czwartek, 29 listopada 2018

Luis Lopes em fase de forte crescimento*)! With Julien Desprez and Big Bold Back Bone!


Rok 2018 dużymi krokami zbliża się już do swego zasłużonego końca. Nadchodzi czas podsumowań, upiornych list the best of the year i innych tego typu zawodów na cierpliwość muzyków i wydawców, czy aby na pewno, ktoś zauważył nas w ciągu minionych dwunastu miesięcy.

Rok 2018 po raz kolejny udowodnia, iż muzycy improwizujący z naszej ulubionej Portugalii mają się naprawdę doskonale. Rodrigo Amado, swoim amerykańskim kwartetem, wszedł już na prawdziwy free jazzowy piedestał. Świetny rok odnotowuje Luis Vicente, o czym donosił Pan Redaktor na swoim profilu najpopularniejszego w galaktyce portalu społecznościowego (obok doskonałych płyt, także dalece spektakularna trasa koncertowa dwóch triów w naszym pięknym kraju!). Nie próżnują Goncalo Almeida (ten także na polu noise’ rocka!), Susana Santos Silva, czy Pedro Sousa i Gabriel Ferrandini. Do zacnego grona beneficjentów roku 2018 nie sposób nie zaliczyć brazylijskiego rezydenta podlizbońskiej Sintry, Yedo Gibsona. W ramach nepotycznego lansu, warto zauważyć, iż większość z w/w muzyków wydała w tym roku płyty w ramach serii wydawniczej Spontaneous Music Tribune i Multikulti Project.

Wreszcie, niewspomniany dziś jeszcze, gitarzysta z Lizbony Luis Lopes. O doskonałym nagraniu Lisbon Freedom Unit pisaliśmy na tych łamach parę tygodni temu (look here!). Rok bieżący przyniósł także inne, niemniej wyśmienite realizacje tego muzyka. Dziś nad trzema z nich dogłębnie zawiesimy nasze uszy i oczy. Jedna, co prawda ma w dacie wydania rok 2017, ale tak silnie łączy się z inną, wydaną już obecnie (ta sama sesja nagraniowa), iż śmiało uchodzić może za smakowitą świeżynkę.




Boa Tarde! Dzień Dobry!

Zaczynamy od ognistego duetu gitar elektrycznych! Lopesowi w lizbońskim studiu Namouche towarzyszy Julien Desprez, muzyk francuski, którego winniśmy kojarzyć choćby z doskonałym trio Tournesol. Efekt pracy, jaka miała miejsce w sierpniu 2016 roku, poznamy dzięki czarnemu krążkowi Boa Tarde (Shhpuma Records, 2018). Cztery swobodne improwizacje z tytułami (imiona kobiece) trwają około 43 minut.

Opowieść zaczyna się w oparach dość skromnego ambientu, generowanego przez jęki amplifikowanych strun. Płynna, trwająca narracja dwóch postawnych gitar, klimat dzwonów rurowych. Skupienie, kreatywna powolność, w tle strzępy cichego noise’u. Ta historia ślimaczo się pętli, ale sukcesywnie narasta. Trochę rockowych skojarzeń, jeśli chodzi o brzmienie obu wioseł. Późne Velvet Underground, wczesne Sonic Youth, jeśli pytacie o szczegóły. 8 minuta podkreśla ów charakter narracji – kilka rockowych, zmutowanych riffów z lewej flanki. Atmosfera zaczyna delikatnie wrzeć, a muzycy robią śmiały krok w kierunku estetyki noise. Na wybrzmieniu grzmiący, szary ambient, lekko podlany psychodelią. Urocze! Na finał pierwszej strony winyla, kilkuminutowe, na poły rockowe encore. Błyskotki z rozgrzanego pieca, świst pary, swąd industrial, plastry hałasu. Instynkt wytrawnego recenzenta podpowiada, iż najprawdopodobniej za lewą flankę odpowiada temperamentny Desprez.

Po wywróceniu krążka, trafiamy na kolejne opiłki noise’u, znów silniejsze z lewej strony. Błyskotliwe, zwinne, niebanalne pasaże dobrych dźwięków. Prawdziwy popis obu gitarzystów! Lopes łapie kontakt na meta poziomie, ale brnie w narrację nieco mniej agresywnie, bardziej nastawiony jest na budowanie struktury. Piece grzewcze buzują i idą niemal w elektro – świdry, sprzężenia, meta koniunkcje, siła halucynogenów. Innymi słowy – pełne spektrum gitarowej ornamentyki z prądem. Brawo! Ta eskalacja szczególnie wartościowa jest między 7 a 10 minutą nagrania. Potem pojawia się delikatnie sugerowany rytm, tuż spod powierzchni strun. Dwa pasma gitar płyną w sonicznej symbiozie, tak zawarte, iż trudno chwilami wskazać źródła dźwięków. No i jakże pięknie wybrzmiewają – zielony i niebieski ambient przenikają się wzajemnie. Mały świderek w ramach resume fragmentu. Ostatni odcinek tej barwnej opowieści rodzi się ponownie w klimatach godnych gitary Thurstona Moore’a. Masywne drżenie, siła amplifikacji, zgrzyt przetworników gitarowych, fuzja mocy i wyobraźni. Kosmiczna otchłań brzmienia w służbie improwizacji. Muzycy wpadają w torsje i konwulsje, pulsują, brną po kolana w lepkim noise’ie. Meta narracja, gęsta niczym sceny wyrwane z Dzikości Serca. Oj, słuchaj tego głośno! Na ostatniej prostej historia toczy się już na spalonej ziemi. Szum wieńczy płytę.




Immerge and Emerge! Zanurzanie i Wynurzanie!

Na osi czasu cofamy się o kilka miesięcy. Dokładnie do dwóch ostatnich dni listopada 2015 roku. Znów Namouche Studios, a w nim czwórka muzyków, która funkcjonuje pod nazwą własną Big Bold Back Bone: Luis Lopes – gitara elektryczna i obiekty, Travassos – elektronika, Marco Von Orelli – trąbka (także slide), Sheldon Suter – perkusja preparowana. Dwaj pierwsi reprezentują, co oczywiste, Portugalię, dwaj pozostali Szwajcarię. Rejestrują kilometry muzyki, która trafia na dwa kompaktowe krążki. Długa, jednotraktowa improwizacja Immerge wypełni płytę In Search Of The Emerging Species (Shhpuma Records, 2017), zaś siedem nieco krótszych dostaniemy dzięki wydawnictwu Emerge (Wide Ear Records, 2018). Czas trwania każdego CD, to około 43 minuty z sekundami.

By rozpocząć podróż w poszukiwaniu wynurzających się fragmentów, musimy się najpierw zanurzyć. Swobodna improwizacja (nazwana z powodów merkantylnych kompozycją) zaczyna się w oparach dźwięków, które przypominają smyczek oparty o struny kontrabasu. Ale to złudzenie, takiego instrumentu wszak nie ma w studiu nagraniowym. Obok rezonujące talerze, cykady z tuby trąbki, ledwo słyszalne ślady elektroniki, wreszcie struny gitary gotowe na wszystko, ale na razie pozostające w stanie delikatnego odrętwienia. Po kilkudziesięciu sekundach te ostatnie dają jednak o sobie znać – szorstka, suwnicowa narracja nosząca znamiona sonorystyczne. Brawo! Opowieść robi się gęsta, płynie posuwistymi krokami. Dobry, konkretny, precyzyjny drummer - dzwonki, powierzchnie płaskie i dobrze dokręcone śruby. Lopes na boku głaszcze struny. Tło skrzy się pod Travassosem. W 9 minucie gitara zwinnie repetuje, ciekawie kreując strukturę całej opowieści. Trąbka sonoryzuje, jest sucha i dociekliwa. Mała, molekularna przygoda elektroakustyczna ze zdecydowana przewagą akustyki. W 13 minucie narracja łyka kolejne porcje przestrzeni, szumi i delikatnie skwierczy. Pogłos, trzaski i dramaturgiczny rwetes. Na tak bystrym tle rodzi się drobiazgowa ekspozycja Lopesa – jakby muzyk zrywał strunę po strunie, czyniąc to wszakże z gracją baletnicy. Narracja z akcentami minimalistyki, z dalekim, bardzo plastycznym tłem elektroniki. Ta ostatnia przed 20 minutą ciekawie pulsuje, a potem stapia się z gitarowym ambientem i dźwiękami ponownie sugerującymi obecność smyczka na kontrabasie. Bardzo aktywny na początku drummer, tym razem tonie w preparacjach i bliżej mu do wyczynów Travassosa, niż Lopesa i Orelli’ego. Świetna improwizacja, w trakcie której co raz częściej gubimy źródła dźwięku! Precyzyjna dramaturgia całości, przemyślane zmiany akcji, płynne, ale nieśpieszne reakcje (czyżby akcenty predefinicji procesu improwizacji?). 26 minuta przynosi mikro hałasy wprost z gryfu gitary, zapewne także z innych, bliżej nierozpoznanych przedmiotów. Narracja zdaje się być coraz bogatsza, a nowych dźwięków wciąż przybywa. Po 30 minucie kolejna bystra gra Lopesa, choć tym razem w bardziej konwencjonalnej stylistyce. Tło zaś skwierczy, pulsuje, szuka zaczepki, stąpa po kruchym lodzie. A na finał ballady, znów moc sonicznych nieoczywistości. Budzi się perkusja, pozostałe instrumentu także aktywizują swoje poczynania (świetna ekspozycja trąbki!). Jest i wyimaginowany smyczek, teraz zapewne na gryfie gitary. Ostatnie tchnienie narracji wydaje perkusyjna stopa. Brawo!




