Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makoto Sato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makoto Sato. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2024

FOU Records: Marteau Rouge & Haino Keiji! Lazro, Léandre & Lewis!


Kontynuujemy naszą letnią przygodę z francuskim labelem FOU Records, prowadzonym od kilkunastu lat przez Jean-Marca Foussata. Dziś bierzemy na recenzencką tapetę dwa starsze nagrania koncertowe. Najpierw cofniemy się w czasie o piętnaście lat, potem o całe czterdzieści!

Na krążkach odnajdujemy wyłącznie zacne nazwiska sceny francuskiej, a także japońskiej i amerykańskiej. Wszelkie introdukcje uznajemy zatem za zbędne. Welcome to great music!



 

Marteau Rouge & Haino Keiji Concert à Luz 2009 (CD 2022). Haino Keiji – gitara, głos oraz Jean-Marc Foussat – syntezator, głos, Jean-François Pauvros – gitara, głos, Makoto Sato – perkusja. Nagranie koncertowe, Marquee of Luz-Saint-Sauveur, Jazz à Luz, Francja, lipiec 2009. Dwanaście części, 61 minut.

Trio Marteau Rouge świetnie znamy z albumów nagranych z Evanem Parkerem. Tym razem spotykamy ich w towarzystwie legendy japońskiej, rozszalałej gitary, zatem ryzyko, że odpłyniemy w bezmiar psychodelicznej the way of no return jest niemal stuprocentowe. I bardzo dobrze! Okoliczność jest definitywnie koncertowa, niemal w rockowym rozumieniu tego pokrętnego terminu – album zawiera werbalną introdukcję, część główną podzieloną na dziesięć odcinków, jakkolwiek stanowiącą nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych, i wielosekundową burzę oklasków.

Kwartet ognistej psychodelii wchodzi w magmę rockowej improwizacji bez specjalnych ceregieli. Gitary sprzęgają zawieszone w smogu syntetycznych plam, a aktywne, rozbujane circle drums dają moc przetrwania. Opowieść płynie szeroką strugą fonii, choć na wstępnym etapie nie jest podsycana basowym backgroundem elektroniki. Gitarzyści strzygą uszy i atakują szerokim frontem, połamana perkusja bystrze stymuluje dramaturgię chwili. Gdy tylko syntezator włączy tryb basowego dopalania opowieść szybko wita się ze ścianą dźwięku. Flow potrafi tu gęstnieć, a potem rozlewać się w szerokim korytem niemal w ułamku sekundy. Na incydentalnych na tym etapie koncertu spowolnieniach muzycy tryskają mocą utraconych melodii, chętnie korzystają z bagażu gatunkowych inspiracji. Szczególnie gorąco robi się w momentach, gdy obaj gitarzyści idą w zwarcie, jak dzieje się choćby w czwartej części albumu. Równie ciekawie jest wtedy, gdy narracja nabiera funkowych rumieńców, a syntetyczne akcje w tle przybierają na sile.

Improwizacja ma swój pierwszy znaczący punkt zwrotny w okolicach odcinka siódmego. Na jednej z gitar pojawia się wtedy smyczek, a kompulsywne tłumienie emocji sięga po całkiem kameralne metody. Post-industrialne zło szybko jednak powraca na front, a muzycy po raz kolejny tego wieczoru stają w ogniu krwistego hałasu. Opowieść od dłuższej chwili dzieli się już na wyraźnie wyseparowane epizody. Pojawiają się wokalizy, płomienne, gitarowe hymny w etyce fussion jazzu, ale rockowa psychodelii pozostaje w zanadrzu, w każdej chwili gotowa ponownie opanować scenę. Po kolejnym, noise’owym spiętrzeniu, na starcie części dziesiątej, pojawia się nowy wątek gitarowy, który brzmieniem przypomina frazy typowe dla … Steve’a Albiniego. Zaraz potem mamy ekspresyjne solo perkusji i kolejne garście gęstej psychodelii. Opowieść balansuje na granicy przesteru, ale incydentalnie potrafi unosi się w powietrzu i niemal lewitować, korzystając z eskalowanego od czasu do czasu pogłosu gitar. Wielki finał koncertu jest prawdziwie ognisty, grany na kompulsywnym wydechu. Na odchodnym swoje trzy grosze dokładają jeszcze syntetyczne pulsacje i wielowarstwowe wokalizy.




