brak, Henio już prawie w zasięgu mych nóg, już prawie w zasięgu rąk, już prawie go mam, niestety wieża przede mną wyrasta, ja do niej, że przepraszam, bez odpowiedzi, ja zatem do tego przepraszam epitet dodaję, bo spieszno mi straszliwie, bo mi Henio ucieknie tak daleko, że do obiadu go będę szukać, "Kurwa!" to jest ten epitet, wieża się przesuwa, nawet coś tłumaczy, nie mam czasu tego słuchać, Henio z zasięgu wzroku umknął, zwiększam obroty w nogach, przyspieszam, biegnę już szybko, tak szybko, że nawet nie pamiętam, kiedy ja ostatnio tak szybko biegałem, chyba w podstawówce, gdy nauczyciel wuefu próbował ze mnie długodynstansowca zrobić, dziwny facet, z serca i ducha lekkoatleta, a ja do orłów nie należałem nigdy, tylko pyskaty byłem i w piłę grać chciałem, i tak ścieraliśmy się chyba ze dwa lata, w końcu bez powodu specjalnego, któregoś dnia, to był chyba pierwszy wuef w ósmej klasie, wszyscy w dobrych nastrojach, piękna wrześniowa pogoda, mówię do Wojtka, że może figla wuefiście spłatać i samemu zaproponować biegi po lesie, zamiast tej piły naszej ukochanej, Wojtek odpowiada, że niezły numer, reszta chłopaków też podłącza się pod temat, wuefistę zdziwko w krzyżu łapie, ale się oczywiście zgadza, myk więc do lasu, Wojtek, ja i dwóch czy trzech kolesi, tych co najbardziej kochają piłę, urywamy się z peletonu i dajemy takiego czadu, że wyprzedzamy pozostałych o kilkanaście minut, wuefista po powrocie podaje nam czas i pyta cośmy przez wakacje robili, bo takiego rezultatu to jeszcze nie mieliśmy, potem dodaje, że on zawsze w nas wierzył, zawsze wiedział, że stać nas na wiele, itepe, itede, na następnym wuefie biegniemy już, jak zwykle, dostojnym krokiem, nic nas nie jest w stanie do porządnego biegu zmusić, wuefista nawet się o nic nie pyta, a kolejne zajęcia zaczyna od pytania "Co robimy?", pytania skierowanego do mnie, odpowiadam, że piła, piła koniecznie, on się zgadza, i od tego czasu zawsze najpierw pyta się mnie, co robimy, a potem futbolówkę wyciąga, "Zatrzymaj się!" krzyczę, wydzieram się, niby Poncjusz Kafel na spłoszoną brać bankową, głośno, żeby pół peronu słyszało, w dalekiej perspektywie Henia dostrzegam, biegu znów przyspieszam, dech mi w piersiach staje, za moment chyba coś wyzionę, Henio wyraźnie zwalnia, jakby impuls od mego zapierającego dechu dostał, już prawie stoi, dobiegam do niego, za ramiona go chwytam jakbym byka próbował temperować, "Tak nie można, Henio!" krzyczę mu w twarz, "Tak nie można" repetuję, Henio nawet na mnie nie patrzy, oczy mu jak gołębie pod sufit lecą, tak samo jak przed dwiema godzinami, gdy z łóżka mnie wyrwał, przy sobocie, przy porannej sobocie! za chachły mnie chwycił i gadać zaczął, kogo on to wczoraj na mieście nie spotkał, "Pysia!" krzyknął i jeszcze imię to w jednej sekundzie przez wszystkie przypadki odmienił, Pysia!!! Pysia to, Pysia tamto, siamto, nadmorskie klimaty, Pysia na buzi różowa, na pupci krąglutka, w biodrach rumiana, oczka szkarłatne, włosy lekko jasnymi pasemkami podzielone, "Co? Siwieje?" spytałem i rechotem się zaniosłem, Henio jakby nie usłyszał, jakby na innej planecie żywota dokonywał, on teraz Pysię spotkał! nagle całe jego życie innego wymiaru nabrało, Trusia to w końcu nic poważnego, Trusia poczeka, Trusia w następnej kolejności, a tyle się o tej Trusi nasłuchałem, ze trzy czwartki mi o niej opowiadał, jakie to wszystko cudowne, bo on i Trusia, oni jakby dla siebie stworzeni, on jej nic tłumaczyć by nie musiał, wystarczy, że kiedyś powie "Trusiu, weź mnie" i już będzie cacy, i ta cała Trusia zaraz swojego faceta do schroniska odda i Heniowi w ramiona się rzuci, a w ogóle, Trusia to ideał kobiety, no i jeszcze ta jej figurka, jej delikatna i pożądliwa cielesność, usta, dłonie, git z góry do dołu, o kształt przegrody nosowej nie spytałem, ale jakże tak? jak to, figurka?! Henio "Figurka" mówi i nic z tego nie wynika?! a miłość? a uczucia? dębieję prawie, Henio mi o lasce kolejnej opowiada i od tego zaczyna, że figurka w porządku?! ta Trusia, to rzeczywiście musiała być płytka sprawka, zresztą jak Pysię zobaczył, to wiadomo, czas i przestrzeń musiały nabrać innego wyrazu, innej jakości, na mieście na nią, jak na kundla jakiegoś, natrafił i życie mu od razu nowego wymiaru nabrało! pewnie, każdy to pojmie, choćby idiotą był, posłem jakimś, ale nie ja, nie kumam, nie łykam tematu, odpadam po prostu, tego się bez półlitra przetrawić nie da!? Pysia!!! historia cała, rzeka, ocean wspomnień, kiedy to się zaczęło? jeszcze na studiach? czy już po? "Po...." ripostuje Henio, Pysia, długie czarne włosy, Pysia, dzika namiętność wykluta z heniowego serca jednej nocy, jednej sierpniowej nocy, tak że potem do Hamburga chciał za nią uciekać, Pysia, żeby się chociaż wtedy przespali, żeby tej ciepłej, sierpniowej nocy coś cennego Pysi pozostawił, gdzie tam?! noc całą spacerowali i za ręce się trzymali, ale wiecie, rozumiecie, to uczucie lata całe w nich dojrzewało, długo tak, że gdyby lato wtedy cieplejsze było, to by to uczucie chyba całkiem przegniło, Pysia, w ogóle cały temat, miał delikatny podtekst, "Henio, który twój miłosny temat nie miał podtekstu?", Pysia, jak ją Henio poznał, wiosna to chyba była, ciepło chyba, Pysia wtedy do łóżka z takim kliencikiem chadzała, co to z Heniem interesy wspólne prowadził, spółkę mieli taką, małą i nieformalną, drobny handelek, te klimaty, tak że nawet na wódkę razem chodzili, no i tak Henio, raz na tej wódce, Pysię zapoznał, nawet się wtedy zdziwił, że jak na jego kompana, to Pysia urody raczej przeciętnej, tak na pierwszy rzut oka, co najmniej przeciętnej, no i tę Pysię widywać często zaczął, i browar wspólny, i szczypta poezji - Henio swoje wiersze czyta każdej napotkanej kobiecie! - czasami to we dwoje razem zostawali, jak do nich wpadał z robotą, bo oni taką tę spółkę mieli, że Henio był od koncepcji a tamten od roboty, więc Henio zachodził, mówił, co, gdzie i kiedy, gościu brał tekę i wybiegał, a on z Pysią herbatę pił, potem na imprezach zaczynali bywać, młodzi byli, kuprem ruszać lubili, tango milonga, te klimaty, Pysia i Henio dużo czasu na parkiecie przebywali, bo Pysi absztyfikant to poczucie rytmu miał jak Fred Aster po amputacji kończyn, a i laseczka ówczesna Henia, to chyba nawet wtedy jego żona była, albo jakoś tak, też wolała cztery litery na z góry upatrzonych pozycjach parkować, tak więc Pysia pod ramię Henia brała i oni pół wieczoru figlować razem potrafili, wspólnik Henia, chyba Kafior na niego wołali, z żoną Henia szlugi jarali, o sztuce gadali, tak że nawet nie specjalnie widzieli, co Pysia i Henio razem kroją, w końcu Henio jak na balik z chałupki wyruszał, to on tylko o Pysi myśleć potrafił, Pysia w kadrze lewym, Pysia w kadrze prawym, Pysia włosy rozpuszczone, Pysia włosy do tył zaczesane i w ogon spięte, i Pysia, słowa jednego nie mówiąc, gorąca taka i czuła dla niego się stała, słowa między nimi nie padały jakiekolwiek, tak bez słów trwała ich wieczna rozmowa, telepatia, te klimaty, tak że Henio już od tego wszystkiego głupi cały chodził, nie bardzo ten scenariusz rozumiał, o małżonkę to on się raczej nie martwił, bo oni i tak na ostatniej prostej już byli i przynajmniej po czterech wirażach, ale o Kafiora mu chodziło, biznes w końcu był, on nie mógł Pysi miłości jakiejś wyznawać i innych takich tematów proponować, ale jak tylko okazja powstawała, jak słońce w stronę odpowiednią padało i sił w nim dość było, to on Pysi na krok nie odstępował, raz nawet po kielichu, o niejednym dnie, w małą histerię popadł, bo się okazało, że splot nad wyraz niesprzyjających okoliczności zewnętrznych spowodował, że sylwester to Pysia w jednym końcu miasta, a Henio w przeciwległym