Czas na wynurzenie! Tu, czynione w siedmiu odcinkach. Sceneria startu jest następująca – niskie drony, mała trąbka z czystym brzmieniem, szumy, stopa perkusji, spokojny, nieinwazyjny flow narracji. Wyższy dron, tuż potem, rodzi się na gryfie gitary. Dźwięki sączą się, niczym ciepła krew z jeszcze żywego trupa. Urocze, konsekwentne, masywne. Akt drugi – gitarowe, metaliczne, molekularne intro. Wsparcie idzie wprost z kabli, meta zachowania trąbki i perkusji. Milknące syczenie, dotyk werbla. Stylowa narracja in extenso. Trzeci fragment wzbudza dubowo brzmiąca gitara. Trąbka nieśmiało spogląda w kierunku historii jazzu. Szorstkie, lepkie szumy tuż pod nią. Choć drummer nie daje rytmicznej bazy, cała narracja toczy się nad wyraz dynamicznie, zapalczywie i namiętnie. W dalszej części perkusja włącza się jednak do gry i rysuje narrację, oliwi tryby maszyny. Trąbka nadal czyści przestrzeń studia. Czwarty epizod – mały industrial na dobry początek. Trąbka snuje małe drony, reszta drży, stoi w miejscu i złorzeczy. Gitara wydobywa się na front, perkusja preparuje na werblu. Ta pierwsza budzi moc psychodelii, podczas gdy tło skwierczy na przypalonych kablach. Na finał trąbka jęczy niczym kot, ale nie napotyka na zrozumienie. Co innego perkusja… Piąty akt – gitara sprzęga się sama ze sobą, trąbka szuka brudu w brzmieniu (nareszcie!), drummer kreuje dynamiczną sytuację sceniczną – dobry free improve z jazzowym drive’em. Świetny moment! Szósty – gitara brnie bardziej konwencjonalnie, sporo elektroakustyki w powietrzu, preparacje trąbki i perkusjonalii. Drobny dysonans estetyczny – zdaje się, że ciekawiej dzieje się w obszarze elektroniki, niż akustyki. Ostatni epizod startuje w poziomu werbla i talerzy. Niebanalna trąbka, trochę mantry i rockowego szlifu ze strony gitary. Pogłos zza światów. Muzycy zdają się porzucać elektroniczne inkrustacje, ale to nie jest chyba najtrafniejszy wybór. Płyta kończy się w nieco zbyt oczywisty sposób, jakby Travassos dostał przedwcześnie wolne. Na wybrzmieniu trąbka czyni jednak samo dobro.


*) port. w fazie intensywnego wzrostu



środa, 28 listopada 2018

Yedo Gibson! There are two kinds of music: the one that is happening and the one that is not happening! An interview!


Są dwa rodzaje muzyki: ta, która się dzieje i ta, która się nie dzieje - wywiad przeprowadzony z Yedo Gibsonem dla portalu jazzarium.pl i tamże opublikowany na początku listopada br.


Pochodzący z Brazylii saksofonista Yedo Gibson, to z pewnością jeden z bardziej intrygujących improwizatorów młodego pokolenia. Od lat rezydujący w Europie (najpierw Amsterdam, teraz okolice Lizbony), kilkoma płytami silnie zaznaczył się już na scenie muzyki free jazzowej, czy też swobodnej improwizacji. Aż trzy z nich znalazły swego edytora w Polsce. Dokładnie w najbliższy piątek swą światową premierę będzie miała ta trzecia - "Multiverse", nagrana wspólnie z jego portugalskimi przyjaciółmi - Goncalo Almeidą i Vasco Furtado. Saksofonista będzie gościem poznańskiego festiwalu "Drumming Now!" i łódzkiego "Musica Privata". Oba zaczynają się jeszcze w tym tygodniu. Nim posłuchamy Gibsona na żywo, zapraszamy do lektury wywiadu, przeprowadzonego z muzykiem w trakcie ostatnich dni.




Witaj Yedo. W najbliższych dniach ukaże się już trzecia płyta z twoim udziałem w serii wydawniczej Multikulti Project/ Trybuny Muzyki Spontanicznej. Przyjeżdżasz z Vasco Trillą na kilka koncertów do Polski. O ile dobrze pamiętam, to nie będzie Twoja pierwsza wizyta tutaj. Grywałeś koncerty w tej części Europy. Czy tak?

Cześć Andrzej. Tak, to nie mój pierwszy raz w Polsce, byłem tu trzy razy, grałem w kilku miejscach i piłem dużo wódki! Raz grałem tu z Naked Wolf, a pozostałe dwa razy z Vasco. On jest głębokim miłośnikiem polskiej kultury, prawdopodobnie wie więcej o polskim kinie niż większość Polaków, wprowadził mnie do Polski. Gdy po raz pierwszy pojechaliśmy do Polski, graliśmy razem w tych wszystkich miejscach, fantastycznie było wtedy spotkać tylu wspaniałych ludzi. Zostaliśmy tak dobrze przyjęci w Łodzi, że to miejsce stało się moim ulubionym polskim miastem. Paweł Sokołowski i jego ekipa dali nam chociażby lekcje polskiego tańca tradycyjnego, ale także w Warszawie świetnie się bawiliśmy, w Kalamburze i w Krakowie ... Kocham to wspomnienia.

Pomówmy o tych trzech płytach ("Antenna", L3, "Multiverse"). Każda jest inna, wydaje mi się, że każda znajduje punkt zaczepienia dla procesu improwizacji w innym miejscu, ma inny pomysł na wejściu. Mógłbyś każdą z nich skomentować?

"Antenna" to mój duet z Vasco, którego zawsze mam głęboko w sercu. Kiedy po raz pierwszy spotkałem się z Vasco, graliśmy przez tydzień w Barcelonie, za drugim razem okazało się, że zarezerwowaliśmy trasę z prawie 20 koncertami, a w ciągu 2 lat zagraliśmy razem 180 koncertów. Ta sytuacja, to jest dla mnie najłatwiejszy sposób tworzenia muzyki (w duecie z Vasco Trillą). Jeśli chodzi o L3 - od dłuższego czasu miałem pomysł, by rozwijać strukturę dźwiękową, ale jednocześnie utrzymywać bardzo wysoki poziom energii. To pomysł zaczerpnięty z mojego pierwszego europejskiego tria EKE z Gerri Jagerem (perkusja) i Oscarem Janem Hooglandem (klawikord). Chciałem trzymać się tej koncepcji w bardziej radykalnej formie, więc zadzwoniłem do trębacza Luisa Vicente, aby dołączył do naszego duetu z Trillą.

"Multiverse" różni się znacznie od pozostałych dwóch płyt. Gonçalo Almeida i Vasco Furtado przyjechali do mojej małej wioski w Sintrze, aby ze mną pograć, a w trakcie nagrania niespodziewanie muzyka poszła w zupełnie innym kierunku niż się spodziewaliśmy. No i trzeba to było koniecznie nagrać. Poszliśmy więc do SMUP i zrobiliśmy tę płytę. Zawsze fascynuje mnie gra z muzykami, którzy potrafią odwrócić moją głowę w inną stronę i właśnie to robią ci dwaj faceci.

Trilla, zapytany przeze mnie przy okazji płyty "Antenna", jak określiłby Wasze relacje w muzyce i improwizacji, odpowiedział: "Jesteśmy jednością!". Co dla Ciebie jest najważniejsze, gdy wchodzisz na scenę, czy do studia nagraniowego? Co sprawia, że dany koncert jest naprawdę udany?

Dźwięk, to wibrujące powietrza, a muzyka jest momentem, w którym stajesz się częścią tej wibracji i możesz ją poprowadzić, a nawet zdecydować, aby Ciebie poprowadziła. Tak dzieje się wtedy, gdy wiesz, że jesteś na dobrej drodze, nie tylko czujesz wtedy ten przepływ powietrza, ale jesteś już jego częścią, jesteś też całkowicie świadomy przestrzeni, czasu i możliwości.

Han Bennink powiedziałby w takiej sytuacji, że "są dwa rodzaje muzyki - ta, która się dzieje i ta, która się nie dzieje". Powiedziałbym, że kiedy „to się dzieje”, jesteś zarówno wewnątrz muzyki, jak i poza nią, a także całkowicie świadomy jej potrzeb.

A masz jakieś swoje ulubione sytuacje sceniczne? Wolisz duet czy większy skład? A instrumenty? Kiedy sięgasz do saksofon sopranowy, czy frule, a kiedy po tenor, czy baryton? Co determinuje Twój wybór?

Zwykle postrzegam muzykę jako sposób poruszania się powietrza w pomieszczeniu, a to tak samo działa w przypadku duetów, jak i dużego zespołu. To, co się zmienia, to zdolność poruszania się, w duecie może to odbywać się w każdym kierunku, dziać w każdej milisekundzie, a w dużym zespole ten proces trwa dłużej, to tak, jakby jechać na BMX lub płynąć na ogromnej łodzi.