Daunik Lazro, Joëlle Léandre & Georges Lewis Enfances à Dunois le 8 janvier 1984 (CD 2020). Daunik Lazro – saksofon altowy, Joëlle Léandre – kontrabas, głos, George Lewis – puzon, zabawki. Nagranie koncertowe, 28 Rue Dunois, Paryż, styczeń 1984. Dziesięć części, 57 minut.

Koncert sprzed czterdziestu lat z dzisiejszej perspektywy zdaje się być prawdziwym spotkaniem na szczycie mistrzów improwizacji, ale po prawdzie także w roku 1984 nie wyglądał na wydarzenie mało istotne. Lazro - już wtedy pierwszy saksofon francuskiego free jazzu, Léandre - młoda adeptka kontrabasu o … niebywałym potencjale wokalnym i Lewis, gość zza Wielkiej Wody, znaczący przedstawiciel legendarnego AACM, stały współpracownik Anthony’ego Braxtona. Dodajmy, iż fragment tego koncertu (około 20-minutowy) został wydany przez szwajcarski HatHut na autorskiej płycie Lazro już w roku 1985. Dziś dostajemy wprost w nasze uszy całość koncertu, na który składają się zgrabne miniatury, rodzaj gier, tudzież zabaw w dźwięki oraz trzy rozbudowane improwizacje. Te ostatnie pokazują walory artystyczne całej trójki w sposób szczególnie dobitny.

Pierwsze cztery improwizacje, to anonsowane miniatury, z których tylko ta ostatnia znacząco przekracza dwie minuty. Artyści prezentują się tu nie tylko jako wyjątkowo sprawni i kreatywni instrumentaliści, ale także aktorzy teatralni, zabawni kabareciarze, mistrzowie ciętej riposty, skeczu, a także wokalnych i słownych igraszek. Lewis chętnie korzysta ze swojego dodatkowego akcesorium, wydając mnóstwo równie zabawnych, jak i tajemniczych dźwięków. Zdaje się, że w tej fazie koncertu więcej korzysta właśnie z nich, niż z samego puzonu. Lazro operuje bardziej jazzowym frazowaniem, nie stroni od ulotnych melodii, stara się porządkować przebieg narracji, musi być bardzo czujny, albowiem partnerzy często podsyłają mu drobne, foniczne prowokacje. Léandre frazuje z gracją zarówno swobodnym pizzicato, jak i zwiewnym, ale chwilami wyostrzonym arco. Jej eskapady wokalne dodają przebogatym improwizacjom dodatkowego smaczku. W ostatniej z czterech improwizacji otwarcia pojawia się pierwsza zajawka bardziej linearnej narracji, wyposażona w rytm basu, śpiew altu i puzonowe zdobienia.

Piąta i szósta odsłona koncertu, to rozbudowane improwizacje, trwające łącznie ponad dwa kwadranse. Tą pierwszą otwiera kontrabasistka wyposażona w smyczek i śpiewająca niemal operowym głosem. Partnerzy wznoszą okrzyki zachęcając ją do eskalowania procesu. Jeden z nich smutno zawodzi, drugi trochę błaznuje. W dalszej części utworu następują ekspozycje solowe, z których szczególnie efektowna jest partia Lewisa. Człowiek orkiestra, nadworny błazen i wytrawny preparator instrumentu i obiektów pochodnych. Powrót do tria oznacza tu sprawność kameralnego jazzu i humor teatralnych gagów. Artyści często operują teraz krótkimi frazami, bogacąc flow zabawnymi incydentami. Z czasem show zaczyna kraść Léandre, której frazowanie arco zdaje się być coraz bardziej temperamentne. Do tego garść kolejnych popisów wokalnych, bo tu przecież wszyscy kochamy Kabaret! Drugą z rozbudowanych improwizacji otwiera intuitywny duet puzonu i altu. Muzycy rozmawiają półsłówkami, zadają pytania i zwinnie odpowiadają. Po kilku minutach idą w niemal free jazzowe tango, do którego podłącza się smyczek kontrabasistki. Ta ostatnia ma tu także efektowne solo. Pod koniec, już we trójkę, muzycy ślą nam bukiet bardziej melodyjnych fraz.