odbywać będą, wrzasku przy tym pełno było, tak że Kafior w końcu, tępy bo tępy, ale skumał, pojął, że Henio jak Pysię widzi, to się głupi cały robi, uszy mu dęba stają, innemu facetowi to by co innego na sztorc stawało, ale Henio to nie inny facet, w każdym razie po paru chwilach, kilku tygodniach temat umkął, przycichł troszkę, rozszedł się jak niewygodne trzewiki, wiosna przyszła, ptaki z ciepłych krajów powróciły, Henio głowę miał czym innym zajętą, bo właśnie przed sądem żonę od siebie oswobadzał, i jeszcze do tego, nie było wiadomo, jak ich mała córeczka te nowe klimaty pojmie, jak ona to przeżyje, ja mu wtedy mówiłem, że kwiatuszek na pewno przeżyje, zwłaszcza, że ma dwa latka i tyle ze świata kuma, że papu to się do buzi tka, nie gdzie indziej, ale Henio, dusza uczuciowa, on zawsze dobro smarkatej miał na względzie, zresztą to nie on chciał podziału uczuć, on zawsze twierdził, że dziecko musi mieć rodziców, a jak ci rodzice miłością wielką do siebie nie pałają, to niech zęby zacisną i rodzinę udają, no więc, jak ta wiosna przyszła, to znowu Henio z Kafiorem i Pysią bywać razem zaczęli, i znów tak samo czas spędzali, w międzyczasie Kafior dostał klimakterium, tak że oczy mu opuchły i Pysię przestał dostrzegać, Pysia zdrętwiała, w panice cała, ręce jej się zatrzęsły, no i co ta krasulka w nieszczęściu robi? oczywiście do Henia leci i woła "Ratuj!!!", Heniowi to przypasowało, do domku ją odwiózł i dał wyraźnie do zrozumienia, że ma wobec niej wyłącznie szczere intencje, że tylko czeka aż ona w ramiona mu się rzuci i o łaskę uświęcającą poprosi, i z tego strachu, z tych nerwów, chyba Pysi w główce zajarzyło, bo imprezka przyszła i tak w zasadzie, obiektywnie temat oceniając, to Pysia tam razem z Heniem dotarła, koniec lata, piękne słońce, ptaki, te klimaty, na parkiecie, w trakcie fizycznych pląsów Pysia do Henia jak ćma do światła przywiera i Henio, w pełni świadom czynów swych, uszy czyste mając, słyszy te, mniej więcej, słowa - "Pewnie nie tylko w tańcu byłoby nam razem tak dobrze, jak teraz", i w Henia nowy duch wstępuje, za rękę ją chwyta i migiem na powietrze wystawia, księżyc świeci, jest "Cudownie!", oczy im mówią "Nareszcie!", usta w podobne klimaty wpadają, on i ona, dwie istoty na pastwę losu wystawione, niby dwie perełki, uciekają przed siebie, po sekundzie już razem, wiadomo co się wtedy, w takich sytuacjach w Heniu dzieje, nowa era! nowa epoka! świat jest piękny! itede, itepe, we wtorek umawiają się na czwartek, we czwartek Pysia mówi, że piątek będzie najstosowniejszy, no i jest ten piątek, imprezka kolejna, kurcze, to wtedy były czasy!? co piątek imprezka, "To jeszcze komuna była?" pytam, "Nie, już po komunie" odpowiada, na imprezce Henio od progu nieswojo się czuje, w stopach swędzenie odbiera, po kilku chwilach patrzy, oczy przeciera, a tu Kafior we własnym ciele, wita się, piącha do piąchy, na stronę go bierze i mówi, że przyszedł pro forma, bo chyba między nim a Pysią to koniec, nie wie, jak ma to jej powiedzieć, ale nie chce Pysi bólu zbyt wielkiego zadawać, więc przyszedł tak po prostu, pro forma, "Powiedział - pro forma!" podkreśla Henio, "Pewnie nawet nie wiedział, co to słowo oznacza", i świat wtedy Heniowi, w chwili tej upiornej, gdy w Kafiora oczy spojrzeć musiał, a zabić go przecież najszczerzej pragnął, jak domek z kart się rozsypał, jak wieżowiec w trakcie trzęsienia ziemi zawalił, i mózg mu wtedy napuchł, i co było zrobić ze sobą? Henio browaru w siebie nawlewał, tak że mu piana uszami wypłynęła, i do Pysi poszedł, w milczeniu pytanie zadał, na podłodze przysiadł, do łydki Pysi się przytulił, i tak milczeli, Pysia na krześle, on u jej stóp, na podłodze, minuty tak mijały, godziny, a oni milczeli, tylko Pysia włosy mu targała pieszczotą zmyślną, potem uśmiechnęła się do niego i wyszła, nie było jej długo, nie było jej do rana, całą noc z Kafiorem spędziła, robili to co im najlepiej wychodziło, to, w czym Henio nigdy Kafiorowi, biorąc pod uwagę pewne rozmiary, dorównać nie mógł, rano po czterech godzinach snu Henio na piwo się natknął, wypił je i wraz z Celcjuszem poszedł odwiedzić wszystkie knajpy w mieście, był piękny, słoneczny dzień, któryś września, na zadymionej i zatęchłej starówce siedzieli na ławce, łykając kolejny browar Henio wypowiedział swoje jedyne tego dnia zdanie, "Ale jestem wkurwiony" powiedział, wieczorem jak dotarli do domu Henia, obaj byli już tak wkurwieni, że z tej złości, w tym paskudnym stanie zdolni byli jedynie do obalenia niezbyt schłodzonej półlitrówki, no i ją, jako tę kobietę najwierniejszą, obalili bez słowa, "Henio, tak nie można..." powtarzam mu, biorę jego zapocony dziób w moje nie mniej spocone ręce, Henio siada na peronie, nogi zwiesza nad torami, próbuję go od tych torów odsunąć, bo jeszcze jaki sokista dupsko tu dotarga i trzeba będzie bić albo walić, Pysia po tej imprezce, szczególnej imprezce, wszak to u niej w domu rzecz miała miejsce, a ona miast gości widokiem swym cieszyć, to tylko Kafiorowi uroki ciała na poklask wystawiła, przez kilka tygodni nie pokazywała się Heniowi, za zachodnią granicę nogi przestawiła, wtedy o to wcale łatwo nie było, "To była jeszcze komuna?" pytam, "Już po" odpowiada Henio, w każdym razie Heniowi tylko kumple i wóda na ten czas pozostawali, ciężko z nim było, pamiętam, gdy był spokojniejszy, to mówił tylko, że czeka na telefon, jak Pysia zadzwoni,  to wszystko rzuca i zaraz do niej jedzie, "I już nie wracam!" dodawał głosem desperata, na szczęście nim Pysia ewentualny telefon zdołała wykonać, to do kraju powróciła, znów chyba problemy z Kafiorem miała, może nie zrozumiała, że z nimi to koniec, może sam Kafior zdanie zmienił, by je na powrót zmienić, u niego to pewne tylko było, że na pewno zdanie zmieni, w każdym razie Pysia telefon do Henia wykonała, Henio, w bagnie frustracji po uszy zatopiony, ze szczęścia do słuchawki aż zawył i migiem do Pysi pobiegł, przykładnie wieczór razem spędzili, było cholernie romantycznie, "Cudownie", siedzieli w pedalskiej knajpie, przy zielonym, okrągłym stoliku, trzymał ją za rękę, historia późniejsza dowiodła, że raczej to ona jego trzymać powinna, do tego czym innym, za co innego, gadali kilometry słów, Henio kreślił wzniosłe perspektywy ich wspólnego życia, Pysia słuchała, milcząco przyzwolenie deklarowała, to był czwartek, omówili się na poniedziałek, w międzyczasie Henio do Kafiora wpadł, a tam remonty, malowanka, tapetowanka, Henio w zdziwieniu i podziwie, Kafior nigdy tak pozytywnie do życia nastawiony nie był, więc mu Henio zasunął, że pierwszy raz widzi, żeby rozstanie z kobietą tak dobrze na niego podziałało, na to Kafior, mina kryminalisty złapanego na gorącym uczynku, że nie rozumie zbytnio, ale miło, że Henio tak sympatycznie o nim mówi, a tak w ogóle, to zaraz Pysia przyjdzie, to dla niej te remonty, bo Pysia postanowiła właśnie z nim zamieszkać, i moment wtedy taki nastał, że tylko bracia Marx byliby w stanie oddać nastrój, jaki w sercu Henia się zrodził, nogi jak rękawy do roboty zakasał, i tyle go Kafior widział, następny raz spotkali się po czterech latach, Pysi nie widział do wczoraj, "Tak naprawdę nie można" mówię do Henia, chyba wreszcie coś usłyszał, bo swe członki lekko nad ziemię unosi, prawie wstaje, wzrok mu z gołębim wdziękiem na tory właściwe powraca, oko na czymś z lewej strony zawiesza, patrzę także, bo i jest na co popatrzeć, talia artystycznie uwypuklająca uda, biust wysoko jak alpy zawieszony, popielate paznokcie, długie palce u nóg, w oczach ma chyba coś dzikiego, coś kosmicznego, bo Henio wzroku od niej oderwać nie może, jest któryś z dni tygodnia, mam w kieszeni dziesięć złotych, pewnie pójdziemy na wódkę.