Mam pasję do perkusji, zacząłem grać muzykę free z moim wujkiem Pandą w Brazylii i moim bratem, obaj to perkusiści, więc to jest instrument, który czasami bywa ogromną częścią mnie. Być może to właśnie sprawia, że tak łatwo zrozumiem świat Vasco.

Nigdy nie wybieram instrumentów, to zwykle jest skutkiem ruchu powietrza w pomieszczeniu, w którym gram.

Powróćmy do Twojej najbliższej wizyty w Polsce. Zagrasz m.in. na festiwalu Musica Privata w Łodzi, a wcześniej spędzisz trzy w Poznaniu, uczestnicząc w festiwalu Drumming Now! w Dragonie. Zagrasz duet z Vasco, chcielibyśmy Cię zobaczyć także w innym duecie, z gitarą elektryczną. Przewiduje się także, iż będziesz dyrygował Poznań Improvisers Orchestra. Masz jakieś doświadczenia w tej dziedzinie? Lubisz grać w dużych składach, które improwizują?

Nigdy nie planowałem niczego z Vasco, gramy tylko muzykę ...

Jeśli chodzi o dużych składy ... Byłem założycielem The Royal Improvisers Orchestra w Amsterdamie. Prowadziłem ją przez 10 lat, mieliśmy około 20 muzyków i graliśmy także z London Improvisers Orchestra, z Philem Mintonem, Hanem Benninkem, czy Steve'em Beresfordem. Nawet wziąłem raz ten zespół do Brazylii. Miałem tych wszystkich wspaniałych muzyków, którzy ćwiczyli dwa razy w tygodniu, dla wszystkich był to bardzo rozległy, ogromny proces, który wyszedł od dyrygentury, a doszedł do momentu, gdy muzycy byli w stanie po prostu improwizować i tworzyć muzykę ad hoc, bez konieczności podążania za liderem. To było niesamowite doświadczenie dla mnie.

Jakie metody komunikacji z zespołem wykorzystujesz w trakcie dyrygowania? Używasz jakiejś notyfikacji? Na przykład graficznej? Czy tylko gestykulujesz, jak Ivan Gonzalez?

Pracując z The Royal Improvisers Orchestra użyłem początkowo wszystkich tych metod, których nauczyłem się podczas pobytu w Londynie i kontaktów z The London Improvisers Orchestra, ale w sumie nigdy nie lubiłem być tym jedynym, który podejmuje decyzje. Po czterech latach zdecydowałem się porzucić sygnały ręczne, a wtedy orkiestra znalazła swój sposób na kolektywną improwizację, wciąż osiągając te same efekty.

Opisz nam proszę, jaka była twoja droga twórcza do stania się muzykiem improwizującym. Ktoś Cię szczególnie zainspirował? Czy na kimś się wzorowałeś na początku tej drogi?

To zabawna historia, mój wujek Panda w wieku 55 lat przestał grać publicznie i postanowił jedynie ćwiczyć, by grać jazz jak Amerykanin. Puszczał więc sobie płyty jazzowe i grał zgodnie z nimi. Za każdym razem, gdy się z nim spotykałem, prosił mnie, abym ćwiczył z nim. A ja zawsze uciekałem od tego grania z płytami, więc pewnego dnia powiedziałem mu - ok, zagrajmy, ale nie z płytami, tylko wyłącznie we dwójkę. Graliśmy przez dwie godziny bez przerwy i myśleliśmy wtedy, że wymyśliliśmy nowy rodzaj muzyki. Postanowiliśmy więc grać razem każdego dnia i robiliśmy tak przez kilka lat. Dwa lata później Panda otrzymał nagranie "Interstellar Space", a kiedy zagrał dla mnie tę płytę, zapytałem go, w którym momencie nas nagrywałeś?! A on powiedział, że to John Coltrane i Rasheed Ali, grali tak prawie 50 lat wcześniej. Zatem wymyśliliśmy free jazz, a później odkryliśmy, że ktoś zrobił to dużo wcześniej!

Pochodzisz z Brazylii, sporo czasu spędziłeś w Amsterdamie, teraz mieszkasz pod Sintrą, nie daleko Lizbony. Czy mógłbyś porównać te trzy miejsca na ziemi z punktu widzenia muzyka improwizującego, możliwości jakie stwarza do rozwoju, do grania muzyki, w ogóle do życia?

Amsterdam zawsze silnie wspierał muzykę i stał się wspaniałą sceną muzyki improwizowanej, z ICP Orchestra na czele, ale potem przez wiele lat był pustym miejscem, jedynie ze starszymi muzykami. W ciągu ostatnich 10 lat wielu młodych muzyków przeniosło się do Amsterdamu, co dało tej scenie nowy impuls i spowodowało, iż ponownie jest to wspaniałe miejsce. Brazylia ma ogromną kulturę muzyczną, ale niewiele ma wspólnego z muzyką improwizowaną. Musieliśmy ciężko walczyć, aby mieć po prostu prawo do istnienia, jako artyści. Ale Portugalia jest teraz także zabawnym miejscem. Mają świetne wytwórnie płytowe, ale muzycy są bardzo podzieleni, żyją w swoich małych światach. Mam nadzieję, że to się zmieni, a muzycy staną się dla siebie bardziej przyjaźni, tak by ich muzyka mogła się rozwijać wspólnie. Kiedy ta drobna rzecz się zmieni, to miejsce stanie się tropikalnym rajem dla wolnej improwizacji.


Dziękuję za rozmowę!





Yedo Gibson – There are two kinds of music: the one that is happening and the one that is not happening


Brazilian saxophonist Yedo Gibson is certainly one of the most intriguing improvisers of the young generation. For years residing in Europe (first Amsterdam, now around Lisbon), with a few albums has already strongly marked his presence on the stage of free jazz music or free improvisation. Three of them even found their editor in Poland. Exactly this friday there will be world premiere of the third of them - "Multiverse", recorded together with his Portuguese friends - Gonçalo Almeida and Vasco Furtado. The saxophonist will be a guest of the "Drumming Now!" Festival in Poznań. and "Musica Privata" in Łódź. Both of them are starting this week. Before we listen to Gibson alive, we invite you to read the interview conducted with the musician during the last days.


Hello, Yedo. In the coming days, the third album with your participation will be released in the Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series. You come with Vasco Trilla for several concerts to Poland. If I remember correctly, it will not be your first visit here. You've been playing concerts in this part of Europe. Is it right?

Hello Andrzej, yes, it's not my first time in Poland, I've been there three times, played in several places and had lots of vodka! Once with Naked Wolf, and the other two times with Vasco. He is a deep lover of Polish culture, probably knows more about Polish cinema than most of the Polish people, he introduced me to Poland. The first time we went to Poland together we played all over the place, it was fantastic to meet so many great people. We were so well received in Łódź that it has become my favorite Polish city. I mean we had Paweł Sokołowski and his crew giving us polish traditional dance lessons but them in Warsaw was also great on Kalambur and in Krakow... I love it all.

Let's talk about these three CDs ("Antenna", L3, "Multiverse"). Each is different, it seems to me that everyone finds a point of attachment for the process of improvisation elsewhere. It has a different idea for entry. Could you comment on any of them?

“Antenna” is my duo with Vasco that I have always on my heart. When I first met Vasco we played for a week in Barcelona, second time I saw him we booked a tour with almost 20 concerts, in 2 years we had made 180 concerts together. It is for me the easiest way to make music (in duo with Vasco Trilla). About L3 - I had this idea for a long time on how to develop structure with sounds but at the same time keeping the energy level up. It came from my first European trio EKE with Gerri Jager (drums) and Oscar Jan Hoogland (clavichord). I just wanted to have this concept in a more radical form so I called trumpeter Luis Vicente to join the duo with Trilla.

“Multiverse” is extremely different than the other two records. Gonçalo Almeida and Vasco Furtado came to my small village in Sintra to play with me and somehow the music went in a completely different direction and therefore we had to record so we went to the SMUP and did this record. I am always fascinated to play with musicians that can turn my neck to different directions and that is what this two guys keep doing to me.  

Trilla, asked by me on the occasion of the album "Antenna", how he would describe relationship with you in music and improvisation, he replied: "We are one!". What is most important for you when you enter the stage or the recording studio? What makes a concert really successful?

The sound is vibration of air, there is a moment on music where you become part of this vibration and you can lead it or even decide to let it lead you. That is when you know you are in the good track, it's not just getting the flow, it's been in the flow but also totally aware of space, time and possibilities.

Han Bennink would say "there are two kinds of music - the one that is happening and the one that is not happening". I would say that when “it is happening” you are inside and outside of it and completely aware of its needs.

Do you have any favorite stage situations? Do you prefer a duo or larger ensembles? And instruments? When do you reach for a soprano saxophone or a frula, and when for a tenor or a baritone? What determines your choice?

I normally see the music as a way to move the air inside of a room and that works the same way to duos or large ensemble. What changes is the capability to move, on a duo it can take any direction in every millisecond and on a large ensemble is takes longer, it’s like riding a BMX or a huge boat.

