Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Susan Alcorn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Susan Alcorn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 kwietnia 2024

The Relative Pitch’ winter outfit: Cello Trio! Duthoit & Hautzinger! Space! FC Orchestra! Sikora & Alcorn!


Nowojorski The Relative Pitch Records permanentnie dba o to, by nie było nudy w naszych muzycznych odtwarzaczach. Pierwsze tygodnie nowego roku przyniosły pięć premier, wszystkie udostępnione zostały w poręcznym formacie dysku kompaktowego - niektóre z nich na okładkach mają jeszcze wygrawerowane daty 2023, z kolei oznaczenia bandcampowe każą zaliczyć wszystkie płyty już do roku 2024.

Najważniejsza wszakże jest muzyka, a tej dobrej lub bardzo dobrej w katalogu amerykańskiego labelu nigdy nie brakowało. W zestawie otrzymujemy koncert na trzy rozszalałe, improwizujące wiolonczele, francusko-austriacką parę (nie tylko na scenie), która kocha tzw. techniki rozszerzone, szwedzkie trio dalece swobodnego post-jazzu, wreszcie dwie produkcje typowo amerykańskie, nie tylko z uwagi na narodowość ich twórców, ale także dość … przewidywalny splot wydarzeń artystycznych.

Welcome!!!



 

Tomeka Reid, Isidora Edwards & Elisabeth Coudoux Reid/Edwards/Coudoux

Wiesbaden, DARA String Festival, sierpień 2021: Tomeka Reid, Isidora Edwards oraz Elisabeth Coudoux – wiolonczele. Cztery improwizacje, 62 minuty.

Trzy wiolonczele w dłoniach trzech temperamentnych wiolonczelistek z trzech różnych kontynentów i ponad godziny koncert będący nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, doposażony w niepowtarzalne brzmienie gibkich strunowców i gęste zwoje improwizacyjnych interakcji. Czegóż chcieć więcej!

Dla wygody słuchaczy spektakl podzielony został na cztery odcinki, z których ten pierwszy trwa prawie dwa kwadranse. Jego początek jest dalece minimalistyczny, klejony z drobnych fraz, preparacji, szmerów i oddechów zanurzonych w mroku oczekiwania na to, co za moment może się wydarzyć. Wiolonczelistki pracują w dużym skupieniu, skoncentrowane na brzmieniu, ukrytej melodyce i budowaniu zwinnej dramaturgii. Okazjonalnie frazują w podgrupach, raz za razem uwalniając pokłady ekspresji, ale zdaje się, że mają pod pełną kontrolą przebieg całej improwizacji. Jej intensywność faluje niczym wzburzone morze. Artystki frazują na ogół arco, ale zdążają im się interludia kreowane w trybie pizzicato. Drugi odcinek koncertu najpierw skupia się na drobnych, preparowanych dźwiękach, potem eksploduje z siłą dotychczas niespotykaną. Po osiągnięciu szczytu opowieść opada w objęcia melodii i postępującego mroku. Trzecia część niesie ze sobą duży ładunek energii wewnętrznej, ale płynie w umiarkowanie spokojnym tempie, nasycona molową nutą, ale i na poły taneczną rytmiką. Przez krótką chwilę artystki rozmawiają ze sobą metodą call & responce, a ten epizod finalizują dalece emocjonalnym dociskaniem strun. Ostatnia odsłona zaczyna się na poziomie ciszy, lepi się z drobnych fraz, nie bez gorzkiej melodyki. Po pewnym czasie w gęstwinie mrocznych zakamarków budzą się bardziej zadziorne frazy, wzmagane uderzaniami smyczków po strunach. Finał koncertu mieni się mnóstwem wydarzeń. Zdaje się, że wiolonczelistki mają tu pomysł na kolejną godzinę koncertu.



 

Isabelle Duthoit & Franz Hautzinger Dans le Morvan

GMEA Central National de Creation Musicale d’Albi-Turn, luty 2021: Isabelle Duthoit – klarnet, głos oraz Franz Hautzinger – trąbka ćwierćtonowa. Jedenaście improwizacji, 64 minuty.

Morvan, to nazwa francuskiej miejscowości, w której pomieszkują Isabelle i Franz. Ona dysponuje głosem o nieskończonych możliwościach, jest w stanie wydać z siebie każdy dźwięk, równie skuteczna jest w wykorzystywaniu atrybutów sonorystycznych klarnetu, on, mistrz trąbki ćwierćtonowej, od lat jest synonimem najwyższej jakości w obszarze dźwięków trębackich wydawanych tzw. technikami rozszerzonymi. W życiu prywatnym są parą, na scenie muzyki improwizowanej nie występują wszakże równie często. Dziś ślą nam album wyjątkowy w obszarze brzmienia, pełen niespodzianek, dramaturgicznych wolt i … obrazów, jakie powstają w naszej wyobraźni. Być może odrobinę za długi, zwłaszcza w kontekście przyswajalności fonicznej niektórych ich popisów. Ale album definitywnie udany, permanentnie intrygujący, nawet przy wielokrotnym odsłuchu.