4. COŚ W TOBIE ZE MNIE


Umówiłem się z Tarantulą na mieście, to brzmi niesamowicie, umówić się z Tarantulą na mieście! to jak pierwszy pobyt człowieka w przestrzeni kosmicznej, z Tarantulą na mieście?! tak, na mieście, to znaczy nie w domu, to znaczy nie u niej, tym bardziej u mnie, ale właśnie na mieście, z dala od naszych problemów, każdy z dala od swoich ulubionych miejsc, swoich wyuczonych zachowań, swoich fetyszów, niepotrzebnych szpargałów, z dala od codziennych myśli, wśród ludzi, pomiędzy cudzymi myślami, wewnątrz świata, w środku jego zabawnych rytuałów, obok cierpkiej poświaty słońca, tuż przed lepkim kolorem księżyca, tu i teraz, siedzimy i dumamy, ona naprzeciw mnie, ja naprzeciw niej, czas jest pojęciem względnym, w naszej długości geograficznej panuje akurat popołudnie, niczym zresztą nie różniące się od poprzedniego, jest dość ciepło, słońce nawet świeci, nie pada śnieg, nie pada deszcz, temperatura powyżej zera, myślę, że pięć stopni powyżej zera, mam na sobie czarne, sztruksowe spodnie, białą koszulę, niedbale rozpiętą, od głowy spoglądając, kurtkę ze świńskiej skóry w kolorze brązowym, Tarantula ma świeżo ścięte włosy, zwisające na długość niepełnego centymetra, w uszach kołyszą się fikuśne, okrągłe kolczyki w kolorze złotym, ubrana jest podobnie jak ja, w białą, luźną koszulę, na szyi ma czerwoną apaszkę, rozmawiamy o pogodzie, rozważamy jej wpływ na nasze samopoczucie, suponuję, iż z upływem lat staję się metereopatą, jestem nieco skonsternowany i to wcale nie z powodu pogody, rano Tarantula zadzwoniła do mnie, nie widzieliśmy się czas jakiś, ze cztery albo siedem dni, coś koło tego, powiedziała, że moglibyśmy się spotkać, ja odpowiedziałem, że mogę być za dwie godziny, ona na to, że może być nawet za cztery, ale spotkamy się nie u niej, tylko na mieście, nie skomentowałem, choć trudno było usunąć z tonacji mojego głosu objawy zdziwienia, wszak proponowałem odmianę w monotonii naszych spotkań już dawno temu, mówiłem o tym na pewno z dziesięć razy, albo i więcej, mówiłem, że świat nie kończy się na wsadzaniu i wyjmowaniu w wąskim przedpokoju, na suchej albo mokrej łechtaczce u progu sypialni, zresztą nigdy nawet w tej sypialni nie byłem, bo jeśli zdarzyło się, że buty mi zdjąć pozwoliła, to ćwiczenia uprawialiśmy w pokoju gościnnym, nigdy w jej łożu małżeńskim, to zabawne, ale po tym, co Tarantula ze swym ogierem przeszli razem, jak sobie do słuchu dali, to oni nadal w jednym łóżku sypiają, raz się nawet spytałem, czy mają chociaż oddzielne kołdry, odpowiedziała twierdząco, facet z babą w jednym łóżku, ona zdrowa, żadnego hifa, on bynajmniej nie sparaliżowany, ona w wieku po prokuratorskim, ale daleko przed klimakterium, on, wiadomo facet, ci to mogą do grobowej deski, i ani razu od stu lat, ani przerywany, ani pełny, nawet pieszczota jest tu zakazana, rozumiem Tarantulę, w końcu to jej decyzja, ale ten jej byczek, ten kliencik, co to żadnej kobiecie, jak twierdzi Tarantula, nie przepuści, przepuścić nie potrafi, jak on to znosi, to musi być coś głębszego, jakaś poważniejsza sprawka, siedzimy tak razem z Tarantulą, kelnerek z gorącym uśmiechem na lekko obrzmiałej twarzy doniósł nam właśnie dwa koniaki, moczymy języki, Tarantula zakłada nogę na nogę, ma granatowe majtki, jak rano do mnie zadzwoniła i podała nazwę tego lokaliku, to nie powstrzymałem się od uwagi, że pewnie po tej wizycie nie będziemy mogli już jadać w tej restauracji, taki stary dowcip o małżeństwie walczącym z niepłodnością, Tarantula ze śmiertelną powagą w głosie skwitowała to grymasem tchawicy, ale na wszelki wypadek ubrała się tak, że jakbyśmy nagle zapragnęli swoje ulubione zajęcie uskuteczniać, nie wiem, na przykład w toalecie, to nie będzie musiała godzinę się rozbierać, krótka spódnica z łatwym do pokonania zamkiem, zapatrzyłem się w ten jej żorżetowy ekwipunek, łokcie i siła woli sprawiają, że utrzymuję wzrok na przyzwoitej wysokości, ona dostrzega to i barwi usta lubieżnym uśmieszkiem, "Wrócił" mówi, ja skinam głową na znak, że słyszę, "Wieczorem" dodaje, uśmiecham się, "W ogóle się nie wytłumaczył" znów dodaje, a ja znów w milczeniu uśmiech inscenizuję i po łyk cierpkiego napoju sięgam, "Kiedyś go zamorduję" kontynuuje, patrząc w okno, patrząc na ludzi za tym oknem, milczę jak grób, jak świnka morska w metalowej klatce, mogłaby go zamordować, myślę, to byłoby nawet zabawne, ciekawe, czy i mnie przypadłaby w tym jakaś rola, pewnie musiałbym zająć się zwłokami, jakoś je zneutralizować, tak podziałać, by winowajczyni nie musiała swego czynu odpokutowywać, po tym wszystkim może bym ją przelecieć nawet musiał, wlot i wylot, to dobrze jej robi, pewnie rozładowałbym jej zszargane nerwy, w najgorszym razie zrobiłbym jej soku wieloowocowego z dwiema kostkami lodu i mocno zarumienioną grzankę z miodem, położyłbym ją do łóżka i powiedział do ucha, to nic mała, nic się nie stało, wszystkim się zajmę, śpij! tak by pewnie było, pewnie ona tak sobie to wyobraża, potem wrzuciłbym ciało jej facecika do szamba na tyłach domu i to szambo  przypadkiem zalałbym betonem, taka drobna niedogodność, na tyłach działki ciągle jacyś robotnicy budują im garaż, to trwa już chyba z rok albo dłużej, brygada matki bolesnej, jak z rana nie obalą ze dwa piwa na głowę, to w ogóle nie przystępują do pracy, w przerwie śniadaniowej obalają po dwa następne i wtedy, jak nie jest za ciepło, to jeszcze wracają do pracy, i tak bystrzaki rzeźbią w tym betonie, że końca nie widać, więc sobie myślę, że w końcu, przypadkiem zaprawa mogłaby się do tego szamba wylać, nikt by chyba sprawy kryminalnej z tego nie udziergał, "No to go zabij" w końcu wypluwam z siebie jakieś zdanie, w końcu to nie wypada, żeby facet z kobietą, taką kobietą! bez słowa w miejscu publicznym siedział i tylko myślami ją, jak kobietę nieco lżejszych obyczajów, rżnął na prawo i lewo, z tył i od przodu, Tarantula brwi roluje, jak kot się przeciąga, kelner przynosi kolejny koniak, rozglądam się wokół siebie jakbym czegoś szukał, "Mam pieniądze" opowiada na moje pytanie i zaczyna czytać kartę, słowo po słowie, litera po literze, mam ochotę wyjść, na razie idę tylko do toalety, normalnie to chodzę do kibla, ale nie dziś, nie w tym miejscu, nie w obecności Tarantuli, teraz idę do toalety! i przez moment myślę by wojownika przeflancować, bo ciągle mam w pamięci widok jej granatowych majtek, i tego co w tych majtkach jak skarb najdroższy schowane, ale rezygnuję, bo w kiblu, sorry?! w toalecie, nastrój raczej nie ten, zapach wczorajszych skarpetek szefa, taki klimat, oddaję tylko mocz, myję ręce i już przy mojej pani jak piesek warowanie ponawiam, mija kolejny kwadrans, potem drugi i trzeci, siódmy i czternasty, robi się późno, na dworze ciemno, nie za przytulnie, "Co dalej?" pytam, bo ja tu słuchacz jedynie jestem, a Tarantula ostatni kwadrans język w kieliszku trzymała, patrzę na nią, oczyma lustro jej twarzy inwigiluję, myśli, wskazówek jakichś na tej twarzyczce poszukuję, kwiatuszek ma już chyba dym, bo wesolutki się robi, na twarzy rysuje sobie drobny, ale oczywisty uśmieszek, wzrokiem wskazuje na kibelek, toaletę! więc wstaję, ona wstaje, chwytam ją za rękę, w ułamku sekundy jesteśmy sami, przekluczam rygielek, jesteśmy w damskiej części kibelka-toalety, nawet przyjemnie, w każdym razie w porównaniu z męskim odpowiednikiem, cóż, kobiety są czystsze albo przynajmniej częściej używają dodatkowych zapachów, Tarantula chwyta zębami moje lewe ucho, zawsze chwyta najpierw lewe, a że nie zawsze czasu na prawe starcza, to niekiedy patrząc w lustro mam wrażenie, że lewo ucho cokolwiek mi urosło, powiększyło się od czasu jak poznałem Tarantulę, od tych dwóch, trzech prawie lat, to był jakiś sylwester, tak, to był nawet udany sylwester, duże, jasne mieszkanie, od progu jest mi wesoło, bo właśnie dawną miłość wzrokiem namierzyłem, rozmawiamy sto lat, z jednego słowa drugie słowo niby pleśń wyłazi, jak to w przypadku każdej starej miłości, muzyka rzeźbi czas, jest nie za ciemno, nie za cicho, można ryjek w tle przytrzymać, tak by nikt od ciebie niczego nie chciał, niczego nie proponował, mija sekunda za sekundą, jest cholernie dobrze, biorę starą miłość i schodzimy na dolny pokład, nawet sam zdejmuję jej majtki i w kostkę na krzesełku układam, wokół panuje rozkoszna powolność, po kwadransie jesteśmy z powrotem na górze, między łykiem piwa a łykiem wódki dostrzegam niewinną buźkę, do buźki trochę ciała doczepione, sukienka tuż za kolana, granatowa i czarna, warkocz kilkunastocentymetrowy, długie i szczupłe nogi, trochę zbyt obfite łydki, obok niej siedzi klient, dość przyciężkawy w całokształcie, i dowcip i tusza, w głowie same wióry - typuję, i gada do niej tak, że żal patrzeć jak stworzenie się męczy, litością powodowany biorę kobietkę o niewinnej buzi na plac boju, rękę wysuwam jak podajnik przed siebie, ona łapie w mig moją koncepcję, jesteśmy razem na parkiecie, tulę ją jak kwiat od wieków nie podlewany, przed upływem jednego kawałka maleństwo rozkwita, kielich przeogromny rozwiera, chcę w niej zatopić obsuszone usta, delikatnie mnie odsuwa, tak delikatnie, bym się czasem nie zniechęcił, wypowiada swoje imię, ja na to swoje i dodaję, że to jej imię, ten jej szyld nie podoba mi się specjalnie, taki prosty, prostacki, ani trochę do niej nie pasuje, "Masz taką interesująca twarz!?" walę przed siebie, armaty i działa przeciwpancerne targam z hangarów, ale to w końcu podryw! "Kurcze! nie możesz mieć tak trywialnego imienia?!" kontrofensywa na oślep trochę, "Mów mi Tarantula" odrzeka, a ja czytam temat bez błędu, wszystko rozumiem, jakbym fakultety z kobiecych reakcji na bodźce pobierał, robi się późno, proponuję spacer, odpowiada, że w tej chwili nie bardzo, mówi, że może za dwa dni, mówi, że może bym jej telefon zostawił, "Tak" odrzekam, przystaję na ten mezalians, i wracam do mojej dawnej miłości, trwonimy czas przy jakimś rumbowatym numerze, zaraz mi kolana z orbit wyskoczą, wlewam w siebie sto kilo wódy, alkohol pieści mi czoło, dyma mnie od tył, jak jakiś alfonsik, tak że wypadam z baliku na powietrze, głowa mi pulsuje, od zimna umysł pracować na chwilę zaczyna, więc wracam natychmiast, Tarantula mocz właśnie oddaje, wbiegam do kibelka, nie toalety! i do kolan jej padam, nie z miłości a z przepicia jeno, noga mi się omsknęła na śliskiej podłodze, wykonuję potrójne salto z podrzutem przepracowanych jąder i w rękach Tarantuli ląduje szczęśliwie moja wygnieciona, na wpół złożona wizytówka, na niej numer telefonu i mój uśmiech, potem mogę już zanurzyć się w skutkach działania cedwahapięćoha, jest prawie rano, prawie nowy rok, pada śnieg, coś bym wypił, gdzieś bym usta, w czymś mokrym zatopił, i to uczucie, tak wtedy, w tego sylwestra, tak i teraz duszą mą targa, durnia ze mnie robi, drwi sobie, jakbym tu numer cyrkowy niewiadomo dla kogo odstawiał, "Coś bym wypił" mówię do Tarantuli, gdy wracamy do stolika, Tarantula, wiercąc się na krześle, daje sygnał kelnerowi, jeszcze raz koniak! zamawia, kuprem swoim pięknym o poszycie krzesła delikatnie pociera, "Coś tam we mnie z ciebie pozostało" tłumaczy się, a ja oczy szerzej otwieram, wszak, jak dotąd, nic bardziej poetyckiego od niej jeszcze nie usłyszałem.

