Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexandra Grimal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexandra Grimal. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2022

The Relative Pitch’ new outfit: Child Of Illusion! Geometry of Trees! Voutchkova & Bordreuil! Grimal! Koketsu! Fluke-Mogul!


Zgodnie z zapowiedzią sprzed kilka dni, zapraszamy na szybki overview kolejnych nowości amerykańskiego labelu Relative Pitch Records. W dzisiejszym zestawie trio, kwartet, duet i aż trzy płyty solowe autorstwa zarówno muzyków uznanych w historii gatunku, jak i tych, których dane personalne zapisujemy w naszych podręcznych kajetach po raz pierwszy.

Jak to często bywa w katalogu RPR, na nowych albumach odnajdujemy sporo wątków kameralistycznych. Jedne bywają rozszarpywane free jazzowymi emocjami, inne uciekają niekiedy w minimalistyczną muzykę współczesną, a jeszcze inne nie stronią od eksperymentów brzmieniowych i naszych ulubionych dźwięków preparowanych, które zwykliśmy czasami nazywać fake sounds. W podgrupie zaś płyt solowych napotykamy sporo wykwintnej improwizacji, także dobrze radzącej sobie w obrębie nieco czystszego frazowania. Aż chciałoby się rzec: dla każdego coś miłego, ale nie przesadzajmy z tego typu metaforyką, wszak wciąż płyniemy gęstą strugą prawdziwie improwizowanych dźwięków.

 


Khimaira by Child of Illusion (CD)

Khimaira, Sztokholm, czerwiec 2018: Chris Pitsiokos – saksofon altowy, Susana Santos Silva – trąbka, Torbjörn Zetterberg – kontrabas. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Druga już wspólna płyta w dorobku Amerykanina, Portugalki i Szweda zdaje się świetnie konsumować wszystkie cechy, jakimi w preambule tej zbiorówki określiliśmy nagrania pochodzące z RPR. Zatem sporo kameralnej zadumy i skupienia, pokaźne pokłady free jazzowych emocji, czasami zmysłowo tłumionych, wreszcie kilka garści dźwięków preparowanych, głównie ze strony trębaczki. I jak to na nagraniu koncertowym bywa, w każdym zakamarku sceny kryje się jakaś brzmieniowa niespodzianka.

Początek nagrania przypomina dramaturgiczny koncept. Krótkie frazy, sporo ciszy i cierpliwe oczekiwanie na ciąg dalszy. Usytuowany po środku kontrabas dość szybko bierze się za porządkowanie sytuacji scenicznej i zaczyna raz za razem rozdawać karty. Pięknie frazuje smyczkiem, zabierając całe trio w zakamarki ciszy i budując napięcie filigranowymi ruchami. Tak czyni choćby w okolicach 20 minuty, a jeszcze efektowniej w okolicach 30 minuty. W pierwszej fazie koncertu częściej pracuje w trybie pizzicato i syci wtedy opowieść garściami post-jazzu. Saksofon i trąbka posadowione na flankach często wchodzą w kontekst udanych interakcji, aczkolwiek prawdziwy ogień rozsadza im serca bodaj raz, mniej więcej po upływie kwadransa. Dodajmy jeszcze, iż pióro recenzenta zadrżało także w okolicach 26-28 minuty, gdy wszyscy muzycy udanie formowali swoje strumienie dźwiękowe w drony. Wreszcie samo zakończenie koncertu, definitywnie ponadgatunkowe. Muzycy, mimo podążania w kierunku balladowej finalizacji, niespodziewanie wspinają na kolejny ekspresyjny szczyt, udanie wieńcząc to niezwykle wartościowe spotkanie we troje.

 


Geometry of Trees by Reid, Kitamura, Bynum, Morris (CD)

Firehouse 12 Studios, New Haven, lipiec 2021: Tomeka Reid – wiolonczela, Kyoko Kitamura – głos, Taylor Ho Bynum – kornet, Joe Morris – gitara. Osiem improwizacji, 64 minuty z sekundami.

Amerykański kwartet, po części o delikatnie zarysowanych korzeniach azjatyckich, zabiera nas w najdłuższą podróż spośród tych, nad którymi dziś się pochylamy. Buduje swoją opowieść z drobiazgów, częściej stawiając na zaniechanie niż zagranie zbędnego dźwięku, na ogół płynie swobodnym, dalece post-kameralnym strumieniem. W niektórych momentach sięga też po atrybuty bardziej jazzowe (szczególnie wokalistka), a wtedy wyobraźnia recenzenta widzi już edytorski nóż, który ponadgodzinną, bardzo dobrą płytę przycina do trwającej mniej więcej trzy kwadranse płyty doskonałej.

Po kilkudziesięciosekundowym, dziarskim wstępie artyści zagłębiają się w zmysłowej, minimalistycznej kameralistyce. Z rozwagą budują dramaturgię, raz za razem serwują nam brzmieniowe subtelności, a w trzeciej części nie szczędzą nam także smakowitych preparacji, szczególnie smyczkowych. Powolna, zrównoważona, bardzo demokratycznie kreowana improwizacja w czwartej i piątej części, które trwają łącznie niemal 25 minut, czyni jednak wiele, by nasz poziom entuzjazmu dla dokonań kwartetu delikatnie osłabł. Z jednej strony muzykom brakuje wigoru i emocji, z drugiej - szczególnie trębacz i wokalistka - zbyt często zagłębiają się w jazzie, nie kreując przy tym inspiracji do ciekawych interakcji ze strony partnerów. Szczęśliwie ostatnie trzy improwizacje dużo nam rekompensują. Ta szósta jest lekka, swobodna, ale zaczepna, bogato instrumentalizowana, a na finał gasnąca przy intrygującej powłoce rytmicznej. Siódma z kolei ma ciekawą konstrukcję. Niemal w połowie składa się z incydentów solowych (trąbka, gitara, wiolonczela - każdy muzyków nie trwoni tu choćby sekundy!), by po powrocie do formuły kwartetowej zaskoczyć nas kilkoma doprawdy ognistymi frazami. Finałowa improwizacja studzi nasze emocje niemal wyłącznie udanymi frazami. Wreszcie z gardła wokalistki słyszymy coś więcej, niż śpiew, czy jazzowe schematy, a samo zakończenie zmysłowo tonie w mrocznych, długo wybrzmiewających dźwiękach.

 


The Seventh Water by Biliana Voutchkova & Leila Bordreuil (DL)

Werkhalle/ Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Biliana Voutchkova – skrzypce, Leila Bordreuil – wiolonczela. Cztery improwizacje, 35 minut z sekundami.

Kolejna propozycja w dzisiejszym zestawie także jest nad wyraz kameralna, ale zdaje się, że jedynie w wymiarze personalnym. Dwa instrumenty strunowe tym razem zabierają nas do świata dźwięków preparowanych, mechanicznych, ale nieustannie pięknych, wciągających nas najdłuższymi smyczkami świata wprost do mrocznej jaskini zaskakujących wydarzeń fonicznych. I co być może najważniejsze, na tle prezentowanych nowości, improwizacje Biliany i Leili pozbawione są choćby jednego zbędnego dźwięku. Tylko dobre pomysły, tylko zmyślne rozwiązania i pewna dramaturgiczna wstrzemięźliwość.

