wtorek, 15 stycznia 2019

A New Wave Of Jazz Kicks Again! Serries & Taylor! Tonus! Schiller & Genthon!


Seria wydawnicza A New Wave Of Jazz, prowadzona przez belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa, jest na tych łamach wnikliwie analizowana przy każdej nadarzającej się okazji. Z premierami płytowi, które za moment omówimy, doliczyliśmy się już 22 pozycji w katalogu, nie licząc kompaktowych reedycji nagrań wcześniej wydanych na winylach. Dokładnie wszystkie one zostały tu zrecenzowane, a skrótów do starszych tekstów szukajcie na końcu tej opowieści.

Dziś pochylimy nasze uszy i oczy nad trzema niezwykle świeżymi płytami (wszystkie w formacie CD), które swą światową premierę będą miał 19 stycznia br. Powrócimy do projektu Tonus, który zaistniał na trzech srebrnych krążkach jesienią ubiegłego roku, poznamy zupełnie nowe twarze w katalogu labelu, tu skwapliwie uprawiające …  muzykę komponowaną w stylistyce minimalistycznej, wreszcie bezceremonialnie uklękniemy przed dokonaniami pewnego swobodnie improwizującego duetu, którego płytę już dziś śmiało możemy ochrzcić mianem pierwszej kandydatki do listy best of the year 2019! Baa, nawet od niej zaczniemy naszą dzisiejszą opowieść!




Puncture Cycle

Doskonale nam znane Sunny Side Inc. Studio w brukselskim Anderlechcie, 2 czerwca ubiegłego roku: Benedict Taylor – altówka i Dirk Serries – gitara akustyczna. Dziewięć swobodnych improwizacji, 48 i pół minuty.

Muzycy zaczynają od zapasów ze strunami. Bystry, drapieżny i krótki start. Szarpanie, rwanie, rozciąganie strun gitary i dużo akustycznego brudu w nieco dłuższych pasażach altówki. Drugi fragment zaczyna się spokojniej, niczym gojenie ran po ostrym starcie. Dbałość o każdy szczegół ekspozycji. Serries wchodzi coraz głębiej w fakturę dźwięku, agresywniej wgryza się w glazurę strun. Ma bardzo suche, szorstkie brzmienie, kaleczy sobie palce niczym Derek Bailey za młodu. Altówka Taylora lubi jęczeć, ma w strunach głęboko zaszyte drobiny melodii, wszakże potrafi także szumieć i trzeszczeć. Muzycy świetnie się ze sobą komunikują, wzajemnie napędzają, depczą sobie po piętach. Narracja toczy się z dala od minimalizmu i repetycji, charakterystycznych dla jesiennych produkcji w ramach idei Tonus. Wszystko odbywa się w boskiej niemal akustyce. Na finał viola podśpiewuje pijackim flow. Początkowe dźwięki trzeciego odcinka zdają się być nieco bardziej agresywne, po męsku masywne, po prostu głośniejsze. Benedict ma ochotę już teraz pójść w tango, Dirk skupia się jednak nad konstrukcją całości i nie reaguje na zaczepki partnera. Po chwili altówka płynie już szerokim korytem, gitara także gęstnieje, a na finał rwą już razem w galopie. Czwarty – brudne jęki violi i próba wytrzymałości strun gitary na rozciąganie. Strunowe Królestwo w rozkwicie. Po chwili zabawy z ciszą i zawieszeniem narracji, szczypta minimalizmu na końcach placów, drżenie nieobecnego, budowanie mikrodronów. Molekularna improwizacja, a tuż po niej powrót do gęstego ściegu, charakterystycznego na trzech pierwszych części. Błyskotliwy technicznie, akustyczny meta noise. Start piątego odcinka ma miejsce na najmniejszych strunach obu instrumentów. Małe, delikatne historie toczą się aż do momentu znalezienia punktu zaczepienia. Kolejne przykłady niemal telepatycznego zrozumienia w duecie. Dialog na zadziory, viola brzmi prawie bluegrassowo, gitara także szuka gatunkowych konotacji. Dirk sugeruje rytm, Benedict chętnie zatańczy. Zejście w ciszę jest w tej sytuacji pewnym zaskoczeniem. Cuda na gryfie altówki, która przez chwilę zostaje sama na placu boju. Gitara czeka na rozwój wypadków, następnie szuka kurzu pomiędzy strunami. Sonorystyka zamykanej krypty grobowca umila nam ostatnie sekundy. Szósty fragment rodzi się czystymi dźwiękami gitary. Obok pętle altówki. Element repetycji wprowadza do nagrania nowy aspekt dramaturgiczny. Groźnie, agresywnie, ale i leniwie w trakcie najkrótszej części płyty. Siódma – kanty, zadziory, małe frazy, viola w skowycie, obok gryzienie strun gitary. Po chwili - posuwiste smugi cienia, cisza i dramaturgiczna repetycja, pomiędzy nimi sekundy hałasu i wytryski emocji. Ślizgawki, macanki, wybroczyny i szpety. Pozorna elektroakustyka, czyniona bez grama prądu. Najdłuższy odcinek serwuje nam dużą amplitudę drgań, emocji, intensywności przekazu. Na finał galop z fajerwerkami! Ósmy startuje przy wtórze jęków altówki, maltretowanej ciszą studyjnych okoliczności. Echo wprost z pudła rezonansowego. Pajęczyna gitarowych zadziorów, slajsy altówki. Instrumenty gadają jak bracia syjamscy. Wreszcie finał albumu – ostra gitara, viola niczym upalony chamber. Dużo emocji, brak ślimaczych zachowań. Tanecznie, dynamicznie, krwiście! Muzycy zdają się mieć sobie dużo do powiedzenia na podsumowaniu sesji nagraniowej. Strunowe szaleństwo! Obok bije dzwon. Komu? Zapewne nam! Dirk i Benedict uroczo wybrzmiewają przy jego posępnych dźwiękach.




