Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yoni Silver. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yoni Silver. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lipca 2022

Magee! White Eyes! Fages & Chambel! Kiełbasa & Papierz! Süß! Staraya Derevnya! Jean D.L.! The Crazy July Round-up!


Połowa miesiąca, to idealny moment na prezentację comiesięcznej zbiorówki recenzji świeżych płyt, które w kilku ostatnich tygodniach przetoczyły się przez liczne odtwarzacze redakcji. Dziś słodka siódemeczka, jak zwykle gigantyczny rozstrzał stylistyczny, dużo emocji i kilka pytań o granicę pojęcia muzyka improwizowana! Free jazz, swobodna improwizacja z post-folkowym posmakiem, elektroakustyka, siarczysta elektronika z saksofonem, głosowe eksperymenty dźwiękowe, garść ponadgatunkowego transu, a na koniec wielki festiwal sampli!

Zaczynamy w stolicy Zjednoczonego Królestwa, choć pod flagą amerykańską, potem Francja, Katalonia, Polska, Niemcy, post-rosyjski wszechświat Izraela i UK, a na koniec Belgia, ale także wyjątkowo multikulturowa! 

Welcome to the Free World of Everything!

 


Massimo Magee  Toneflower (577 Records, CD 2022)

Na początek dzisiejszej podróży solowy występ Massimo Magee - jednego z najciekawszych aspirujących saksofonistów średniego pokolenia, muzyka pochodzącego z Australii, ale rezydującego w Londynie (tu saksofon altowy i … talerz). Nagranie zrealizowano przy wykorzystaniu mikrofonów kontaktowych (Londyn, kwiecień 2021 roku). Pięć improwizacji, 36 minut i kilkanaście sekund.

Podana wyżej uwaga dotycząca techniki rejestracji dźwięku wydaje się w wypadku albumu Toneflower dość istotna. Muzyk dmie w saksofon, a obok niego usytuowany jest talerz, który podmuchami z tuby wprowadzany jest w stan drżenia. Mikrofonowy kontaktowe zbierają tu wszystko, także dźwięki samej dynamiki ruchu instrumentu, generując intrygujące echo, które początkowo przypomina rozhuśtany gamelan, potem zdaje się już żyć z każdym dźwiękiem wydawanym przez alcistę. A ten od startu do mety swej niedługiej solówki udowadnia, iż komplement, jakim obdarzyliśmy go w pierwszym zdaniu recenzji jest całkowicie uzasadniony.

Pierwsza i czwarta improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i są solą tego albumu. Obie muzyk zaczyna bardzo spokojnie, skrupulatnie lepi frazę za frazą, aż do momentu, gdy łapie pętlę narracji za rogi i zaczyna z nią tańczyć. Od razu wpada w oddech cyrkulacyjny i rozpoczyna mantrę, która mogłaby nie mieć końca, gdyby nie pojemność nośnika fizycznego, tudzież artystyczna wstrzemięźliwość improwizatora. Echo pracuje wraz z nim, czasami piętrzy się wraz z flow altu, czasami tylko wtóruje kolejnym podmuchom z tuby saksofonu. Muzyk udanie dawkuje tempo, potrafi w nieprzerwany ciąg dźwięków wplatać oddechy pełne nostalgii i cierpiętniczej post-melodii. Dodatkowy efekt zapewniają wspomniane mikrofony, sprawiające, iż dźwięk altu zaczyna się multiplikować. Jeśli w pierwszej z tych długich wypowiedzi Massimo zdaje się czerpać ze skarbnicy doświadczeń Evana Parkera, to w drugiej z nich bliżej mu do szorstkości i pewnej bezkompromisowości Anthony’ego Braxtona, zwłaszcza z okresu For Alto. W trzech pozostałych improwizacjach (2-4 minuty) muzyk nie stosuje oddechu cyrkulacyjnego, skupia się na budowaniu zwartej narracji, nie stroni od melodii i pewnych jazzowych naleciałości, a także post-folkowych faktur brzmieniowych. Finałowa narracja początkowo brzmi jak kołysanka, ale muzyk bez trudu znajduje swój step i zaczyna krążyć wokół niego, niczym ćma wokół lampy.

 


Isabelle Duthoit, Daniel Lifermann & Thierry Waziniak  White Eyes (Intrication, CD 2022) 

W mgnieniu oka pokonujemy kanał La Manche i lądujemy we Francji (2019 rok, dokładnie miejsce nieznane). Przed nami nagranie koncertowe tria w składzie: Isabelle Duthoit – głos i klarnet, Daniel Lifermann - japoński flet zwany shakuhachi oraz Thierry Waziniak – instrumenty perkusyjne. Siedem swobodnych improwizacji, 54 i pół minuty.

Centralną postacią nagrania jest bez wątpienia francuska wokalistka, która incydentalnie, bodaj w jednym fragmencie, sięga po klarnet. Jej możliwości głosowe zdają się nie mieć żadnych ograniczeń – od śpiewu, przez akustykę fizjologii, po zmysłowe preparacje. Duthoit czyni tu momentami cuda, a rola jej partnerów sprowadza się niekiedy do udanego akompaniamentu. Flecista skupia się na pewnej pokrętnej melodyce, z kolei perkusjonalista długo karze nam czekać na bardziej ekspresyjne zachowania. Mamy w trakcie koncertu (stanowiącego jednolity strumień dźwiękowy) wiele niebywałych zdarzeń akustycznych, ale też nie wszystkie improwizacje przykuwają uwagę odpowiednią dramaturgią i czasem trwania (skrócenie koncertu o kwadrans dobrze zrobiłoby całemu albumowi).

Każda z siedmiu części budowana jest z niebywałą pieczołowitością. Z racji korzystania z dalekowschodniego instrumentu improwizacje brzmią niekiedy neo-folkowo, czasami z uwagi na skalę powtórzeń przypominają mantrę w klimacie błogich lat 60. ubiegłego stulecia. Zawsze jednak naznaczone są piętnem jakości generowanym w gardle wokalistki, zwłaszcza, gdy ta wchodzi w wysoce reaktywne dialogi (choćby w drugiej części z fletem, czy w czwartej z perkusjonaliami). Jeśli narracja nabiera większej dynamiki, jakość nagrania ewidentnie rośnie. Dobrym przykładem może być zakończenie części trzeciej, efektowne wzniesienie w części piątej, wreszcie sam finał koncertu, który spoczywa na ekspresyjnych perkusjonaliach. Najlepszym momentem koncertu wydaje się być odsłona czwarta. Zaczyna ją gwizd Isabelle, niemal sowie pohukiwanie, które zaprasza do budowania intrygująco nerwowej improwizacji. Dobrze kreowane emocje prowadzą nas w polirytmiczne rytuały śpiewu, kolorowych perkusjonalii i roztańczonego fletu. W części szóstej pojawia się klarnet, ale nagranie zbyt intesywnie pachnie muzyką world. Z kolei finałowa improwizacja, nim przejdzie we władanie perkusjonalii, zdobiona jest plejadą tajemniczych fraz - być może Duthoit stara się jednocześnie podśpiewywać i grać na klarnecie.

 


Ferran Fages & Pedro Chambel  Os Passos Seguem Como Um Espelho (Fractal Sources, CDr 2022)

Czas na obiecaną elektroakustykę! Ferran Fages na akustycznych gramofonach (acoustic turntable) oraz Pedro Chambel na saksofonie altowym, głosie i elektronice. Trzy improwizacje trwają tu niespełna 38 minut (czas i miejsce powstania nieznane).