Początek stawia nas ostro do pionu – to gęste, siarczyście brzmiące drony, będące skutkiem masywnego szorowania strun tłustymi smyczkami. Długie lub bardzo długie frazy, niektóre pulsują, inne skomlą o łyk wody. Dla przeciwwagi druga, dość krótka improwizacja stawia na lekkość, pewną frywolność. Dźwięki przypominają nerwowo podskakujące owady, które plądrują łąkę z wiosennych słodyczy. Wszystko w dość molowym nastroju, z czasem nabiera psychodelicznego humoru. Prawdziwe cuda zaczynają się w trakcie trzeciej, najdłuższej opowieści. Z mroku suną do nas szmery, coraz bardziej soczyste szumy, które po kilku pętlach zaczynają nabierać dźwiękowej powłoki. Coś gwiżdże, coś śpiewa przez zaciśnięte zęby. Rozciągnięte w czasie frazy bywają tu delikatne, a cisza czai się za rogiem niczym zły szeląg. Pod koniec flow całkowicie pogrąża się w mroku akustycznego ambientu. Dopiero na ostatniej prostej artystki decydują się na efektowne spiętrzenie o post-industrialnym posmaku. Z kolei finałowa improwizacja stawia na niespodzianki. Tu pracują nie tylko struny, ale i pudła rezonansowe. Dźwięki sprawiają wrażenie, jakby płynęły z zatopionego gamelanu. Najpierw opowieść narasta, potem uroczo przygasa do pojedynczej frazy. Plejada szmerów i smukłych ćwierć-melodii prowadzi na finałowe wzniesienie, które obfituje w całkiem zadziorne interakcje.

 


Refuge by Alexandra Grimal (CD)

Castle of Chambord, Francja (?), wrzesień 2020: Alexandra Grimal – saksofon sopranowy. Osiem improwizacji, 53 minuty.

W przeciwieństwie do płyty poprzedniej, solowa propozycja francuskiej saksofonistki miewa kilka momentów, które zwinne ręce edytora mogłyby wysłać w wieczny niebyt, ale i tak śmiało możemy skonstatować, iż sopranowa przygoda w akustycznych przestrzeniach zamkowych zdecydowanie stanowić winna mocny punkt artystycznego portfolio Alexandry. Co ciekawe, owe chwile dramaturgicznego zawahania recenzent dostrzega w krótszych, końcowych improwizacjach, a to, co najlepsze na albumie odnajduje w dwóch pierwszych odsłonach, szczególnie w trakcie drugiej improwizacji, trwającej ponad kwadrans.

Pierwsza improwizacja otwierać mogłaby awangardowy festiwal muzyki barokowej. Lekka, swobodna narracja, niepozbawiona znamion melodyjności, czy wręcz taneczności, kilka garści melancholii, szczypta suspensu i udane poszukiwanie oddechu cyrkulacyjnego. Grimal nie jest w tej ostatniej kategorii długodystansowcem, lubi zasłuchiwać się w ciszy i szukać gęstego echa własnych pomysłów dramaturgicznych, na ogół bardziej niż udanych. Druga odsłona Refuge, to zaiste perła w zestawie. Artystka porzuca prostsze frazy, tapla się w mroku, pełno wokół niej ciszy. Jej saksofon nie śpiewa, bardziej szumi, mruży oczy i artykułuje wyłącznie suchymi sylabami. Muzyka przypomina wiatr o poranku, niekończącą się mantrę wyczekiwania na nową sekwencję dramatyczną. W kolejnych improwizacjach/ kompozycjach Francuzka powraca do czystych dźwięków. Jej narracja zdaje się przypominać soundtrack do spektaklu baletowego. W czwartej części pomysł opiera się na graniu jednej, maksymalnie dwóch fraz i pogrążaniu się w ciszy. Roztańczone obłoki dźwięków, grane na palcach długimi, czasami zmęczonymi oddechami, utrzymywanymi w ryzach koncepcji narracyjnej. W przedostatniej części opowieść zdaje się mieć nieco więcej życia, pewną ulotną dynamikę. Finałowa narracja, znów budowana raczej krótkimi frazami, pozwala, by cisza rządziła sceną, ale też uwalnia pokłady post-barokowej urody, którymi Grimal bogaciła swój pierwszy utwór na płycie.

 


Fukiya by Masayo Koketsu (CD)

St-robo, Tokyo, Japonia, listopad 2021: Masayo Koketsu – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 46 i pół minuty.

Porzucamy kameralne klimaty i sięgamy po free jazz! Japońska saksofonistka proponuje nam spektakl trwający ponad trzy kwadranse, w trakcie którego prezentuje bardzo szerokie spektrum możliwości generowania altowych strumieni dźwiękowych. Artystka częściej wszakże stawia na emocje niż sonorystyczne eksperymenty, czy też dźwięki preparowane. Podaje nam wszystko w jednym, długim secie, często korzysta z ciszy pomiędzy frazami, ale w ujęciu długodystansowym bywa, iż nie w każdym momencie jest nas w stanie przekonać do swojej koncepcji artystycznej. Nade wszystko jednak Koketsu bardzo często przypomina nam szorstkim, acz melodyjnym tembrem swojego altu … samego Petera Brötzmanna, i niech to pozostanie dla niej największym komplementem płynącym z tych kilku zdań recenzji.

Na starcie Masayo serwuje nam długie, chwilami ogniste frazy, które przedziela wątłymi plastrami ciszy. Raz jej alt przypomina silnik elektryczny, innym razy mały świder, czasami charczy, czasami piszczy, bywa też, że szumi i głęboko oddycha. Pełne portfolio możliwości i technik wydobywania dźwięków! Emocje przypominają tu na ogół wzburzony ocean, czasami jednak dygoczą z zimna, niczym wystudzony staw rybny. A wszystko artystka podaje nam tembrem pełnym wewnętrznej, czasami zadziornej melodyki, jakże bliskiej estetyce niemieckiego mistrza free jazzu. Tuż przed upływem pierwszego kwadransa saksofonistka łyka większą porcję ciszy i zaczyna pracować nieco delikatniej, często efektownie szumiąc. W dalszej fazie narracji bywa, że nieco eksperymentuje z brzmieniem, ale raczej nie dąży do umieszczania czegokolwiek w tubie i ścigania się z mistrzami rozszerzonych technik gry. W kolejnych etapach spektaklu mamy ciekawą formułę grania naprzemiennie dźwięków delikatnych i niezwykle ostrych, kilka podejść pod frazy preparowane, aż wreszcie, w trackie długiego zakończenia, napotykamy na niezmierzone strumienie zmysłowych, post-brotzmannowskich kołysanek.

 


Love Songs by Gabby Fluke-Mogul (CD)

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, lipiec 2021: Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Siedemnaście kompozycji dla improwizacji, 36 minut.

Ostatnia z omawianych dziś nowości łączy w sobie wiele dobrych cech, jakie zaobserwowaliśmy w trakcie odsłuchu poprzednich płyt. Jest na swój sposób kameralna, choć zionie czasami ogniem niczym dobry free jazz, jest pełna niekłamanych emocji, ale bardzo zwarta w formie (nieprzegadana choćby przez ułamek sekundy), wreszcie świetnie dawkuje nam kolejne porcje ekspresji, nie zapominając przy tym o zgrabnej formie dramaturgicznej. To siedemnaście szalonych opowieści na gotujące się skrzypce, czasami wsparte pomrukami, czy nawet okrzykami samej artystki, której moc płynąca z rozgrzanych strun nie zawsze wystarcza do pełnej realizacji twórczej. 