Ear Duration

Taylor i Serries zostają z nami (ten drugi ma ze sobą także akordeon). W uzupełnieniu składu formacji Tonus, dołączają do nich: Graham Dunning na werblu (plus obiekty), Martina Verhoeven na fortepianie oraz Colin Webster na flecie i saksofonie altowym. Nagranie studyjne z Hackney Road, Londyn, 26 października ubiegłego roku. Trzy sety, poddanej procesowi predefinicji, muzyki improwizowanej, umieszczone na krążku nie chronologicznie (najpierw usłyszymy set drugi, potem trzeci, na końcu zaś pierwszy, przy okazji najdłuższy – łącznie wszystkie one pochłoną 62 minuty bez jednej sekundy naszego bezcennego czasu). Muzycy improwizują wedle werbalnych lub przekazywanych gestami, instrukcji gitarzysty. Kierując się słowami zawartymi w liner notes, można powiedzieć, że to przykład predefinicji, która miast pętać instynkt improwizatora, stara się kreować jego wyobraźnię, wyrywać ze strefy komfortu, która pozwala unikać typowych i wyuczonych zachowań w procesie swobodnej wymiany dźwięków, by nie rzec - pokonać pewien rodzaj artystycznego lenistwa.

Set 2. Muskany dłońmi werbel, drżące struny, szmery, szelesty, napięcia i przepięcia stuprocentowej akustyki. Moc małych dźwięków, prychania saksofonu, pojedynczych akordów piana - mikroakcje, mikroreakcje. Rozmowa półgębkiem, frazy wypowiadane krótkimi słowami. Z czasem programowa pasywność traci na sile, a w potoku narracji pojawiają się wyrazy dwu-, a nawet trzysylabowe, które zwinnie się komplikują, wchodzą w coraz tłustsze zwarcia. Ciekawe przeciąganie liny na gryfie altówki, podczas gdy zajęciem pozostałych zdaje się być specyficzne call & response. W 7 minucie, incydentalne, nanosekundowe salwy wprost z klawiatury, szorowanie werbla i skrawki melodii na małym strunowcu. Pajęczyna improwizacji zdaje się gęstnieć. Saksofon wydaje z siebie jednocześnie więcej niż jeden przedech. Moc kolektywnej zabawy w dźwięki w rozkwicie. Skojarzenie z Karyobin Spontaneous Music Ensemble dodaje radości licu recenzenta. Jesteśmy z dala od programowego minimalizmu Tonusa.

Set 3. Akord gitary, cisza, szmer werbla w oczekiwaniu na dźwięk. Echo nieistnienia, stukot z oddalenia, szum z tuby. Muzycy balansują na progu ciszy, ślą mikrofazy ledwie dostrzegalne gołym okiem. Sucha kipiel w tubie zwiastuje zmiany. Kolejny sygnał, to mocny akord piana – zdaje się, że to element najbardziej charakterystyczny dla poetyki Tonusa. Źdźbła sonorystyki spod wilgotnego werbla, półdźwięki z pudła rezonansowego gitary, pisk altówki, szmer niepokoju z tuby. W 7 minucie muzycy budują skwiercząco-szumiący wielogłos, który systematycznie, acz powolnie, rozkłada się na pojedyncze ekspozycje, które raz za razem wchodzą w niebanalne interakcje. Strumienie ciekawych i zaskakujących dźwięków, które w okolicach 11 minuty narastają i pętlą się, by po kolejnych kilku minutach, przejść w fazę elektroakustycznych ślizgawek po strunach, dyszach i innych powierzchniach płaskich. W komentarzu półdźwięki altowe i … akord piana, niczym cerber ładu i chaosu tej delikatnie sterowanej improwizacji.