Ów niebywały festiwal fake sounds, gdy źródła wielu dźwięków możemy jedynie domniemywać, zaczyna się na poziomie mikro fraz i zdaje się być próbą udowodnienia, iż głos ludzki i dźwięk trąbki mogą być do siebie podobne, jak dwie krople wody. W drugiej odsłonie mamy fale ambientu, które płyną z gardła i trębackich wentyli. W trzeciej sytuacja dramaturgiczna ulega dalszemu zagęszczeniu, bo do świata fonii dołącza klarnet. Artyści chwilami sprawiają tu wrażenie, jakby egzystowali w fazie snu głębokiego i wydawali dźwięki, których istnienia nie są do koca świadomi. Wybudzają się w części piątej, gdy krzyczą, wrzeszczą i rozdzierają szaty. W szóstej spuszczają powietrze z opon, w siódmej wydają dźwięki definitywnie gastryczne (trąbka także!) oraz plejadę fonii wprost z ogrodu zoologicznego, w końcu w ósmej, dronowymi ekspozycjami starają się ściągnąć nad Morvan burzę z piorunami. Dziewiąta improwizacja trwa tu kwadrans i przynosi kolejne karkołomne akcje z obu stron. Najpierw cisza i definicja nano-dźwięku, potem kocie mruczenia i drobne plamy ekspresji oddzielone wydatnymi pauzami, wreszcie rytm oddechu i trębackich westchnień skończonych w stadium … galopu. W przedostatniej opowieści muzycy zdają się deformować każdy dźwięk, który są w stanie wydać swoim bogatym instrumentarium. Dźwięki z samego dna gardła, post-akustyczne jęki trąbki, kocie piski i metalowe rzężenia. Isabelle jest tu wygłodniałą kocicą, Franz nienasyconym niedźwiedziem na żerowisku. Emocje sięgają zenitu. Finał, to akcenty perkusyjne, energetyczne przepięcia mocy i przemożna chęć, by z tą parą szaleńców pozostać na dłużej. A jednak!



 

Space Embrace the Space

Atlantis Studio, Sztokholm, styczeń 2023: Lisa Ullén – fortepian, Elsa Bergman – kontrabas oraz Anna Lund – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Szwedzki, swobodnie improwizowany jazz, na klasycznie zinstrumentalizowane trio, które lubi emocje free, chętnie sięga po mrok i moc czarnych klawiszy, które buduje narrację z gracją, nie siląc się na dramaturgicznie ekstrawagancje. Wszystko wydaje się tu być stworzone po to, by sprawiać czystą radość z odsłuchu. Nagranie nie odkrywa niczego szczególnego, niczego, czegośmy onegdaj nie słuchali, ale mimo to buduje napięcie i nie nudzi choćby przez moment.

Otwarcie albumu płynie wprost z czarnej strony fortepianowej klawiatury i błyszczących, perkusyjnych talerzy. Artystki potrzebują tu ledwie kilka sekund, by zewrzeć szeregi i dziarsko ruszyć we free jazzowy galop. Podobnie czynią w trzeciej improwizacji, którą bogacą dodatkowe akcje łamiące rytm i stawiające narrację w poprzek zastanym konwencjom. Piano nabiera tu posmaku post-romantycznego, perkusja zaś serwuje bystre solo. Tymczasem druga i czwarta opowieść zdają się nade wszystko koić emocje i przybierać postać zgrabnych post-ballad. Ta druga sięga także po dźwięki inside piano, choć kończy się w tempie dalece nieballadowym. Piąta improwizacja trwa tu kilkanaście minut i rości sobie pretensje do bycia tą najważniejszą. Artystki dawkują nam intensywność, potrafią frazować bardzo filigranowo, ale wszystkie swoje akcje prowadza w dalece interesującej dynamice, dzięki czemu długa improwizacja mija w mgnieniu oka. Szczególnie podobać się może środkowa, mroczna, spowolniona faza nagrania. Ostatnie trzy utwory trzymają się konwencji dynamicznej, przeplatanej balladowymi westchnieniami. Znów dużo tu mrocznych, niepowiedzianych fraz oraz nisko osadzonych, dynamicznych akcji, tętniących groove basu i piana. W finałowej części spora rola przypada kontrabasowemu smyczkowi, który niesie emocje osadzając się na zgrabnych rytmie.  Swoje dokłada aparycja inside piano.



 

Fully Celebrated Orchestra Sob Story

Czas i miejsce akcji nieznane: Jim Hobbs – saksofon altowy, kompozycje, Taylor Ho Bynum – trąbka, Ian Ayers – gitara, Luther Gray – perkusja oraz Timo Shanko – bas. Dziesięć utworów, 41 minut.

Tu szefem przedsięwzięcia jest alcista, muzyk bynajmniej nie anonimowy, a jego ważnym kolaborantem świetny trębacz, kojarzony na ogół z częstym partnerowaniem Anthony’emu Braxtonowi. Album przynosi dziesięć zgrabnych tematów, często do tańczenia i śpiewania, na ogół ciekawie rozwijanych na etapie improwizacji, szczególnie tych kolektywnych. Jako całość Sob Story jest jednak upiornie przewidywalna i odrobinę zbyt eklektyczna. Choć miejsce akcji nie jest na okładce wskazane, muzyka pachnie na kilometr Nowym Jorkiem, jest nasączona downtownowym sznytem, godnym lat 90. ubiegłego stulecia.

Pierwszy temat prowadzony jest w marszowym, żwawym tempie, zdaje się być post-romantyczny w barwie i nowojorski w ciekawym łamaniu zadanej na wstępie rytmiki. Śmiało moglibyśmy nazwać go Aylerem w stanie uśpionej kreatywności. Kolejne ekspozycje stawiają na taneczność i prostotę przekazu, a dominują w niej improwizacje prowadzone raczej w formule solowej. W czwartej części intensywnie swingujemy do niezbyt wyszukanej melodyki, ale podoba się może ekspresja gitarzysty. Po smutnej balladzie, w części szóstej dostajemy się w wir kameralistyki z soczystym smyczkiem na gryfie basu. Na etapie kolektywnych improwizacji dzieje się tu dużo dobrego. Siódma opowieść, to zabawna samba, trochę funky i dużo gęstego groove. W ósmej interesujące jest saksofonowe solo, ale sama ekspozycja swinguje bez ikry. Dwie ostatnie opowieści, to niemal piosenkowe ballady, kind of smooth Ayler, a oczekiwania recenzenta, że puenta albumu uratuje ogólny wizerunek nagrania okazują się płonne.



 

Catherine Sikora & Susan Alcorn Filament

Zurcher Gallery, maj 2022: Susan Alcorn - pedal steel guitra oraz Catherine Sikora – saksofon tenorowy. Trzy improwizacje, 64 minuty.

