Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chefa Alonso. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chefa Alonso. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 maja 2017

Tom Chant – The Story of Separate Wanderer/ La historia de rodamon per separate *)


Nadprodukcja dźwięków jest immanentną cechą muzyki improwizowanej. Teza ta często pada na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej, co więcej stała się inspiracją dla jej podtytułu.

Dyskografie największych tuzów tej muzyki wypełniłyby szafę stąd do Władywostoku. Muzyka powstaje nieustannie, jej twórcy chcą ją upubliczniać, a wydawcy produkować. Trochę gorzej jest na końcu tego swoistego łańcuszka pokarmowego. Tych, którzy chcieliby kupować efekt finalny tego procesu, czyli płyty, jakby…. ubywało. Ale rozważania te nie są przedmiotem niniejszej opowieści.

Dziś zaprezentujemy dorobek artysty, który egzystuje trochę na przekór wyżej zaprezentowanym tendencjom. Mimo blisko dwudziestoletniej obecności na scenie muzyki improwizowanej, jego dyskografia nie przekroczyła dotąd… kilkunastu pozycji (licząc płyty z jego personaliami w roli autora lub współautora).

Oto przed nami, urodzony 42 lata temu w Dublinie, wychowany, także muzycznie w Zjednoczonym Królestwie, od wielu lat rezydujący w Barcelonie, doskonały saksofonista i wybitny improwizator – Tom Chant i jego muzyka. Poznajmy najważniejsze epizody w jego dotychczasowym, improwizowanym życiu.




Nasza opowieść będzie miała dalece turystyczny wymiar. Rozpoczniemy od jak najbardziej współczesnej wizyty w pięknej Barcelonie, potem cofniemy się w czasie o blisko dekadę, by gościć w pewnym paryskim mieszkaniu. Następnie – po raz kolejny naruszając chronologię wydarzeń - dłuższą chwilę spędzimy w Londynie, by na sam koniec powrócić do stolicy Katalonii i dokładnie sprawdzić, co działo się tam w roku 2011.


Przystanek Barcelona - sztuka wolnej improwizacji

W duchu dobrze rozumianej, iście filmowej dramaturgii, zacznijmy od trzęsienia ziemi. Pewnego wczesnowiosennego dnia trzy lata temu i w dwa kolejne dni lutego następnego roku, Tom Chant rejestruje w Barcelonie trzy niezwykłe spektakle muzyki swobodnie improwizowanej. Poznajmy je z istotnymi detalami.

L' Ateneu, Barcelona, 15 marca 2014. Na scenie nasz bohater, uzbrojony w saksofon tenorowy i sopranowy. Po lewej flance wspomagać go będzie Lê Quan Ninh, po prawej Núria Andorrà. Oboje grać będą na instrumentach perkusyjnych. Nagranie – nieprzerywane przez zbędne pauzy -  potrwa 55 minut, a edytorsko odnajdziemy to jako Live at L'Ateneu Barcelonès (Discordian Records, 2014).




Dalece wyszukane techniki artykulacyjne Chanta, on sam i jego buchająca fajerwerkami wyobraźnia, wepchnięte zostają pomiędzy dwa silnie sonoryzujące zestawy perkusjonalii. Gdy te, z wytrwałością godną największego szacunku, polerują powierzchnie płaskie, saksofon stara się je… naśladować. Gdy ten ostatni eskaluje przedechy, napotyka na ripostę podwójnego, okrężnego drummingu. Narracja jest zwinna, nie popada w galop, a każdy z muzyków stara się podążać ku jednorodnemu brzmieniu całego tria. To ewoluowanie w kierunku akustycznej symbiozy sprawia, że w wielu momentach domyślamy się autora dźwięku jedynie po tym, skąd do nas dociera dociera. Owo zatracenie źródła dźwięku, bardzo charakterystyczne dla zaawansowanych, współczesnych technik improwizatorskich, będzie nam towarzyszyć w trakcie całego koncertu. I dodatkowo silnie stymulować naszą wyobraźnię. To swoiste, wielokierunkowe naśladownictwo muzycy realizują perfekcyjnie. Każdy z nich, naprzemiennie, staje się inicjatorem ciekawego sonorystycznie rozwiązania, które stanowi bodziec do reakcji dla partnera. Prawdziwa symfonia pomysłów! Dramatyczny, trójgłowy demiurg! Być może muzyczna wersja społecznej zasady imitacji. Brzmienie obu perkusjonalistów zdaje się być elektroakustyczne, choć żadne znaki na niebie i ziemi, nie wskazują na użycie jakichkolwiek amplifikacji (być może to efekt pogłosu sali koncertowej). Dwie prawdziwe, rozszalałe suwnice kolejowe! Gdy na moment saksofon zamilknie, stworzą iskrzący, niebywale elokwentny, post-elektroniczny dialog. Kaczy powrót dęciaka, który brzmi jak sopran, choć może to tenor, eskaluje emocje i wzbudza u wszystkich nastroje wojownicze - agresywni dobosze vs. wirujący wokół własnej osi saksofon. Jedynie słuszną reakcją, po eksplozywnym wybrzmieniu, zdają się być sonorystyczne igraszki na pograniczu ciszy. W atmosferze wzajemnych uszczypliwości, prowadzą nas one na manowce akustycznej przyjemności, o delikatnie elektroakustycznym (znów!) posmaku. Z kajetu recenzenta: prawdziwa orgia zmysłów odpowiedzialnych za słuch! Na finał muzykanci delikatnie ześlizgują się z sonorystycznego szczytu, który przed momentem był ich udziałem. Osuwają się w ciszę, w artystyczny niebyt, któremu istotny sens nadają dopiero burzliwe oklaski z drugiej strony sceny.

Discordian Studio, Barcelona. 27 lutego 2015 roku. A w środku, już gotowi do walki - Susana Santos Silva na trąbce, Vasco Trilla na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Tom Chant na saksofonie tenorowym i sopranowym. Będą improwizować w dziewięciu odcinkach, które potrwają łącznie 52 minuty. Edytorsko zwać się to będzie The Paradox Of Hedonism (Discordian Records, 2015). **)




Pierwszy. Zdaje się, że w także tym nagraniu zasada imitacji będzie często stosowanym środkiem artystycznego wyrazu. Kąśliwe sonore na dwa dęciaki i perfekcyjnie zwinną maszynę perkusyjną. Drugi. Wietrzenie rur, tak tej blaszanej, jak i tej drewnianej. Przedmuchiwanie zapleśniałych dyszy, polerowanie krawędzi werbla omszałym smyczkiem. Spektakl wielowymiarowych technik artykulacyjnych. Trzeci. Kolejny krótki interwał, tak jak poprzednie, stanowiący dramaturgicznie zamkniętą całość. Ten akurat leje się przez ręce, jest refleksyjny. O ile Tom stara się być delikatnie psychodeliczny, o tyle Susana brnie w nieco oczywiste rozwiązania. Vasco na boku dłubie swoje robótki ręczne i nic sobie nie robi z drobnych złośliwości recenzenta. Finał etiudy jest wszakże pyskaty, lubieżnie wyszczekany. Czwarty. Kołysanki dla niekoniecznie grzecznych dziewczynek i takiż chłopaków. Minimal art of choice and gently noise, rzekłby poeta. Skupienie jest tu definitywnie metodą twórczą. Piąty. Cichy tupot mew o pusty pokład. Dużo wyczekiwania na linii Susana-Tom (a może zbyt wiele artystycznego respektu). Vasco wykorzystuje okazję i bierze sprawy w swoje ręce, nawet pozwala sobie na … rytmiczne bębnienie.  W efekcie – drobna galopada i udana próba eskalacji hałasu. Szósty. Trójgłos niemal oralny. Długie, lepkie dźwięki, choć na skrzyżowaniu trąbki i saksofonu, znów trochę za dużo imitacji, a za mało separatywnych, wrogich kreacji. Vasco ponownie czeka na przebieg wypadków… Dramaturgicznie, nagranie nie posuwa się do przodu. Siódmy. Perkusista jakby dosłyszał uwagi recenzenta i dynamicznie opukuje swoją drummerską maszynerię. Na bokach w zasadzie bez zmian. Tom trochę hałasuje, a Susana dmie. Końcowe sekundy tego fragmentu są jednak zaskakujące ogniste. Ósmy. Ze skrzydeł dobiegają groźne pomruki, a Vasco smykuje – wszyscy na pograniczu ciszy. To właśnie w tym momencie konsekwentne porzucenie zasady imitacji, pcha tę minimalistyczną narrację ku nieoczywistym rozwiązaniom i gotuje umysł recenzenta (dzieje się!). Dziewiąty. Susana zdaje się zmieniać instrument, brzmi bowiem jak… okaryna. Vasco frasobliwie drży. Tom intrygujaco pracuje na dyszach. Jakby im wszystkim wody odpłynęły. Pomysł goni pomysł. Finał płyty zadość czyni wszelkim ambiwalencjom recenzenta. Z kajetu tego ostatniego: świetny początek, odrobinę przegadany środek i wyśmienite, zaskakujące zakończenie. Dodajmy - po skutecznym odrzuceniu zasady imitacji. Ot, cały paradoks hedonizmu.

