Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Joniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Joniec. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 grudnia 2025

Giżycki, Joniec, Doskocz, Mańko, Janssen i Daszkiewicz na pożegnanie cyklu koncertowego Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club zapraszają na wielki finał spontanicznego cyklu koncertowego! Po niemal siedmiu latach funkcjonowania tej inicjatywy, w trzecią sobotę grudnia odbędzie się ostatni koncert. Jak piszą sami zainteresowani - od 13 lutego 2019 (wtedy odbył się pierwszy koncert) do 20 grudnia 2025 i ani jednego dnia dłużej!

Dragonowa scena Małego Domu Kultury oddana zostanie w ręce lokalnych (no prawie) muzyków improwizatorów. Każdy z nich grywał już pod spontanicznym szyldem, czy to na pojedynczych ekscesach cyklu, czy w trakcie Spontaneous Music Festival.

Saksofony, klarnety, skrzypce, gitary, perkusje i instrumenty perkusyjne, taśmy, sample i inne elektroniczne szaleństwa – a wszystko w rękach i głowach szóstki artystów: Michała Giżyckiego, Michała Jońca, Pawła Doskocza, Ostapa Mańko i Patryka Daszkiewicza – wszyscy z Poznania oraz Sebastiaana Janssena z Wrocławia (a także Holandii).

Najpierw artyści splotą swoje improwizowane zwoje nerwowe w trzech krótkich (około piętnastominutowych) setach duetowych.

Po przerwie ta sama szóstka muzyków połączy się w dwa tria, które będą improwizowały odrobinę dłużej (około pół godziny).

A potem wszyscy powiedzą sobie „Farewell My Friends, Farewell”!

 


Spontaneous Live Serries Vol. 80

20 grudnia 2025, Poznań, Zamkowa 3

 

20.15 Pierwszy blok (improwizacje krótsze)

Michał Giżycki/ Michał Joniec

Paweł Doskocz/ Ostap Mańko

Sebastiaan Janssen/ Patryk Daszkiewicz

 

21.15 Drugi blok (improwizacje dłuższe)

Michał Giżycki/ Paweł Doskocz/ Sebastiaan Janssen

Michał Joniec/ Ostap Mańko/ Patryk Daszkiewicz

Bilety dostępne przed koncertem – gotówka albo blik

 

Temu zacnemu wydarzeniu koncertowemu towarzyszyć będzie Wielki Kiermasz Świąteczny. Na drewnianych stołach Dragona czekać będą na miłośników muzyki improwizowanej naręcza płyt kompaktowych, a wszystkie w genialnych cenach: czarno-czerwone albumy iberyjskiego cyklu Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune z 50% rabatem, a szare albumy koncertowe Spontaneous Live Series z rabatem 20%!

 

 

 

wtorek, 11 lutego 2025

Psychobiotics of MikrobioM!


Struny zdewastowanego fortepianu drżą, wprawiane w ruch posuwistym, rozważnym ruchem ręki. Z tuby klarnetu wydobywa się wilgotne powietrze, które unosząc się ku górze napotyka na grube plastry ciszy. Lepiona zaniechaniem mroczna ballada nabiera blasku z wyjątkowym umiarem. Gdy klarnet ugina kolana, a akcje perkusjonalne we wnętrzu martwego piana robią się bardziej żwawe, intryga zawiązuje się. Nie wiadomo tylko, czy podąży w kierunku wielkich drzwi free jazzu, czy raczej pobroczy w mule swobodnej kameralistyki. Finał pierwszej improwizacji, wciśniętej w szelest zimowej nocy, jest strumieniem szmeru, wymianą drobnych, choć głębokich myśli, w aurze stygnącej dynamiki.




Otwarcie drugiej opowieści odbywa się na najniższym poziomie pudła rezonansowego. W tle słychać odgłosy miasta, szmer budynku, rozmowy ludzi, z pewnością nieświadomych procesu dźwiękowego, jaki odbywa się na zaludnionej dwoma osobami scenie bez publiczności. Klarnet snuje mroczne drony, które łapią echo fortepianu i unoszą się ku wyższym kondygnacjom kamienicy. Wszystko wokół nabiera czarnych barw i nerwowo dygocze. Ta ballada zła trwa niewiele ponad siedem minut i umiera niezaspokojona.

Kolejna nieprzespana noc dopada muzyków plejadą drobnych, szarpanych fraz. Klarnet skacze w miejscu, szura nogami, w brzuchu piana powstają filigranowe dźwięki, przepraszające za to, że bezceremonialnie gwałcą ciszę. Rozwaga i wstrzemięźliwość sadowią się w umysłach artystów i nie pozwalają na bardziej radykalny krok. W tubie klarnetu zaczynają panoszyć się kłęby suchego powietrza, które w zetknięciu z echem i dźwiękiem strun nabierają zaskakującej mięsistości. Improwizacja nosi teraz znamiona definitywnie halucynogennej. Klarnet wspina się na palce, frazy z no-piano chylą ku upadkowi. Opowieść gęstnieje, po czym daje nura w bezwzględną ciszę. Po chwili zawahania muzycy zaczynają delikatnie rozciągać zwiotczale mięsnie. Robią to jednak z dużą determinacją, bo po niedługim czasie płyną już dalece tanecznym krokiem. A nawet biegną. W końcu gasną w tumanie basowej nieskończoności.

Ostatnią balladę inicjuje kameralny wydech z tuby, który łapie echo i zamiera. W tle subtelnie dygoczą struny, ale pogłos, jakie wzbudzają kreuje prawdziwie lovecraftowską grozę. Wielkie pudło martwego fortepianu nabiera teraz wiatru w żagle i sieje popłoch. Klarnet nadyma się strachem, po czym znajduje ratunek tuż przy podłodze. Improwizacja niesiona podmuchem kreacji osiąga efektowny szczyt, choć każda z jej fraz wydaje się lekka, ulotna niczym pawie pióro. Skomlący klarnet mości się na drżących strunach, wije wokół kamieni i uschniętych liści. Tuż po trzynastej minucie fragment ciszy daje początek nowemu. Rozbłysk sięga wysoko - wielka, metalowa rupieciarnia dygocze, klarnet nuci smutną melodię. Wystudzona narracja potrzebuje tylko kilku kroków, by wejść w całkowity mrok. Nim muzycy dotrą do kresu, raz jeszcze stają w miejscu i nasłuchują. Sekwencja postrzępionych dźwięków sprawia, iż oni sami, ich instrumenty, cały budynek, kwartał miasta zaczynają drżeć. Finałowa salwa jest krótka, ale razi niczym piorun na bezchmurnym niebie. Piano stepuje, jakby jego klawiatura nagle ożyła. Klarnet pokrzykuje. Koniec jest bliski.

 

MikrobioM Psychobiotics (TORF Records, DL 2024). Michał Joniec – wnętrzności fortepianu, obiekty oraz Michał Giżycki – klarnet basowy. Kołorking Muzyczny, Poznań, dwie nocne sesje, styczeń 2023. Cztery improwizacje, 68 minut.



sobota, 27 kwietnia 2024

Improwizująca Grupa Wyszehradzka na spontanicznym wydarzeniu w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

W ostatnią niedzielę kwietnia poznański Dragon zaiskrzy muzyką improwizowaną już od wczesnych godzin popołudniowych. Najpierw odbędą warsztaty dla wszystkich chętnych o dowolnym poziomie zaawansowania artystycznego, a potem - już tradycyjnie o godzinie 20.00 - koncert, który przy okazji będzie 59.edycją cyklu koncertowego Spontaneous Live Series.



Rzeczony cykl koncertowy, organizowany od sześciu lat przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, zaproszony został do współorganizowania przedsięwzięcia artystycznego łączącego muzyków improwizujących z Państw tzw. Grupy Wyszehradzkiej, czyli Węgier, Słowacji, Czech i Polski.  Projekt afiliuje węgierska inicjatywa Quadrilateral Sound Exchange, której celem jest budowanie pomostów pomiędzy muzykami wymienionego rejonu geograficznego Europy, w szczególności zaś budowania wartości artystycznych poprzez komponowanie improwizujących składów z muzyków, którzy nigdy ze sobą wcześniej nie współpracowali. Innymi słowy …. classical ad hoc formations! Pomysł jakby zaczerpnięty na wprost z tego wszystkiego, czym jest Spontaneous Music Festival i cykl pojedynczych koncertów Spontaneous Live Serries.

