Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeb Bishop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jeb Bishop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 października 2022

Matthias Müller, Matthias Muche & Jeb Bishop on the trip From A To B!


Istnieją teorie, iż puzon jest instrumentem specyficznym. Z jednej strony niełatwym w obsłudze, z drugiej dającym niebywałe możliwości w zakresie artykulacji dźwięku i posiadającym intrygujące spektrum brzmieniowe. Jak pisze Nate Wooley w liner notes do płyty, nad którą za chwilę się pochylimy, puzon bywa równie dobrze ciężką trąbką, jak i małą tubą. Dla nieco starszych fanów ciekawych brzmień warto też przywołać neo-gotyckie klimaty wczesnych albumów Dead Can Dance, gdzie najpiękniejsze partie instrumentalne, te niebywale uduchowione, ale i mroczne, budzące egzystencjalną trwogę, grała sekcja … puzonów, o czym zapewne nie wszyscy wiedzą lub pamiętają.

Na drugim biegunie naszych dzisiejszych rozważań warto postawić kolejną tezę. Nie ma dobrych czy złych instrumentów, są tylko … słabi muzycy. A że za moment sięgniemy po album, który stworzyli muzycy po prawdzie genialni, wszelkie dyskusje o atrybutach dużego instrumentu blaszanego zdają się być jedynie akademicką grą słów.

Dwóch Niemców i jeden Amerykanin zagrali puzonowe trio już kilka lata temu (a udokumentowali na … polskiej płycie Not Two Records). Teraz powracają, rzec można tryumfalnie! Ich nowa płyta, to kolejny poemat puzonowej improwizacji, świetnie skonstruowanej, fantastycznie wykonanej, do tego genialnie brzmiącej, zupełnie jak w … niemieckiej filharmonii.



Puzonowe podróże zaczynamy – wbrew logice tytułu albumu - od punktu B i jego dwóch podetapów. Na starcie trzy korpulentne niedźwiadki syczą melodyjnymi i dość rytmicznym frazami. Każdy ma tutaj swoje tempo, ale wszystkie dźwięki lepią się w bardzo spójną narrację. Ów nieco taneczny, niemal frywolny step z czasem gubi atrybuty rytmu, jakby muzycy zacierali po sobie ślady w gęstwinie lasu. Szybko schodzą do strefy spokojniejszych zaśpiewów i szumów. Każdy muzyk wnosi tu sto tysięcy pomysłów na sekundę, każdy dba o niuanse, ale też myśli o obrazie całości. Na ogół jeden artysta buduje przednią warstwę narracyjną, dwaj pozostali uciekają w didaskalia i ślą zmyślnie preparowane dźwięki. Na zakończenie pierwszej improwizacji wszyscy podśpiewują niczym strwożone ptaszyny na grzędzie. Druga opowieść rodzi się w głębokich jaskiniach puzonowych tub. Szmery, burczenia, leniwe zawodzenia i drobne dekonstrukcje szybką formują się jednak w rozhuśtany, ale temperowany rytm. Drobiny melodii, mroczne westchnienia i jakże konstruktywne chrobotania. Zdaje się, że w strefie wystudzonych, niezbyt długich fraz muzycy czują się teraz najlepiej. Jakby wbrew opinii recenzenta, w ułamku sekundy wpadają jednak w konwulsje i podnoszą poziom ekspresji do samego nieba. Trójgłowa hydra parska głośnym śpiewem, po czym gaśnie w perfekcyjny sposób.

Tymczasem odnajdujemy muzyków w punkcie A, gdzie pozostaną w trakcie dwóch kolejnych, albumowych epizodów. Puzony prychają tu kolektywnie, ale na trzy tempa. Matowe półśpiewy, rżenia i końskie parskania. Artyści najpierw płyną długimi, dronowym strumieniami, by po chwili zgubić pokrętną dynamikę i uciec w spokojniejsze, krótsze frazowanie. Przez moment gadają ze sobą, jak wiejskie przekupki na targu rybnym, a zaraz potem śpiewają weselne historie. Wszak puzon w dobrych rękach jest w stanie wydać każdy dźwięk! W ramach kreatywnej reasumpcji na koniec wszyscy idą w tango i obnoszą się swoim dobrym humorem. Na początku czwartej części albumu muzycy stają na palcach i ślą ku nam plejady drobnych, wysokich dźwięków. Kameralne lamenty i trwogi, frazy pełne mroku, setki pytań, które nie znajdują odpowiedzi. Narracja uroczo broczy w szumie i ambientowym środowisku. Zdaje się, że przy okazji jeden z puzonów funduje sobie drobną drzemkę. Po chwili definitywnie słyszymy już wszystkie instrumenty, ale każdy z nich frazuje inaczej. Improwizacja przypomina kołysankę, która z czasem nabiera życia, sycona jednak dalece skrywaną dynamiką.