Album dwóch uznanych amerykańskich artystek wydaje się być przykładem typowego dla pewnych obszarów muzyki improwizowanej braku umiaru. Panie budują tu wiele ciekawych akcji, dbają o dramaturgię, ale formuła ich swobodnych improwizacji, zakres brzmieniowych możliwości, być może także ograniczone zasoby kreatywności, sprawiają, iż album po dwóch kwadransach mógłby się spokojnie skończyć. Trwa niestety ponad cztery takie interwały.

Nagranie koncertowe jest tu nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym. Początek sporo obiecuje - łączy post-jazzowy, dobrze kontrolowany flow saksofonu z ambientowymi plamami gitary. Drobne spiętrzenia free jazzowe dobrze robią dramaturgii, podobnie jak niezbyt częste dyskusje prowadzone drobnymi, urywanymi frazami. Gdy Alcorn ucieka w typowe dla swego instrumentu slajsy, melodykę w estetyce post-americana, zasoby środków Sikory, by sytuacji nadać stempel większej jakości nie są zbyt rozległe. Niestety im dalej w las, tym więcej w artystkach zadumy, balladowej powolności, a mniej ciekawych interakcji. Pod tym względem bardziej interesująca wydaje się być sama końcówka koncertu, odrobinę oniryczna, psycho-bluesowa, z intrygującymi saksofonowymi spiętrzeniami.

 

 


piątek, 24 lutego 2023

The Relative Pitch’ January outfit: Quartet, Duo and Trio!


Amerykański The Relative Pitch Records dostarcza nowych płyt każdego miesiąca i czyni to z godną podkreślenia konsekwencją edytorską. W styczniu podrzucił nam trzy nowości (choć po prawdzie jedna z nich datowana jest na sam koniec grudnia). W zestawie odnajdujemy soczysty aylerowsko-coltrane’owski free jazz w doborowej obsadzie, ostatni odcinek serii DUOS2022 naszej ulubionej bułgarskiej skrzypaczki oraz amerykańskie trio swobodnego post-jazzu, niepozbawione meta bluesowego posmaku i rockowej ekspresji. Pierwszy i trzeci album dostajemy w formie dysku kompaktowego, duet zaś, tak jak poprzednio, jedynie w plikach elektronicznych.



Rasmussen/ Flaherty/ Rowden/ Corsano  Crying in Space

Firehouse 12, New Haven, czerwiec 2019: Mette Rasmussen – saksofon altowy i obiekty, Paul Flaherty – saksofon altowy i tenorowy, Zach Rowden – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja, instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 42 minuty.

Na omawianym, transatlantyckim albumie, nie mogło zabraknąć emocji gorącego free jazzu – ze strony amerykańskiej wyjątkowy saksofonista, prawdziwy outsider i weteran fire music, doskonały drummer już chyba średniego pokolenia i świetnie zapowiadający się młokos kontrabasu, a ze strony europejskiej najważniejszy kobiecy głos ekspresyjnego, post-brotzmannowskiego saksofonu. Początek koncertu, to aylerowski klimat podany w chill-outowym tempie – nisko osadzony, kontrabasowy smyczek, niezobowiązujący circle drumming i dwa saksofony wysoko wznoszące głowy. Narracja gęstnieje tu głównie za sprawą dynamizującego się smyczka, dzięki czemu dęciaki mają przestrzeń, by spontanicznie eksplodować. Niektóre ich oddechy zdają się być jednak przesycone nutą nostalgii, co szczególnie uwypukla się w momencie, gdy Paul i Mette zostają sami na scenie. W ramach puenty tej sytuacji dramaturgicznej dostajemy perkusyjne solo i czekamy na efektowny powrót smyczka. Następująca tuż potem faza rezonującego post-ambientu skomentowana zostaje wysokim lotem jednego z altów, prawdopodobnie w wykonaniu Mette.

Drugą odsłonę koncertu otwiera rzeczona Dunka, która prowadzi ponad czterominutowe intro. Najpierw prycha, potem śpiewa i nawołuje partnerów, by szybkiej włączali się do walki, nie unika typowych dla Vandermarka zabaw rytmicznych. W połowie piątej minuty post-aylerowski, tu może nawet bardziej post-coltrane’owski kwartet wraca do gry. Improwizacja kołysze się na wietrze, pięknie stymulowana kontrabasowym smyczkiem. Spokojny półgalop spowalnia w okolicach dziesiątej minuty, dając przy okazji chwilę wytchnienia saksofonistce, a na krótszy moment także kontrabasiście. Ta faza koncertu zdaje się mienić mroczną, kameralną aurą, a zostaje spuentowana tajemniczymi dźwiękami wracającej na scenę Mette. Niektóre z nich przypominają dmuchany instrument klawiszowy, a towarzyszą mu dźwięki … ptaków. Zakończenie drugiej części albumu nabiera onirycznego, dalekiego od napięcia fire music klimatu, dodatkowo podkreślanego niskim dronem smyczka. Na bis kwartet od pierwszego dźwięku rusza w ekspresyjną podróż, a jego opowieść zdaje się być silnie nasycona frazami Aylera, jego melodyką, pewną podniosłością, ale i narracyjną lekkością. Orkiestra tutti swobodnie płynie na bazie roztańczonego smyczka, ale ponieważ to encore, improwizacja systematycznie przygasa i przepoczwarza się w rozśpiewany duet saksofonów.



 

Biliana Voutchkova & Charmaine Lee  I am going to make an attempt to describe what you mean to me (DL)

Okoliczności domowe obu artystek, 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, dyktafony, field recordings oraz Charmaine Lee – głos, elektronika. Pięć utworów, 19 minut.