Pierwszym projektem realizowanym w ramach tej kuratorskiej inicjatywy jest koncert, na który właśnie zapraszamy. Zagra dla nas międzynarodowy kwartet ad hoc w składzie: Paulina Owczarek (Polska) – saksofon altowy, Daniel Kordik (Słowacja) – elektronika, Jan Mikyska (Czechy) - viola da gamba, gitara elektryczna oraz Attila Gyárfás (Węgry) - perkusja, gardon.

W roli lokalnego suportu wystąpi trio ad hoc w składzie: Michał Giżycki – saksofony, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Michał Joniec – instrumenty perkusyjne.

Koncert, to jednak nie wszystko. Już bowiem wczesnym popołudniem tego samego dnia odbędą się warsztaty, które poprowadzą muzycy zaangażowani w projekt. Węgierski kompozytor/ improwizator Ernő Zoltán Rubik i wspomniany Daniel Kordik zaoferują „bezpieczną przestrzeń do słuchania i swobodnej zabawy, a wszystko po to, by osiągnąć maksymalne możliwości bycia obecnym w procesie improwizacji”.

 

Spontaneous Live Series Vol. 59: 28 kwietnia 2024, Warsztaty 15.00, Koncert 20.00

Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3

Ad Hoc Trio:

Michał Giżycki – saksofony, klarnet basowy

Paweł Doskocz – gitara elektryczna

Michał Joniec – instrumenty perkusyjne

Quadrilateral Sound Exchange:

Paulina Owczarek (PL) – saksofon altowy

Daniel Kordik (SK) - elektronika

Jan Mikyska (CZ) - viola da gamba, gitara elektryczna

Attila Gyárfás (HU) - perkusja, gardon

 

Bilety on-line: https://kbq.pl/127218

 

Quadrilateral Sound Exchange to międzynarodowy projekt zainicjowany przez Stowarzyszenie Muzyki Improwizowanej „JazzaJ”. Społeczność kuratorów, muzyków i wolontariuszy z siedzibą w Budapeszcie ma 12-letnią historię w kształtowaniu węgierskiej sceny improwizowanej. Łącząc muzyków, którzy nigdy wcześniej ze sobą nie grali, tworzą niepowtarzalne konstelacje artystyczne na każdym koncercie, jaki organizują.

W dniach 23-30 kwietnia Kwartet QSE wyruszyli w trasę, na którą złożą się cztery koncerty i cztery warsztaty realizowane przez muzyków tworzących formację. Łącząc czterech ekscytujących improwizatorów, po jednym z każdego kraju Grupy Wyszehradzkiej, projekt ma na celu zapoczątkowanie zrozumienia, współpracy i inspiracji na tętniących życiem scenach muzyki improwizowanej w Bratysławie, Pradze, Poznaniu i Budapeszcie.

Atrakcyjność projektu zwiększa fakt, że do kwartetu Owczarek-Kordik-Mikyska-Gyárfás w każdym mieście dołączy zespół lokalnej sceny improwizowanej.

Quadrilateral Sound Exchange jest współfinansowany przez Rządy Czech, Węgier, Polski i Słowacji w ramach Grantów Wyszehradzkich z Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Misją funduszu jest propagowanie pomysłów na trwałą współpracę regionalną w Europie Środkowej.



 

Biogramy:

Daniel Kordik – jego twórczość muzyczna obejmuje trzy dziedziny: muzykę elektroniczną, swobodne improwizacje i nagrania terenowe. Przez lata brał udział w wielu projektach, w tym w duecie hardware noise Jamka oraz w przedsięwzięciach solowych i grupowych, obejmujących swobodne improwizacje i nagrania terenowe. Razem z Edwardem Lucasem i N.O. Moore jest współwłaścicielem wytwórni Earshots: https://earshots.bandcamp.com/

Jego muzyka została wydana w takich wytwórniach, jak Superpang, Weltschmerzen, LOM, Sub Rosa, Takuroku, Baba Vanga, Confront Recordings, Scatter Archive, Urbsounds Collective i Earshots Recordings. https://danielkordik.bandcamp.com/

Jan Mikyska - kompozytor, muzyk i artysta mieszkającym w Pradze. Często pracuje na obrzeżach dźwięku, tworząc instalacje video, performance, teksty. Studiował kompozycję w Guildhall School of Music & Drama w Londynie (z wymianą na Universität der Künste w Berlinie i Centrum Studiów Audiowizualnych, FAMU w Pradze) oraz uzyskał tytuł magistra reżyserii teatru alternatywnego i lalek w DAMU w Pradze. Założył zespoły Stratocluster (improwizacja multimedialna) i Prague Quiet Music Collective (redukcjonistyczna muzyka współczesna), w których gra na gitarze, violi da gamba i innych instrumentach. Jan jest także zastępcą redaktora naczelnego Czeskiego Kwartalnika Muzycznego i pracuje jako tłumacz z języka czeskiego na angielski. www.ianmikyska.com

Paulina Owczarek – saksofonista i improwizatorka, absolwentka Akademii Muzycznej w Krakowie. Gra na saksofonie altowym i barytonowym. Interesuje się głównie swobodną improwizacją. Jest aktywną członkinią sceny muzyki improwizowanej i eksperymentalnej, bierze udział w licznych projektach free improv w Polsce i Europie.

Założycielka i dyrygenta Krakow Improvisers Orchestra, zespołu zajmującego się improwizacją dyrygowaną. Obecnie udziela się także w takich grupach, jak Morświn, WOO, Human.error, Cranky Ego, Figa, Ute von Bingen czy Sambar. Była członkiem takich formacji, jak Starych Taśmy, OCHO, Open House, London Improvisers Orchestra i Satoko Fujii Orchestra; współpracowała z teatrami i improwizowała z poetami, tancerzami i malarzami. https://paulinaowczarek.bandcamp.com

 Attila Gyárfás - węgierski perkusista i kompozytor skupiający się przede wszystkim na swobodnej improwizacji i badaniu możliwości tonalnych zestawu perkusyjnego.

Wystąpił na ponad 20 płytach i występował w wielu najważniejszych salach i festiwalach z takimi artystami, jak Magic Malik, Alexander von Schlippenbach, Ralph Alessi i Seijiro Murayama. Jako lider wydał trzy płyty (Cloud Factory w 2018 r., Randomity w 2020 r. i Minimal Distance w 2022 r.). Jest współzałożycielem grup Quelquefois i Identified Flying Object oraz członkiem eksperymentalnego folkowego zespołu jazzowego Kovász. Rozpoczął także projekt w duecie elektroakustycznym z kompozytorem Bálintem Bolcsó i regularnie występuje w duecie z pianistą Gabrielem Zuckerem. Od 2020 roku uczy gry na perkusji jazzowej w Akademii Muzycznej im. Franza Liszta. https://attilagyarfas.bandcamp.com/

 

 

niedziela, 12 listopada 2023

Spontaneous Live Series Vol. 52 & Vol. 53 - zaproszenie na koncerty listopadowe


(informacje prasowe)


Dave Rempis na jedynym koncercie solowym w Europie! A to nie jedyne atrakcje Spontaneous Live Series w listopadzie

 

W pierwszym listopadowym terminie cyklu koncertowego Spontaneous Live Series organizatorzy kontynuują spotkania ze swobodną improwizacją, realizowane według formuły solo – solo - duo.

Tym razem na scenie Dragon Social Club spotkają się dwaj niezwykle doświadczeni i uznani improwizatorzy. Z jednej strony legenda chicagowskiej sceny free jazzowej, saksofonista Dave Rempis, z drugiej poznański weteran swobodnie improwizowanych bojów, pianista Witold Oleszak, muzyk, bez którego trudno sobie wyobrazić kreatywną scenę poznańską ostatnich kilkunastu lat.

