Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horace Tapscott. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horace Tapscott. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 września 2022

The September Round-up: Land Over Water! Aumbrambama! The Kort'dakian Crisis! Sources! Fu-Rin-Ka-Zan! To Live and Breathe! Legacies for Our Grandchildren! Aarhus!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziś, jak na nasze kanony, dużo w niej będzie jazzu, zarówno tego swobodnego, bez ram stylistycznych i ograniczeń w zakresie ekspresji, jak i tego, który chwilami sięgać będzie do swych korzeni i posiłkować się main-streamową estetyką. Tym razem unikniemy szczególnie bolesnych eksperymentów, choć w zestawie nie zabraknie niespodzianek, takich jak choćby obecność w elektroakustycznej improwizacji legendy amerykańskiej i europejskiej sceny hip-hopowej. Będą nagrania bardzo świeże, ale także kilkuletnie, a na końcu opowieści nawet takie, które na swą premierę czekały kilkadziesiąt lat!

Pośród ośmiu omawianych dziś albumów aż pięć wydano we Francji – czekają na nas podwójne nowości z naszych zaprzyjaźnionych labeli Circum-Disc i Dark Tree, a także jedna z eksperymentalnego eux sæm.

Zaczniemy od dwóch swobodnie improwizowanych ekspozycji, które free jazz mają posadowiony z tyłu głowy – odpowiednio z Holandii i Polski. Potem rzeczony pięciopak francuski, bardzo różnorodny estetycznie, z kilkoma gorącymi, współczesnymi nazwiskami, ale też nie bez udziału … amerykańskich weteranów free jazzu i anonsowanego wcześniej hip-hopu. Na finał zaś dzisiejszego zestawu samotny Walijczyk w barwach portugalskich, w nagraniach koncertowych z duńskiego Aarhus, popełnionych 35 lat temu, a wyszukanych na starych kasetach w pewnej zatęchłej piwnicy.



 

Hugo Costa, Raoul van der Weide & Onno Govaert  Land Over Water (Creative Sources, CD 2022)

Rotterdam, Noorse Kerk (koncert), Okapi Recordings (studio), czas nieznany; Hugo Costa – saksofon altowy, Raoul van der Weide – kontrabas, obiekty perkusyjne oraz Onno Govaert – perkusja. Cztery improwizacje, 41 minut.

Portugalski saksofonista, którego znamy z kilku mniej lub bardziej hałaśliwych odmian improwizacji (choćby Albatre, czy Anticlan), od pewnego czasu gustuje także w akustycznych, open jazzowych wystąpieniach. Na najnowszej płycie do tria dobrał sobie wybitnych muzyków z Holandii, dzięki czemu mógł na koncertowych i studyjnych rejestracjach pozwolić sobie na pełną swobodę kreacji, mając pewność, że efekt całości, tak czy inaczej, będzie wyjątkowo wartościowy. Album składa się dwóch rozbudowanych improwizacji (w tym jednej koncertowej), dwuminutowego interludium i kilkuminutowej, dość kameralnej ekspozycji na zakończenie.

Na początek rzeczony koncert i ponad osiemnaście minut swobodnego free jazzu. Kilka pierwszych przebiegów realizowanych jest dość spokojnie, z odrobiną elektroakustycznych wtrętów kontrabasisty. Przywołany free jazz zdaje się być dla muzyków nade wszystko drogowskazem, a nie celem samym w sobie. Nim muzycy dojadą tu na końcowy szczyt, bawią się w rezonujące subtelności, saksofonowe półmelodie na dużym wydechu i całą masę kontrabasowych wspaniałości. Portugalczyk zostawia Holendrom dużo miejsca na scenie, a ci rewanżują się mocą jedynie udanych wyborów. Druga, szybka narracja odbywa się już w okolicznościach studyjnych, a składa się na nią intro kontrabasu, trochę perkusjonalnych akcji saksofonowych dysz i drummingowe stemple jakości. Trzecia improwizacja, to znów kilkunastominutowa beauty impro drama! Na starcie szum z tuby, rytmiczne podrygi kontrabasu i perkusji, dające silną inspirację do polirytmii, pełnej fikuśnych, połamanych dysharmonii. Kolektywną narrację zdobi solo drummera i zmysłowe pogwizdywanie kontrabasisty. Tu także free jazz z subtelnościami efektownie nabiera tempa i śle nam moc brawurowych pozdrowień. Sześciominutowy finał albumu budowany jest na kontrabasowym smyczku, saksofonowych, długich pasażach i bystrych kontrapunktach drummera. Kameralna, niemal post-barokowa ekspozycja systematycznie pęcznieje, a na koniec pachnie wyjątkowo zrelaksowanym Aylerem.



 

|fontAnna|, Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Aumbrambama (Torf Records, DL 2022)

Poznań, Kołorking Muzyczny, 23 lutego 2022; |fontAnna|- głos i obiekty, Piotr Dąbrowski – perkusja kieszonkowa i głos oraz Michał Giżycki – saksofon sopranowy i klarnet basowy. Trzy improwizacje, 36 minut.

Czwarta płyta poznańskiego labelu Torf trzyma zdumiewająco wysoki poziom swoich poprzedniczek, i jak one, zdaje się być dalece rożna od pozostałych albumów w zestawie. Jakość i różnorodność, to cechy edytorskiego katalogu, które nie zawsze idą w parze, zwłaszcza, gdy w każdej rejestracji pojawia się dęty śpiew szefa wydawnictwa. Aumbrambama przeczy tym obiegowym opiniom, to bowiem album niosący nas przez całe 36 minut naprawdę wysokim wzgórzem. A jej podstawowe atrybuty pięknie konsumują trzy słowa w języku Szekspira - ritual fire music! Emocje, brzmieniowa wrażliwość i wybuchowy temperament perkusisty (używającego także głosu), ponadgatunkowej wokalistki, wreszcie zmysłowego saksofonisty i klarnecisty.