Siódma część lepi się z szumów, szmerów i groteskowych odgłosów, wydawanych chyba narządami węchu – całość zdaje się być krótkim odpoczynkiem przed kolejną eksplozją. Ósma opowieść trwa prawie dziewięć minut i śmiało zaliczyć ją możemy do najmocniejszych punktów koncertu. Rozhuśtany post-jazz bazuje tu na bardzo szerokim spektrum dźwięku i ekspresji. Chwilami smakuje bluesem, chwilami popada w intrygującą medytację. Z jednej strony melodia, z drugiej puzonowe grepsy i smakowite preparacje, śpiewy i żarciki. Na zakończenie akt kreacji bierze na swoje barki ekspresyjny saksofon. Ostatnie dwie opowieści zgrabnie reasumują ów szaleńczy koncert. Najpierw jest to garść okrzyków, potem kupiona narracja rodząca się w ciszy, z czasem przepoczwarzająca się w linearną opowieść, która łapie ogień free jazzu. Ostatnia prosta budowana jest mrocznymi dronami.




piątek, 3 maja 2024

Marteau Rouge & Evan Paker have a Gift for us!


Niedawna obecność redakcji na 80.urodzinach Evan Parkera w londyńskim Cafe OTO, to nie tylko moc wrażeń wizualnych i dźwiękowych, podsumowanych na tych łamach zaraz po powrocie ze światowej stolicy Freely Improvised Music, ale też niemały plecaczek płyt zakupionych we wskazanym wyżej miejscu. Pośród nich znalazły się zarówno cudowne starocie, jak i całkiem interesujące świeżynki. Na jedną z tych ostatnich pragniemy teraz zwrócić Waszą czujną uwagę.

Album Gift, wydany pod koniec ubiegłego roku, dokumentuje koncert, jaki miał miejsce w Paryżu lat temu piętnaście, ale jest definitywnie pierwszą edycją tego nagrania. Pokazuje ona zwarcie saksofonu tenorowego Parkera z elektroakustycznym triem Marteau Rouge (Czerwony Młot), pełne emocji, intrygujących splotów dźwiękowych i takiż interakcji pomiędzy czwórką artystów, dla których nie było to bynajmniej pierwsze spotkanie sceniczne. Inny ich koncert możemy odnaleźć na krążku Live, dokumentującym nagranie o rok starsze (In Situ, CD 2009).

Dodajmy dla mniej wtajemniczonych, iż Marteau Rouge konsumuje personalnie legendę francuskiej, ponadgatunkowej improwizacji, Jean-Marca Foussata, którego podstawowym narzędziem pracy jest syntezator oraz dwóch jego bystrych, stałych partnerów w osobach gitarzysty Jean-François Pauvrosa i perkusisty Makoto Sato.

Do słynnego, paryskiego Instants Chavirés zapraszamy na prawie siedemdziesiąt minut!