W pierwszej improwizacji artystka prezentuje bardzo suche, płaskie brzmienie, jakby dźwięki skrzypiec zbierał jeden monofoniczny mikrofon. Ale już po kilka obrotach wokół własnej osi Gabby wpada w kompulsywne preparacje i zaczyna maltretować struny. Taka formuła krótkich, trwających niekiedy mniej niż dwie minuty opowieści, będzie jej towarzyszyła praktycznie w każdej impro-kompozycji. Skrzypaczka jednak nie popada w przesadę, nie dąży do budowania ściany dźwięku, cały czas z tył głowy zdaje się mieć artystyczny zamysł, by słuchacza zaintrygować, a nie zamęczyć. W kolejnych częściach pojawiają się akcenty folkowe, ale to znów jedynie dane na wejściu, które z czasem płoną złotym ogniem niebywałych wybuchów ekspresji. Przy okazji artystce nie można odmówić niemal wirtuozerskich umiejętności gry na skrzypcach. Bez trudu jest w stanie zwiększyć tempo narracji o kilkaset procent, równie efektownie zahamować i skończyć furiacką eksplozję ledwie jednym, subtelnym dźwiękiem. Potrafi kąsać niemal rockową ekspresję (choćby dziewiąta Love Song). Struny pod naporem jej kreatywności często niemal umierają, by po ułamku sekundy hasać po łące niczym pasikonik. Jedenasta cześć najpierw przypomina jęki konającego, po chwili brzmi niczym wrzask uzdrowiciela. Potem artystka zdaje się nieco wyciszać swoje buchające emocje, stawia na minimalizm, dba o niuanse brzmieniowe. Na finał jednak napina mięśnie na wdechu, po czym efektownie parska ogniem. What a game!



 

piątek, 7 lipca 2017

Grimal! Ceccaldi! Duboc! Lazro! Cappozzo! Lasserre! – letnia ofensywa ajlerowska! Trois Couleurs Regle Encore! *)


Wielka francuska ofensywa na polu muzyki improwizowanej trwa w najlepsze! Dziś czas na kolejne dwa smakowite krążki znad Sekwany, oczywiście poczynione w składzie… trzyosobowym!

Nie zabraknie naszego tegorocznego faworyta w każdej kategorii, Benjamina Duboca, znajdzie się także miejsce dla ulubieńca redakcji Daunika Lazro! Wydawnictwo – tym razem - zwie się… Ayler Records. Znamy je oczywiście doskonale, ale być może nie wszyscy pamiętamy, iż założony w Szwecji label, od 2009 roku rezyduje już zdecydowanie we Francji (co zresztą widać doskonale po bieżącym katalogu).

Dwie frapujące ekspozycje dźwiękowe, wobec których emocje recenzenta są jednak dwubiegunowe. Jeśli pierwsza z płyt pozostawiła piszącego te słowa w horyzontalnej pozycji konstruktywnego zachwytu, o tyle druga obudziła w nim duszę nieco sarkastycznego komentatora, który zwykł na ogół głosić prymat improwizacji nad kompozycją. Bywa jednak, iż tego rodzaju recenzenckie ambiwalencje są skutkiem nadmiernych oczekiwań wobec muzyków i ich projekcji dźwiękowych. Być może akurat tu mamy do czynienia z takim zjawiskiem.




Czas i miejsce zdarzenia: 24-26 maja 2015r., Ackenbush, Malakoff, Francja.

Ludzie i przedmioty: Alexandra Grimal - saksofon sopranowy i tenorowy, głos, Benjamin Duboc – kontrabas, głos, Valentin Ceccaldi – wiolonczela.

Co gramy: muzyka improwizowana (all music by the musicians); z pewnością jednak na etapie przedprodukcyjnym muzycy ustalili wiele istotnych szczegółów, co do tego, jak będzie przebiegał proces improwizacji. Ważnym elementem tego przedsięwzięcia artystycznego jest tekst poetycki Giuseppe Penone Respirer L’ombre, który został wykorzystany, co prawda bez zgody autora, ale za to niezwykle spontanicznie i z głęboką admiracją dla jego wartości.

Efekt finalny: siedem fragmentów z tytułami, łącznie trwających 58 minut, wydanych w czerwcu br. przez Ayler Records, pod tytułem Bambú. Podmiotem wykonawczym są muzycy, wymienieni z imienia i nazwiska w kolejności, jak dwa akapity wyżej.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Toucher. Dotknąć. Szokująco intensywne, wyjące smyki na dwóch masywnych strunowcach, stanowią niezbędne tło dla zmysłowej melorecytacji tekstu poetyckiego w wykonaniu Alexandry. Tajemnicze intro wyposażone w gigantyczny ładunek emocji (ach, ten tembr języka francuskiego!).

Densite. Gęstość. Saksofon sopranowy startuje w bardzo wysokim rejestrze (może to nawet sopranino). Duboc i jego kontrabas dudnią z oddali i nie mają dobrych intencji. Tulą się do eksplodującego saksofonu, jak szarańcza u progu zbyt gorącego lata. Wiolonczela też iskrzy przeładowaniami elektromagnetycznymi. Hałasuje, grzmi, zrywa struny. Ognisty lot ku krzepiącemu zatraceniu. Gardłowe jęki Grimal łączą się w jeden akustyczny miot z kapitulującymi septymami jej dęciaka. Jednocześnie gra i krzyczy! Kontrabas w komentarzu brzmi, jak dziewiętnastowieczna maszyna tkacka, repetując kolosalnym soundem.

Image. Obraz. Gojenie ran po krwawej eskalacji. Otrzepywanie potu, kurzu i czegoś tam jeszcze. Strunowce jadą dołem, niczym dwa zapomniane instrumenty z epoki muzyki dawnej. Ich brzmienie smakuje ciszą, trochę w oczekiwaniu na gniew piekielny. Alexandra czeka. Potem szepcze. Oddycha bezgłośnie. Ślini się w myślach. Recytuje słowa głosem niewinnie skrzywdzonej. Odmienia image przez wszystkie nieistniejące przypadki języka francuskiego. Wiolonczela złowrogo jej wtóruje (zdaje się nawet przeklinać). Kontrabas burczy minimalistycznie (piękne!). Niespodziewany intruz akustyczny, to saksofon tenorowy, który delikatnie, nieingerująco sonoryzuje na boku. Imitacyjnie wkleja się w pasaże obu strunowców. Duboc zaczyna rozszarpywać struny, jego partnerzy postanawiają podkręcić potencjometry. Kameralistyka bezpowrotnie potępionych, która jest tak brutalnie piękna, iż tylko językiem francuskim możnaby to skutecznie zwerbalizować. Z kajetu rozdygotanego recenzenta: ponadgatunkowa perła – intensywna, szczera, bezkompromisowa…

Ombre. Cień. Zaczyna Duboc, molowym, indywidualnym pasażem. Grimal szeleści wargami. Ceccaldi dmie, drży i rezonuje. Śpiew, który jęczy, śpiew, który krwawi – bez otwierania ust. Egzotyczna miniatura.

Empreinte. Odcisk (palca). Najdłuższa historia tej opowieści ewokuje wiolonczelą, która płynie w wysokim rejestrze. Kontrabas traktowany jest smykiem. Kobieta śpiewa głosem dawnym, strojnym, nieco gotyckim. Chorał piekielny. Trzy ciała rzeczywiste muzyków łączą się w trójcę, ale wcale nie świętą. Wiolonczela dodatkowo kręci się wokół własnej osi. Duboc przechodzi na akordy, by po ułamku sekundy wrócić do smyczka. Gada znad gryfu tekst, który nie da się przetłumaczyć na jakikolwiek język świata. Instrument Ceccaldiego wyje, skrobie, eskaluje. Grimal powraca z kolejną wykręconą wokalizą. Ta narracja wręcz cierpi i to trochę na średniowieczny sposób. Ten religijny spektakl, pozbawiony ideologii, brzmi jak dawny rytuał ciszy i dźwięku. Z minuty na minutę intensywność dźwięku każdego instrumentu (i głosu!) rośnie. Alexandra przypomina młodszą siostrę Lisy Gerard. Szczypta szorstkiej sonorystyki na upalonych strunach zdaje się być niezbędnym dysonansem akustycznym. Powraca saksofon sopranowy, muzyka na moment łagodnieje, jak baranek (może to nawet jednorożec!). Na dokładkę głos ucieka bardzo wysoko i znów eksplozywnie zlewa się w narastającym brzmieniem saksofonu. Strunowce ruszają do galopu! Saksofon nie pozostaje w tyle. Eskalacja smakuje pełnowartościowym free jazzem. Kontrabas i wiolonczela, niczym rozpalone gitary. Finał jak rockowe unplugged!