Początek sesji należy do pocket drummera, który buduje polirytmiczną fakturę bogatym bukietem perkusjonalnych świecidełek i ewidentnie dalekowschodnim posmakiem. W ów potok fonii z łatwością wkleja się saksofon sopranowy, który jednym oddechem nadaje improwizacji odpowiedni poziom ekspresji, a drugim wciąga ją na wysoki szczyt i śle stamtąd bogobojne pokłony. Po kilku minutach w tej efektownej strudze emocji pojawia się wokalistka, która najpierw mantruje, a potem śpiewa w nieznanym języku. Na starcie drugiej improwizacji muzycy sytuują się bliżej ciszy, a dźwięki otwarcia znów płyną z perkusjonalii. Głos tym razem jodłuje, a potem skomle o łyk zimnej wody. Tymczasem na scenę wtacza się klarnet basowy, który jasno daje do zrozumienia, że najbliższe chwile nasycone będą jego nisko brzmiącą ekspresją. Najpierw zabiera w podróż wokalistkę, potem porywa do lotu nerwowy drumming. Opowieść w środkowej części błyskotliwie przygasa, a jej odbudowa znów liczyć może na emocje klarnetu, wspieranego kocim mruczeniem pozostałej części załogi. Trzecia improwizacja w dużej części tkana jest z drobnych, zagubionych fraz. Oto narracja leniwych i wzdychających improwizatorów, którzy szukają drogi na kolejny szczyt, ale wciąż uroczo zbaczają z obranej ścieżki. Rozhuśtana, melodyjna, jakże śpiewna opowieść dociera do kresu po kilkunastu minutach. To, w jaki sposób gaśnie, raz jeszcze dowodzi kunsztu tej trójki szaleńców.



Mike Ladd, Emilie Škrijelj & Tom Malmendier  The Kort'dakian Crisis (eux sæm, CD 2022)

Mulhouse, Météo Music Festival, La Filature, 27 sierpnia 2021; Mike Ladd – głos i poezja, Emilie Škrijelj – akordeon, turntable, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Francusko-belgijski duet, który używa także nazwy własnej Les Marquises, znamy w tym gronie dość dobrze, z kolei amerykański poeta, głos zbuntowanego pokolenia z przełomu millenium, w periodykach poświęconych muzyce improwizowanej bywa nie zbyt często. A to błąd! Czyż bowiem jego fantastyczne produkcje awangardowego hip-hopu, te czynione już po tej stronie Wielkiej Wody, choćby w ramach sublabelu Biga Dada Recordings, nie niosły ze sobą pierwiastka improwizacji? Mniej zorientowanych odsyłamy do nagrań sprzed 20 lat, a wszystkich zapraszamy na koncert elektroakustycznego akordeonu, perkusji i zmysłowego głosu poety, w brzmieniu których nie sposób nie doszukać się wpływu takich formacji, jak choćby legendarne The Infesticons!

Od pierwszej sekundy koncertu artyści budują bogaty flow, który urokliwie lepi się z progresywnego, gęstego drummingu, elektronicznej magmy soczystych, syntetycznych wymiocin i głosu, który kaznodziejskim tembrem sypie w nas słowami, metaforami i prawdami objawionymi. Paleta możliwości okablowanego akordeonu wydaje się nie mieć tu granic - artystka pełni rolę dj-a, który sypie zjawiskowymi, chwilami naprawdę zadziornymi i zgrzytliwymi frazami. Także możliwości akustycznych brzmień perkusji i głosu zdają się być nad wyraz bogate. Narracja równie efektownie prezentuje się w fazie dynamicznej, jak i w strefie spowolnienia. W tej drugiej opcji dostajemy się w wir niemal akustycznych subtelności, a świetną robotę wykonuje poeta, który niczym wytrwany aktor teatralny dostosowuje tembr głosu i tempo wypowiedzi do sytuacji scenicznej. Ten ostatni potrafi też zamilknąć i dać sygnał do zmiany sposobu budowania narracji (choćby w okolicach 14 minuty). Po kolejnych dziesięciu minutach dostajemy się w wir turntable’idalnych popisów Emilie, czynionych w momencie, gdy jej partnerzy ewidentnie gaszą poziom ekspresji. Ostatni kwadrans koncertu przynosi jeszcze więcej smaczków. Zestaw perkusyjny Toma dwukrotnie wpada w intensywny rezonans, bardzo podobać się może także moment, w którym narracja robi się wyjątkowo cicha, niemal oniryczna, a plastry żywego akordeonu stają się wyjątkowo urokliwe. Finałowe kilka minut, to bystra droga na szczyt, którego osiągniecie zwiastuje krzyk Mike’a, a potem rzęsiste oklaski publiczności.



Abdou & Boni  Sources (Circum-Disc, CD 2022)

Lille, la malterie, 21-23 grudnia 2020; Sakina Abdou – saksofon i flet oraz Raymond Boni – gitara. Dziewięć improwizacji, 33 minuty.

Kolejne spotkanie międzypokoleniowe! Młoda adeptka zaawansowanych technik wydobywania dźwięków z instrumentów dętych drewnianych oraz gitarowy mistrz, prawdziwy weteran sceny francuskiej, co to bystre improwizacje grywał z Joe McPhee cztery i więcej dekad temu. Spotkanie tej dwójki charakteryzuje pewien wzajemny dystans, tak międzypokoleniowy, jak i po części estetyczny. Z jednej strony dużo szacunku, ale z drugiej wiele ochoty, by z tego spotkania powstało naprawdę coś wartościowego. Abdou mniej niż zazwyczaj preparuje, nie używa swojego recordera, z kolei Boni sypie z rękawa tysiącami pomysłów, bywa nienośne post-klasyczny, ale gdy kosa trafi tu na kamień, improwizacja iskrzy podniebnymi fajerwerkami. Tak dzieje się choćby w opus magnum tego krótkiego albumu, w przedostatniej improwizacji.