Golden Apple Studios, Barcelona. 28 lutego 2015r., czyli dokładnie 24 godziny po … rejestracji Paradoksu Hedonizmu. Tom Chant - saksofon tenorowy i sopranowy, Ferran Fages - gitara akustyczna i Núria Andorrà – perkusjonalia. Będą niezwykle swobodnie improwizować przez blisko 54 minuty. Ich wyczyny poznamy w czterech częściach, pod wspólnym tytułem Un cuc dins l'ull (Discordian Records, 2016).




Uno. Od pierwszego dźwięku wpadamy w mroczne zakamarki zdewastowanej psychiki, być może całkiem zdrowych muzyków. Trzaski, mikrogrzmoty. Aura skrytości, pokrętnej tajemniczości. Ferran sprzęga się w wymiarze akustycznym, brzmi soczyście i niemal demonicznie. Nuria zdziera membranę z werbla, a Tom przedmuchuje dysze. Narracja toczy się leniwie, trochę jak w poszukiwaniu utraconego dźwięku (męska część załogi na pewne doświadczenia w nagraniach dla angielskiej Another Timbre Records). Do granicy ciszy jest już tak blisko, że chwilami trudno słuchaczowi ogarnąć zamysł dramaturgiczny aktorów. Skupienie na pojedynczym dźwięku szczytuje u każdego z muzyków ( typowe w takich wypadkach, problemy z rozpoznawaniem ich źródła stają się naszym udziałem). Zwłaszcza gitara i akcesoria perkusjonalistki zdają się grać tym samym tembrem. Jeśli już muzycy łapią odrobinę decybeli, zlewają się w trójgłowy dron, a atmosfera całości intrygująco gęstnieje. Ferran nieustannie stawia słuchacza w obliczu dysonansu poznawczego – być może używa tajemniczych przedmiotów i wczepia je w swój instrument, gdyż efekty foniczne jego działań są permanentnie zaskakujące. Płynna narracja, stabilna dramaturgia nie obniżają wszakże poziomu trudności w odbiorze tej rejestracji, nawet dla wyrobionego odbiorcy. Dos. Kolejne akustyczne zaskoczenie… Ferran jednak gra na gitarze, a tu robi to na sposób odrobinę bardziej konwencjonalny. Zdobi pojedynczymi akordami, głębokie wdechy Toma. Nuria poleruje talerze. Innymi słowy – tym razem bez elektroakustycznych zagadek. Incydentalnie ten fragment potrafi być nawet głośny. Tom zwinnie moduluje tembr saksofonu, Nuria brzmi, jakby uciekła do głębokiej komory akustycznej, a Ferran stawia akordy o zmiennych parametrach, trochę na zasadzie call & response, pozostając jednak w opcji separatywnej. W wyniku niespodziewanej, dość subtelnej eskalacji, finał drugiego robi się wręcz noisowy, kapkę industrialny. Tres. Miniatura, mniej niż pięć minut. Jak mlaśnięcie ozorem… Ferran sprawia wrażenie, jakby grał na dęciaku. Nuria udźwiękowia słuchowisko kryminalne, a Tom grzmi na tłustym tenorze. Manipulacje na gitarze znów intrygują ponadnormatywnie. Cuatro. W parzystych numerach gitara powraca z tradycyjnym soundem. Tom testuje swój sto pięćdziesiąty dziewiąty rodzaj aktywności akustycznej na tej sesji. Nuria w permanentnej podcierce. Trochę się tu wszyscy siłują, trochę do siebie mizdrzą, trochę przechwalają, kto zagra najbardziej frapujący dźwięk. Gdy udaje im się zlepić w industrialne ciasto, jakość tej improwizacji rośnie w tempie geometrycznym. Eskalacja, koherentne zwarcia dodają tej muzyce polotu, uroku, swoistej kompatybilności. Finał jest gęsty, niebanalny, złowieszczo i długo wybrzmiewa…


Przystanek Paryż – powrót do przeszłości

Na osi czasu cofamy się o prawie pełną dekadę. Fizycznie, uroczą Barcelonę zamieniamy na nieco zapyziały, choć równie zjawiskowy Paryż. By poznać, być może najwybitniejsze jak dotąd, nagranie z udziałem Toma Chanta, niespodziewanie gościć będziemy musieli w … prywatnym mieszkaniu. Jest 21 kwietnia 2005 roku. Właścicielem nieruchomości okazuje się libański gitarzysta i perkusjonalista Sharif Sehnaoui. Zagra nam na gitarze akustycznej. Zaproszony gość wyposażony zostanie jedynie w saksofon sopranowy. Panowie w stanie wrzenia improwizacyjnego pozostaną przez blisko 68 minut. Na płycie efekt ich wysiłków (all music by the musicians) poznamy w trzech częściach, opatrzonych tytułami. W nieistniejących sklepach z dobrą muzyką odnajdziemy je pod szyldem Cloister (Al Maslakh Records, 2006).




Us Three. Emocje od samego startu - pot, westchnienia, zgrzyty, szemrzący wrzask. Poczucie zatracenia źródła dźwięku, czyli … jesteśmy w domu. Szczęśliwie wiemy, że saksofon grzmi w lewym uchu, a gitara rzeźbi w prawym. Wiele wydarzeń toczy się na pograniczu ciszy. Sharif szarpie się ze strunami. Tom szuka najdelikatniejszego dźwięku na sopranie, jest bliski grania bezgłośnego, aż czuć smak suchej dyszy. Być może, co sugeruje tytuł, muzyków jest nawet trzech. Gdy udaje im się zdynamizować ten onomatopeiczny dialog, pełen nieoczywistych kwestii, sound ich instrumentów kładzie recenzenta na kolana (z kajetu tegoż: akustyczne fajerwerki!). Narracja improwizacji jest niebywale zmienna. Co dwie, trzy minuty każdy z muzyków generuje po kilka nowych pomysłów na rozwój sytuacji akustycznej. Industrialny noise, wielowymiarowe, stylistyczne hybrydy, a przed nami wciąż … tylko dwóch facetów, z dwoma skromnymi instrumentami nieamplifikowanymi. Wyobraźnia muzyków święci boskie niemal tryumfy. Dźwięki teoretycznie płyną do nas z Paryża, ale słychać w nich zgiełk libańskiej pustyni, jej nieprzewidywalność i grozę dnia codziennego z jednej strony, a pochrapywanie Królowej Matki z drugiej.

Four Sputnik. Definitywnie pasyjna gitara w opozycji do sopranowego drona. Tu każdy pomysł artystyczny ma rację bytu. W tym akurat momencie mamy wrażenie, że grają dwaj wytrawni perkusiści (okolice 4 minuty), zwłaszcza Sharif reprezentuje takie konotacje brzmieniowe. Każdy z muzyków jest tu małą orkiestrą, która wydaje z siebie miliony dźwięków jednocześnie, choć dynamika narracji jest dalece umiarkowana. Zmieniając tę sytuację, muzycy jakby odkrywali istotę akustyki swoich instrumentów, co eskaluje poziom entuzjazmu recenzenta, poza granice jego skromnej percepcji. I znów dotyka nas zmiana kierunku improwizacji, bo tutaj stan permanentnej zmiany, jak w każdej korporacji, konstytuuje jakość muzycznego spotkania w domowym zaciszu. Moment czystego frazowania, nieczęsty w trakcie prawie 70 minut nagrania, także stanowi tu wartość samą w sobie. Kolejna, dwieście czternasta zmiana sposobu artykulacji i narracji jest brylantowa, dalekowschodnia, ujmująco niewspółczesna, jakby nie z tego świata (16-17 minuta tego fragmentu, to być może moment kluczowy tego wydawnictwa).

What About Seven? Podmuchy mroźnego sopranu i perkusyjne łyżeczkowanie gitarzysty (innymi słowy – bardzo swobodny drumming). Statyczno-dynamiczny zadzior, który finalizuje się bez rozszarpywania ran, dając asumpt do krwistej galopady, nie pierwszej dziś, ale z pewnością najbardziej dynamicznej. Po perfekcyjnym wyciszeniu – intrygujące szorowanie nabrzmiałych instrumentów. I ciągle tysiąc pomysłów na sekundę, jak dobić tonącego w euforii recenzenta. Dowody rzeczowe? Proszę bardzo – wielowątkowy, oniryczny pasus, pachnący upalonym lontem bomby, która nie ma zamiaru wybuchnąć (okolice 15 minuty). Muzycy potrafią pozostawać przez wiele minut w czeluściach psychodelicznego transu, gdy gitara jednego z nich ewidentnie cuchnie rozgrzaną do czerwoności pustynią. Z kajetu recenzenta: wyborne! Sharif – nowy wymiar preparowanej gitary, w czysto akustycznym aspekcie! Pod koniec brzmi, jakby to Vasco Trilla uruchomił swoją wibrującą maszynę perkusyjną! A na lewym skrzydle narracji, sopranowa poezja incydentu dętego – ta właśnie wersja wynalazku Adolfa Saxa najpełniej oddaje kunszt Toma Chanta! To jest jego instrument! Genialna płyta!