"Ja będę Remarque, a ty będziesz Bukowski" proponuje Henio, siadając na drewnianej ławie, tyłek opuszczając jak kurtynę po ciężkim dniu, po nastu godzinach stania w kolejkach, po stu latach biegania po urzędach, papier w lewo, papier w prawo, uśmiech dla pani Krysi, dupcia dla pani Jadzi, Henio dobry ojciec rodziny, Henio małżonek układny, po prostu na mieście załatwiał tonę sprawunków, "Ty uważaj, jeszcze w banku pracować będziesz" tak mu mówię, tak mu dopiekam, donosi do naszego stolika dwa kufle piwa, ciężkie jakby z ołowiu były, jakby w nich cały sens życia pomieszczony został, piana tańczy na brzegach naczynia, w tle świergoli muzyka, nie pytajcie jaka, Henio pewnie wie, on tam wszystko wie, wszystko w tych dźwiękach kuma, no i kładzie Henio dupsko swe, swoje nie duże cztery litery na ten drewniany pomost, plecy sterane opiera i mordę całą w pianie zanurza, ja podobnie, przedtem duchy odpędzamy, waląc szkłem o szkło, "Ale życie, kurwa!" usta obciera z nadmiaru piany, łyk jeszcze jeden bierze, pewnie od tego mądrzejszy będzie, "Nóg w dupie nie czuję" to znowu on, poeta! język ornamentami zdobi, jakby do kaczek przed świętami z dubeltówki celował, no tak, ale Henio powód miał, przyczynę cholernie ważną wziął w posiadanie, żeby tak na mieście grasować, żeby tak na mieście na drobne się rozmieniać, dech tracić, wszelkie poczucie, poczucie wszystkiego wobec wszystkich, Henio miał motywację, by tak ducha na mieście zatracać, "Chyba znów ją kocham" gada jakbym tego nie wiedział, jakbym myślał, że dla własnego widzimisie czasu tyle namarnował, nie, on by przecież dnia całego na mieście nie skonsumował bez widocznego powodu, tak po prostu, dla jaj, dla czegoś podobnego, wzrokiem zabijam kelnera, niech tych browarów donosi ile się da, bo dzisiaj z Heniem to będzie większa przeprawa, ja już wolałem jak on te swoje kobiety kochał jedynie, jak się w nich bez ustanku podkochiwał, jak tylko o tym kochaniu gadał i gadał, wiersze pisywał, leżeliśmy sobie obaj w kącie, obaj wypełnieni tanim browarem albo niekoszerną czyściochą, kompakty na niebie latały, czy to dżezy, czy te hardkory, fajnie było, nigdzie Henio dupy ruszać nie musiał, te jego miłości tego nie wymagały, raz co prawda jeździł do jednej laseczki ze dwieście kilometrów, "Raz tylko pojechałem", tak, tak, pojechał, w pociąg wsiadł i pojechał, miała czarne włosy, "cudowną" barwę głosu, zapatrzona w niego była, tak że świat poza Heniem dla niej nie istniał, miała ze dwa lata więcej niż Henio, nie pamiętam dokładnie, gdzie ją zarwał, chyba na jakimś wyjeździe, znowu interesy pewne realizował, już nie z Kafiorem spółka, ale na własny koszt handelek jakiś dziergał, spożywka to chyba była, tak że mała imprezka mu się na tym wyjeździe skroiła, wiadomo, tańce, inne gimnastyczne swawole, nudził się, czas musiał jakoś pokonać, do świtu było daleko, a tu mu się pod rękę stworzonko o ciepłym głosie nawinęło, to Henio dwa razy się nie zastanawiał, myk i laseczce zęby liczyć zaczął, kobieta była niska, miała duży biust, Henio łupania w kręgosłupie od tego pocałunku dostał, tak go, kurwa, w lędźwiach zapiło, że sobie pomyślał, że wierszy jej ostatecznie czytać nie musi, zresztą nie miał swojego podręcznego kajeciku, a improwizować nie ma w zwyczaju, lasce kazał usiąść na kanapie, on przy jej krawędzi jak kuropatwa przysiadł i ten jej biust pokaźny tarmosić zaczął, laska z dotychczasowego życia przepytywać go zaczęła, jemu, wbrew naturze, gadać się specjalnie nie chciało, nawet przez moment pomyślał, że możnaby to stworzonko do łóżka zaciągnąć, tak! on o dupczeniu najpierw pomyślał!? w końcu mu się odechciało, ale z rana, robić nie było co specjalnie, to kruszynę, choć w zasadzie jakby zeszczuplała, to wszystkim na dobre by wyszło, na spacer zabrał, pół dnia wędrowali, Henio pomyślał, że czemu by nie, więc jak kurczaki całować się zaczęli, czas mijał, w sumie było przyjemnie, kobietka miała naprawdę "cudowny" głos, potem, jak z nią przez telefon gadał, codzień prawie do niego dzwoniła! w sumie to był nie jego scenariusz, żeby laska za nim biegała, a nie odwrotnie?! więc postanowił z ciekawości temat kontynuować i zabukował pociąg do Santa Viollina, bo z stamtąd kruszyna pochodziła, tam życie swe, nie do końca sensowne, wiodła, pojechał, spędzili razem całkiem udany dzień, poznał kilka udanych lokalików, jeden miał nawet manhattan w tytule, było trochę śmiechu, trzymali się za ręce, nawet jej jeden wiersz z pamięci zacytował, potem, nie wiedząc dokładnie dlaczego, zaprosił ją do siebie, przyjechała po tygodniu, byli na pizzy, browar wypili, potem znów ją za rękę trzymał, i jak ją za tę rękę potrzymał ze dwa, trzy kwadranse, to nagle poczuł, że nie, że to nie tak, o Duni zaczął myśleć, o Duni marzyć, Dunia utracona mu przed oczyma jak posąg stanęła, kolejna przegrana miłość, choć ta z cyklu globalnych, krwawych, pełnych ofiar i prób samobójczych, i puszką się dla niej kaleczył, i z okna na pierwszym piętrze skakał, wierszy to chyba najwięcej dla niej napisał, tak więc poczuł w lędźwiach, że już się panienki z Santa Viollina za rękę natrzymał, a że Henio to sama uczciwość, sama esencja szczerości, tak więc to było ich ostatnie spotkanie, potem były jeszcze telefony, trochę ją zwodził, trochę mówił, że abece, a myślał, że iksigrekzet, w końcu telefony umilkły, Henio potem przede mną się przyznał, że była nie dość ładna, nie dość atrakcyjna, w sumie nie była warta specjalnego zachodu, ale to jedynie wyjątek potwierdzający regułę, to o niczym nie stanowi, wiadomo, Henio to się w swym życiu, nie za długim, tylko nieszczęśliwie zakochiwał, obiekty jego poetyckich westchnień zazwyczaj miały plany, harmonogramy zajęć, nie przewidujące udziału w nich Henia, tak że czasu dla mnie zawsze tyle miał, że i na kilku takich kliencików by wystarczyło, i każdy byłby literacko zaspokojony, a tu masz, przyjechała taka Pysia, fakt, że byłoby z nią co w łóżku robić, ale żeby od razu na mieście cały dzień spędzić, tak że ja na niego z godzinę czekać muszę, jak trep jakiś, ja generalnie to protestuję, Henio! jak ta Pysia ma cię, jak wywłokę, po mieście targać częściej, to ja się z tej bajki wypisuję, szukaj sobie innego frajera, nie ja, nie w tej roli, Henio uśmiecha się, zęby szczerzy, jęzor w kuflu moczy jak ścierkę, "Dzięki za zero pretensji" mówi, bo ja przecież jak grób od paru chwil milczę, "To ja już będę tym Bukowskim" odpowiadam i do milczenia powracam, wczoraj zresztą też na mieście spędziłem kilka chwil, ale to było materialnie uzasadnione, to z potrzeby chleba codziennego, wiadomo, jak teraz Mariannie C. szacunku tyle okazałem, to trzeba o własnym układzie pokarmowym pomyśleć, coś korzystnego wynaleźć, tak by było co do przysłowiowego garnka włożyć, więc dotarłem do takiego facecika, metr sześćdziesiąt w kowbojskim kapeluszu, człowiek czynu, w sekundzie targu dobiliśmy, tak że jeszcze zdążyłem do Tarantuli wpaść na moment, jak do kolonialki, nawet się zapytała, jak tam u mnie z kasą stoi, odparłem, że jakoś idzie, ale fakt, na mieście pieprzyć się będziemy raczej nie na mój rachunek, jutro zaczynam, będzie na wódkę od czasu do czasu, usta w podkówkę zrobiła, niby liczyć na nią mogę w każdym momencie! "To ja jestem Remarque" odpala Henio, i oczyma łypać na laskę po lasce zaczynamy, wzrokiem każdą mierzymy, ja przeważnie od stóp zaczynam, Henio od głowy rzecz jasna leci, ach te oczy! tak że spotykamy się mniej więcej na wysokości najważniejszej, przynajmniej dla pijanego faceta, części kobiecego ciała, na kartce zapisujemy notowania, i tak aż nam się dzień ku upadkowi schyli, "Pysia myśli byście coś razem wywinęli?" pytam, by o czymś gadać, "Tak, bo Pysia...." zaczyna z takim entuzjazmem, że zaraz go słuchać przestaję, chyba dryndnę do Tarantuli, z nią to przynajmniej wszystko jest na swoim miejscu ustawione, wiem, po co jestem, dlaczego jest tak, a nie inaczej, "Henio? A ta?" zmieniam kierunek jego myśli, "Piątka, co najwyżej" odpowiada, fakt, nie za udane stworzenie, ale nikt nie jest przecież idealny, a z nudów to człowiek i Mont Everest gotów był zdobywać, wstaję i podchodzę do stworzenia, piątki w heniowej skali, "Nie spytam cię jak ci leci, bo wrażliwy jestem, ale może postawić ci piwo?" pytam ją, spogląda na mnie, chwila drobnej kalkulacji spada jej z czoła, "Nie powiem ci spierdalaj, ale może innym razem" odpowiada beznamiętnym wyrazem twarzy, bez słowa oddalam się i zdaję relację Heniowi z owoców konwersacji, macham na kelnera, niech zasuwa, w końcu nie mnie tu płacą za przebieranie nogami z kuflem w ręku, opowiadam Heniowi o pracy, przynajmniej do przyjazdu Pysi był nią zainteresowany, teraz chyba nie bardzo, on teraz, przy Pysi, musi poważną robotę zorganizować, mówię mu, że od poważnej roboty to tylko wrzodów dostać można, w końcu kto to lepiej wie niż ja, ale słuchał głuchy niemowy, inna bajka, Pysia! Pysia! Pysia!!! kurwa, czy na świecie są jeszcze inne imiona?