 

Koncert składa się z dwóch mniej więcej trzydziestominutowych setów oraz kilkuminutowego encore. Start jest delikatnie leniwy - na werblu szamoczą się jakieś przedmioty, słychać szmer elektroniki i gitarowego amplifikatora, saksofon charakterystycznie wzdycha. Artyści potrzebują kilku chwil, by sformować w miarę zwartą, linearną opowieść. Gitara przypomina teraz bas, syntezator zaczyna znaczyć teren pokazując, iż jest tu bardzo ważnym uczestnikiem gry, perkusja oplata wszystko gęstym ściegiem. W tym gronie tenor wydaje się być na tym etapie najspokojniejszy. Pierwsze drobne spiętrzenie zostaje wygaszone swobodną plejadą niezobowiązujących interakcji, którym nie brak meta rockowego posmaku. Kolejne spiętrzenie, w okolicach 10 minuty, definitywnie zasługuje już na miano free jazzowego. Leje się gęsta lawa, szczególnie z okablowania syntezatora. Po drobnym spowolnieniu improwizacja przechodzi w kolejne, coraz bardziej intrygujące fazy – najpierw szczypta psychodelii, potem garść rozkołysanego ambientu, wreszcie smyczek na gryfie gitary, rozmodlone jęki saksofonu i elektroakustyczne szumowisko. Końcowe frazy pierwszego setu mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Gęsta, syntetyczna psychodelia, efektowny drumming i … nagłe zejście w dół, skomentowane niemal folkową melodyką syntezatora i gitary ze smyczkiem.

Drugi set otwiera syntezator, a w roli komentatora występuje saksofon, który sugeruje melodyjną ścieżkę rozwoju improwizacji. Po kilku chwilach zawahania tajemniczy, męski głos wzywa kwartet do akcji! Formuje się dość zwarta, kolektywna narracja, która ma jasno wyznaczony kierunek, a u jej stóp ściele się mroczny dron syntetyki. Po chwili żwawej przebieżki improwizacja staje w obliczu mrocznej ciszy szeleszczących talerzy i pogłosu zastygającej gitary. Perkusja zdaje się być teraz najbystrzejsza i circle drummingiem zaczyna budować podwaliny nowej rozgrywki. Pomaga jej basowy dron syntezatora i post-jazzowe pląsy gitary. Na ów delikatnie chaotyczny moment koncertu nakłada się silnie pobudzony saksofon, który porywa kwartet do kolejnego freejazzowego lotu. Tempo rośnie, intensywność także, jedynie gitara staje w poprzek ogólnej tendencji i slajsuje bluesem. Tu faza wytłumienia dostarcza mam kilka podwójnych fraz gitarowych, tak, jakby syntezator prowadził coś na kształt live processingu. Znaczące uspokojenie wyznacza teraz upływ siedemnastej minuty seta. Tymczasem po raz kolejny dramaturgię koncertu ogarnia perkusista, dając asumpt do budowania kolejnego spiętrzenia. Tym, który najbardziej korzysta z tej okoliczności jest rozszalały syntezator. Tenor początkowo stara się tłumić emocje, ale po chwili idzie już w tango, podobnie jak cały kwartet. Narracja hamuje wprost w drobne zabawy na werblu, które znamy z początku koncertu, po czym wpada w stan delikatnego rozkołysania. Pojawiają się incydentalne preparacje, męski głos, wreszcie zaskakujący tu chyba wszystkim zaśpiew godny muezina! To zdaje się być dzieło gitarzysty! Wobec takiej wolty finalizacja seta nabiera intrygującej dynamiki i intensywności.

Koncertowy bis bynajmniej nie ma w planach kojenia naszych nerwów, jest równie dynamiczny i mięsisty, jak końcówka drugiego seta. Free jazz pełną gębą, dodatkowo okraszony permanentnym, ponadgatunkowym fermentem gitary. Po bisie oklaski wydają się być jeszcze bardziej burzliwe, niż po części zasadniczej. 

 

Marteau Rouge & Evan Paker Gift (Fou Records, CD 2023). Jean-Marc Foussat – syntezator, głos, obiekty, Jean-François Pauvros – gitara elektryczna, głos, Makoto Sato - perkusja oraz Evan Parker – saksofon tenorowy. Nagranie koncertowe, Instants Chavirés, Francja, grudzień 2009. Trzy improwizacje, 69 minut.




wtorek, 8 stycznia 2019

Bopp! Barbares! Leandre & Minton! Welcome to Creative FOUndation!