Przystanek Londyn –  wolny jazz epoki ponowoczesnej

Być może recenzent winien w tym momencie nieco wystudzić emocje, płynące z odsłuchu kolejnych doskonałych nagrań z udziałem Toma Chanta, ale obawia się, iż… jest to niemożliwe. Definitywnie i bezceremonialnie meldujemy się bowiem w Londynie! I w komplecie stawiamy na koncercie w The Network Theatre (Waterloo). Kalendarz podpowiada, iż jest 13 czerwca 2012 roku. Na scenie nasz bohater (saksofon tenorowy i sopranowy) i dwóch takich, co to nie biorą jeńców – John Edwards na kontrabasie i Eddie Prevost na perkusji. Ów trójgłowy, istotnie freejazzowy demon będzie improwizował przez blisko 75 minut. Dostaniemy to w dwóch częściach, na płycie All Change (Matchless Recordings, 2014).




Sekcja jak dzwon i diabelski saksofonista! Będzie się działo! Od pierwszego oddechu Toma efektowny, boleśnie współczesny free jazz staje się naszą bezczelnie prawdziwą rzeczywistością. Bez nadmiernie eksponowanych pasaży i popisów indywidualnych, skupiony, bezpretensjonalny pokaz artystycznych środków wyrazu trzech wspaniałych muzyków. Przy okazji, także moment na odnalezienie potencjału, kompetencji i poziomu kreatywności Toma na tle ultra kosmicznej sekcji rytmicznej. Saksofonista świetnie sobie radzi w skupionych narracjach free improv, doskonale czuje się także w krwistych, jazzowych frazach, klasycznie zdeterminowanych fragmentach opowieści. Melodyka, wachlarz improwizacyjnych grepsów, wyobraźnia, dryl i zwykły pomyślunek są wielkimi atutami Chanta. Do 25 minuty gra na tenorze, potem chwyta za sopran i z miejsca staje się królem polowania. Brzmi jak Coltrane, by po kilku sekundach zamienić się w ornitologiczną poczwarkę, która ryje nam beret specyficznym sub-soundem (może gra w nogawkę, jak na tegorocznym koncercie z Vasco Trillą w Barcelonie, w Soda Acustic). Sekcja stawia nas permanentnie do pionu swymi nieludzkimi kompetencjami. Pod koniec części pierwszej cała trójka idzie na sonorystyczne zwarcie. Chant momentalnie łapie klimat z Edwardsem, który w trakcie incydentalnego popisu solowego, żłobi wyostrzonym smyczkiem bruzdy w podłodze. Saksofonista zwiewa kurz ze strun kontrabasu z gracją gwałciciela lokalnych niewiast. Ale smakowite! No i znów te nogawkowe brzmienie!

Krążek All Change firmowany jest nazwiskami wszystkich muzyków (z Tomem na pierwszej pozycji). Nie sposób nie odnieść tej muzyki do efektów poprzednich spotkań tej trójki improwizatorów, które miały miejsce wiele lat wcześnie, jednakże wówczas, pod szyldem Eddie Prevost Trio. Co równie istotne, pierwsze kroki na polu muzyki improwizowanej Chanta, to właśnie płyta Touch (1997) tegoż tria. Dwie kolejne, to The Virtue In If (2001) i The Blackbird's Whistle (2004, wszystkie stanowią rejestracje studyjne, a wydane zostały przez Matchless Recordings). Warto zauważyć, że na dwóch pierwszych Chant gra wyłącznie na saksofonie sopranowym, zaś na trzeciej – na saksofonie tenorowym i klarnecie basowym. Te trzy incydenty free jazzowe można potraktować jako swoistą szkołę przetrwania dla młodego, pełnego ambicji muzyka. Posłuchajmy, cóż interesującego pojawia się na tych wydawnictwach.

Chant, wyposażony w drobny saksofon sopranowy, dzielnie wkleszcza się w rozpadliny gęstej narracji kontrabasu i perkusji. Jak hartowanie szkła, szlifowanie diamentu – Tom wychodzi z tego umorusany od sadzy, lepki od potu, ale zdecydowanie zwycięski. Sekcja jest zwarta, krnąbrna i wcale nie ułatwia zadania aspirantowi. Chant dostaje od niej jednak tak wiele swobody, przestrzeni i pikantnych podpowiedzi, że śmiało może przetrenować wszelkie nowe pomysły w zakresie technik artykulacyjnych. Znów świetnie plasuje sound saksofonu na tle smykowatych pasaży kontrabasisty. Szczególnie w piątym numerze drugiej z sopranowych płyt, ta dwójka osiąga kosmiczną symbiozę, a w trakcie finału łączy się w soniczny dron, który wyjątkowo długim dwudźwiękiem, wieńczy doskonałe nagranie.

Na ostatniej z płyt tria Prevosta, nasz adept jest już starszy o kilka lat, wypełniony nowymi, wartościowymi doświadczeniami. Sięgając po tenor potrafi być istotnie zadziorny i szukający swady. Gdy dmie w klarnet basowy, zaczyna nawet rządzić starszymi kolegami i rozstawiać ich po kątach, zwłaszcza w narracjach bardziej dynamicznych. W czwartym numerze daje sygnał, iż śmiało mógłby stanąć w szranki rywalizacji z samym Dolphy’m. Całe nagranie aż kipi z emocji, jest naładowane pozytywną, muzyczną agresją. Sekcja gra, jakby była podłączona pod sieć wysokiego napięcia, a saksofon, co rusz pokrzykuje z radości. Finał znów jest dwugłosem Chanta (bcl) i Edwardsa, tym razem w klimacie deep listening music.


Przystanek Londyn – elektroakustyczna współczesność

Czas na moment kastracyjnego wyciszenia. Pozostajemy w Londynie, ale przenosimy się do obiektu sakralnego. Właśnie rozpoczął się nowy, 2009 rok (jego czwarty dzień). Muzycy przytargali do Kościoła St. James opasłe tomy pięciolinii (John Cage, Michael Pisaro), głowy mając wypełnione literackimi inspiracjami (Samuel Becket, William Bronk). Personalnie są z nami – Tom Chant (saksofony i klarnet basowy), Angharad Davies (skrzypce, obiekty), John Edwards (kontrabas) i Benedict Drew (elektronika, obiekty). Zagrają długo (prawie 70 minut) i wielowymiarowo (także bez wskazówek z pięciolinii), a w nasze łapska dostanie się po niedługim czasie krążek Decentred (Another Timbre, 2009).




Reader, Listen: Harmony Series No.10 (komp. Pisaro; dźwiękowo jedynie kontrabas i skrzypce). Jednorodne, krótkie, przerywane ciszą pasaże unisono, kreowane przez dwa strunowce. Piękne brzmienie i … emocjonalna pustka. Cisza pomiędzy dźwiękami zdaje się mieć więcej życia w sobie. A jest tu jej, istotnie w nadmiarze.  Activation (Improvisation). Do żmudnej walki o odzyskanie uwagi słuchacza rusza cały kwartet. Konwencja search & reflect. Bez szczególnego napięcia, ale z silnie zaznaczającym swoją obecność Chantem na klarnecie basowym. W tle subtelna, nienatarczywa elektronika, sycząco-skwiercząca. Dynamika improwizacji jest trupia, ale w końcu jesteśmy w szponach Another Timbre! A muzycy i tak sprawiają wrażenie, że łypią okiem w kierunku pulpitu (tu: czystego jak łza). Four 6 (komp. Cage, … 30 minut, kwartet). Ciekawe akustycznie cykady, mruk kontrabasu i świergot dęciaka. Incydentalnie frapujące brzmieniowo interakcje na linii kontrabas-saksofon sopranowy (Edwards vs. Chant, skąd my to znamy?!). Nie brakuje innych, równie doskonałych interakcji akustycznych. Ale, czy te perły łączą się w spójną całość? (w głowie kompozytora – na pewno!). Ponownie iskrzy na linii kontrabas-dęciak (bcl), a pytanie, kto brzmi piękniej i dobitniej, pozostaje retoryczne, wszak jesteśmy w kościele, mając doskonałą akustykę jako … dopust boży. Natłok akustycznych egzorcyzmów jest imponujący, ale emocje u recenzenta przyjmują wartości ujemne. Jeśli interakcja pomiędzy muzykami jest zaprogramowana, a nie intuitywna, czar pryska… La Voix Qui Dit: Harmony Series No.8d (komp. Pisaro, skrzypce i klarnet basowy). Tytuł brzmi jak adres pocztowy. Mikrodron atakowany (łechtany) przez incydentalne pomruki klarnetu. No action, no pain niestety. Decentring (Improvisation). Znów muzycy w komplecie. Po takiej marszrucie z pięciolinii, dryg do improwizacji u muzyków w całkowitym zaniku… Snują się po kątach i obgadują maniery kompozytorów współczesnych. Wydają niezobowiązujące dźwięki, które odrobinę ze sobą konweniują, delikatnie łaskocząc po skroniach wynudzonego recenzenta. Takie mało dotkliwe call & response. Sopran Chanta zgłasza się do odpowiedzi i podejmuje trud ratowania tej stanowczo za długiej płyty (okolice 8 minuty). Ale filharmonia wyszła właśnie na kawę i nie ma z kim pogadać.  Flux: Harmony Series No.8a (komp. Pisaro, kontrabas i elektronika). Szum z kabla kreuje ciekawy dysonans poznawczy. Cisza jako jedyny dostępny kontrapunkt. Z kajetu recenzenta: (brak wpisów).