Koncert, który odbędzie się we wtorek 14 listopada rozpocznie od dwóch setów solowych, potem artyści zagrają wspólną improwizację. Ponieważ będzie to ich pierwsze spotkanie sceniczne, śmiało możemy je nazwać terminem „ad hoc”.



Dave Rempis zdaje się być w ostatnich latach najważniejszym animatorem sceny muzycznej w Chicago. Jest stałym kuratorem klubu Elastic, także współtwórcą festiwalu Umbrella Music. Jest założycielem i właścicielem wytwórni płytowej Aerophonic Records, której bogactwo freejazzowej oferty może oszołomić nawet najbardziej obytych fanów gatunku. Muzyk nie często sięga po solowe ekspozycje na saksofonie, w jego przebogatej dyskografii znajdziemy ledwie kilka tego typu incydentów. Tym bardziej zatem złaknieni jesteśmy jego improwizacji w tej formule. Zwłaszcza, iż koncert poznański będzie jedynym solowym występem Rempisa w całej Europie.


Spontaneous Live Series, Vol. 52

14 listopada 2023, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, Godzina 20.00

20.15 Witold Oleszak – fortepian solo

21.00 Dave Rempis - saksofon solo

21.45 Ad hoc duo


Bilety dostępne online:

https://www.kupbilecik.pl/imprezy/111027/Pozna%C5%84/Spontaneous+Live+Series/?fbclid=IwAR13ybps9wL9lOD0Da12Pv_HBtsUWO_vD8XV294XjRoAt9c5u0au8FMUrZU

 

Dave Rempis (USA) - saksofonista (altowy, tenorowy i barytonowy), kompozytor i improwizator; absolwent antropologii i etnomuzykologii Northwestern University oraz University of Ghana w Legon. Karierę muzyczną rozpoczął w 1997 roku i bardzo szybko otrzymał ofertę zastąpienia Marsa Williamsa w formacji Vandermark 5, której stałym członkiem jest po dziś dzień. Krótko po tym działalność rozpoczęły autorskie formacje Dave'a Rempisa - Triage (z Jasonem Ajemianem na basie i Timem Daisym na perkusji), Dave Rempis Quartet, The Rempis Percussion Quartet, Ballister. Koncertował i nagrywał z rozmaitymi składami - w triach z Aleciem Ramsdellem i Jerry'm Bryertonem, Jasonem Roebke i Jimem Bakerem, od początku został zaproszony do formacji Kena Vandermarka Territory Band, a także the Brian Dibblee Quartet oraz the Chicago Improvisers. Współpracuje z wszystkimi najważniejszymi muzykami chicagowskiego sceny, zarówno z jej weteranami, jak i młodym pokoleniem (Hamidem Drake'iem, Joe Morrisem, Fredem Lonberg-Holmem, Michaelem Zerangiem, Kevinem Drummem, Jaimie Branch, czy też Joshuą Abramsem), a także artystami europejskiej sceny awangardowej (Axelem Doernerem, Paulem Lyttonem, Frederikiem Ljungkvistem, Per-Ake Holmlanderem, Mikołajem Trzaską, Elizabeth Harnik i wielu innymi).

http://www.daverempis.com/

https://aerophonicrecords.bandcamp.com/album/coast-to-coast

https://daverempiscatalyticsound.bandcamp.com/album/lattice

 

Witold Oleszak (PL) - naukę muzyki rozpoczął w wieku 5 lat. Po latach formalnej edukacji (fortepian klasyczny) porzucił szkołę, występując jako członek para-teatralnych i avant-rockowych grup. Te doświadczenia, najbardziej wpłynęły na jego rozwój artystyczny. Od 1989 studiował architekturę (jest dyplomowanym architektem), jednocześnie samodzielnie kontynuował naukę gry na instrumencie. W tamtym czasie tworzył utwory-ilustracje dla teatru alternatywnego i koncepcje partytur graficznych. Zazwyczaj gra na fortepianie, fortepianie preparowanym, instrumentach własnej konstrukcji oraz zdewastowanych i uszkodzonych. Zarówno w muzyce, jak i w życiu, fascynuje go wszystko, co jest niejednoznaczne i niedookreślone. Przez ostatnią dekadę był całkowicie oddany swobodnej improwizacji. W 2021 roku powrócił do pisania muzyki graficznej i wykonawstwa muzyki komponowanej.

Jako wykonawca, najbardziej ceni sobie współpracę z improwizującymi perkusistami, z których poprzez przyjaźń i wieloletnią współpracę, największy wpływ wywarł na niego Roger Turner. Na scenie, najlepiej czuje się w duecie, którą to formę współpracy uważa za najbardziej wymagającą.

Maciej Lewenstein, w swojej książce "Polish Jazz Recordings and Beyond" napisał: „On jest absolutnym objawieniem: jego gra jest rodzajem mieszanki stylów Johna Cage’a i Cecila Taylora, wyniesionej na całkowicie nowe horyzonty”.

Dużą część dorobku artystycznego Oleszaka ostatnich lat na polu muzyki swobodnie improwizowanej można odnaleźć tutaj:

http://spontaneousliveseries.bandcamp.com

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/adam-go-biewski-witold-oleszak-unisex


*****


Idzie młodość i świeżość - free jazzowe trio z Lipska i duet z Poznania w ramach 53.edycji Spontaneous Live Series


Spontaneous Live Series, cykl koncertowy Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, nie zwalnia tempa. Po improwizowanym wtorku 14 listopada z udziałem legend gatunku free jazz/ free impro – Dave’a Rempisa i Witolda Oleszaka, czas na sobotę 18 listopada i prezentację rozbudowanego grona równie fascynujących pretendentów.

Tegoż to dnia w roli rozprowadzających wystąpi poznańska formacja MikrobioM, czyli duet Michał Joniec & Michał Giżycki. To „wszechświat metalowych śmieci” w zetknięciu z czujnym, definitywnie dętym oprzyrządowaniem. Na scenie lokalnej, w bezmiarze swobodnej improwizacji, która czerpie zarówno z najlepszych wzorców gatunku, jak i wszelkich innych dźwiękowych emanacji, Michałowie nie mają sobie równych. Ich ubiegłoroczny album „S#O” skutecznie wbił nas w fotele na wiele miesięcy.




W roli rozwijających tygiel sobotnich, free jazzowych emocji zaprezentuje się trio z Lipska o jakże tajemniczej nazwie MOTUSNEU – Bruno Angeloni na saksofonie altowym, Stephan Deller na basie oraz Steffen Roth na perkusji. Prawdziwa mieszanka doświadczenia (saksofonisty) i młodości (dwa razy od niego młodszych kolegów) gwarantuje tu nie tylko międzypokoleniowe iskrzenia, ale nade wszystko jakość. Swobodna, osadzona na post-jazzowym idiomie improwizacja, czujna, bezczelnie niejednoznaczna i zagadkowa. Istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, iż dawno nie słyszeliśmy na europejskiej scenie tak odkrywczych i bystrych dźwięków w obrębie gatunku, który wydawałby się być odczytany na wszystkie możliwe sposoby.

Zgodnie z dragonową tradycją podsumowanie wieczoru należeć będzie do połączonych sił obu formacji. Czy tak stanie się w istocie (wszak to spontaniczny koncert), przekonają się ci, którzy zdecydują się na wizytę w Dragon Social Club.