Kolejny odcinek Trybuny uzupełniający recenzje płyt, jakie znalazły na naszym rocznym podsumowaniu. Czas na francuską puzonistkę Christiane Bopp, która uraczyła nas w roku ubiegłym nie tylko doskonałą płytą solową, ale także równie smakowitym koncertem na warszawskim Ad Libitum, w duecie z Nurrią Andorrą.

Odsłuch i odczyt płyty Bopp Noyau de Lune, uzupełnimy o dwie kolejne, jedną z jej udziałem, drugą zaś bez, ale za to, jak wszystkie dziś prezentowane, wydaną przez francuską oficynę Fou Records, którą kieruje człowiek-instytucja na tamtejszej scenie muzycznej – Jean-Marc Foussat. Dodajmy, że te dwie ostatnie płyty nie są premierami, mają już bowiem za sobą więcej niż 12 miesięcy życia.




Christiane Bopp Noyau de Lune (Fou Records, CD 2018)

Ubiegłoroczne lato było gorące w każdej części Europy. W tych niełatwych okolicznościach przyrody, w jednym z paryskich studiów nagraniowych, powstała płyta, zarejestrowana przy wykorzystaniu puzonu, również preparowanego, głosu, wielu dodatkowych urządzeń, w tym tzw. końcówek do instrumentu dętego blaszanego, a także w wyniku manipulowania poziomem nagłośnienia dźwięku (odczyt z francuskiego być może nie wyszedł nam najlepiej). Siedem historii z tytułami, równo 40 minut muzyki.

Puzon Christiane startuje z dna głębokiej rzeki, tuż obok czujemy też podmuch ciepłego powietrza. Od początku zdajemy sobie zatem sprawę, że gra dla nas więcej niż jeden instrument. Dodajmy, iż dziać się tak będzie w prawie każdym utworze. Akustyczne preparacje, półmrok, pół… cisza. Tajemniczy oddech, któremu towarzyszy… dźwięk trzeciego puzonu. Narracja przypomina elektroakustyczny flow, ale bez prądu, może jedynie, gdzie niegdzie, dźwięk bywa delikatnie amplifikowany. W drugim utworze napotykamy na dwa wątki dynamicznego prychania, szum, pokrzykiwania i głos ludzki. Wątki, które wchodzą w emocjonalny, acz spokojny dialog. Brzmienie puzonu jest czyste, niemal zlepione z głosem. Trzeci odcinek zaprasza nas do tańca! Dźwięk z tuby puzonu i głos biorą się pod ramię i brną we wspólny, niemal folkowy zaśpiew. Bystre, niesamowite! Kocie pląsy, tygrysie zaloty! Mantra, hinduska raga, cokolwiek sobie wymarzysz – kosmos kreatywności! W czwartej części puzony rodzą się jak grzyby do deszczu. Na starcie są już trzy. Garść akcentów perkusjonalnych, suche prychanie i mokre całusy. Igraszki z fakturą dźwięku, multifonia, przekomarzania, a potem zwinne zejście do poziomu ciszy. Piąty – śpiewnie, hymnicznie, każdym porem skóry, każdym fragmentem puzonu. W tle oddech, łapanie powietrza. Jest i drugi puzon, a może to tylko echo, albo rodzaj live processing. Puzony wchodzą w dialog, obok jęki wprost z głębi gardła. Szósty utwór wita nas krótkimi, urywanymi frazami. Szept, pogłos, a … jednak to drugi puzon. Trochę się przedrzeźniają, ale na wesoło i bez specjalnych emocji. Meta taneczna ekspozycja, posadowiona jednak bardzo blisko ciszy. Wreszcie finał – powraca folkowe zawodzenie. Oddech, szmer kurzu, gwizd ustnika. Śpiew z samego gardła, znów gwizd, zabawa na całego. Niemal jak żart – upalona Japonka zagubiła się na wakacjach w Europie i desperacko szuka pomocy! Tuż potem dynamiczne pasaże, coś na kształt beat-boxingu, no i puzon, który śpiewa już samodzielnie, bez udziału sprawczego muzyka. Fajerwerki, wszystko, czego chcesz!