Na koniec szalonej podroży muzycy na dwie minuty z sekundami wracają do … punktu B! Kameralna, niemal post-klasyczna ballada rozmarzonych puzonów, powolna, piękna, szyta naprawdę długimi oddechami skutecznie znajduje ciszę.

 

Matthias Müller, Matthias Muche, Jeb Bishop From A To B (Jazzwerkstatt, CD 2022). Jeb Bishop, Matthias Müller, Matthias Muche – puzony. Nagrania z Summer Bummer Festival, Antwerpia (część A) oraz Jazzkeller 69, Aufsturz, Berlin (część B), przełom sierpnia i września 2019 roku. Łącznie pięć improwizacji, 51:09.

 

 

środa, 10 stycznia 2018

Matthias Müller! Bistre… Attacca… Für Hannes!


Niemiecka muzyka improwizowana zawsze stała silnym puzonem! To fakt bezsporny i niewymagający na tych łamach szerszego uzasadnienia.

Po śmierci bodaj najbardziej w ostatnich latach spektakularnego niemieckiego puzonisty, Johannesa Bauera, sytuacja ta w wymiarze artystycznym nie uległa jednak zmianie. Być może muzykiem, który w sposób najbardziej wartościowy niesie pręgierz odpowiedzialności za jakość puzonowych improwizacji po drugiej strony Odry, jest obecnie… Matthias Müller!

Temu doskonałemu, 46-letniemu muzykowi poświęciliśmy już trochę czasu na Trybunie. Dla zapominalskich drobne przypomnienie. Całkiem niedawno na listę najlepszych płyt roku 2017 delegowaliśmy jego debiutancką płytę solową o dość oczywistym tytule Solo Trombone.

W dzisiejszej opowieści zawiesimy ucho nad najnowszą płytą Matthiasa, poczynioną przez trio, funkcjonujące pod nazwą własną Bistre. Tuż potem posłuchamy nagrania nieco starszego, które jednak w ciekawy sposób koreluje z tym pierwszym, a na sam koniec sięgniemy po koncert trzech puzonów, które oddają hołd… Johannesowi Bauerowi, co piękne zepnie tę puzonową epistołę.




Jak czytamy dalej….

Ta historia miała miejsce w berlińskim Studiobörne 45, dokładnie 25 lipca ubiegłego roku. Matthiasowi Müllerowi na puzonie, towarzyszą - Guilherme Rodrigues na wiolonczeli i Eric Wong na gitarze. Pięć swobodnych improwizacji z tytułami, 42 minuty. CD wydany przez Creative Sources nazywa się As We Read Along..., firmuje go zaś formacja Bistre, której nazwę na okładce uzupełniają imiona i nazwiska muzyków.