 

Spontaneous Live Series Vol. 53

18 listopada 2023, Dragon Social Club, Pozna, Zamkowa 3, godzina 20.00

20.15 MikrobioM

Michał Joniec – instrumenty perkusyjne, czyli „metal rubbish universe”

Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy i sopranowy 

21.00 MOTUSNEU

Bruno Angeloni – saksofon altowy

Stephan Deller – bas

Steffen Roth – perkusja

 

Bilety on-line: https://tiny.pl/c44px

 

W uzupełnieniu podstawowych informacji dodajmy jeszcze kilka szczegółów. Notka od artystów z Lipska wydaje się być w tym kontekście wyjątkowo trafiona:

„MOTUSNEU (w wolnym tłumaczeniu „Nowy Motyw”) z Lipska przekazuje energię tria poprzez radykalnie swobodne sekwencje atonalne, elementy perkusyjne i przejrzyste rejestry. Jednak o wiele lepszym opisem ich muzyki niż ten, jaki dają terminy muzyczne, jest postrzeganie jej jako aktywnej obserwacji, jako nagiego wyrazu świata w stanie wstrząsu. Jako świadomą konfrontację z tym światem i jako prostą próbę dialogu pomiędzy artystami i publicznością, instrumentem i ciałem, od osoby do osoby, bez ulegania presji rozrywki. Trio łączy trzy różne, indywidualne style, uwalniając w ten sposób energetyczną muzykę, która jest surowa i niezmienna, która przedstawia chaos, ale sama w sobie nie jest chaotyczna.”

Jeszcze podeprzyjmy się opinią znamienitego portalu free jazzowego:

„(…) dominującym podejściem tej trójki jest telepatyczne odwzajemnienie, złamanie linii atonalnych i dynamiczne podżeganie. W trakcie całego albumu „Ospedale” muzyczne koleżeństwo jest instynktowne, a napięcie muzyczne wysokie, co sprawia, że nagranie jest żywe, wymagające, ale bogate w muzyczne nagrody” - Paul Acquaro (freejazzblog)

https://boomslangrecords.bandcamp.com/album/ospedale

 

Michał Giżycki i Michał Joniec u progu roku 2022 zagrali wspólną improwizację, której nadali tytuł „S#O”.

Trybuna Muzyki Spontanicznej umieściła album na liście „50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2022”, a o samym nagraniu pisała m.in. tymi słowami:

„Rytuał improwizacji, która wyrasta z gęstej ciszy, zaczyna się pojedynczymi westchnieniami saksofonu tenorowego i delikatnymi uderzeniami w metaliczny stelaż. Narracja na starcie budowana jest z drobiazgów, czasami ochłapów dźwięków, wydzieranych z samych trzewi zastanego instrumentarium. Bywa, że ten typ plecenia strumienia dźwiękowego przypomina duetowe nagrania Paula Lyttona i Evana Parkera z początków lat 70. ubiegłego stulecia, ale tu, w okolicznościach poznańskiej piwnicy, pozbawione elektroakustycznych wtrętów. Saksofon klei z urywanych, ale zrównoważonych emocjonalnie fraz spójną opowieść, a „wszechświat metali nieszlachetnych” kreuje nad wyraz egzotyczny ceremoniał dźwiękowy.”

https://torfrecords.bandcamp.com/album/s-o

 

 

piątek, 22 kwietnia 2022

Vasco Trilla, Ostap Mańko, Michał Joniec & Michał Giżycki! Live at SMF #4!


Czwarta edycja Spontanicznego Festiwalu w Poznaniu, wtedy z nazwy i treści, tudzież okoliczności drugiej fali pandemii, miała w podtytule wpisane degenerująca. Jej otwarcie, w piątkowy, październikowy wieczór roku 2020 przypadło w udziale trójce lokalnych muzyków, którym do wspólnej, swobodnej improwizacji doproszono gościa z dalekiej Katalonii. Weszli na scenę Dragona w okolicach godziny 19.30. Mieli ze sobą klarnet basowy (zamiennie z saksofonem tenorowym), skrzypce, perkusję z całą masą dodatkowych przedmiotów wydających dźwięki i wszechświat metalowych śmieci. Zajęli oczy i uszy publiczności przez pół godziny z kilkuminutowym okładem. Już w trakcie występu doskonale wiedzieli, że dobrze idzie. Fonograficzna pamiątka z tamtego spotkania w formie pięknie brzmiących plików elektronicznych, to naturalna konsekwencja ówczesnego ich stanu ducha. Zaglądamy do środka tego frapującego zbioru dźwięków.

 


Muzycy od początku tkają swoją opowieść filigranowymi dźwiękami, nasłuchują się wzajemnie, niczym płocha zwierzyna wystawiona na grozę dużej, otwartej przestrzeni. Są czujni, ekstremalnie skupieni i zdeterminowani, by ich dźwiękowy spektakl wbił się w nasze uszy w sposób nieodwracalny. Pierwsze perkusyjne frazy dwóch jakże różnych zestawów metalowych przedmiotów docierają do nas z głębokiej ciszy, z mglistą poświatą tajemnicy. Obok klarnet wydmuchuje czyste powietrze, a struny skrzypiec pętlą się wzajemnie. Free slowly chamber in mysterious way! Narracja pełna zasupłanej nieskończoności narasta niczym letnia burza bardzo leniwego popołudnia. Jednakże już na początku czwartej minuty pierwsze emocje gasną w czerstwej ciszy. Frazy dziergane przez improwizatorów zdają się być teraz jeszcze bardziej filigranowe – szumy, oddechy, małe dźwięki uderzania metalem o metal, strzępy melodii plecione stojąc na placach, drżące talerze i drobne, elektryczne silniczki, które pracują na werblu perkusji.

Nim upłynie 10 minuta koncertu dostajemy się w wir pierwszego, jakże efektownego spiętrzenia dramaturgicznego. Kolektywna zabawa budowana riffami skrzypiec i gęstym dronem melodii klarnetu, nie bez atrybutów metody call & responce, kończy swój żywot w ciszy kreowanej rezonującymi, metalowymi akcesoriami. Opowieść na kilka długich chwil przepoczwarza się w perkusjonalny duet, który pracuje blisko ciszy, generując niebywałą jakość. Skupienie, celebracja, jak wyniesienie swobodnej improwizacji na ołtarze wiecznego mroku. Klarnet i skrzypce też tu zapewne grają, choć ich działania nie przyjmują postaci dźwiękowej.

Po upływie kwadransa artyści zaczynają budować nową opowieść. Ich działaniom towarzyszy pewna ulotna dynamika, tudzież narracyjna, kolektywna zgoda na zadany kierunek podróży. Są umiarkowanie nerwowi, pobudzeni perspektywą kreowania kolejnych zdarzeń fonicznych. Lubią też zmiany, bowiem raz za razem każdy z nich ciągnie improwizację w coraz ciekawsze rejony. Po 22 minucie znów dostajemy zmysłową porcję perkusjonalnych dialogów na małe, metalowe przedmioty. Rezonans miesza się tu szelestem, tworząc wystudzoną lawę surowych, jakże pięknych akustycznie dźwięków. Tymczasem muzycy zaczynają coraz dotkliwiej preparować swoje narzędzia pracy. Spoglądają ku górze, a nieistniejące światło słoneczne przepala im źrenice. Swoje kilka bezcennych, samotnych chwil dostają tu skrzypce - mantra post-baroku czyniona na bazie coraz mroczniejszego tła. Suspens buduje tu dodatkowe emocje, a splot zdarzeń prowadzi muzyków na kolejny, znów dość drobny szczyt. Zejście z niego odbywa się w ciszy, zdobionej szumem dętej tuby. Obok rezonują powierzchnie płaskie, które nadymają się niczym dmuchawce. Melodia i spirytualny rytuał saksofonu, który niespodziewanie wstąpił w rolę klarnetu, to kolejny atrybut tej dramy. Muzycy w skupieniu zaczynają poszukiwać fazy ostatecznego wydechu. W konsekwencji pewnego dramaturgicznego zaniechania finał improwizacji spoczywa wyłącznie na barkach perkusjonalistów, którzy z przeciwległych krańców sceny ślą nam efektowne gesty pożegnania.

 

Vasco Trilla, Ostap Mańko, Michał Joniec, Michał Giżycki Live at SMF #4 (Torf Records, DL 2022). Ostap Mańko – skrzypce, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Michał Joniec - metal rubbish universe oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane 11 października 2020 roku w trakcie Degenerative 4. Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań. Jedna improwizacja, 35:55.



piątek, 25 marca 2022

Antenna Non Grata strikes again! Wójciński! Bolek i Lolek! Coagulant! kakofoNIKT!