Pierwsze dźwięki nagrania są niemal filigranowe. Coś rezonuje, coś płynie strugą szorstkiego ambientu, gdzieś leje się woda. Mroczny, elektroakustyczny galimatias lepi się jednak w zwartą narrację, która często bazuje na repetycji. W splocie zdarzeń dobrze słyszymy dźwięk preparowanego saksofonu, którego tuba pełna jest przedmiotów zniekształcających jego brzmienie. Po czasie wszystko przypomina tu post-industrialny, ale jakże żywy chrobot. Druga improwizacja jeszcze bardziej nabiera meta rytmicznej struktury. Szumy, szelesty, onirycznie rezonujące frazy przypominają tu trochę soundtrack do surrealistycznych kreskówek. Dźwięki żywe i syntetycznie koegzystują niemal w idealnej symbiozie, a całość zdaje się charakteryzować pewną transowością godną post-techno, z basowymi mikro pulsacjami, ale pozbawioną typowego beatu.

Trzecia improwizacja nabiera rumieńców już od samego startu. Wspomniana wyżej elektroakustyczna równowaga ulega pewnemu zachwianiu, w stronę fraz bardziej syntetycznych. Tuba saksofonu syczy, elektroniczne zdobienia lepią się do siebie, a improwizacja nabiera nieco industrialnego brzmienia. Z czasem pojawiają się w niej akcenty niemal plądrofoniczne. Z jednej strony dron szumów, z drugiej hałaśliwe zgrzyty syntetyki. Narracja znów jednak jest umiarkowanie spokojna i nie sprawia wrażenia przypadkowej. Samo zakończenie wydaje się może nieco challangowe dla mniej wprawionego słuchacza, ale i tak broni się artystycznie.

 


Michał Kiełbasa & Aleksander Papierz  Movements (Antenna Non Grata, CD 2022)

Trafiamy wreszcie na krajowy ogródek: Michał Kiełbasa - syntezatory, lyra8 oraz Aleksander Papierz – saksofon z elektronicznymi przetworzeniami. Nagrane na żywo …. w studiu Antisound, Tarnowskie Góry, sierpień 2021. Cztery utwory, 44 i pół minuty.

Porzucamy wysublimowaną elektroakustykę na rzecz gęstej, hałaśliwej, post-industrialnej elektroniki, barwionej brzmieniem saksofonu, nie dość, że mocno zanurzonego w pogłosie, to jeszcze toczącego nieustanną walkę ze zjednoczonymi siłami masywnej, krwiożerczej syntetyki. Efekt bywa chwilami groźny, przekaz naprawdę intensywny (przy okazji dostrzegamy inspiracje klasyką gatunku, choćby Throbbing Gristle, czy Coil), wszakże jako całość nagranie duetu broni się całkiem dobrze i nawet dla niestowarzyszonych potrafi być dalece intrygujące.

Od pierwszej sekundy zaatakowani zostajemy podmuchem gęstego, gorącego powietrza. Pętla syntetycznego strachu składa się z wielu warstw i nie odpuszcza do samego końca tego szalonego tripu. Po kilku nawrotach repetytywnej narracji, w tym tyglu hałaśliwych fake sounds zaczynamy słyszeć żywy dźwięk saksofonu. Jego brzmienie jest szorstkie, też gęste i niedelikatne. W trakcie drugiej opowieści w pionie trzyma nas basowa pulsacja. Saksofon, zanurzony w chmurze elektroniki, klei tu nieco lżejsze frazy, czasami brzmi niczym psycho-rockowa gitara. Ów dość jednolity chrobot złych mocy systematycznie nabiera masy. Najciekawiej zdaje się brzmieć trzecia historia. Trochę pokiereszowanego ambientu, pulsacje czegoś, co brzmi niczym zepsute elektronarzędzia i tajemnicze, akustyczne dźwięki, które są efektem preparacji saksofonu – to prawdopodobnie uderzenia po korpusie, tudzież bezdźwięczna praca dysz. Flow nabiera intensywności, ale i tak sprawia wrażenie, jakby lał się przez ręce. Na zakończenie saksofon wręcz śpiewa, a warstwa syntetyki kłębi się w sobie, jakby chwilowo zdejmowała nogę z gazu. Finałowa opowieść najpierw obiecuje dużo subtelności – syntezatorowe odpryski fonii, małe pulsacje, szemrząca plądrofonia, saksofon delikatnie nucący smutne melodie. Po chwili elektronika rusza jednak do boju zdwojonymi siłami. Gęsta, ołowiana magma hałasu kontrastowana jest dętymi ornamentami i dopiero pod koniec formuje się w strumień bardziej przyswajalnej fonii.

 


Lara Süß  Unterwasser (Antenna Non Grata, CD 2022)

Lara Süß - głos i tzw. obiekty, tu często o bardzo perkusjonalnym brzmieniu - proponuje nam sześć impro-kompozycji, które trwają łącznie 31 minut z sekundami. Wszystko nagrane w warunkach domowych (z wykorzystaniem mikrofonów binuarnych), w miejscu na końcu świata (tu niemieckiego południa), które zwie się Unterwasser (czas powstania nieznany).

Pierwszy solowy album niemieckiej artystki składa się z otwarcia, trzech części zasadniczych, zamknięcia i … bonus tracka. Rzeczone otwarcie i zamknięcie, to zdaje się nagrania terenowe – szum wiatru, drżenie ziemi i głos recytujący tekst. Z kolei utwór dodatkowy bazuje na śpiewie. Wokalistka buduje melodię i klimat muzyki dawnej, jest w tym dziele dość cierpliwa, ale z czasem zaczyna modulować swój głos i preparować dźwięki. W sam koniec brzmi niczym kukułka na dużym pogłosie.

Trzy zasadnicze utwory albumu przynoszą nam już bardziej skomplikowane narracje. W pierwszym z nich artystka prezentuje szeroką gamę swoich możliwości głosowych – szepcze, syczy, rzęzi, piszczy, niektóre jej frazy zdają się przypominać post-beat box, inne zapomniany scat. W tym kalejdoskopie zdarzeń równie efektownie prezentują się brzmienia tzw. obiektów. Dużo w nich akcentów perkusjonalnych, ale też dźwięków, które starają się podążać za narracją wokalną. W kolejnej opowieści artystka pracuje z naturą - przelatujące ptactwo, szum wiatru i kobiecy głos. Wszystko jest tu jednak miksowane - ptasie frazy repetują, a głos multiplikuje się bardzo efektownie. Trzecia z zasadniczych narracji albumu początkowo koncertuje się na preparowaniu dźwięków rzeczonych obiektów. Trochę mechaniki, krótka lekcja tarcia i szorowania. Głos funkcjonuje w podobnych okolicznościach czaso-przestrzennych. Znów słyszymy więcej strumieni głosowych – tu jeden z nich mruczy, drugi piszczy. A tymczasem na flankach rozbłyskują akcenty percussion. Końcówka utworu jest z pewnością najbardziej ekspresyjnym fragmentem albumu, który cieszy ucho wieloma zaskakującymi dźwiękami, a samo zastosowanie wspominanych na wstępie mikrofonów binuarnych niezwykle bogaci narrację. Czasami można odnieść wrażenie, że mikrofony zbierają nawet różne odcienie ciszy.