Barcelona wcześniej – retrospektywa 2011

Dżdżysty Londyn opuszczamy bez żalu. Tym bardziej, że wracamy do Barcelony! Sprawdźmy, jakie nagrania współtworzył Tom Chant w pierwszych miesiącach swojej katalońskiej rezydencji. Jest rok 2011. To właśnie wtedy, wenezuelski saksofonista i kompozytor El Pricto skutecznie zawiązuje inicjatywę edytorską pod nazwą Discordian Records. Nagrania powstają niemal każdego tygodnia, a katalog nowego, sieciowego labela rośnie w oczach. Oto przed nami krótkie anonse, dotyczące aż sześciu krążków (wszystkie by Discordian Records ***)), które nagrane zostały w Barcelonie w tamtym, ciekawym roku, a w powstaniu których znaczący udział miał nasz dzisiejszy bohater.

Bruitage I & II  (nagrane w lutym, 2011). Ogniste trio, które łączy w pełni akustyczne saksofony Toma Chanta i perkusję Javiera Carmony z gitarą elektryczną Pablo Regi. Sześć dość swobodnych improwizacji, pomieszczonych na dwóch wydawnictwach, łącznie ok. 77 minut. Zderzenie doom metalowej gitary i duetu bez prądu, który pragnie zaistnieć fonicznie. Rega wchodzi w ten tygiel bez jakichkolwiek jazzowych naleciałości. Ma power i tysiące pomysłów na sekundę. Cuchnie psychodelią, smakuje rockowym sztafażem. Nie brakuje mu także pokory, potrafi zejść na drugi plan i dać zaistnieć Chantowi i Carmonie. Tak dzieje się już w połowie pierwszej płyty. Saksofonista ma wtedy swoje pięć minut i nie odpuszcza. Drugi krążek zyskuje na wartości dzięki wygłuszeniu emocji i skupieniu się każdego z muzyków na brzmieniowych detalach. Rośnie też wzajemne zrozumienie i skłonność do kooperacji. Finał pokazuje więcej niż obiecywał hałaśliwy początek.




ACME (kwiecień?, 2011). Kolejna w pełni free improv propozycja. Intrygujący kwartet na dwa saksofony (Chefa Alonso na sopranie, Tom Chant na tenorze i sopranie) i krwistą motion sekcję (Barbara Meyer na wiolonczeli i Javier Carmona na perkusji). Cztery traki, niespełna 40 minut emocji. Od razu dodajmy – wielkich emocji! Saksofony przez całe nagranie pozostają w konwulsyjnym zwarciu, grają bez przerwy i wiją się wokół siebie, jak przypalone węgorze. Dyskutują, poklepują wzajemnie, nie stroniąc od uroczych, rozwichrzonych harmonii. W tle pląsa jakże kobieca w dotyku, plumkająca wiolonczela i wybrzmiewa nienachalny, pałeczkowaty drumming. Szczególnie zmysłowe zdają się być dialogi dwóch saksofonów sopranowych. Gdy w finale wiolonczela zaczyna drapieżnie smyczkować, dęciaki puentują to wyborną eskalacją. What a game!

A Man With A Hyena, Live At Robadors23 (wczesna jesień, 2011). Ostatnia w tym zestawie całkowicie swobodna improwizacja, tu w trzyosobowym składzie. Chantowi (saksofony, tu określone edytorsko jako reeds) towarzyszą Javiera Garcia na basie (to niechybnie kontrabas, ale istotnie amplifikowany) i Dani Dominguez na perkusji. Trzy duże kwadranse free jazzowej młócki. Chanta oczywiście stać na wszelkie subtelności, ale w towarzystwie tej sekcji nie dostaje szansy. Głośno, ostro i w ciągłym, nie zawsze przyjaznym zwarciu. Jedynie środek tego koncertu, gdy sekcja trochę odpuszcza, pozwala nam rozkoszować się kunsztem improwizatorskim Toma. Recenzent tylko nie wie, kto w tym zestawie został określony mianem Hjeny?

Na koniec dwie bardzo szczególne i dobitnie wartościowe płyty, za którym stoi przede wszystkim iście renesansowy geniusz El Pricto. Twórcy, który był głównym kreatorem obu przedsięwzięć, acz w najmniejszym stopniu muzykiem, realizującym określone potoki dźwiękowe.

Slaugtherhouse-Five (kwiecień, 2011). Po naszemu Rzeźnia Numer 5! Skojarzenie z jedną z najlepszych powieści Kurta Vonneguta, jak najbardziej stosowne. Jak donosi opis płyty, koncepcja, kompozycja (dwie z pięciu części) i dyrygentura po stronie El Pricto, zmyślne i kreatywne wykonawstwo po stronie kwintetu. Ten ostatni to trzy kolory saksofonów – altowy (Agustí Martínez), barytonowy (Xavier Díaz Herrera) i tenorowy (Tom Chant), kontrabas (Miguel Serna) i perkusja (Javier Carmona). Oto i wyjątkowa muzyka – ledwie 32 minuty dynamicznej, wspaniale zagranej i precyzyjnie dyrygowanej opowieści o urokach brzmienia saksofonów. Feeria barw, zwrotów akcji, pyskówek i zgodnych chórów piekielnych. Opowieść pełna rubasznego humoru, godnego zaiste wielkiej literatury, która ją zainspirowała. Ilustracyjna petarda, która urodą przypomina chwilami lekko upalonego Komedę. Doskonałe!




Orgonite, Protozoa (późna jesień, 2011). Na finał tej okropnie długiej opowieści, freejazzowy nieomal kwartet, bogobojnie poddany dyrygenturze El Pricto. Dwa saksofony (Tom Chant, sopran i tenor oraz Don Malfon, alt i baryton), kontrabas (Alvaro Rosso) i perkusja/ perkusjonalia (Javier Carmona). Dwa fragmentu autorstwa El Pricto (wspaniałe, rozbudowane, bogate aranżacyjnie perły … free jazzu), trzy pozostałe by Orgonite (bardziej swobodne improwizacje, wszakże realizowane pod czułem okiem dyrygenta). Zjawiskowa płyta, która rozkłada recenzenta na cztery łopatki. Gdzie leży granica między sterowaną kreacją, a buńczuczną spontanicznością? A może dopiero mieszanka tych elementów daje naprawdę wartościowy efekt? El Pricto, wyjątkowy muzyk i twórca, który stawia pytania i zostawia nas z pustką braku jednoznacznych odpowiedzi.


*) Historia Osobnego Wędrowca
**) krążek ten był już recenzowany na Trybunie, jednakże z mniejszym stopniem szczegółowości
***) przypominam, że wszystkie pozycje katalogowe Discordian Records dostępne są w streamingu i plikach audio na stronie discordianrecords.bandcamp.com.


niedziela, 8 stycznia 2017

Vandermark! Butcher! Marsh! Daisy! Dunmall! Laubrock! Dresser! Lee! Ho Bynum! Shipp! Dré Hočevar! McPhee! – zbiorówka późnojesienna, dość nowojorska


Podsumowanie roku 2016 w zakresie płyt najbardziej wartościowych - szczęśliwie - mamy już za sobą. Wybór nie był łatwy, a płyt, które skutecznie przykuły moją uwagę w trakcie minionych dwunastu miesięcy, naliczyłem około… pięćdziesięciu. Selekcja Złotej Szesnastki była zatem wyjątkowo trudna.

Teraz dokonajmy tradycyjnej zbiorówki recenzji płyt. Przed nami pozycje, które trafiły przed oblicze Pana Redaktora w listopadzie i grudniu, a których wydanie datowane jest oczywiście na rok bieżący. Wszystkie poniższe płyty nie doczekały się jeszcze choćby słowa komentarza na tych łamach, a jedynie niektóre z nich zaopatrzone zostały we wstępne rekomendacje, po premierowym odsłuchu (słabe, czerwone - low, średnie, żółte - middle, wreszcie dobre, zielone – high).


Ken Vandermark  Momentum 1: The Stone (Audiographic Records, 2016)

Nowy wielopak z muzyką sygnowaną nazwiskiem chicagowskiego saksofonisty Kena Vandermarka jest niewątpliwie wydarzeniem na scenie muzyki improwizowanej samej końcówki roku. Nie jest nim wszakże sam fakt wydania wydawnictwa wielopłytowego (tylko w rodzimym Not Two na policzenie takich edycji KV nie starczy palców u ręki), ale definitywnie muzyka na niej zawarta!