Koniński label Antenna Non Grata ma się świetnie i systematycznie dostarcza nam nowych nagrań w jakże poręcznym formacie płyty kompaktowej. Nowy rok przynosi cztery kolejne numery katalogowe, jak zawsze w przypadku tego wydawnictwa oparte na muzykach krajowych, sytuujące swoje zainteresowania gatunkowe na czasami bardzo odległych od siebie planetach.

W zestawie nowości solowa płyta na kontrabas, która pachnie kreatywnym post-barokiem, potem zaś zwinny, elektroakustyczny duet, który właśnie dorobił się tytułu akademickiego, jaki upoważnia do …. uprawiania swobodnej improwizacji (a ta, jak wiadomo, winna się trzymać bardzo precyzyjnych reguł!). W dalszej kolejności 33 minuty nagrań terenowych, które w efekcie prac edytorskich zdają się być smakowitą porcją dalece egzystencjalnego dark ambientu, wreszcie na finał kakofoniczna zabawa taneczna, albo może lepiej powiedzieć: stylistyczna żonglerka gatunkami bez jakichkolwiek zahamowań, wszak świat muzyki improwizowanej pozostaje jedyną w dzisiejszej, paranormalnej reality prawdziwie wolną strefą myślenia i życia!

 


Ksawery Wójciński: Tower of Pressure

Ksawery Wójciński nie wymaga na naszej scenie muzyki improwizowanej jakichkolwiek rekomendacji. Jego druga solowa płyta (kontrabas, głos) nagrana została cztery lata temu w konińskiej Wieży Ciśnień, zawiera jedenaście improwizacji, przy czym w trakcie dwóch z nich, pod koniec albumu, Ksawerego wspiera jego brat Maurycy na trąbce. Całość tej niebywale efektownej brzmieniowo płyty trwa 42 minuty i 28 sekund.

Nowa płyta Ksawerego, to kontrabas usytuowany w wysokiej wieży, wyposażonej w niebywałą akustykę, traktowany smyczkiem na tysiące sposobów, obudowany dramaturgią, która stawia na prostotę, kreatywny minimalizm, często korzysta z ciszy, ale nie tłumi emocji. Te ostatnie raz za razem eksplodują tu różnymi kanałami – czasami brudnym, wręcz wulgarnym brzmieniem, innym razem śpiewem, który płynie wysokim wzgórzem i zdaje się koić wszelkie egzystencjalne lęki i zawahania. Początek opowieści uformowanej w krótkie 3-4 minutowe epizody zaczyna się barokowym śpiewem kontrabasowego smyczka. Repetycja wypełniona echem, które szumi otwartą przestrzenią, z czasem doposażona zostaje niższymi frazami. W kolejnej części smyczek pracuje nieco wyżej, brzmienie instrumentu przypomina zaś wiolonczelę, a nawet altówkę. Wraz ze strumieniem dźwiękowym pracuje tu także cisza, jakby wypełniona suchym powietrzem. Oba elementy gry formują się w meta rytmiczną strukturę, pełną desperacji i zapalczywości. Trzecia część budowana jest masywnym, wyjątkowo brudnym tembrem smyczka i pojedynczymi szarpnięciami za struny. Z kolei w czwartej narracja sprawia wrażenie zapętlonej, sycącej się wewnętrznym rytmem opowieści. W piątej improwizacji muzyk nisko ugina kolana i boleśnie wzdycha ugniatając struny, tudzież ryjąc bruzdy w ziemi.

Szósta improwizacja bazuje na szarpaniu strun, kolejna na bardzo efektownym brzmieniowo ich szorowaniu. Artysta za pomocą smyczka i zwinnych palców wydobywa z kontrabasu wszystkie możliwe emocje. Jego instrument śpiewa, skomle, ale i warczy z irytacji. W końcu kontrabasista ów tragizm sytuacji wspiera swoją jakże stylową wokalizą. W dziewiątej części pojawia się zapowiadana trąbka. Smyczek i mały blaszak zaczynają wspólną, niezwykle imitacyjną przebieżkę. Pachnie tu zmysłowym post-barokiem, ale i śpiewnym post-jazzem. Dziesiąta opowieść zdaje się być niezwykle filigranowa. Stojąc na palcach Ksawery płynie filuternym pizzicato, z dużą dawką melodii, jaka rodzi się pomiędzy strunami. Emocje znów pną się ku górze, niemal po rockowemu! W finałowej improwizacji powraca formuła duetowa. Niski smyczek, wokalny zaśpiew Ksawerego i ciepła trąbka Maurycego budują tu balladę, która tłumi nerwowy niepokój całego albumu prawdziwie żywymi, dobrymi emocjami.

 


Bolek i Lolek: Na Dzikim Zachodzie​/​Skutki Uboczne (Live)

Kolejna płyta, to dalece nierysunkowy duet, który rzeczywiście studiował improwizację w Bazylei! Tworzą go: Jacek Chmiel – elektronika, zither, singing bowls i obiekty oraz Jakub Marczyński – instrumenty perkusyjne i zabawki. Muzyka powstała zatem w Szwajcarii (Musik-Akademie Basel oraz H95), część nagrań odbyła się bez udziału publiczności, a część ma charakter koncertowy (ów egzamin!). W sumie, to trzy improwizacje trwające 44 minuty i 6 sekund.

Szwajcaria, to może niezupełnie Dziki Zachód, ale emocje gwarantuje! Po lekturze albumowego instrumentarium łatwo zorientować się, iż tytułowi Bolek i Lolek proponują nam dalece elektroakustyczną przygodę improwizowaną, dodatkowo czynioną pod hasłem naczelnym: nie gramy czystych dźwięków, z czegokolwiek je wydobywamy! I niech żyje preparacja! Dodajmy, z jakże udanym efektem końcowym!

Początek nagrania, to delikatny, elektroakustyczny rozgardiasz. Dużo dźwięków w jednostce czasu, nie zawsze ukierunkowanych dramaturgicznie – przepięcia mocy, mechanika tarcia i stukania, drżące talerze, strunowe echo, dźwięki gar-kuchni w stanie wzmożonej pracy. Wielobarwny free impro efektownie rezonuje, ale i stacza się w mrok post-akustycznego ambientu. Pojawiają się dźwięki samplowane, ale być może, to efekt wykorzystania fal radiowych w trybie live. Muzycy zdolni tu są naprawdę hałasować, ale też doceńmy, jakże efektownie schodzą do akustyki pojedynczego dźwięku. W drugiej improwizacji tkają pajęczynę fonii bardziej skrupulatnie, wyczuleni na niuanse, szukający ciekawych fraz również na pograniczu ciszy. Chwilami całość nabiera post-industrialnego posmaku, przy okazji znów odzywa się radio, które serwuje nam głos … opowiadający o istocie procesu improwizacji. Dużo też dzieje się w warstwie elektronicznej, która nie skąpi nam incydentalnie drum beats, a także siarczystego, syntetycznego szumu. Trzecia, najdłuższa improwizacja zdaje się konsumować wszelkie atrybuty jakości Bolka i Lolka. Muzycy dostarczają nam kolejne porcje nowych dźwięków i nie przestają zaskakiwać. Rezonują talerze, coś drży niczym agregat prądotwórczy, coś szumi, niczym tuba dużego instrumentu dętego. Na powierzchniach płaskich ugniatane są tajemnicze przedmioty, a wokół nich snują się elektroakustyczne drony nieznanego pochodzenia. Znów wracają fale radiowe, które zdają się tu być kolejnym generatorem dobrego hałasu. W końcowej fazie nagrania wiele wątków jeszcze zyskuje na kolorycie brzmienia. Niektóre przypominają pracujące wytrwale elektronarzędzia, inne snują się dronowym, rezonującym ambientem. Na finał znów dostajemy garść talerzowych hałasów, trochę piszczącej elektroniki i kilka post-perkusyjnych incydentów. Czterdzieści cztery minuty za nami i ani jednej straconej sekundy! Egzamin zdany celująco!