 


Staraya Derevnya  Boulder Blues (Ramble Records, CD 2022)

Czas na zapowiadany skład związany z Izraelem i Zjednoczonym Królestwem, niepozbawiony także akcentów latynoskich i niemieckich. Zorientowani wiedzą, iż część załogi SD biegle włada też językiem rosyjskim (co będzie słychać!). W rejestracji nowej, bluesowej płyty wzięli udział: Gosha Hniu – obiekty, instrumenty perkusyjne, krzyki i szepty, i inne cuda dźwiękowe, Ran Nahmias - cicha wiolonczela, theremin, Maya Pik – syntezatory, flet, Grundik Kasyansky – syntezator, Miguel Perez – gitary, Yoni Silver – klarnet basowy, Andrea Seratino – perkusja, Tom Wheatly – kontrabas, Galya Chikiss – krzyki i szepty oraz Masha Gerzon – chórki, piano. W konstruowaniu struktury dramaturgicznej albumu wykorzystano teksty Arthura Moleva. Nagrania powstały w latach 2020-22 w Izraelu, Wielkiej Brytanii, Meksyku i Niemczech. Utwór czwarty wykonany został w trakcie Tusk Festival w 2020 roku, a całość to w sumie pięć części, 43 minuty bez kilkunastu sekund.

Staraya Derevnya nie zawodzi! Nie zaskakuje też, albowiem muzycy, mimo częstych zmian w składzie, wierni są swojej muzycznej idee fixe. Na bazie basu, gitary i dość rytualnie brzmiącej perkusji budują rytm, który ubarwiają soczystymi, bogato instrumentalizowanymi improwizacjami. Syntezatory, elektroakustyczne zabawy z dźwiękiem, głosy z tekstem i słynne krzyki i szepty, incydentalnie piano, czy flet oraz jakże istotny dramaturgicznie klarnet basowy Yoni Silvera, muzyka którego świetnie znamy z wielu londyńskich produkcji sceny free impro. Muzyka SD lubi wpadać w trans, eskalować emocje i topić się w psychodelicznym sosie, na ogół bywa jednak cierpliwa i donikąd nie gna bez uzasadnionej przyczyny. I co być może najważniejsze – potrafi przykuć naszą uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania. Nowa płyta składa się z trzech kilkuminutowych utworów, rozbudowanej, ponad 20-minutowej części głównej (nagranie koncertowe, jak wynika z zapisów credits) oraz skromnej, dwuminutowej kody.

W pierwszym utworze naszą uwagę przykuwa niemal polirytmiczny drive sekcji. Taneczna aura, choć głowy pełne przemyśleń, posmak ethno i wielobarwne, trochę slapstickowe głosy. W kolejnej części rytm buduje bluesowo nastawiony bas, gitara frazuje w klimatach post-americany, ale błogi nastrój dość szybko pryska. W trzeciej opowieści śpiew kreuje nastrój post-ballady, czujemy swąd pustynnego upału. Z czasem znów robi się niebezpiecznie – tu za sprawą mroźnego ambientu i szelestu chroboczących syntezatorów. Miękko lądujemy teraz w części zasadniczej albumu. Długa narracja ma tu kilka faz. Rozwija się dość leniwie, pulsuje basową elektroniką i bardzo aktywnym klarnetem basowym. W połowie tempo trochę siada, a stery przejmują flet i klarnet, które budują duetową improwizację, w trakcie której zaczyna nieźle iskrzyć. Powrót do narracji właściwej trwa długo - dopiero po wybiciu szesnastej minuty ansambl, pracując wyjątkowo intensywnie, kieruje się ku ścianie dźwięku. Psycho-dance to the end trwa w najlepsze! Dwuminutowa koda zaczyna się dość frywolnie, ale łapie trans już przy pierwszym, głębszym oddechu, niesiona drum’n’bassowym pulsem.

 


Jean D.L.  Zenaïde (Esc.rec., CD 2022)

Na finał dzisiejszej zbiorówki obiecany festiwali sampli! Autor pomysłu, wytrwały poszukiwacz ciekawych dźwięków i jego mix & master, to belgijski artysta Jean De Lacoste. Obok konglomeratu nagrań terenowych, Belg wykorzystał także dźwięki innych artystów, zapewne przygotowane na potrzeby tego projektu. Lista dostarczycieli fonii jest długa, ale przytoczmy ja w całości: Mich Leemans, Jef Mertens, Winter Family, Andy Moor, Karen Willems, Sébastien Sth Biset, Joke Lanz, Jozef Dumoulin, Sandrine Verstraete, Roxie Rookie, Impostor, John Dikeman, Colette Broeckaert, Jean-Philippe Poncin, Julia Kent, Aki Onda, Jasper Stadhouders, My Cat Is An Alien, Gilbert van Drunen, Rhodri Davies, Nele Möller, Mauro A. Pawlowski oraz Marc Jacobs. Jean ulepił z tego wszystkiego jeden trak trwający 28 i pół minuty, prawdziwy kalejdoskop barw, brzmień, emocji, ale także i treści, jeśli dane nam będzie uważnie wsłuchać się we wszystkie dźwięki zawarte na tym albumie.

Bez szukania puenty, ani zgłębiania się w niuanse dramaturgiczne niespełna trzydziestominutowej narracji, wylistujmy kolejne fazy tego niebywałego miksu belgijskiego czarnoksiężnika. Najpierw to szum miasta, odgłosy portowe i skrzeczące ptaki. Potem porcja instrumentalna – szarpanie za struny basu, gitary, dźwięk różnych akcesoriów perkusyjnych. Kolejna porcja nagrań z miasta, to beduińskie śpiewy, modlitwy w różnych jeżykach, ale także warkot silników i kościelne dzwony. A wszystko spuentowane zostaje dźwiękowym efektem skakania po radiowej skali. Po niej kolejna porcja instrumentalna - dźwięki piana, zatopione w gąszczu ulicznego upału. W okolicach 9 minuty pojawia się perkusja i elektroniczne sprzężenia, przestery, a także zapętlony saksofon. Po 14 minucie mamy pasma surowego ambientu, które będą jeszcze powracać w nagraniu. Zaraz potem kolejne porcje modlitw, tym razem skąpane w gitarowych brudach i głos recytujący tekst w nieznanym jeżyku. Wreszcie, po 24 minucie na moment przenosimy się na … rockowy koncert. Gęsty, soczysty, pełen złych emocji. Gdy ten ostatni zgaśnie, końcowe trzy minuty, to kolejna porcja nagrań terenowych – gadające głowy i umierający w tle ambient.



wtorek, 22 marca 2022

Edwards, Noble & Silver! The empty bottle of Cafe Oto!


Brytyjska jakość w muzyce swobodnie improwizowanej zdaje się nie mieć granic! Kiedykolwiek nie zawitalibyśmy choćby do takiego Cafe Oto, zawsze natknąć się możemy na soczysty strumień swobodnie kreowanych dźwięków, nawet wtedy, gdy lockdown reality ubiegłej wiosny nie pozwoliła na uczestnictwo w koncercie nawet jednego widza!

Wtedy to właśnie, na klubowej scenie odnajdujemy dwóch gigantów gatunku, Johna Edwardsa i Steve’a Noble’a oraz nieco młodszego metrykalnie, tylko odrobinę mniej utytułowanego, ale z pewnością równie kreatywnego muzyka, Yoni’ego Silvera. Nie pozostaje nam nic innego, tylko wygodnie usiąść na niewygodnym krzesełku i dosadnie pozachwycać się niemal każdym dźwiękiem. Spektakl ów polecamy zatem w całości, w każdych okolicznościach przyrody, także w trakcie eksplodującej lokalnie wiosny. Przy okazji zauważmy, iż to kolejna płyta w katalogu nowego londyńskiego labelu Shrike Records! Keep it on!

