Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Kahn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jason Kahn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2024

The September’ Round-up: Dooom Orchestra! SANTA! SYNC! García & Reviriego! Michalowski & Smith! Ekotonika! Doskocz & Kurek! Lencastre! Leblanc & Ferreira! Yamauchi & Kahn!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziesięć świeżynek, moc różnorodnych wrażeń, dźwięki z niemal całego świata!

Pośród tytułów wykonawczych sporo świetnie znanych nam postaci, ale też niemałe grono nowych nazwisk do bezwzględnego zapamiętania. Gatunkowy misz-masz jak zwykle na ekstremalnie wysokim poziomie – rozbudowany skład uprawiający predefiniowaną improwizację, dużo tej ostatniej w wersji jak najbardziej swobodnej, trochę jazzu, zarówno free, jak i kameralnego, a także z etykietą fussion, elektroniczne eksperymenty, zmysłowy dark ambient, post-rockowa polirytmia, czy lewitująca elektroakustyka. What ever you want!

Nasza podróż rozpocznie się we Włoszech, potem odwiedzimy Szwajcarię, Hiszpanię, Stany Zjednoczone, Polskę, Portugalię, Kanadę, a także daleką Japonię. Welcome to improvised heaven & hell!



 

Dooom Orchestra Our Sea Lies Within (Aut Records, CD 2024)

Onara Swamp Hall, Tombolo, Włochy, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perksyjne, Marco Valerio – bas elektryczny, Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 45 minut.

Tą włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie dowodzi perkusista Francesco Cigana, który na tych łamach nie jest postacią anonimową. Dwunastoosobowy skład kleci tu dla nas osiem opowieści, które sycą się zarówno estetyką post-jazzu, jak i swobodnej, ale niekiedy przesłodzonej i nazbyt wystudiowanej kameralistyki. W trakcie trzech kwadransów dzieje się dużo dobrego, ale wraz z upływem czasu ekspresja, jaka towarzyszyła artystom na starcie, zdaje się rozpływać w mocno kontrolowanej narracji.

Start, co się zowie! Saksofonista i wokalistka, z okrzykami na ustach, płyną post-jazzowym tembrem niesieni strugą bogatej instrumentacji, kreowanej zapewne pełnym dooom składem. Druga opowieść jest nerwowa, szyta prądem gitary i strunową akustyką skrzypiec. Wokalistka dodaje tu trochę czystego, bardziej kameralnego śpiewu. W następnych dwóch częściach poznajemy kolejne elementy tej gry – niemal molekularne otwarcie, rytmiczne piano, garść basowych dźwięków z prądem, jazzowe frazy dęte i nieco oniryczne wokalizy. Piąta część niepokojąco zbliża się do estetyki pop, z kolei szósta sieje sporo rockowego zamętu (wreszcie słyszymy tu perkusję!), ale ginie w kameralnej melodyce. W części siódmej napotykamy na rytmiczną, bardziej dynamiczną opowieść, zrodzoną wszakże w klimacie definitywnie kameralnym. Finał dostarcza nerwową kołysankę, zreasumowaną dialogiem wokalistki i saksofonisty, którzy ów album tak pięknie otwierali kilkadziesiąt minut wcześniej.



 

SANTA III (Santa Recordz, DL 2024)

Czas i miejsce nagrania nieokreślone: Andrea Cherchi – syntezator, sample, miksowanie, Giacomo Salis – instrumenty perkusyjne, obiekty oraz Antonio Pinna - perkusja, metallophone. Trzy utwory, 16 minut. 

Perkusjonalista Giacomo Salis, to kolejny włoski improwizator często goszczący na naszych łamach. Tym razem spotykamy go w trio, które od pewnego czasu wydaje w formie bezfizycznej kilkunastominutowe ep-ki, które przenoszą perkusjonalne i drummingowe ekspozycje do świata fussion – tak elektronicznego, jak i po części post-jazzowego. Tu pochylamy się nad trzecim epizodem serii.

Pierwszą opowieść tworzą migotliwe, rwane frazy elektroniki, syntetycznie brzmiąca warstwa basowa i frazy perkusji, których akcje z czasem łapią niemal polirytmiczny drive. W drugiej części pojawia się więcej perkusjonalnych fraz, kreowanych głównie na talerzach i plamy syntetycznego ambientu. Beat perkusji jest tu dość nerwowy i udanie kołysze narracją, nadając jej ponownie posmaku polirytmii, a także taneczności i melodyjności. Finałowa ekspozycja tonie w mrocznym ambiencie, barwiona frazami o brzmieniu wibrafonowym, formując się ostatecznie w kształtną balladę.



 

SYNC Catacryptico (Aut Records, CD 2024)

Spazio Panelle, Locarno, lato 2022: Sebastian Strinning - saksofon tenorowy i klarnet basowy, Natalie Peters - głos, Yara Li Mennel - skrzypce, głos oraz Jacek Chmiel – cytra, elektronika. Cztery improwizacje, 47 minut.

Międzynarodowy kwartet w znoju świetnie brzmiącej, nad wyraz swobodnej kameralistyki, buduje swoje narracje na ogół środkami akustycznymi, a incydentalne plamy elektroniki tylko dodają im urody. Muzycy frazują na ogół dość minimalistycznie, ale w momentach, gdy ów minimalizm gubią, ich kreatywność sprawia, że emocje płyną naprawdę szerokim strumieniem. Poza Chmielem członkowie SYNC, to dla tych łamów nowe nazwiska, zatem skrzętnie je zapisujemy i czekamy na tzw. ciąg dalszy.

Pierwsza i czwarta improwizacja, to formy rozbudowane, dwie środkowe są nieco bardziej zwarte w formie. Sucho brzmiący saksofon, delikatnie drgające strun skrzypiec, głos, który najpierw cmoka, potem melodyjnie zawodzi niczym kolejny dęciak, wreszcie minimalistyczne frazy cytry i incydentalne plamy elektroniki – to w ujęciu dźwiękowym aktorzy fazy otwarcia. Emocje są nam tu należycie dawkowane (buzują, gdy do gry wkracza klarnet basowy), w środku tli się ponadgatunkowa różnorodność i niemałe pokłady ciszy, a sam finał zdaje się być żałobną mantrą. Druga część, to plejady drobnych, niekiedy nerwowych fraz, preparacje i okrzyki. Z kolei trzecia odsłona syci się programowym minimalizmem, blisko posadowiona jest ciszy, pracuje elektronika, śpiewają metaliczne przedmioty. Z jednej strony plamy post-jazzu, z drugiej oniryczny ambient. Finał płyty jest anonsowanym wcześniej wybuchem kreatywności i pomysłowości, chwilami aż nazbyt bogatym w wydarzenia. Początek jest leniwy, dronowy, środek rozgadany, wsparty elektroniką, finał wielogatunkowy, nie bez akcentów zdecydowanie dynamicznych. Ostatnie cztery minuty, to nowy wątek, swoisty encore, zainicjowany przez elektronikę, a skomentowany onirycznym głosem saksofonu i wokalem z tekstem.




Miguel A. García/ Àlex Reviriego Heralds de l'hivern (Hera Corp., Kaseta 2024)

Czas i miejsce nagrania nieokreślone: Miguel A. García – elektronika, dźwiękowe manipulacje, miksowanie oraz Àlex Reviriego - no input mixer, elektronika (feedback), urządzenia różne, syntezator. Cztery utwory, 38 minut.

W ramach wątku północno-iberyjskiego proponujemy spotkanie starych dobrych znajomych. Kooperacja baskijsko-katalońska tym razem odbywa się wyłącznie w sferze elektroniki, tu wyjątkowo oryginalnej i naznaczonej piętnem niebanalnego konceptu. Większość dźwięków, jakie generuje Reviriego są bowiem efektem działania feedbacku, w czym pomaga także mikser, który zdaje się być fonicznym perpetuum mobile, albowiem daje coś od siebie, choć sam nie ma nic na wejściu. Prace Garcii bazują na bardziej konwencjonalnym oprzyrządowaniu elektronicznym.