Pada śnieg!? naprawdę pada śnieg, w sumie to żadna atrakcja w środku marca, ale przy mojej postępującej metereopatii ja już tylko kwiatki w słoneczny dzień, na łące pragnę zbierać, żadne mi tu chmury! żadne porywiste wiatry! ma być ciepło i ma to żółte, okrągłe świecić bez ustanku, ani na moment ma się to kółko nie chować, absolutnie nie ma mowy, żeby chłodno i mokro było, Tarantula, mrucząc z zadowolenia, spina włosy swojej kilkuletniej pociechy, warkocz z tego powstaje, długi jak koński ogon, patrzę na nie stojąc w drzwiach ich mieszkania, mała Tatantulka szczerzy do mnie zęby w uśmiechu zalotnej kobietki, gdy na nią patrzę mam wrażenie, że jak podrośnie, to stara Tarantula będzie musiała kanałami po mieście zasuwać, wstyd będzie przy córce stanąć tak na otwartym powietrzu, mała Tarantula do figury mamusi jeszcze ciemną karnację tatusia w genach dostała, tak że za kilkanaście latek to dopiero będzie! strach się bać, jestem już zapisany na liście oczekujących, będę wtedy przed pięćdziesiątką, nie najgorszy wiek na zaliczanie smarkaterii, jeszcze coś ta kruszyna malutka będzie ze mnie miała, z tym że ona, już wtedy, taka mała nie będzie, wyraźnie widać, że nogi, biodra, te partie, to po mamie posiadła, wzrost chyba też, może także za sport jakiś się weźmie, nie wiem, turlanie jąder, picie wody brzozowej z gwinta, dziurawienie koszy, dla Tarantuli edukacja ruchowa córeczki to punkt kluczowy, oczko w tak zwanej głowie, uwielbia opowiadać jak mała marzenia o sukcesie sportowym ziści, jak się za mamusię odkuje na wszystkich i wielką karierę zrobi, nie tak jak Tarantula, która talent niebios na drobne rozmieniła, oczywiście wszystko przez tego jej orangutana, ale w sobie też pełno winy dostrzega, trener mówił do niej zawsze, mała, tylko uważaj na siebie, szkoda by było naszą wspólną pracę zmarnować, miała wtedy piętnaście lat, sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, kończyła właśnie szkołę podstawową i przenosiła się z drużyny młodzieżowej do juniorskiej, świat, niczym wielka i tłusta kurwa, stał przed nią tak zwanym otworem, nie miała jeszcze siedemnastu lat, jak zadebiutowała w lidze seniorskiej, grała wysoką skrzydłową albo centra, częściej jednak dalej od kosza, na centra była za słaba fizycznie, choć gibka i skoczna, ale na centra za mało miała mięśni, za mało tłuszczu, masy ciała, naprawdę była wtedy dobra, dokładnie w osiemnaste urodziny zadebiutowała w reprezentacji, i dokładnie w te urodziny nie wytrzymało jej kolano, tak że pół roku spędziła w wiklinowym fotelu, ścielonym ocieplanym pledem, a jak już wróciła do gry, a potem do dawnej formy, to jej klub podupadać zaczął, stare dziewczyny nie chciały grać za friko, trener wstawiał do składu same smarkate, Tarantula nie miała dwudziestu lat, a była najbardziej doświadczoną dziewczyną w pierwszej piątce, oczywiście spadły do drugiej ligi, na mecze jeździły do zabitych dechami pipidówek, Tarantula poznała swojego przyszłego ogierka, był nawet moment, że nie wiedziała, leon czy dzieciaki? ale po pół roku udawania koszykówki przyjechał do niej gruby gość z aktówką pieniędzy, dał do podpisania papier, Tarantula podpisała, nazajutrz kupiła sobie kilka ciuchów i poszła do lekarza, powiedział jej, że to dziewiąty tydzień, może jeszcze z miesiąc, półtora pograć, potem radzi trampki na kołku zawiesić, Tarantula łzami się zalała, zadzwoniła zaraz do grubego i powiedziała, bo nie lubi kantów, że chyba trzeba podrzeć ten papier, ona odda wszystkie pieniądze, gruby wpadł w panikę, rzucił słuchawką, przedtem kazał stawić się na pierwszy trening jak było ustalone, po czasie jakimś okazało się, że transfer Tarantuli to była osobista inicjatywa grubego, nie wiadomo dokładnie, skąd wziął kasę, prawdopodobnie zrobił lewą zrzutę wśród byznesmanów i nie mógł się z tematu wycofać, nie mogło wyjść na jaw, że on kupę kasy za wydymaną dupę zapłacił, Tarantula przyszła na pierwszy trening, starała się jak mogła, inne, stare ropy także się starały, zwłaszcza jedna, którą gruby dodatkowo umotywował, efekt tego trenowania był taki, że Tarantula miała otwarte złamanie prawej nogi, na dobrą sprawę koniec tematu koszykarskiego, jak jej orangutan do szpitala z kwiatami przyszedł, spytała się tylko, czy nie mógł jej posunąć dwa dni później, i jeszcze mu bajkę o wężu opowiedziała, facecik na pięcie się odwrócił i nie widziała go pół roku, spotkali się na tydzień przed porodem, Tarantula wyglądała z brzuchem tak pięknie, że gość się oświadczył, a ona, bez grosza przy duszy, kątem u koleżanki, nawet się nie zastanawiała, ślub wzięli jak mała Tatantulka miała dwa tygodnie, jeden dzień ślub, drugi chrzciny, jej facecik coś tam studiował, przez rok żyli z odszkodowania, gruby miał gest przy podpisywaniu kontraktu, może z głupoty to zrobił, w każdym razie było przyzwoite ubezpieczenie w kontrakcie i Tarantula miała z czego przeżyć kilkanaście miesięcy, potem poszła do pracy, coś tam dziergała, ale to były groszowe sprawy, nie miała przecież nawet matury, a tu komuna się rypła i do roboty poważnej głowa okazywała się potrzebna, orangutanik dostał dyplomik, w międzyczasie sam jej powiedział, kogo i ile razy z tej okazji kutasem swym potraktował, Tarantula zalała się łzami, ale ani razu mu nie powiedziała, i wtedy, i do teraz, że życie jej zmarnował, że teraz to by pewnie miała ładny dom pod Paryżem i dobry kontrakt jak Małgosia Dydek, nigdy mu tak nie powiedziała, tylko małej Tarantuli do ucha zawsze szeptała, że jakby tylko mogła ich razem jakoś utrzymać, jakby tylko mogła z czegoś kasy trochę uzbierać, to zaraz w świat by ruszyła, bez jednej walizki, z małą pod ręką, ale w takich chwilach to tylko album ogromny z szafki wyciągała i z małą Tarantulą cały wieczór, zdjęcie po zdjęciu z przejęciem kartkowały, potem z tego wszystkiego, z tej nudy codziennej, tego patrzenia na karierkę małżonka, na wyciągi z jego konta, z tego wysłuchiwania, że wszystko, co od życia otrzymała, jemu i jego pieniądzom zawdzięcza, od tego uporczywego wyczekiwania aż on kolejną laskę zaliczy, w tego jasnego, ciepłego sylwestra poznała mnie, jakiś tydzień później zadzwoniła, powiedziała, że mała już śpi, żebym do niej przyjechał i zaszedł od podwórza, w progu zdjęła ze mnie kurtkę i powiedziała, żebym to szybko zrobił, od razu, jak tylko metę osiągnąłem, odsunęła się ode mnie i powiedziała, że zadzwoni, i żebym się pośpieszył, bo jej facecik może zapragnąć zimnego browaru, a w meczu zaraz będzie przerwa, zdębiałem trochę i już mnie nie było, kolejny telefon był dłuższy, przeprosiła mnie, powiedziała, że najważniejsze to mieć za sobą pierwszy raz, bym wpadł nazajutrz wieczorem, teraz włosy małej Tarantuli tarmosi, już chyba z kwadrans je czesze, znów spędziłem z nią całą noc, nie zadaję żadnych pytań, choć to już druga nasza noc w tym tygodniu, kończę pakować jej rzeczy, wyjeżdżamy na cały weekend, mają domek nad jeziorem, jej facecik dostał go w ramach angażu do nowej firmy, która podkupiła go ze starej, między innymi, wizją właśnie takiego miejsca, przeznaczonego do użytkowania na czas kontraktu, więc jedziemy tam we troje, nawet się nie zapytałem, co na to, na ten nasz trójkącik mała Tarantula powie, o nic się już nie pytam, robię co mi karze, nic więcej, nie musimy nawet ze sobą rozmawiać, tego nie przewiduje nasz kontrakt, kupiła mi walkmana, mam go często na uszach, wziąłem parę kaset od Henia, "Jeszcze sekundę" mówi i pisze na kartce parę słów do swojego facecika, zostawia obiad do odgrzania, listę zakupów do zrobienia przy sobocie, "On wcale nie jest taki zły" mówi, a ja torby zaczynam do auta wynosić, trzy ogromne torby i mój skórzany podręcznik, zmiana bielizny, szczoteczka do zębów, zapach, ręcznik, książka, tomik wierszy Henia, specjalnie na jej prośbę, dwie wódki, pełne i duże, i to wszystko, Tarantula jeszcze jedną walizę donosi, uśmiecha się, całuje mnie w policzek, wsadza małą do auta, daje mi kluczyki, "Poprowadzisz" wydaje dyspozycję, dygam w ramach akceptacji, wypogadza się na szarym od smogu niebie, może nawet zaświeci słońce, wciskam sprzęgło, rozpalam stacyjkę, samochód powoli zsuwa się z podjazdu.