 


Dźwięki otwarcia wydają się być dość spokojne, budowane skromnymi preparacjami kontrabasu i werbla, tudzież bass-klarnetowymi powtórzeniami. Muzycy kolektywnie poszukują tu drogi, czerpiąc radość z melodyjnych fraz dęciaka, post-kameralnego smyczka i perkusyjnych fraz bitych, tudzież tartych, płynących na razie z samego dna narracji. Skrupulatność, nieśpieszność, dbałość o detale, to kolejne parametry tej fazy improwizacji. W dalszej części nagrania klarnet zaczyna snuć cyrkulacyjne drony, a jego koledzy sycić opowieść kolejną porcją preparowanych dźwięków, od szmeru po piskliwie śpiewy. Efektem tych aktywności artystów jest finałowe spiętrzenie klarnetowych fraz, podsycane dobrą dynamiką sekcji rytmu. Druga opowieść powstaje na styku dętego echa, rezonujących talerzy i strunowych mikro fraz. Dęciak spogląda tu ku niebu, smyczek rysuje meta melodykę, perkusjonalia zaś budują bystre tło. Kulminacją tej części koncertu są, prowadzone w samotności, klarnetowe preparacje.

Trzecia opowieść, tak jak poprzedniczka, rodzi się w ciszy szeleszczących dźwięków, ale dość szybko przechodzi w tryb nerwowej wymiany poglądów. Można odnieść wrażenie, iż na małej scenie klubowej posadowiło się nagle aż trzech perkusjonalistów. Narracja właściwa tworzy się tu z zadziornych, kanciastych fraz, które z czasem zyskują pokrętną dynamikę. Kolejną część koncertu kreują plejady short-cuts, przy czym klarnet szuka nimi raczej melodyki, podczas gdy bas i perkusja prowadzą improwizację bliską estetyce call & responce. Te dwa ostatnie instrumenty zdają się mieć przez moment ochotę na bardziej typowy flow, ale lenistwo klarnetu pcha improwizację ku mniej oczywistym rozwiązaniom. Kontrabasista wychodzi ze skóry, jego pizzicato & arco, specjalność zakładu, zdobi tu każdą pętlę narracji. W efekcie tych przeciwstawnych koincydencji muzycy w ostatecznym rozrachunku budują dość rzewną meta balladę, która okazjonalnie łapię dynamikę. W tych dokładnie momentach koncert sięga po to, co ma najlepsze! Brawo!

Początek piątej odsłony koncertu, to krótki kurs z mechaniki, którym dostarcza nam tarcia, piłowania i klarnetowy bezdech. Muzycy produkują dłuższe frazy, które brzmią niczym cisza przed burzą, choćby śpiewne pomruki, rezonujące westchnienia, czy post-barokowe grepsy. Narracja wspina się dronami na drobne wzniesienie, po czym efektownie spada w objęcia ciszy. Klarnet preparuje, kontrabas fermentuje, a perkusja bije podziemny rytm. Można się spierać, co tu jest piękniejsze – zagęszczenie, czy powolna śmierć.  W szóstej improwizacji muzycy serwują nam mały festiwal fake sounds. Trudno nam wskazać, czy słyszymy klarnetowe piski czy tarcia smyczkiem po krawędzi talerza. Morze preparacji oddycha tu bowiem swoim rytmem. Z jednej strony, to drobne odgłosy i filigranowe dzwonki, z drugiej drony suchego powietrza i eksplozje wprost z kontrabasowego gryfu. Dead ballad of sorrows najpierw pnie się ku górze, potem zaczyna chrobotać niczym stado chrabąszczy. Na końcowej prostej gęsta narracja pchana jest do przodu podskórnym rytmem.

Zupełnie niepostrzeżenie muzycy docierają do ostatniego epizodu tego niezwykłego koncertu. Na jego starcie w roli stawiającego znaki zapytania klarnet basowy, wypuszczający z siebie całe garście dziwnych dźwięków, które zdają się mieć niemal elektroakustyczny posmak. Tuż obok trzeszczy smyczek, który siłuje się z bezwładem kontrabasowych strun. Całkiem energiczny drumming burzy ów dramaturgiczny zastój w połowie czwartej minuty. Tempo i intensywność pną się ku górze, czyniąc finał koncertu niemalże ognistym. Po czasie, posadowione na flankach klarnet i kontrabas zaczynają przygasać, brnąca zaś środkiem perkusja czyni to kilka chwil później.

 

John Edwards, Steve Noble & Yoni Silver HEME (Shrike Records, CD 2022). John Edwards – kontrabas, Steve Noble – perkusja i instrumenty perkusyjne oraz Yoni Silver – klarnet basowy. Londyn, pozbawiona publiczności Cafe Oto, 24 kwietnia 2021 roku. Siedem improwizacji, ponad 66 minut.



piątek, 30 lipca 2021

Steve Noble & Farida Amadou in three trio dances with Chris Pitsiokos, Alex Ward and Yoni Silver!


Takuroku, to sublabel wydawniczy londyńskiego klubu Café Oto, prezentujący muzykę dostępną jedynie w plikach elektronicznych, których sprzedaż zasila bezpośrednio budżet klubu, walczącego jak wszyscy w branży z dolegliwościami pandemicznego lockdownu, tudzież, na obecnym etapie, znacznego ograniczenia swojej typowej aktywności koncertowej. Całkiem niedawno śledziliśmy na tych łamach solową płytę Biliany Voutchkovej, udostępnioną światu właśnie przez tego wydawcę.

Dziś zapraszamy na doprawdy ekscytujący tryptyk koncertowy, jaki miał miejsce w maju 2018 roku. Jedna z legend brytyjskiej free jazzowej perkusji Steve Noble oraz młoda, ale już świetnie rozpoznawalna belgijska basistka (elektryczna!) Farida Amadou zagrali w tymże czasie trzy fantastyczne koncerty, do każdego zapraszając innego muzyka. Powstały trzy nagrania zatytułowane Space – pierwsze (1) z amerykańskim saksofonistą Chrisem Pitsiokosem, drugie (11) z brytyjskim multiinstrumentalistą Alexem Wardem, tu grającym wyłącznie na klarnecie, wreszcie trzeci (111) z kolejnym przedstawicielem rodzimej sceny improwizowanej, klarnecistą basowym, Yoni Silverem.

Zapraszamy do poznania zawartości tych trzech elektronicznych albumów. Jeśli wydacie skromne sześć funciaków możecie wejść w posiadanie jednego z tych albumów, a przy okazji wesprzeć Cafe Oto w jej codziennym znoju klubowej egzystencji.

 


Space 1

Zaczynamy od definitywnie free jazzowej przebieżki, której ważnym elementem energetycznym jest alcista Chris Pitsiokos. Pierwsze trio zagrało dla nas dwa sety, które trwały łącznie 37 minut.

Zgodnie z anonsem koncert zaczyna się bardzo konkretnym zestawem dźwięków. Masywny bas, roztańczony, ale agresywny saksofon i perkusja w pełnym rynsztunku – ocean emocji i artystycznej brawury. Doskonała technika alcisty zdaje się być od startu efektownie wyeksponowana. Muzyk nie stawia na subtelności brzmienia, jego przekaz jest prosty, ale wyjątkowo wartościowy – instrument śpiewa, charczy, skrzeczy, ale nie ustaje w budowaniu bardzo dynamicznej narracji. Praca basu i perkusji rwie nam trzewia i fantastycznie dopełnia obrazu całości. Po bystrym wyhamowaniu muzycy proponują nam garść brzmieniowych niuansów, ale by wejść definitywnie w fazę rezonujących preparacji muszą zatrzymać się raz jeszcze, tu nawet z kilkoma sekundami przerwy na wzięcie oddechu przez saksofonistę. To trio zdaje się jednak nie być nadmiernie cierpliwie. Kolejny restart budują już po chwili i być może czynią to w sposób najlepszy z możliwych. Bas najpierw stawia stemple niemal hc-punkowych przełomów, potem sięga po preparacje, tudzież rytmiczne burknięcia. Z kolei perkusja najpierw daje tempo, potem efektownie rezonuje wilgotnymi talerzami. Tymczasem alt kwili jak sroczka i czeka na moment, by zadąć w róg z szelmowskim zacięciem. Muzycy brną na finałowy szczyt pełni zadziornych, niemal prowokacyjnych fraz. Gdy stają na szczycie, uśmiech nie znika z ich twarzy.