Finałowa edycja duetowej serii Voutchkovej, to wyjątkowo urokliwy zbiór miniaturowych opowieści, tkanych z drobnych fraz, niekiedy strzępów dźwięków, a nawet post-dźwięków, ale nasyconych emocjami po sam brzeg. Jednocześnie owa nieco performatywna narracja, w której posadowiono dużo fonii wprost z tzw. otoczenia, wydaje się być gęsta, niemal bolesna, zarówno dla tych, które te dźwięki tworzyły, tudzież preparowały, jak i dla całej reszty, która zasłuchuje się w intrygującym efekcie końcowym.  A że w trudzie i znoju rodzić się potrafi prawdziwe piękno, wiedzą być może nieliczni.

Elementy składowe tej tajemniczej, niekiedy mrocznej podróży, to rozedrgane, surowe, niemal mechanicznie brzmiące skrzypce, czasami śpiew, a może cichy krzyk przez zaciśnięte gardło, głos, który recytuje drobne like haiku poems, nieinwazyjna elektronika w tle i spory zbiór elektronicznych dekonstrukcji, tak głosu, jak i być może pozostałych dźwięków, bywa, że w smaku całkiem post-industrialnych. Ostatnie ze zjawisk dociera do nas szczególnie dobitnie w drugiej opowieści, która pod koniec przypomina niepozbawione usterek, delikatne post-techno. W trzeciej odsłonie broczymy po kolana w mroku głuchego post-ambientu, słyszymy kroki i skrzypcowe drony, prawdziwy festiwal tłumionych zmysłów. W czwartej części narracja nabiera tajemniczego, dalekowschodniego posmaku – dziwne odgłosy, elektroakustyczne zdobienia i kolejny mały poemat werbalny. W finałowej ekspozycji powraca industrial taste. Skrzypce jęczą, elektroniczny background pogrąża się w chaosie. Foniczne życie umiera, znów nie bez werbalnego komentarza.



 

Susan Alcorn, Patrick Holmes & Ryan Sawyer  From Union Pool

Union Pool, marzec 2022: Susan Alcorn - pedal steel guitar, Patrick Holmes – klarnet oraz Ryan Sawyer – perkusja. Trzy improwizacje, 40 minut.

Koncert amerykańskiej trójki improwizatorów został na albumie zaprezentowany w trzech częściach. Set główny, czyli dwa pierwsze i początek trzeciego utworu, stanowią nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych i trwają niespełna pół godziny. Po nich następuje coś na kształt bisu, który trwa dość długo, ale muzycy w jego trakcie nie są w stanie zarysować realnej dramaturgii i zdają się tonąć w twórczym chaosie. Trochę szkoda, bo pierwsze dwa kwadranse, pełne efektownych wzlotów i kilku drobnych upadków, cieszyć mogą ucho każdego fana swobodnej, choć usianej jazzowymi i post-bluesowymi wtrętami, dalece kolektywnej improwizacji.

Początek spektaklu jest umiarkowanie spokojny, usiany matowym brzmieniem gitary i klarnetu, tudzież blaskiem rezonujących talerzy zestawu perkusyjnego. Muzycy dość sprawnie wchodzą w pierwsze interakcje, choć nie forsują nadmiernego tempa. Nie stronią od melodyki, slajsowanych fraz gitary i dynamiki charakterystycznej dla rockowego drummingu. Szczególnie intrygująco brzmią w krótkich, ekspresyjnych spiętrzeniach – gitara rzęzi wtedy post-rockiem, klarnet wspina się na palce i kreuje drobne cudowności, a perkusja, najbardziej w tym gronie rozsądna, dba o odpowiedni ład dramaturgiczny. Z kolei w chwilach wytchnienia w improwizacji nie brakuje jazzowych wypełniaczy i odrobiny kreatywnej psychodelii. W części drugiej znajdujemy się dość płynnie, a największym wydarzeniem jej wczesnej fazy jest ognisty duet klarnetu i perkusji. Powrót gitary oznacza tu zejście w tłumione, post-bluesowe zagrywki. Choć narracja faluje niczym wzburzony ocean, od krwistego free jazzu po improwizowaną americanę, muzycy bez większych problemów docierają do końca tzw. części zasadniczej, która przypada mniej więcej na czwartą minutę trzeciego utworu. Potem następuje zejście w chmurę oklasków, a po nim próba budowania nowego wątku. Muzycy tańczą na linie, hałasują, krzyczą, sieją meta rockowy popłoch, ale niemal każdy pomysł porzucają po kilkudziesięciu sekundach.



wtorek, 16 sierpnia 2022

Nate Wooley & Columbia Icefield: Ancient Songs of Burlap Heroes!


Amerykański trębacz Nate Wooley, hołubiony na tych łamach od zarania dziejów, powraca z projektem Columbia Icefield, która to inicjatywa kompozytorska po raz pierwszy ujawniona została światu dwa lata temu.

Piszemy projekt, tudzież inicjatywa kompozytorska nie bez przyczyny i nie bez drobnej ironii. Tak się bowiem składa, iż Columbia Icefield, podobnie jak kilka poprzednich formacji trębacza, które bazowały na materiale skomponowanym, niesie ze sobą typowe cechy dla tego typu przedsięwzięć artystycznych Wooleya. Zatem dużą skłonność do bardzo precyzyjnego planowania przebiegu nagrania, ale także pewien dar do przesładzania opowieści i delikatnego przynudzania. Z drugiej strony kwartet CI zdaje się posiadać wyjątkowy potencjał instrumentalny (dwie gitary, amplifikowana trąbka i na poły rockowy drumming), zdolny do czynienia rzeczy naprawdę wielkich. Szczęśliwie bywa on dobrze wykorzystywany w wielu momentach nagrania. Reasumując - pomimo pewnych ambiwalencji, drugi album Columbia Icefield definitywnie polecamy i za moment będziemy go szczegółowo analizować.

Sama idea tego muzykowania ma w sobie dużo treści pozadźwiękowych. Jest z jednej strony próbą czerpania inspiracji z kultury Szwecji (kraju pochodzenia matki artysty), z drugiej zaś jest produktem dalece ekologicznym, którego celem jest permanentne kierowanie naszej uwagi na problemy tego świata właśnie w takiej płaszczyźnie (zauważmy, iż z konopią w tytule samego albumu!). Zainteresowanych szczegółami odsyłamy do opisu albumu, tudzież pokaźnego zestawu fotografii, jakie zdobią booklet dołączony do kompaktowej edycji płyty.