Set 1. Bez zaskoczenia – akord piana, potem plama z altówki i nowe elementy – suchy flet i rezonujący akordeon. Brudne dźwięki strun, klejone do siebie interwałami ciszy. Znów akord piana, akord, akord… Szelest wody z obiektów Dunninga, symfonia małych dźwięków. Set ma konstrukcję minimalistyczno- repetytywną, budowaną wokół westchnień piana, długą w czasie, jakby idealnie pomieszczoną w kanonie twej idei muzykowania. Slow chamber in sonore. 9-10 minuta przynoszą incydentalne pasaże fletu i altówki, które zdają się być nieco dłuższe niż uprzednio. Obok, narracja budowana przez werbel i obiekty, sprawia nawet wrażenie dłuższej niż rok świetlny. Plastry elektroakustycznego miodu wydają się coraz bardziej rozłożyste i lepkie w dotyku, delikatnie nasączone życiem. Cały set, to skrajnie monotonny potok frapujących dźwięków, rodzaj wszakże dramaturgicznego spleenu, który nie ma zaszytego w sobie kierunku działania. Po 15 minucie dźwięki stają się uporczywie powtarzalne, bez istotnych zaskoczeń, jakich doświadczaliśmy w trakcie seta 2 i 3. Solą narracji wydają się tu być konstrukcje Dunninga, umieszczone na środku sceny, budowane poprzez szmer obiektów, które wchodzą w relacje dotykowe z naładowanym małym prądem werblem. Piano i akordeon stawiają stemple repetycji, wokół nich, na drugim i trzecim planie dzieją się małe dramaty, które – szczęśliwie – skutecznie absorbują naszą uwagę. Po 25 minucie w tej roli, from time to time, występują naprzemiennie flet i altówka. Schemat Tonusa nie akceptuje jednak większych porcji ekspresji.




zeitweise leichter Schneefall

Dwa pierwsze dni lutego ubiegłego roku, Bazylea, Atelier Klingentalstrasse, dwoje szwajcarskich muzyków: Christoph Schiller – spinet (mały, akustyczny instrument klawiszowy) i głos oraz Anouck Genthon – skrzypce. Siedem kompozycji, 27 minut. Przykład – być może – na wykorzystanie technik tonusowych w praktyce muzyki komponowanej w stylistyce minimalitycznej. Zbiór repetycji i wariacji na temat, z krytycznym aspektem ciszy, jako elementem środowiska dźwiękowego. A może alternatywna wersja muzyki barokowej?  Rodzaj eklektycznego eksperymentu? Twórczego redukcjonizmu? Pytania można mnożyć w nieskończoność. Zajrzyjmy wszak do środka – to mniej niż pół godziny.

Opowieść zapisana na czerstwych kartkach z pięciolinią, oparta jest na frazach spinetu i głosu, które z jednej strony generują interwał konceptualnej niemal ciszy, z drugiej wzbudzają skrzypce do posuwistych, małych ekspozycji, pełnych smagłych szarości. Muzyka jakby grana na baczność, realizowana wszakże w błyskotliwych okolicznościach akustycznych. Brzmienie strunowca jest czyste, surowe, niepobłogosławione. Spinet porusza się z dużą swadą, chwilami sprawia wrażenie, jakby był delikatnie preparowany. Wreszcie głos ludzki, który stawia stemple i wydaje certyfikaty jakości. Druga opowieść akcentuje nieco dłuższe opowieści, choć sam stelaż muzycznego konceptu pozostaje niezmieniony. Spinet brzmi tu akurat ubogo, jakby miał jedynie pojedyncze struny w pudle. Minimal chamber without fire! – notuje lekko ziewający recenzent. W trzeciej części skrzypce dodają coś od siebie, pół dodatkowej porcji dźwięku, incydentalny szelest strun. Spinet też minimalnie gęstszy, obok szczypta rechotu wprost z gardła. Przy okazji czwartej części kolejna refleksja – muzycy bardzo się kochają, ale jakby nie potrafili ze sobą rozmawiać. Koncept goni koncept, a uczucia umierają. Intrygujący mezalians wprost z pięciolinii. W trakcie piątej kompozycji recenzent doznaje swoistego deja vu. Czy ja już tego wcześniej nie słyszałem? Szósta część niesie odrobinę brudu w brzmieniu skrzypiec, akord spinetu nosi zaś znamiona delikatnego zadzioru. Ot, konceptualizm trudny do zdiagnozowania. Dwudziestą siódmą minutę osiągamy dość swobodnie, głównie dzięki wciąż pięknemu brzmieniu obu instrumentów. 


Poprzednie recenzje płyt A New Wave Of Jazz:





środa, 9 stycznia 2019

Trevor Watts & RGG! Listen to RAFA!


Wedle precyzyjnych obliczeń redakcji, warszawska Fundacja Słuchaj! wydała w roku ubiegłym piętnaście tytułów. Imponujący rezultat na niwie free jazz/ free improv! Gratulacje!

Śpieszymy zatem z recenzjami. Poniżej omówienie kolejnego - po koncercie z Evanem Parkerem - improwizowanego spotkania tria RGG z legendą gatunku. Po nim do opisu pozostaną nam już tylko płyty Free Radicals at Dom (Evans, Fernandez, Guy) i Gemstones (Pohjola/ Garbowski/ Gradziuk). Na stosowne teksty, na skromnych łamach Trybuny, przyjdzie czas już niebawem.