5. SOBOTA ALBO CZWARTEK


Użala się nad sobą jakby szkaradą jakąś była, jakby jej z uszu rogi, a z oczu maszty jakieś wystawały, jakby cierniową koronę miast czarnych i krwistych brew miała, jakby łopaty niby widły, miast szczupłych palcy, u podnóża rąk jej sterczały, jakby w miejsce nóg kołki drewniane, z kory nieodarte, od pasa ku dołowi horyzont jej wyznaczały, "Nie mam przecież dwudziestu lat" mówi, kwili, to nie jest monolog, to nie jest dialog, siedzimy na przeciw siebie, ja słucham, ona gada, nic innego, ciekawszego do roboty nie mamy, mała Tarantula w piaskownicy nową rzeczywistość tworzy, "I całe szczęście" odpowiadam w kontekście jej metryki i gały w nią wlepiam, bo słów mi w temacie brakuje, tyle impresji na tle jej wyglądu usta moje dotychczas uplotły, wszak podziwiam ją całą, i stopy, i czubek prawie łysej głowy, jest na czym oko zaczepić, na czym palce oprzeć, ona jednak, mimo tych pieśni wielbiących, we frustracji jak pobliskim bagnie wciąż tonie, bo jak rano wstaje to od razu piękna nie jest, tego piękna od razu nie widać, i najpierw w lustrze to tylko potwora jakiegoś dostrzega, a boskość jej twarzy retuszy wymaga, zabiegów paru, ołów i kreda, inne metale ciężkie, kolory, cienie, smakowite dodatki z lisich wnętrzności, pocieszam ją palec w oko wbijając, gadam jej, że piękna ona z rana samego być nie może, tak to już jest, takie czasy, inaczej nie jest, inaczej nie będzie już nigdy, lecz gdy ona, dodaję, po trzech kwadransach łazienkowych figli do życia powraca, to jakby bogini z popiołów się rodziła, i wtedy czasoprzestrzeń innego wymiaru nabiera, wtedy jest tak jak być powinno, gdy na miasto wychodzi to faceci nogi sobie łamią o krawędzie chodników, a baby z zazdrości napalmem się polewają, i bardzo dobrze, i tak ma być, i to jest prawidłowe, wszystko gra, po to kobieta urodę posiadła, by ją wokół siebie jak lampki na choince rozwieszała, a cały świat niby ten święty mikołaj, dziadek mróz prezenty u jej podnóża układać ma, świąteczne gadżety, i niech wszyscy będą szczęśliwi, tak od razu, i niech wiecznie to trwa, i tak na nią patrzę i śmiech mną trzęsie, ale w tym śmiechu uśmiecham się dodatkowo, żeby Tarantula nie pomyślała, że ja tak z niej, niby z wiejskiej baby, w ten rechot popadam, zresztą, co ja tu?! co ja za interes mogę z tego mieć, że ona mi do śmiechu daje, żaden interes! ja do niej nic nie mam, jest piękna, tak! na pewno jest piękna, do brzydkiej bym przecież nie zachodził, jest w każdym swym centymetrze sześciennym w porządku, a ja? moja skromna rólka? tylko życie jej sobą upiększam, przyozdabiam, przyprawa jakaś jestem, drobny ornament i więcej już nic, ani kropli więcej, choć z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień wrażenia takiego dostaję, że mi w tym byznesie obowiązków zdecydowanie przybywa, paleta moich zadań rośnie, rozbrzmiewa, pulchnieje jak ciasto drożdżowe, już nie tylko fizyka przy porannej kawie, ale ja teraz recenzent paniowej urody stałem się najpierwszy, codzień jak papuga przypominać muszę, oświadczenia wydawać, żeś ty pani, królową jest najpiękniejszą na świecie! ja tu, jak jakieś czarodziejskie zwierciadełko, jak katarynka w przekonaniu utwierdzać muszę, tak pani! tyś jest ta jedyna, cudowniejszej niewiasty świat jeszcze nie spłodził, ona na moment zapomnieć nie może o niezwykłości swej urody, inni to sobie mogą gadać co chcą, ale ja mam jej ciągle mówić, że ona piękna jest i koniec! tylko moje zdanie się teraz liczy, niby jej facecik to ślepy na oczy jest, niby on nie widzi, kto ona, jaka ona, i z góry spoglądając, i z dołu patrząc, niby on taki tępy magisterek, karierkę głową robi, nie mięśniami, on niby nie widzi, że Tarantula rozkwita, pęki codzień nowe wypuszcza? ale przecież to nie jest ważne, tak jej czasami gadam, to nie jest najważniejsze, kto brzydki, kto piękny, kto wzdłużny, kto podłużny, istotne jest to, kto to zauważa, kto o tym mówi, głośno i wyraźnie, i kto z tego użytek jakiś robi, "Idę na spacer" komunikuję i wstaję, dzień się przetarł, do jaskrawości doszedł, jest ciepło, słońce, takie klimaty, dla początkującego metereopaty sytuacja ciekawa, moment doskonały na spacer, na obcowanie z przyrodą, na bezwzględne dymanie jej atrybutów, to odpowiednia chwila na więcej niż parę kroków przy wtórze rozgrzanego, podnieconego słońca, na parę kroków w upatrzonym kierunku, jest sobota albo czwartek, czuć weekendem w powietrzu, jak rybą zwietrzałą, wiadomo, są dwie rzeczy, które pachną jak ryba, jedna z nich to ryba, wczoraj pierwszy raz u faceta metr sześćdziesiąt w kowbojskim kapeluszu byłem, pierwsze diengi dostałem, many jakieś połuczyłem, niezły chyba byłem, klimaty pokumałem, bo i ból w krzyżu, i ręce obolałe, wojownik obrzmiały jakbym ze trzy dziewice życia nauczył, a dodatkowo, nie wiem czy na zachętę, czy klient pedał jakiś, inne robactwo?! koniec końców, tej kasy sporo dostałem, dniówka plus na deser prawie następna dniówka, nie wiem, żonę ma przy potrzebie, czy co?! tyle tej kasy zaliczyłem, że mi na dwie pokaźne flaszki gorzały starczyło i teraz z Tarantulą łykend przyjemny mi się kroi, drynkasa porannego właśnie ukończyłem, dno skurczybykowi pokazałem, do układu pokarmowego klienta w zdrowiu dostarczyłem, a u tego faceta, do tematu dżoba wracając, nabiegałem się trochę, fizyczność nadszarpnąłem, on zdziwiony, niby po minie widać, że w życiu to ja raczej głową, nie mięśniami na chleb zarabiałem, jemu to wsio równo, jemu nic do tego, jemu ani tak, ani nie, tylko pod koniec się spytał, czy u mnie wszystko w porządku, czy gra całość jak należy, i z uśmiechem po plecach mnie poklepał małą dłonią, wysoko ku górze, z racji mego wzrostu, uniesioną, "Wszystko pasuje gościu" usłyszał ode mnie, na odchodnym w kieszonkę kurtki wetknął mi parę banknotów, gęba mu się roześmiała, ja też zadowolony, szczęśliwy stamtąd wylazłem, jak pies zjebany, wyżymany, ale kontent, w spokoju ducha, nie jak od tej całej, jak mówię Marianna C. to jeszcze epitet na przodzie winienem dodawać, więc nie tak jak od niej, w odruchu wymiotnym, z mrowieniem w nadgarstkach, bo jak co rano do Marianny C. na służbę dreptałem, to ból fizyczny czułem, nogi mi do tył same się wykręcały, i to doprawdy godne uznania najwyższego, że ja jej na twarzy dłoni choć raz nie oparłem, że niby ja porywczy?! gdybym ja był porywczy, to ona by miliony na dentystę wydawać musiała, ta cała Marianna C., o robaku powiem cieplej, więc ona, że ze mnie kurwichę zrobiła, że mi drzwi otwarte na oścież pokazała, to nic, to w końcu można racjonalnie wytłumaczyć, to się nazywa kompleks jamnika, on taki mały, choć piękny, większym zazdrości, że są duzi, to tak jak z małymi blondynami, ten sam klimat, nie dość zatem, że ona ze mnie Dyzmę zrobiła, to jeszcze na środek wsi wylazła, popatrzyła, czy wszyscy gały rozdziawili, i paplać zaczęła, jaki to ja nie jestem, po pierwsze a - arogancki, po drugie b - leniwy, po trzecie c - nielojalny, jak z prawej spojrzeć to cuchnie, jak z góry gały rozewrzeć to puchnie, takie klimaciki, czy można jeszcze gorzej o facecie w bankowości powiedzieć? to znacznie gorsze niż jakaś taka pierwsza z brzegu kurwa, gorzej niż o zwykłym człowieku powiedzieć, że szuja niewierna, że piździelec, i tak to się stało, to nawet nie było bicie po jajach, to coś znacznie bardziej pikantnego, wiadomo, ludzie podli są, ale dlaczego akurat w stosunku do mnie, czym sobie na taki zaszczyt zasłużyłem? ja to myślałem, że tylko tak się mówi, człowiek człowiekowi wilkiem, Borowski, te klimaty, ale żeby tak do mnie, do mojej skromnej osoby, niby kim ja jestem, czym lepszy od innych? ja myślałem, że o tym wilku, to tylko przysłowie ludowe, nic więcej, a tu masz! ludzie naprawdę bywają jak te żmije, chytre, co innego na pysku, co innego w serduszku, tak! ludzie są naprawdę podli i nic ich od zagłady ostatecznej nie uchroni, dobrze, że ja na Mariannę C. moje cztery litery z wdziękiem wypiąłem i tyle ze mnie miała, teraz to do mnie bankowe hieny tylko pocztówki słać mogą, awizo jedno, awizo drugie, oni pewnie jeszcze chcieliby ze sto dodatkowych podpisów i jeszcze pewnie oświadczenia by pragnęli, że rozstanie nasze w szczęściu, miłości nastąpiło, nie ma to jak facet metr sześćdziesiąt w kowbojskim kapeluszu, dla niego życie jest banalnie proste, jak przyjdzie do niego człowiek, namacha się, mięśnie naderwie, to mu się kasy za to machanie należy tyle a tyle, a jak efekt tego machania jest szczególnie dobitny, taki, że zwykły śmiertelnik oczy na tym efekcie oprzeć może, i widać od razu, że kawał dobrej roboty został odstawiony, to wtedy, takiemu co się odpowiednio namachał, premia dodatkowa się należy, bonus taki, by ten, co się namachał, na dobrą wódę miał, albo na kilka szybkich win, żadnej filozofii, żadnej, kurwa, polityki, innych gówien śmierdzących, może i facetowi z kieszeni cuchnie, może żona dawno już do historii go zapisała, ale