Pierwszy utwór budują syntetyczne drony i plejady elektroakustycznych short-cuts – usterki i skwierczenia. Całość wydaje się dość mroczna, osadzona na dużej przestrzeni, która łapie także ochłapy dźwięków akustycznych. W kolejnej części muzycy rozbudowują arsenał artystycznych środków wyrazu – narracja nabiera gęstości, syntetyczności, brudnego, pokancerowanego brzmienia. W rezultacie licznych akcji dramaturgicznych opowieść staje się chropowatym dark ambientem. Trzecia odsłona trwa tu prawie trzynaście minut i zdaje się być kluczowym momentem albumu. Rodzi się w poświacie mrocznych szelestów, które formują się w wyjątkowo czarny ambient. Opowieść nabiera rozmachu, gdy na mrocznym tle pojawiać się zaczynają post-akustyczne frazy, będące zapewne efektem owego cudownego feedbacku. Sam finał przynosi melodyjne ukojenie. Ostatnia część jest równie bardzo bogata w wydarzenia. Od fraz rezonujących, rozbłysków elektro-akustycznej delikatności, poprzez drony i post-melodie, aż po kosmiczne brzmienia i na poły akustyczne zgrzytanie zębami. Flow nie przestaje być jednak wystudzony, czyżbyśmy mogli użyć tu określenia electronic chamber? W końcowej fazie opowieść narasta jak wielka orkiestra symfoniczna, po czym popada w długotrwały falling down.



 

Piotr Michalowski/ Damon Smith How to Ripen in Ice (Balance Point Acoustic, CD 2024)

Ziggy's Ypsilanti, USA, czas nieokreślony: Piotr Michalowski - klarnet basowy i kontraltowy, saksofon sopranowy i sopranino, flet japoński Shinobbue oraz Damon Smith - kontrabas. Siedem improwizacji, 46 minut.

Swobodna improwizacja, która intrygująco balansuje pomiędzy post-jazzem, a free chamber, zbudowana arsenałem brzmień dętych i kontrabasem, który zdolny jest do każdej ponadgatunkowej akcji, to treść polsko-amerykańskiego albumu, nad którym się pochylamy.

Artyści zaczynają z wysokiego C! Kompulsywne pizzicato & arco w jednym strumieniu kontrabasowego flow i dęte wyziewy realizowane na sporym pogłosie. Kameralna opowieść zakorzeniona w swobodnym jazzie zdaje się tu być równie błyskotliwa w pobliżu ciszy, jak i na drobnym, free jazzowym wzniesieniu. Na koniec zostaje okraszona dronem i śpiewem saksofonu. Drugą część muzycy kreują na nisko ugiętych kolanach. Klarnet i post-jazzowe pizzicato nie stronią od kameralnych dygresji, potem opowieścią kołysze nostalgiczny smyczek. Trzecia część skłania się ku swobodzie jazzu, a realizowana jest saksofonem sopranowym i kontrabasem, który studzi emocje szarpaniem za struny, a definitywnie je pobudza smyczkowym tańcem. W części czwartej pojawia się flet, a potem klarnet, w piątek powraca lekki saksofon, ale ma wyjątkowe ostre pazury. Oba fragmenty płyną jazzową strugą, ta druga, choć rodzi się kameralnie, śmiało zasługuje na miano ognistej. Szósta opowięśc jest ekspozycją solową kontrabasisty (piękny smyczek w bardzo niskich rejestrach!), która na sam koniec zostaje delikatnie skomentowana przez saksofonistę. Ostatnia narracja udanie reasumuje wyczyny artystów. Skrzy się jazzem sopranu i kontrabasowym wszędobylstwem, początkowo sprawia wrażenie pożegnalnej ballady, z czasem staje się kolejną żwawą, ognistą akcją.




Ekotonika To Get Lost (Antenna Non Grata, CD 2024)

Łódź, Kraków, 2023: Mat Barski – gitara elektryczna, sampler oraz Marcin Karton Karczewski – syntezator, kontrabas, stomp boxes. Pięć utworów, 30 minut.

Na tych łamach definitywnie lubimy dark ambient! Zwłaszcza, gdy lepiony jest z wielu nieoczywistych, niejednorodnych strumieni nie tylko mrocznych dźwięków. Krajowa Ekotonika nam to gwarantuje, budując zwartą, dość krótką opowieść zarówno foniami żywymi, jak i syntetycznymi. Piękny, depresyjny tytuł albumu podkreśla ładunek emocji, jaki niesie całe nagranie.

Pierwszą opowieść otwiera mroczna pulsacja gitary, basowy background i strunowe zdobienia. Dolina narracji trzeszczy, góra wznosi się ku zachmurzonemu niebu. Finałowy ambient zdaje się rozbłyskiwać w chmurze industrialnego pyłu. W kolejnych odcinkach muzycy dodają nowe elementy sprawiając, iż ich dark ambient mieni się nadzwyczaj obfitą paletą kolorów. Słyszymy brzmienia przypominające sakralne organy, wszędzie panoszą się gitarowe chroboty i akustyczne zgrzyty z nieznanego źródła, a w części trzeciej niepodziewanie dajemy się ponieść pewnej wewnętrznej, nerwowej dynamice. Czwarta opowieść trwa dziesięć minut i jest przeto najatrakcyjniejsza pod względem dramaturgicznym. Na czele rozhuśtanego orszaku maszeruje gitara, w tle pulsuje basowa, mroczna otchłań, a dalece zaskakujący finał puentuje dźwięk nadlatujących Ptaków Hitchcocka. Z kolei końcowa ekspozycja nie szczędzi nam dźwięków preparowanych, połamanych fraz post-perkusyjnych i plejady drobnych, elektroakustycznych usterek.



 

Doskocz/ Kurek Wrrr (Antenna Non Grata, CD 2024)

Beskid Mały, luty 2023: Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Wojtek Kurek – perkusja. Dziesięć utworów, 33 minuty.

Doskocz i Kurek grają razem od lat, ale takiej petardy dźwięków wcześniej nam nie dowozili. Dziesięć krótkich wiadomości wprost z ponadgatunkowego piekła. To improwizowany post-rock zaplątany w gęstą, psychodeliczną polirytmię, to muzyka, która rządzi nami od pierwszej do ostatniej sekundy, no i na koniec, oczywiście, nie bierze jeńców.

Przesterowany wyziew gitary i dynamiczny drumming po ostrych krawędziach lepią tu start, który sieje popłoch, przypomina wykrwawiający się drum’n’bass. Druga odsłona zabiera nas w bezmiar afrykańskiej polirytmii, czyniąc niemal etniczne rytuały, okraszone poszukiwaniem hard-rockowych korzeni gitary. Zaraz potem muzycy z drobiazgów, strzępów fonii klecą połamaną strukturę, która pęcznieje jak ciasto na dobrą pizzę. W czwartej części opętani rytmem niszczyciele czystości gatunkowej doładowują nas hałasem, by wszystko spuentować dudniącym 2stepem. W piątej części króluje zdewastowany rock, który wpada w rytualny taniec, z kolei w szóstej wracamy do afrykańskiej polirytmii. W dwóch kolejnych short-trackach dominuje rozdygotana z emocji gitara. Jej pick-upy stają w płomieniach, ale wsparte rytmem zabierają nas na psychotrip po bezdrożach kompletnie pijanej Luizjany. Zaraz potem pojawia się kojąca post-melodyka, która mości się rytmicznie na grzęzawisku umierającego robactwa. Dziewiąty numer, to już jazda bez trzymanki. Let’s go to India, krzyczą artyści, a ich drum’n’bassowy flow zdaje się być sycony brzmieniem zdezelowanej drumli. Taniec nie ma tu końca, a wokół panoszy się swąd przypalonego curry. Albumowa puenta toczy się już spokojnym strumieniem umiarkowanie hałaśliwego rocka, który puszcza do nas oko, bo wie, że i tak rządzi wszechświatem. Gęsty, instynktowny finał, bez zbędnego dźwięku.  



João Lencastre Free Celebration (Robalo, CD 2024)

Louva-a-Deus Studio, marzec 2024: Ricardo Toscano - saksofon altowy, Pedro Branco - gitara, João Bernardo - instrumenty klawiszowe, syntezator, Nelson Cascais - bas, João Pereira – perkusja oraz João Lencastre – perkusja. Dwanaście kompozycji, 50 minut.

Czas na jazz! Kompozycje Ornette Colemana, Theloniousa Monka, Herbie Nicolsa i dwie improwizacje własne sekstetu – wszystko zgrabnie zaaranżowane, dynamicznie wykonane, bez słodyczy jazzowych ballad, z zaszytym nerwem free. Szefem bandu jest świetnie nam znany portugalski perkusista, który – co nie jest częste - do składu zaprosil także drugiego perkusistę. Muzyka zwinna, swobodna, do tańca, i do różańca, ze znakiem synkopowanej jakości.