Styczeń roku ubiegłego, nowojorski klub The Stone i blisko tygodniowa rezydencja Kena, ucieleśniająca się dwoma koncertami dziennie. Wśród zaproszonych gości zarówno working bandy saksofonisty, jak i muzycy, z których stworzono ad hoc kilka pasjonujących personalnie składów. Zarejestrowano megatony dźwięków, z których KV, w ramach autorskiego wydawnictwa Audiographic, wydziergał uroczy sześciopak. Ku radości niżej podpisanego, na srebrne dyski trafiły wyłącznie nagrania formacji powstałych na potrzeby tygodniowej rezydencji saksofonisty.




Mniej więcej od dekady, na różnych łamach, także tu, staram się dowodzić tezy, iż potencjał twórczy Vandermarka, jako kompozytora i band lidera, dalece się wyczerpuje, a radość płynąca z odsłuchu jego muzyki jest mi dana jedynie w przypadku spotkań boleśnie improwizowanych. Momentum 1: The Stone dowodzi tego bezdyskusyjnie.

Dysk pierwszy. Na scenie iście konwulsyjny kwartet - Sylvie Courvoisier (piano), Chris Corsano (perkusja), Ingrid Laubrock (saksofon) i Ken Vandermark (saksofon, klarnet). Dwa siedemnastominutowe zwarcia, pełne improwizacyjnego szaleństwa, na granicy muzycznej agresji, bez słowa zbędnej refleksji. Muzyka iskrzy po sam dach klubu. W szczególnie dynamiczne pyskówki wdają się Laubrock i Vandermark. Próżno wskazać zwycięzcę, nikt tu bowiem nie odpuszcza (pazur Niemki jest ostro zakończony!).  W okolicznościach tej prawdziwie freejazzowej petardy świetnie odnajduje się pianistka, choć niewielu by ją o to podejrzewało. Corsano, wiadomo – to prawdziwy wojownik.

Dysk drugi. Po eksplozji ekspresji, moment nieco zadumanej improwizacji (jakkolwiek niepozbawionej konstruktywnej zadziorności). Mat Manieri (altówka), Joe McPhee (saksofon tenorowy) i Ken Vandermark (saksofon, klarnet).  Po duecie JMP/KV nie spodziewałbym się niczego zaskakującego, ale wpuszczenie między nich doskonałego altowiolinisty MM sprawia, że całość zwartej improwizacji w trójkącie nabiera lekkości i niesie nas ku dalece refleksyjnej przyjemności. Sześć zgrabnych opowieści perfekcyjnie wypełnia nam trzy kwadranse, dodatkowo w sposób niebudzący wątpliwości, co do końcowej rekomendacji.

Dysk trzeci. Na scenie ponownie kwartet na dwa saksofony, piano i perkusję. Obok KV, na drugim dęciaku Ned Rottenberg, na pianie Harvard Wiik, zaś na perkusji Tom Rainey. Ponad czterdziestominutowy występ w trzech odcinkach. Podobnie jak na pierwszym dysku, muzyka iskrzy się i spina na wielu płaszczyznach, jakkolwiek w stosunku do poprzedniego kwartetu, interakcja pomiędzy muzykami jest nieco mniej intensywna. Oczywiście dęciaki, przy konstruktywnym wsparciu piana i perkusji, osiągną stosowną eskalację, ale nie będzie ona miała smaczku doskonałej utarczki Laubrock-Vandermark. Eskalację – dodajmy - raczej w typie kupą mości panowie, niż w drodze kolektywnej improwizacji o niepoliczalnych płaszczyznach piękna.

Dysk czwarty. Bez wątpienia moment kluczowy tego wydawnictwa, a pewnie i całej rezydencji w The Stone. Oczywiście kwartet, tu w składzie: Ikue Mori (elektronika), Joe Morris (gitara), Nate Wooley (trąbka) i KV (to, co zawsze). Morris i Wooley potrafią w duecie czynić cuda, sam KV także ma w dorobku duety z tymi Panami. Do tego elektroakustyczny sos Mori, zawsze adekwatny i uzasadniony dramaturgicznie. Dostajemy jeden track, trwający trzy kwadranse. Cóż tu się nie dzieje… Nie starczyłoby całej zbiorówki, by opisać emocje iskrzące się na scenie. Bardzo swobodna improwizacja na dwa dęciaki, kompulsywną (również preparowaną) gitarę i elektronikę, dramatycznie wbija nas w fotel i każe prosić o więcej. Morris sięga nieba, pozostali muzycy są u jego stóp. Doskonałe!

Dysk piąty. Tym razem KV staje na scenie wraz Okkyung Lee na wiolonczeli i daje się oplątać podwójnym zwojem kabli i talerzy, za które odpowiedzialni są Christof Kurzmann i Marina Rosenfeld. Niespełna czterdziestominutowy track wypełnia nam uszy dość nieśpieszną narracją, która pozwala swobodnie i niebezrefleksyjnie przetrawić emocje z poprzedniego setu.

Dysk szósty, ostatni. Znów kwartet, tym razem po raz pierwszy z… kontrabasem. I to jakim? William Parker! A na dokładkę Steve Swell (puzon) i Paal Nilssen-Love (perkusja). Jeden długi fragment, jeden krótki. Uczta dla prawdziwych fanów free jazzu. Maszyna Parkera kręci tym kwartetem jak zwykle … niezwykle tanecznie, dęciaki plotą figlarne opowieści, a Paal dopełnia całości swym bezbłędnym i naddynamicznym drummingiem.

Kolor dla tego wydawnictwa może być tylko jeden (high!).


John Butcher/ Thomas Lehn/ Matthew Shipp  Tangle (Fataka Records, 2016)

Po opasłych tomach smakowitych improwizacji, przejdźmy płynnie do ostatniego wydawnictwa angielskiej Fataka Records. To już czternasta pozycja katalogowa tej bardzo ciekawej inicjatywy edytorskiej, nastawionej wyłącznie na incydenty free improvisation. A na pokładzie same znane pyski.

Jeden z naszych ewidentnych faworytów, brytyjski saksofonista John Butcher, ma już w tym katalogu płytę nagraną z amerykańskim pianistą Matthew Shippem (Fataka 2), a także trzyosobowe wystąpienie z Thomasem Lehnem (analogowa elektronika), w towarzystwie innego pianisty Johna Tilbury (Fataka 7).




O ile ta ostatnia płyta miała bardzo wyważony, stonowany i minimalistyczny charakter (kto słyszał Tilbury’ego grającego szybkie tempa, niech pierwszy rzuci kamieniem!), o tyle Tangle jest jej całkowitym przeciwieństwem. Muzyka tu zawarta jest głośna, dynamiczna i składa się z nieskończonej ilości spięć, zwarć i nie do końca konstruktywnych dyskusji, zawsze jednak w strefie silnie uwolnionej improwizacji. Shipp, freejazzowy pianista z natręctwami, gra oczywiście non stop i prawie nie dopuszcza kolegów do głosu. Lehn, zazwyczaj skupiony i wyciszony, dużej klasy specjalista w zakresie przykurzonych kabli, nie chce być tu gorszy i też pragnie pohałasować, a że ma w rękach same analogowe triki, efekt końcowy pozostawia sporo do życzenia. W tej głębokiej i ambiwalentnej czeluści, między Shippem a Lehnem, stara się odnaleźć swoje oblicze Butcher. To zdecydowanie nie jest jednak jego bajka. Cóż może zrobić? Próbuje przebić głośnym tembrem tenorowego saksofonu ten dramatyczny splot fortepianu i kablowego szmerostuku. Jest dzielny i nie brakuje mu zasobów, by wgryźć się w tę improwizację. Kosztuje go to jednak tak wiele sił, iż gubi gdzieś swój zwyczajowy artyzm, pomysł na muzykę.

Efekt końcowy mieni się zatem jedynie w kolorach żółtych (middle!), co jest zarówno skutkiem muzycznej zawartości krążka, jak prywatnie wysokich oczekiwań wobec improwizatorów klasy światowej, które nie zostały spełnione.


Tony Marsh/ Chefa Alonso Goodbye Red Rose (Emanem Records, 2016)

Emanem Records Martina Davidsona nie wydaje płyt zbyt często, a jak już tak się dzieje, to zwykle jest to reedycja, twórcze przypomnienie wydarzenia sprzed lat lub wiekowy rarytas. Zatem już sam fakt, że na krążku Goodbye Red Rose doświadczamy nowej muzyki, jest wydarzeniem samym w sobie.