Drugi set w swej początkowej fazie wydaje się być pewnego rodzaju wypoczynkiem. Gra na małe pola, zwinne pytanie i serdeczne odpowiedzi. Potem trochę przepychanek z basem, który szuka dramaturgicznych pętli i okazji do figli. Właściwa tym muzykom dynamika rodzi się pod batutą drummera. Noble dusi na gaz i z punkową degresją wypuszcza trio na łowy! Efektowny, niemal ognisty lot kończy się równie spektakularnie w obłokach mglistego rezonansu talerzy, których dźwięk pięknie imituje saksofon. Muzycy wchodzą bez szwanku w fazę preparowania dźwięków, słania zalotnych meta melodii i wyczekiwania na to, co przyniesie najbliższa przyszłość. Alt parska i podśpiewuje, tymczasem bas zaczyna szukać tempa pomiędzy grubymi strunami. Finałowa część koncertu upstrzona jest drummerskimi fajerwerkami, cmokaniem altu i basowymi dywagacjami. Koniec nadchodzi szybko, na pewno zbyt szybko.

 


Space 11

Trzy sety zagrane w towarzystwie Alexa Warda (tym razem grającego jedynie na klarnecie) zdają się budować swoją wysoką jakość niemal każdym rozgrywanym dźwiękiem. Każdemu z tych setów możemy też przypisać podtytuł, który podkreśla walory emocjonalne dominujące w trakcie improwizacji: zatem mamy Fazę Mroku, Fazę Ognia, a potem Fazę Królestwa Klarnetu. Wszystkie one razem wzięte trwają 58 minut z sekundami.

Muzycy tkają początkową część seta z niemal samych drobiazgów, pracują rezonansem i skromnymi preparacjami. Na nieco ostrzejsze frazy, pierwsze oznaki dramaturgicznego wigoru, tudzież dźwięki bardziej typowe dla perkusji, pozwalają sobie dopiero po kilku minutach. Ale ta opowieść nie ma zamiaru nabierać bardziej ekspresyjnego wymiaru. Artystów dopada wręcz jakiś smutek, pewien bezwład. Głęboko oddychają, a sam klarnet na dłuższą chwilę milknie. Gdy wraca, klimat improwizacji staje się jeszcze bardziej mroczny, dronowo-ambientowy, pełen delikatnych brzmień dzwonków, drżącego basu i klarnetowych lamentów. Dopiero na sam koniec ponad 20-minutowego seta klarnet stawia na bardziej śpiewne frazy i budzi całe trio do niezobowiązującego półgalopu, nie bez adekwatnej do sytuacji dynamiki.

Drugi set zaczyna się jak pierwszy, ale od startu budowany jest z pewną nerwowością, z frazami granymi ze zniecierpliwieniem. Pracuje perkusja, klarnet brzmi bardzo chropowato, a frazy basu zdają się mieć rockowy nerw. Muzycy dość szybko osiągają tu fazę galopu, a gdy zwalniają, natychmiast przenoszą się do zakładu szlifierskiego i serwują nam wyjątkowo urokliwe dźwięki. I tu zachowania muzyków przesycone są skrywanymi emocjami. Po kilku chwilach narracja w dalece efektowny sposób wchodzi w tryb bardzo dynamiczny i zaczyna zionąć ogniem na prawo i lewo. Ekspresja muzyków jest jednak nieco inaczej ukierunkowana – klarnet skacze do nieba, perkusja i bas zanurzają się w mroku piekła. Kolejne wyhamowanie jeszcze piękniejsze – martwy rezonans, głucha cisza, delikatne popiskiwania. Z tego tygla zła wyłania się po czasie klarneci śpiew o poranku, który wieńczy jakże zmysłowy set drugi, niemal 24-minutowy.

Trzeci, 13-minutowy set jest już spektakularnym popisem klarnecisty. Jego instrument zdaje się tańczyć na zgliszczach perkusyjnych preparacji i basowych podrygów. Narracja jest ciasna, dodatkowo zdobiona perkusyjnymi frazami budowanymi na ciekawej dynamice. Po niedługiej chwili klarnet zaczyna wić się jak wąż w chmurze dronów i rezonujących elementów zestawu perkusyjnego. Narracja traci intensywność i tempo, ale jeszcze zyskuje na urodzie. Po fazie mrocznych dywagacji klarnet buduje kolejne fantastyczne expo, które wspierane meta rytmem basu i perkusji doprowadza trio do szczęśliwego końca koncertu.



Space 111

Trzeci epizod omawianego dziś tryptyku Steve’a Noble’a i Faridy Amadou, to także spotkanie z klarnetem, tym razem jednak basowym, który dzierży w dłoniach Yoni Silver. Ponownie trzy sety, które znów recenzent opatrzył podtytułami: Set Słońca, Set Księżyca i Set Poranka. Odsłuch całości zajmie nam 52 minuty.

Muzycy od pierwszego dźwięku próbują pokazać nam, na co ich stać! Perkusja i bas rysują naprzemiennie twarde i miękkie frazy, a rozwydrzony, delikatnie preparowany klarnet basowy ryje bruzdy – wszyscy zaś pracują równomiernie i intensywnie. Bas masywny, ale jednocześnie po kobiecemu, wrażliwy na niuanse brzmieniowe, perkusja wielowymiarowa, preparowana, ale z krwi i kości, wreszcie nerwowy klarnet, który świetnie radzi sobie zarówno w sytuacjach wysoce ekspresyjnych, jak i w mrokach ekstremalnie tłumionych emocji. Jak przystało na stylową improwizację, flow najpierw sięga szczytu, potem pięknie tapla się w błocie. Muzyka wydaje się być oceanicznym sztormem, by po chwili przypominać letni wietrzyk od ciepłego morza. Na finał pierwszego, najdłuższego seta wszystkie instrumenty brzmią perkusyjnie, tworząc urokliwy, drum’n’bass’owy lej dźwięków.

Kolejny set otwiera ekspozycja solowa klarnetu basowego, budowana na jednym oddechu. Po chwili pojawia się drobny rytm basu i rezonujące talerze. Dźwięki płyną ochoczo i łączą się w jeden strumień fonii, który zaczyna smakować metaloplastyką. Zaraz potem artyści szukają ciszy i szeleszczą nie tylko szczoteczkami drummerskimi. Raz przypominają zakład szlifierski, innym razem wulkanizacyjny. Tykają jak zegar z kukułką, płyną po dnie, jak węgorze, skaczą do nieba i śpiewają, niczym skowroneczki. Ów festiwal dźwiękowych niespodzianek kończą na ekstremalnym spowolnieniu, brzmiąc onirycznie, pulsując medytacyjnie.