Utwory pierwszy i dziesiąty, to improwizacje. Ta pierwsza syci się prawdziwie kameralnym urokiem, ta druga nie szczędzi nam preparacji i małych melodii. Cała reszta należy już do trzech legend jazzu! Muzyka swinguje, jest ekspresyjna, a po szybkiej ekspozycji tematu następuje rozbudowana faza kolektywnych improwizacji, niemal każdorazowo nasączona jakością instrumentalną i kreatywnością. Szczególnie efektownie wypadają songi Colemana, pełne zrywnej melodyki i fantastycznie połamanej rytmiki, świetnie podkreślanej podwójnym zestawem perkusyjnym. No i nieśmiertelna Kathelyn Gray! W utworach Monka i Nicolsa słyszymy więcej jazzowego ładu, a także intrygujące akcje pięknie brzmiących organów Hammonda. Muzykom starcza też czasu, by jazzowe evergreeny nasączać dużą dawką całkiem swobodnych improwizacji, jak choćby w introdukcji utworu siódmego, monkowskiego Shuffle Boil. Z kolei w ósmej odsłonie i colemanowskim Toy Dance zwracają uwagę smakowite preparacje gitarzysty. Jedenasta część, to colemanowski Forerunner, który staje się okazją do popisów dla perkusistów, zarówno solowych, jak i w duecie.  Wieńczy go efektowna galopada, definitywnie ostro przyprawiona.




Karoline Leblanc & Paulo J Ferreira Lopes Edged Once Fractured (atrito-afeito, CD 2024)

Montreal, 2019-2023: Karoline Leblanc - harpsichord, fortepian, pipe organ, instrumenty różne oraz Paulo J Ferreira Lopes – gongi, dzwony, talerze, instrumenty różne. Jeden utwór, 33 minuty.

Kanadyjską pianistkę Leblanc gościliśmy na Trybunie wielokrotnie, ale w czasach pandemii jej aktywność artystyczna nieco przyhamowała. Teraz powraca w ekspozycji duetowej ze swoim stałym partnerem (nie tylko muzycznym), portugalskim perkusistą Ferreirą Lopesem. Muzycy proponują nam kolaż improwizacji, jakie nagrali głównie w okresie rzeczonej pandemii w Kanadzie. Muzyka mieni się tu wszelkimi kolorami tęczy, albowiem artyści generują dźwięki nie tylko na swoich podstawowych instrumentach (pełne dane powyżej).

Jednotrakowa Improwizacja składa się z trzech części, które łączą drobne, niemal niedostrzegalne w ujęciu dramaturgicznym pauzy. Początek budują frazy inside piano i nerwowe, perksyjne talerze. W strumieniu narracji raz za razem pojawiają się foniczne niespodzianki, dźwięki preparowane z samego dna pudla rezonansowego, czy też drżące akcje na glazurze werbla. Pierwsza część albumu ma kilka faz, zgrabnie sklejonych zwinnymi palcami miksującego - akcje perkusjonalne z obu stronach, passus brzmienia organowego, czy wreszcie moment dalece kreatywnego minimalizmu. Pierwszy definitywny restart improwizacji ma miejsce w okolicach 10 minuty i dość szybko wprowadza nas w stadium soczystego post-industrialu, który komentują fonie przypominające watahę owadów w locie wnoszącym, a także garść dętych podmuchów. Kolejna porcja ciszy ma miejsce w okolicach 25 minuty. Finałowy wątek lepi się z drobnych fraz strunowych i blaszanych. Niektóre z nich są mroczne, zamglone, inne dość hałaśliwe i rezonujące. Ostatnia prosta, to zawieszony w czasie i przestrzeni minimal.



 

Katsura Yamauchi & Jason Kahn Time Between (Ftarri Label, CD 2024)

At Hall, Oita (pierwsze dwa utwory), IAF Shop, Hakata (dwa kolejne), październik 2023: Katsura Yamauchi – saksofon oraz Jason Kahn – elektronika. Cztery utwory, 57 minut.

Jasona Kahna gościliśmy ostatnio z koreańskim nagraniem wokalnym, ale świetnie wiemy, że domeną jego artystycznego życia jest elektronika. Powracamy teraz do niej i zapraszamy na spotkanie z japońskim saksofonistą Katsurą Yamauchim. Album zawiera rejestracje z dwóch koncertów. Muzyka toczy się tu na ogół leniwie, bazuje na dętych dźwiękach preparowanych i nieinwazyjnych porcjach wytrawnej elektroniki. Warto się wybrać w tę prawie godzinną podróż.

Każdy z koncertów składa się z części głównej i znacznie krótszej dogrywki. Minimalistyczny początek dobrze wróży tu całości. Dominuje wyrafinowana elektroakustyka - szmery z tuby i plamy stojącej syntetyki, a potem wystudiowane preparacje, pojękiwania, zgrzyty i strumienie harshowych szumów. Jeszcze ciekawiej jest w chmurze rozkołysanego rezonansu, a potem w trakcie słuchowiska wprost z radiowych fal definitywnie długich częstotliwości. Dogrywka przypomina post-industrialną lewitację, doposażoną w martwą, dętą melodykę. Drugi koncert rodzi się w jeszcze bardziej minimalistycznym środowisku. Pomiędzy muzykami panoszy się dużo zabłąkanej ciszy. W dalszej fazie nagrania Jason i Katsura budzą się jednak do życia i efektownie interferują, a pod koniec lewitują i repetują. Dogrywka drugiego koncertu jest chyba najgłośniejszym fragmentem albumu. Oszczędny początek jest tu dalece zwodniczy. Kahn zdecydowanie dokłada do ognia, Yamauchi powtarza ulubione melodie. 

 

 

piątek, 26 lipca 2024

The July’ Round-up: Linae! Costa! Alma Tree! Skerebotte Fatta! Cosmic Cluster! Magee! Constellative! de type inconnu! Chmiel! Kahn!


Zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną, to crème de la crème naszych werbalnych uniesień muzycznych! W tym roku ta zacna inicjatywa trochę kuleje (czas płynie zdecydowanie zbyt szybko!), ale lipiec będzie miesiącem, w którym ów fakt edytorski ma miejsce!

Przed nami dziesięć soczystych, mięsistych albumów jak zwykle z całego świata, choć tym razem przeważnie w wymiarze europejskim. W ujęciu gatunkowym dużo swobodnie improwizowanego jazzu, garść równie frywolnej kameralistyki, a na koniec trochę eksperymentów, zarówno elektroakustycznych, jak i … wokalnych. Będzie dużo Portugalii, trochę Belgii, Polski, Węgier, Anglii i Francji, a także trzy dalece międzynarodowe duety. Welcome!



 

Linae Continuum - Live at Smup (Phonogram Unit, DL 2024)

SMUP, Parede, Portugalia, 2023: João Almeida- trąbka, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Vasco Furtado – perkusja. Trzy improwizacje, 44 minuty.

Międzypokoleniowe trio portugalskiego post-jazzu debiutowało fonograficznie całkiem niedawno. Teraz powraca z nagraniem koncertowym i zdaje się zaspokajać potrzeby zarówno miłośników free jazzu, jak i zwolenników swobodnej, ponadgatunkowej improwizacji. Muzycy świetnie budują dramaturgię, wchodzą w niekończące się, zwinne interakcje, osadzając opowieść na żywym, jazzowym groove, jaki kreuje perkusista.

Koncert składa się z trzech wielominutowych improwizacji, z których ta środkowa trwa pełne dwadzieścia minut. Minimalistyczna, kolektywnie lepiona na starcie opowieść dość szybko nabiera tu rumieńców. Perkusja szyje gęsty ścieg, dzięki czemu piano i trąbka mogą płynąć bardzo swobodnym strumieniem. Jeśli narracja syci się dynamiką, ekspozycja tria przyjmuje postać soczystego free jazzu, gdy muzycy hamują, studzą emocje, ich kameralistyka potrafi nabrać walorów wręcz post-klasycznych. Najdłuższa z improwizacji budowana jest niezwykle skrupulatnie, ma wiele faz, a każdy z muzyków możliwość do reprezentacji swej nieograniczonej kreatywności. Frazują na ogół czystym brzmieniem, a jeśli sięgają po dźwięki preparowane, czynią to w momentach uzasadnionych dramaturgicznie, choćby w trzeciej, pozornie najspokojniejszej opowieści wieczoru. Ale i ta historia ma swoje dynamiczne rozwinięcie, pięknie osadzone w tradycji muzyki free.