Barbares ‎ Débris D'Orgueil (Fou Records, CD 2017)

Christiane zostaje z nami! Dołącza do niej trzech postawnych mężczyzn: Jean-Luc Petit - klarnet kontrabasowy i saksofon sopranowy, Jean-Marc Foussat – syntezator i głos oraz Makoto Sato – perkusja. Dwie swobodne improwizacje, zarejestrowane w Paryżu, w dwa kolejne, letnie dni 2016 roku. Łącznie 59 minut z sekundami (opis płyty zawiera błędy w tym zakresie).

Dzień pierwszy. Zwinne, kocie perkusjonalia, które szybko przechodzą w progresywny drumming, rechot dęciaków i syntetyczne dźwięki w tle, groźnie pomrukujące. Od pierwszego dźwięku narracja jest bystra, gęsta i szczędzi nam pustych przebiegów. Klarnet kontrabasowy kreśli pętle, puzon zdaje się tańczyć wokół niego. Piękna i trzy bestie! Elektronika początkowo skromna, nieinwazyjna, leje się jak woda i podśpiewuje. Od 6 minuty stara się jednak przejmować inicjatywę, stymulować rozwój improwizacji. Oniryczna, płynna podróż najeżona akustycznymi przeszkodami. Są i głosy z piekła rodem, łoskot analogowej elektroniki. Po 11 minucie atak syntetyki wydaje się nieco zbyt natarczywy, reszta muzykantów walczy jednak bardzo dzielnie. Po chwili chaos elektroakustyki pięknie wybrzmiewa i rozlewa się gęstymi strumieniami. W komentarzu drobny zaśpiew puzonu. W 19 minucie Bopp jakby się multiplikowała, a może to Foussat jest sprawcą tego akustycznego wrażenia. Spokojna narracja, skąpana w drobinach syntetyki, wiedzie nas na finał dnia. Na scenie pojawia się po raz pierwszy tego dnia saksofon sopranowy, kierując całą narrację ku eskalacji. Mnogość dźwięków nieznanego pochodzenia ciekawie zagęszcza finał. Jest i zwinny dźwięk puzonu, i taneczny sopran w stylistyce Trevora Wattsa.

Dzień drugi. Drony dużego klarnetu, smugi cienia puzonu, szelest perkusji, syntezator, który wchodzi do gry stojąc na palcach. Trochę repetycji na flankach, potem krok w kierunku zagęszczania narracji. 6 minuta i mały, niemal akustyczny galop z elektroakustycznym backgroundem. Trzy minuty później Foussat atakuje chórem syntetyki. W komentarzu dęty dialog i drumming z synkopą. A zaraz potem konfrontacja syntezatora z puzonem, niczym mała burza z piorunami. Równie piękna, jak i dynamiczna ściana dźwięku. Recenzent śle jednak pochwały pod adresem Foussata, który tym razem świetnie trzyma nerwy na wodzy, a dawki jego elektroniki są dziś szyte na miarę coraz ciekawszej improwizacji. Kolejne wyciszenie znów przychodzi szybko, ale i we właściwym momencie (brawa dla wszystkich za porządek dramaturgiczny!). Intrygujące echo sopranu daje dość szybko znak do kolejnej eskalacji. 15 minuta, to dobre, dęte dialogi, choć elektronika nadciąga dużymi krokami. Całość narracji dość zwinnie przepoczwarza się w niemal free jazzowy galop, tu ze świetnym drummingiem Sato (jeden z najlepszych momentów płyty!). Powerful! W 19 minucie muzycy schodzą w głuchą ciszę. Zwinny puzon, mała perkusja, jakże smakowity duet. W tle pogłos, echo rozsądnej elektroniki. Narracja w tle jakby lepiła się w dron. Klarnet drży, puzon też ma ochotę na dłuższą ekspozycję. Są i głosy, tym razem anielskie, lekko podpalane, także zmysłowy sopran. Od 25 minuty następuje kolektywne i sukcesywne gaszenie improwizacji. Dęciaki pomrukują z zadowolenia, słychać śpiew ptaków (!). Bopp i Petit na moment zostają sami, nawet słychać gości w barze. Po chwili sprawy w swoje ręce biorą Foussat i Sato. Bystrym duetem, podszytym delikatnym rytmem, osiągają linię mety.