Dodajmy jeszcze, iż blisko godzinne nagranie jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, składa się z czterech drobnych odcinków bez tytułów (utwory nieparzyste) i trzech zasadniczych, kilkunastominutowych opowieści z tytułami (utwory parzyste). 



 

Początek nagrania, to kilkuminutowa introdukcja, która zdaje się być samotną pracą trąbki z amplifikatorem, przypominająca szum morskich fal. Nagranie właściwe zaczyna się już w części drugiej, budowanej skrupulatnie i udanie wspinającej się na dość efektowny szczyt, który śmiało możemy nazwać jednym z najciekawszych fragmentów płyty. Obie gitary frazują bardzo spokojnie, pracują perkusyjne talerze, a trąbka szumi na potęgę. Całość przypomina broken ballad, która zaczyna obudowywać się coraz bardziej ekspresyjnymi dźwiękami, aż do momentu osiągnięcia zapowiadanej wcześniej kulminacji. Sygnał do delikatnego hamowania daje tu sama trąbka, która z pozycji wichrzyciela przechodzi w łagodny, śpiewny flow. Dokładnie w tym momencie nagrania pojawia się altówka (pierwszy gość nas płycie), która nieznacznie zabrudzonym tembrem zaczyna siać niepokój narracyjny. Dalsza faza kompozycji nie ma jednoznacznego kierunku. Przypomina huśtawkę, kołysaną podmuchami wiatru. Trzeci utwór jest de facto finalizacją części drugiej i ostatecznie ginie w odgłosach przypominających szmer nadbrzeża portowego.

Część czwarta, a druga zasadnicza, rodzi się z ciszy, podobnie jak cały album. Spokojne, na poły balladowe frazowanie w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Po około dwóch minutach napotykamy jednak na pauzę i budowanie narracji zaczyna się od nowa. Tu w roli głównej pedal steel guitar, która nie dość, że zawiązuje narrację, to jeszcze efektownie przechodzi do fazy ekspozycji solowej (z uroczym posmakiem psychodelii!), a potem, już w dalszej, dość swobodnej części, zdaje się być najważniejszym uczestnikiem improwizacji. Po niedługim czasie narracja przez moment staje na rozdrożu (słodka trąbka na niewiele pozwala), szczęśliwie jednak do gry włącza się bas elektryczny (drugi gość na płycie!) i wrzuca do tygla wystudzonych emocji niemal rockowy drive. Mimo, iż reszta załogi zdaje się skupiać na wyśpiewywaniu zadanego tematu kompozycji (choć nie wprost), to całość opowieści budzi już większe emocje, dodatkowo udanie stylizując się na fussion-jazzową piękność nocy. Świetną ekspozycję serwuje nam tu trębacz, a zaraz po nim basista. Powrót śpiewnego tembru trąbki znów czyni na scenie duże porządki, a kompozycja ostatecznie wygasa w części … piątej, która jest owym kolejnym, nieparzystym interludium, a zdobi ją szmer leśnego strumyka.

Początek szóstej kompozycji spoczywa na barkach delikatnie frazującej trąbki i gitary. Pogłos, szum wody i perkusyjne talerze stanowią tło. Narracja dzieli się tu na kilka faz. Najpierw mamy zmysłowe, trębackie solo, potem trio bez trąbki, które wrzuca intrygujący tryb dość swobodnej improwizacji, czynionej na ciekawej dynamice, wreszcie powrót trąbki, która znów stara się łagodzić obyczaje. Tymczasem reszta załogi zgłasza zdania odrębne i ciekawie fermentuje. Emocje buzują teraz na delikatnie zaciągniętym hamulcu ręcznym, rozkołysane śpiewem, tudzież kolejnymi smaczkami fussion. Kompozycja finalizuje się w części kolejnej, która przy okazji jest ostatnią opowieścią tego wieczoru. Mocno przesłodzona, arbitralnie wystudiowana, ginie w szumie fal. Partycja intrygujących szumów (trąbki, samej amplifikacji?) trwa tu ponad trzy minuty i zdaje się być z czasem delikatnie dekonstruowana, smakuje niczym wirus cywilizacji, który trawi piękno natury.

 

Columbia Icefield Ancient Songs of Burlap Heroes (Pyroclastic Records, CD 2022). Mary Halvorson – gitara, Susan Alcorn - pedal steel guitar, Ryan Sawyer – perkusja, Mat Maneri – altówka (utwór 2), Trevor Dunn – bas elektryczny (utwór 4, a także 5) oraz Nate Wooley – trąbka i amplifikator, kompozycje. Nagrane w Oktaven Audio, 14-15 października, 2021. Siedem kompozycji, łączny czas - 56:40.

 

 

piątek, 29 marca 2019

Nate Wooley! Columbia Icefield and a short overview of the other fresh sounds!


Amerykański trębacz Nate Wooley, to muzyk, którego dokonania artystyczne śledzimy wyjątkowo skrupulatnie. Czas zatem na kolejny odcinek muzycznych przygód z jego udziałem. Ponieważ jednak ostatnie kilkanaście miesięcy nie dostarczyło zbyt wielu nowych nagrań nowojorskiego muzyka, dokonanie skromnego podsumowania zajmie nam ledwie parę chwil.