 


Hugo Costa/ Dirk Serries/ Friso Van Wijck Live At Oude Klooster Kapel Brecht (Subcontinental Records, CD 2024)

Oude Klooster, Kapel, Brecht, wrzesień 2023: Hugo Costa – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Friso Van Wijck – instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 48 minut.

Kolejne dziś trio łączy Portugalię i Belgię, przy okazji zdaje się być pierwszym spotkaniem artystów w zadanej konfiguracji personalnej. Improwizacja ponownie balansuje pomiędzy free jazzem, a swobodną kameralistyką, wszakże nieosadzona rytmicznie, ani dynamicznie w kontekście gatunkowym, częściej dryfuje w kierunku kameralnym. Opowieść miewa momenty ekscytujące, nie unika wszakże chwil dramaturgicznego zastoju i pytań o dalszą drogę.

Koncert jest nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym, podzielonym na dwie wielominutowe ścieżki. Otwarcie, to duet saksofonisty i spokojnie usposobionego gitarzysty. Perkusjonalista wchodzi do gry po kilku minutach i zdaje się koncentrować na budowaniu tła, jakby bez ingerencji w ciąg przyczynowo skutkowy improwizacji. Muzycy sięgają zarówno po frazy czyste, jak i preparowane - wszystko osadzone jest jednak w głębokim pogłosie i niekiedy traci walory brzmieniowe. Po upływie kwadransa improwizacja zastyga w pozie post-balladowej, szczęśliwie gitarzysta sięga wtedy po smyczek i nadaje całości inny, ciekawszy wymiar. Kolejne fazy koncertu, to kilkuminutowa, perkusjonalna celebracja, a potem efektowne, niemal free jazzowe spiętrzenie, które rekompensuje tu wiele. Na etapie wytłumienia narracja osadza się na drobnych, ale bystrych interakcjach, przy okazji stając się drugim trakiem na dysku. Tym razem opowieść klei się dramaturgicznym dysonansem – saksofonista zdaje się brnąć w kierunku open jazzu, z kolei gitarzysta i perkusjonalista tłumią jego zapędy i szukają bardziej kameralnych rozwiązań. Znów wiele dobrego daje tu gitara, która udanie szuka akustycznego ambientu. Zakończenie jest kolejnym spiętrzeniem, ale tym razem dalece mniej intensywnym.



 

Alma Tree (Ra Kalam Bob Moses/ Vasco Trilla/ Pedro Melo Alves) Sonic Alchemy Suprema (Self-released, CD 2024)

CARA OJM Studios, Porto, maj 2022: Ra Kalam Bob Moses (kanał prawy), Vasco Trilla (środek), Pedro Melo Alves (kanał lewy) – wszyscy perkusja, instrumenty perkusyjne. W utworach 2, 5, 8, 13, 15: João Pedro Brandão – saksofon altowy i flet (środek), José Soares – saksofon altowy (kanał prawy), Julius Gabriel – saksofon tenorowy (kanał lewy). Piętnaście utworów, 56 minut.

Moses i Trilla nagrali płytę w duecie w roku ubiegłym i bardzo nam ona przypadła do gustu. W ramach kontynuacji współpracy doprosili do wspólnego muzykowania jeszcze jednego perkusistę i by całość ubarwić prawdziwie free jazzowym sosem – w kilku utworach jeszcze trzech saksofonistów. Efekt jest więcej niż bardzo dobry – prawdziwy kalejdoskopów polirytmicznego drummingu, narracyjnej zwiewności, kreatywności i nade wszystko świetnej zabawy. Album podzielono aż na piętnaście kilkuminutowych epizodów, zatem nudy nie uświadczymy tu choćby przez ułamek sekundy. Równie ciekawy jest układ przestrzenny – na flankach grają Alves i Moses, skoncentrowani na wielowymiarowym drummingu, z kolei na środku sceny posadowiony jest Trilla, którymi długimi fragmentami preparuje swoje instrumentarium – innym słowy uprawia nasz ulubiony no drumming percussion.

Album otwiera spokojny, trójwymiarowy drumming, która ubogacają podawane przez Trillę plamy rezonansu. Na podobnej zasadzie zbudowanych jest jeszcze kilka innych utworów, choćby wyważona czwórka, czy też dynamiczna dwunastka. W drugiej odsłonie płyty muzycy efektownie drżą i szeleszczą, a emocje budują saksofonowe drony. Goście pojawiają się także w części piątej i ósmej, nadając perkusyjnej narracji prawdziwie aylerowskiej melodyki. W kilku momentach albumu Moses nie tylko rytualnie bębni, ale także śpiewa. Tak dzieje się choćby w utworze trzecim i bodaj najlepszym na płycie – trzynastym, który zdaje się być mantrą tanecznej podróży. Na albumie mamy też trzy utwory, których tytuły noszą w sobie nazwiska muzyków. Tu lider inicjuje każdy z epizodów, a partnerzy wchodzą do gry na palcach i pięknie podłączają się pod główny wątek ekspozycji. Nagranie podsumowuje sekstet. Saksofony i flet śpiewają free jazzowe hymny. Strumień narracji jest zrównoważony emocjonalnie, ale ma swój rytm i intrygującą intensywność. Z czasem całość nabiera kolorytu, po czym zastyga w poczuciu dobrze zrealizowanego przedsięwzięcia artystycznego.



 

Skerebotte Fatta & Olgierd Dokalski Molting (Creative Sources, CD 2024)

Quality Studio, Polska, czerwiec 2023: Jan Małkowski – gitara elektryczna, saksofon altowy, Dominik Mokrzewski – perkusja oraz Olgierd Dokalski – trąbka. Siedem utworów, 48 minut.

Krajowy duet free jazzowy uderza po raz trzeci! Tym razem w formule rozszerzonej, jak to często bywa w przypadku working duetów. Przy tej okazji następuje jeszcze jedna zmiana – Małkowski sięga także po gitarę elektryczną i zdaje się, że w wymiarze czasowym gra na niej częściej niż na saksofonie. Każda zmiana bywa rozwojowa, zwłaszcza, gdy do stałego duetu sax & drums dochodzi drugi instrument dęty, ale czy służy efektowi końcowemu, to już pytanie retoryczne.

Początek albumu jest spokojny, post-jazzowy, z nutą barwionego dubem swingu na gryfie gitary. Ciekawie frazuje trąbka - nie wychodzi przed szereg, ale zdaje się zdobić każdy fragment opowieści. Narracja często staje się tu opowieścią duetu trąbka i perkusja, a ów zabieg nierzadkim zjawiskiem także dla innych epizodów płyty. W połowie drugiej odsłony do gry wchodzi saksofon, który w mgnieniu oka podrywa trio do free jazzowego lotu i sprawia, że emocje rosną jak słupek rtęci w trakcie upału. Podkreśleniem tego stanu rzeczy jest intensywna, ostra przebitka, która wypełnia część trzecią. Kolejne trzy utwory, to powrót gitary. Raz jest to jazzowa post-ballada, innym razem umiarkowanie dynamiczna jazda w estetyce … country and western, wreszcie garść intrygujących preparacji na dobrze zaciągniętym ręcznym. Album finalizuje najdłuższa, ponad 10-minutowa opowieść, która mieni się wszelkimi kolorami tęczy. Jej jakość buduje saksofonista i zmysł dramaturgiczny trębacza i perkusisty. Początek jest dość krzepką introdukcją trąbki i perkusji. Saksofon wchodzi na gry wyjątkowo wystudzony. Narracja interesująco rozwija się, sięga po kolejne, free jazzowe atrybuty, pachnie dobrym Aylerem na kilometr. W ramach wieloczęściowej kulminacji przez kilka chwil Skerebotte Fatta znów jest ognistym duetem sax & drums! I takim chcemy go zapamiętać!



 

Cosmic Cluster Live Ruin EP (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Szimpla Kert, Budapeszt, czas nieznany: Christopher Cox – amplifikowany puzon, loops, instrumenty klawiszowe, Heidrich – gitara elektryczna, Zoltán Kovács – kontrabas oraz Attila Gyárfás – perkusja. Pięć utworów, 42 minuty.

Czas na rzadki na naszych łamach wątek węgierski. Amerykański rezydent Budapesztu na amplifikowanym puzonie wraz z gronem rdzennych mieszkańców tamtych ziem zaprasza na intrygujący, psychodeliczny trip, który przynosi sporo emocji, dużo ciekawych brzmień i figur stylistycznych. Ów koncept muzyczny śmiało mógłby popłynąć w kierunku ekspresji godnej Die Like A Dog Petera Brotzmanna, gdyby muzycy kwartetu choć przez moment zechcieli stracić kontrolę nad strumieniem generowanych przez siebie dźwięków.