Wspomniany na wstępie wzajemny szacunek zdaje się determinować artystów zwłaszcza w dwóch pierwszych improwizacjach. Sporo tu czystych fraz i raczej mniej zadziornych interakcji. Jak się okazuje, od współczesnej awangardy do francuskiej klasyki gitarowej nie wiedzie aż tak daleka droga. Trzecia i czwarta odsłona, to pierwsze perełki w zestawie. Muzycy pracują blisko ciszy, serwują nam plejady filigranowych fraz, stosując nieco mniej konwencjonalne rozwiązania. Abdou sięga pierwszy raz po flet, oboje nie stronią od drobnych preparacji. W kolejnych dwóch opowieściach muzycy ślą nam trochę melodii, garść jazzu i pewną taneczną dostojność, jakby dawali nam chwile wytchnienia przed tym, co na ich albumie definitywnie najciekawsze.  W siódmej odsłonie powraca flet, a gitara sypie brudnymi dźwiękami. A tuż potem zapowiadany skok jakości! Zabrudzone, metaliczne wyziewy gitary, mroczne oddechy saksofonu i intrygujący suspens dramaturgiczny. Zmiana goni tu za zmianą. Tuba śpiewa, charczy i syczy, a gitara stroi bardzo nisko. Emocje pną się ku górze i zgrabnie finalizują opowieść. Album kończy ballada, która zdaje się konsumować wszelkie ambiwalencje, jakie zrodziły się w głowie recenzenta. Choć nie brakuje w niej stylowych, dętych kantów i zadziornych westchnień.



Le Trio Voyageur  Fu-Rin-Ka-Zan (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nagrania nieznane; Ludovic Montet – wibrafon, instrumenty perkusyjne, głos i kompozycje, Stefan Orins – fortepian i głos oraz Charles Duytschaever – perkusja i głos. Osiem utworów, 48 minut.

Fu-rin-ka-zan, to prawdopodobnie zbitka japońskich słów określających wiatr, las, ogień i góry. Album o tym tytule jest zaś rodzajem pamiętnika francuskich muzyków z podróży po Japonii. To zbiór bystrych, jazzowych kompozycji, które śmiało zaliczyć może do tzw. nurtu głównego, ubranych w zgrabną melodyki, doposażonych w zwinne, nieprzegadane improwizacje i dalece chill-outowy klimat, przynajmniej w percepcji miłośników zgrzytliwych i bolesnych wojaży free impro. Zestawienie wibrafonu, niepreparowanego fortepianu i perkusji może sugerować ocean słodyczy, ale zapewniamy, iż artyści potrafią tu pokazać czarci pazur!

Dwie pierwsze kompozycje tyczą nam szlak, po którym podążać będą artyści. Smukły jazz bez pretensji do nieomylności, budowany niemal z baletową gracją. Piano i wibrafon czynią tu honory solistów, ale ich eskpozycje dobrze komponują się z kolektywnym charakterem narracji. Muzyka do tupania nogą i śpiewania, ale także do niezobowiązującej refleksji. Trzecia opowieść przybiera szaty ballady z bluesowym posmakiem, która po czasie łapie bakcyla dynamiki. Kończy ją solo perkusisty, który jest także jednym instrumentalnym aktorem kolejnego utworu. Tu niemal afrykańska polirytmia bogacona jest rytmicznymi okrzykami pozostałych muzyków, czynionymi w języku japońskim. Piąta część znów startuje z pozycji sweet song, ale nabiera wigoru, a kończy ją duet inside piano i perkusyjnych szczoteczek, budowany z dużą atencją emocjonalną. Z kolei szósta opowieść powstaje głównie na klawiaturze piana i wibrafonach powierzchniach płaskich. To przykład niemal post-klasycznej narracji. W przedostatniej części muzycy pokazują ów zapowiadany pazur. Dynamika, czarne klawisze w konwulsyjnym, rytmicznym tańcu i dużo dobrych emocji, wieńczonych zmysłową, tłumioną improwizacją. Album kończy samotnie wibrafonista. Jego delikatne, wręcz oniryczne frazy udanie reasumują całe nagranie.



Vinny Golia, Bernard Santacruz & Cristiano Calcagnile  To Live and Breathe... (Dark Tree Records, CD 2022)

Piacenza, Casa Spezia, 5 lutego 2017; Vinny Golia – saksofon sopranowy i flet piccolo, Bernard Santacruz – kontrabas oraz Cristiano Calcagnile – perkusja. Pięć improwizacji, 53 minuty.

Na foniczną dokumentację spotkania amerykańskiego saksofonisty, bezdyskusyjnego weterana gatunku i jego nieco młodszych, ale też pozostających w sile wieku kolegów - francuskiego kontrabasisty i włoskiego perkusisty - czekaliśmy długie pięć lat. To kolejny w dzisiejszej zbiorówce pokaz swobodnego jazzu, otwartego na wszelkie sugestie stylistyczne. Jeśli nie wtłaczamy włoskiego wydarzenia w ramy free jazzu, to jedynie dlatego, iż artyści kreują w trakcie niemal całego koncertu plejady dźwiękowych subtelności i dowodzą, iż w otwartej kameralistyce także mają dużo do powiedzenia.