O nagranych i wydanych w roku ubiegłym w Europie swobodnych improwizacjach (Of Echoing Bronze, KaPSalon) pisaliśmy na tych łamach z należytą starannością, pierwszą z nich umieszczając zresztą na liście 44 najlepszych płyt roku 2018. Tak się składa, że jeśli Wooley rejestruje ostatnimi czasy dźwięki po drugiej stronie Atlantyku, na ogół jest to muzyka komponowana, gdzie proces improwizacji jest tylko pewnym skutkiem działań przedprodukcyjnych. Od takiej właśnie płyty zaczniemy nasz przegląd, przy okazji będzie to wyjątkowo świeże nagranie, albowiem jest z nami dokładnie od pięciu tygodni. W dalszej części omówimy dwie nieco starsze płyty, nagrane w Europie, zatem … swobodnie improwizowane, a na samym końcu dzisiejszej opowieści powróćmy do płyt amerykańskich, po to, by podać dwa ważkie powody, dla których nie będziemy ich szczegółowo omawiać.




Columbia Icefield 

Całkowicie nowy koncept muzyczny Wooleya, to kwartet łączący w sobie brzmienie trąbki (także amplifikowanej), dwóch gitar elektrycznych (w tym jednej pedal steel) oraz perkusji. Dwie jazzowe gitarzystki (Mary Halvorson, Susan Alcorn) i perkusista silnie rockowej proweniencji (Ryan Sawyer). Płyta Columbia Icefield (Northern Spy, CD 2019) zawiera trzy kompozycje Nate’a, które trwają łącznie 53 minuty i 22 sekundy (nagranie studyjne z października 2017 roku).

Początkowo flow narracji tworzą dwa gitarowe pasma. Jedno mocno nasączone jest rytmem, drugie zwinnie repetuje, oba zaś sprawiają wrażenie, jakby tonacja ich ekspozycji delikatnie się rozmywała. Na tym tle pojawia się amplifikowana trąbka, która… wybija rytm, niczym stopa na bębnie basowym. Po pewnym czasie w pasmo trąbki wkleja się żywa perkusja. Kwartet muzyków zdaje się toczyć dziwną mantrę, niepozbawioną posmaku psycho-rocka, kojarzącą się również z estetyką minimalizmu, typowego dla Steve’a Reicha. Pod względem dramaturgicznym dominuje konwulsyjna repetycja. Jedynym wątkiem improwizowanym wydaje się być na ten moment dość aktywny i niebanalny drumming. Reszta składu wydaje się być zanurzona w delikatnie modyfikowanej ścieżce potrójnego rytmu, w tym trąbka, która pracuje niczym generator prądu dużej mocy. Kind of repetitive rock? W 7 minucie ta z pozoru poukładana opowieść wpada niespodziewanie w ostrą kipiel, a rytmiczne strumienie rozmazują się niczym krew na wilgotnej ścianie. Po niedługiej chwili narracja, pełna bogactwa powykręcanego estetycznie fussion jazz-rocka, wytłumiona zostaje siłą elektroakustyki amplifikatora. Pogłos, cała moc w hamulce – trąbka po raz pierwszy brzmi dość czysto, a obie gitary kwilą niemal na stojąco, usytuowane na przeciwległych flankach. Oniryzm, echo, puls umierającego kosmodromu. Steel guitar płacze okazjonalnie. Z tej meta materii dźwiękowej wykluwa się nowa fala rytmu. Ponownie każda z gitarzystek opowiada jakby inną historię, a trąbka i perkusja płyną tuż obok stosunkowo ciepłym strumieniem. Klimat post-fussion, post-rocka, post-jazzu. Tymczasem w tle Nate zdaje się produkować niebanalne pokłady ambientu. W 14 minucie znów gitarowa mantra, także trębacka stopa wprost z pieca amplifikatora. Perkusja gra swoje, a duch Reicha powraca w stanie nienaruszonym. Muzycy krążą nobliwie wokół zadanego zadania rytmicznego, pętlą się dramaturgicznie, brudzą swoje brzmienie. Flow narasta i rozwarstwia się, znów czuć rockiem na dwa kilometry. Wszystkie dźwięki zdają się wpadać wprost do amplifikatora, który po niedługiej chwili gaśnie.

Drugą opowieść zaczynają dwie niezwykle spokojne gitary, brzmiące niczym zmultiplikowany Bill Frisell. Tembr trąbki jest ciepły, by nie rzec ECM-owski. Powolna, sterowana narracja, która nie stwarza specjalnych nadziei na coś bardziej ekscytującego. Drummer wchodzi do gry dopiero w 3 minucie i przybiera szaty przybocznego dobosza. Na gryfach gitar dużo konstruktywnego minimalizmu. Nate opowiada niemal po milesowsku, a wszystko wokół smakuje cool-jazzem. Perkusista zdaje się delikatnie eskalować swój przekaz, gitary wciąż jednak toną w estetyce łagodnego Frisella. Krótki epizod trąbki solo, który nie narusza jednak ogólnej nudy tej części spektaklu. Znów gitary na zaciągniętym ręcznym, trochę szczoteczkowania, spokojna ballada, muzyka niemal ilustracyjna. Na tym tle swoje pięć minut dostaje każda z gitarzystek. Najpierw Halvorson – buduje małe frazy, stara się mącić spokój kwartetu. Z kolej ekspozycja Alcorn stawia na nieco głośniejszy przekaz foniczny, posmak noise, szczyptę konwulsyjnego zamętu. Po chwili w sam środek tej opowieści, za sprawą Sawyera, zdaje się trafiać garść dynamitu. Jeszcze tylko szczypta ambientu i ostatnie dźwięki wprost ze steel guitar.