Swobodne otwarcie koncertu, budowane przez puzon na lekkim pogłosie, masywną sekcję rytmu i jazz-rockową gitarę, obiecuje tu wiele i zdaje się, że w ostatecznym rozrachunku kwartet dowozi nam spory bagaż zadowolenia. Muzyka Cosmic Cluster z łatwością ucieka w bezmiar kwaśnego fussion, ale równie bezceremonialnie tłumi się i koncentruje na brzmieniowych niuansach. Potrafi nabrać gęstości, niemal namacalnej smolistości, ale też oddychać dubem, soczystym ambientem, odrobiną dramaturgicznego westchnienia. Szczególnie ciekawie robi się w dwóch ostatnich utworach, gdy rytmiczny, silnie brzmiący kontrabas zaczyna budować niemal polirytmiczną fakturę rytmu i nieść wszystko wprost w objęcia zdrowej psychodelii. Dalece ekspresyjne jest samo zakończenie albumu, implikujące retoryczne pytanie, czy cały koncert nie mógłby być tu jedną strugą ognistej, niekończącej się the way of no return. Warto taki wariant przerobić przy okazji kolejnej, równie udanej, improwizowanej wycieczki w nieznane.



 

Massimo Magee Live at the Paint Factory (Lurker Bias, Kaseta 2024)

The Old Paint Factory, Brisbane, Australia, grudzień 2023: Massimo Magee – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 23 minuty.

Artystyczne losy tego angielskiego saksofonisty śledzimy na bieżąco. Słyszeliśmy onegdaj fantastyczne trio, obcowaliśmy z kilkoma solowymi eksperymentami, teraz zaś czas na występ solowy, ale zagrany na setkę, bez eksperymentów, w okolicznościach koncertowych dalekiej Australii. Duża sala koncertowa, naturalny, niezbyt przyjazny pogłos, to trudna sytuacja dla instrumentu akustycznego. Magee dmie jednak w swój altowy przyrząd z dużą determinacją i plecie nam free jazz najwyższych lotów. Szkoda, że tylko przez 23 minuty.

Massimo zaczyna spokojnym, wyważonym strumieniem altowych fraz, nasyconych melodią i drobną dawką swingu, ale znamionujących burze, która może za chwilę nastąpić. Z dużą gracją i swobodą muzyk wpada w cyrkulacyjny trans i zdaje się pozostawać w nim niemal przez cały spektakl. Czasami zwalnia, incydentalnie nabiera powietrza, ale czyni to wyłącznie z pobudek dramaturgicznych. Potem rusza w tango z jeszcze większą dynamiką. Tańczy, śpiewa, pokrzykuje, nieznacznie tylko modyfikując tembr saksofonu. W połowie opowieści przez kilka chwil muzyk pnie się ku górze, preparuje, a potem hamuje z piskiem opon. Cyrkulacja rządzi sceną w Brisbane, a pierwsze przejawy finalizacji pojawiają się 3-4 minuty przez końcem. Muzyk nabiera powietrza w płuca i … serwuje nam pożegnalny wydech pełen emocji, krzyku i lekko zmutowanego brzmienia.



Constellative Trio Constellative Trio (Label Rives, CD 2024)

The Maison, Francja, czerwiec 2023: Gaël Mevel – violincello, Gianni Mimmo - saksofon sopranowy oraz Thierry Waziniak – perkusja. Jedenaście utworów, 43 minuty.

Constellative Trio, to bodaj najłagodniejsza propozycja w dzisiejszym zestawie – włosko-francuska, kameralna, delikatna w brzmieniu, chwilami bardzo melodyjna, choć w rzewny, dalece melancholijny sposób. Nie oznacza to jednak, iż nagranie pozbawiane jest emocji typowych dla muzyki swobodnie improwizowanej. Wręcz przeciwnie!

Opowieść na sopran, małą wiolonczelę i perkusję składa się z siedmiu rozbudowanych improwizacji oraz czterech miniatur (na ogół krótszych niż minuta), które sprawiają się wrażenie delikatnie zaaranżowanych. Improwizacje bazują często na post-barokowej figurze granej arco, smutnym, wystudzonym saksofonie i nerwowej perkusji, która raz po raz kruszy kameralne odium opowieści. Gdy Mevel przechodzi w tryb pizzicato narracja momentalnie nabiera post-jazzowej krwistości i intrygująco zagęszcza ścieg. Tak dzieje się choćby w trzeciej i piątej odsłonie. W szóstej sopran urokliwie preparuje i sieje rezonujące obłoki. Z kolei opowieści numer siedem i osiem to perełki w zestawie. Konsumują one wszelkie walory albumu – z jednej strony niesione są melodyką dęciaka i strunowca, która smakuje muzyka dawną, estetyką niemalże żałobną, z drugiej kryją w sobie nerw jazzu, wreszcie na etapie rozwinięcia pokazują nowe, jeszcze piękniejsze oblicze tria – mroczne, wystudzone, pełne podskórnych emocji. Dziesiąta improwizacja zaczyna się wyjątkowo leniwie, wręcz przynudza, ale później, bogacona soczystymi frazami każdego z artystów, zdaje się pretendować do miana jedno z najlepszych momentów albumu.




de type inconnu onze.correspondances (Elli Records, DL 2024)

CIRMMT, Montréal, sierpień 2023 i listopad 2021 (utwory 8,9,11): Sylvain Pohu - gitara elektryczna i elektronika oraz Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa i elektronika. Jedenaście utworów, 36 minut.

Przed nami kanadyjskie spotkanie dwóch gitar – basowej i elektrycznej, rozsądnej porcji elektroniki i odrobiny pracy na rozbudowanych zestawach pick-ups. Jedenaście zgrabnych, nieprzegadanych improwizacji, które szukają zarówno intrygujących brzmień, jak i dramaturgicznych niuansów – w obu przypadkach ze świetnym skutkiem.

Album otwierają dwie chmury gitarowych sprzężeń, wokół których skwierczy elektronika. Wraz z rozwojem sytuacji scenicznej przybywa strunowych, niemal akustycznych brzmień. Wątek kontrolowanego frazowania na pograniczu akustyki kontynuuje odcinek drugi, ciekawie doposażony w rytm. W kolejnych opowieściach nie brakuje akcji definitywnie elektrycznych i elektronicznych, ale jakość nagrania tylko na tym zyskuje. Wylistujmy najciekawsze incydenty – elektroakustyczna gra na małe pola, śpiewne, na poły dynamiczne akcje post-fussion, dialogi szemrzącej elektroniki i roztańczonych, gitarowych przetworników, wreszcie garść soczystego, korpulentnego post-electro. Druga część albumu wydaje się nieco spokojniejsza – niesie ze sobą plamy ambientu, garść gitarowych subtelności, a także smakowicie brzmiące preparacje ze strony obu muzyków. Ostatnie dwie opowieści przynoszą spore porcje melodii. Najpierw duet rozśpiewanego basu i przesterowanej gitary rockowej, a potem pożegnalna post-ballada na dwa czysto frazujące strunowce.



 

Jacek Chmiel & Daniil Gorokhov Withering Rituals (Grisaille, Kaseta 2024)

Poschiavo, Szwajcaria, czas nieznany: Jacek Chmiel - elektronika, field recordings, singing bowls, cytra oraz Daniil Gorokhov – puzon basowy. Dwie improwizacje, 47 minut.

Dokonania Jacka Chmiela, elektroakustycznego post-perkusjonalisty (określenie własne redakcji), śledzimy na tych łamach na bieżąco. Tym razem proponujemy duet z bliżej nam nieznanym artystą Daniilem Gorokhovem i jego basowym puzonem. Dwie rozbudowane improwizacje skrzą się tu bezkresnymi paletami ciekawych brzmień, świetnie wkomponowanymi w całość nagraniami field recordings, bystrymi interakcjami i co ważne, całkowitym brakiem dramaturgicznych przestojów. Jeśli pierwsza z opowieści zdaje się być rodzajem pokrętnej medytacji, o tyle druga jątrzy, nie stroni od dynamicznych incydentów i dba o odpowiedni poziom adrenaliny u słuchacza.