 


Coagulant: Archival Recordings for Paolo Monti

W świecie muzyki nieoczywistej precyzyjne sformułowanie albumowego credits bywa czasami dalece utrudnione. W przypadku tej płyty (jedna kompozycja, 33 minuty z sekundami) recenzent postanowił zacytować opis wydawcy w całości:

Coagulant to konceptualny projekt dźwiękowy opracowany przez Fk drone w 1998 roku, a kierowany przez Fabio Kubica. Jest powiązany w wielu obszarach z dźwiękowymi eksperymentami, a sam proces tworzenia polega na elektronicznej manipulacji za pomocą mikrofonów, przycinaniu i klejeniu zebranego materiału z otoczenia dźwiękowego, edycji sprzężenia zwrotnego audio i strukturyzacji częstotliwości skośnych, które opierają się na hipnotycznych dronach.

W fakturze dźwięku, który płynie do nas z samego dna ciszy, odnajdujemy nieprzebrane warstwy szumu, które zdają się drżeć, metalicznie rezonować, a po chwili także pulsować. Ubrane w szaty ambientu trzy, a nawet cztery wątki płyną nerwowym, budzącym przestrach strumieniem dźwiękowym. Wiemy doskonale, iż pierwowzorem tego, co teraz słyszymy są prawdziwe dźwięki otoczenia. Ale to nas nie uspakaja, wręcz budzi dodatkowy niepokój. Mamy wrażenie, że oglądamy film pozbawiony obrazu, który opowiada o wizji świat post-apokaliptycznego, świata, którego nie ma i być może nigdy nie było. Być może to soundtrack do jakże realnej, codziennej trwogi, która jest z nami już cały miesiąc. Bogata narracja, budowana niekończącymi się powtórzeniami potrafi incydentalnie eskalować swoje natężenie, kreując przy tym nową, post-realną definicję piękna.

Opowieść ma dwa punkty zwrotne. Pierwszy ma miejsce w okolicach 14 minuty. Strumień fonii tłumi się wówczas do postaci basowego drona, na którym rozbudowuje się nowy wątek, dalece bardziej mroczny, wolniej pulsujący, bardziej zasklepiony do wewnątrz. Deep bass drones & pulsation, jakbyśmy właśnie schodzili do piwnicy (schronu?). Z kolei w okolicach 22 minuty w dark ambientowym tyglu strachu pojawia się nieco wyższe pasmo fonii. Przypomina zapętlony, zmutowany wrzask choru kościelnego. Flow narasta, rozlewa się coraz szerszym korytem desperacji. Wieczna repetycja gęstej mazi post-realizmu, niczym martwa mantra, która czeka na niechybny koniec. Ten następuje w drodze niemal 90-sekundowego gaszenia wszelkiego życia w tej części ludzkiego kosmosu.

 


kakofoNIKT: Dance Epidemic - Greatest Hits A​.​D. 1518

Nasz ponadgatunkowy taniec z nowościami Antenna Non Grata kończymy … tańcem epidemicznym, jaki miał miejsce 500 lat temu, a dziś stał się konceptualnym powodem, by kilku dziarskich poznaniaków pomuzykowało w jego opętańczym, dalece elektronicznym rytmie. Formacja kakofoNIKT, to Patryk Lichota - syntezator, sampler i sekwenser, efekty, saksofon sopranowy i tenorowy, bass Fendera, Hubert Wińczyk – syntezator, sampler, nagrania terenowe, drum machine, głos i teksty (z drobnymi wyjątkami) oraz Michał Joniec, którego udział został określony jako ghost heart. Dwanaście utworów, 64 minuty.

Dźwiękowy teatr bez obrazu, żonglerka gatunkami, czyniona z dużą artystyczną bezczelnością i cała masa nasyconego elektroniką rytmu, to najkrótszy z możliwych opisów tego, co kakofoNIKT proponuje na swym nowym albumie. Ów nieco szalony kalejdoskop zdarzeń zaczyna się niczym nawoływanie na misterium. Elektroniczne tło, w którym dzieje się naprawdę dużo (startujący samolot, neo-folkowe zaśpiewy), zagubione frazy perkusji i dęcie w złoty róg! Całość lśni dark ambientem i łapie rytm post-electro. Zaraz potem słyszymy stylowy drum’n’bass, bogacony czystymi pasmami syntezatora. W trzecim epizodzie masywna baza nie odpuszcza, pojawia się saksofon, a w pakiecie sampli odnajdujemy wątek ragtime’owy, hałasy ala Squarepusher i pasaże godne J.M.Jarre’a! Wszystko niczym majaczenia upalonego erudyty! W kolejnej części pojawia się głos, który recytuje ważne (nieważne) treści, a całość znów ma postać drum’n’bass z coraz bardziej nerwowym tłem.

Kakofoniczny kalejdoskop epatuje dźwiękami z godną uwagi zapalczywością! Piąty epizod przypomina diabelski młyn w lunaparku, szósty zaś przywołuje dobre czasy new romantic z lat 80. ubiegłego stulecia. Z kolei siódemka zdaje się być jednym z najciekawszych momentów płyty. Zbudowana na pętli kameralnej frazy strunowej, ożywiana zostaje nieco tanecznym rytmem, a barwiona głosem i poświatą saksofonowego echa. W ósemce pulsuje basowe electro, syntezatory tańczą wokół własnej osi, a dołem płynie dość archaiczna w brzmieniu elektronika nierozpoznanej do końca proweniencji. W części dziewiątej chyba unosimy się w powietrzu. Frywolny balet z dużą ilością akcentów perkusyjnych i post-perkusyjnych. Swobodny beat i znów posmak new romantic, ale w dalece mrocznych klimatach. Kolejna opowieść kontynuuje rytmiczny trip, znów brzmi nieco archaicznie, a jej uzupełnieniem są szepty, a potem tajemnicze słowa. Ciekawie na tym tle prezentuje się przedostatni utwór. Zbudowany down-stepowym rytmem i efektownie brzmiącym basem Fendera znów napotyka na bystre, rozhisteryzowane tło. Rytm finalnej opowieści zdaje się zaś być poszarpany nadkreatywnością jego twórców. Bogata w wydarzenia syntezatorowa narracja kończy tę nienudną, ale na pewno zbyt długą opowieść.

 

 

wtorek, 8 marca 2022

S#O by Michał Joniec & Michał Giżycki!


Rytuał improwizacji, która wyrasta z gęstej ciszy, zaczyna się pojedynczymi westchnieniami saksofonu tenorowego i delikatnymi uderzeniami w metaliczny stelaż. Narracja na starcie budowana jest z drobiazgów, czasami ochłapów dźwięków, wydzieranych z samych trzewi zastanego instrumentarium. Bywa, że ten typ plecenia strumienia dźwiękowego przypomina duetowe nagrania Paula Lyttona i Evana Parkera z początków lat 70. ubiegłego stulecia, ale tu, w okolicznościach poznańskiej piwnicy, pozbawione elektroakustycznych wtrętów. Saksofon klei z urywanych, ale zrównoważonych emocjonalnie fraz spójną opowieść, a wszechświat metali nieszlachetnych kreuje nad wyraz egzotyczny ceremoniał dźwiękowy.

 


Muzykom przyświeca idea minimalizmu i skrupulatności. Wnętrze swojej narracji zdają się sycić pewną, jakże metafizyczną w tym wypadku, dawką dynamiki. Chętnie sięgają po ciszę, która wyznacza kolejne interwały improwizacji, równie chętnie po inne zdobycze artystyczne gatunku zwanego free improvised music. Barwią improwizację incydentalnymi salwami ekspresji (ta pierwsza w okolicach 5-6 minuty), które z uwagi na rzadkość występowania smakują tu jeszcze dosadniej. W tej opowieści liczy się każdy szczegół, najdrobniejszy niuans dramaturgiczny. Choćby ten, gdy saksofon zaczyna prezentować swoje hydrauliczne atrybuty, a gar-kuchnia tuż obok ściele mu akustyczny dywan do zmysłowych medytacji. Po 10 minucie płynny potok narracji Jońca i Giżyckiego śmiało możemy już określić mianem mantry, która zdaje się nie mieć końca. Wiatr kołysze jej dźwiękami i pcha w nieznanym, ale pięknym kierunku, a jej drobne wzniesienie zdobią cyrkulacyjne oddechy dobrze już rozgrzanego instrumentu dętego.