Joëlle Léandre/ Phil Minton  Léandre-Minton (Fou Records, CD 2017)

Początek października 2016 roku, Paryż, 19 rue Paul Fort. Na scenie dwie wyjątkowe postaci europejskiego free improv – Ona na kontrabasie, będzie też używać głosu i On, który używać będzie wyłącznie głosu. Zasadnicza część koncertu przekroczy 30 minut, po nim dwa kilkominutowe encore – łącznie trzy kwadranse i kilkadziesiąt sekund. Płyta nie ma co prawda tytułu, ale połączone w całość nazwy poszczególnych jej części dadzą nam roboczy tytuł Silence in Bluish.

Wejście Francuzki w koncert, jak to ona ma w zwyczaju, jest niezwykle wyraziste – szarpnięcie struny i smyczek niemal w jednym dźwięku. Obok z samego dna gardła zmysłowo pojękuje Anglik. Od pierwszego spojrzenia muzycy pozostają w wyśmienitej relacji. Nic w zachowaniu partnera nie uchodzi ich uwadze, bystrze na siebie reagują, wchodzą w intrygującego dialogi, incydentalnie imitują się wzajemnie. Skwierczący smyczek i zalotne gwizdy, śpiew i krzyk, także sążniste zapasy, gdy schodzą nisko na kolanach – barokowe niemal bogactwo dźwięków i wrażeń (zapewne także wizualnych). Popisy Mintona, który – jak świetnie wiemy – jest w stanie wydać z siebie każdy dźwięk, obok Leandre, która arsenał werbalnych środków wyrazu – to także świetnie wiemy – ma niezwykle rozbudowany. Ta druga do słownych igraszek włącza się około 10 minuty. Humor, szczypta teatralnej groteski, rozbudowane didaskalia. W 12-13 minucie muzycy śmiało idą w dynamiczny półgalop. Minton zdaje się mieć tysiąc pomysłów na sekundę, Leandre dokłada kolejne kilkaset. Zmiana goni zmianę. W 20 minucie wzajemnie na siebie pogwizdują, dwie minuty potem rozgrzany smyczek dyskutuje z melorecytacją wokalisty. W 25 minucie kontrabasistka śpiewa drobną arię operową, towarzyszy jej pomruk zadowolenia partnera – jakże piękny moment! Brawura, humor, kosmiczny warsztat, barokowy przepych – reasumuje recenzent. Na finał szmery i syczenie – whaw!

Pierwsza dogrywka zaczyna się od ptasiego gwizdu, pijackiego gaworzenia. Obok przyczajone pizzicato. Muzycy znów kipią emocjami, empatią i pełnym zrozumieniem idei tej zabawy w dźwięki. Słyszymy dawno zapomniany głos Kaczora Donalda! Leandre w ramach riposty jęczy i śpiewa bluesa. Potem galop i równie dynamiczne stopowanie, połączone z rozszarpywaniem strun ołowianym smykiem. Wreszcie sam finał tego błyskotliwego spektaklu – kaszel, mdłości, podrygi i … pizzicato. Krzyk, jęki konającego i zapach lisiego potu. Zejście na kolana, zwinne poszukiwanie ciszy. Barok Leandre na niskim smyku niemal płonie, Minton bulgocze, gdacze i skatuje. What a finish!