Adherence a la terre. Przywiązanie do ziemi. Recytacja poetycka (jakże piękny jest język francuski!). Wiolonczela skowycze, kontrabas dramatycznie szeleści. Na moment saksofon tenorowy zostaje zupełnie sam i nie wie, co z sobą począć. W sukurs przychodzą mu agresywne i natarczywe strunowce.

Respirer. Oddychać. Perkusyjny wtręt wiolonczeli (biedne struny!). Wokół panuje jakaś nieokreślona meta otchłań bez cech charakterystycznych. Coś drży, szumi, słuchać tajemnicze kroki. Wokaliza z wysokiego pułapu, niepokojąca i na pewno nieboska. Uroda muzyki krzyczy, dudni, skowycze, tętni i lśni. Na finał bezwarunkowy strunowce plotą soczyste drony. Ostatnie dźwięki są złowrogie, kalekie, napastliwe i bezczelnie prawdziwe. Z kajetu recenzenta: brak wpisów (kajet wypadł mu z rąk).




Czas i miejsce zdarzenia: 17-19 czerwca 2016r., Cappozzone, Luzillé, Francja

Ludzie i przedmioty: Daunik Lazro – saksofon barytonowy i tenorowy, Jean-Luc Cappozzo – trąbka i flugelhorn, Didier Lasserre – perkusja.

Co gramy: połowę płyty stanowi trzyczęściowa swobodna improwizacja Garden. Pozostałe pięć utworów, to kompozycje Duke’a Ellingtona (dwie), Johna Coltrane’a, Alberta Aylera i Jean-Luca Cappozzo.

Efekt finalny: osiem fragmentów z tytułami, łącznie 55 minut, wydanych w czerwcu br. przez Ayler Records pod tytułem Garden(s). Podmiotem wykonawczym są muzycy, wymienieni z imienia i nazwiska w kolejności, jak dwa akapity wyżej.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Sophisticated Lady na start? Duże wyzwanie dla wielbiciela całkowicie wyzwolonej improwizacji. Na szczęście szorstki tembr barytonu Lazro kompensuje zbytnią śpiewność tego zacnego evergreena. Saksofoniście w trudnym znoju improwizowania do Ellingtona pomaga czujny perkusista. Trębacz milczy. Ciekawy smak upalonej dyszy dęciaka na wybrzmieniu. Drugi. Czas na pięciolinię trębacza – brzmi nieco hejnałowo. Znów wsparcie Lasserre’a jest koniecznie. Melodia kapie z palców muzyka, a recenzent czeka na big entry saksofonisty. Po paru chwilach wyczekiwania, sonorystycznie rozgrzany Lazro wchodzi do gry i krwistą solową ekspozycją znacząco podnosi wartość tej części płyty, przy okazji uwypuklając odmienne, w tym wypadku, charakterystyki trębackiego interlokutora (z kajetu złośliwego recenzenta – tylko zawieszonej narracji Joe McPhee tu brakuje!). Daunik co chwilę zmienia tembr swego instrumentu (albo zwinnie podmienia saksofony w trakcie jednego interwału improwizacji). Trzeci. Wreszcie startujemy bez pięciolinii – fragment pierwszy Ogrodów. Baryton siarczyście burczy, niestety trąbka nie jest w stanie zaimponować mu niczym oryginalnym. Perkusista bije w dzwon, być może jest tuż po lekturze klasyka Hemingwaya. Współczesna kameralistyka, odrobinę bez ognia i temperamentu. Lasserre szczęśliwie ciągle miesza w narracji, dokłada do ognia, podszczypuje dramaturgicznie starszych kolegów. Efektem jego wytrwałych działań są próby dynamizacji improwizacji, szczypta iskier spod bębna basowego. Improwizacja w kolektywie nie do końca się zazębia, dlatego ucieczka całej trójki w sonoryzm zdaje się być zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem. Czwarty. Ballada wczesnego Coltrane’a – tenor Lazro nawet piękny, zwinnie podaje temat, znany od czasu epoki kamienia łupanego. Drummer swinguje, a jakże! Trębacz najpierw przysłuchuje się, a potem przejmuje ster i kręci zwinną solówkę na swoim delikatnie (wreszcie!) rozgrzanym blaszaku. W roli komentatora Lasserre, który skromnym drummingiem doprowadza Lament Cioci Loni do finałowego wybrzmienia. Piąty, czyli ogrodowe igraszki, odsłona druga, najkrótsza. Delikatnie dronowa, sonorystyczna narracja (znów jakość oddechu jest udziałem najstarszego z muzyków). Szósty, czyli Duchy Aylera. Tenor brzmi jak alt, hymnicznie i dostojnie, wszak to klasyk króla free jazzu. Trąbka w roli papugi, perkusja – jazzowego zwierza. Być może ta ekspozycja nic nowego do naszej wiedzy o Aylerze nie wnosi, ale w drugiej części, po dedynamizacji, dostarcza sporo smaczków, głównie ze strony barytonu, który ratuje ten pasus nadmiarem plusów. Siódmy, czyli Ogrodów odsłona finałowa. Na początek duet trąbki i perkusji. Takie tam pogawędki o pogodzie, nie mniej Cappozzo wreszcie grzeje krew w żyłach recenzenta i tym, jak gra, i tym co gra! I zwinny flow, i ciekawa sonorystyka. Lazro wkręca się w najlepszy fragment płyty (improwizacja uber alles!) dopiero po kilku minutach. Chytrze przejmuje inicjatywę, dominuje i dręczy kolegów wyśmienitą palcówką po śliskich dyszach. Dzieje się! Lasserre niespodziewanie - na talerzach - zgłasza zdanie odrębne i nakazuje kolektywną i pełnowymiarową wymianę zdań, bez akcentów melodyjno-rytmicznych. Muzycy szukają nowych płaszczyzn porozumienia i są w tym wyjątkowo skuteczni. Zwalniają tempo, łapią oniryczny klimat i brną ku finałowi w skupieniu. Być może wybrzmiewają odrobinę za długo. Ósmy, czyli finał i kolejny gniot Ellingtona (Hop Head). Solo Lasserre’a wprost na jazzowe festiwale, ale wytrawne i kompetentne. Szczypta tematu spod tenorowego i wirująca trąbka, pachnąca lekko sfilcowanym swingiem. Koniec.

Z kajetu dość złośliwego recenzenta: płyta ma dwa oblicza. Blisko półgodzinna swobodna improwizacja w trzech odcinkach, mimo drobnych ambiwalencji, broni się bez zastrzeżeń. Dogrywka (? – płyta powstała w trakcie trzy dni) ze standardami ma walor pytania retorycznego.



*) franc. Trzy kolory wciąż rządzą!

wtorek, 13 czerwca 2017

Benjamin Duboc – powieść wielowątkowa z kontrabasem w roli tytułowej


Benjamin Duboc, francuski improwizujący kontrabasista (wiek średni w rozkwicie), powoli wydeptuje już sobie stałe miejsce na Trybunie Muzyki Spontanicznej. Nie dziwi to jednak absolutnie nikogo, albowiem muzyk to doprawdy doskonały.

Nie dalej jak kilkanaście dni temu udowadniałem – mam nadzieję, skutecznie – iż czegokolwiek muzyk ten nie tknie się w ostatnich latach, to efekt fonograficzny budzi niekłamany podziw (przynajmniej Pana Redaktora). W tym akurat przypadku dowodem rzeczowym były płyty popełnione w ramach ekscytującej francuskiej wytwórni Dark Tree Records. Tu trop dla przypomnienia.