W drugiej improwizacji pojawia się klarnet basowy, który lepi drony z gęstej ciszy w blasku martwych talerzy. Muzycy, boleśnie skupieni, szukają drogi na drugą stronę rzeki. Metaliczne rozkołysanie post-, a może pre-perkusjonalii syci atmosferę nagrania niebywałym kolorytem. Klarnet wpada w medytacyjną repetycję, niemal śpiewa, cedzi frazy przez wyszczerbione uzębienie, śmiertelnie oddycha. Beauty headphones music!

Początek kolejnej części albumu wyznacza mechanika saksofonu i drżącego metalu. Drobne frazy budują gęstą sieć powiązań. Po kilku głębszych oddechach dęciak z mikro fraz kreśli smukle, dronowe fale, po czym gaśnie w mroku ciszy. Wszystko zaczyna tu rezonować - instrumenty, dwa ludzkie ciała i głucha przestrzeń. Tworzy się chmura dark ambientu, która oblepia wszystko i ciągnie improwizację w nieznanym kierunku. Tymczasem saksofon kreuje coraz dłuższe frazy, a metaliczny stelaż oplata go niczym stonogi pajęczak. Jego błyszczące uderzenia zdają się trafiać w samo serce narracji. Cyrkulacyjne drony zaczynają sięgać nieba, po drodze napotykając na kolejne kaskady ciszy. Pętla narracji zaciska się jednak na saksofonowym ustniku i prowadzi na ekstatyczny finał.

Ceremonia otwarcia części ostatniej spoczywa na klarnetowych akcesoriach. Głębokie, na poły dźwięczne oddechy szyją improwizację delikatnym ściegiem. Towarzyszące im dźwięki przypominają inside percussion, cokolwiek to znaczy w skołatanej głowie recenzenta. Małe preparacje, matowe półdrony i szklisty rezonans, to elementy, które wyznaczają ramy tej części podróży. Melancholijna mantra znów przenosi nas w zgliszcza historii gatunku i czyni użytek ze skojarzeń ze starą, duetową formułą AMM. Najdłuższa, prawie 17-minutowa opowieść z czasem lekko się nadyma, subtelnie dynamizuje, ale niespodziewane wpada w bezruch. Klarnet ciężko oddycha, metal drży. Muzycy znów dobrze czują się w konceptualnym bezdźwięku. Po szybkiej wymianie myśli saksofon zaczyna pulsować, a metal rubbish things kłębić się całą szerokością piwnicznej podłogi.

 

Michał Joniec & Michał Giżycki S#O (TORF Records, DL 2022). Michał Joniec – wszechświat metalowych śmieci (tubular bells, sheet metal sheets, chewed drum plates, fan covers, pot lids etc.) oraz Michał Giżycki – saksofon tenorowy i klarnet basowy. Nagrane w Poznaniu, w niesamowicie brzmiącej piwnicy, 3 stycznia 2022 roku. Cztery improwizacje, ponad 53 minuty.

 

*) Michał Giżycki zagra w najbliższą sobotę 12 marca w poznańskim Dragonie, w ramach 24.edycji Spontaneous Live Series. Pierwotnie jego partnerem miał być Matthias Muller, ale zapadł na zdrowiu, zatem być może partnerem będzie Michał Joniec, a na pewno ów występ poprzedzi solowy performance Anny Jędrzejewskiej (piano i elektronika). 

 

 

środa, 14 października 2020

Degenerative 4. Spontaneous Music Festival is done! The one and only miracle! The report!


Czwarta, prawdziwie zdegenerowana (nikczemna!) edycja Festiwalu Muzyki Spontanicznej w poznańskim Dragonie za nami. Wszyscy muzycy zagraniczni dojechali (oczywiście po zmianach w programie, jakie miały miejsce na tydzień przed imprezą), zaplanowanych jedenaście setów wybrzmiało niemal wyłącznie frapującymi dźwiękami (a w sumie było ich nawet dwanaście!), dopisała publiczność (oczywiście w zakresie, na jaki pozwalały pandemiczne obostrzenia), a w klubowym sejfie zaległ karton ze zdrowotnymi oświadczeniami muzyków, organizatorów i publiczności (składanymi każdego dnia). Obyśmy nigdy nie musieli do niego zaglądać!

 


Piątek, dziewiątego

Na piątek organizatorzy zaproponowali dwa składy ad hoc (pierwsze spotkania muzyków w danym składzie) oraz jeden bardzo pracowity working band. Rola otwierającego imprezę przypadła kwartetowi, który składał się z muzyków współtworzących od kilku już lat Poznańską Orkiestrę Improwizowaną - Ostapa Mańko (skrzypce), Michała Giżyckiego (klarnet basowy, saksofon tenorowy) i Michała Jońca (perkusyjny złom!) oraz stałego gościa sceny dragonowej, barcelońskiego perkusisty Vasco Trilli. Muzycy zaproponowali set swobodnej improwizacji w bardzo kameralnym wydaniu, z dużą ilością przestrzeni dla każdego pomysłu dramaturgicznego, tłumionymi emocjami i masą pięknie brzmiących, akustycznych fonii. Kwartet płynął na ogół kolektywnym strumieniem, czasami dzielił się także na duety, a sam finał – prawdziwie popisowy – stał się udziałem obu perkusjonalistów, którzy zabrali nas w niebywałą podróż po zakamarkach metalicznych, preparowanych dźwięków (jedna z uczestniczek koncertu poczuła się, jak w gęstym lesie!).

Tuż potem ad hoc trio, które efektownym setem wyznaczyło jeden z ważniejszych trendów festiwalu – jego ponadgatunkową różnorodność i permanentną zmienność akcji. Holenderski gitarzysta Jasper Stadhouders spotkał się tu z polskim muzykami - Wojtkiem Kurkiem (perkusja) i Pawłem Doskoczem (gitara). Muzycy zagrali niezwykle energetyczny set, pełen barw (gitarzyści zmieniali instrumenty, jak rękawiczki), zwrotów dramaturgicznych (perkusista doskonale kontrował bezczelne zachowania obu partnerów) i chwilami niemal rockowych emocji. Najlepsze wszakże momenty tria, to te, w trakcie których obaj gitarzyści korzystali z instrumentów akustycznych. Bardzo mocny moment festiwalu!

Na finał pierwszego dnia barcelońskie trio Hung Mung w składzie - El Pricto na saksofonie altowym i syntezatorze, Diego Caicedo na gitarze i Vasco Trilla na perkusji. Wyśmienity set składał się zdecydowanie z dwóch części. W pierwszej Pricto grał na saksofonie, a muzyka pięknie snuła się po scenie (choć całkiem dynamiczna) z delikatnym, free jazzowym stemplem. W drugiej części wenezuelski artysta sięgnął po syntezator i zaczął generować niskie, dronowe pasaże. W tej sytuacji rolę przodownika pracy przejął na siebie Caicedo, który pociągnął Hung Mung niemal w blackmetalową otchłań. Trilla, jak to ma w zwyczaju, doskonale wklejał się w obie koncepcje tria. Kolejny niezwykle emocjonujący koncert festiwalu.

 


Sobota, dziesiątego

W sobotę do grona muzyków festiwalowych dołączyła kolejna szóstka artystów. Aż trzech z nich przyjechało z Wrocławia. I to właśnie dwóch wrocławian rozpoczęło sobotnie zmagania z improwizacją. Duet Spoons & Bones, w osobach Piotra Łyszkiewicza (saksofon tenorowy i klarnet kontraltowy) oraz Huberta Kostkiewicza (gitara), zagrał zwarty, nieprzegadany set nieco abstrakcyjnych figur stylistycznych. Odrobina rezonansu, kilka minimalistycznych w formie dialogów - zbiór definitywnie dobrych reakcji, zwłaszcza tych z udziałem klarnetu kontraltowego.

Po niedługiej przerwie na scenie zameldował się kolejny nowy gość festiwalowy, prosto z Berlina, puzonista Matthias Müller. Do kwartetu ad hoc dołączyli – Wojtek Kurek i Vasco Trilla na perkusjach oraz El Pricto na saksofonie altowym. Zagrali półgodzinny set, który w subiektywnej ocenie recenzenta, uznać trzeba za absolutny festiwalowy peak! Bezceremonialnie wspaniała komunikacja (w tym gronie tylko barcelończycy dobrze się znają), perfekcyjna dramaturgia, popisowe transformacje puzonu z na poły rytmicznych, choć dość abstrakcyjnych fraz, w okolice ciężko oddychającej ciszy, świetne dialogi tegoż puzonu ze świecidełkami Trilli, no i błyskotliwe preparacje El Pricto, czynione jakby w cieniu tego konglomeratu wyjątkowych zdarzeń fonicznych. Wreszcie Kurek, który każdy z dwóch utworów kwartetu zaczynał w bezruchu, a potem włączał się do gry w sposób niebywale kreatywny. W drugiej części wszedł w nieco senną narrację pozostałych muzyków hiszpańskojęzyczną (?) melorecytacją, popartą rytmicznym deep drummingiem i zakasował wszystkich. Brawo!

Po dwóch setach improwizacji w pełni akustycznych i niestawiających sobie za cel epatowanie nadmiernym hałasem, nadszedł czas na jeden z dwóch specjalnych projektów festiwalowych - przygotowaną na prośbę organizatorów kompozycję El Pricto na pięć improwizujących gitar elektrycznych. Obok kompozytora i dyrygenta na scenie pojawili się: Jasper Stadhouders, Diego Caicedo, Paweł Doskocz, Michał Sember (kolejny gość z Wrocławia) i Hubert Kostkiewicz. Niemal godzinny set (czas trwania, to najprawdopodobniej jego jedyna wada) pełen emocji, gitarowych zgrzytów, przepięć mocy, rockowych riffów, zmyślnych preparacji i mniejszych lub większych eksplozji, świetnie prowadzony przez Wenezuelczyka, który targał narracją od lewej do prawej, od samego dołu, po ekspresyjną górę. Szczególnie ekscytujący moment, to słowotok Stadhoudersa w języku holenderskim, pełen humoru i teatralnych grepsów, który podprowadził kwintet i dyrygenta pod … cytaty z muzyki Eddie Van Halena, zmarłego niedawno boga gitary elektrycznej.

Finał sobotniego dnia przypadł w udziale słoweńskiej pianistce Kaji Draksler, która najpierw zagrała niemal półgodzinny set solowy, a potem, już z udziałem Szymona Pimpona Gąsiorka (perkusja, instrumenty perkusyjne i … nie tylko!), przeistoczyła się w Czajkę, która prowadzi kolektywny dialog z Puchaczem. Set solowy był wyjątkowej urody, nie tylko dlatego, iż koił nasze emocje i regenerował uszkodzone narządy słuchu po secie gitarowym. Kaja improwizowała do muzyki, którą odtwarzała z laptopa. Raz były to klasyczne, komponowane frazy, w innym przypadku fragmenty śpiewanej poezji, które znamy choćby z ostatniej płyty jej Oktetu. Efekt był imponujący - narracja precyzyjna, ale też pełna improwizowanej swobody. Gdy do gry dołączył Gąsiorek, opowieść nabrała jeszcze więcej … subtelności. Delikatne, acz zadziorne, bystre piano i nastawione na brzmieniowe niuanse perkusjonalia. Finał skrzył się doprawdy medytacyjnymi pasażami dźwiękowymi (Szymon sięgnął po instrument, który przypominał małe pudełko akordeonowe – czy to ma jakąś nazwę?). Finał dnia i znów duża wolta stylistyczna i emocjonalna. Degenerative Fest tak już ma!

 


Niedziela, jedenastego

Festiwalowa niedziela rozpoczęła się w niezwykle ciemnych barwach, a zakończyła prawdziwym festynem barw, pomysłów, radości i powszechnej wesołości, całkowicie wbrew covidowym realiom. Na początek Diego Caicedo na gitarze elektrycznej solo! Muzyk zabrał nas najpierw w mglistą czeluść dark ambientowej gitary, potem zrujnował nas emocjonalnie pasażami post-metalowej czerni, by na finał całkowicie utopić nas w post-industrialnych dronach. Muzyk preparował struny, budował elektroniczny background na gitarowych przetwornikach, często korzystał także z dźwięków zaprogramowanych kilka chwil wcześniej. Jedna gitara, jeden muzyk, mnóstwo wrażeń.

Tuż po gitarzyście Hung Mung na scenie pojawili się pozostali muzycy tej grupy – El Pricto (preparowany gitarowymi przetwornikami saksofon altowy i syntezator) oraz Vasco Trilla (perkusja), by pod nazwą własną General Ludd zaprezentować improwizację pełną gęstych, czerstwych, posklejanych ze sobą fraz, z których szczególnie udane były te post-dęte, meta gitarowe westchnienia Pricto. W połowie seta do muzyków dołączył Jasper Stadhouders na gitarze, a saksofon został zastąpiony przez syntezator. Muzycy w takowym ad hoc trio zagrali najgłośniejsze kilkanaście minut Degenerative Fest. Holender w jego trakcie pozrywał struny zarówno na gitarze elektrycznej, jak i amplifikowanej gitarze akustycznej. W końcu grał już na samym pudle rezonansowym gitary!

Po takiej dźwiękowej nawałnicy wszyscy zasłużyliśmy na przerwę (była dłuższa niż zwykle, gdyż Jasper musiał naprawić gitary!), a potem na set odrobinę bardziej subtelny dramaturgicznie i mniej dotkliwy fonicznie.  Wszystkie nasze oczekiwania zostały spełnione. Ad hoc trio w składzie – Jasper Stadhouders (amplifikowana gitara akustyczna i mandolina), Witold Oleszak (fortepian) i Matthias Müller (puzon) – zagrało ekscytujący set, który stawiał na komunikację, bezgranicznie barwne brzmienia, który nie szukał nadmiernych eskalacji i spiętrzeń dramaturgicznych, a raczej bystrych reakcji w estetyce call & responce. Recenzent czułby jeszcze większą przyjemność, gdyby fortepian był bardziej słyszalny (bądź gitara … mniej słyszalna), a sam koncert odrobinę dłuższy (muzycy postanowili zagrać ostatni dźwięk tuż po upływie 25 minuty).

Na finał zdegenerowanego festiwalu … Degenerative Spontaneous Orchestra po kierunkiem El Pricto! Na pulpicie dyrygenta … partytury Fryderyka Chopina, Emila Karłowicza i Karola Szymanowskiego. Na scenie muzycy pozbawieni owych partytur, zdani jedynie na gesty, jakie wydobywał z siebie dyrygent, po prawdzie, w tempie karabinu maszynowego. Od lewej strony sceny: Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Witold Oleszak (fortepian), Ostap Mańko (skrzypce), Michał Giżycki (klarnet basowy), Matthias Müller (puzon), Paweł Sokołowski (sopranino; dodatkowy zaciąg łódzki!), Vasco Trilla (perkusja) i Diego Caicedo (gitara elektryczna). W ostatnim utworze do składu dołączył także Jasper Stadhouders, jako mandolinowy solista. Około 50 minutowy koncert dostarczył niebywałych wrażeń. Był oczywiście tyglem emocji, konglomeratem kolektywnej, swobodnej improwizacji i precyzyjnych, post-klasycyzujących pasaży (w roli cerberów gatunkowej czystości - Mańko i Oleszak!), rockowej furii (dwie gitary z prądem!) i drummerskiej skrupulatności. Bez wątpienia, wszyscy, po obu stronach sceny, poczuliśmy się cudownie zdegenerowani. Do zobaczenia za rok, jeśli dożyjemy….

 

 Zdjęcia telefonem własnym, bez praw autorskich