I do have a passion for drums, I started playing free with my uncle Panda in Brazil and my brother, both drummers, so it’s an instrument that some how is a huge part of me. Maybe that is also how I could understand the world of Vasco so easily.

I never choose the instruments, normally it comes from the air of the room.

Let's return to your next visit to Poland. You will play, among others at the “Musica Privata” Festival in Łódź, and earlier you will spend three in Poznań, participating in the “Drumming Now!” Festival in the Dragon. You will play a duet with Vasco, also we would like to see you in another duo with electric guitar. It is also anticipated that you will conduct the Poznan Improvisers Orchestra. Do you have any experience in this field? Do you like playing in large ensembles that improvise?

I never planned anything with Vasco, we only play music…

About large ensembles… I was the founder of the Royal Improvisers Orchestra in Amsterdam. I was running it for 10 years, we were around 20 musicians and we played with the London Improvisers Orchestra, with Phil Minton, Han Bennink, Steve Beresford. And I even took this ensemble all the way to Brazil. I had all those marvelous musicians that were rehearsing two times per week, for all this time it was a huge process that went from conduction until they were able to just improvise and create pieces on the spot without having to follow the líder. It was an amazing experience to me.

What methods of communication with the band do you use during conducting? Do you use any notification? For a graphic design? Or you just gesturing like Ivan Gonzalez?

With The Royal Improvisers Orchestra I used initially what I learned during my staying in London with The London Improvisers Orchestra but I never liked to be the only one making decisions. After four years I decided to abandon the hand signals and then the orchestra had already found a way to improvise together with the same goals.

Describe to us what was your creative path to becoming an improvising musician. Has anyone particularly inspired you? Have you modeled yourself on somebody at the beginning of this journey?

That is a funny story, my uncle Panda on his 55 years stopped to play on public and decided to only practice with the goal to play jazz like an American. So he was putting some jazz records and playing together with it. Every time I would met with him he would ask me to practice with him. And I always ran from playing with records on so one day I told him - ok let’s play but not with records only the two of us. We played for two hours without stopping and thought that we had invented a new kind of music. And we decided to play together every day and we did it for few years. Two years later Panda got a recordings of  “Interstellar Space” and when he played the record to me I asked him when did you record us playing?! And he said that it was John Coltrane and Rasheed Ali, almost 50 years earlier. So we invented free jazz and later discovered that someone did it much earlier!!

You come from Brazil, you spent a lot of time in Amsterdam, now you live near Sintra, not far away from Lisbon. Could you compare these three places on the ground from the point of view of improvising music, the possibilities it creates for development, for playing music, and for living in general?

Amsterdam always has had full of subsidies for music and became a great improvisation scene with the ICP Orchestra, but after that for many years it was a empty place besides the older musicians. On the last 10 years a lot of young musicians have moved to Amsterdam and that gave the scene a new impulse and its a great place to be at the moment. Brazil has a huge musical culture but not much to do with this music. We had to fight a lot to just have the right to exist. And Portugal is now also a funny place. They have some great labels there but the musicians are very divided between their bubbles. I hope that it will change and the musicians will be more friendly to each other so that the music can be developed together. When this little point get changed, it will become a free improv tropical paradise.

Thank you for conversation!


piątek, 23 listopada 2018

DETAIL’ed Love Story by John Stevens and Frode Gjerstad! The full english text included!


The third part of John Stevens’ life

If we try to divide nearly 30 years of John Stevens' musical carrier into important periods basing on intensity of his several activities, we should decide on three such intervals.

First, there would be a time of building idiom of European freely improvised music under Spontaneous Music Ensemble banner, which is dated on 1966-1974. Next period would be connected with significant commitment to exploration of free jazz/jazz with the use of electric musical instruments (John Stevens' Away 1975-1981). Finally, there would be the last period, dated on 1981-1994, when John spent great deal of time making music with his great friend from Norway, Frode Gjerstad.

First two periods have been already thoroughfully discussed on Trybuna. Now, finally the time has come to clearly summarize cooperation with Frode, especially their joint music project under Detail banner.




Facts first, because the devil's in the detail (in Detail)

December, 1981: In Poland children are not going to school when the man in black glasses announces war. But to a far-away Stavanger – far away also from London's perspective - invited by a young saxophonist Frode Gjerstad, great British percussionist, composer and improviser John Stevens arrives. They both take with them to a local Jazzklubb Eivin One Pedersen, keyboardist who regularly collaborates with Frode. They perform an energetic concert, which, expanded with listening records from the previous day, Frode releases on two tapes in his novice Circulasione Totale (four improvised pieces, lasting nearly 110 minutes, catalogue no 004-005) as Gjerstad/Pedersen/Stevens X-mas Cards Vols 1&2. Indeed, X-mas is coming. Gentlemen have good chemistry and decide to continue their collaboration. John suggests adding to their group a bassist. He responds to Frode's question whether he has someone in mind like Sure, let's take the best one - Johnny Dyani!

March, 1982: Stevens comes to Norway again and this time accompanied by Dyani. Working in quartet, they record a group improvisation in a private session. The material ends up on the cassette titled Detail (Circulasione Totale 006). From that moment the title becomes regular group's name. Contrary to description on Detail at Club 7 album (Not Two Records, 2017) that says records gathered there are from September 1992, these were in fact those March records from cassette mentioned above, which ended up on the album released in Poland.

October 1982: Detail schedules short tour in Norway. Unfortunately, bassist doesn't arrive for the first concert, so the band performs as a three-member group (setting: Henie-Onstad Art Centre). Record remained buried in Frode's household archive and not until more than thirty years later it finally was published as First Detail album (Rune Gramofon, 2015). The tour in Norway goes on but just before already planned first studio record, Eivin decides to leave the band. On October 11th in Staccato Studios in Stavanger, three members of Detail record great material, which finally ends up on a few publications. Pieces Backwards and Forwards as well as Forwards and Backwards are released by Impetus Records as Backwards and Forwards (with subtitle, nomen omen, First Detail, LP 1983, CD 2000). Ohhela, To Make a Fire, a composition/improvisation in two parts, ends up on the phonograph record released by Affinity (1984). The pieces released on the cassette Detail Trio (no 007) from Circulasione Totale are also from that time. I wasn't able to determine whether material on the cassette contains records published later on above mentioned vinyls.

February 1983: Frode records and releases effects of a not-coincidental meeting of Detail trio in Stavanger's Jazzklubb as a cassette titled Let's Go (Circulasione Totale, no 008). It contains over an hour of improvised material divided into two parts. The album Detail 1983 will be released this year (2018) and it contains record of the concert from that same day. It lasts about an hour and is divided into four parts. We are probably talking about the same event but currently released albums indicate the other place of the concert - Red Seahouses. In addition, on the cassette no 015 from Circulasione Totale album Detail 1,2,3,4 is released, which probably contains records from several concerts of the band from 1982-83, performed while still in quartet (with Pedersen).

September 1983: At first Stevens and Gjerstad perform a quartet concert in Paris (with help of Paul Rutherford and Nick Stephens). Then, for public Norwegian radio, they record their performance in Oslo as A Consert (A Concert?), with assist of, again, Rutherford and on basses - Barry Guy and John Dyani (this material ends up on Circulasione 011 cassette and lasts nearly 80 minutes). Few days later, already at home in Stavanger, the first record of Accent formation takes place, starring John and Frode with Nick Stephens on electric bass and Rudy Garret on electric guitar (Accent cassette, Circulasione Totale, 010). That meeting could be acknowledged as a symbolic birth of Circulasione Totale Orchestra, because later from that quartet the magnificent Frode's team, still performing, would emerge.

March 1984: Jazzklubb in Stavanger. On the stage duet - Frode and John. Four concert pieces Suite Elma ends up on Circulasione cassette (80 minutes, no 012). Twelve years later this material is released on CD by Impectus as John Stevens & Frode Gjerstad Sunshine (compared to cassette edition, this one is cut off and shorter by a dozen or so minutes, probably regarding to acoustics).

November 1984: Another electric meeting of our heroes' band - this time Accent records studio material in Stavanger for radio purposes. Frode titles the cassette In Off (Circulasione Totale, 014).

May 1985: As usual, Detail gives concerts in Stavanger. There is one new element in their performance - a woman whose tender vocal perfectly fits into trio's collective improvisations. Frode releases a 20-minute fragment of that concert as a supplement to a CD re-edition Backwards and Forwards but he cannot remember woman's name. Luckily, attentive detective Wilson, author of the great discography of John Stevens of which I usually make use while portraying his musical story, determines that her name was Suzanne. According to Frode's memories, that May was also a time of recording studio material but further details remain unknown. With Frode busy with his projects, Stevens and Dyani spend their spring time in a far-away Norway on giving concerts with Steve Lacy and Misha Mengelberg as a quartet and with John Surman as a trio.

March 1986: We could risk an assumption that Frode wasn't very fond of travelling then, because every time Detail gave a concert, it was in Norway. This time it was in Oslo and again in Henie-Onstad Art Centre. The material - Ness Part 1 and Part 2 - was eagerly recorded and it ends up on the first album of Ness set (Impetus, 1986).