Last episode budzi do życia stygnący z emocji drumming. Obok lamentuje klarnet basowy, a basówka snuje efektowne mikro pasaże. Trio szuka dynamiki, ale wciąż tkwi w dramaturgicznym suspensie. Muzycy wolą lewitować niż pójść w dynamiczne tango. W drugiej połowie najkrótszego seta w końcu pozwalają sobie na drobną stymulację. Moc idzie ze strony perkusji, a sam finał koncertu śmiało możemy określić mianem free jazzowego peaku, pięknie zdobionego doskonałymi frazami dużego klarnetu.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań



piątek, 25 czerwca 2021

Dominic Lash’ Spoonhunt and three new albums! Consorts Ensemble and two quartets!


Brytyjski kontrabasista, improwizator i kompozytor Dominic Lash gości na naszych łamach w miarę regularnie, choć przyznajmy, iż nie za często. Dziś wszakże okazja do prezentacji jego twórczości jest dalece szczególna, albowiem artysta dostarcza nam aż trzy nowe płyty! Wszystkie wydane przez niego samego w ramach inicjatywy Spoonhunt, wszystkie wyprodukowane na nośniku fizycznym (co nie było dotychczas regułą), wszystkie zarejestrowane na koncertach w londyńskim Cafe Oto (dwie pierwsze nawet tego samego dnia!), wreszcie wszystkie wyposażone w ładunek pięknych dźwięków, niosących niebywałe emocje!

Nasz krótki przegląd zaczniemy od … 21-osobowego składu, który bystrze improwizuje wedle wskazówek kompozytorskich Lasha, zaraz potem odczytamy swobodnie improwizujący kwartet brytyjskich asów, którego koncert jest jednym z ostatnich publicznych występów Johna Russella (płyta dedykowana zmarłemu w styczniu bieżącego roku gitarzyście), wreszcie napotkamy na kwartet hiszpańsko-brytyjski, który gra smakowity jazz z przyległościami, znów wedle wskazań kompozytorskich kontrabasisty.

 


Consorts  Distinctions

W połowie stycznia ubiegłego roku, na niewielkiej scenie Café Oto pomieściła się cała armia muzykantów. Poznajmy ich dane personalne: Douglas Benford – harmonium, instrumenty perkusyjne, Steve Beresford – elektronika, Marjolaine Charbin – fortepian, Chris Cundy – klarnet basowy, Seth Cooke - steel sink and metal detector, Angharad Davies – altówka, Phil Durrant – syntezator modularny, Matthew Grigg – gitara z amplifikacją, Bruno Guastalla – wiolonczela, Martin Hackett – syntezator, Tim Hill – saksofon barytonowy, Tina Hitchens – flet, Sarah Hughes – zither, Mark Langford – klarnet basowy, Dominic Lash – kontrabas i kompozycja, Yvonna Magda – skrzypce, Hannah Marshall – wiolonczela, Helen Papaioannou – saksofon barytonowy, Yoni Silver – klarnet basowy, Alex Ward – klarnet z amplifikacją oraz Shaun Crook – live sound. Skomponowana improwizacja Distinctions jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków i trwa 46 minut z sekundami.

Ceremonia dźwięku budzi się do życia w ciszy nieistnienia – elektroakustyczne piski, drobne frazy dętych, kontrabas, mała elektronika. Im mniejszy, delikatniejszy dźwięk, tym lepiej zdobi on narrację wstępną. Tworzą ją także dźwięki ciągnione (sustained) i cisza, która szczelnie wypełnia puste przestrzenie pomiędzy frazami. Pierwsze wzniesienie narracyjne ma miejsce w okolicach 5 minuty, ale opowieść szybko wraca do estetyki short-cuts with long eyes! Dramaturgię buduje także smyczek na kontrabasie i cała plejada tajemniczych dźwięków elektronicznych. Multi-składnikowy dron powstaje z mozołem, ale systematycznie i precyzyjnie. Zdarzają się jeszcze momenty zawahania - flow przygasa, ale natychmiast rodzi się na nowo i rusza w dalszą podróż z rosnącą determinacją. Zasadniczy strumień dźwięków płynie dołem (cała armia klarnetów basowych i barytonu), delikatnie błyszczy się też w górnych partiach, zdobionych wyziewami elektroniki i innych przedmiotów muzycznego użytku. Narracja pęcznieje naprawdę efektywnie dopiero w okolicach 17 minuty. Muzyka przypomina wtedy stado szerszeni, tudzież innych owadów brzęczących, a może eskadrę złowieszczych krążowników zasnuwających niebo pożogi. Ów strumień kardynalnych fonii zdaje się mieć kilka warstw – dęte pomruki, strunowe boleści i morze basowych westchnień.

W połowie nagrania opowieść wyhamowuje, schodzi na samo dno, wprost w objęcia gwiazdozbioru drobnych, urywanych i nerwowych fraz. Dęte wydechy topią się w elektroakustycznej poświacie - rozhuśtane emocje, tygiel strachu i dramaturgicznego suspensu. Narracja sprawia wrażenie tworzonej definitywnie ad hoc, z kompozytorem, który zatracił się w wirze improwizacji i dyrygentem, który jeszcze się nie narodził. W okolicach 30 minuty wszystkie dźwięki dostają na moment syntetycznego pogłosu, jakby ktoś przepalił bezpieczniki w Cafe Oto. Emocje rosną, strumień dźwięków w dalszym ciągu pęcznieje - przypomina wielki świder, który buduje kolejną linię metra. Oj, tak, muzycy zdecydowanie idą już na spotkanie ze ścianą dźwięków! Jeden przekrzykuje drugiego, trzeci modli się do nieistniejącego boga, czwarty ciśnie na gaz – stare, dobre czasy Globe Unity Orkiestra stają nam przed oczyma, niczym piękny koszmar z ulubionych horrorów. Na prawej flance poziom emocji eskalują klarnety, wsparte amplifikacją, na lewej drży moc gniecionej akustyki repetującego fortepianu. Wszyscy jadą na pełnym wydechu - kompulsywny spazm wielkiej improwizacji, furia i deterministyczny nihilizm nieograniczonej wolności tworzenia trwa do końca 43 minuty. Wtedy to hipo-dron mocy zaczyna rozpadać się na pojedyncze elementy, które wciąż jeszcze generują energię kinetyczną, jak małe planety hałasu w bezmiarze kosmicznej pustki. W połowie 45 minuty płomień narracji zaczyna definitywnie gasnąć, ześlizgiwać się ze strun, wydawać martwe oddechy. A potem już tylko finałowe podrygi syntetyki, która umiera jako ostatnia.

 


John Butcher/ Dominic Lash/ John Russell/ Mark Sanders  Discernment

Tego samego dnia, w tym samym miejscu czeka na nas kwartet w składzie wyjątkowym: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Dominic Lash – kontrabas, John Russell – gitara oraz Mark Sanders – perkusja. Cztery swobodne improwizacje (trzy pierwsze, to nieprzerwany ciąg dźwięków) trwają niespełna 40 minut, a cała płyta dedykowana jest Russellowi, który zmarł niemal dokładnie rok po tym koncercie.