Zimowo/ wiosenna edycja Festiwalu Jazz Jantar 2018, połowa marca, Gdańsk, zapewne scena klubu Żak. A na niej czwórka muzyków: Trevor Watts – saksofon altowy i sopranowy, Łukasz Ojdana – fortepian, Maciej Garbowski – kontrabas oraz Krzysztof Gradziuk – perkusja. Koncert składa się z czterech części zasadniczych, każda zatytułowana RAFA (podział jest bardzo umowny, muzycy grają bowiem bez przerw) i rozbudowanego bisu. Całość nagrania – wedle słów wydawcy – jest improwizowana i trwa łącznie 70 minut bez kilkunastu sekund.

RAFA 1. Wysoki sopran, obok skupione trio. Krótkie frazy, niuanse pure jazzu kolektywnie improwizowanego. Dyscyplina, ład i porządek, bez solowych popisów - kwartet, do którego każdy z muzyków dokłada cząstkę siebie. Choć w początkowej fazie koncertu, nie sposób nie podkreślić wiodącej roli kontrabasu i saksofonu. Muzycy bardzo zwinnie eskalują się, przy okazji niezwykle demokratycznie korzystając z dostępu do wspólnej przestrzeni muzycznej. W drugiej części pieśni otwarcia warto podkreślić smakowitą ekspozycję sopranu, także dobrą robotę pianisty. W 10 minucie Watts robi sobie short break i zmienia saksofon na altowy. Wspólnie tłumią narrację do poziomu ciszy, by zgrabnie rozpocząć…

RAFA 2. … kolejny epizod koncertu. Mała gra, szmery w tubie, pojedyncze akordy piana, smyczek na gryfie. Zgrabnie budują nową opowieść. Pomysły zdają się rodzić w samym środku głowy tego kwartetu. Muzycy dobrze na siebie reagują, snują spokojną balladę dla tłumu niepokornych. Szczypta ECM-owskiej słodkości i zadumy. Mocny pasaż altu wyprowadza kwartet z tego stanu na długą prostą. Na finał tej części stylowe, mocne solo kontrabasu, grane pizzicato.

RAFA 3. Startujemy w trzecią opowieść ponownie z marszu, w obliczu oklasków. Pierwszym konstruktorem nowej narracji jest pianista. Dobrze pracuje cała sekcja, a saksofonista odpoczywa. Powraca w 4 minucie i sopranem buduje powolną ekspozycję, która po czasie ciekawie narasta. Watts śmiało idzie w tango, a RGG – które świetnie reguluje tempo akcji i trzyma szkielet improwizacji w ryzach - czyni to samo! Przed 10 minutą osiągają już bardzo swobodny galop, który równie zwinnie gaszą w klimacie straight ahead jazzu. Znów mini przerwa Trevora daje szansę pozostałym muzykom na pokazanie klasy. Powraca w idealnym momencie, inspirując mocne hamowanie z marszu. Tuż potem wystawna ekspozycja perkusji i spokojne wejście w….

RAFA 4. … czwartą opowieść. Na początek piano solo w minimalistycznej stylistyce. Obok sopran delikatnie przysładza. Znów ECM-owski ocean łagodności, wszakże stylowy i na temat. Kontrabas czuwa i step by step nakręca spiralę narracji, delikatnie zatopioną w zbyt spokojnym walkingu. Trevor – po zmianie instrumentu - dokłada do ognia po mistrzowsku, prawdziwy złoty alt w kipieli! Daje całemu kwartetowi orgazm w prezencie! Wszyscy muzycy zdają się stawiać teraz stemple doskonałości, a koncert bez trudu osiąga stan najwyższej jakości. Tuż potem sax and drums in fire jako niebanalne interludium! Tu wszelki komentarz jest już zbędny. Do tego, piękne stopowanie! Prawdziwe cacko! Rezonans na talerzach, stuki na gryfie. Brawo!

RAFA 5. Wywołany oklaskami encore zaczyna się na klawiaturze fortepianu. Garbowski i Gradziuk suną po czerwonym dywanie, Watts znów się gotuje, a Ojdana bije po mokrych klawiszach. Gęsty galop na finał, wprost po wysoką ocenę recenzenta. Na finałowej prostej ładnie szukają ostatniego dźwięku (ach, ten Watts!).



wtorek, 8 stycznia 2019

Bopp! Barbares! Leandre & Minton! Welcome to Creative FOUndation!


Kolejny odcinek Trybuny uzupełniający recenzje płyt, jakie znalazły na naszym rocznym podsumowaniu. Czas na francuską puzonistkę Christiane Bopp, która uraczyła nas w roku ubiegłym nie tylko doskonałą płytą solową, ale także równie smakowitym koncertem na warszawskim Ad Libitum, w duecie z Nurrią Andorrą.