June/July 1986: For his concerts in Europe, John Stevens invites an excellent American trumpeter, Bobby Bradford (with whom he collaborated in the 70-ties on several albums). He also organizes route and books recording studios. On the last day of June Detail, as a quartet, performs first concert in London (yeah, Frode had to get on a plane!). The following day, also in London, four pieces are recorded in studio and these are the ones that would end up on the second album from the Ness set. Two of the pieces are prepared in collaboration with Harry Beckett (tr) and Courtney Pine (ts/fl/bcl), which means that for a moment Detail becomes a sextet. After 24 hours - phew! what a speed! - there comes next opportunity to work in studio, now in Cambridge. Composition/improvisation Way It Goes/Dance Of The Soul - two-part - ends up on the vinyl with the same title (Impetus, 1988). Please note, that both albums are signed as Detail Plus. But that's not the end of the story yet! Four days after the meeting in Cambridge Detail quartet performs a concert at Bracknell Jazz Festival. Concert was recorded and few years later Frode releases it on CD, titled In Time Was (Circulasione Totale, 1990). The album lasts not much longer than forty-five minutes. The concert was longer but unfortunately the last part hadn't been recorded properly (recorder damage) and only an eight-minute piece is worth releasing. Four months later Johnny Dyani dies. Detail ceases to exist in its original shape.

October 1987: Staccato Studio in Stavanger becomes a place where the first album of Circulasione Totale Orchestra is recorded. Ten short pieces were the effect of ten musicians' work, which resulted in an album titled Accent - Jazz Out Of Norway (Odin, CD 1988), what obviously refers to already mentioned John's and Frode's electric quartet. In the orchestra we find, among others, Eivin One Pedersen.

September 1988: Detail is back on concert posters and Bobby Bradford comes to London again! Kent Carter, American bassist (but residing in Europe) of whom we've already heard, takes Dyani's place. Detail gives concert (concerts?) as a quartet but this time with no phonographic effects (in Bass Clef club).

May 1989: Detail forms a quartet again - the fourth musician is Billy Bang, American violinist. For Norwegian radio they record half-hour material (three parts), which later ends up on CD album Less More (Circulasione Totale, 1991).

January 1990: Gjerstad and Carter record less than five-minute duo, which also ends up on above mentioned record.

October 1990: Detail comes again to Stavanger and records there quite long material. Nearly 20-minute piece of X-mas Cards II & III (the title corresponds to the first Detail meeting in 1982!) which finally closes the album Less More. As many as nine other shorter pieces (maybe from different sessions, too) are not chosen to be published and probably still remain hidden somewhere in Frode's private archive. During that stay in Norway, on the previous day, John and Kent also made a record for a radio in quartet with local musicians (tp + as).

April 1991: A 30-minute film about the band is prepared for Norwegian television. It contains fragments of concerts and interviews with musicians. The film was shown on local TV channel and few years later also in England, during a memorial concert after John's death.

June 1991: Bobby Bradford arrives in London and spends a dozen or so days with Detail. Apart from performing a few concerts in London - Beck Theatre, Albany, Community Music House and Drayton Court Hotel - the band records studio material for an album. Nine new pieces are created (more than 2 hours of music in total), provisionally titled In Order Of Appearance (five pieces in trio but without Gjerstad, three in quartet and one in sax-cornet duo). John had been settled with one publisher (details of that agreement are unknown) but unfortunately the record has not been published until today.

October 1992: John Stevens and Derek Bailey come to Norway to give few concerts. The performance in Trondheim (as a trio, with Gjerstad) is not good enough to be released, because of the record sound quality. Stavanger performance is of better acoustic quality and after nearly a decade it would be released as Hello, Goodbye (Emanem Records, 2000). I wrote about this album on Trybuna, when reviewing joint musical activities of Stevens and Bailey.

June 1993: For a live performance in Norwegian radio, Detail forms a quartet (with Pierre Dorge on electric guitar). It remains unknown what happened with nearly 70-minute record of the concert.

April/May 1994: Stevens spends few days of rather cold but sunny spring at his friend's place in Stavanger. First, they record several duos in Frode's parents house (Sande Duos). Nearly ten years later they end up on Keep On Playing CD (FMR Records, 2005). Two days later Kent Carter joins and as Detail they give their last concert. It takes place at Cafe Sting in Stavanger. Four fragments end up on Last Detail - Live At Cafe Sting CD (Cadence Jazz Records, 1996). A year later Frode and Kent (without John, from obvious reasons) record modest duo On Their Own, which would supplement above mentioned release. Detail's story definitively comes to an end.

June 17, 1994: A small concert, under the poster label John Stevens and Friends, takes place in London. Musicians perform as a sextet, including Frode Gjerstad. Resulting record gets the title Beggars Can't Be Choosers. This is the last meeting of great friends. Less than three months after that event, probably from a heart attack, John Stevens suddenly dies at the age of 54.




First or not the first, that’s a question

Today, nearly 24 years after John Steven's death, we know that the oldest, publicly available Detail record is At Club 7 concert, not neither First Detail, released few years earlier, nor Backwards & Forwards - First Detail LP/CD, released in bands lifetime.

Concert in Oslo was performed in quartet - so in original line-up, the one set by John and Frode. It's a great example of a true jazz music based on improvisation, not on earlier composed and prepared material. Improvisations develop very effortlessly, sometimes even slowly but they can easily catch free jazz drive and sink in every listener's heart. This is the music that also doesn't avoid motoric swinging, which makes improvisation of every quarter member rich in unusually nimble flow. Gjerstad, playing here on soprano saxophone, tenor and bass clarinet (with which he starts every concert) provides a rich spectrum of artistic expression. Eivin One Pedersen settles himself in this formula, using mainly acoustic piano and manages to do wonders, often by resort to neo-classical gags. For a brief moment he also uses electric piano and gives his performance an extraordinary energy (by the way, whole concert is one incessant sequence of sounds, which is a rule in Detail public shows). Nevertheless, master of the ceremony in this quartet is Johnny Dyani, playing on amplified double-bass (sometimes sounding like a bass guitar), who has all the cards, sets goals and implements dramaturgic ideas. He is in a constant move, full of ideas to change improvisation character. John Stevens, who during the band's history always used a full drum kit, stays on a position of permanent observer, keeps rhythmic order, rarely oversteps with solo expositions. Music of the quartet is based on a perfect communication, intuitive cooperation, what is the trait present in all projects featuring John Stevens. Concert from Club 7 is extremely dynamic, full of emotion and individual shows of instrumentalists' skills. From today's perspective it is one of the best Detail's records.

The concert on the first day of the tour in October of 1982 has a little different character - the band plays as a trio because of Dyani's absence due to arrival problems. We can listen to the result of that performance on First Detail album, which contains three long and elaborated improvisations. Free jazz flow of the band, here devoid of Dyani's bass, becomes slightly blurred. Music seems to be more abstract and free of simple narrative associations. Parts involving a piano demonstrate even stronger resemblance to chamber music. Anyway, Pedersen - fiercely active during the whole performance, not falling into silence even for a moment - uses also an electric piano (sometimes sounding like a hammond), with which he is able to give a bass groove to the whole narrative (just like in the 8th minute of the first part). In the second part he even seems to be playing on both instruments simultaneously.
Meanwhile, Gjerstad's wide assortment of instruments becomes extended by alto saxophone. In the third part he also uses a bass clarinet, as Pedersen's play becomes more minimalistic with dense but not aggressive Stevens’ drumming. The music is full of life, with vibrant pulse, all the time on fire. Final of the concert is decorated with Frode's compulsive exposition on soprano saxophone.


Magic Trio

Phonographic history of Detail in original, three-person line-up (so with Dyani) opens with studio record of Backward & Forwards with subtitle First Detail (it's definitively their first record on the market - released precisely 35 years ago).

Main axis of this Detail edition is nearly every single time based on an amplified bass. Dyani develops improvisation slowly and very carefully. Here, first, more dynamic accent with strong rhythmic appears only about the 10th minute. John's and Frode's behavior corresponds with bassist's actions perfectly. This trio takes their time for creating free improvisation. They are deeply rooted in free jazz esthetics, although in a way of playing and methods of communication they resemble more of Spontaneous Music Ensemble. Each of musicians finds a moment for a solo exposition but usually with a support of one of partners (e.g. wonderful passus of bass accompanied by drums in the 8th minute of the first part). Many parts of this album look exactly like that - the show of bass & drum section. Frode often hides himself in the background, as if letting his friends find awe for their actions was more important for him than his own performance (by the way - Norwegian saxophonist plays here on tenor and soprano).

CD edition of Backward and Forwards was supplemented with a fragment of a two-year previous concert (Detail 1985). It contains dense, lengthy, even wild improvisation. Musicians met after two-year break and it can be heard in their music how much they had missed each other. On this record none of sounds remains without an answer from companions. Starring as the one serving thunderbolts - obviously, Dyani! Frode plays mainly on soprano (after all, that's John's favourite wind instrument for free improvisation). Unexpectedly, in the 9th minute of the concert, an unknown woman from the audience joins the performance. Her vocal interestingly complements trio's improvisations. At the moment, when trio's/quartet's (?) music starts to mesh, record becomes quietened. 