Na scenie mamy wprawdzie kwartet dalece międzypokoleniowy, ale muzycy znają się świetnie (Londyn, to przecież małe miasto!), zatem nie potrzebują jakiejś szczególnej introdukcji, by wejść w dobre akcje i jeszcze bystrzejsze reakcje. Talerze, smyczek, sucha tuba saksofonu i mikrofrazy gitary budują wszakże dalece nieśpieszną i stonowaną emocjonalnie improwizację otwarcia. Niektóre dźwięki grane są na wdechu, inne wynikają z dramaturgicznego zaniechania. Muzycy nie forsują tempa i nie będą tego czynić w trakcie całego koncertu. Dynamika rośnie incydentalnie, na ogół wtedy, gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato. W drugą część płyty wchodzimy płynnie, jakkolwiek jest ona kardynalnie nowym wątkiem improwizacji. Gitarzysta łagodnie pląsa, saksofonista udanie skrywa swoje emocje, a nad całością opowieści zdaje się czuwać główny strateg improwizacji, usadowiony u wezgłowia dużego kontrabasu. W roli złotnika, tudzież zdobiciela narracji bystry i kreatywny drummer. Muzycy nie stronią od preparacji, cały czas szukają zadziornych fraz i kantów, ale pozostają na etapie przedekspresyjnym. Na finał odcinka dostajemy bystre solo gitary, w klimatach niemal neoklasycznych. Kolejny etap trylogii pierwszego seta rozpoczyna wystudzony saksofon sopranowy. Reszta załogi nie wykazuje jednak ochoty, by iść na całość, raczej wdaje się w spokojne przepychanki, tudzież dramaturgiczne uprzejmości. Muzycy z mozołem doprowadzają ów fragment koncertu do finału, na samych końcu fundując nam drobną eksplozję mocy.

Ostatnia część spektaklu, de facto jego drugi set, trwa 17 minut i jest zamkniętą formą dramaturgiczną. Zaczynają go perkusjonalia i smyczek kontrabasu. Po chwili podłącza się jak zwykle delikatna gitara i cokolwiek rozochocony saksofon. Improwizacja szuka swojej dynamiki, ale co rusz hamuje, a muzycy stają w obliczu pewnych rozterek sytuacyjnych. Tenor ciągnie w kierunku rytmu i bluesowych niemal pomysłów, smyczek kontrabasu zgłasza zdanie odrębne. W efekcie tych nieco ambiwalentnych zachowań kwartet najpierw wpada w ramiona open jazzu, a potem koi troski w obliczu bardziej kameralnych fraz. Na zakończenie artyści dobywają jednak ze swoich trzewi odrobinę więcej energii kinetycznej, dzięki czemu ostatnie partie dźwięków możemy uznać za bardziej niż udane. Aktywny saksofonista, gitarzysta ze wzajemnie zazębiającymi się riffami, bystry drummer i jakże elastyczny dramaturgicznie kontrabasista efektownie wieńczą dzieło w oczekiwaniu na zasłużone oklaski.

 


Dominic Lash Quartet  Limulus

Ostatnia dziś płyta, to znów londyńskie Café Oto, ale na osi czasu cofamy się do stycznia 2019 roku. Sześć kompozycji tzw. lidera wykona tu dla nas kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i instrumenty perkusyjne, Dominic Lash – kontrabas i rzeczone kompozycje, Ricardo Tejero – saksofon altowy oraz Alex Ward – gitara elektryczna. Całość koncertu zamieszczonego na srebrnym krążku, to niemal 52 minuty.

Pierwsze trzy utwory koncertu, to nieprzerwany strumień jazzowej improwizacji, która raz za razem czerpie inspirację z różnych gatunków – rocka, kameralistyki, czy otwartego, jakże ekspresyjnego post-free jazzu. Pierwszy temat, pełen rytmu, swobodnej melodii i dobrego humoru, podają jednocześnie kontrabas i gitara. Perkusja dba o właściwy kierunku rozwoju dynamiki, a roześmiany saksofon czuje, że znajdzie w tej przestrzeni dużo miejsca dla swojej kreatywności. Power Quartet zaczyna swój multigatunkowy taniec z gracją i wyłącznie dobrymi emocjami. Szczególnie ekscytujące wydają się wzajemne imitacje gitary i saksofonu, czynione w prawdziwie ognistej fazie improwizacji. Zakończenie tego wątku skrzy się mroczną psychodelią, budowaną smyczkiem kontrabasowym. Muzycy płynnie wchodzą w drugi temat, który dość mocno zmienia klimat koncertu. Smyczek zabiera nas do krainy swobodnego post-chamber. Początkowo opowieść wydaje się nad wyraz leniwa (gitara pachnie dalekim wschodem!), ale to tylko pozory. Emocje i nerwy biorą górę, muzycy przyjmują otwarte pozycje i skaczą w ogień free jazzu. Niemal niepostrzeżenie zaczyna się trzecia kompozycja, introdukowana przez trio bez saksofonu, które bezceremonialnie swinguje i buduje ciekawą dynamikę. Świetne expo staje się udziałem gitary. Saksofon wchodzi do gry wprost w prezentację tematu, po czym ucieka w efektowne solo w klimatach definitywnie godnych Charlie Parkera. Muzycy znajdują też czas i miejsce na solową ekspozycję perkusisty.

Po krótkiej chwili kwartet powraca na dwie kolejne kompozycje. Pierwsza z nich powstaje w ciszy, z wytłumionym smyczkiem i gitarą, która frazuje niezwykle semicko. Perkusyjne szczoteczki tworzą klimat ballady, która jednak dość szybko przepoczwarza się w efektowne, bardzo rozwichrzone free impro! Po niedługiej, kolektywnej ekspozycji, na czoło wysuwa się kontrabas, który najpierw smyczkiem tłumi emocje, a potem śmiało przystępuje do solowej przebieżki. W tak zwanym międzyczasie zaczyna się już kolejny utwór. Gitara i saksofon lepią się w gasnące solo basu przeciągłymi frazami. Preparacje perkusji także kreują ciekawy suspens. Dynamika rośnie, powraca post-swingowy sznyt, a narracja bez wysiłku osiąga stan kolektywnych, improwizowanych eksplozji. Sam temat kompozycji pojawia się na jego zakończenie, podany unisono jakby od niechcenia. Na bis, niemal 10 minutowy, muzycy wychodzą w dużym skupieniu. Od razu proponują nam zmyślną zabawę w pytania i odpowiedzi. Znów, jak na początku koncertu, dostajemy piękny duet imitacyjny – psychodelizująca gitara i preparujący saksofon. Narracja szybko wspina się na szczyt, po czym efektownie opada, niesiona temperamentem kontrabasowego smyczka. Na zakończenie muzycy śpiewają hymny pochwalne, ewidentnie zadowoleni ze swego dzieła. Nie pozostaje nam nic innego, jak zgodzić się z ich oglądem sytuacji scenicznej.



czwartek, 18 października 2018

Alex Ward’ Item 10! Volition (Live At Cafe Oto)!


Alex Ward, brytyjski gitarzysta i klarnecista, to muzyk, który uwielbia swobodną improwizację, ale lubi być do niej skrupulatnie przygotowany. Gdy myślę o procesach predefiniowania swobodnej improwizacji, tworzenia scenariuszy jej przebiegu, zawsze przed oczyma staje mi obraz pewnego popołudnia przed koncertem we Wrocławiu. Dwóch muzyków, dwa kufle piwa i wielkie pięciolinie w dłoniach. Ożywiona dyskusja, nanoszenie długopisem nowych pozycji na arkuszu. Za godzinę piękny, improwizowany, wyzwolony koncert. To duet Alex Ward – Dominic Lash. Tak o tym wydarzeniu pisała Trybuna dwa i pół roku temu.

Ward, w ramach przygotowania do częściowo komponowanej improwizacji swojego Sekstetu, wręczył onegdaj muzykom czternastostronicową instrukcję. Jaki to dało efekt muzyczny, możecie przypomnieć sobie, klikając w ten punkt.