Pierwsze cztery improwizacje, to zasadnicza część koncertu, podana w jednym strumieniu dźwiękowym. Na starcie wysoko zawieszony sopran, niskie pizzicato kontrabasu i aktywny drumming posadowiony gdzieś pomiędzy nimi. Śpiewna melodyka, żywy groove basu i sporo kreatywnego fermentu ukrytego wewnątrz narracji. Żywa, dynamiczna improwizacja, nieco filuterna, gdy wszystkie instrumenty zaczynają grać w wysokich rejestrach. Finał otwarcia kipi od emocji saksofonu, które gasić musi zwinny smyczek. Druga faza koncertu przenosi nas do przestrzeni bardziej kameralnej. Smutny saksofon i kontrabas, który decyduje tu niemal o wszystkim, wreszcie rezonujące talerze, które w końcowej fazie kradną show. W trzeci odcinek wchodzimy na barkach perkusisty, który buduje urokliwe expo dając sygnał, że i on może postawić nas do pionu jakością swojego frazowania. Narracja nabiera wigoru, gdy do gry wchodzą pozostałe instrumenty, oferując dobre emocje i kilka fajerwerków ze strony świetnie rozgrzanego drummera. W ostatniej części seta muzycy ponownie chyla się ku kameralistyce. Saksofon woli tu leniwie śpiewać, ale kontrabas i znów świetna perkusja macą flow i kreują świetne figury dramaturgiczne. Po oklaskach czas na encoreI Golia sięga po flet piccolo, Santacruz zaczyna na smyczku, potem sunie delikatnym pizzicato, a Calcagnile dodaje kilka perełek ze swojego coraz bogatszego zasobnika jakości. To być może nietypowe, ale zdaje się, że bis tego więcej niż dobrego koncertu jest jego najlepszą częścią.



Horace Tapscott Quintet  Legacies for Our Grandchildren - Live in Hollywood, 1995 (Dark Tree Records, CD 2022)

Hollywood, Catalina’s Bar & Grill, 19-20 grudnia 1995; Horace Tapscott – fortepian, Michael Session – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, Thurman Green – puzon, Roberto Miranda – kontrabas, Fritz Wise – perkusja oraz gość specjalny: Dwight Trible – wokal. Sześć utworów (różni kompozytorzy), godzina zegarowa.

Zgodnie z zapowiedzią preambuły tej zbiorówki cofamy się w czasie, w tym wypadku o skromne 27 lat. Na scenie znanej kalifornijskiej miejscówki dla fanów pełnokrwistego jazzu spotykamy legendę gatunku, pianistę, który w zgrabnym kwintecie serwuje nam sześć pure jazzowych kompozycji, zdobionych efektownymi, niekiedy wręcz free jazzowymi solówkami. Muzyka ta z perspektywy trzeciej dekady XXI wieku wydaje się dość oczywista i przewidywalna, ale z drugiej strony, czy ktoś potrafi dziś grać jazz środka na takim poziomie kreatywności?

Koncert z Hollywood składa się z dwóch, przeplatających się wątków. Nieparzyste tematy zdają się tu stanowić esencję jakości – dwie pierwsze, to kompozycje Tapscotta, ta trzecia, to utwór Milesa Davisa. Świetnie ze sobą współgrają stylistycznie - melodyjne, ale twarde tematy, niebywały groove kontrabasu, który trzyma flow od pierwszej do ostatniej sekundy i wyjątkowo smakowite solówki saksofonu i puzonu. Sam pianista trzyma się tu trochę z boku, pełni rolę strażnika jakości wykonania kompozycji, a gdy już rusza w tango ze swoją ekspozycją solową, bywa wystudzony, niekiedy stanowiąc dysonans dla śpiewnego tematu i harcujących dęciaków. Choć tematy pianisty budzić winny szacunek (jakże precyzyjne aranże, które stymulują emocje na scenie!), to trzeba oddać królowi, co królewskie. Temat Davisa, to top tego koncertu - dynamiczny, nasycony połamanymi synkopami i świetną robotą drummerską. Utwory parzyste, z pespektywy recenzenta, mogłyby w ogóle nie znaleźć się na tym albumie. Pojawia się w nich wokalista, a tematy stanowią afroamerykańskie spirytualsy. Rodzaj hołdu dla korzeni jazzu i czarnej kultury nie budzi naszych wątpliwości, te wynikają raczej z przesłodzonej estetyki piosenek, jakie serwuje nam kwintet +1. Honoru parzystych kompozycji broni finałowa ballada, którą zdobi świetny step pianisty i rozśpiewane frazy saksofonu sopranowego.




Steve Hubback  Aarhus (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/ DL 2022)

Aarhus, 1987; Steve Hubbach - perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika. Dwa utwory (prawdopodobnie fragmenty dwóch koncertów), 45 minut.

Walijski perkusista, aktywny na scenie improwizowanej od zamierzchłych lat 70. ubiegłego stulecia, odkrył w trakcie pandemii zbiór starych kaset ze swoimi solowymi koncertami z roku 1987. Z obszernego materiału dało się wykroić dwie strony kasety, zachowując przyzwoitą jakość brzmienia (choć klejenia taśmy są słyszalne). Muzyk w trakcie tych występów udanie korzysta z elektroniki, a w procesie improwizacji skupia się na czystym drummingu i raczej nie winniśmy oczekiwać od niego stosowania rozszerzonych technik wydobywania dźwięków z werbla, tomów, czy talerzy.

Pierwsza strona kasety składa się z trzech podepizodów. Początek tworzony jest na plamie ambientu, po której urokliwie ślizga się circle drumming, silnie doposażony w pogłos. Muzyk incydentalnie do kotła dźwięków wrzuca elektroniczne zgrzyty, ale szczęśliwie dość szybko porzuca ten rodzaj aktywności. Druga część budowana jest wyłącznie na perkusji i po prawdzie nie przynosi nic szczególnie ekscytującego. To jedynie wystudzone emocje powtórzeń i zgranych, perkusyjnych grepsów. Mały ambient powracana na koniec seta i narracja od razu zyskuje na jakości. Druga strona kasety też klei się z trzech wątków i wydaje się być dużo ciekawsza. Pierwsza odsłona jest pure drummingowa, ale skoncentrowana na drobiazgach, pełna brzmieniowych smaczków i niebanalnej dynamiki. W części drugiej pojawia się soczysty ambient, który po kilku pętlach narracyjnych przechodzi z pozycji tła to roli pełnoprawnego kreatora improwizacji. Przez moment słyszymy chór kościelny, który kontrapunktowany jest dość agresywnym bębnieniem. Wreszcie sam finał strony i kasety, definitywnie najbardziej intrygujący w zestawie. Muzyk sięga po bliżej nieokreślony w albumowym credits instrument strunowy. Posiłkując się elektronicznym tłem buduje doskonałą ekspozycję. Najpierw szarpie za struny, potem prowadzi na nich drummingową narrację. Zakończenie skrzy się ciekawymi frazami, metalicznym echem i niemal oniryczną poświatą.