Exactly the same day, when trio was working on Backwards and Forwards, at the same place they also recorded another material. A year later it ends up on Okhela, To Make A Fire vinyl.
This record starts in an almost identical way as previous ones. Dyani's introduction is extended, calm, simply majestic, in even more minimalistic esthetics. Stevens and Gjerstad enter no earlier than in the 4th minute. Again, we get jazz attributes in free improvisation, close to SME esthetics (in about 9-10th minute quite a quick call and response!). Here rhythm and energy appear after a quarter of an hour. A lot of soprano, a good deal of swing from full drumset and a bass, which always sets a narrative trail. The last one doesn't fall silent even for a moment, the second one plays nearly all the time by the saxophonist often hides in the background - that is how Detail's style looks like in October, 1982. In the second part of the album we find quite a long section with Steven's solo exposition. After that, great Frode's episode and the last tone, which belongs of course to the bassist. 

Detail 1983 is a concert record, which chronologically is a continuation of a magical trio story. Four improvisations, more than 70 minutes of music and emotions reaching their peak. The youngest edition released this year - sure thing for a 2018 summary in re-edition category.

The concert record documents the first Detail's Norwegian tour as a trio. It starts with...  a blues ballad, which emphasizes tenor saxophone and double bass. As usual, Dyani acts a lot but it seems that this time master's signature would belong to John. As concert dynamics grows, the same happens with our admiration for section performance making an alt bizarre and unflawed. When the Norwegian takes soprano, he swings like frantic Steve Lacy. Impressive free exposition at its best! In the third part we have another showpiece of drums & bass. Ad in the fourth part a dazzling duo full of twisted sonoristics - a great part of wind instrument and heated bow on bass's fingerboard. Stevens joins with cornet, adding a blunt comment. Musicians go into silence. It's very unusual for Detail, almost in a free chamber esthetics. After the 8th minute Dyani gives a pizzicato signal and the band goes forward like hell, in a fiery free manner. Under Steven's foot a lot swingy ease.

The last published record of Stevens, Gjerstad and Dyani in trio can be found on the first album of the double Ness vinyl. We have early spring of 1986 and musicians meet at the concert in Oslo.

This time a proper intro is made by both - bassist and drummer. Musicians without delay get the rhythm and improvisation melody, known only to themselves. Frode takes for the performance only tenor saxophone and quickly makes a sonoric use of it (Dyani helps him with a bow). Another free, slow improvisation, just like previous studio expositions. Leisurely, although asking for a dance! Just in the middle, sultry Dyani's expose, almost in a baroque esthetics. And for a final a little surprise - sax and drums duo, a rare case in the band's history. The second part is also kept in a free and casual manner, rather without a free jazz sparkle. There are many moments worth mentioning - like beautiful tenor part just after the beginning or intriguing play... with stones after the 15th minute by the bassist. Stevens concentrates on small drumming and definitely doesn't feel the pressure to finish quickly. On the final stretch - exquisite bass passage work with help of jazz drumming and humming tenor. Indeed, ballad free improve!




A Fourth for Bridge

Although we begin next chapter of our love story, we stay with the Ness release. The second album in this vinyl set is a collection of records by the group called Detail Plus. To our trio, residing in one of London's record studios, joins Bobby Bradford, an American cornetist (Steven's mate from as early as the first half of the 70-ties - we remember outstanding records of Spontaneous Music Ensemble with his participation). Also a few local musicians take part in a fragment of this session - Harry Beckett on trumpet and Courtney Pine on tenor saxophone, flute and bass clarinet.

Two pieces performed in sextet end up on the album (both composed by Stevens), as well as two in quartet (signed by all musicians). Music of this part of Ness sparkles with jazz. We can find here elegant, vigorous, melodic themes; we also don't lack of exquisite solo showpieces, bursting with true emotions (it concerns all of musicians!). John's compositions for sextet have a marching tempo and are immersed in a minor key, what is a great base for musicians to create haunting solo expositions, often laced with overwhelming sadness. The music isn't, however calm or nostalgic; it bursts with energy and strongly reflects mutual cooperation between artists. Wonderful, disharmonic... jazz harmonies with endless reserves of swing in hands and legs of rhythmic section! Records in quartet are more dynamic and even more vivid with true free jazz expression. Dyani, as usual, does a great job giving rhythm and holding dramatic outline of served themes. This music resembles decade younger records of Steven's trio with Trevor Watts and Barry Guy (e.g. No Fear album). Dance, trance and fantastic expositions of Bradford's cornet and Gjerstad's tenor.

After not quite twenty-four hours Detail quartet (Bradford stays in England for a longer time, musicians give a lot of concerts) again lands in studio to record material, which later ends up on Way It Goes/Dance Of the Soul vinyl.

Music seems to be composed in the same way as a day before. Dynamic drive, fleeting melodic pattern. Full-genre straight ahead jazz with outbursts of free during solo expositions of cornet, tenor, amplified bass and dazzlingly syncopating drums. The second part begins in a much more quiet way. At first we are attracted by Stevens - Bradford duo (a real invitation to tango), then by Gjerstad - Dyani and finally everything ends in vibrant free jazz whirl. About the 8th minute a kind of a new piece starts (tacked on in studio, but everything within one track). Bow, focused drumming and sonoristics in tubes. A few minutes pass and rhythm entangled in bass's fingerboard starts directing the quartet to the finish line. And the ghost of Albert Ayler keeps a watch over everything.

On In Time Was CD we can find concert documentation of Bradford's stay in England and musical activities with Detail from 32 years ago. Over 45 minutes portion of a proper free jazz straight from Bracknell Jazz Festival.

Dyani, energetic as live wire, on a more and more amplified double bass; master of technique, creation virtuoso, temperamental Bradford; slightly withdrawn but deadly effective Gjerstad and finally Stevens - dynamic pulse, syncopation, puff of fleeting swing - that's the Detail quartet ready for an applause. Here the word jazz can make a litany. Dyani's fingers are on fire, he invites his companions for a gallop like a fleet horse. His African heritage is a source of his power, hidden deep inside his heart. He seems to be in the best shape of his life, so it's really a pity that that's perhaps last record in his too short life. At the concert we find compulsive tenor, as well as intuitive drums solo. Pieces with chamber music reverie (moment of introspection and inner rest, rare for Detail) won't be missing. Again, there is a brilliant communication in a group of four musicians, you could even say telepathic reaction for friends' ideas. Yes, this could be Detail's opus magnum, and for sure in this line-up. Final chapter of the concert offers bites of nostalgia, it's neatly balanced and full of reverie. Frode seems more brave than usually; he takes the scene for himself and, with help of swinging Bradford, makes a point of the whole performance. Concert finale is, unfortunately, unavailable. Because of recorder failure, after the 8th minute music gets cruelly silenced.




Return of the trio

Two years after Dyani's death, Kent Carter takes his place in the trio. Less More CD is his first project recorded with the band. Pieces performed both in trio and in duo (without Stevens) can be found there, as well as, again, in quartet, this time featuring American violinist Billy Bang. What's worth mentioning, all of pieces are signed by Frode Gjerstad (composed by), although music definitely feels like improvisation.

The said duo of saxophone and double bass makes introduction to this appealing yet erratic album. Jazz ballad seems more adequate for an ending but not for the beginning. Next 20 minutes belongs to new Detail, served saute - calm, flowing, with moments of even drone narration (Carter!), quite a lot of chamber music tones, a great deal of concentration, a bit of repetition. The new musician clearly dominates this piece and, at least here, is a far cry from Dyani. He is recognizable, acoustically well-organized and like a great master soothes trio's behaviors. Frode easily finds himself in chamber esthetics, Stevens seems more reserved. After the 10th minute musicians get together into free jazz escalation and a narrative smoothly comes to its end but before it for a moment turning into a silence and bow-play on a fingerboard. Less More album is supplemented by three pieces performed with Billy Bang. Here, music notably changes - it's dynamic, fleeting, melodic and tortuously free jazz in style (Bang's flow is immediately recognizable). A lot of trance, a few repetitions and a great deal of lightness. At first Gjerstad is not convinced to this esthetics, Stevens, thanks to his style versatility, has less problems. Album finale is full of typical jazz solutions. Carter plays pizzicato, the rest of artists skillfully expose their musical temperaments.

Insofar as we have at least three Detail albums named first, there is only one with last in title. Recorded four months before John Steven's death, it remains exceptional memento of this band line-up. We are talking about Last Detail - Live At Cafe Sting CD album. Over 50-minute performance is divided into four parts; plus post-mortem coda (in duo).

When Detail plays a concert, we can expect proper, vigorous free jazz - and that's the case this time, too. Carter rarely uses a bow, being rightfully the one to put in motion this improvising machine. Frode bellows with his alto saxophone, doing almost his best; Stevens takes every chance to point his partners' feats and at the same time interacting splendidly with bass. The third part (after a short pause) comes with sophisticated drummer's solo and another powerful alto saxophone passage works. There is also a moment for Stevens' cornet. Carter remains active, being always around but this time his urge for chamber music has been left behind. The last part of the concert sums up all experiences. There can be find a bit of sonoristics, deathly precision and remarkable free cascade in which Carter sounds almost identically to Dyani! Album ends with 5-minute wistful ballade in minor, on saxophone and bass, recorded in studio already after Steven's death. There, this is ultimate end of Detail's history.




Duos within interlude

Before the last word is said in our story, one should mention two albums recorded by John Stevens and Frode Gjerstad in duo.