Nagrania te mają już kilka lat, ale powstały w sumie całkiem niedawno (2008-9) i są publikowane po raz pierwszy. Pięć fragmentów zarejestrowano w Londynie, jeden w Hiszpanii. Miejsca nie dziwią, gdyż za muzykę zawartą na płycie odpowiada angielski perkusista Tony Marsh i hiszpańska saksofonistka Chefa Alonso. Pierwszej postaci nie trzeba chyba specjalnie przypominać. Nie ma go już z nami od czterech lat, stąd zapewne i sam pomysł wydania tych nagrań. Hiszpankę winniśmy kojarzyć m.in. z nagraniami London Improvisers Orchestra.
Ponad godzinny materiał koncertowy, mimo aż trzech różnych okoliczności powstania, jest niezwykle spójny muzycznie – stosunkowo dynamiczna, dość ekspresyjna improwizacja na dobre, jazzowe bębny i kompetentny saksofon sopranowy. Linearna narracja, brak spektakularnych zwrotów dramaturgicznych, sprawia, iż z jednej strony, płyty tej wyśmienicie się słucha, z drugiej jednak, już w połowie nagrania można zadać pytanie, co dalej? Reasumując – dla fanów Marsha lektura obowiązkowa i ciekawa pozycja w niezbyt jego bogatej dyskografii. Dla samej Chefy – jak dotąd najważniejsza płyta w życiu. Nam z tego wszystkiego wychodzi high!, ale z podpórką middle!

Wolter Wierbos/ Jasper Stadhouders/ Tim Daisy  Sounds In A Garden (Relay Recordings, 2016)

Jeśli w dzisiejszej zbiorówce mielibyśmy wskazać płytę, której najbliżej do trybunowej Złotej Szesnastki Roku, to z pewnością jest nią nowe wydawnictwo Tim Daisy’ego i jego własnego netlabelu Relay Recordings Dźwięki w Ogrodzie.

Amerykański saksofonista i jego label są stałymi gośćmy na tych łamach, w ramach okresowych zbiorówek i na ogół pobyty tutaj kończą w kolorach zielonych. Uprzedźmy wypadki – tak będzie i tym razem!




Niespełna 50-minutowa studyjna opowieść na perkusję, puzon i gitarę elektryczną (zamiennie stosowaną z gitarą basową). Dwupokoleniowy holenderski zaciąg mieni się barwami świetnej improwizacji, intrygującego, lekko upalonego brzmienia i smakowitej kooperacji. Puzonistę Wierbosa znamy od lat i cenimy (ja szczególnie - za partnerowanie Frankowi Gratkowskiemu w jego Kwartecie). Z młodym gitarzystą Stadhoudersem spotykamy się co raz częściej, a okoliczności stają się na ogół coraz przyjemniejsze (patrz: jedna z płyt na Złotej Szesnastce!). Muzyk to doprawdy wyśmienity, doskonale odnajdujący się w wielu formułach muzycznego improwizowania, a do tego obdarzony wyobraźnią i artystycznym tupetem godnym najwyższego uznania (już mu nawet wybaczę terminowanie w najgorszym projekcie Kena Vandermarka – Made To Break). A Daisy… robi swoje. Nie jest w mojej ocenie jakimś wyjątkowym drummerem, ale w roli kreatora ciekawych spotkań improwizatorskich, idzie mu coraz lepiej (do wglądu: pełny katalog Relay Recordings). Innym słowy – świetna płyta! High!


Paul Dunmall/ Liam Noble/ John Edwards/ Mark Sanders  Chords Of Connection (FMR Records, 2016)

Paula Dunmalla, brytyjskiego saksofonistę starszego pokolenia, cenimy na Trybunie niezmiennie. Pod koniec zacnego roku ’16 przypomina się nam ciekawym, klasycznym kwartetem jazzowym (sax z pełną sekcją rytmiczną). Para Edwards - Sanders była na tej stronie odmieniana już przez wszystkie przypadki. Pianista Liam Noble z pewnością tu debiutuje, choć nie jest muzykiem, który dopiero, co uciekł sroce spod ogona.




Trzyodcinkowa, improwizowana opowieść, głęboko osadzona w jazzowej, czy freejazzowej tradycji, niczym nas nie zaskakuje, ale daj boże każdej niezaskakującej płycie trzymać tak wysoki poziom artystyczny. W doskonałej formie odnajduję Dunmalla, który szczególnie w pierwszej części, dzierżąc w dłoni saksofon tenorowy, ryje nam berety dźwiękami, których bałby się sam John Coltrane (ogień!). Gdy w trakcie drugiej opowieści sięga po sopran, tradycyjnie ujawnia się nam w roli pięknego kolorysty. Gdy w kolejnej części wraca z tenorem, jest już uspokojony i snuje, z genialną jak zawsze sekcją, urocze zakończenie płyty. Sam Noble – przyznaję - niczym nie przykuł mojej uwagi w trakcie tego blisko godzinnego nagrania, ale zrobił swoje, czyli wytrawnie akompaniował kolegom. Rekomendacja - bez dyskusji - zielona (high!).


Ingrid Laubrock  Serpentines (Intakt Records, 2016)

Wróćmy do wątku nowojorskiego naszej dzisiejszej opowieści. Niemiecka saksofonistka średniego pokolenia, Ingrid, Laubrock, przy okazji stała nowojorska rezydentka, jest muzykiem niezwykle ambitnym i nad wyraz pracowitym. A że talentu jej nie brakuje, to coraz częstsze - w moim przypadku - sięganie po jej nagrania, niesie za sobą, rosnące w postępie geometrycznym, pokłady przyjemności.




Szczególnie dobitnym przykładem jest ostatnia jej autorska płyta Serpentines. Do studia zaprosiła doskonałych muzyków – Petera Evansa (trąbka), Craiga Taborna (piano), Sama Plutę (elektronika), Tyshawna Soreya (perkusja), Dana Pecka (tuba) i Miyę Masaoka (koto). Na krążku gramy pięć kompozycji Ingrid (pięknie słychać efekty częstego terminowania u Anthony’ego Braxtona!), które w dalece nieśpiesznych tempach są wytrawnie improwizowane przez kolektyw muzyków, pozostających w ewidentnie świetnej formie. Narracja jest niezwykle precyzyjna, prawdziwie molekularna, cierpliwa, ale zdecydowanie gęsto tkana. Nie brakuje ulotnych, delikatnie onirycznych momentów, które w trakcie rozwoju tego nagrania nabierają rumieńców i pozwalają na czerpanie niekłamanej radości z odsłuchu. Instrumentarium nie jest banalne, poziom ingerencji kablowej Pluty bardziej niż stonowany i na ogół uzasadniony dramaturgicznie. Mam zresztą wrażenie, że nic na tej płycie nie odbywa się bez pełnej akceptacji Laubrock. Akurat temu nagraniu robi to bardzo dobrze.

Rekomendacja high! bezdyskusyjna, wsparta obietnicą Pana Redaktora, by częściej i w bardziej pogłębione analizy muzyki Niemki, zapuszczać recenzenckie pióro.


Mark Dresser Seven  Sedimental You (Clean Feed Records, 2016)

Kolejna nowojorska opowieść dzisiejszej zbiorówki – niewymagający jakichkolwiek rekomendacji, kontrabasista Mark Dresser i jego Siódemka. W składzie – obok lidera i kompozytora całości materiału - Nicole Mitchell (flety), Marty Ehrlich (klarnety), Michael Dessen (puzon), David Morales Boroff (skrzypce), Joshua White (piano) i Jim Black (perkusja).




Kompetencje muzyków nie wymagają rekomendacji, sztyft kompozytorski wyłącznie udany (tu też uroczo słuchać wpływy Braxtona, z którym Dresser spędził pół życia), improwizacje na brawurowym poziomie, acz wedle precyzyjnej rozpiski lidera. Jeśli miałbym szukać łyżki dziegciu, to stwierdziłbym, iż całość jest odrobinę zbyt długa i w drugiej części stanowczo przegadana, przy wtórze nazbyt słodko brzmiących skrzypiec (nie znam tego muzyka, być może miał okienko w repertuarze tamtejszej filharmonii). I tak dobrze, że na kompaktowym nośniku wciąż nie mieści się więcej niż 79 minut muzyki…

Jakkolwiek do 50 minuty Sedimental You broni się niczym Boruc Fabiański na kolejnym mundialu, zatem radość z obcowania z tym dźwiękami jest ewidentnie wysoka. Jeśli lubicie doskonale zinstrumentalizowany jazz, z odrobiną artystowskiego zadęcia – to jest płyta najbardziej odpowiednia. Rekomendacja? Niech będzie high! z delikatną podpórką middle!


Okkyung Lee/ Christian Marclay  Amalgam (Northern Spy Records, 2016)

Nasza ulubiona skośnooka wiolonczelistka (z Nowego Jorku rzecz jasna!) Okkyung Lee, mieszka ostatnio w londyńskim Cafe Oto i co rusz wrzuca nam do odtwarzaczy smakowite duety. Dziś czas na niespełna 40 minutowy meeting z facetem grającym z gramafonów, niejakim Christianem Marclayem.




Lee, w przeciwieństwie do Kolegi akapit wyżej, ma w artystycznym DNA zapisane srebrnymi literami bądź wstrzemięźliwa, zatem w trakcie odsłuchu tego koncertu, nie przyjdzie nam do głowy epitet przegadane.