  

 

piątek, 25 września 2020

Roberts & Bonney! Charlatan! Orcutt! Staraya Derevnya! Schindler! Tapscott! The September summary with many flavors!


Muzyka! Muzyka! Muzyka! Ów cudowny strumień nowych dźwięków nie ma końca, a upiorna Covidiada miast tępić zapędy artystów i wydawców, proces ten zdaje się radykalnie stymulować!

Dzisiejsza zbiorówka świeżutkich recenzji równie młodych płyt bez myśli przewodniej, raczej opowieść z cyklu improwizacja nie jedno ma imię! Zaczynamy swobodną improwizacją, która szuka swych korzeni poza jazzem, której bliżej do elektroakustyki codziennego życia koncertowego, dalej garść post-jazzu z rockowymi emocjami, potem krok w kierunku rozchełstanej post-americany i krautrockowej psychodelii, także wątek kameralnej improwizacji w duetach, wreszcie na finał klasyk czarnego, bardzo duchowego free jazzu sprzed lat niemal czterdziestu pięciu.

Marszrutę zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie, potem dwa akcenty amerykańskie, w tym jeden z … Warszawy, duża porcja dźwięków brytyjsko-izraelskich, śpiewana po rosyjsku, wątek niemiecki i na koniec ponownie Ameryka, ale bardzo afrykańska. Zapraszamy do zwiedzania wspaniałego świata muzyki improwizowanej.



Cath Roberts & Alex Bonney  ‎Live at HYG  (Open Ear Music, DL 2020)

Zaczynamy od kolejnego przyczynku do dyskusji o wyższości dźwięków akustycznych nad syntetycznymi (lub odwrotnie). Wygodnie zasiadamy w londyńskiej Hundred Years Gallery, jest przedpandemiczny luty 2020, a na scenie meldują się: Cath Roberts (saksofon barytonowy) i Alex Bonney, który najpierw będzie nam towarzyszył w poświacie usterkowej elektroniki, potem sięgnie także po trąbkę (kieszonkową), a w wielu momentach będzie dobywał dźwięki z obu źródeł jednocześnie. Swobodna improwizacja potrwa 30 minut i 39 sekund.

Krótki koncert podzielić można na kilka faz. Najpierw mamy typową dla free impro grę wstępną – saksofon prycha po barytońsku, elektronika sączy się wokół niego, mając wymiar głównie syczący i usterkowy, po części także plądrofoniczny, przypomina zepsuty odbiornik radiowy. Około 7 minuty do gry włącza się trąbka. Syntetyka przez kilka chwil płynie jeszcze siłą rozpędu, po czym milknie i koncert przechodzi w swoją najlepszą, w pełni akustyczną część, którą buduje konstruktywny i niebanalny dialog dwóch instrumentów dętych. Muzycy stawiają na dobry smak, nie zaś rozwiązania siłowe, nie brakuje w ich rozmowie pewnego posmaku nostalgii typowej dla Petera Brötzmanna i Joe McPhee.

Elektronika powraca w okolicach 17 minuty w zupełnie innej postaci - śle odrobinę wulgarne, basowe pulsacje. Gdy już zostaną one odpowiednio zaprogramowane, Bonney powraca do trąbki i narracja płynie dość wartkim strumieniem z dwóch żywych i jednego syntetycznego źródła dźwięku. Dużo ciekawego wnosi do gry trębacz, który zmyślnie preparuje, a także saksofonistka, która prowadzi dialog z elektroniką, ale trzyma ją w ryzach dramaturgicznych. Sam finał przypomina drobne rozdroże. Mnożą się znaki zapytania i retoryka braku pomysłu na zakończenie. Szczęśliwie ostatnie dźwięki należą do trąbki, która zasilana prądem zmiennym mechanicznie wybrzmiewa.

 


Charlatan  Charlatan  (Eschatology Records, DL 2020)

Teraz szybki skok przez wielką wodę i spotkanie studyjne z muzykami, których zapewne niewielu z nas zdążyło dotychczas poznać. Trio Charlatan tworzą: Ben Cohen – saksofon tenorowy i sopranowy, Dustin Carlson – gitara oraz Tim Cohen – perkusja. Osiem improwizacji, 42 minuty z sekundami.  Nagranie z grudnia 2017 roku (najprawdopodobniej Nowy Jork).

Trójka młodych amerykańskich muzyków zaprasza nas na definitywnie niebanalną podróż po świecie ponadgatunkowej improwizacji, jakkolwiek tej, która lubi post-jazzowe synkopy i rockowy temperament. Zaczynają z przytupem, niesieni progresywnym drummingiem oraz jazzowym frazowaniem saksofonu i gitary. Bardzo kolektywnie tworzona opowieść zagęszcza się, nabiera rockowego posmaku, a potem zmysłowo zapętla, niczym Television w Marquee Moon, a nawet Velvet Underground w Sister Ray. Druga opowieść ma kilka faz. Najpierw jest freejazzową balladą na solowego dęciaka, potem minimalistyczną etiudą gitarową, wreszcie bystrym finałem w postaci kilku smagnięć batem po perkusyjnych talerzach. W trzeciej części rock mocno miesza się z jazzem, chwilami brzmiąc jak wczesne tria Jima Blacka. Bez trudu, w trakcie rozbiegu, zaczyna pachnąć dobrą psychodelią. W czwartej opowieści - zmysłowe psycho slow motion, aż palce lizać!