Meeting from 1984 and Sunshine album - there we find dynamic free jazz exposition on comprehensive saxophone (lot of soprano) and intent, devilishly precise drums. Moments of calm passage works with cornet are also not missing. Without bass, in duet with Stevens, Frode finds a lot of place for his expositions. He makes no bad choices, he is excellent in his actions.

Keep On Playing record, a decade younger, has more pieces with alto saxophone. A lot of dance with jazz syncopation and also a few pieces which are more quiet, when musicians don't lack imagination for joint duo reflections. Part four seems to be the most interesting one - the longest, full of jazz feel in saxophone's tube and sharp, constant drumming, also with extended solo exposition. And for the finale off-screen dialogs in which John talks about a mistake he made during one piece and Frode laughs it off. 


Tekst oryginalny dostępny jest w poście z dnia 10 sierpnia br. Oto skrót: Detail


Ogromne podziękowania dla Krzysztofa za organizację procesu i Anny Możdżeń za samo tłumaczenie tekstu z polskiego na angielski.


poniedziałek, 19 listopada 2018

Sezu Quartet! The Runcible Quintet! … and a Duo! Modest of Exaltation in British Free Improve!


Brytyjskie królestwo muzyki swobodnie improwizowanej zdaje się być autentycznie wielopokoleniowe, ewidentnie nosi znamiona zjednoczonego, nadto skrupulatnie i z należytym szacunkiem czerpie ze swego dziedzictwa.

Dziś przed nami trzy smakowite kąski z tegoż ogródka, stworzone zarówno przez muzyków doświadczonych, jak i tych, których winniśmy wciąż zaliczać do młodego pokolenia. Odnajdziemy tu istotnie wartościowy akcent włoski, także japoński, a nad wszystkim unosić się będzie legenda Spontaneous Music Ensemble, w szczególności zaś dokonań Johna Stevensa, Trevora Wattsa i Dereka Baileya.

Jeśli którejkolwiek współczesnej swobodnej improwizacji najbliżej jest do dziedzictwa SME, to są nimi dokonania kwartetu Sezu i kwintetu The Runcible. Tuż po nich kilka słów o pewnym duecie, który świetnie się w tematykę naszych dzisiejszych rozważań wpisuje, tak artystycznie, jak i personalnie.




Phil Gibbs/ Marcello Magliocchi/ Adrian Northover/ Maresuke Okamoto  Sezu (FMR Records, CD 2018)

Garaż Joe’ego w Bristolu (nie wiem, czy to prawdziwy garaż, czy nazwa klubu), marzec 2017 i czterech muzyków: Phil Gibbs – gitara i banjo, Marcello Magliocchi – perkusja, Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy, Maresuke Okamoto – wiolonczela i głos. Siedem improwizacji, godzina zegarowa bez parudziesięciu sekund.  

Od samego startu muzycy tkają delikatną, ale gęstą pajęczynę dźwięków. Pierwsze skojarzenie doświadczonego recenzenta prowadzi do strunowej edycji SME, która tu, w intrygującym kwartecie Sezu, doposażona zostaje w jazzowo frazującą gitarę elektryczną. Od pierwszego dźwięku silnie akcentuje swoją obecność Magliocchi, aktywny, kreatywny, zwinny jak kot. Northover ciągnie piękne frazy sopranowe, rozszarpywane na strzępy temperamentem godnym Trevora Wattsa, szczególnie z okresu, gdy przywołany w preambule tego tekstu najważniejszy zespół free improve, był duetem. Strunowe instrumenty szeroko rozstawione na przeciwległych flankach, oba nie stronią od amplifikacji. Narracja jest czerstwa, ale dramaturgicznie błyskotliwa. Muzycy tańczą jak gołębie na mocno rozgrzanym od słońca dachu. Na finał otwarcia moc sonorystycznych akcentów z cello i zadziornego saksofonu. Obok mikro drumming z samego dna werbla. Drugi fragment zaczyna się nieco spokojniej, choć struktura improwizacji jest równie gęsta. Gitara łyka więcej prądu, a cały kwartet już po 2 minutach śmiało galopuje. Precyzja, dobra komunikacja - słyszę, co gra mój partner, wiem, po co jestem w Zespole. Świetny flow sopranu na wybrzmieniu. Trzeci odcinek zdecydowanie ucieka w inną stylistykę. Elementem budującym narrację jest melorecytacja Okamoto w języku ojczystym. Szumy z tuby, drżące tło, kilka elementów elektroakustycznych, mały rytm spod werbla. Rodzaj post-industrialnej mantry. Gitara wtrąca jazzowe, małe frazy, czyniąc skromny dysonans poznawczy. Dla przeciwwagi, dużo zwinnej sonorystyki ze strony perkusjonalii.

Czwarty odcinek także startuje z poziomu kojącego uspokojenia. Saksofon repetuje, gitara wpada w pętle. Drums & cello suną szorstkimi suwnicami. Narracja nabiera gęstości, interakcje zazębiają się. Alt wiedzie cały kwartet naprawdę wysokim wzgórzem, przy świetnym backgroundzie wiolonczeli i dynamicznej perkusji, która stroni od jakichkolwiek rozwiązań okołorytmicznych. Piąty otwiera szum z tuby saksofonu i stukot z werbla, tarcie na gryfie wiolonczeli, jest także – jedyny raz na płycie – czysty dźwięk banjo. Choć gęsta, ale jednak ulotna narracja. Saksofon rwanym flow znów przywołuje nam dobry tembr SME. Na starcie odcinka szóstego gitara powraca z jazzowymi frazami, saksofon dmie na alarm, a perkusjonalia szukają nowych rozwiązań dźwiękowych. Ponownie gęsta pajęczyna zdrowych interakcji. Alt brnie w estetyce gitary, ale nie brakuje mu psychodelii w ustniku. Galopada naprawdę zwinnych słoni! Po chwili brawurowy i piękny stopping. Po restarcie także szczypta transu, drobiny oniryzmu, kapitalny dialog sax & guitar, potem galop i kolejne hamowanie. Chyba najlepszy moment tego nagrania! Pieśń finałowa zaczyna się na gryfie lekko slajdującej gitary, wiolonczela przypomina mocny kontrabas, mały drumming w tle. Błyskotliwa, prawdziwie molekularna narracja. Gitara idzie przodem, świetnie wspierają ją perkusjonalia. Kołysanie i spadanie – świetna dramaturgia finału. Na ostatniej prostej tej doskonałej płyty rodzaj chocholego tańca, a także ponownie, zapach geniuszu spod kurateli Johna Stevensa. Brawo!




The Runcible Quintet ‎ Four (FMR Records, CD 2018)

Magliocchi i Northover zostają z nami! Dołączają do nich: Neil Metcalfe na flecie i Daniel Thompson na gitarze akustycznej oraz w drugiej część płyty, John Edwards na kontrabasie, który dopełnia skład tytułowego kwintetu. Dwa incydenty z klubu IKLECTIC – październikowy z roku 2017, wyjątkowo w kwartecie i tegoroczny, marcowy już w pełnym składzie. Cztery epizody, godzina zegarowa i jedna minuta swobodnej improwizacji.

Przygodę z kwartetem rozpoczynamy spokojnymi pasażami fletu Metcalfe’a, muzyka, który incydentalnie grywał w SME pod koniec jego zacnej historii. Saksofon sopranowy, bystre perkusjonalia i filigranowa gitara też świetnie pasują do tej układanki. Wedle niepisanych reguł gatunku, kreatywne call & response, czynione dzięki doskonałej komunikacji w zespole. Małe dźwięki, krótkie frazy. Narracja od czasu do czasu gęstnieje, na ogół pod dyktando Magliocchiego. Każdy z muzyków stosuje bardzo rozbudowany wachlarz sposobów artykułowania dźwięków, a cała improwizacja podlega nieustannym zmianom. Spokój, rozwaga, tłumienie emocji i dla przeciwwagi - miniatury w galopie. Muzycy pięknie się supłają, a potem bystro rozplątują. W 13 minucie doskonały, ptasi dialog saksofonu i fletu z dużą dawką imitacji. W 17 minucie małe zawody sonorystyczne – przeciąganie liny, tarcie metalem o struny. A potem znów krótki galop. 20 minuta - cisza przez ułamek sekundy, a potem ponownie dialog Adriana i Neila. W komentarzu moc akustycznych piękności ze strony Marcello i Daniela. Na finał części kwartetowej, 5 minutowy encore – intro gitary, przywołujące ducha Dereka Baileya. Tuż po nim, kolektywna, spokojna, precyzyjnie konstruowana opowieść. Wysoki sopran, wciąż szukający fletowego stroju. Dużo dobrego na talerzach i finałowy komentarz saksofonu pod rękę z fletem.