Odsłuch i odczyt płyty Bopp Noyau de Lune, uzupełnimy o dwie kolejne, jedną z jej udziałem, drugą zaś bez, ale za to, jak wszystkie dziś prezentowane, wydaną przez francuską oficynę Fou Records, którą kieruje człowiek-instytucja na tamtejszej scenie muzycznej – Jean-Marc Foussat. Dodajmy, że te dwie ostatnie płyty nie są premierami, mają już bowiem za sobą więcej niż 12 miesięcy życia.




Christiane Bopp Noyau de Lune (Fou Records, CD 2018)

Ubiegłoroczne lato było gorące w każdej części Europy. W tych niełatwych okolicznościach przyrody, w jednym z paryskich studiów nagraniowych, powstała płyta, zarejestrowana przy wykorzystaniu puzonu, również preparowanego, głosu, wielu dodatkowych urządzeń, w tym tzw. końcówek do instrumentu dętego blaszanego, a także w wyniku manipulowania poziomem nagłośnienia dźwięku (odczyt z francuskiego być może nie wyszedł nam najlepiej). Siedem historii z tytułami, równo 40 minut muzyki.

Puzon Christiane startuje z dna głębokiej rzeki, tuż obok czujemy też podmuch ciepłego powietrza. Od początku zdajemy sobie zatem sprawę, że gra dla nas więcej niż jeden instrument. Dodajmy, iż dziać się tak będzie w prawie każdym utworze. Akustyczne preparacje, półmrok, pół… cisza. Tajemniczy oddech, któremu towarzyszy… dźwięk trzeciego puzonu. Narracja przypomina elektroakustyczny flow, ale bez prądu, może jedynie, gdzie niegdzie, dźwięk bywa delikatnie amplifikowany. W drugim utworze napotykamy na dwa wątki dynamicznego prychania, szum, pokrzykiwania i głos ludzki. Wątki, które wchodzą w emocjonalny, acz spokojny dialog. Brzmienie puzonu jest czyste, niemal zlepione z głosem. Trzeci odcinek zaprasza nas do tańca! Dźwięk z tuby puzonu i głos biorą się pod ramię i brną we wspólny, niemal folkowy zaśpiew. Bystre, niesamowite! Kocie pląsy, tygrysie zaloty! Mantra, hinduska raga, cokolwiek sobie wymarzysz – kosmos kreatywności! W czwartej części puzony rodzą się jak grzyby do deszczu. Na starcie są już trzy. Garść akcentów perkusjonalnych, suche prychanie i mokre całusy. Igraszki z fakturą dźwięku, multifonia, przekomarzania, a potem zwinne zejście do poziomu ciszy. Piąty – śpiewnie, hymnicznie, każdym porem skóry, każdym fragmentem puzonu. W tle oddech, łapanie powietrza. Jest i drugi puzon, a może to tylko echo, albo rodzaj live processing. Puzony wchodzą w dialog, obok jęki wprost z głębi gardła. Szósty utwór wita nas krótkimi, urywanymi frazami. Szept, pogłos, a … jednak to drugi puzon. Trochę się przedrzeźniają, ale na wesoło i bez specjalnych emocji. Meta taneczna ekspozycja, posadowiona jednak bardzo blisko ciszy. Wreszcie finał – powraca folkowe zawodzenie. Oddech, szmer kurzu, gwizd ustnika. Śpiew z samego gardła, znów gwizd, zabawa na całego. Niemal jak żart – upalona Japonka zagubiła się na wakacjach w Europie i desperacko szuka pomocy! Tuż potem dynamiczne pasaże, coś na kształt beat-boxingu, no i puzon, który śpiewa już samodzielnie, bez udziału sprawczego muzyka. Fajerwerki, wszystko, czego chcesz!




Barbares ‎ Débris D'Orgueil (Fou Records, CD 2017)

Christiane zostaje z nami! Dołącza do niej trzech postawnych mężczyzn: Jean-Luc Petit - klarnet kontrabasowy i saksofon sopranowy, Jean-Marc Foussat – syntezator i głos oraz Makoto Sato – perkusja. Dwie swobodne improwizacje, zarejestrowane w Paryżu, w dwa kolejne, letnie dni 2016 roku. Łącznie 59 minut z sekundami (opis płyty zawiera błędy w tym zakresie).

Dzień pierwszy. Zwinne, kocie perkusjonalia, które szybko przechodzą w progresywny drumming, rechot dęciaków i syntetyczne dźwięki w tle, groźnie pomrukujące. Od pierwszego dźwięku narracja jest bystra, gęsta i szczędzi nam pustych przebiegów. Klarnet kontrabasowy kreśli pętle, puzon zdaje się tańczyć wokół niego. Piękna i trzy bestie! Elektronika początkowo skromna, nieinwazyjna, leje się jak woda i podśpiewuje. Od 6 minuty stara się jednak przejmować inicjatywę, stymulować rozwój improwizacji. Oniryczna, płynna podróż najeżona akustycznymi przeszkodami. Są i głosy z piekła rodem, łoskot analogowej elektroniki. Po 11 minucie atak syntetyki wydaje się nieco zbyt natarczywy, reszta muzykantów walczy jednak bardzo dzielnie. Po chwili chaos elektroakustyki pięknie wybrzmiewa i rozlewa się gęstymi strumieniami. W komentarzu drobny zaśpiew puzonu. W 19 minucie Bopp jakby się multiplikowała, a może to Foussat jest sprawcą tego akustycznego wrażenia. Spokojna narracja, skąpana w drobinach syntetyki, wiedzie nas na finał dnia. Na scenie pojawia się po raz pierwszy tego dnia saksofon sopranowy, kierując całą narrację ku eskalacji. Mnogość dźwięków nieznanego pochodzenia ciekawie zagęszcza finał. Jest i zwinny dźwięk puzonu, i taneczny sopran w stylistyce Trevora Wattsa.