W drugiej części płyty wyżej zarysowane wątki umiejętnie się przeplatają. Piąta część przypomina open jazzową balladę, którą tłamsi sznyt cierpienia, a która zwinnie nabiera dynamiki i serwuje nam równie ciekawe solo saksofonu. Szczególnie udany zdaje się być szósty odcinek, gdy muzycy stawiają na szeleszczące dźwięki wyłącznie udanych preparacji, z gitarą, jaką tą, która najbardziej przypada do gustu. Siódma opowieść znów powraca do spokojnej zabawy w stylowy jazz. Wreszcie efektowny finał, rodzaj post-aylerowskiego hymnu, zagranego z taneczną dynamiką, zębem free jazzu, i jak zawsze, rockowymi emocjami. W roli wisienki na torcie, świetne solo gitary.

 


Bill Orcutt  Warszawa (Endless Happiness, Kaseta 2020)

Po eksplozji młodości, czas na skupienie i siłę estradowego doświadczenia – Bill Orcutt na gitarze elektrycznej, wprost z ubiegłorocznego koncertu na krajowym Avant Art Festiwal (tytuł płyty zasadny!). Dwie, niedługie strony kasety, łącznie mniej niż 34 minuty.

W koncert wchodzimy przy odgłosach brzęczącego amplifikatora gitarowego. Muzyk proponuje kilka łagodnych, serfujących fraz gitarowych, z dużym echem, wonią przestrzeni i niczym nieograniczonej swobody. Całość upstrzona zdaje się być sznytem rockowego rozchełstania, nie bez posmaku i chytrych post-bluesowych zdobień. Choć wiele wątków za niczym tu nie goni, mamy wrażenie, że pod warstwą dźwięków aż kipi od emocji. Brzmienie jest nieczyste, a w trakcie koncertu muzyk zdaje się jeszcze dorzucać piasku w szprychy gitary. Narracja zagęszcza strukturę, pachnie zdrową, rockową psychodelią lat 60. ubiegłego stulecia. Czasami przypomina wieczorny, chill-outowy epizod na kolejnym, nieodbytym festiwalu w Woodstock. Na finał części powraca blues, kojący nerwy, dający upust cierpieniu.

Druga strona zaczyna się jakby odrobinę bardziej filigranowo. Szczypta nostalgii, definitywnie jednak nierelaksującej, trochę repetycji, dużo dobrego smaku. Z czasem narracja łyka z powietrza kilka zadziorów, pętli się i wpada w post-punkowy dryl o dużej dynamice. Muzyk dociera do punktu ciszy i zaczyna nowy wątek, który dobrze jest opisać językiem Szekspira - kind of post-psycho-blues or dirty post-americana. Narracja toczy się dość spokojnie, ale pełna jest udanych zdarzeń dźwiękowych. Na sam finał nabiera jednak tempa, znów nie stroni od post-punkowych fraz z dużą dawką temperatury wewnętrznej, wreszcie gaśnie w nad wyraz stylowy sposób, aż po samo dno ciszy.

 


Staraya Derevnya  Inwards Opened The Floor (Staraya Derevnya, CD 2020) & Staraya Derevnya with Hans Grusel's Krankenkabinet  ‎Still Life With Apples (Steep Gloss, Kaseta 2020)

Zapraszamy do świata psychodelicznego post- rocka, zatopionego w gęstym sosie elektroakustyki, pełnego improwizatorskiego rozwichrzenia i istotnych naleciałości całej historii krautrocka! Oto, zapowiadana w preambule tekstu, porcja dźwięków brytyjsko-izraelskich, śpiewana po rosyjsku! Formacja nazywa się Stara Wieś, a na jej czele stoi Gosha Hniu, odpowiedzialny za instrumenty perkusyjne, głosy (określane tu, jako krzyki i szepty), a także całą armię zabawek i przedmiotów elektroakustycznych. Na obu dziś prezentowanych albumach występują także: Ran Nahmias (wiolonczela, theremin), Amos Ungar (cymbały i sampler), Maya Pik (syntezator, melodica, flet i … kołyszące się krzesło) oraz Grundik Kasyansky (syntezator i obiekty). Na pierwszej z omawianych płyt (nagranej w londyńskim Cafe Oto, ale bez oklasków, z dogrywkami w kilku innych miejscach; 7 utworów, 47 minut) lista gości jest następująca: Yoni Silver (klarnet basowy – utwór 1), Tom Wheatley (kontrabas - 1, 2, 6, 7), Lior Lerman (krzyki i szepty - 1, 5, 6), Andrea Serafino (perkusja – 1) oraz Jonathan Shohet i Matthias Moos (radiowe interferencje – 7), a na drugiej (koncertowej; 2 utwory, 35 minut): Gretel Grusel i Hans Grusel (elektronika – wszystkie utwory) oraz Liz Allbee (trąbka, elektronika – 2).