Linearna, zwarta, subtelnie skonfigurowana pierwsza część koncertu przypływa do nas z oddali, niczym fale odrobinę wzburzonego oceanu. Wyważona post-elektronika, oddychający puzon i drobne pulsacje o syntetycznym odcieniu. W roli ozdobnika frazy cytry oraz śpiewających kul, których brzmienie zdolne jest przywrócić do świata żywych nawet tych najdotkliwiej umarłych. Te ostatnie, już po upływie szóstej minuty, pięknie wystudzają początkowy impuls życia improwizacji i sprowadzają ją niemal wyłącznie do wymiaru akustycznego. Dwudziestokilkuminutowa opowieść ma swoje mroczne, ale i bardziej słoneczne fazy, które podkreślają dźwięki przyrody – wiatru i lejącej się wody. Wiele dobrego wnosi tu puzonista, który czasami pracuje na pograniczu ciszy, ale raz za razem śle porcje preparowanych dźwięków. Druga opowieść, obok akcentów znanych już z części pierwszej, przynosi szczyptę zaskakująco dynamicznej elektroniki, a także frazy puzonu, który zdają się łapać zabłąkane porcje prądu elektrycznego. Gdy emocje rosną, do akcji znów wkraczają śpiewające kule i kładą nas na łopatki zabójczym suplesem. W końcowej fazie improwizacji w grze pojawiają się … dziecięce cymbałki. Opowieść umiera w potoku repetujących fraz obu artystów.



 

Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang I Smile When the Sound Is Singing Through the Space (Bandcamp’ self-release, CD 2024)

Ting Shuo Hear Say, Tainan, Taiwan, wrzesień 2023: Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang – głosy. Osiem utworów, 38 minut.

Amerykańskiego artystę Jasona Kahna znamy głównie z ujawnień elektronicznych. Tutaj spotyka się z artystką z dalekiego Tajwanu i proponuje nam improwizowany dwugłos, nasycony dźwiękami, które trudno czasami zakwalifikować do fraz wydawanymi ludzkimi narządami mowy. W trakcie ośmiu zgrabnie skonstruowanych opowieści bywa naprawdę frapująco, a porównanie całości do spotkania Phila Mintona i jego kobiecego odpowiednika zdaje się być nad wyraz intrygującą metaforą.

Kobieta mówi, deklamuje i sylabizuje, potem krzyczy i złorzeczy, w opozycji mężczyzna, który znęca się nad strunami głosowymi i wydaje onomatopeje w trybu tłumaczenia. Czasami artyści śpiewają imitacyjnie, innym razem wznoszą kocie lamenty, tudzież czynią tygrysie zaloty – pracują ich rzężące gardła i zdarte do krwi przełyki. W potoku niekończących się emocji natrafiamy także na garść odgłosów prawdziwie folwarcznych, nawet owadzich. Jeśli muzycy znów lamentują, to czynią to z dbałością o najdrobniejszą frazę. Jeśli słyszymy śpiewy żałobne, to i odgłosy tortur, jeśli kołysanki i mruczenia, to i mroczne frazy z najgłębszych pokładów przewodu głosowego. Jeszcze tylko chwila melodii i finał, w którym ona śpiewa, a on frazuje niczym zepsuta trąbka na nieistniejącym pogłosie.

 

 

wtorek, 19 marca 2024

Jason Kahn & Ulrich Krieger in Eternal City!


Amerykanin ze Szwajcarii i Niemiec z Ameryki zapraszają nas na niezwykłą, elektroakustyczną podróż do Wiecznego Miasta. Definitywnie warto się w nią wybrać!

Pierwsza improwizacja trwa ponad 24 minuty i jest misterną, linearną opowieścią, pełną brzmieniowych subtelności, świetnie udramatyzowaną i intrygującą niemal w każdej sekundzie swego życia. Budują ją elektroniczne mikro hałasy i post-syntezatorowe plamy udanie skonfigurowane z dętymi wyziewami osiąganymi nad wyraz rozszerzonymi technikami wydobywania dźwięków z saksofonu, a w drugiej fazie także z klarnetu kontrabasowego. Początek usłany jest dobrze do siebie pasującymi short-cuts. Równowaga elektroakustyczna, bystra interaktywność i brzmieniowa wyrazistość kreują opowieść, która płynie spokojnie, ale szyta jest wewnętrznym, emocjonalnym nerwem. Jednocześnie artyści są w stanie zaskakiwać nas niemal w każdym momencie. Dęciak potrafi nabierać niebywale syntetycznej masy i brzmienia, niemal przypominać syntetyzator modularny, z kolei filigranowe frazy elektroniki śmiało mogłyby dochodzić z tuby ciężkiego klarnetu. Narracja bywa tu masywna, bywa też ulotna, niczym soczysta mgła. Pod koniec seta muzycy przemycają trochę rezonujących fraz, a wieńczą utwór wspólnym, posuwistym dronem.




Druga opowieść na starcie budowana jest z drobiazgów – pojedynczych oddechów, szmerów, dętych parsknięć masywnego klarnetu. Z biegiem minut narracja nabiera gęstości, syci się coraz większymi porcjami interakcji - elektronika zdaje się pokazywać kły, z kolei dęciak stawać w post-melodyjne amory. Artyści wzajemnie się tu inspirują, kręcą narracyjną spiralę, sięgają niekiedy po imitacyjne brzmienia. W drugiej fazie improwizacji szukają mroku, łagodzą brzmienie, zdają się popadać w elektroakustyczną symbiozę dźwięków i myśli.

Ostatnia opowieść intryguje jeszcze bardziej. Przez pierwsze kilka minut uważny słuchacz może popaść w dysonans poznawczy. Nie wiemy, kto wydaje poszczególne dźwięki, a brzmienia każdego z instrumentów są dalece tajemnicze. Coś brzmi tu niczym silnik elektryczny, coś przypomina post-perkusjonalne obcierki na powierzchniach płaskich, coś wyje niczym syrena alarmowa. Ów festiwal zagadek trwa dość długo, w końcu okazuje się, że ciągle lewą fankę okupuje Kahn, prawą zaś Krieger. Ten drugi korzysta zapewne z instrumentu, który zwie się dość tajemniczo krummhorn. Całość ma wszakże istotnie syntetyczny wymiar – przypomina paradę zaklinaczy węży i zabójców ptaków. Finał grany jest na wydechu i lepi się z plejady, drobnych, niekiedy rwanych fraz.

 

Jason Kahn & Ulrich Krieger Eternal City (Editions, CD 2024). Jason Kahn – elektronika oraz Ulrich Krieger – saksofon tenorowy, klarnet kontrabasowy, krummhorn. Nagrane w Los Angeles, maj 2022. Trzy improwizacje, 55 minut.

 

 

wtorek, 18 kwietnia 2023

Bertrand Denzler & Jason Kahn in Translations!


Wtorkowe, trybunowe popołudnie z muzyką swobodnie improwizowaną spędzamy w Paryżu. Na scenie dwie zacne postaci świata rzeczonego gatunku – niemłodzi, dalece doświadczeni, jeden Francuz, drugi Amerykanin ze Szwajcarii, mistrzowie skupionych, z jednej strony sonorystycznych, z drugiej elektroakustycznych zabaw z dźwiękiem. Grają dla nas dość krótki set wyczulonych na dramaturgiczne niuanse improwizacji. The masterclass, however!



Pierwsze ochłapy dźwięków, jakie docierają do naszych uszu, to szum z tuby saksofonu tenorowego i delikatne, elektroakustyczne zgrzyty. Oba źródła dźwięku o dalece odmiennej proweniencji są w stanie brzmieć nad wyraz podobnie, zatem zdaje się, że konfuzja poznawcza słuchacza będzie stałym elementem tego koncertu. Muzycy ślą nam duże garście dźwięków preparowanych, z drugiej wszakże strony nikt od nich nie oczekuje w tej paryskiej czasoprzestrzeni melodyjnych, czystych fraz dętych, tudzież ambientowych plam banalnej elektroniki. Strumienie foniczne czasami przypominają tu dwa syczące węże, innym razem to raczej górski potok z istotnie spiętrzoną wodą. Zdaje się, że bliżej nam do zakładu wulkanicznego, niż warsztatu mechaniki i obróbki skrawaniem. Narracja jest jednakowoż płynna, a akcje muzyków świetnie ze sobą skomunikowane.