Dziś 44-letni muzyk proponuje nam nagranie własnego tentetu, który z wielowarstwowych instrukcji potrafił stworzyć prawdziwie ekscytującą, kolektywną improwizację. Dzięki zamieszczonym na okładce płyty liner notes, wiemy, iż instrukcja składała się z tradycyjnie notyfikowanych fragmentów, odcinków częściowo notyfikowanych (w zakresie niektórych parametrów, np. w rytmu, wybór pozostawiony został samym muzykom), pasaży dyrygowanej improwizacji oraz całkowicie swobodnej improwizacji, toczonej w wyznaczonych podgrupach (na okładce płyty muzycy wskazani z imienia i nazwiska, także czasy trwania poszczególnych odcinków). I jeszcze jedno założenie – niektóre ze sposobów organizacji przestrzeni dźwiękowej, wymienionych wyżej, mogły i były realizowane symultanicznie.

Do orkiestry, która przejęła nazwę roboczą Item 10, Alex zaprosił muzyków z kilku brytyjskich światów – takich, jak on sam, którzy uczyli się kolektywnych improwizacjach dwie dekady temu pod czujnym okiem mistrza Butcha Morrisa, przedstawicieli szeroko rozumianej muzyki współczesnej, czy wreszcie naszych ulubionych, młodych brytyjskich freaków improwizacji, określonych przez samego Warda jako przedstawicieli eklektycznego post-free jazzu.




Poznajmy zatem aktorów spektaklu. Od lewej do prawej, z perspektywy naszych uszu, muzycy rozmieszczeni zostali na małej scenie londyńskiego klubu Café Oto w następujący sposób: Alex Ward – gitara elektryczna, klarnet (także amplifikowany), Yoni Silver – saksofon altowy, klarnet basowy (także amplifikowany), Cath Roberts – saksofon barytonowy, Sarah Gail Brand – puzon, Otto Willberg – kontrabas, Andrew Lisle – perkusja, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Benedict Taylor – altówka, Mandhira De Saram – skrzypce oraz Joe Smith Sands – gitara elektryczna.

Rzecz działa się 18 września 2017 roku. Muzycy wykonali trzy kompozycje Warda, co zajęło im prawie 80 minut. Płyta Volition (Live At Cafe Oto), która swoją oficjalną premierę będzie miała w najbliższy poniedziałek, wydana została przez własne wydawnictwo Warda – Copepod Records. Zaglądamy do środka!

Your Overture. Wita nas intro, pełne rockowego temperamentu (dwie gitary elektryczne!), z orkiestrowym rozmachem godnym niejednego święta wiosny. Rozbudowany pasus smyczkowy, kolektywna, zamaszysta ekspozycja. Ostry saksofon, hałaśliwa trąbka i marszowy nastrój, czytany prosto z kartki. Parę sekund powyżej 4 minut.

Entreaty. Tu pierwsze dźwięki należą do altówki i skrzypiec - jakże piękny, upalony barok! Także smyczek na kontrabasie. Wzniośle, dobitnie, zgrzytliwie – strunowce w prawdziwej ofensywie. Większa grupa instrumentów włącza się dopiero po kilku minutach, tworząc błyskotliwi zgiełk, który stanowi dramaturgiczne poprowadzenie pod pierwszą podgrupę swobodnej improwizacji. Zgodnie z zapisem na okładce i tym, co słyszymy – puzon, perkusja i kontrabas! Przez blisko 8 minut trójka muzyków stanowi element dominujący całej orkiestry. W tle dzieją się przeróżne rzeczy, ale my koncertujemy się na świetnej ekspozycji Brand, której silny impuls daje sekcja Lisle/ Willberg. Prawdziwe power trio – dynamika, ekspresja, szkliste libido! Sonore zatopione we free jazzie po kolana. Tuż po nich, smyczkowe interludium, choć sam puzon nie milknie. Wyłania się z tego dęta wojna, który tyczy szlak ku kolejnej podgrupie – baryton i trąbka, czyli girls in offensive, choć nie dłużej niż przez dwie minuty. Ponowne interludium jest zmysłowe, gęste, wprost z filharmonii - dobre podprowadzenie z kartki. Na pięć minut dostajemy się we władanie klarnetu basowego, altówki i skrzypiec. Piękny, dynamiczny, nielichy popis instrumentalny – zapasy, kwiki, złorzeczenia! Brawo! Błyskotliwie wytłumiony pod batutą klarnetu (Warda?), przy wsparciu małych strunowców. Obok komentarz z kartki w formule sustained. Urocze, sonorystyczne interludium skrzypiec (altówki?). Tuż po mocnym, filharmonicznym podprowadzeniu, start nowego trio – klarnet, perkusja i gitara elektryczna. Przez moment pierwszy z nich, tu w rękach Warda, brnie samotnie, ale dość szybko podłącza się brakująca dwójka – Lisle i Smith. Wielominutowa ekspozycja tej trójki, świetnie komentowana przez pozostałych muzyków (chyba zadziałało tu kilka podscenariuszy!). Klarnet wchodzi na szczyt i święci triumfy! Gęsty, mocny, ale jakże zwinny finał kompozycji. Fire music!





Volition. Tentet startuje pełnym składem – głośno, dynamicznie, w wysokim rejestrze. Od 37 sekundy pierwszy ocean free improve – baryton, kontrabas i perkusja. Mocny free jazz dla silnych facetów i wrażliwych kobiet. W tle ciekawy komentarz grany unisono. Także pętelki gitary. Kolektywnie, ostro i po bandzie, ze świetnie wyeksponowanym barytonem! Brawo! Nim swój antrakt skończy trio, do walki rusza kolejne trio – pozostaje perkusja, dochodzą flugelhorn i skrzypce. I to jest uspokojenie, choć momentami bardzo pozorne. W dyskusję włączą się inny dęciak. Zadziorny, ale wykwintny! Komentarz idzie wprost z najniższych strun. Tu znów, w jednym momencie orkiestra korzysta z kilku scenariuszy. Gęsto od dźwięków. Do tria, na zakładkę dochodzi nowy duet – puzon i gitara (Smith). Na bogato, aż trudno nadążyć z notowaniem wrażeń. Duet spowalnia nieco narracje, koi nerwy, pozwala wziąć łyk nowego powietrza i jest ... wyśmienity! Narracja narasta silnym kontrabasem, muzycy eksplodują w ramach swoich rozwiązań dramaturgicznych. Po krótkim interludium, na czoło wysforowują się dwa amplifikowane klarnety. Szczypta elektroakustyki na tym prawie całkowicie akustycznym koncercie. Długi pasus, orkiestra milczy – prawo lidera! Cały ansambl delikatnie stopuje, być może zbiera siły na krwiste zakończenie. Po chwili backgroudowego komentarza startuje nowy duet – perkusja i altówka. Dodajmy, iż ma on wielu komentatorów (choćby trąbkę). Kolejna porcja wspaniałości. Tuż obok do drzwi dobija się jakiś zagubiony dęciak i wchodzi w improwizację duetu bazowego, jak w masło. Koncert sięga szczytu, ale nie ostatniego! Wspaniałe pasusy Taylora na altówce! Kolejne interludium jest bardzo bogate – sonorystyka, zwinne interakcje, kompulsywne mocowania pełne potu na czołach. Orkiestra staje w płomieniach! Na to wszystko wchodzi hałaśliwa gitara Warda (tutti!) i czyni honory mistrza – noise and collective improve! Gęste jak ołów! Wielki finał niebywałego koncertu swobodnej improwizacji, podanej wedle czterech scenariuszy! Nie pytajcie, jak oni cudownie wybrzmiewają na ostatniej prostej! Wszystko, co tylko możecie sobie wyobrazić!