Oczywiście granie z talerza nie każdemu ryje beret, zatem nawet wśród garstki czytelników Trybuny znajdą się malkontenci, którzy pomarudzą, ale ja śmiało kupuję ten szyt, choćby dlatego, że muzyka na nim zawarta leży od dwie wycieczki do Władywostoku od kompozytorskiego zadęcia kilku kolegów Lee z Wielkiego Jabłka. Drapieżnie, hałaśliwie, pyskato… Demonicznie, krwisto, pstrokato… Daję po twarzy zielonym (high!) i nie przyjmuję votum separatum.


Taylor Ho Bynum  Enter The PlusTet (Firehouse 12 Records, 2016)

A propos… nowojorskich kolegów Lee z kompozytorskim zadęciem. Kolejny gagatek nazywa się Taylor Ho Bynum. Trębacz i kornecistka, z którym znamy się jak łyse konie (ach ten Braxton!), zagnał do studia (rok temu dokładnie) czternastu wspaniałych muzyków (lista płac czyni buraczkowe wypieki na naszych licach!) i kazał im grać swoje wytrawne kompozycje. Baa, fragment pierwszy zaczyna z tak wysokiego C, że Pan Redaktor miał już ochotę zadąć w róg i obwieścić dzieło genialne. Euforia recenzenta nie trwała jednak długo. Manieryczny, jazzowy walking sekcji (wibrafon!), przywraca nas brutalnie do rzeczywistości. We fragmencie drugim mamy wrażenie, że jest czwarta rano i gra nam wyczerpana fizycznie (niedopita!) orkiestra Glenna Millera, a impreza odbywa się pod szczytnym hasłem właśnie co ogłoszonej prohibicji. Fragment trzeci finalny, mam już momenty, które próbują ratować tę płytę, ale niesmak pozostaje….




A na owej liście płac… Nate Wooley, Matt Bauder, Mary Halvorson, Steve Swell, Vincent Chancey, Ingrid Laubrock, Tomeka Reid, Jason Kao Hwang, Ken Filiano, Tomas Fujiwara, Bill Lowe…

Ta płyta miała prawo być doskonała. Stawiam żółte, lekko przegniłe middle! za zmarnowanie takiego potencjału artystycznego i poniekąd czasu tak wspaniałych muzyków.


Illegal Crowns  Illegal Crowns (Rogue Art, 2016)

Mimo ambiwalencji targających duszą Pana Redaktora, pozostańmy przy osobie Taylora Ho Bynuma. Tym razem kwartet Nielegalne Korony, który w trzech czwartych jest … oczywiście nowojorski (także Mary Halvorson i Tomas Fujiwara), zaś czwartym do brydża jawi się Kanadyjczyk (Benoit Delbecq), wszakże z Quebecu, zatem miejsce muzycznego spotkania tej czwórki – Paryż – jest na swój sposób uzasadnione.

Znów materiałem wyjściowym dla improwizacyjnych igraszek są kompozycje (każdy z czworga dołożył tu swoje). Narracja jest nieśpieszna, precyzyjna, jakkolwiek pierwsze wrażenie nie zwala z nóg. Brakuje szczypty dramatyzmu, wyższego poziomu ekspresji i tego czegoś, co nas do tej ekspozycji spróbuje przekonać.




Szczęśliwie w drugiej części tego studyjnego incydentu, do muzyki kwartetu wkrada się delikatny, podskórny nerw, który potrafi na pewien czas zawładnąć naszymi receptorami słuchu. Nie da się w tym miejscu ukryć, że … dzięki niemu Illegal Crowns – z trudem, bo z trudem – wychodzą obronną ręką z tego starcia. Gdybym potrafił cofnąć czas, tuż przed rejestracją tej sesji, zakradłbym się do komory odsłuchowej i bezczelnie podprowadził muzykom zwitki pięciolinii. Ciekaw byłbym efektu końcowego spotkania w takich okolicznościach.

Trochę na wyrost daje ostatecznie temu nagraniu high!, jakkolwiek muszę go podeprzeć niezobowiązującym middle!


The Core Trio Featuring Matthew Ship  The Core Trio Live Featuring Matthew Ship  (Evil Rabbit Records, 2016)

Uwaga! Kolejny zacny Nowojorczyk na scenie! Tym razem w delegacji, w teksańskim Houston. Matthew Shipp – bo o nim tu mowa -  zwiera koncertowe szyki z triem tubylców (?), którzy artystycznie funkcjonują pod nazwą The Core Trio (Seth Paynter na tenorze, Thomas Helton na kontrabasie i Joe Hertenstein na perkusji).

Ponad godzinna dokumentacja koncertowa podana nam jest w dwóch setach. Muzyka ma swój poziom ekspresji, śmiało posadowić się w może w szufladzie free jazz, są dramaturgiczne zwroty akcje, zgrabne pyskówki i garść intelektualnej wymiany podglądów na temat.




Jest tylko jeden drobny szczegół. Takich płyt słuchałem już tysiące. Shipp niczym nie zaskakuje, tradycyjnie gra bez przerwy, choć nie ma problemu z bilansowaniem natężenia dźwięków. Partnerzy, chwilami w pozycji wyczekującej, wobec tego, co zrobi lub pomyśli mistrz z New York City, grają swoje i nie męczą nas nadmiernym nowatorstwem użytych środków artystycznych.

Oczywiście taka muzyka znajdzie wielu admiratorów. Z jazzowego punktu widzenia jest to bezpieczna pozycja, a samo nazwisko Shippa może otworzyć kilka portfeli. Mnie wszakże nie rajcuje, zatem maluję koncert na żółto (middle!), bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia.


Dré Hočevar  Transcendental Within The Sphere Of Indivisible Remainder (Clean Feed Records, 2016)

Dré Hočevar, eksperymentator, perkusista, poszukiwacz rzeczy ulotnych, powraca w nieco rozbudowanym składzie. Jego artystyczna bezczelność i brak jakichkolwiek zahamowań estetycznych sprawia, iż nie sposób przejść wokół jego muzyki w pozycji zobojętnienie.

W zakresie generowania dziwnych dźwięków z kabli, prowodyra tego incydentu (odpowiada także za interakcję) wspomagają skutecznie Sam Pluta (żywy procesor) i Zack Clarke na syntezatorze. Zaciąg akustyczny jest pięcioosobowy (m.in. Mette Rasmussen na saxie, także piano, wiolonczela, trąbka i drugi saksofon), a całości składu dopełnia basista.




Jakże intelektualny tytuł obejmuje, swą nieco wyuzdaną literackością, blisko 49 minutowy, nie przerywany niczym zbędnym, jeden track. Scenariusz tej, w dużej mierze improwizowanej egzekucji dźwięku, nie jest nadmiernie rozbudowany i daje wszystkim muzykom sporo artystycznego luzu.

Jeśli tylko skłonności elektryków do generowania hałasu i eskalowania emocji, daje się w ramach tak dużego składu skutecznie poskramiać (a dzieje się tak zwłaszcza w drugiej części nagrania), to hocevarowa banda szaleńców pięknie płynie ku nieznanemu, improwizując w oparach bardziej niż ciekawej elektroakustyki.

Płyta jest nierówna, ale tupet i wspomniana już artystyczna bezczelność Dre i jego kompanów sprawia, iż Transcendentalny dostaje ode mnie mocne high! Nawet jeśli cenzurka jest odrobinę na wyrost, to konsekwencje biorę na siebie.


Joe McPhee & Ingebrigt Haker Flaten  Bricktop (Trost Records, 2016)

DKV Trio/ The Thing  Collider (Not Two Records, 2016)


Na sam koniec naszej dość obfitej (bo dwumiesięcznej) zbiorówki, dwie płyty muzyków i formacji, które znamy z pewnością lepiej niż zawartość własnych portfeli.

Duet weterana free jazzu, McPhee i postaci już niemal pomnikowej, jeśli chodzi o europejski, basowy wymiar tegoż gatunku, Hakera Flatena, jest rejestracją koncertową z Wisconsin, sprzed dwóch już prawie lat.

Połączone siły dwóch trzyosobowych, niemniej pomnikowych formacji wyżej wymienionego gatunku, DKV Trio i The Thing, to także ekspozycja koncertowa. Tym razem z krakowskiej Manghii, z roku 2014.

Z pewnością wielu z Was umieściło te płyty na swoich tegorocznych play listach, a wcześniej kupując ich kompaktowe edycje, doświadczyła sporego ślinotoku oczekiwania. Mnie osobiście na te płyty po prostu szkoda czasu. Przewidywalność posunięta do granic mojej akceptacji.

Ken Vandermark zaczął dzisiejszą opowieść naprawdę udanym sześciopakiem, pełnym ciekawych i odkrywczych dźwięków. Życzę mu u progu Nowego Roku, by nie ustawał w podobnych próbach (sam zapowiada już Momentum 2 i 3!), ale by jednocześnie przestał już odgrywać stare dźwięki, które słyszeliśmy tysiące razy.

Matsowi Gustafssonowi też tego życzę.

Joe McPhee i Ingebrigtowi Hakerowi Flatenowi życzę po prostu wszystkiego najlepszego!