Dzień drugi. Drony dużego klarnetu, smugi cienia puzonu, szelest perkusji, syntezator, który wchodzi do gry stojąc na palcach. Trochę repetycji na flankach, potem krok w kierunku zagęszczania narracji. 6 minuta i mały, niemal akustyczny galop z elektroakustycznym backgroundem. Trzy minuty później Foussat atakuje chórem syntetyki. W komentarzu dęty dialog i drumming z synkopą. A zaraz potem konfrontacja syntezatora z puzonem, niczym mała burza z piorunami. Równie piękna, jak i dynamiczna ściana dźwięku. Recenzent śle jednak pochwały pod adresem Foussata, który tym razem świetnie trzyma nerwy na wodzy, a dawki jego elektroniki są dziś szyte na miarę coraz ciekawszej improwizacji. Kolejne wyciszenie znów przychodzi szybko, ale i we właściwym momencie (brawa dla wszystkich za porządek dramaturgiczny!). Intrygujące echo sopranu daje dość szybko znak do kolejnej eskalacji. 15 minuta, to dobre, dęte dialogi, choć elektronika nadciąga dużymi krokami. Całość narracji dość zwinnie przepoczwarza się w niemal free jazzowy galop, tu ze świetnym drummingiem Sato (jeden z najlepszych momentów płyty!). Powerful! W 19 minucie muzycy schodzą w głuchą ciszę. Zwinny puzon, mała perkusja, jakże smakowity duet. W tle pogłos, echo rozsądnej elektroniki. Narracja w tle jakby lepiła się w dron. Klarnet drży, puzon też ma ochotę na dłuższą ekspozycję. Są i głosy, tym razem anielskie, lekko podpalane, także zmysłowy sopran. Od 25 minuty następuje kolektywne i sukcesywne gaszenie improwizacji. Dęciaki pomrukują z zadowolenia, słychać śpiew ptaków (!). Bopp i Petit na moment zostają sami, nawet słychać gości w barze. Po chwili sprawy w swoje ręce biorą Foussat i Sato. Bystrym duetem, podszytym delikatnym rytmem, osiągają linię mety.




Joëlle Léandre/ Phil Minton  Léandre-Minton (Fou Records, CD 2017)

Początek października 2016 roku, Paryż, 19 rue Paul Fort. Na scenie dwie wyjątkowe postaci europejskiego free improv – Ona na kontrabasie, będzie też używać głosu i On, który używać będzie wyłącznie głosu. Zasadnicza część koncertu przekroczy 30 minut, po nim dwa kilkominutowe encore – łącznie trzy kwadranse i kilkadziesiąt sekund. Płyta nie ma co prawda tytułu, ale połączone w całość nazwy poszczególnych jej części dadzą nam roboczy tytuł Silence in Bluish.

Wejście Francuzki w koncert, jak to ona ma w zwyczaju, jest niezwykle wyraziste – szarpnięcie struny i smyczek niemal w jednym dźwięku. Obok z samego dna gardła zmysłowo pojękuje Anglik. Od pierwszego spojrzenia muzycy pozostają w wyśmienitej relacji. Nic w zachowaniu partnera nie uchodzi ich uwadze, bystrze na siebie reagują, wchodzą w intrygującego dialogi, incydentalnie imitują się wzajemnie. Skwierczący smyczek i zalotne gwizdy, śpiew i krzyk, także sążniste zapasy, gdy schodzą nisko na kolanach – barokowe niemal bogactwo dźwięków i wrażeń (zapewne także wizualnych). Popisy Mintona, który – jak świetnie wiemy – jest w stanie wydać z siebie każdy dźwięk, obok Leandre, która arsenał werbalnych środków wyrazu – to także świetnie wiemy – ma niezwykle rozbudowany. Ta druga do słownych igraszek włącza się około 10 minuty. Humor, szczypta teatralnej groteski, rozbudowane didaskalia. W 12-13 minucie muzycy śmiało idą w dynamiczny półgalop. Minton zdaje się mieć tysiąc pomysłów na sekundę, Leandre dokłada kolejne kilkaset. Zmiana goni zmianę. W 20 minucie wzajemnie na siebie pogwizdują, dwie minuty potem rozgrzany smyczek dyskutuje z melorecytacją wokalisty. W 25 minucie kontrabasistka śpiewa drobną arię operową, towarzyszy jej pomruk zadowolenia partnera – jakże piękny moment! Brawura, humor, kosmiczny warsztat, barokowy przepych – reasumuje recenzent. Na finał szmery i syczenie – whaw!