Inwards Opened The Floor. Od pierwszej sekundy nagrania wchodzimy w gęstą magmę dźwięków, tonących w poświacie post-elektroniki, rodzącego się drummingu i sampli tańczących w post-rockowej scenerii. Obok repetytywna melorecytacja, skupiona na przekazie werbalnym (słuchamy poematu Artura Molewa). Rockowa powtarzalność, elektroakustyczny flow i fermentująca w każdym rogu sali improwizacja. Gościnnie występujące tu akustyczne instrumenty … żyją, ale tłumią oddech, miażdżone bezceremonialnością głównego nurtu narracji, który płynie swoim rytmem, ale niepodawanym na wprost, raczej zaszytym w dramaturgicznym nieładzie (perkusista jak najbardziej dokłada tu swoje, ale improwizuje, nie dba zaś o dynamikę). Druga improwizacja zdecydowanie stawia na podawany syntetycznym drummingiem rytm, mocno pracuje także kontrabas, a akcenty krautrocka rozbłyskują się w całej fakturze narracji. Piękne, repetytywne puzzle, garść psychodelii i kwasu tak dobrego, że palce lizać. Trzecią opowieść możemy ulokować w stylistyce post-techno, bystrze wybarwionego akcentami mrocznego ambientu i upstrzonego czymś na kształt ekstrawaganckiego post hip-hopu (armia głosicieli tekstu robi swoje!). W kolejnej części powraca prawdziwie rockowy drive, budowany jednak niezwykle syntetycznymi elementami. Oto krautrock, który szuka okazji do hałasowania. Zaraz potem znów sporo rytmu, basowych pochodów i improwizowanych zdobień, tym razem ze strony wiolonczeli, piana i syntezatorów. Szósta część przybiera na moment postać electro-popu (muzycy śpiewają!), ale zaraz wszystko ginie w zalewie elektroakustycznych improwizacji i kolejnej zmysłowej porcji krautrockowego hałasu. Wreszcie finał, który budzi się w oparach usterkowego ambientu. Muzycy szybko odnajdują rytm, ale nie gubią onirycznego mroku. Kilka dźwięków strunowych, szczególnie udanych ze strony kontrabasu, który repetuje meta rytm i cello, które swobodnie improwizuje.



Still Life With Apples. Klimat post-rockowej elektroniki sprzed dwóch dekad staje nam przed oczyma. Dubowa poświata przywołuje wspomnienie … Nu-Dub Players Friedmanna. Akcenty rocka plamią scenę, a syntetyczna struga dźwięków płynie po opuszczonym kosmodromie. Bas proponuje prosty, rockowy rytm, reszta instrumentarium robi jednak swoje i fermentuje w swobodnej improwizacji. Sample, loopy, repety i impro inkrustacje. Muzyka snuje się po podłodze i inteligentnie kasą zdrową psychodelią. Armia elektronicznych narzędzi zdaje się tu być w przewadze liczebnej, ale całość narracji zachowuje przyjemną równowagę elektroakustyczną. W połowie pierwszej strony kasety istotne spowolnienie i śmiały krok ku post-ambientowym plamom. Intrygujące percussion na pogłosie i rytm, który nie zanika, choć jego podstawowe narzędzia pracy (drums & bass) milczą. Swoje dokłada wataha syntezatorów, które płyną niezobowiązująco każdą wolną przestrzenią spektaklu. Po drugiej stronie kasety znajdujemy się bardzo płynnie (bo słuchamy plików!) – witają nas mgławice syntetycznego poranka. Pierwsza pętla basu pojawia się dopiero pod koniec trzeciej minuty (zdaje się, że słyszymy kilka kapel nowofalowych z lat 80. ubiegłego stulecia jednocześnie!). Zmutowane głosy i poświata dark ambient nie dają jednak za wygraną. Opowieść cudownie wije się między nogami i nie ma zamiaru przyspieszać. Znów chwila spowolnienia, małe rozdroże dramaturgiczne (improwizacja tak już ma…), ale już sam finał koncertu ocieka zmysłowym, syntetycznym, ale także żywym krautrockiem – słyszymy mocny drumming i … gitarę rozgrzaną do czerwoności (z sampla?). Bardzo stylowa opowieść, która śmiało mogłaby jeszcze trwać, dobija do brzegu.

 



Udo Schindler & Irene Kepl  Fabulierblättchen, Udo Schindler & Masako Ohta  ‎Music In Space  (Creative Sources, CD 2020)

Każdej zbiorówce recenzji dobrze robi … radykalna zmiana nastroju. Uciekamy zatem z gęstwiny psychodelicznych dźwięków w opary wyważonej emocjonalnie impro kameralistyki. O właściwy poziom emocji zadba niemiecki saksofonista i klarnecista (po prawdzie every reed man!) Udo Schindler. W zalewie swoich licznych produkcji muzyk dostarczył nam w ostatnich miesiącach dwa niezwykle smakowite kąski. Czas, by je poznać! Najpierw pochylimy się nad duetem ze skrzypaczką Irene Kepl (nagranie koncertowe z lipca ubiegłego roku: 7 części, niespełna 44 minuty), potem zaś nad duetem z pianistką Masako Ohta (także koncert, grudzień ubiegłego roku; 2 części, 43 minuty z sekundami).

Fabulierblättchen. Suche struny na szorstkim gryfie i delikatne pulsacje instrumentu dętego budują akustyczny ambient, który od pierwszego dźwięku emanuje urodą i dramaturgiczną zwiewnością. Skupiony, jakże filigrany impro chamber, czuły na niuanse brzmieniowe, tyczony szlakiem pozbawionym zakrętów i jakże zbędnych znaków zapytania. Skrzypce zdają się być zwinne niczym tygrysica, szukają zaczepki ostrymi pazurami, dęciak miałczy zalotnie jak kot. W kolejnym epizodzie pojawia się klarnet basowy, pełen chropowatości i intrygujących fraz. Skrzypce nie oddają pola i już w trzeciej części muzycy definitywnie wkraczają do krainy pięknych, niczym nieskrępowanych, dźwiękowych preparacji. Szepty i małe lamenty, piski i złowrogie pomruki. Narracja toczy się jednak bardzo spokojnie, z pewną kobiecą delikatnością. Trochę mechaniki przedmiotów, zgrzytania zębami, ale też wiele fraz na granicy ciszy, niezwykle molekularnych. Choćby w piątej części, gdy odpowiedzią na rwane frazy skrzypiec są klarnetowe mikro skrzeczenia. A już po chwili oba instrumenty imitacyjnie gwiżdżą! Tuż po tym epizodzie, muzycy zdają się wchodzić do krypty. Skrzypią i lamentują w mrocznych podrygach obumierającej kameralistyki. Schindler sięga po kornet dodając całości improwizacji dodatkowego smaczku. Ostatnia część podkreśla doskonałą komunikację w obrębie duetu – frazy call & responce (zapoczątkowane już wcześniej), zmysłowe pomruki (klarnet basowy!) i strunowe westchnienia. Brawo!