W ogóle wszystkim tego życzę! Happy New Year!!!!

czwartek, 25 lutego 2016

John Russell – dekadowe resume jako skutek udanego incydentu koncertowego


Nie po raz pierwszy na tym blogu, zapewne też nie ostatni, inspiracją dla powstania kolejnej muzycznej opowieści jest wspomnienie wyjątkowego koncertu.

Jej bohaterem angielski gitarzysta John Russell, wytrwały wojownik na polu swobodnej improwizacji, który całkiem niedawno świętował 60 urodziny. Rocznica ta zresztą zaowocowała stosownym wieczorem w gronie przyjaciół w londyńskim Cafe Oto, który udokumentował na płycie Martin Davidson (John Russell With…, Emanem Records 2015). Ale nie to spotkanie koncertowe miałem na myśli rozpoczynając ten tekst.



W czerwcu ubiegłego roku na małej scenie warszawskiego Pardon, To Tu wystąpił kwartet wytrawnych improwizatorów – John Russell, Steve Beresford (z zawodu pianista, tu raczej w roli dekonstruktora przewidywalnej rzeczywistości akustycznej – najogólniej mówiąc: amplifikowane przedmioty różne), John Edwards na kontrabasie i po prawdzie inspirator całego zajścia, dużo młodszy od kolegów, norweski perkusjonalista Ståle Liavik Solberg (poznaliśmy go przy okazji VC/DC Gjerstada i Lonberga-Holma). Przez godzinę zegarową ich wspólnego występu działo się naprawdę wiele. Kompetentnym improwizacjom wyciszonego Russella i szalejącym na scenie Edwardsowi i Solbergowi (ten drugi co rusz zmuszał starszych kolegów do wzmożenia aktywności), towarzyszył rubaszny humor Beresforda, który wieloma dźwiękami generowany przez dziwne przedmioty (różnej proweniencji) puentował pomysły interlokutorów.

Koncert ów – dodam od razu, że smakowity po brzegi możliwości naszej zdewastowanej codziennością percepcji – był dla mnie przy okazji pierwszym spotkaniem z Johnem Russellem w konwencji na żywo. Muzyka tego cenię od lat i właśnie temu uczuciu chciałbym dać wyraz, przywołując w pamięci kilka udanych pozycji wydawniczych z jego udziałem, powstałych w ostatniej dekadzie lat. Z drugiej wszakże strony koncert pokazał, iż mój bohater nie jest najlepszego zdrowia, przez co, być może, nasze spotkanie warszawskie w przyszłości nie będzie miało swojego ciągu dalszego. Ale obym był złym prorokiem…



Grzebiąc w pamięci, te drobne resume dokonań Russella zacznijmy od… rejestracji spotkania w/w kwartetu w … St. Mary/s Old Church w listopadzie 2013r., która dotarła do nas dzięki płycie Will It Float? (Va Fongool, 2015), firmowanej czterema nazwiskami jej twórców. I tu swobodna improwizacja jest chlebem powszednim każdego z muzyków, a zadziornych dialogów i kolektywnych uniesień nie brakuje. Może jedynie Beresforda odnajdujemy w nieco mniejszym poczuciu humoru, wszak miejsce zdarzenia dużo poważniejsze niż skromne progi klubu w stolicy erpe. Nagranie dostępne jest zarówno w wersji winylowej, jak i CD (to drugie zawiera ponad 70 minut muzyki, zatem czarny krążek kupcie jedynie dla ładnej okładki).



Tuż obok Will It Float? na waszej półce z płytami wylądować powinien duet Russella z Solbergiem, nagrany pół roku wcześniej niż powyższe spotkanie sakralne w kwartecie, a wydany w roku 2014 przez Hispid pod krótkim tytułem No Step. Przyjemność z odsłuchu bardzo konkretna, acz niestety, podobnie jak tytuł, bardzo krótka, urywa się bowiem po 33 minutach...


Wszyscy wiemy doskonale, iż słuchanie muzyki improwizowanej wymaga pewnej dozy skupienia oraz warunków czasoprzestrzennych, które nie utrudniają odsłuchu i pozwalają docenić niuanse mikrodźwiękowych igraszek. Jest po prawdzie zajęciem generującym samotność i brak okazji na interpersonalne zaistnienie. Z tym większą zatem radością witam w moim domu płyty z muzyką improwizowaną, które śmiało można zapuścić w gronie niestowarzyszonej rodziny. Taką pozycją jest duet Russella z francuskim gitarzystą Pascalem Marzanem Translations (Emanem Records, 2011). Dwie gitary bez prądu uroczą dyskutują o swej wyższości akustycznej nad światem hałasu, na wskroś wypełnionym gitarowymi popisami rockowych szarpidrutów. Free improvisations w edycji relaksacyjnej? Bezwzględnie!


Jeśli chcecie sięgnąć po płyty Russella poczynione z Evanem Parkerem, odsyłam Was do przewodnika zawartego w drobnej monografii tego drugiego „W poszukiwaniu atrybutów wyjątkowości”, której kolejną już aktualizację umieściłem na tym blogu kilka dni temu. Śmiało też możecie zaryzykować i wrzucić w szpony waszych odtwarzaczy wspólne nagrania z innym weteranem brytyjskiej sceny free improv, genialnym perkusjonalistą Rogerem Turnerem (Birthdays i The Second Sky, Emanem 1996 i 2001). Z tymże Turnerem nasz gitarzysta zarejestrował także kilka spotkań w składzie trzyosobowym. Uwagę naszą, wobec powyższego, chciałbym skierować na wydawnictwo The Cigar That Talks (Editions Piednu, 2010), na którym dwójce wojowniczo nastawionych Angoli towarzyszy francuski mistrz improwizacji na saksofonie sopranowym – Michel Doneda. Ten ostatni to wyjątkowo ważna postać europejskiej muzyki improwizowanej. Muzyk ukształtowany artystycznie w dużej odległości od paradygmatów jazzowej improwizacji, przez co jego ujawnienia free improv noszą zazwyczaj znamiona niezwykłej oryginalności. Piękna płyta!



Szukając w ostatniej dekadzie innych udanych spotkań w formule trio, nie sposób nie zahaczyć uchem o wydawnictwo Birds (dEN, 2012), firmowane przez Matsa Gustafssona, Johna Russella i Raymonda Strida. To bodaj pierwsze spotkanie Gustafssona i Russella wydane na płycie. I choć między Panami nie ma wyjątkowej magii, a drobiny synergii są tu jedynie ornamentem, ja chłonę tę improwizację z dużą dozą satysfakcji (bo i Strid!). A że mogło być bardziej genialnie, sami muzycy wiedzą lepiej ode mnie. Uwaga: strona edytorska płyt z dEN, to zabawa z cyklu „znajdź, gdzie jest płyta” – od razu zalecam opakowanie zastępcze dla krążka.

Chcąc udanie zamknąć perspektywę ostatnich 10 la w życiu artystycznym Johna Russella, przywołam tu jeszcze znamienitą rejestrację z roku 2006 (choć jeden track ma datę ’04), upublicznioną światu przez niezrównany Emanem pod tytułem Analekta. Być może to krążek, od którego należałoby zacząć przygodę z muzyką Johna. Zawiera trzy duety – z saksofonistą Garry Toddem, przez lata zapomnianym, acz doskonałym improwizatorem, który pierwsze kroki na scenie free improv stawiał jeszcze w latach 70. (szukaj: Teatime, Incus 1975/ Emanem 2010; tamże również duet z Russellem), z trębaczem Henry Lowtherem (metrykalnie weteran wyższego stopnia), wreszcie z saksofonistką i perkusjonalistką w wieku młodszych córek Russella, o ile takie posiada – Chefą Alonso. Po blisko 50 minutach bardzo udanych konwersacji w parach, dostajemy na Analekcie godny finału deser – blisko pół godzinną improwizację Oktetu, zgrabnie łączącego gitarę, piano, dęciaki, głos ludzi, skrzypce i śmiałe pasaże konstruktywnej elektroniki (Beresford!).


Już naprawdę w ramach epilogu – w końcówce stycznia br. kolekcja nagrań z udziałem Johna Russella wzbogacona została o wyjątkowo atrakcyjny czteropak, dokumentujący edycję obwoźnego Festiwalu Mopomoso z roku 2013 (inicjatywa tych improwizatorskich spotkań jest po części udziałem Russella od wielu już lat). Rzecz nazwano Mopomoso Tour 2013 Making Rooms (Weekerloft, 2016) i zawiera  m.in. nagrania Russella w trio z Evanem Parkerem i Johnem Edwardsem (cały dysk pierwszy). Kolejne dyski to solowy występ pianisty Pata Thomasa, popisy tria smyczkowego (Benedict Taylor, Alison Blunt, David Leahy), a na koniec spotkanie klarnetu Alexa Warda z głosem Kay Grant. Na pewno muzyka warta jest każdego grzechu, zatem czym prędzej biegnę do sklepu, acz czy taki znajdę w tej części rzeczywistości non wirtualnej, to już opowieść na zupełnie inną okazję.