Pierwsza dogrywka zaczyna się od ptasiego gwizdu, pijackiego gaworzenia. Obok przyczajone pizzicato. Muzycy znów kipią emocjami, empatią i pełnym zrozumieniem idei tej zabawy w dźwięki. Słyszymy dawno zapomniany głos Kaczora Donalda! Leandre w ramach riposty jęczy i śpiewa bluesa. Potem galop i równie dynamiczne stopowanie, połączone z rozszarpywaniem strun ołowianym smykiem. Wreszcie sam finał tego błyskotliwego spektaklu – kaszel, mdłości, podrygi i … pizzicato. Krzyk, jęki konającego i zapach lisiego potu. Zejście na kolana, zwinne poszukiwanie ciszy. Barok Leandre na niskim smyku niemal płonie, Minton bulgocze, gdacze i skatuje. What a finish!



czwartek, 3 stycznia 2019

Charlotte Hug! Big and Small Miracles to Listen!


Redakcyjna lista najlepszych płyt roku upubliczniona została dokładnie w ostatni poniedziałek. Cztery z czterdziestu czterech pozycji tam zawartych nie doczekały się jak dotąd recenzji. Czas zacząć dynamicznie nadrabiać zaległości.

Zaczniemy od szwajcarskiej altowiolinistki Charlotte Hug. W trakcie minionego Ad Libitum Festival udowodniła, iż jest nie tylko świetną improwizatorką, ale równie doskonałą dyrygentką, choreografką i plastyczką. Prawdziwa kobieta renesansu!

Dziś zaglądamy do dwóch jej płyt, upublicznionych światu przez Fundację Słuchaj! ostatniej jesieni. Najpierw dwa projekty orkiestrowe na jednym krążku, potem soczysty duet free improv. Dodajmy, iż pierwsze z wydawnictw trafiło na listę 44 najwybitniejszych płyt roku 2018 w jakże subiektywnej ocenie Pana Redaktora.




Son-Icon Music. Orchestra And Choral Works by Charlotte Hug

Naszą przygodę z muzyką wielkogabarytową Charlotte Hug zaczynamy w roku 2011. Na scenie w szwajcarskiej Lucernie, złożona z młodych muzyków orkiestra Lucerne Festival Academy, wykonuje kompozycję Nachtplasmen For Orchestra and Video-score with Son-Icons (w dużej części, wykonuje ją w drodze improwizacji). Trzy części, ta pierwsza dodatkowo także podzielona na trzy fragmenty, 36 minut z sekundami. Pierwsza i ostatnia część jest dyrygowana przez Charlotte, w tej zaś środkowej, muzycy improwizują wedle wskazówek, jak daje im zapis video sound drawings przygotowane przez Szwajcarkę.

Part I. Elektroakustyczny szmer filharmonii. Nie znamy dokładnego instrumentarium, zatem smak szeleszczącej amplifikacji może być tu jedynie… akustycznym złudzeniem. Narracja delikatnie narasta długimi frazami (sustained!), symfoniczny wielogłos w pełnej skali, urocze dźwiękowe bazgroły. W 4 minucie opowieść rozrywa się, za zgodą wszystkich, na pojedyncze niemal głosy. Chór małych strunowców płynie naprawdę wysokim wzgórzem. Kompozycja, malarstwo, improwizacja – w takim oto szyku bojowym. Tuż potem orkiestra wpada w chaos błyskotliwego kolektywizmu. Kompozycja, która zakłada wielką swobodę daną podmiotom wykonawczym. Świetny plan, inteligentna dyrygentura i mistrzowskie wykonanie! – recenzent bazgrze pierwsze podsumowanie. Piękna orkiestracja, moc małych dźwięków silnej filharmonii. Taniec, teatr, zwinne repetycje. Urocza ekspozycja Strings & Tuba! Potem ostry pasaż kontrabasu, pisk pozostałych strun i solowa partia trąbki. Part II. Kolektywna improwizacja pod obraz! Podskoki, półrytmy, swawole watahy skrzypiec, altówek, cokolwiek tam mają w rękach. Grzmoty czeredy dęciaków w ramach komentarza. Złe wichry, dobre podmuchy, jakże istotnie znacząca amplituda emocji. Part III. Znów brzęcząca filharmonia, w oczekiwaniu na coś nieoczywistego. Płynne narastanie, pląsy strunowców, obok dęciaki, które szykują się do lotu. Prawdziwie diabelska kołomyja! Silne głosy wprost z gardeł, które brzmią jak instrumenty dęte, podczas gdy te drugie krzyczą niczym istoty ludzkie. Wybuchają i tłumią emocje niemal w tym samym momencie. Filharmonia w fazie ognistej improwizacji! Jakże gęsty finał, który karze prosić o więcej. Ciszę osiągamy przy cykadach serii dzwonków.