Mija pół roku, The Runcible powraca do IKLECTIC, już z Johnem Edwardsem. Startujemy z poziomu ciszy, przy wtórze szumu z tuby, małej ornamentyki na talerzach i smyczka zaczepionego na gryfie kontrabasu. Także małej gitary i fletu, który wchodzi do gry z pewnym opóźnieniem. Edwards staje na środku sceny i ma postanowienie, iż wiele w trakcie tego koncertu dziać się będzie za jego przyzwoleniem, w wyniku jego trafnych (uprzedźmy wypadki) decyzji dramaturgicznych. Mocny tembr jego strunowca udowadnia, iż kwintet to jednak coś więcej niż kwartet! Gdy na moment milknie, dostajemy w prezencie piękny dialog fletu i gitary. Smak improwizacji ala SME znów jest wyczuwalny w powietrzu! Znów tryb narracji ulega ciągłym zmianom. W 8 minucie zmysłowe call & responce, z udziałem kontrabasu, gitary i perkusji, potem saksofonu, kontrabasu i fletu. A w tle błyskotliwy drummer, czuwa i pilnuje sekwencji działań. John Stevens może być dumny! Na finał bystre przeciąganie liny, rytmiczny akcent gitary i wysoko zawieszony saksofon! Brawo! Drugi epizod kwintetowy rozpoczyna Marcello skromnym wprowadzeniem. Niepierwsza rozmowa fletu i saksofonu, a po nich wejście smoka, czyli kontrabas, który staje na czele pochodu swobodnej improwizacji. Centralny sygnał do galopu już w 3 minucie! Wspaniałe imitacje w podgrupie gitara – perkusja – kontrabas, a w tle uroda dętych dźwięków. Świetny moment! Na wybrzmieniu mantryczna gitara i niski smyczek na gryfie kontrabasu. 8 minuta - rodzaj polifonicznego pasażu (jak oni świetnie się czują w swoim towarzystwie!). W 12 minucie rozbudowana, solowa ekspozycja sopranu, pod którą podłącza się wyjątkowo niecierpliwa perkusja. What a duo! Po chwili już trio, bo doszedł kontrabas. No i finałowe hamowanie! Małe dźwięki i nietypowy, suchy flet! What a game!




Edward Lucas & Daniel Thompson  Six by two and three by one (Earshots Recordings, download 2018)

Na finał dzisiejszej egzaltacji brytyjską swobodną improwizacją, skromny duet gitary akustycznej i puzonu. Po poprzednim występie zostaje z nami Daniel Thompson, a dołącza do niego Edward Lucas. Panowie zagrają dziewięć miniatur (z czego trzy, zgodnie z tytułem, będą nagraniami solowymi), które potrwają łącznie 30 minut bez kilkudziesięciu sekund. Nagranie z roku 2016 (miejsce nieznane).

Zaczynamy puzonem suwnicowym, któremu towarzyszy molekularna, tocząca się ekspozycja gitarowa. Ten drugi instrument zdaje się mantrycznie tańczyć, ten pierwszy ma zmutowane, szorstkie brzmienie. W drugiej części gitarowy flow haczy się o struny, pętli, gęstnieje, jak stygnący budyń. Puzon swawoli, ale jest bardzo suchy u nasady tuby. Piękne kanty gitarowe i płynący z prądem rzeki, śpiewny, acz złowrogi puzon. Trzeci fragment, to solowa ekspozycja dęciaka. Intrygujące brzmienie, krok w kierunku sonore, a potem odwrót. Narasta i pęcznieje, a potem rozdaje całusy i tańczy. I tak przez prawie pięć minut. Czwarty – powrót duetu, dużo niuansów. Klasycznie piękny Daniel dłubie pomiędzy strunami i płynnie przechodzi do części piątej, która jest tylko jego udziałem. Kropelkowa, błyszcząca cekinami opowieść. Gitarzysta zwinny jako kot, ślizga się po strunach, prawdziwy akrobata (także 5 minut!). Szósty - puzon burczy jak niedźwiedź, a gitary kwili, tańczy, potem rezonuje sama ze sobą i puszcza wiązki psychodelii płynąc na minimalu. Puzon wtyka swoje trzy grosze pomiędzy jej struny, efektem błyskotliwa psychodrama dwóch wyzwolonych instrumentów. Brawo! Metal o metal, blacha o blachę! Siódmy, to drugie solo puzonu. Szumi, gadcze, kurzy i popieli. Dynamika, taniec i … szybki koniec. Ósmy – szumy i smaganie strun, gwizd, świst i polerka. Daniel znów szczytuje w oparach modelowego sonoryzmu. Edward nie czyni niczego innego. Dialog na dużym luzie. Dziewiąty, czyli finał – puzon dynamicznie szumi, gitara skacze po strunach. Jakże błyskotliwa wymiana poglądów. Prawdziwa perła, choć każe nam wyłączyć odtwarzać przed upływem 30 minuty.


Dla przypomnienia – recenzja poprzedniej płyty The Runcible Quintet, a także innych płyt Daniela Thompsona, Adriana Northovera i Marcello Magliocchiego, dostępna jest dokładnie w tym miejscu   look here! 


czwartek, 15 listopada 2018

Agustí Fernández & Sarah Claman! ‎Antipodal Suites!


Dwa studyjne, z pozoru niewinne, spotkania pianisty i skrzypaczki. Pierwsze, styczniowe nazwą Southern Suite, kwietniowe zaś Northern Suite. Gdy zlepią je na srebrnym krążku, całość nazwana zostanie Antipodal Suites.

On - Agustí Fernández - postać już niemal pomnikowa europejskiej muzyki improwizowanej, przy okazji generał katalońskiego free improve. W podkategorii piano prepare, niemający sobie równych nawet w ujęciu globalnym.

Ona – Sarah Claman – prawdziwie młoda krew swobodnej improwizacji, zamorska rezydentka Barcelony, być może kolejny muzyk, który przybył do tego miasta, by skutecznie siać artystyczny ferment. Płytą z Agustim w zasadzie debiutuje, jako podmiot wykonawczy.

Przyłóżmy ucho do tego, co powstało w trakcie owego dwukrotnego pobytu Agustiego i Sarah w L’Obrador, Sant Pere de Vilamajor, w Barcelonie. Wydawcą płyty jest label Sirulita, prowadzony przez pianistę. Pierwsza suita składa się z czterech części, druga z sześciu. Całość odsłuchu zajmie nam 57 minut i 38 sekund.




Podróż w ramach Suity Południowej rozpoczynamy głęboko w czeluściach pudła rezonansowego fortepianu. Towarzyszą nam molekularne ekspozycje, zaczepione o struny skrzypiec. Agusti i Sarah dość szybko łapią dynamikę i tryskają pełnowymiarowymi emocjami. Strefa gigantycznego sonore zostaje otwarta bezpośrednio pod placami Claman. Drugi odcinek startuje z klawisza, ruchliwym półgalopem, podczas gdy struny skrzypiec idą tuż obok. Zwarcia, zapasy, przeciąganie liny. Taniec na rozgrzanym dachu, z niemal gotycką intensywnością. Trzeci – moc dźwięków z głębokiej krypty. Tragic and beauty! Błyskotliwe preparacje na obu flankach. Sarah zdaje się rwać struny, rozciągać je, wykrzywiać i smagać batem. What a game! Od 5 minuty Agusti proponuje podróż z samego dna piana, sugeruje masywny rytm, w tle skrzypce eskalują się na potęgę. Burza z piorunami! Po chwili muzycy cichną i brną w coś na kształt meta drummerskiej wystawki. Ów otwarty dialog zdaje się nie mieć granic! Po prostu popis! Czwarta część Południowej, niczym ciężki kac po całonocnej imprezie – suche skrzypce, małe i delikatne półdźwięki, obok równie obsuszone piano, które kreśli mały, powykręcany rytm. Trzyminutowa perła!

Czas na Suitę Północną. Na klawiaturze rojbruje mały pegaz, a każda struna skrzypiec drży swoim indywidualnym, sonorystycznym blaskiem. Meta harmoniczny Agusti i szalona Sarah – iście diabelska koegzystencja! Dynamika i kawałki soczystego hałasu. No i jakże pięknie na siebie reagują. Drugi odcinek zaczyna się nieco bardziej … konwencjonalnie. Dokładna, skrupulatna narracja, nie łamiąca klasycznych kanonów. Ależ Sarah potrafi nieść ten duet przez wysokie wzgórza! Jest tak bezczelnie doskonała, we wszystkim czego się tknie! W 3 minucie muzycy szukają skupienia, łapią drobne kawałki powietrza. Rytm spod klawiatury, obok Claman śpiewa bardzo suchymi skrzypcami. Trzeci – małe frazy, drżące piano, skrzypce niczym tybetańskie misy. Molecular crazy sounds! Znów razem szukają śladów sonore w zakątkach studia nagraniowego. Piano brzmi jak hala suwnicowa, skrzypce niczym stado pasikoników. Na wybrzmieniu Agusti i jego piano cudownie drżą na niskich strunach. Czwarty odcinek Północnej idzie wprost z klawiatury. Skrzypce tańczą oberka, oczywiście w wersji półpsychodelicznej. Muzycy idą w strzelisty galop, pełen bohaterskich fajerwerków. Dwuminutowa perła. Piąty, przedostatni – półdźwięki, szczapy, preparacje, niebo w uszach! Sarah nuci strunami balladę udręczonej Królewny. Jeśli sonorystyka potrafi śpiewać, to właśnie jest ten moment! Wreszcie finał tej niezwykłej płyty – Sarah pogwizduje, a Agusti dba o połysk swoich strun, tych najgłębiej położonych. Na ostatniej prostej dużo epickiego rozmachu, ekstatycznego półtańca-połamańca. Bojaźń i drżenie, piękno i tragizm chwili – jakiż wspaniały stopping!