Jeśli zatem powiedziało się A, czas najwyższy powiedzieć B. Jak Benjamin! W trakcie ostatnich dwóch tygodni, w tempie karabinu maszynowego, przetoczyło się przez odtwarzacze redakcji kolejnych kilkanaście płyt z udziałem Duboca, zarówno autorskich, jak i tych bardziej współtwórczych. Dzięki temu dynamicznemu procesowi śmiało możemy dziś przystąpić do omówienia kilku z nich, zaś szczególny nacisk położymy na pewien trójpak. Zresztą od niego zaczniemy.


Primare Cantus/ Śpiew pierwotny – trzy dowody na poparcie tezy otwarcia

Od lipca 2010 do lutego 2011 roku, Benjamin Duboc poczynił sześć rejestracji studyjnych (w każdym razie, bez oklasków), w przeróżnych konfiguracjach personalnych, także w wersji solowej. Po kilku miesiącach, nagrania wyedytowane aż na trzech dyskach, ujawnił światu Ayler Records pod intrygującym tytulem Primare Cantus. Data publikacji nie była prawdopodobnie przypadkowa, albowiem dokładnie w roku 2011 nasz bohater … obchodził czterdzieste urodziny. Nie tylko zresztą ta okoliczność stanowi o wyjątkowości trójpaku. Decyduje o tym przed wszystkim zawarta na nim muzyka. Bez zbędnych kalkulacji dzieło Śpiewu Pierwotnego określić można mianem opus magnum francuskiego kontrabasisty (oczywiście z gruntownym zastrzeżeniem – jak do tej pory!).




Dysk pierwszy. Duboc, sam na sam ze swoim kontrabasem, przez 42 minuty snuje monumentalną, minimalistyczną opowieść o meandrach niskich częstotliwości. Wykorzystuje głównie dolny fragment kontrabasu (jak rozumiem, poniżej progu), traktowany smykiem. Ten dość wąski rejestr instrumentu uzupełnia wyższymi dźwiękami, będącymi skutkiem tarcia strun i generowania wibracji otworem gębowym. Jakkolwiek opis procesu sugeruje, iż mamy do czynienia wyłącznie z dźwiękami akustycznymi, wytrawne ucho recenzenta doszukać się potrafi kosmetycznych amplifikacji. Prawdziwa symfonia rozedrganego minimalizmu. Repetycja wibracji. Wibracja repetycji. Prawdziwy śpiew pierwotny z głębi ziemi, zaiste przeklętej. Determinacja, cierpliwość, posłuszność wobec przyjętej strategii działania. Około 20 minuty, w tej zwartej strukturze dźwięku, doszukać się można syndromu… rytmu. Jakby spirala maszyny na moment zatrybiła, ale i tak stanowi to jedynie ornament, źdźbło trawy na wielkiej łące. Drobiny nowych dźwięków pojawiają się nie częściej niż raz na kilka minut, choć z czasem (w proustowskim niemalże ujęciu!) dron narracji jakby pęczniał. Pod sam koniec ulega wszakże skromnego rozwarstwieniu, by krok po kroku dreptać do finału, delikatnie się eskalując. Finał zaś stanowi ostre uderzenia smyka w zapocony gryf! Primare Cantus - piękne, jakże duże wyzwanie dla odbiorcy.

Dysk drugi.  Trzy skromne duety Duboca z muzykami, z którymi współtworzy on swoją sztukę niemal na co dzień. Swoiste Brothers in Arms.

Na początek Jean-Luc Petit (saksofon tenorowy i barytonowy; nie należy mylić go z Julienem Petitem, saksofonistą znanym ze współpracy z Herbem Robertsonem, w ramach Space Cadets). Trzy zwarte, nieprzegadane opowieści. Sonorystyka saksofonu w opozycji do rwania strun i demolowania pudła rezonansowego. Dynamiczny smyk w opozycji do jurnego galopu saksofonu, wprost z krwawiącej dyszy. Drapieżny drumming Duboca, trochę wulgarnych macanek na boku ze strony Petita. Gdy baryton szeleści i drży jak niedotarty dwusuw, kontrabas rwie się ku akordowej eskalacji. Po jej wystudzeniu, cedzi emocje przez gęste sito, na szczęście durszlak pęka od nadmiaru dźwięków.

Duet drugi, to spotkanie z perkusistą, tu bardziej perkusjonalistą (small drum kit, rzeklibyśmy) Didierem Lasserre. Epizod pierwszy to krótkie talerzykowe fajerwerki, zdobione łamanymi strunami kontrabasu. Jakby wstęp do epizodu drugiego, który śmiało kandydować może do najlepszego odcinka trójpaku. Drżenie, rezonans, metatrans. Wyjątkowej urody post-elektronika bez kabli! Pulsacja, histeryczno-oniryczne talerzykowanie. Wielowymiarowy dron, który przepoczwarza się w kilkunastominutową perłę dźwiękową. Wyjątkowe! Finał tego duetu, jakby w opozycji do poprzedniego fragmentu. Ostre, kanciaste riffy i sonoryzm perkusjonalii – szczoteczkowanie, szuranie, trochę więcej konwencjonalnego drummingu w dostojnym tempie.

Czas na trzeci duet. Saksofon tenorowy i jego właściciel - Sylvain Guérineau. Cztery miniatury o silnie jazzowej strukturze. Tenor jest powabny, płynie bez kantów, gdyż akurat tych w nadmiarze serwuje nam kontrabasista. Duża amplituda dynamiki tej rejestracji, muzykom zdarza się brnąć przez improwizację nawet w tempie balladowym.

Dysk trzeci. Dwie rozbudowane narracje i field recordingowy epizod. Najpierw duet z gitarzystą Pascalem Battusem. Od razu zastrzeżenie: Pascal nie będzie grał na gitarze, a jedynie używał przystawki gitarowej, przetwornika, który został tu zdefiniowany jako guitar pickup. Dostajemy się zatem w otchłań quasi elektronicznych (elektrycznych!) poszukiwań narracyjnych punktów zaczepienia. Kontrabas jedzie smykiem w bardzo niskim rejestrze. Jest chyba lekko amplifikowany, co udanie konweniuje z gitarowymi zgrzytami, strojnymi trzaskami na kablach i gałkach potencjometrów. Rodzaj dość subtelnego noise’u. Duboc robi swoje i nie wchodzi początkowo w czupurne zwarcia. Trochę minimalistycznego wyciszenia, z którego wyłania się skoczny, zmutowany drumming strunowca, zwinnie kontrapunktowany przez szmery z przetwornika gitarowego (z kajetu recenzenta: sonorystyczne ach!). Temu ostatniemu trudno zaimponować w spokojniej narracji. Dużo ciekawiej dzieje się w drugiej połowie nagrania, gdy muzycy postanawiają brnąć w estetykę przesterowanego noise’u. Zgiełk, konkretny hałas, eskalowanie narracji – to właściwy kierunek! Duboc zdziera skórę ze strun kontrabasu, krew tryska po oczach – ogień! Piękna, kolektywna nawałnica z piorunami, z delikatnie wpisanymi w dramatyzm sytuacji scenicznej, repetycją i ograniczaniem środków wyrazu.

Po burzy z piorunami, tuż przed erupcją wulkanu, czas na szczyptę wyciszającego, choć odrobinę egzystencjalnego field recordingu autorstwa Benjamina.  Szum miasta, skowyt deszczu. Pasaż drwiącej z siebie natury dźwięku (z kajetu recenzenta: ciekawe, ile tu dołożono na etapie postprodukcji).