Na osi czasu pojawia się rok 2013. Tym razem jesteśmy w Monachium. Na scenie the via-nova choir Munich, w trakcie imprezy nazwanej Klangspuren Schwaz - Festival for New Music. Kompozycja Inn Cammino for choir and Son-Icons o konstrukcji dramaturgicznej bliźniaczo podobnej do pierwszej na płycie. Trzy części, pierwsza i ostatnia realizowana po batutą Hug, środkowa - wedle wskazań i inspiracji wizualnych. Całość potrwa 16 i pół minuty.

Część pierwsza startuje w pół słowa, w ćwierć dźwięku. Wraz z muzykami zanurzamy uszy w pasażach fonii …zaskakująco podobnych do dziś już słyszanych. Zamiast jednak rozbudowanego zestawu instrumentów, tylko ludzkie głosy (dziewięć, może więcej). Ach te głosy, jakie skale, jakie możliwości, żywe instrumenty chyba tak nie potrafią! Śpiewy, melorecytacje, wszystkie dostępne techniki wydawania dźwięków otworem gębowym, także szelest, rechot i grzmoty. Muzyka toczy się wedle … notacji interaktywnej (patrz: liner notes), zatem nic nie dzieje się tu bez aktywnej roli każdego z wokalistów. No i wizualna stymulacja, jakże uroczy efekt! Sanatorium Pod klepsydrą, Szpital Przemienienia! A potem już tylko część druga, czyli opowieść o tym, jak ptasia orkiestra straszy niegrzeczne dzieci. Błyskotliwa improwizacja wprost spod obrazów Son-Icons. Wreszcie trzecia odsłona kompozycji Inn Cammino, czyli Panie na lewo, Panowie na prawo, a środkiem … także Panie. Chóry anielskie wymieszane z diabelskimi, bez możliwości rozdzielenia strefy wpływów. Pełen pluralizm fonii. Od szeptu do krzyku, od dołu do góry, wszystko wszakże skąpane w akustycznym niebie.




Fulguratio by Charlotte Hug & Lucas Niggli

Warszawski Festiwal Ad Libitum, edycja roku 2016, na scenie Centrum Sztuki Współczesnej - Charlotte Hug – altówka i głos oraz Lucas Niggli – perkusja, instrumenty perkusyjne. Zagrają pięć swobodnych improwizacji z tytułami (ich pierwsze spotkanie sceniczne w duecie), łącznie 41 minut i 50 sekund.

Obliqua fulmina. Rozedrgane talerze, palce i smyczek ślizgające się po gryfie, introdukcja pełna wewnętrznej ciszy. Intrygujący, brudny tembr altówki, skrupulatny, gęsty, choć lekki drumming. Już na początku koncertu Charlotte lubi pohałasować, ma bardzo dynamiczny flow, Lucas jest tuż obok, a moc pierwszego spotkania promienieje z ich twarzy. Nagły stopping i równie błyskotliwy restart. Po chwili głos z ust altowiolinistki gada tym samym językiem, jak strunowy instrument. Także skromne, jazzowe solo perkusji, dobitnie skomentowane szorstkim skokiem po strunach. Paleta artystycznych środków wyrazu Szwajcarki, zarówno w głosie, jak i na gryfie, buduje jakość tego spektaklu. Rumbrum Spiritus. Od pierwszego dźwięku Hug czyni już same cuda. Sonore na gryfie, sonore głęboko w gardle. Lucas trzyma się jazzowego idiomu, dobrze jednak czuje temperaturę koncertu i bystro akcentuje popisy koleżanki. Dużo emocji i potu, wszystko czynione w świetnej komunikacji. Na finał fragmentu niemal galop na gryfie, bez sentymentów dla kogokolwiek. Lacunosus. Małe wichrowe wzgórze, smyk i percussion zdają się tańczyć w powietrzu. Głos i polerka po mokrych strunach. Lucas też przypomina sobie o walorach niekonwencjonalnego wydawania dźwięków. Po dynamizacji kolejne cuda na gryfie i rockowy flow na werblu, z punkowym brudem i barokowym bogactwem repetycji. Finałowa erupcja wyłącznie dobrych emocji. Virga. Szmery, posuwiste ruchy, high viola vs. doom drums. 3-minutowa perła pełna skupienia, a tuż po niej mała burza z piorunami. Perlucidus. Cicha noc, emocje schowane po kieszeniach, smell like ancient! Piękny moment! Kocie odgłosy, pojękiwania altówki, symfonia szczoteczek na werblu. Groźna cisza przed … kolejną burzą. W 5 minucie przepowiednia zaczyna się spełniać. Eskalacja buduje się step by step, znów moc fajerwerków ze strony Charlotte. Chocholi taniec, ekspresja na wizji (kto był, ten pamięta!), ekspresja na fonii. Drumming Lucasa nie zrywa nam włosów z głowy, ale daje radę nieść stąpającą już po chmurach, wyzwoloną i jakże błyskotliwą altowiolinistkę. Na ostatniej prostej głos dominuje na dźwiękiem z gryfu. Tu każdy wariant wygrywa!