W szóstej minucie recenzent odnotowuje: elektroakustyka skwierczy, a saksofon podmuchuje, sycąc improwizację tłumionymi okrzykami klejonymi ze strzępów dźwięku. Narracja incydentalnie nabiera mocy i pewnej metafizycznej intensywności, ale już w okolicach 11 minuty muzycy wracają do drobnych, inicjacyjnych fraz, jakie dostarczali nam na starcie koncertu. Przy okazji znów pokazują, iż akustyka i elektronika potrafią w zdolnych dłoniach sprawiać wrażenie dźwięków imitujących się wzajemnie. Z kolei w okolicach połowy seta artyści pokazują nam, iż wystarczy jeden gest, ułamek sekundy, by ich opowieść nabrała znamion ekspozycji z kategorii noise.

Po 20 minucie akcje muzyków zbliżają się do rejonów zarezerwowanych dla ciszy. Ich narracja nie traci jednak na gęstości i intensywności. Rozkołysana lekkim wiatrem od nieistniejącego morza, zdaje się teraz płynąc jeszcze drobniejszymi strzępami fonii, choć po prawdzie trzeba przyznać, iż od startu trudno w ekspozycji Francuza i Amerykanina doszukać się dłuższych, bardziej rozbudowanych przestrzennie ekspozycji. Po 26 minucie w żyłach muzyków na powrót płynąć zaczyna bardziej gorąca krew. Nawet na siebie pokrzykują! Saksofon daje dwa, trzy bardziej dynamiczne strzały, podsycone jazzowymi emocjami, z kolei elektronika frazuje wysoko, śpiewa piskiem palących się kabli. W splocie fonii tej ostatniej możemy się nawet doszukać materiału samplowanego. Na zakończenie niedługiej improwizacji muzycy decydują się na dłuższe, nieco przeciągnięte frazy. Szumią, głęboko oddychają, znów delikatnie imitują się wzajemnie, po czym bez zbędnej zwłoki przystępują do finalizacji. Czynią to doprawdy wyjątkowo urokliwie – w mroku gęstych, spowalnianych szumów, w narracyjnym bezdechu.

 

Bertrand Denzler, Jason Kahn Translations (Potlatch, CD 2022). Bertrand Denzler – saksofon tenorowy oraz Jason Kahn – elektronika. Nagranie koncertowe zarejestrowane w miejscu zwanym Tiasci, Paryż, 10 grudnia 2021 roku. Jedna improwizacja, 34:48.



piątek, 29 czerwca 2018

Phicus & Belorukov at Intonema! And the Other Tall Stories!


Petersburski label Intonema, jak donosi podtytuł jego strony internetowej, poświęcony jest muzyce improwizowanej, współczesnej, eksperymentalnej i całej tej szalonej reszcie! Artystycznie dowodzi nim bardzo ciekawy rosyjski saksofonista i eksperymentator w zakresie dźwięków elektroakustycznych - Ilia Belorukov.

Być może na moment, w którym Trybuna baczniej przyjrzy się dokonaniom Intonemy, musielibyśmy jeszcze trochę poczekać, ale szczęśliwie, za jej przyczyną, kilka tygodni temu ukazała się druga płyta barcelońskiej formacji Phicus. To trio znamy i lubimy tu wszyscy, bo nie dalej, jak jesienią ubiegłego roku, Ferran Fages, Alex Reviriego i Vasco Trilla debiutowali fonograficznie w ramach serii wydawniczej Trybuny i Multikulti Project. Najnowsza płyta nagrana została w towarzystwie właśnie Belorukova, zatem nie mogliśmy nad tym faktem przejść do porządku dziennego, bez odpowiedniego komentarza.

Dodatkowo dzięki uprzejmości wydawcy, w odtwarzaczach redakcji pojawiło się także kilka poprzednich płyt labelu, zatem czas dziś na skromny overview katalogu Intonemy. Przegląd zaczniemy, trzymając się znanej i lubianej na tych łamach zaburzonej chronologii, od płyty najnowszej*), a potem skrupulatnie będziemy cofać się w czasie, omawiając w sumie pięć ostatnich pozycji.
  




Phicus & Ilia Belorukov  K​(​nо́​)​t (Intonema 027, 2018)

Ubiegłoroczne lato w Barcelonie! Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – perkusja oraz Ilia Belorukov – saksofon altowy i mała elektronika. Cztery utwory z tytułami trwają 40 minut bez kilkunastu sekund.

Od startu dobiegają nas dźwięki z samych głębin tuby, rezonującego talerza, opiłek fonii na gryfie gitary, czy szorowania pudła rezonansowego kontrabasu. Wszystkie one dumnie kroczą, jeden za drugim, w oczekiwaniu na to, co może wydarzyć się za moment. Oto Phicus w wersji medytacyjnej, bez akcentów rockowych, czy post-rockowych, które niechybnie zdobiły ich debiutancki album Plom. Znacząca w tym moc sprawcza rosyjskiego saksofonisty, który na ogół stroni od ekspresyjnych zachowań i nierozważnych galopad. Świat fonii filigranowych dzwonków, prychów na dyszach, akustycznych ornamentów, migotliwych świecidełek na skraju dnia, w glorii zachodzącego słońca, gdy czuć już zimną nocą w powietrzu. Mikrobiologia improwizacji, mikrotonalność pojedynczego dźwięku. A na finał pierwszej części bardzo udane próby budowania, wzajemnie krzyżujących się, dronów z czterech akustycznych źródeł. Druga improwizacja, najdłuższa na płycie, rodzi się z poziomu jeszcze bliższemu ciszy. Jeszcze dostojniejsza, bardziej oniryczna (zwłaszcza na gryfach), metafizycznie podwieszona w czasoprzestrzeni. Teraz mamy już chyba do czynienia w prawdziwą nanobiologią dźwięków - wielokolorowe szumy, głęboki rezonans, drobinki ołowiu w powietrzu. Narracja zaczyna delikatnie narastać, elektroakustyczna mieszanka ciała i krwi – zmysłowe, cierpkie nieoczywistości fonii, z silnym akcentem małej elektroniki w samym środku tej ekspozycji. Wytłumionej po niedługiej chwili szarpnięciami strun kontrabasu i skromną sonorystyką altu. Jakby rodziło się nowe życie dla całej czwórki muzyków. Więcej rwanych fraz, znaczące akcenty perkusyjne, drobne cuda na gryfie gitary. Szczypta dźwięków z nierozpoznawalnych źródeł (raczej akustycznych). Dzwonki Trilli wieńczą dzieło.

Czas na trzecią opowieść – klimat powolnej śmierci zostaje zachowany. Cisza, mikrozgrzyty gitary, napięcie zaniechania, chłód oczekiwania. Kontrabas wchodzi do gry jak niedźwiedź, nie do końca wybudzony ze snu zimowego. Obok ledwie sugerowany drumming. Narracja niczym upiorna kołysanka dla wyjątkowo niegrzecznych dzieci, z głęboko zaszytą w sobie repetycją. Następny krok, to oniryczna sonorystyka, uprawiona jakby w poprzek przebiegu wydarzeń. Drżenie upoconych rąk, niepokój chwili, elektroakustyczny strach przed nieznanym. Jakby muzycy grali soundtrack do niemego horroru, jednego z klasyków gatunku. Sepia okładki płyty nie mówi nam chyba wszystkiego o intencjach jej twórców. Królestwo artystycznego minimalizmu zostaje osiągnięte. Na finał płyty rodzaj czterominutowej kody. Elektroakustyczny szum, drobinki akustycznych dźwięków ze strony wciąż jeszcze żywych instrumentów. Na tle tej narracji tempo orszaku pogrzebowego, to niemal galop. Na sam już koniec, przez krótki moment, nieco gęstsza faktura dźwięków, sonoryzujący Trilla, czyste dysze altu. Na ostatniej prostej tłumienie dawno już wytłumionych emocji.




Konstantin Samolovov & Alexey Sysoev  Varietas (Intonema 026, 2018)

Nadal lato roku ubiegłego, tym razem jednak moskiewski DOM Cultural Center. Konstantin Samolovov – wybrane elementy perkusji, obiekty, radio, rejestrator głosu oraz Alexey Sysoev  - no input mixing board (stół mikserski bez danych na wejściu) plus kilka, bliżej nieznanych obiektów elektronicznych. Dwie improwizacje, łącznie 37 minut bez kilku sekund.