Finał trójpaku! A jak finał, to koniecznie trio! Sophie Agnel na fortepianie, Christian Pruvost na trąbce, Benjamin Duboc na kontrabasie. Od samego początku dynamika spotkania jest dalece konkretna. Muzycy kolektywnie brną w delikatnie onirycznym, trochę psychodelicznym nastroju (będzie się działo!). Wszystkie instrumenty brzmią niemal podobnie. Współczesna kameralistyka, ale na ostrym speadzie. Tuż po pierwszym wytłumieniu emocji, minimalistyczne pasaże każdego z muzyków, pełne mikrozdarzeń akustycznych - ochłapy sonorystyki, noise’owe akcenty. Intrygująca eskalacja, jakby wprost z głębi ziemi, z bardzo niskiego pułapu. Aż trudno uwierzyć, że przed nami produkują się wyłącznie akustyczne instrumenty. Pruvost jest nieznośne elektroakustyczny, dmie lewą powierzchnią płuc, uprawia sztuczki magiczne. Agnel gniecie struny fortepianu, chyba już na nich leży. Duboc drży całym ciałem, subtelnie zaznacza rytm, chlaszcząc pudło kontrabasu kijem bejsbolowym. Muzyka konkretna, dalece konkretna! Eksplozywne, czupurne, stanowczo wyjątkowe zwieńczenie urodzinowego trójpaku. Jaki piękny hałas! Preparacje pianistki, szaleństwa trębacza, smykowe implozje kontrabasisty. Krzyk instrumentów (trąbka!). Wybrzmienie następuje na obolałym gryfie kontrabasu, ze skomlącym smykiem, który całkowicie zatracił poczucie rzeczywistości. What a game!




Jeśli przebrnięcie przez solową część Primare Cantus okaże się, dla niektórych z nas, zadaniem ponad siły, mam dobrą wiadomość.  W kwietniu 2013 roku, Benjamin rejestruje płytę solową. Zwie ją St. James Infirmary (Improvising Beings, 2014). Nagranie poczynione w obiekcie sakralnym, zatem z gwarancją wspaniałego brzmienia niejako w pakiecie. Dwie rozbudowane opowieści, które diametralnie różnią się od eksperymentu Pieśni Pierwotnej. Pierwszą śmiało pomieścić możemy w jazzowej estetyce. Frazy, akordy, improwizacje i szczypta melodii. Niebanalny pokaz kompetencji muzyka. Opowieść druga jest bardziej różnorodna stylistycznie. Łatwiej powiedzieć, czego tu nie ma. Bogactwo narracji, technik improwizatorskich, po części także rodzaj podręcznika dla adeptów kontrabasu.  Można ten właśnie fragment solowych ekspozycji Duboca określić mianem jego the best of. Rodzaj portfolio, które dołącza do CV, w trakcie procesu aplikowania o etat w najlepszej orkiestrze świata. Piękne, głębokie, choć nie zawsze czyste brzmienie.


Double-Basse – duet z dolin

Świat niskich częstotliwości, to naturalna fauna i flora dla faceta, który rwie grube struny kontrabasu. Pomysł na duet z klarnetem kontrabasowym zdaje się w tej sytuacji rozwiązaniem oczywistym. Partner zwie się Jean-Luc Petit (muzyk przywołany kilka akapitów wcześniej, tym razem jednak na innym dęciaku). Panowie przyjęli nazwę Double –Basse, której adekwatność nie budzi jakichkolwiek wątpliwości.




Spotkanie studyjne (? – w każdym razie bez oklasków), poczynione w kwietniu 2013r. dokumentuje doskonała płyta This Is Not Art (Clean Feed Records, 2015). Dwie rozbudowane, całkowicie wyzwolone improwizacje, toczone wszakże w dużym skupieniu i bez popisów indywidualnych. Niczym J.S.Bach dogorywający w ogniu piekielnym, z głosami potępienia w tle i śmiercią w oczach. Duboc nie dość, że brzmi monumentalnie, to gra z bywałą atencją i tyczy piękny szlak dla postękiwań nielekkiego dęciaka. Demoluje struny kontrabasu ołowianym smykiem, płynie po nich lub ordynarnie gwałci je histerycznym drummingiem. Muzyka trwa onirycznymi pasusami, jest metaforyczna i wciąż stawia znaki zapytania. Sonorystyczna zaduma, szczypta kreatywnej zasady imitacji, to główne elementy składowe konstruktywnych utarczek obu muzyków. Tytuł wszak zobowiązuje! Brzmienie kontrabasu jest czyste, lśniące, ale dalekie od barokowego stroju Barry’ego Guya. Tembr strunowca jest matowy, szorstki, lubi chlastać po twarzy, gdy za blisko podejdziesz. Petit w pierwszej części pozostaje raczej w ukryciu, nie jest nadmiernie ekspresyjny i jedynie komentuje wyczyny Duboca. W części drugiej staje na środku sceny i robi wszystko, by zadać kłam opinii recenzenta.


Kwintet Nuts i duetowe uzupełnienie

Kolejna perła w dorobku Benjamina, to ulotny, nietypowy i ciekawy personalnie kwintet, ukrywający się pod nazwą Nuts i łączący w sobie dwa pokolenia muzyków improwizujących z … trzech kontynentów.

Dwa zestawy perkusyjne (Didier Lasserre i Makoto Sato) przyczajone delikatnie w tle, na przeciwległych flankach. Bliżej naszych uszu, także szeroko rozstawione dwa zestawy dęciaków (Itaru Oki i Rasul Siddik). Na samym zaś środku Benjamin Duboc i jego wyjątkowo ogromny kontrabas. Muzyka jest swobodnie improwizowana, mnóstwo w niej komunikatywnej i niebanalnej sonorystyki z dęciaków, jazzowy drive bębnów, które pozostają w ciągłym zwarciu i kontrabas, który rządzi, niepokoi, rozrywa przestrzeń akustyczną koncertu swym gigantycznym soundem. Jest sam, ale chwilami brzmi tak potężnie, masywnie, jakbyśmy słyszeli, co najmniej trzy takie instrumenty. Skojarzenia z włoskimi płytami Billa Dixona z lat 90. jak najbardziej zasadne, zwłaszcza, iż zaciąg dęty gra przede wszystkim na trąbkach i flugelhornach (okazjonalnie także flety, inne drobne reeds i preparacje). Muzyka bywa dynamiczna, nie brakuje w niej jednak szczypty niesentymentalnego liryzmu i progresywnych chwil artystycznego zaniechania.





Orzeszki (Nuts) pozostawiły po sobie, jak dotąd, dwa wydawnictwa. Pierwsze zwie się
L'Atelier Tampon​-​Ramier (Sans Bruit, 2008 – nagranie dostępne jedynie w plikach) i jest rejestracją pierwszego koncertu kwintetu, jaki miał miejsce w Paryżu, we wrześniu 2007r.  (tytuł płyty, to nazwa klubu, który gościł Nuts). Druga zaś, to Symphony For Old And New Dimensions (CD Ayler Records, 2009). Nagranie z lutego 2009r. z Le Carré Bleu, w Poitiers (gdzieś we Francji).

Pełnoprawne uzupełnienie dwóch smakowitych płyt kwintetu Nuts, stanowić może płyta duetu, który jest jego… podzbiorem. Benjamin Duboc i Itaru Oki (trąbka, flugelhorn, flet) w grudniu 2009r. w Paryżu, zarejestrowali kolejny wartościowy artystycznie materiał, który edytorsko udostępniła nam francuska inicjatywa wydawnicza Improvising Beings pod tytułem Nobusiko (2010). Osiem drobnych, improwizowanych perełek z japońskimi tytułami, do wiecznej eksploracji. Skupienie, dbałość o niuanse, akustyczna perwersja.


Ogniste Trio The Fish plus duet na dokładkę

Czas na drobną epistołę z nieco głośniejszymi, mniej subtelnym dźwiękami. Tu głównym partnerem kontrabasisty będzie saksofonista altowy, Jean-Luc Guionnet. Wraz z perkusistą Edwardem Perraudem muzycy funkcjonują pod nazwą własną The Fish, mają także za sobą epizod duetowy.