Music In Space. Drugi duet Schindlera stawia na dłuższe improwizacje, intrygująco rozciągnięte w czasie i przestrzeni. Pianistka (używa także pleyel piano) prezentuje szerokie spektrum gatunkowe. Równie bystra jest w klawiszowych pasażach, pełnych jazzowego posmaku, jak i abstrakcyjnych potokach contemporary, potrafi być także skuteczna w wyważonych, minimalistycznych frazach post-chamber. Udo jest zawsze z nią, czasami niezwykle śpiewny (także na klarnecie basowym), ulotny, zwinny, ale jednocześnie zaczepny. W pierwszej, prawie półgodzinnej improwizacji szczególnie ciekawie robi się po upływie dwudziestej minuty, gdy muzycy stawiają za dramaturgiczny zgrzyt i przez moment szukają prawdziwie brudnych dźwięków. Druga improwizacja, trwająca niespełna kwadrans, co chwila zaskakuje. Najpierw pianistka ucieka w niemal klasyczny romantyzm, a jej partner buduje ciekawy dysonans, stawiając na preparowanie dźwięków. Napotykamy też na fazę post-ragtime'owych rytmów, upstrzonych dętym burczeniem, a nawet gwizdaniem samym ustnikiem. Na ostatniej prostej improwizacja przebiera postać wręcz taneczną. Udo cedzi dźwięki przez zęby, a Masoko śle kilka stylowych fraz wprost z fortepianowych strun.

 


Horace Tapscott With The Pan-Afrikan Peoples Arkestra  ‎Ancestral Echoes, The Covina Sessions, 1976  (Dark Tree, CD 2020)

Zapraszamy na podróż do prawdziwych, afrykańskich korzeni jazzu! W tym celu przenosimy się do … Kalifornii, a na osi czasu cofamy się do stycznia roku 1976. W studyjnych okolicznościach pewnego domu (sic!) spotykamy ponad 20 muzyków, którzy tworzyli wówczas The Pan-Afrikan Peoples Arkestra, kierowaną przez legendarnego pianistę jazzowego Horace’a Tapscotta (tu także w roli dyrygenta). Oto jego podopieczni: Gary Bias, Dadisi Komolafe, Michael Session (as), Amos Delone (bs), David Bryant, Marcus McLaurine (b), Moises Obligacion (cg), Ishmael Balaka, Ricky Simmons (dr), Adele Sebastian, Aubrey Hart (fl), Wendell C. Williams, Robert Watt (fh), Charles Chandler, James Andrews (ts), Fuasi Abdul-Khaliq (bcl, ts), Herbert Callies (acl), Lester Robertson (tb), Linda Hill (p), Jesse Sharps (ss), Steven Smith (tp), Red Callender (t) oraz Kamau Daáood (voc). Cztery kompozycje Tapscotta, 70 i pół minuty muzyki.

Ceremonia otwarcia sesji nagraniowej przypada w udziale oczywiście pianiście, któremu towarzyszy głos, który recytuje tekst poetycki (poniekąd jednak społeczno-polityczny), coś na kształt afroamerykańskiego roots statements. Po pewnym czasie narracja piana nabiera bluesowego posmaku, a nawet odrobinę gospel. W piątej minucie rusza do gry już cała orkiestra, która buduje gęsty, bogato zaaranżowany flow. Temat pełen żarliwej melodyki podaje wielka armia instrumentów dętych. Wraz z upływem czasu opowieść z jednej strony nabiera mocy, z drugiej pięknie się rozpływa w coraz szersze koryto. Temat wszakże pozostaje z nami, a na jego tle zaczynają pojawiać się pierwsze ekspozycje solowe, pełne swobodnego jazzu, czynione w artystycznej wolności. Najpierw trąbka, potem saksofon sopranowy niesieni są siłą i emocjami wielkiej orkiestry. Kolejna kompozycja bardziej nastawiona jest na klimat, mniej dynamiczna, osadzona w stylistyce main-streamu jazzowego. Tonacja wydaje się być odrobinę molowa, a temat podaje masywne piano i rozbudowana sekcja rytmiczna. Krwi do obiegu dźwięków dolewa jako pierwszy solista, którym bystrym saksofonem altowym podnosi ciśnienie spektaklu o poziom wyżej. Oto pełnowymiarowy jazz, który z czasem przyjmuje także barwy bluesowe.

Trzecia kompozycja, bystrym rytmem budowanym przede wszystkim intensywnymi bongosami, zdecydowanie przenosi już nas do Afryki. Kolejne udane solo na saksofonie, a potem także na puzonie (świetne, matowe brzmienie blaszka). Sporo miejsca kompozycja pozostawia także na solowy pasus szefa przedsięwzięcia. Ostatni utwór na płycie (niemal 30 minut) znów powraca do spirytualnej, niemal freejazzowej estetyki pierwszej części. Zaczyna się leniwie – spokojnym fortepianem i smyczkiem na kontrabasie. Potem dużo do powiedzenia mają flet i trąbka. African Roots’ Rhythm and Soul toczy się nieprzerwaną strugą. Wreszcie do głosu dochodzi saksofon tenorowy (doskonały Fuasi Abdul-Khaliq!), który wynosi muzykę na wyżyny emocji i sprawia, iż ostatnie kilka minut płyty jest jej zdecydowanie najlepszym momentem.