Muzyczna przygoda z perkusją wspomaganą elektroakustyką lub może inaczej – elektroakustyka napędzana snare drummingiem. Zwarty, gęsty ścieg narracji, odrobina sampli, elektroniczne ozdobniki. Jakkolwiek byśmy tego nie odbierali, improwizacja ma swój rytm, swoją nieco powykręcaną, żywą dynamikę, umoczoną po pachy w preparacjach czynionych na mikserze bez danych wejściowych (czyli takim muzycznym perpetum mobile). W wymiarze fonicznym, improwizacja duetu przypomina chwilami ciąg produkcyjny dużego zakładu szlifierskiego. Nerwowe, rozedrgane plamy dźwiękowe, silnie wszakże przykuwające uwagę odbiorcy. Choć opowieść toczy się stosunkowo linearnie, bywa, że skrupulatnie narasta w czasie i przestrzeni.

Na szczególną uwagę zasługuje końcowe 6-7 minut pierwszej, dłuższej improwizacji, zatytułowanej Moto. W natłoku wielowymiarowych dźwiękowych wydarzeń, wyjątkowo zwinnie wyłania się elektroakustyczny dron, który z perspektywy pierwszego piętra, fantastycznie komentuje skromny, zakleszczony do wewnątrz, akustyczny snare drumming. Całość efektownie pikuje w kierunku finałowej ciszy. Druga improwizacja Cycle zdaje się być bardziej stonowana, skupiona na pojedynczych frazach, z delikatnie przesuniętym akcentem z soczystych perkusjonalii na rozbudowaną, niebanalną, jakże żywą elektroakustykę.




Ilia Belorukov/ Miguel A.García/ Jason Kahn/ Frantz Loriot  Invanskrue (Intonema 025, 2017)

Szwajcarski Zurich, grudzień 2016 roku. Ilia i Miguel w trakcie trasy koncertowej spotykają tamtejszych rezydentów w osobach Jasona i Frantza. Propozycja wspólnej sesji nagraniowej okazuje się strzałem w dziesiątkę! Ilia Belorukov - fluteophone, contact microphone, effect pedals, sample, field recordings, Miguel A. García - laptop, elektronika, Jason Kahn – perkusja oraz Frantz Loriot – altówka. Dwie improwizacje, 46 i pół minuty.

Przykład wyjątkowo kompetentnej elektroakustyki z dużą dawką żywych, niebanalnych, intrygujących dźwięków. Element pierwszy to domena gości, drugi zaś to przywara gospodarzy tej sesji. Narracja pełna skupienia, dbałości o szczegóły, bez brudu za paznokciami i zbytniego potu na czole. Struktura improwizacji w trakcie dwóch opowieści jest na ogół dość stała. Chwilami prym wiodą elektroniczne incydenty, w innych momentach piękno akustyki altówki i perkusjonalii zdaje się mieć niepodważalny charakter. Zwinna sonorystyka żywych instrumentów zwiera tu zgrabnie szyki z syntetyką ciekawej elektroniki. 

Pierwsza improwizacja obfituje w wiele imponujących ekspozycji Kahna, także w kameralistyczne grepsy na gryfie Loriota. Belorukov skoncentrowany na elektroakustycznych perforacjach, Garcia zaś trzyma z nim front, świetnie kooperując na kablach. Rodzaj improwizowanej narracji, który nie eskaluje się bez potrzeby, która perfekcyjnie dba o dramaturgię wydarzeń. Jej linearność, spójność artystyczna, konsekwencja w budowaniu muzycznej opowieści, konstytuują jakość oceny końcowej.

Druga opowieść zdaje się być bardziej intensywna, z większą ilością kanciastych form. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu, okazjonalnie pojawiają się zmutowane melodie z sampli i szczypta field recordings. Ta narracja ma trzy, nawet cztery wątki, a wszystko dzieje się przy zachowaniu autów pierwszej części. Już pod koniec 10 minuty muzycy schodzą na poziom ciszy i balansują na granicy dźwięku. Po chwili skrupulatnie odbudowują narrację. Wyrazisty Kahn stanowi świetny punkt odniesienia dla elektroakustycznego dzieła gości w podróży. Loriot, od czasu do czasu, gotowy jest budować strzeliste drony na gryfie altówki i łechtać ucho recenzenta w sposób ponad normatywny. Invanskrue to płyta, która stanowić może doskonały przykład symbiozy żywych i syntetycznych pasaży dźwiękowych.




Dominic Lash & Seth Cooke Egregore (Intonema 024, 2017)

Powracamy do duetu, tym razem w postaci dwóch Brytyjczyków. Muzyka zarejestrowana w dwóch miejscach, w dwóch momentach czasowych (2016 i 2017 rok). Nie wiemy dokładnie, czy muzycy przebywali w trakcie procesu produkcji dźwięków razem, czy też jeden dogrywał do drugiego. Dominic Lash – elektronika, Seth Cooke – talerze, mikrofony. Godzina zegarowa bez 25 sekund. Jeden trak.

Kompozycja zbudowana głównie elektronicznie lub w drodze amplifikowania działań akustycznych na talerzach. Rodzaj dźwiękowej instalacji, projektu, bez znamion improwizacji. Jednostajny, gigantyczny dron wyrasta bardzo powoli z ciszy. Jego struktura jest dość prosta, dźwiękowo jednorodna. Staje na środku wyimaginowanej sceny i intensywnie trwa.

Recenzentowi pozostaje foniczna łamigłówka do rozwiązania – znajdź choćby jeden szczegół, który stanowi o tym, że kolejne minuty tej muzycznej formy czymkolwiek różnią się od siebie. Po 10-12 minutach można zaryzykować tezę, iż poziom intensywności stojącego dronu mikrotonalnie narasta. Ale to tylko teza. Wibracja dźwięku, jakiej doświadczają nasze receptory słuchu po kolejnym kwadransie jest być może jedynie efektem mechanizmu obronnego naszego organizmu, nie zaś skutkiem działań muzyków. W dalszej części płyty odbiorcy pozostaje już tylko własna wyobraźnia. Może coś wydarzy się w monotonii dźwięków, może coś wejdzie z czymś w interakcję… Dron bowiem trwa, czuwa, nie odpuszcza choćby na ułamek sekundy.

Kolejna nadzieja na jakiekolwiek wydarzenie pojawia się w okolicach 35 minuty. Coś dzieje się na dalszym planie. A może to tylko złudzenie foniczne. W 50 minucie narracja wchodzi w stadium wygaszania. Opuszczanie kotary trwa blisko 10 minut. Płyta, która stanowi jedno z większych wyzwań recenzenckich. Niżej podpisany wytrwał do końca.




Horst Quartet  Edged Timbre (Intonema 023, 2017)

Na finał przeglądu najnowszych płyt Intonemy kolejna udana lekcja elektroakustyki. Tym razem w wydaniu kwartetu muzyków fińskich. W podróż na krawędź dźwięku zabierają nas następujący wykonawcy: Tuukka Haapakorpi – elektronika, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, obiekty, Taneli Viitahuhta – saksofon altowy, obiekty i piano, Hermanni Yli-Tepsa – skrzypce, obiekty. Pięć improwizacji z tytułami, dwa kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.

Od progu wita nas głucha i tajemnicza przestrzeń elektroakustyczna (wilderness!). Chrobot przedmiotów nieznanych, silne echo, pogłos instrumentów akustycznych, skwierczenie na kablach, robotyka amplifikatorów. Filigranowa, acz gęsta, delikatnie tkana pojedynczymi czasami dźwiękami, spokojna narracja. Pełna niuansów, smaczków, nastawiona na odbiorcę, która ma chwilę na precyzyjny odsłuch. Akcenty żywe i incydenty syntetyczne, dobra struktura, celnie ułożone proporcje i wyważona dramaturgia wewnętrzna.

We fragmencie drugim intensywność ekspozycji ciekawie narasta, brnąc niebanalnie w kierunku industrialnej estetyki brudnego, niepokornego, zdeformowanego dźwięku. Procesowi temu towarzyszy rosnący udział żywych instrumentów - saksofonu, gitary i skrzypiec. W tle pracuje duża amplifikacja i groźnie łypie okiem na muzyków. W odcinku czwartym muzycy mierzą się z bezmiarem elektroakustycznej ciszy. Z kolei w piątym po drodze im z odrobiną hałasu, który jest kontrapunktowany krótkim pasażem wprost z klawiatury piana. Wszystko na tej płycie dzieje się w granicach artystycznego rozsądku, co stanowi w tym wypadku bezwarunkowy atut nagrania.




*) już w trakcie redakcji tego tekstu, ukazała się kolejna płyta Intonemy, której Pan Redaktor jeszcze nie przetworzył. Chodzi o krążek tria Wozzeck Fact I (Ilia Belorukov/ Mikhail Ershov/ Konstantin Samolovov). Jego numer katalogowy - 028.