Nazwisko alcisty może niektórym z nas kojarzyć się z innym triem, The Ames Room (Clayton Thomas, Will Guthrie), które kilkakrotnie gościło w Polsce na koncertach. Rybia muzyka jest równie ekspresyjna, stanowi bowiem przykład absolutnie bezkompromisowego free jazzu. Gdy Guionnet na początku koncertu wkłada do ust lufę swojego karabinu, to wyciąga ją wraz z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Gra narowiście, z głębokim zadęciem, często stosuje repetycję. Być może nie jest to ulubiony rodzaj ekspresji Pana Redaktora, ale i to ma swoją wartość. Na tle gęstej powłoki saksofonowych erupcji, odnaleźć można w niemal klinicznym stanie doskonałą robotę kontrabasisty, tu dodatkowo, w bystrej kooperacji z jakże kompetentnym drummerem. I tak też słuchałem obu płyt The Fish, a czas płynął wartko i stosunkowo kreatywne.




Pierwsza ekspozycja płytowa tria, to podwójne wydawnictwo Live At Olympic Café & Jazz À Mulhouse (Ayler Records, 2007). Dysk pierwszy, to dwa sety z paryskiego koncertu, z grudnia 2005r, zaś drugi – jednosetowy incydent z Moulhouse, z sierpnia 2006r. Trwająca łącznie 110-minut, ekspresyjna petarda zaspokoi gusta każdego wielbiciela gatunku. Osobiście bardziej podoba mi się młodsze nagranie tria. Myślę o krążku Moon Fish (Clean Feed Records, 2012). Trzy kwadranse tego koncertu (dane szczegółowe niedostępne) zdają się być bardziej zwarte narracyjnie, mniej przegadane. Być może o walorach tego akurat nagrania decyduje także zrównoważony emocjonalnie czas jego trwania.




W kontekście słów, jakie padły w odniesieniu do muzyki The Fish, zupełnie zaskakujące okazuje się wspólne nagrania Duboca i Guionneta w duecie. Panowie wchodzą do całkowicie innej bajki. W listopadzie 2005r. w Paryżu realizują nagranie, które trafia na krążek W (Amor Fati, 2008). Trwająca niespełna 41 minut improwizacja opiera się na akustycznie destruktywnej sonorystyce bardzo suchego altu i drapieżnego, traktowanego głównie smykiem, kontrabasu. Dramaturgicznie pozostajemy w stylistyce niezwykle minimalistycznej, a istotnym atrybutem narracji jest cisza, która często oddziela od siebie duetowe ekspozycje. Muzycy w wielu momentach płynną wspólnie, stosując bardzo konsekwentnie zasadę imitacji. Odniesienie do szeroko rozumianej muzyki współczesnej też nie jest tu złym tropem. Niełatwe w odbiorze, konsekwentnie prowadzone, bardzo konkretne w brzmieniu nagranie, które intryguje ponadnormatywnie. Szkoda, że jak dotąd nie doczekaliśmy się ciągu dalszego tego duetu.


Inne epizody, damsko-męskie

Ponieważ nasza wielowątkowa powieść o muzyce Benjamina Duboca urosła już do rozmiarów trudno przyswajalnych z ekranu telefonu, czy nawet komputera, czas najwyższy zmierzać ku końcowi. A zatem na koniec skromne zajawki innych, także ciekawych przygód muzycznych kontrabasisty z Francji.

Le Retour D’Ulysse (Promenade) (Improvising Beings, 2015). Duet Duboca z francuską saksofonistą Alexandrą Grimal (tenor, sopran). Długie, dwupłytowe wydawnictwo zawiera chwilami dość ciepłe i na ogół niebanalne improwizacje (także jedną kompozycję Johna Coltrane’a). Duboc gra na swoim doskonałym poziomie, ilość fajerwerków tryskających z gryfu kontrabasu, jak zwykle imponuje. Grimal nie zawsze jest jednak w stanie utrzymymać poziom, zaproponowany przez partnera. Szczególnie dzieje się tak, gdy sięga po saksofon tenorowy. Gdyby płyta miała wymiar trzech kwadransów broniłaby się zdecydowanie lepiej.




There Starts The Future (Ayler Records, 2009). Choć na tej płycie, formalnie Benjaminowi przypada jedynie rola sidemana, nie sposób przez chwilę nie pochylić się nad tym doskonałym nagraniem. Firmuje je Abdelhai Bennani Trio. Francuski saksofonista, marokańskiego pochodzenia, gra wyjątkowo interesująco, nie dominuje, jak to ma w zwyczaju wielu saksofonistów w trio, świetnie wchodzi w improwizowane interakcje z kontrabasistą i tym trzecim, perkusistą Edwardem Perraudem. Ta trzyosobówka ma konkretnie demokratyczny strój, każdy z muzyków do free jazzowej konstrukcji dokłada swoje trzy gorsze. Płyty słucha się wyśmienicie, zwłaszcza drugiej jej części, gdy nasz bohater ewidentnie przejmuje rolę lidera tej eskalacji. Na końcu gra już prawie sam, a jego partnerzy mogą jedynie głośno wzdychać z wrażenia.

Free Unfold Trio (Amor Fati, 2006). Jeśli pragniecie posłuchać bardzo wytrawnego i kompetentnego tria jazzowego z fortepianem, to trafiliście idealnie. Duboca wspiera tu Didier Lasserre na perkusji i Jobic Le Masson na fortepianie. Nagranie poczynione na festiwalu w Bordeaux, w 2006 roku. Pod tym szyldem muzycy popełnili także incydent studyjny – Ballades (Ayler Records, 2009).




Entropy/ Enthalpy (Rouge Art, 2015). Podwójne wydawnictwo firmowane przez jednorazową formację The Turbine! (wykrzyknik stanowi część nazwy tego składu). Zapewne dla wielu fanów, silnie zapatrzonych w improwizowaną muzykę anglosaską, było to jedyne, jak dotąd, spotkanie z muzyką Duboca. Bardzo poważny zaciąg amerykański (Hamid Drake, William Parker, Harrison Bankhead) sprawia, że to najbardziej znane z nagrań naszego dzisiejszego bohatera. Znane, nie znaczy dobre. Dla mnie to wyjątkowo nierówna płyta. W wielu fragmentach gra podwójnej sekcji rytmicznej prowadzi donikąd. Są ekscytujące fajerwerki, pokazy sztucznych ogni, popisy indywidualne, tylko dobrej muzyki jak na lekarstwo. Z tego za długiego wydawnictwa, moją uwagę przykuwa jedynie blisko 30-minutowy free jazzowy pokaz emocji, gdy kwartet dwóch basistów i dwóch perkusistów wspiera świetnym flowem, francuski saksofonista Lionel Garcin (nazwisko do zapamiętania).



Ogromne podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań !


czwartek, 18 sierpnia 2016

Jazz Em Agosto … Lisboa 2016!


Jak już dni parę temu doniosłem, Trybuna miała okazję uczestniczyć w dwóch wydarzeniach tegorocznego festiwalu jazzowego w Lizbonie. Jazz w Sierpniu to impreza o wieloletniej tradycji (bodaj 36 edycja!), która ciekawie wpisuje się w koloryt niezwykłego miejsca, jakim jest stolica Portugalii.

Organizacja festiwalu w okresie wakacji ma oczywiście powód wyłącznie merkantylny (Lizbona pęka w szwach od turystów). Jak mawiają miejscowi muzycy, w trakcie roku szkolnego miasto obfituje w interesujące koncerty, także free improv, ale jakoś … nikt na nie nie przychodzi.




Festiwal zlokalizowany jest z dala od urokliwej, starej części miasta. Nieopodal Placu Hiszpańskiego (pięć stacji metra od centralnego Praca de Commercia) mieści się siedziba Fundacji i Muzeum Calouste Gulbenkiana. Ów Ormianin w pierwszej połowie XX wieku dorobił się fortuny na handlu turecko-portugalskim i był łaskaw założyć fundację, która do dziś wspiera wiele inicjatyw kulturalnych Lizbony, w tym szczególnie interesujący nas festiwal.