Trzecią opowieść inauguruje Wooley na sporym pogłosie. Obok małe gitary i sporo ciszy. Dwa, trzy dźwięki z werbla. Dość minimalistyczne intro. Nadmiernie słodka trąbka, friselujące gitary. Opowieść znów zaczyna przypominać odgrzane danie z drugiego epizodu. W 4 minucie szczęśliwie zagęszcza się. Dużo dobrego czyni tu Alcorn, znów aktywizuje się Sawyer, także Wooley i Halvorson dorzucają do ognia. Bodaj najsilniej rozimprowizowany fragment Kolumbijskiego Lodowiska. Posmak furii w wentylach trąbki! Zdaje się, że czekamy na to od ponad pół godziny! Gitary pętlą się małymi frazami. Flow Halvorson dalece rockowy, Alcorn grzmi, a Sawyer zaczyna recytować tekst. Trąbka studzi emocje, choć wokół wciąż sporo niepokoju i nieoczywistości. Całość zdaje się brzmieć nieco memoriałowo. Szczypta brudu z pedal steel, trochę kreatywności na gryfie drugiej gitary. Napięcie rośnie, odrobina epickiego dramatyzmu. Trąbka znów w roli kojącego emocje. Ostatnie 100 sekund płyty, to ponownie moc słodyczy, uspokojenia i parę oddechów rozjeżdżających się psychodelicznie gitar. Duch minimalizmu w swoim królestwie – małe dźwięki, wątki ciszy, milczenie perkusji. Finał bez ekscytacji.




Featuring

Przenosimy się do Europy, by poznać koncertowe oblicze kwintetu, który ukrywa się pod tajemniczym skrótem WLSFW, w którym pierwsze W, to zapewne Phil Wachsmann (skrzypce, elektronika), a ostatnie - Nate Wooley (trąbka). Skład uzupełniają: Paul Lytton (perkusjonalia), Sten Sandell (fortepian) i Floris Floridis (klarnet, klarnet basowy). Płytę Featuring wydała grecka oficyna Puzzlemusik (‎CD, 2018), choć sam koncert odbył w maju 2016 roku na austriackim festiwalu Ulrichsberger Kaleidophon. Spektakl bardzo swobodnej improwizacji podzielono na trzy części, jedną główną i dwie pomniejsze, które traktować można jako podwójny encore. Całość odsłuchu zajmie nam około 41 minut.

Kolektywny start pięciu mistrzów gatunku (zapewne nikt z tu obecnych nie ma wątpliwości), bogata instrumentacja (nikt nie chce być postacią drugoplanową), moc wrażeń i emocji po obu stronach sceny od pierwszej sekundy. Piano z klawisza, aktywne percussion, mocne frazy klarnetu basowego, tańczące skrzypce, wreszcie delikatnie przyczajona na prawej flance trąbka – oto zarys sytuacji scenicznej. W pełni wyzwolona improwizacja, inspirowana całym światem nieoczywistych dźwięków. Akcenty chamber, ślady sonore, kiść preparacji. Narracja budowana precyzyjnie, pozbawiona błędnych decyzji. W 4 minucie pierwszy incydent w podgrupie – cudowny dialog Floridisa i Lyttona. Powrót do kwintetu silnie kameralistyczny, definitywnie urokliwy. Dźwięki wydawane przez każdego z muzyków bardzo selektywne (świetna akustyka), kreowane z należytym temperamentem. Nie sposób nie podkreślić ważnej dramaturgicznie roli Floridisa i jego klarnetów – płyną one środkowym pasmem, inspirują, pobudzają, studzą i dyscyplinują całą narrację. Równie aktywny zdaje się być Lytton – choć gra tylko perkusjonaliami i na ogół w wyższych tonacjach, wszędzie go pełno, daje wsparcie każdemu muzykowi. 11 minuta przynosi drobną, ale wyjątkowo błyskotliwą ekspozycję Wooleya. Komentarz Floridisa prowadzi cały kwintet ku eskalacyjnemu wzniesieniu. Tuż potem harmonijne hamowanie, znów na barkach klarnetu basowego. Passus slow motion – ciąg dalszy opowieści - dramaturgicznie ciągnie na czarnych klawiszach Sandell, a w roli wisienek na torcie oba instrumenty dęte. Kolejny epizod – dialog klarnetu i skrzypiec, w ogniu imitacji. Zaraz potem groźne pomruki trąbki, słane wprost na glazurę werbla. Zmiana zdaje się gonić zmianę, a radości z odsłuchu tylko przybywa! Choćby sonorystyczne solo skrzypiec – paręnaście sekund, a ile radości. Po tym epizodzie rodzi się coś na kształt nowej, nieco onirycznej opowieści – nostalgiczny fortepian, narastający flow dęciaków, a po lekkim wygaszeniu – błysk geniuszu trąbki. Tak oto dotarliśmy do 20 minuty koncertu. Na tapecie kolejne dwa zmysłowe mikro dialogi – najpierw klarnet i perkusjonalia, potem skrzypce i piano. Drobna kipiel, suche tłumienie, garść czystych dźwięków, repetująca trąbka, no i ponownie kipiel. Muzycy zdają się być tak silnie rozgrzani, iż chwile gaszenia emocji trwają teraz ledwie kilka sekund, a spodziewany atak fonii nadchodzi jeszcze szybciej niż moglibyśmy się spodziewać. Okazuje się, że pełne tłumienie narracji może odbyć się jedynie za przyzwoleniem klarnetu basowego – moc takiej fonii robi wrażenie na każdym. 26 minuta przynosi piękny solowy fragment z wykonaniu Floridisa, kolejny raz konstytuując tezę o ważkiej roli Greka w całej improwizacji. Wyjście na ostatnią prostą z dużą dozą rozwagi – stylowy stopping idealnie w punkt! Duże brawa!

Pierwsza dogrywka zaczyna się jak cały koncert – bardzo kolektywnie, z sonoryzującymi skrzypcami i trąbką na pierwszej linii ognia. Reszta kontrapunktuje jakże bystrymi reakcjami. Narracja rośnie w oczach, budowana wszakże, jak zwykle, pod bystrym nadzorem klarnetu basowego. Kipiel wszakże nie jest celem muzyków w tym akurat momencie – gęsta meta ballada, pasaż suchego piano, śpiewna trąbka, nostalgiczny klarnet. Drugi encore startuje dość dynamicznie, na barkach perkusjonalii i trąbki. Cały kwintet w mgnieniu oka łapie stosowną dynamikę. Dęciaki na gęsto, piano na ostro - let’s go around! Free jazz as well! Masywność finałowego flow bez trudu tłamsi mistrz ceremonii – klarnet basowy! Great!