wszystko tu, od lewej do prawej, jasne jest, i mu pod pazuchą nóż żaden nie wystaje, jak powie "kurwa! robota czeka!" to wszyscy tę "kurwę" rozumieją, nikomu tłumaczyć nie trzeba, i to "kurwa" jest jak ptak na niebie, może cię osrać, ale wiadomo, że ptak, a jak ptak, to za moment odleci, "Ja też idę" odpowiada Tarantula, nogi zwiera, tyłeczek z fotela unosi, gazety odkłada, do mnie mocno przywiera, jakby cały świat miał za chwilę ducha wyzionąć, czuję jej każdy nerw, każda myśl jest namacalna, ściskam ją mocno i w kierunku drzwi przestawiam, chwyta mnie, chwyta mnie tak, jak kobieta swojego faceta chwyta, gdy interes do niego ma konkretny, gdy ma do niego mały byznes, nie stawiam oporu, biorę w lewą dłoń jej zgrabną twarzyczkę, usta w niej moczę i na schodach stawiam, lustruję przez okno sytuację na tak zwanym zewnętrzu, przed domkiem, mała Tarantula jest daleko, z dala od drzwi, jest bezpieczna, i my jesteśmy bezpieczni, druga dłoń w dolne partie Tarantuli się zapuszcza, a tam, niby nowa przestrzeń, jest całkiem ciekawie, żadnej sahary, jest tak, że jakby człowiek wątpliwości miał jakieś, to natura zew mu daje, natura mu subtelnie podpowiada, że jego kobieta, jego wspólniczka w tym parszywym  życiu, w tym parszywym szaleństwie, jest całkowicie gotowa, nie ma cienia zwątpienia, Tarantula chwyta mnie za wiadomo które ucho i tak spleceni, razem zwarci, gotowi, nogi jak pająki, ona tylne, ja dwie z tych przednich, w metronom zabawiać się zaczynamy, kilka przeciągłych wahnięć, i muzyka gra, z głów nam wypływa jak ciepły budyń, jesteśmy szybcy, nie mamy zbyt wiele czasu, tak teraz, jak i zawsze dotąd, jeszcze jedno, jeszcze dwa wahnięcia, i już flanca zasiana, nasza legitymacja na życie, siadamy na schodach, mam krew na uchu, na "tym" uchu, Tarantula uśmiecha się, chusteczkę wyjmuje z kieszeni, do mojego ucha przystawia, do tego ucha, tego fragmentu mojego ciała, tego fragmentu mnie, wydymanego, przełkniętego, oto ona, pani moja, kiedyś to mnie całego pochłonie, wydyma w całości, i tyle ze mnie zostanie, ale ja tu w końcu po to, w tym celu jestem, tu i teraz dla niej jestem, niech mnie ma, a ja się jej oddam cały, konać i honoru męskiej części świata będę bronić, ofiarę złożę, niech mnie konsumuje, po to tu jestem, niech z mojej ofiary świat lepszym się stanie, niech świat z tego wszystkiego czystszym będzie, i wcale na krzyżu wisieć nie muszę, w końcu minęło dwa tysiące lat, mogę rozpostarty leżeć na wiklinowym fotelu, a ona, nogi mając w przeciwległych kątach sypialni, dłonie na przeciwległych  ścianach oparte, niech ma ze mnie to, czego od mężczyzny każda kobieta pragnie, pożąda, niech mnie wysysa, niech się mną żywi, po to tu jestem, taki mój los, moje własne, prywatne przeznaczenie, "Czas na nas" mówi i dłonie do normalnych czynności przysposabia, zgrabnym ruchem tyłek ładuje w spodnie, zamek błyskawiczny ku górze, ku brzuchowi unosi, gotowa? gotowa! bez słów się dzieje, kurtki nam na kark jak spadochrony spadają, jesteśmy na zewnątrz, idziemy na spacer, jest sobota albo czwartek, czuć weekendem w powietrzu.

Pysia ma teraz krótkie i jasne włosy, jak kiedyś proste, tak teraz pokrzywione, spod jaśminowych oczu wyrasta jej ostro zakończony nos, z boku głowy, z obu boków głowy wyłaniają się, jedno po lewej stronie, drugie po prawej, lekko zaokrąglone uszy, Pysia ma teraz znacznie wydatniejszy biust, zdecydowanie dłuższe nogi i bezwzględnie bardziej płaskie dłonie, cóż, dzisiejsza medycyna działa cuda, choć w przypadku Pysi, o kwestie bardziej mentalne sprawa się zaczepiła, Pysia całkowicie odmienioną się stała, przyjechała, Henia zobaczyła, na nowo posiadła i od razu inną kobietą się stała, innego wymiaru nabrała, na pewno urosły jej paznokcie, nie śmiem innych sfer się domyślać, podejrzewam, że i układ chromosomów ma teraz inny, "To zupełnie inna kobieta" mówi Henio Kat, gdy Pysia w toalecie olłejz na silułet zamienia, siedzimy sobie obaj, ja na pufie, jak zawsze, Henio na fotelu dla gości, jak zawsze, muzyka się sączy, tylko, że to ja dokonałem wyboru, Henio tyłek do fotela zapuścił i tyle w temacie muzycznym miał do zaproponowania, ja ostatecznie wybrałem, Milesa zapodałem, no i tak razem, w milczeniu, języki sobie strzępimy, ale nic tu, w tej murem otoczonej przestrzeni nie jest takie jak dotąd, jak zawsze, na niebie purpurowe chmurzyska, pomiędzy jedną a drugą myślą wiatr przeciągle hula, słońce dziwnego kształtu nabrało, na obrzeżach spopielało, wewnątrz gnuśnie zwytworniało, "Już jestem" mówi powód tych tajemniczych zjawisk i próg pokoju przekracza, siada obok Henia, gdzie tam!? siada mu na kolanach! jest nasz czwartek, tylko, że to "nasz" ma już inny wymiar, to zupełnie inny czwartek! - rzec powinienem do Henia, parafrazując jego poprzednią wypowiedź, zamiast chłodnej gorzały w lodówie, zamiast paru paczek chrupanek, zamiast głośnej muzyki, to nam tu Pysia prym wieść zaczyna, dumnie włos z lewa na prawo przerzuca, och! tak im czas na mieście szybko upłynął, wiecie, rozumiecie, czas mierzy się również bez użycia zegarka, zegarek, taki dziwny przedmiot, jak się człowiek tematom różnym odda, to taka busola, kurcze, nie bardzo wiadomo, co się z tym robi, jak się z tego korzysta, naprawdę! można zapomnieć do czego służy pomiar czasu, tak że, myśli mając w całkowicie innym miejscu, Henio nie zdążył Pysi do domeczku odstawić i on tę Pysię tu całą dotargał, nie chciał się spóźnić, "Przecież to nie wypada!?" dodał, jakby punktualny był od momentu tryumfalnego powrotu Pysi, tak jakbym na niego ostatnio całego dnia nie czekał, tak że się z tego wszystkiego, z tego czekania urżnąłem w pełni i mnie prawie na noszach z lokaliku wynosić musieli, jeden browar, jedna wódka, kilka serii, po każdej uzasadnione domniemanie, że ta będzie ostatnią przed nadejściem Henia, a on ją tu do mnie dostarczył, do mojego figlarnego kąta, do mojego niebieskiego świadectwa postępującego kryzysu mieszkaniowego, w progu powitałem ją czarującym uśmiechem, nie widzieliśmy się co najmniej sześć lat, ma ładny makijaż, pomyślałem i zapytałem co pije, "Nic" usłyszałem od Henia, Pysia uśmiech z siebie wydała, znaczy Henio prawdę mówi, znaczy, nic nie pije, znaczy, zboczona jest, nienormalna, te sprawy, w świecie alkoholików niepijący to zboczeniec, nieprawdaż?! to jest logiczny wywód, czyż nie?! "Siadajmy" rzekła Pysia, niby ona tu za tego normalnego robić będzie, ona nie pije, znaczy jest lepsza, będzie dyktować reguły, jak chce, to niech i tak będzie! ale żeby do mnie we czwartek z babą przychodzić?! pomyślałem zirytowany, ja już nie wiem, na policję dzwonić? do Tarantuli? może dobrze by było, gdyby przyszła? tak jakby do mnie w ogóle, kiedykolwiek przychodziła?! a jakby przyszła, to nie wiem, może jakiś kwadracik byśmy wywinęli, ale znając nasze szczęście, co najwyżej romb by z tego wyszedł, trapez w najlepszym przypadku, Tarantula, ratuj! krzyczę ust nie otwierając, rozmawiamy o poezji Henia, niby ja tu kompetentny jestem, w każdym razie grzmocę w gardło drynek za drynkiem, trzeba przeżyć te trudne chwile, Henio pije sok pomarańczowy!?! zbliża się dwudziesta, może telewizorek? pytam milcząc, gadam do siebie, bo co ja tu mogę, w tym nierównobocznym trójkącie, tylko drynki donosić mogę, ale co to za donoszenie, kiedy tylko mnie się na sercu lżej robi, tylko mnie się inaczej klawiatura życia rozkłada, inne kolory widzę, inną poświatę wschodzącego księżyca, piję zatem, coraz mocniejsze drynasy łykam, nie wiem, to kwestia naciągania mięśni u faceta metr sześćdziesiąt w kowbojskim kapeluszu? od czasu jak u niego pracuję, to jeszcze mi tak w życiu kategoryczne trunki nie smakowały, jak nektar do gardła mi się leją, tak mi z nimi dobrze, że lepiej już chyba być nie może, a Pysia z Heniem, jak dwa szczeniaczki, cudownie pląsają, piękniutko gaworzą, czuję w głowie monolog Hamleta, chyba wiem jak można mu pomóc, mam problemy z odróżnieniem lewej stopy od prawej dłoni, jest mi cudownie niedobrze, droga do toalety, kibla, a nawet sracza! niczym golgota, rozumiem Chrystusa, w środku jestem jak wilk nienasycony, chwytam za obręcz z taką namiętnością, z jaką prysznic u sąsiada się bierze, tak że ta klapa jest już moja, w ręku mi zostaje, odstawiam dziewczynę, biorę głęboki oddech, i tyle, pawik, rzyganko, niech sobie każdy dopisze parę pikantnych szczegółów, co ja tu będę wiele opowiadał, każdy kiedyś widział drogę krzyżową, odmienne stany świadomości pozwalają mi usłyszeć głosy z przedpokoju, wśród nich jedna sekwencja sprawia mi szczególną przyjemność, czuję się lekki jak ptak, oczyszczony, upadek komuny to przy tym małe piwo, "Więcej tu nie przyjdę" cudowna w brzmieniu, delikatna w dotyku, słowna tyrada Pysi, czuję, że na mojej drodze jest jeszcze jedna stacja, brylantowy hafcik, sama żółć, nie za wiele dziś jadłem, dźwięk zamykanych drzwi subtelnie narusza huragan ostatniego podrygu mojego pawia.