Koncerty festiwalowe odbywają się zarówno w sali koncertowej wewnątrz budynku głównego Fundacji/Muzeum (te popołudniowe), jak i w malowniczym Amfiteatrze (te wieczorne), położnym w pobliskim parku, gęsto zadrzewionym i zaopatrzonym w oczko wodne. Okoliczności przyrody zatem smakowite, a jedyny dyskomfort stanowi bliskość lotniska, na którym w trakcie weekendu samolot ląduje co pięć minut i siłą rzeczy hałas skutecznie komponuje się z improwizacjami muzyków.

Impreza tegoroczna trwała dziesięć dni (na ogół dwa koncerty dziennie), obok koncertów nie brakowało pokazów filmowych (m.in. jazzowe dokumenty znane nam z katalogu Rouge Art Records), a także… pogadanek o muzyce improwizowanej w wykonaniu Davida Toopa i … Evana Parkera (szkoda, że program festiwalu nie przewidywał ich koncertowego ekscesu).

Na koncertach, poza dużą reprezentacją muzyków francuskich, portugalskich i włoskich, których personalia na razie nie mówią nam zbyt wiele, nie zabrakło świetne znanych nam muzyków sceny free jazz/ free improv – Tima Berne’a, Marca Ribota, Paala Nilssena-Love, Petera Evansa czy Franka Gratkowskiego.

Szczęśliwie miałem okazję uczestniczyć w dwóch wieczornych koncertach. Na początek Snakeoil Tima Berne’a, podstawowa obecnie aktywność muzyczna doskonałego alcisty z Nowego Yorku.




Pisząc na początku lipca o Snakeoil, przy okazji ich ostatniej limitowanej płyty koncertowej Anguis Oleum, nie spocząłem w pozycji na kolanach i delikatnie utyskiwałem nad pewnymi niedoskonałościami tej formacji (głównie w zakresie ekspresji przekazu muzycznego). Na lizbońskim koncercie miałem doskonałą okazję, by te drobne ambiwalencje odszczekać. Co zresztą czynię obecnie z dużą przyjemnością. Koncert był bowiem doskonały, o czym decydował każdy z muzyków, a także fakt, iż w stosunku do w/w płyty koncertowej Snakeiol ponownie zaprezentował się w składzie pięcioosobowym (takimż był na ostatniej studyjnej płycie You’ve Been Watching Me). A zatem, obok lidera, twórcy materiału muzycznego, Tima Berne’a na alcie, zagrali – Oscar Noriega na klarnecie i klarnecie basowym, Matt Mitchell na fortepianie, Ches Smith na perkusji i wibrafonie oraz ten piąty – Ryan Ferreira na gitarze elektrycznej. Kwintet zagrał cztery rozbudowane kompozycje, typowe zresztą dla wszystkich formacji Berne’a, czyli zawierające sporo nutek na pulpitach, nawet długie pasaże grane unisono, wszakże pozwalające każdemu z muzyków na tak dużą swobodę w doborze sił i środków, iż całość w trakcie utworu przeistaczała się we wrzący tygiel bardzo dynamicznych i absolutnie wolnych improwizacji. Gitara Ferreiry wprowadziła do tej muzyki, jako jedyny element nieakustyczny, bardzo ciekawy dysonans brzmieniowy. Muzyk nie grał akordami, nie improwizował w sposób jazzowy, a jedynie generował plamy dźwiękowe, niekiedy o bardzo … psychodelicznym posmaku. Akustyczny kwartet bez instrumentu basowego zyskał dzięki temu fantastyczny background.




Pozostali Panowie też odciskali na muzyce tego zdecydowanie demokratycznego tworu swoje silnie piętno. Noriega zaczął lekko speszony, ale z każdą minutą nabierał wigoru i szczególnie na zwykłym klarnecie pięknie dopowiadał frazy Berne’a i ekwilibrystycznie improwizował. Pianista Mitchell miał pomysł na każdy fragment występu, a także doskonale improwizował w duecie z perkusistą i wibrafonistą Smithem. A tenże ostatni był chyba królem polowania. Fantastyczny muzyk! W wielu momentach to on, a nie alcista napędzał całą machinę, a w momentach dramaturgicznie uzasadnionych trzymał w ryzach kolegów. No i Berne, zawsze taki sam, precyzyjny, skupiony, dający pograć kolegom, niczym czuły demiurg czuwający na prawidłowym przebiegiem wydarzenia. Wyśmienity koncert zakończony skromnym bisem w nieco spokojniejszej tonacji.

Cztery dni później dotarłem na koncert kwartetu francuskiego skrzypka Theo Ceccaldiego Petite Moutarde (znamy tego muzyka choćby ze wspólnych płyt z portugalskim trębaczem Luisem Vicente – patrz: roczne podsumowanie 2015 na Trybunie). Grającego także na altówce i odpowiedzialnego za kompozycję Theo, w kwartecie wspierali – Alexandra Grimal na saksofononie tenorowym, sopranowym i sopranino, także udzielająca się wokalnie, Ivan Gelugne na kontrabasie i Florian Satche na perkusji. Dodatkowo dwóch kolegów obsługiwało stronę wizualną koncertu, poprzez prezentację fragmentów surrealistycznych filmów z lat 20. ubiegłego stulecia, autorstwa Rene Claira, Marcela Duchampa i Mana Raya.

Sama muzyka – od razu zaznaczę – nie porwała mnie. Oczywiście Ceccaldi grał wyśmienicie, pięknie improwizował, a jego instrumenty brzmiały czysto i zaborczo jednocześnie, natomiast nie ekscytowała sama koncepcja tego kwartetu. Sekcja grała bardzo jazzowo, czasami prostym groove’m, co w kontekście jednak delikatnych instrumentów smyczkowych nie koniecznie udanie konweniowało. A saksofonistka, swoim niezbyt rozbudowanym arsenałem artystycznych środków wyrazu, niestety niewiele mogła wnieść do obrazu całości. Zdecydowanie ciekawiej było, gdy Alexandra używała głosu, ciekawie improwizując i wplatając w to .. dźwięki saksofonu.




Oczywiście, gdy do tej chwilami interesującej muzyki dodamy wyśmienity pokaz czarnobiałej groteski francuskiego kina sprzed stu lat, cały projekt dość dobrze się bronił, ale dla mnie za wiele w nim było wyrachowania i … ilustracyjności, co niechybnie zarzucał obraz, dynamicznie zmieniający się za plecami czworga muzyków. W każdym razie płyty z materiałem Petite Moutarde nie kupiłem (w przeciwieństwie do kilku innych, dostępnych krążków, głównie doskonale nam znanej portugalskiej stajni Clean Feed – w bardzo zresztą promocyjnych cenach, nawet biorąc pod uwagę zwariowany kurs EURO, który po części zrujnował mnie finansowo w aspekcie całego dwutygodniowego pobytu w Lizbonie i jej uroczych, plażowych okolicach).

Koncert po godzinie dotarł do swego końca i w kontekście umiarkowanej euforii wśród publiczności zgromadzonej w Amfiteatrze, nie doczekał się bisu.

Na koniec drobna refleksja Alberta Cirery, który był na koncercie formacji Pulverize The Sound, gdzie trębacza Petera Evansa wspomagali – Tim Dahl na elektrycznym basie i Mike Pride na bębnach. Koncert w ocenie Alberta był doskonały i dalece odkrywczy. Koniecznie mamy sięgnąć na płytę, jak ta się ukaże. Zapisane w kajecie!


Ps. Dołączam do relacji zdjęcia zrobione moim telefonem – wyszły beznadziejnie, ale uznajmy, że są na tyle ekspresyjne, że … warto je tu załączyć. Nadto są jedynym namacalnym dowodem na to, że byłem wtedy w Lizbonie J.