Volar

Kolejne, w pełni improwizowane, europejskie spotkanie Wooleya, to nagranie Volar (Spoonhunt, DL 2018), pod którym znów podpisuje się ekscytujący zestaw uznanych muzyków: Rhodri Davies na elektrycznej harfie, Dominic Lash na kontrabasie, Mark Sanders na perkusjonaliach, wreszcie nasz dzisiejszy bohater, tradycyjnie na trąbce. Nagranie z lutego 2017 roku, z angielskiego Derby. Dwa sety, łącznie 42 minuty i 40 sekund.

Nagranie z bliżej nieznanego miejsca, powstałe w dość nieokreślonych okolicznościach, dostępne jedynie w formie elektronicznej na bandcapowej stronie Dominica Lasha. Sporo tajemnic, takaż jest sama muzyka. Swobodnie improwizowana, zarejestrowana dość cicho, tak jakby całe spektrum dźwięków zbierał jeden mikrofon i to usytuowany wcale nie tak blisko muzyków. Całość sprawia wrażenie bootlegu, jakkolwiek zawartość artystyczna spektaklu zdecydowanie każe pisać o tej muzyce i słuchać jej w należytym skupieniu.

Nagranie rozpoczyna czysty dźwięk trąbki, wokół której panoszą się drobne, elektroakustyczne pasma fonii, o nie do końca rozpoznanym źródle pochodzenia (być może to efekt pracy amplifikatora, wspomagającego harfę). Narracja toczy się bardzo leniwie, często po nawet drobnej sekwencji dźwięków, staje ona w obliczu ciszy i szuka rezonansu z głuchą przestrzenią miejsca, w którym odbywa się koncert. Skupienie, subtelne drony trąbki, tajemnicze półdźwięki z obu strunowców, na poły akustyczna post-elektronika - rodzaj kameralnej zadumy nad losem świata ponowoczesnego. Dopiero 5 minuta przynosi pierwsze dźwięki, które natychmiast kojarzą nam się z zestawem instrumentów perkusyjnych, a w 9 minucie odrobinę energiczniej zaczyna pracować elektroakustyka harfy, wspierana uroczym dronem Wooleya. Tuż potem także niezwykle zmysłowy duet tego ostatniego z kontrabasem. Znów pasaż harfy, różne odcienie meta syntetyki. Akcja, choć toczy się w żółwim tempie, jest bardzo zmienna i potrafi zaskoczyć nawet wyjątkowo skupionego odbiorcę. W 12-13 minucie ciekawy passus trąbki, która brzmi niczym harsh-electronics tuż przed awarią agregatu prądotwórczego. Tuż potem piękna, indywidualna ekspozycja kontrabasu traktowanego smyczkiem. Komentarz pulsującego niczym pozytywka Sandersa, także bardzo udany. W 16 minucie muzycy fundują nam (znów zaskoczenie!) odcinek bardzo jazzowego frazowania, z silną ekspozycją trębacza. Następny krok czyniony jest zdecydowanie w kierunku ciszy – szmer elektroakustyki, minimal w rozkwicie. Sam zaś finał seta zdaje się być odrobinę głośniejszy – udany fragment trąbki w strugach smyczkowej fonii, nim narracja zastygnie w punkcie zero.

Drugi, nieco krótszy set rozpoczyna solowa ekspozycja Wooleya. W tle znów szczypta głuchego pogłosu amplifikatora, burczenie kontrabasu, ćwierć drony wprost z glazury jego pudła rezonansowego. Szumy z harfy, szmery z wentyli – cuda wyjątkowo cichej akustyki mroku i zimnego potu. Tajemnicze pasma fonii, oddechy perkusjonalii, niemal field recordings. W 12 minucie delikatnie aktywizuje się Sanders, jest i kołujący nad nim Wooley, także silnie odczuwane drżenie na obu gryfach strunowców – coś na kształt małej eskalacji (to nowość!).Garść free jazzu na finał, który stylowo wybrzmiewa. Dalece intrygujący występ kwartetu, czyniony w ciszy, który aż prosi o ciąg dalszy, szczególnie poczyniony w warunkach większego komfortu akustycznego.


Golden Americanos

Wróćmy na koniec naszej podróży do komponującej na potęgę Ameryki. Wiosna ubiegłego roku przyniosła krążek kwartetu muzyków, którzy winni gwarantować sporą porcję wrażeń. Myślę o płycie Noise Of Our Time (Intakt Records), firmowanej przez kwartet VWCR, czyli Kena Vandermarka, Nate’a Wooleya, Sylvie Courvoisier i Toma Raineya. Nagranie bardzo wysoko ocenione w mediach uznawanych za poczytne w świecie jazzu, w redakcji Trybuny napotkało jedynie na przeciągłe ziewanie Pana Redaktora. Skomponowany materiał, dużo improwizacji, ale stanowczo za mało w niej emocji, intrygujących ekspozycji solowych i kolektywnych eskalacji, by dalej nagraniem tym zajmować cenny czas Czytelników.

Wooley w roku ubiegłym poczynił także kolejny duet ze wspomnianym Kenem Vandermarkiem (Deeply Discounted II / Sequences Of Snow, Audiographic, LP). Nagranie to czeka na odsłuch, jakkolwiek w kontekście trybu pracy nad nagraniem (kompozycje), a także wspomnień z odsłuchu ich poprzednich płyt, muzyka ta nie budzi w naszych głowach szczególnych oczekiwań artystycznych.

Na odsłuch czekają dwa kolejne nagrania trębacza, nie pierwsze u boku saksofonisty Ivo Perelmana. Ich poprzednie dwie płyty zagotowały redakcyjne odtwarzacze, zatem z tym większym mrowieniem w kręgosłupie czekamy na Strings 3 oraz Strings 4, nagrane z Matem Manerim i Matthew Shippem (ten ostatni gra tylko na części czwartej).