"Kiedy go straciłam?" pyta i odsuwa od siebie wypłowiały egzemplarz jakiejś cotygodniowej, politycznej bzdury, zakłada nogę na nogę, to bardzo widowiskowa czynność, jakby kołujący ponaddźwiękowiec przyszło w świetle neonów oglądać, staram się ignorować to przedstawienie, nie lustrować zbyt szczegółowo tej operacji, taka zwierzyna jestem, co to nigdy nie powie nie, ale tu, w tym miejscu postanowiłem zachować się nieco dostojniej, umiaru dochować jak tajemnicy spowiedzi, postanowiłem ojcem przeorem zostać na parę kwadransów, "Kiedy to było?" mówi, nie patrząc na mnie, siedzę obok niej, nie wiem dlaczego, nie wiem w jakim celu, ale siedzę, a ona nie mówi do mnie, mówi przed siebie, mówi, nie wiem, do przeciwległej ściany, na której wisi obrazek, rysunek, kobieta tuli w ramionach małe stworzonko gatunku ludzkiego, socrealistyczny slogan, twój pokarm pomostem do szczęścia dziecka! Tarantula do niej chyba gada, "Powiedz, kiedy?" mówi jednak do mnie, choć kierunku wzroku nie zmienia, "Za pierwszym razem" odpowiadam, jakbym z psychoanalizy miał dyplom, a nie z tego jak się liczy kasę, którą kto inny zarabia, Tarantula spogląda na mnie, nic nie mówi, ale widzę, że zrozumiała z mojej diagnozy dokładnie tyle co nic, znaczy, nic nie skumała, choć ona, sama w sobie, nie głupia jest przecież, z nią i o malarstwie, i o tapeciarstwie pogadać można, "Za pierwszym razem" powtarzam, "Wtedy, gdy pozwoliłaś mu na pierwszy raz" dodaję nie czekając na kolejne nic-z-tego-nie-rozumiem, Tarantula siada bokiem na krzywej i niewygodnej ławce, "Ja mu pozwoliłam?" znów pyta, znaczy, nadal nic z mojego wykładu nie rozumie, wstaję i nogi przestawiam w kierunku drzwi z wulgarnym trójkątem, mam parcie, zaczyna mi się chcieć, a jak mi się zaczyna chcieć, to koniec, trzeba iść i zadość fizjologii uczynić, więc jestem, opuszczam spodnie, siadam, puszczam zwieracz, eksplozja! ulga! czasami myślę, że orgazm to przy tym pikuś, wstaję, myję ręce, bo esteta jestem, podciągam spodnie, wracam do Tarantuli, siedzi jak siedziała, milczy, mogłaby się spytać jak poszło, coś takiego, ale nie, milczy, duma, znów na matce polce oczy zawiesza, siadam obok niej, przypomniała mi się Korducha, przyszła do mnie dziś z samego rana, tak około dziesiątej, tylko mi nogi spod pościeli wystawały, ale kto normalny przy niedzieli cielsko na światło dzienne wystawia przed upływem południa? przyszła, przeprosiła, że teraz, potem musi z rodzicami gdzieś tam, w jakiś rodzinnych sprawach pojechać, powiedziałem, że może do mnie przychodzić, kiedy chce, żadnych ograniczeń, powiedziała, że jakby przyszła jutro, to moje draceny mogłyby tego nie wytrzymać, ja jej na to, że te draceny z serca były dane, na pewno wytrzymają nie jeden tygodniowy zanik troski, "Kochasz ją?" spytała nagle, nie przerywając pieszczot na jakie narażała przykurzone draceny, spytała mimochodem jakby o pogodzie gadać chciała, "Kogo?" odpowiedziałem pytaniem, "No, wiesz..." parchnęła konfidencjonalnie, niby sekret jakiś wyjawia, coś takiego, maleństwo ze szkolnej rzeczywistości na wody dorosłości wypuszczone, zbyłem ją uśmiechem, poprzedniego dnia, wychodząc ode mnie w drzwiach minęła się z Tarantulą, nigdy przedtem jej tu nie widziała, nic w tym jednak dziwnego, Tarantula pierwszy raz, właśnie poprzedniego dnia, próg mojego królestwa przekroczyła, prawie na siebie wpadły, obejrzały się dokładnie, pojedynek w słońcu odbyły, trwał ułamek sekundy, Korducha zasunęła wygięciem lewej brwi, co-ta-jedna-tu-robi? Tarantula odparowała nadęciem prawej powieki, takie-maleństwo? i tyle, słowa z siebie nie wydobyły, dopiero, gdy leżeliśmy na podłodze, w oparach słodkiego, truskawkowego potu, Tarantula zawiązała dialog, pytanie kto? skwitowałem wymienieniem dwóch rzeczowników, jednego rodzaju żeńskiego, drugiego rodzaju nijakiego, więcej o tym nie rozmawialiśmy, innych pytań nie było, nauczyła się kobieta, kiedyś zadała mi naraz milion pytań, nie wiem, może nagła potrzeba informacji ją naszła, umysłem jej zawładnęła jak kaszel, jak ochota na seks, i znakami zapytania mnie wtedy obsypała, tak że mdłości dostałem, dlaczego jadam trzy posiłki dziennie? dlaczego widelec trzymam w prawej dłoni? dlaczego jeżdżę tą a nie tamtą stroną ulicy? czy zęby myję wzdłuż czy w poprzek? dlaczego oba buty mam tego samego numeru? omal nie wyparowałem z tego wszystkiego, powiedziałem tylko, że to prawda, zęby rzeczywiście myję wzdłuż, ale nie należy z tego wyciągać daleko idących wniosków, i w ogóle, nie należy po pozorach ludzi oceniać, wydudlałem drynka i wyszedłem na powietrze, tyle ze mnie wtedy miała, i po takim widowisku, to się dziewczę najpierw zastanowi, zanim mnie o coś zaczepi, wczoraj była u mnie pierwszy raz, to był naprawdę jej debiut, przyszła po moim telefonie, powiedziałem, boli mnie to i tamto, nie ma mowy, żebym się postawił z drugiej strony drzwi, przeczołgała się do bryki i przyjechała, w torbie miała szampana, była bardzo miła, dużo mówiła, powiedziała, że po prostu założyła płaszcz i wyszła z domu, nie mówiąc nic nikomu, mała była już w łóżeczku, facecik bundesligę w telewizorku pożerał, po prostu wyszła z domu i przyszła do mnie, rano, leżąc nago na zmierzwionej pościeli, znów dużo mówiła, jakby pragnęła odzyskać coś poprzednio utraconego, miała dobry nastrój, była z siebie zadowolona, mówiła o mnie używając trybu czasu przyszłego, spytałem tylko, kiedy zaczyna się to jej "w przyszłości", teraz, czy jak zawsze jutro, i wyjąłem z lodówki dwa zmrożone browary, bo nie chciało mi się tego jej gadania tak słuchać i słuchać, bez chwili przerwy, potem nagle zamilkła, wstała, ubrała się w sekundzie i wyszła, po dwóch godzinach zawył telefon, akurat Korducha była blisko drzwi, gadanie kto-kogo-kocha-i-dlaczego zakończyliśmy właśnie moim bezinteresownym uśmiechem, chciała unieść słuchawkę, zdążyłem ją ubiec, usłyszałem głos Tarantuli, to nie był głos, to był histeryczny, nieco zrezygnowany szloch, powiedziałem, że już jadę, i po kwadransie jechałem naprawdę, teraz siedzimy na tej niewygodnej ławce trzecią godzinę, Tarantula, opanowawszy, bez mojego udziału! zdezelowane i bezsilne nerwy, poprosiła o szklankę wody, napiła się i od tego momentu jest już spokojna, "Powiedz mi, nie zrozumiałam" nawraca, ciągle o tym samym gada, w końcu jej mówię na czym opiera się moja frojdowska teoria, mówię jej, facecik twój młody i głupi kiedyś był, wrażeń potrzebował, przed zaobrączkowaniem, jak kulawy ogier, nie wybiegał się i musiał coś tam, po kryjomu, na boku, dupeczkę jakąś zaliczyć, by nudy nie było, by było o czym na podwórku gadać, a ty, zamiast mu po łapach dać, zamiast mu palcem pogrozić, e!ty! mały, no! już mi do domu! rączki umyć i do stołu!!! ty o wielkich słowach pomyślałaś, miłość, zdrada, lojalność, to były złe narzędzia, pasa trzeba było naszykować i tyle, chłopaczek bezkarny się poczuł, ty nie wiesz, że mężczyźni nigdy nie stają się dorośli? dorastają tylko kobiety, i wtedy, za tym pierwszym razem, straciłaś go, nie powalczyłaś, gdy przyszedł do domu skruszony, trzeba było ryjek z brudu obetrzeć, po główce pogłaskać, powiedzieć bebe i zażądać przyrzeczenia poprawy, "Sikać mi się chce" mówi, wstaje i kieruje swój uroczy kuper ku drzwiom z subtelnym kółkiem, biorę do rąk polityczny szmatławiec, kartkuję go, ryjki kolorowe oglądam, Tarantula długo nie wraca, może do niej pójść? myślę, ale nim myśl ta kształtu realnego nabiera, Tarantula już koło mnie zasiada, z nadmiaru czasu błądzi wzrokiem po bezmyślnych karykaturach zdrowych i silnych obywateli, jakby w ich twarzach odpowiedzi szukała, po chwili chwyta mnie mocno za nadgarstek, jakiś biały kitel nadchodzi, złotousta wyrocznia, płowowłosa Kasandra, "Nic im nie będzie" komunikuje, "Proszę się nie niepokoić" informacja dodatkowa, Tarantula osuwa się w moje ramiona, te na szczęście, niczym żelbetonowe rusztowania, są na swoim miejscu, pytam biały kitel o numer telefonu i kilka szczegółów, przerzucam omdlałe ciało przez lewe ramię i niosę do auta, układam na tylnym siedzeniu, okrywam kocem, zapalam silnik i do rzeczywistości odwożę.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza