Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lê Quan Ninh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lê Quan Ninh. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 stycznia 2024

Jean-Luc Guionnet & Lê Quan Ninh! Those whose fathers never met!


Muzyków, których album za moment odczytamy, znamy dobrze lub bardzo dobrze. Francuski saksofonista nie stroni od free jazzu (choćby The Ames Room), ale zdaje się, że jego prawdziwą bajką jest eksperymentalna elektronika, tudzież zaawansowane techniki wydobywania dźwięków z instrumentu dętego, blaszanego. Z kolei francuski perkusjonalista o wietnamskich korzeniach, krążący po obrzeżach świata swobodnej improwizacji od kilkudziesięciu lat, nagrywa na tyle rzadko, iż być może nie mieliśmy zbyt wielu okazji, by przekonać się, jak wspaniałym jest artystą. To samo możemy zresztą powiedzieć o jego partnerze, który równie rzadko improwizuje wyłącznie na akustycznym instrumentarium.

Wiele wskazuje na to, iż spotkanie we francuskim Nancy, dwa lata temu, jest pierwszą wspólną rejestracją tych artystów w duecie. Dodajmy już na samym wstępie – niezwykle zmysłową, poczynioną w dalece zjawiskowej akustyce, po części medytacyjną, wreszcie perfekcyjnie zbudowaną pod względem dramaturgicznym. Jakakolwiek chwila z tego dość długiego nagrania nie wydaje się być zbyteczna, a całości winniśmy słuchać w maksymalnym skupieniu, bo w obszernych fragmentach wypełniona jest dźwiękami posadowionymi tak blisko ciszy, jak tylko jest to możliwe.

Panie i Panowie, Jean-Luc Guionnet & Lê Quan Ninh!




Pierwsza i czwarta opowieść trwają po kilka minut, druga i trzecia po kilkanaście, zaś finałowa ekspozycja, to ponad dwadzieścia pięć minut dźwiękowego rytuału o niepoliczalnych zasobach piękna. Artyści startują tu z poziomu ciszy zupełnej i tamże kończą swą podróż po upływie ponad godziny zegarowej. Oddech matowego saksofonu i delikatne drżenie metalowych akcesoriów perkusjonalnych, to aura pierwszej improwizacji - filigranowej, minimalistycznej, nasyconej ceremoniałem oczekiwania na to, co być może nigdy nie nadejdzie. Druga opowieść snuje się wokół fraz preparowanych, wydzielonych dramaturgicznie porcjami gęstej ciszy. Drżący werbel i saksofonowe parchanie lepi się tu w mgławice rezonansu i szumu, z czasem zaś formuje w zwarte, dronowe, niekiedy delikatnie pulsujące strumienie dźwięków. Muzycy coraz częściej powtarzają wykreowane frazy, wpadając w wielominutową medytację. Po pewnym czasie flow zdaje się narastać, potem równie efektownie przygasać.

Trzecia część w swym początkowym stadium, to plejady drobnych, niekiedy preparowanych dźwięków, które wchodzą w całkiem bystre interakcje. Nie brakuje wszechobecnej ciszy, ale improwizacja okazjonalnie potrafi nabrać sporej intensywności, niesiona saksofonowymi świdrami i nad wyraz aktywnymi perkusjonaliami. Bywa wypełniona pełnymi dźwiękami, bywa tkana jedynie z dętego szumu i rytmicznych mikrozdarzeń na werblu i talerzach. Czwarta odsłona sprawia wrażenie precyzyjnie zaplanowanej. Budowana jest krótkotrwałymi akcjami, dzielonymi dużymi plastrami ciszy. Perkusjonalia drżą i szeleszczą, okazjonalnie przyjmując formę drummingu, saksofon oddycha wyjątkowo szerokim pasmem - od gęstego szumu do dętego pisku. Jakkolwiek cała historia wydaje się być wyjątkowo filigranowa.

Ostatnia opowieść ma kilka faz – skupione otwarcie, intrygujące rozwinięcie i niebywałą, wielominutową finalizację. Początek tkany jest z drobiazgów, ale nasycony podskórnym rytmem. Incydentalnie frazy saksofonu wydają się być dość mocne, ale ich brzmienie łagodzi cisza wypełniająca swoją obecnością każdy etap narracji. Obłoki rezonansu w rytuale medytacyjnego spowolnienia bywają tu kontrapunktowane drobnymi, dynamicznymi akcjami, które wcale nie są posadowione zbyt daleko od estetyki free jazzu. Improwizacja, wciąż sycona rytmem, systematycznie obniża jednak poziom intensywności, zdaje się zamierać w szumiącej ciszy. W połowie utworu muzycy zaczynają niespodziewanie pogwizdywać, po czym zanurzają się na wiele minut w medytacji lepionej z drżących, rezonujących fraz. Całość formuje się w dość mroczny, ale na poły melodyjny dron. Improwizacja zastyga w ruchu. Trwa i zdaje się nie mieć końca.

 

Jean-Luc Guionnet & Lê Quan Ninh Those whose fathers never met (Bandcamp’ self-released, DL 2023). Jean-Luc Guionnet – saksofon altowy oraz Lê Quan Ninh – instrumenty perkusyjne. Nagrane w CCAM, Vandœuvre-lès-Nancy, wrzesień 2022. Pięć improwizacji, 66 minut.




wtorek, 20 października 2020

Škrijelj & Malmendier in two different outfits! A new music by eux sæm!


Emilie Škrijelj i Tom Malmendier u progu nowego, jakże szalonego roku 2020 założyli edytorską inicjatywę eux sæm, z siedzibą we francuskim Metz. Z ich pierwszą produkcją Les Marquises mieliśmy już okazję zapoznać się na tych łamach. Nie szczędziliśmy wówczas ciepłych słów dla elektroakustycznej, swobodnej improwizacji na akordeon zaplątany w elektronikę i żywą perkusję. Dziś muzycy powracają z nowymi płytami labelu, tym razem jednak nagranymi osobno. Emilie zagra w trio (jakże pandemicznym!), a wcześniej Tom będzie improwizował w kwartecie! Dodajmy, iż obie płyty są dostępne na nośniku fizycznym (CD).

 


There or here and that by Eraslan/ Frith/ Malmendier/ Weil

Na początek zapraszamy do Strasbourga i studia nagraniowego NAC. W połowie listopada 2018 roku spotykamy tam czterech artystów. Oto oni: Anil Eraslan – wiolonczela (z amplifikacjami), Fred Frith – gitara elektryczna, Tom Malmendier – perkusja oraz Clara Weil – głos. Odsłuch sześciu swobodnych improwizacji zajmie pełną godzinę i 49 sekund.

Spektakl inaugurują rwane frazy wiolonczeli i dźwięki przypominające szeptany beatboxing, a wszystko zdaje się tonąć w elektroakustycznej poświacie. Obok szelest post-rockowej gitary i nabierającej dynamiki perkusji. Kwartet potrzebuje około minuty, by wejść na tor gęstej, utrzymanej w żwawym tempie, swobodnej i bardzo kolektywnej improwizacji. Kobiecy głos już teraz potrafi nakrzyczeć na wszystkich wokół, a podłączone pod zasilanie zmienne cello działa wedle zbliżonego scenariusza. Kołem zamachowym opowieści zdaje się być nade wszystko perkusista, zaś mistrzynią kreatywności owa Pani przy głosie, która skacze z kwiatka na kwiatek i wiele wskazuje na to, że jest w stanie zaproponować każde rozwiązanie dramaturgiczne. Na finał pierwszej części strumień dźwięków rozlewa się bardzo szerokim korytem – gitara znajduje psychodeliczną poświatę, a głos charczy, jak zepsuty odbiornik radiowy. Druga opowieść na wejściu stawia na preparowanie dźwięków. Najpierw trzy instrumenty, potem głos, który przypomina wygłodniałą po covidowej kwarantannie owcę na wybiegu. Kolektywny, demokratyczny spleen rządzi niepodzielnie rozwojem wypadków scenicznych. Po kilku pętlach flow gęstnieje do tego stopnia, iż wszyscy zdają się śpiewać zaplątaną meta melodię, każdy na swój sposób. Dużo fermentu sieje amplifikowane cello, które najpierw kąsa prądem, a potem zieje ogniem … post-electro. Jeszcze tylko kilka incydentów w podgrupach, a na finał mała kwartetowa eksplozja. Trzecia improwizacja wita nas paletą wyjątkowo czystych dźwięków, przynajmniej na tle poprzednich części nagrania. Wiolonczela spokojnie płynie, głos podśpiewuje, gitara delikatnie rzęzi, a deep drumming dopełnia obrazu jakże kameralnej ekspozycji. Po upływie trzech minut sygnał do wzrostu dynamiki daje oczywiście perkusja. Gitara nabiera rocka, głos pokrzykuje, po czym narracja schodzi w obszar przyciszonego śpiewu i łoskotu talerzy. Po niedługiej chwili gitara zaczyna dudnić jak bas, a swoje dokłada cello – akcja goni tu akcję, ale sama narracja wydaje się być niezwykle przestrzenna. Pojawiają się zabawy w pytania i odpowiedzi, znów klimat całości nabiera bardziej kameralnego charakteru i nie stroni od dłuższych fraz. Po czternastej minucie (uwaga, to najdłuższa sekwencja dźwięków na płycie!) muzycy brną w kierunku estetyki balladowej. Nim jednak wybrzmi ostatni dźwięk, zdążą jeszcze istotnie zmącić strumień narracji.

Czwartą część płyty rozpoczyna … lejąca się woda. Nie wiemy dokładnie, kto jest sprawcą tego incydentu. Gryf gitary grzmi złowieszczo, ale reszta instrumentów kreuje małe, filigranowe frazy, pełne niuansów brzmieniowych. Solidarna zabawa dźwięk na dźwięk toczy się w najlepsze. Z tego zbioru małych zdarzeń muzycy budują masywny dron. Szepty i krzyki, warknięcia i westchnienia. Akustyczne pląsy i elektryczne plamy. Piąta opowieść od startu stawia na dynamikę, ale opowieść płynie nad wyraz swobodnie i zdaje się być dość zwiewna. Garść niemal operowych dźwięków wprost z gardła, smyczki i small percussion w najkrótszej, trzy i półminutowej opowieści. Czas na finałową, rozbudowaną do pełnego kwadransa improwizację. Zaczynają ją drżące struny i migoczące perkusyjne świecidełka. Piszczący głos, przeciąganie liny - struna po strunie, pulsujące smyczki, lekka, ale zadziorna narracja, pełna dramaturgicznych subtelności. Akcja, reakcja, ale także garść dość łagodnych dźwięków. Intuitywne post-chamber zdaje się pięknie reasumować wysoką jakość całego nagrania. Cello rozmawia z głosem, raz językiem pacholęcym, innym razem niczym dwie operowe divy. Na przetworniku gitarowym buduje się pasmo syntetycznych, dość zaskakujących fraz. W połowie improwizacji muzycy włączają nieco bardziej dynamiczny tryb. Potem cudownie trwonią czas na rozchełstane call & responce, kilka preparowanych dźwięków, a nawet dubowe echo gitary. Bogaty w wydarzenia finał sięga także po mglisty ambient, głos scatem i szelest perkusjonalii. Opowieść zostaje zgaszona w mistrzowskim stylu, ale po takiej wyjątkowo udanej, godzinnej narracji, w ogóle nas to nie dziwi.

 


Distant Numbers by Loris Binot/ Lê Quan Ninh/ Emilie Škrijelj

Kolejna płyta nagrana została przez trzech artystów, ale każdy z nich pracował osobno, w innym miejscu i czasie (wszakże w trakcie pandemicznej wiosny roku bieżącego). Każdy przygotował jeden autorski, improwizowany materiał, który następnie był miksowany z utworami pozostałych muzyków. W różny sposób, w różnej kolejności. Efektem tych prac jest sześć kombinacji liczb 1,2 i 3. Dodatkowo stworzony został siódmy utwór, który jest konglomeratem indywidualnych traków każdego z muzyków. Uff…. zacznijmy od danych personalnych: Loris Binot – piano preparowane (część druga, nagrana w Metz), Lê Quan Ninh – surrounded bęben basowy (część trzecia, Jarnages) i Emilie Škrijelj – akordeon (część pierwsza, Scy-Chazelles). Całość trwa 35 minut i 37 sekund.

Przed nami nagranie, które nie powstało w czasie rzeczywistym, jest efektem pewnego rodzaju … improwizowanej post-produkcji, ale jakkolwiek skomplikowany nie byłby proces, jaki doprowadził do ostatecznego efektu (a także równie ułomny opis recenzenta), to, co dostajemy na płycie Distant Numbers brzmi, jak swobodna improwizacja realizowana definitywnie w … czasie rzeczywistym, do tego nad wyraz wartościowa artystycznie, ale o tym już poniżej.

Płyta zaczyna się zwinnym konglomeratem dźwięków i brzmień, którą mniej lub bardziej przypominają wielowymiarowe instrumenty perkusyjne. Po prawdzie, tak działo się będzie w wielu fragmentach tej niekolektywnej improwizacji. Coś masywnie drży, coś tańczy na strunach fortepianu, coś skrzypi, brzęczy i huczy. Świat preparacji, który choć nie korzysta z amplifikacji, chwilami smakuje elektroakustyką. Druga opowieść nie stroni od rezonansu, szumów, szelestów, całej palety dźwięków, które potrafią brzmieć w sposób dalece nierzeczywisty. W tym tyglu zdarzeń, od czasu do czasu, pojawia się jęczący akustyką akordeon i to właśnie ten instrument zdaje się tętnić najbardziej żywym dźwiękiem. Preparowany bęben basowy czasami przypomina grzmoty pioruna w otwartej przestrzeni kosmicznej, a preparowane piano – to wiemy pewnie najlepiej – potrafi zaskoczyć nasze narządy słuchu w każdym momencie. W trzeciej części dźwięki, jakie do nas docierają sprawiają wrażenie, jakby cała trójka artystów zamknęła się w pudle rezonansowym fortepianu. Wszystko drży do tego stopnia, że niemal … śpiewa.

Szczególnie udany wydaje się odcinek czwarty. Pulsująca meta elektroakustyka akordeonu nabiera posmaku suchego ambientu, rezonuje z resztą świata aż do uzyskania intrygującego efektu post-noise. Piano dostarcza dźwięków z samego swego dna, surrounded bass drum wypełnia zaś całą resztę jakże intensywnego odcinka improwizacji. Piąty epizod znów brzmi, jak zmutowana armia instrumentów perkusyjnych. Całość narracji nabiera maszynowego rytmu, brzmi niczym zdezelowana wiertarka. I znów akordeon zdaje się być tym ostatnim po stronie żywych uczestników tego niezwykłego spektaklu. Szósty epizod zdaje się oddychać – z glazury wielkiego bębna bucha powietrze niczym z tuby instrumentu dętego. Mechanika małego zakładu szlifierskiego - szorowanie, polerowanie, skrobanie, tłuczenie i ugniatanie! To zapewne także efekt maltretowania strun fortepianu i klawiszy akordeonu (ten ostatni zdaje się konać w mękach piekielnych!)! Wreszcie siódmy epizod, lepiący niezmiksowane dźwięki wygenerowane wcześniej przez muzyków. Zachowując odrobinę wyobraźni, można rzecz - tworzone symultanicznie. Perkusjonalne echo, preparacje fortepianu, drżenie akordeonu – powstaje gęsta narracja, który kipi aż po sam sufit, po czym błyskotliwie schodzi w ambient, by po chwili znów eksplodować krótkotrwałą porcją hałasu. Akustyczne morze szaleństwa w nieskończonej czasoprzestrzeni. Szkliste piano, błyszczący akordeon, szemrzący bęben basowy – recenzentowi kończą się już metafory, dobrze zatem, że ta fantastyczna płyta trwa tylko 35 i pół minuty.

 

 

środa, 5 czerwca 2019

Agustí Fernández! Locations and Sirulita' Tall Stories!


Najwybitniejszy kataloński muzyk improwizujący, pianista Agustí Fernández, nie wymaga na tych łamach jakichkolwiek rekomendacji. Śledzimy jego dokonania na bieżąco, nie kryjemy naszych niewyczerpalnych zasobów zachwytu nad dźwiękami, jakie tworzy muzyk.

Przeprowadzony niedawno przez redakcję (na potrzeby innej redakcji) wywiad z muzykiem, stanowiący niejako resume dokonań artysty w roku 2018, dowiódł dość ciekawej tezy, iż Katalończyk wydaje ostatnio swoją muzykę głównie … w Polsce! Wyliczyliśmy bowiem, iż w roku ubiegłym wydał w kraju nad Wisłą, Odrą i Wartą aż pięć płyt. Nowy rok nieco zmienił tę optykę. Póki co, muzyk dostarcza nam nowych wydawnictw, które ukazują się wyłącznie w Barcelonie, baa, większość w ramach własnego labelu Sirulita Records. Dziś wszystkie je skrupulatnie omówimy.




Evan Parker/ Agustí Fernández/ Ivo Sans  Locations (Vector Sounds, CD 2019)

Zaczynamy od krążka, który z pewnością wzbudza zainteresowanie w całej improwizującej Europie. Nie pierwsze już spotkanie pianisty z legendą gatunku, Evanem Parkerem (tu, saksofon tenorowy), także nie pierwsze z katalońskim perkusistą, przy okazji inicjatorem spotkania, Ivo Sansem. Studyjna rejestracja z Barcelony sprzed trzech lat, składa się z siedmiu improwizacji, a trwa 46 i pół minuty.

Płytę otwiera kolektywna introdukcja, pleciona przez bardzo aktywnego perkusistę, lekko wycofanego, nastawionego na minimalizm, pianistę i rozprowadzającego soczyste frazy tenorzystę, którego brzmienie i sposób artykulacji dźwięków nie sposób pomylić z czymkolwiek. Narracja z pozoru wydaje się dość spokojna, ale w samym jej wnętrzu aż gotuje się od emocji, jakie mogą mieć miejsce w dalszej części nagrania. Mocne, czarne akordy piana i twarda, delikatnie przesterowana stopa bębna basowego tworzą ciekawą bazę dla rozkręcającego się saksofonu. Druga improwizacja bardziej akcentuje preparowany fortepian, który wspierany jest aktywnym szczotkowaniem werbla. Evan płynie obok stosunkowo krótkimi frazami. Nic nowego – samo piękno! Flow ciągnie się ku górze, głównie wszakże dzięki kreatywności Agustiego. Muzycy, póki co, częściej szukają zadumy niż odnajdują pretekst do soczystej eskalacji. I jakże są w tym dobrzy! Trzecia opowieść skrzy się perkusjonalnymi ornamentami, za które odpowiada zarówno Ivo, jak i Agusti. Subtelny tenorzysta nie pozostaje bez reakcji. Po chwili wstępu – cała trójka rusza po swoje! Perkusja nieco separatywna, świetnie wszakże stymulująca dynamikę ekspozycji, zaś piano i tenor, jak kompulsywne, zrośnięte ze sobą, dwugłowe ciało.

Czwartą improwizację rozpoczyna duet tych właśnie głów! Sans wchodzi po czasie i nie stroni od … swingu! Piano z klawisza, moc jazzowych pomysłów, as kindly free jazz! Stadium galopu muzycy osiągają w mgnieniu oka i czynią ten epizod nie dość, że najdłuższym na płycie, to jeszcze najbardziej ognistym. W 8 minucie perełka – krótkie, ale zmysłowe, cyrkulacyjne solo Parkera. Po powrocie do formuły tria, wyważona narracja, nastawiona na gaszenie płomienia. Piąty fragment trzyma klimat finału części poprzedniej. Preparacje blisko podłogi, suche powietrze z tuby saksofonu i rezonujące talerze. Tuż potem, już w ramach części szóstej, sticky drumming, very deep piano and dancing tenor! Moc kolektywnych zadziorów, intensywność komunikatu dźwiękowego! Brawo! Wreszcie finał, zmysłowy rozchodniaczek. Cool jazzowa woń zakończenia. Styl, klasa, estetyczna wyrazistość – ciepły tembr tenoru, klasycyzujące piano i rezonujące, wyższe partie zestawu perkusyjnego.




Agustí Fernández/ Joe Morris/ Charmaine Lee  Magma (Sirulita, CD 2019)

Pozostajemy w formule tria, albowiem, jak twierdzi nasz dzisiejszy bohater, to optymalne zestawienie dla swobodnej improwizacji, wszak człowiek ma tylko …dwoje uszu do słuchania. Gitarzysta Joe Morris nie wymaga specjalnej introdukcji, co innego Charmaine Lee, pochodząca z Australii improwizatorka, która używa głosu w dalece nieszablonowy sposób. Jeśli chodzi o nią, pewni możemy być tylko jednego – nie śpiewa! Muzyka powstała w słynnym Firehose 12, latem ubiegłego roku. Pięć improwizacji trwa 40 minut i kilkadziesiąt sekund.

Na lewej flance fortepian w stanie permanentnej preparacji (jeśli Agusti w trakcie całego nagrania choć raz uderzył w klawiaturę, to z pewnością uczynił to przez przypadek), zwinna, szybka, sucha, zapętlona gitara na flance prawej, po środku zaś wyjątkowo elokwentne gardło, które zdaje się nie mieć jakichkolwiek ograniczeń w zakresie kreowania fonii. Gęsta sieć narracji, kind of instant improvisation, like full acoustic live proccesing. Moc dźwięków trudnych do zdefiniowania i umiejscowienia w przestrzeni nagrania, choć jednego możemy być pewni – wiele z nich nie pochodzi od fortepianu i gitary. Pani Lee, raz niczym mały kotek na tylnych łapkach, innym razem groźna i zdolna do wszystkiego tygrysica. Dźwięki, które wydaje z siebie są nie mniej groźne niż preparacje jej starszych kolegów. Bywają także powabne i istotnie zalotne. Czasami brzmią niczym skowyt naprawdę złej czarownicy. Przypominają akustyczne obiekty, które tworzą fonię w samym środku przełyku . Pierwszy odcinek mija szybko w gęstwinie intensywnych dźwięków. Drugi rodzi się na samym dnie pudła rezonansowego piana. Struny gitary jęczą pod ciężarem masywnych dłoni muzyka. Spokojny, wyważony flow … szalonych preparacji. Lee poddaje swoje struny głosowe także temu zacnemu procesowi. Opowieść pięknie gęstnieje, dynamizuje się, inspirowana przyspieszonym oddechem tej ostatniej.

Trzecia bajka, i znów na wejściu Agusti preparuje piano od samego dołu. Szeleszczący oddech Charmaine, który brzmi niczym garść elektroakustycznego popiołu. Rezonująca gitara Joe z małym prądem, w strachu przed postępującą ciszą. Głos strapionej kobiety, drżący bez nadmiernej bojaźni. Woda bulgocząca w przełyku, blask pojedynczych strun i dron gitarowego mini przesteru. Narracja czyniona w gęstym mroku, z minuty na minutę, wyłania się na powierzchnię. Delicate sound of industrial – notuje obcojęzyczny recenzent - drone and blue ambient, kind of post electro-acoustic non-music. Epicka drama snuta ze szczegółów lepi się w Magmę.

Czwarty epizod budują jedynie Agusti i Charmaine – znów moc soczystych preparacji zdewastowanego piano, obok dźwięk przełykanej śliny, bukiet szeleszczących migdałków – żywa elektroakustyka tuż u nasady gardła. Jakże piękny dialog z wyjątkowo głębokim brzmieniem fortepianu. Te ostatnie grzmi i łomoce, głos tuż obok buduje misterną sieć fonicznych połączeń. W 5 minucie opowieść nabiera mocy i osiąga intensywność porównywalną z początkiem nagrania. Tłumienie zaś odbywa się na czystych strunach, które zdają się lepić w suchy ambient. Głos wchodzi w zwarcie – garść wzajemnych imitacji odnajduje ostatni dźwięk. Piąta, finałowa historia, rozpoczyna się kolektywnie, we troje, zdaje się być nieco zawieszona w czasie, rytualnie trwa. Szorowaniu strun obu instrumentów towarzyszy zmysłowe pogwizdywanie. Narracja dobrze się zazębia – akcje i reakcje. Skakanie po rozżarzonym palenisku – finałowa dawka dobrego hałasu! Uroda surowej akustyki. Na finał ostateczny Lee zalotnie podśpiewuje, a Fernandez i Morris głaskają struny z zadowoleniem.




Axel Dörner & Agustí Fernández  Palynology (Sirulita, CD 2019)

W dzisiejszej opowieści, poświęconej nowościom wydawniczych Fernandeza, porzucamy nagrania … nowe. Przed nami blok aż czterech płyt, które zawierają nagrania powstałe w ubiegłej dekadzie, baa, jedno nawet w ubiegłym wieku. Zaczynamy od duetu: Axel Dörner – trąbka i elektronika, Agustí Fernández – fortepian. Nagranie studyjne z Barcelony, z roku 2001. Trzy improwizacje, 49 minut i 33 sekundy.

Badania palinologiczne rozpoczyna dźwięk dotkliwie preparowanego fortepianu, powstającego przy wtórze trębackich dekonstrukcji czasu i przestrzeni. Już sam początek nagrania jest niezwykle intensywny i fonicznie dosadny. Trębacz nie dość, że preparuje dźwięk, to wręcz uprawia coś na kształt plądrofonii. W wymiarze akustycznym płyta staje się niemal natychmiast sporym wyzwaniem dla odbiorcy i jego narządów słuchu. Zgiełk, masywny hałas, rwane, rozszarpywane porcje zdeformowanej fonii. Brzmienie samej trąbki zdaje się ginąć w otchłani elektroakustycznych aktywności Niemca. Katalończyk, dla przeciwwagi, koncentruje się na swoim ulubionym deep prepare. On też jednak traktuje struny wielkiego instrumentu z atencją godną grubszej sprawy. Muzycy cierpliwe i konsekwentnie brną w coś, co moglibyśmy, posiłkując się językiem Szekspira, nazwać broken power post-acoustic music, zdobione masywnymi połaciami harshowego szumu analogowej elektroniki. W połowie pierwszej improwizacji, muzycy proponują drobny fragment ciszy, jakby zdawali sobie sprawę, jaki los nam zgotowali. Dźwięk trąbki powraca samym dnem wentyli, struny piana poddawane są delikatnej polerce - kind of music after. Na finał tej challange’owej podróży muzycy wchodzą w silniejsze interakcje, koncertują się na bardziej akustycznych preparacjach, czym sprawiają recenzentowi niekłamaną radość.

Część druga, to nie ostatnia na krążku Palynology wolta stylistyczna. Trąbka płynie spokojnym, ale bardzo niskim dźwiękiem, piano podobnie – bukiet post akustycznych fake sounds staje się naszym niemal wymarzonym udziałem. Szumiąca cisza suchego ambientu wypełnia kosmos studia nagraniowego. Pasma dronów, nadaktywne skupienie na niuansach brzmieniowych. Szum wilgotnych wentyli w opozycji do rytmicznego wygładzania glazury strun fortepianu. Elektroakustyka, tym razem bez prądu. Dziesięciominutowa improwizacja mija w ułamku sekundy.

Najdłuższa, trzecia opowieść, mocą masywnych pasm fonii, zlewa się na samym starcie w jeden jakże piękny strumień dźwiękowy. Początkowo budowany on jest szumem permanentnie eskalujących się dźwięków trąbki, w dalszej części bazujący głównie na niebywałym, od pierwszej do ostatniej minuty, dynamicznym pasażu piana wprost z klawiatury. Flow narracji już po paru chwilach lepi się w gęsty dron, który żyje, pulsuje i gna na złamanie karku. Mocna, epicka opowieść. W 6 minucie temperatura improwizacji przekracza już sto stopni, a jej gęstość przypomina ciekły ołów. Drobne tłumienie płomienia muzycy proponują nam w połowie niemal 20-minutowej improwizacji. Czynią to jedynie po to, by nabrać sił na kolejne spiętrzenie. Taniec wentyli, orgia wilgotnych od potu klawiszy fortepianu. Muzycy znów pędzą na skraj! Płyta, która od początku zdaje się być estetycznym i emocjonalnym rollecasterem, tu stawia nas w obliczu globalnego zachwytu, a chwile skromnej irytacji, jakie były naszym udziałem w trakcie pierwszej części, zdają się uciekać w kosmiczny niebyt. Full acoustic industrial! – notuje zapocony recenzent. Prawdziwy taniec śmierci – wydaje się, iż Kataloński pianista nigdy przedtem, ani nigdy potem, nie grał tak intensywnej ekspozycji. Po 15 minucie strumień klawiszowych dźwięków delikatnie rozlewa się, a trąbka brzmi niczym akumulatory wysokich mocy. Na finał fortepianowa furia jednak powraca! Samo gaszenie płomienia jest równie efektowne, jak jego wzniecanie i wielominutowe utrzymywanie przy życiu. Trębackie wichry towarzyszą nam na ostatniej prostej.




Trio Local  Trio Local (Sirulita, DL 2019)

Agustí Fernández – fortepian, Joan Saura - sampler oraz Liba Villavecchia – saksofon tenorowy i sopranowy, czyli Trio Local - zapewne jedna z ważniejszych formacji muzyki swobodnie improwizowanej, działających w Katalonii dwie dekady temu. Dzięki wydawnictwu pianisty, dziś możemy poznać aż trzy ich nagrania. Zaczynamy od tego pierwszego, z marca 1999 roku (osiem fragmentów, nagranych live w Barcelonie).

Dużo przestrzeni, mocne, rwane frazy piana z klawiatury, prychanie saksofonu, perkusjonalny sampling – zwinna, gęsta i swobodna improwizacja, budowana z oddechem stylowej elektroniki. Od startu dostarcza nam dużo emocji, napięcia wewnętrznego, ale i skupienia, dbałości o szczegóły. Bystry saksofonista, od pierwszego dźwięku przypominający najlepsze frazy Evana Parkera (!), mistrzowski pianista i magik okablowania, poza skończoną liczbą przypadków, rozsądnie dawkujący poziom syntetycznych dźwięków. Narracja wyrazista, celująca w punkt, ani przez moment nieprzegadana. Drugi odcinek lekko tłumi emocje – dużo fonii przypominających żywe perkusjonalia (element charakterystyczny dla Trio Local – wiele dźwięków preparowanego piano tak silnie zrasta się z samplingiem, iż precyzyjne wskazanie źródła konkretnego dźwięku bywa niezwykle kłopotliwe). Bukiet filigranowych abstrakcji, tylko dobre reakcje w grupie, świetna komunikacja. W trakcie ułamka sekundy muzycy są w stanie wejść na poziom intensywnej kipieli, by równie szybko przygasnąć w okolicach ciszy. Tu, w 5 minucie, pasaż zmysłowego sopranu – na tym instrumencie Liba zdaje się mniej przypominać mistrza gatunku z Bristolu. Trzecia opowieść pełna jest mroku powabnej ciszy – piękna introdukcja Agustiego, czyniona wewnątrz pudła rezonansowego fortepianu. Oniryczny komentarz sampli – blask niebanalnej elektroakustyki. Chwilę potem skrzeczące dysze saksofonu skutecznie zapraszają do skoku w ognistą galopadę. Po 10 minucie tej długiej ekspozycji, jakby nowy wątek, budowany falą krótkotrwałych fraz. Czwartą opowieść Fernández buduje na klawiaturze, a towarzyszą mu tańczący sampling i garść powietrza z tuby. Przejście do piątej historii, pełnej emocji, niezwykle zwinne - kolejny dowód na dramaturgiczną maestrię tria. Od ognia do ciszy, od ciszy po ogień. Odrobina posmaku chamber music, a po chwili, z inspiracji samplera, dynamiczne poszukiwanie zakończenia.

Szósta pieśń wyrasta z samego dna tuby i szumiących kabli. Krople rosy na klawiaturze, połysk strun i samplowane echo, które na finał parę razy uderzy w fanfary. Siódma część stawia na urodę pojedynczych dźwięków – ciepły tenor, garść elektrowstrząsów. Duża amplituda zmian nie pozwala na choćby chwilę nieuwagi – znów ogniste pasaże, niemal burza z piorunami. No i sam finał płyty, dwu i pół minutowe zwieńczenie – bukiet dźwięków wszelakich, zmysłowe preparacje saksofonu, pocałunki z ciszą.




Trio Local  Trio Local+ (Sirulita, DL 2019)

Z Lokalnym Triem spotykamy się ponownie po upływie dwóch lat (studio w Barcelonie, wrzesień 2001). Rejestracja, która po roku trafiła nawet na płytę (zatem teraz mamy reedycję), poczyniona została – zgodnie z tytułem – w rozbudowanym składzie. Trzem znanym już nam muzykom towarzyszą: perkusjonalista Lê Quan Ninh (pierwszy i ostatni fragment) oraz kontrabasiści Peter Jacquemyn (trzeci), John Edwards (piąty i szósty) i David Chiesa (ósmy). Łącznie aż dziesięć swobodnych improwizacji, 63 minuty i 56 sekund.

Rozszerzoną wersję tria poznajemy przy udziale perkusjonalisty. Wprowadzenie do opowieści jest dalece nieśpieszne – ciepły tenor, czarne klawisze, wichry z samplera, wreszcie skromne akcenty percussion. Krok ku dynamice odbywa się jednak w ułamku sekundy i stan post-noise-industrial staje się udziałem muzyków. Powrót do ciszy też dzieje się niemal natychmiastowo. Po chwili, znów kipiel emocji: masywne przepięcia mocy, gęsta ciecz udanych dźwięków, także błyskotliwe kilkadziesiąt sekund tenoru, który zdaje się brzmieć nieco mniej po parkerowsku. Druga pieśń, bez gości – głosy i perkusjonalia z kabli, rwane frazy saksofonu - kolektywna przejażdżka, głównie wedle wskazówek samplera. Po 120 sekundach - wrzący tygiel, po kolejnych kilkudziesięciu – mroczna cisza. Piano znów lepi się w preparacjach z syntetyką. Trzecia część ozdobiona jest kontrabasem, traktowanym dynamicznie smyczkiem. Piano tym razem z klawisza, dęte plamy i klimat swobodnie przypalonego chamber. Symbioza gościa z gospodarzami niemal modelowa – aż pięknie iskrzy. Dynamika nagrania na krzywej wznoszącej, zdobiona świetnymi interakcjami, a na finał bukiet drone & ambient. Brawo! Kolejna opowieść znów w wersji saute – rwane, drobne frazy, parkerowski tenor, nieco nachalny sampling i cisza w roli dramaturgicznego interludium. Pomysłów nie brakuje muzykom choćby przez moment - kind of impro contemporary! Znów huśtawka nastrojów, ale wszystko, jak zawsze dobrze się kończy. Na finał bystre preparacje pianisty i … mniej przyswajalne wolty z samplera. Tenorzysta jednocześnie gra i pokrzykuje, w ramach wisienki na torcie.

Piąta i szósta opowieść z dynamicznym i drapieżnym kontrabasem Edwardsa! Moce piekielne wstępują w muzyków, Agusti wręcz demoluje klawiaturę, by po kilku minutach przypomnieć sobie jednak o urokach wyważonej sonorystyki. Dobry moment prawdziwie tygrysiego sopranu (tu Liba znacząco oddala się od swego gatunkowego pierwowzoru). Na finał tych kilku minut z Brytyjczykiem kwiecista wymiana dźwięków w estetyce call & responce. Siódmy odcinek nie może nie być chwilą wytchnienia bez udziału czwartego muzyka – cisza podmuchów suchego powietrza, blue ambient i plamy z samplera. Masywny wielodźwięk, to zaś efekt finalny tych z pozoru spokojnych igraszek z foniczną materią. Czas na ósemkę – znów kontrabas w ramach międzynarodowego wsparcia – kolektywna, zadziorna, ostro frazowana improwizacja – strunowiec traktowany techniką pizzicato, z jednoczesną preparacją (brawo Chiesa!). Krzyk saksofonu, gorące kable, ale i dramaturgiczna lekkość. Dużo dźwięków, zwarta, głośna narracja – być może najlepszy fragment płyty! Noise & Fury! Dziewiąta część, to krótkoterminowy powrót call & responce, czyniony wszakże z dojmującą pikanterią. Muzycy wzajemnie przekrzykują się, ale nawet w tak dynamicznej sytuacji nic nie dzieje się przypadkowo. A potem tenor, który znów gada i drummingowa ekspozycja, zapewne przy udziale piana i samplera. Wreszcie ostatnia opowieść, tym razem z powracającym perkusjonalistą – duże garście rezonującego powietrza, rozkwitający sampler (znów na granicy tolerancji akustycznej). Choć żywe instrumenty zdają się przebywać w defensywnie, nie tracą rezonu, a saksofon sopranowy nawet pozwala sobie na skromną ekspozycję solową. Ostatni dźwięk przypada w udziale preparującemu fortepian Agustiemu.




Trio Local  Vitralls (Sirulita, DL 2019)

Trzecia przygoda z Lokalnym Triem, to koncertowe spotkanie po latach, czyli Sala de Cambra del Palau de la Música Catalana w Barcelonie i rok 2009. Jedna opowieść, która trwa niespełna 48 i pół minuty. Trio w składzie podstawowym.

Spektakl zaczyna się umiarkowanie spokojnie, płynie ciepłym tembrem saksofonu tenorowego, który dość szybko łapie jednak stylową zadziorność, fortepianem, które traktowany bywa dość mało subtelnie i brzmi niczym suwnice fabryczne, wreszcie samplerem, który na wstępie raczej koi emocje niż je wzbudza. Muzycy, jak to mają w swoim zwyczaju, dobrze na siebie reagują i toczą improwizację bez zbędnych zakrętów, ani znaków zapytania. Być może pazury niektórych z nich (zwłaszcza saksofonisty), zdają się po latach być nieco stępione, ale sam żar narracji nie budzi naszych zastrzeżeń. Nowym zjawiskiem możemy tu nazwać, incydentalnie występujące, próby kreowania rytmu przez Saurę, którym towarzyszą syntetyczne fajerwerki.

W 6 minucie muzycy proponują pierwszy poważniejszy stopping – szczypta onirycznego ambientu, z którego trio bardzo zgrabnie wychodzi na prostą na barkach saksofonu, niepozbawionego drobin melodii. W dłuższej perspektywie narrację prowadzi wszakże Fernandez i czyni to oczywiście z mistrzowską precyzją (choćby 12-14 minuta). Po odrobinie mgławej ciszy, muzycy po 19 minucie dobrze wchodzą w free jazzowy step, a tenor Liby znów pachnie na kilometr estetyką Evana Parkera. Komentarze samplingu, choć dosadne fonicznie, czynione są z dużą klasą i dramaturgiczną rozwagą.  W połowie koncertu muzyków dopada chwila wątpliwości i przez moment odrobinę przynudzają w ulubionej przez niektórych estetyce późnego ECM. Potem znów idą w ostrą kipiel, co czynią systematycznie, choć niezbyt często w drugiej części koncertu. Akustyka dużej sali koncertowej nie sprzyja jednak uzyskiwaniu przez każdy z instrumentów selektywnego brzmienia i całość dynamicznej narracji potrafi zlewać się w strumień mniej udanych dźwięków. Zdecydowanie zatem ciekawej jest w partiach granych spokojnie, w skupieniu, w niedalekiej odległości od ciszy. Duch Parkera powraca po 35 minucie - piano w zwinnej eskalacji świetnie wspiera saksofonistę, a burzliwy sampling dodaje smaczku całości. W 40 minucie Agustí prezentuje rozbudowaną ekspozycję wprost z klawiatury, po czym, pod pełną kontrolą, doprowadza koncert do mocno wytłumionego finału.


****

Najnowszą kolekcję wydawnictw Sirulita (uwaga! powracamy do nowych rejestracji!) uzupełnia niespełna siedmiominutowa płyta  - duet fortepianowy Agustí Fernández i Jordina Millà. Nagranie z hiszpańskiej Lleidy, ze stycznia br., nosi tytuł Sicoris (dostępna w pliku).




Krótkie, ale jakże intensywne spotkanie dwóch ostro preparujących, tygrysich pianistów! Stosują podobne techniki, mają równie krwiste temperamenty. Rzucają przedmiotami w struny, gniotą je, miażdżą i polerują. Grzmoty, kołowrotki, dźwiękowe dewocjonalia! Rezonans, także modulowany, krzyk przedmiotów i śpiew umęczonych ptaków, tupoczących o pusty pokład. W samym środku tej miniaturowej perełki fortepianowego free improv muzycy schodzą na poziom błyszczącej ciszy i snują mikroskopijne porcje fonii o niebywałej urodzie. Wreszcie piękne, ambientowe wybrzmiewanie – czy to sprawka naprawdę tylko dwóch w pełni akustycznych fortepianów? Dramatycznie gorąco prosimy o więcej!