One. Wiolonczela i gitara na flankach, polerują i rozgrzewają struny, puzon zaś prycha i szeleści w samym środku przestrzeni fonicznej spektaklu. Trzy strumienie dźwięków płyną nieśmiało i delikatnie ze sobą konweniują. Gitara brzmi czysto, jakby była niemal pozbawiona amplifikacji. Narracja step by step narasta, gęstnieje, ale sam proces jest zdecydowanie powolny. Sprytne, molekularne, szczegółowe improwizacje. Każda z nich posuwa się do przodu stosunkowo odrębnym korytarzem. Po 7 minucie, muzycy pięknie szukają ciszy w podmuchach letniego wiatru, wchodząc w intrygujące relacje, zmysłowe przytulanki, kontrapunkty, mrugnięcia okiem. Two. Oniryczna wiolonczela, obok mikroprychania puzonu, półdrony gitary. Rezonans, tłoczenie spokojnego nerwu zaszytego w rdzeniu tej narracji. Już teraz muzycy sugerują, iż skupiony odsłuch ich poczynań może być dla nas gwarantem orgazmu fonicznego. Błyskotliwie doskonały pasus! More than Sustained Piece in Three Streams! – krzyczy w obcym sobie języku recenzent, gdyż właśnie przypomniał sobie koncepcję trwających dźwięków Johna Stevensa. Odrobina prądu na wybrzmieniu soczystej gitary Erica. Three. Subtelne przekomarzania, słodkie interakcje, precyzja, mnogość małych dźwięków, jak stąpanie po kruchym lodzie. W 3 minucie rodzaj mikroeskalacji, czynionych w ramach dialogów uprawianych półgębkiem, niedaleko od ciszy. Tuż potem temperatura improwizacji wzrasta – świetny wybór dramaturgiczny. Od szczegółu do ogółu – efektem płynna, zazębiająca się narracja, która w intrygujący sposób wytraca impet i stawia znaki zapytania. Wybitna sonorystyka puzonu podkreśla efekt całości! Wiolonczela brnie w imitację! Jakże soczysta preparacja! Brawo! Gitara majstruje na boku, ale ma ręce na kołderce. Tajemniczy finał najdłuższego utworu. Four. Muzycy znów stoją na skraju ciszy, aż strach wziąć głębszy oddech. Szum wiolonczeli, westchnienia puzonu, gitarowe, suche molekuły. Krok ku eskalacji uroczy, głęboki i celny. Puzon buduje drony, pozostałe instrumenty snują się po strunach. Szybki powrót do mikrodźwięków, bogaty w pomysły i przemyślenia dramaturgiczne. Puzon w ekstazie? Tak, to już norma w drugiej części nagrania. Five. Pieśń pożegnalna trwa niespełna cztery minuty. Pełna jest jednak akustycznych fajerwerków. Szorowanie powierzchni płaskich i owalnych, wydmuchiwanie dużych porcji powietrza, raczej dynamicznie, niż w oparach sonore. Zmysłowe pętle, powtórzenia, które skręcają się w jednodźwiękowy zwój. Beautifully!




Oh, te emocje!

Na osi czasu cofamy się o sześć, a nawet siedem lat! Matthias i jego puzon spotykają na swojej drodze – podobnie jak akapit wyżej – dwa instrumenty strunowe. Pierwszym jest tym razem bas (opis płyty nie precyzuje dokładnie, jakiego rodzaju jest to instrument, wszakże, jak się przekonamy za moment, to raczej gitara basowa; może to też być silnie amplifikowany kontrabas). Za wydawanie tu dźwięków odpowiedzialnym będzie Axel Haller. Drugim strunowcem ponownie jest gitara elektryczna, tym razem jednak z dużą dawką prądu! A muzyk, który będzie ją miał w dłoniach, w paszporcie kanadyjskim ma napisane - Dave Bennett. Panowie przyjęli nazwę Attacca (celny wybór!), płyta zaś nazwali O' The Emotions! (kolejny dobry wybór!). Dziesięć odcinków muzycznych potrwa równo trzy kwadranse. Wydawcą jest Schraum Records, a nagrania powstały w Berlinie, we wrześniu 2010r. i lutym roku kolejnego.

1. Starsza siostra Bistre jest bardziej szorstka w dotyku, lepi się do rąk i ma silnie elektryczny, rockowy posmak. Epitet noise ma w jej przypadku rację bytu. Puzon ponownie króluje na środku (ale nie w każdym fragmencie; płyta składa się z dwóch sesji), ma brudny, omszały tembr, siarczyście skowycze od samego startu. Sama narracja podszyta jest rytmicznym, konwulsyjnym nerwem. 2. Ten epizod jest bardziej cielesny, zwarty, wręcz hałaśliwy. Puzon atakuje lewą flanką. Głośna, zadziorna zabawa w improwizację. Tuba blaszaka zdaje się być wypełniona gorącym, ciekłym helem (a może nawet … piekłem!). Bas pędzi środkiem i rwie posadzkę studia nagraniowego. Dudni jak walec i razem z puzonem błyskotliwie eksploduje! Ponownie rytm trzyma muzyków w ryzach. 3. Elektroakustyczne drony z gitary, a może raczej z puzonu (recenzent przeciera uszy ze zdumienia!). Pląsy gitary pachną oniryzmem na kilometr i dochodzą jednak z innego fragmentu czasoprzestrzeni. Rodzaj tańca na wodzie, przy burknięciach basu. Psychodelia ulatnia się spod podłogi. 4. Puzon drąży skałę. Brzmi niczym harsh noise electronic! Bas sprzęga się z gitarą, tworząc gorące pole elektromagnetyczne. Ta druga gryzie własny ogon. Brudna elektroakustyka generuje nerwowe drony, a recenzent zatraca poczucie źródeł dźwięków. 5. Puzon powraca na lewą flankę i spokojnym krokiem bada możliwości sonorystyczne swej tuby. Także ta pieśń oblepiona jest kawałkami oniryzmu i psychodelii. Wytrawna, precyzyjna, ale werbalnie niedająca się określić. Cuda na puzonie, stały punkt programu. 6. Hałas powraca! I to ze wszystkich trzech ośrodków fonicznych. Rytm, walec, elektrowstrząsy! Baa, gitara, to już wielki pożar! 7. Amplifikatory dyszą oparte o struny basu. Gitara powraca z mroku, jak zły szeląg. Narracja stoi i krwawi obficie. Trupi odór roznosi się wokół (ależ smakowite!). Puzon rwie włosy z głowy, boleśnie pojękując zamkniętą tubą. Ciężka elektroakustyka o uroku Moniki Bellucci. Dużo dźwięków niewiadomego pochodzenia! Intrygujące! 8. Puzon gotuje się w sobie, gitara, jakby budowała swój świat, bas zaś galopuje środkiem. Repetycja, konwulsja, strach w oczach. Matthias znów zdaje się być jednak królem polowania. W każdym utworze brzmi nieco inaczej, ma kilka tysięcy pomysłów na to, jak mogłaby przebiegać ta improwizacja i jaką rolę ma w niej do odegrania jego niebywały instrument. Tu, na wybrzmieniu, jest generatorem szumów wysokiej mocy. 9. Kolejny oniryczny przystanek. Perła elektroakustyczna, która płynie z rezonującego basu. Repetycja, która dopada każdego z muzyków. 10. Dron basu spływa nam na głowę, a potem zaciska pętlę. Puzon brzmi w taki sposób, że recenzent nie ma już pomysłu, jak go opisać. Jakby ustnik i tuba tego blaszaka były niezależne od siebie. Gitara płynie pod prąd, jest niesforna. Puzon osiąga kolejny orgazm. Jak on to znosi?! W 5 minucie finału trzy drony już płoną! Cóż za zjawisko! Melodia puzonu przepływa z prawej do lewej, leje się jak olej, w upiornym tańcu na zakończenie świata. Finałowe dźwięki rozpływają się jak diabelska mgła. Dobrze, że koniec płyty oznacza tu jedynie ciszę.




Koncert dla Henka!

Koncert zaplanowany był – z wielomiesięcznym wyprzedzeniem - na 6 maja 2016 roku i przewidywał uczestnictwo w nim czterech puzonów. Artystyczne połączenie duetu MM (Matthias Müller, Matthias Muche) z puzonami Jeba Bishopa i Johannesa Bauera. Taki był plan wydarzenia w Stadtgarten, Köln. Niestety dokładnie wtedy, po dość długiej i ciężkiej chorobie, zmarł Johannes. Pozostałym muzykom nie pozostało nic innego, jak wyjść na scenę i zagrać Konzert Für Hannes na trzy puzony. Dokument fonograficzny tego spotkania dostarcza Not Two Records. Sześć fragmentów bez tytułów, trzy kwadranse.

Pierwszy. Pomruki, perkusyjne ekspozycje, trzy duże rury na wybiegu. Szczypta sonorystyki, ostrzenie pazurków. Po prawej drobiny dętych dźwięków (recenzent nie zna ustawienia muzyków na scenie, może jedynie posiłkować się zdjęciem na okładce płyty, a zatem – być może - od lewej Bishop, Muche i Müller), po środku okruchy melodii, podskórny rytm. Już w 3 minucie stosunkowo wyważone pyskówki, pierwsze skale melodyczne. Czysta, miła dla ucha, żywa akustyka. Narracja na ogół odbywa się w trybie: jeden prowadzi osobisty flow, dwaj pozostali go komentują. Czasami sytuacja dramaturgiczna ulega odwróceniu. Bywa, że wszyscy grają ten sam kąsek improwizacji. Drugi. Jednorodna stylistyka, bez nagłych zwrotów akcji i przepięć energetycznych. Kołyszący spokój, chwilami wręcz balladowy krok. Muzycy grają trochę bez ryzyka, jakby nie byli do końca pewni wzajemnych reakcji. Minimalizm, z dbałością wszakże o niuanse brzmieniowe. Na koniec jednak mała eskalacja. Trzy. Mutowane tuby gotują ziółka dla poprawy nastroju. Drżenie i bulgotanie na samym środku sceny (Muche?). Po bokach melodyzujące opowieści. 5 minuta przynosi bardzo udane zejście w strefę ciszy, szczególnie po prawej stronie (Müller?). Póki co, najpiękniejszy moment koncertu. Sycząco-szumiąca symfonia na flankach. Muzycy błyskotliwie wybudzają się ze snu zimowego – idą pod górę i tańczą! Cztery. Lekkie, jak podmuch wiatru, sonorystyczne zaloty trójki słoni. Napięcie erotyczne rośnie. Wszyscy budują melodię i są dotkliwie doskonali w tym, co robią. Na wybrzmieniu grube plastry zadumy w każdej tubie. Piąty. Solo na lewej flance (Bishop?), czystym jak łza tembrem. Nieco aylerowskim w smaku. Chropowaty komentarz Muche i szczypta swingu ze strony Müllera. Najbardziej taneczny fragment płyty staje się naszym udziałem. Na koniec wszystko mutuje się i zakleszcza do wewnątrz. Improve like kind of expansion! – krzyczy recenzent w języku Szekspira! Szósty. Molowe klimaty, drony i zawieszone narracyjnie pasaże dobrych dźwięków. Prawdziwie szczery memorial! Po kilku modulacjach, Müller zostaje sam i wypluwa z siebie wyjątkowo uroczą ekspozycję. Brawo! Bishop powraca z rytmem na ustach, Muche znów ma kluchy w nosie, a całość nabiera zasadnej dynamiki. Przykład świetnej kooperacji wieńczy dzieło.



piątek, 7 października 2016

John Butcher! Ståle Liavik Solberg! – jesienny powiew świeżości, czyli .. jak pięknie, że już pada


Po tropikalnym, jak na krajowe warunki wrześniu, nowy miesiąc pokazał nam miejsce w szeregu. Jak zaczęło padać ostatniej niedzieli, to póki co, jeszcze nie przestało. I nawet te nanosekundowe chwile bez deszczu, z odrobiną słońca, mają jakiś ironiczny wymiar.

Odczarujmy złą aurę! Sięgnijmy po krążek zatytułowany na tyle przewrotnie w kontekście sytuacji pogodowej, że po jego odsłuchu musi wydarzyć się coś pozytywnego!

So beautiful, it starts to rain!

Londyńska scena klubu Café Oto (znów tam jesteśmy!?!), sierpień roku ubiegłego i dwóch pełnokrwistych facetów, którzy czekają, by wydobyć z siebie pierwszy dźwięk. Ten pierwszy, zdecydowanie starszy i bardziej doświadczony, przy okazji obywatel Zjednoczonego Królestwa, nazywa się John Butcher i zagra na saksofonie tenorowym i sopranowym. Ten drugi, nieco wyższy - w paszporcie ma wpisane Ståle Liavik Solberg i jest poddanym Króla Norwegii - siedzi za zestawem perkusyjnym, uzupełnionym o kilka niezbędnych przedmiotów do generowania nieoczekiwanych dźwięków.




Jeśli pamięć Waszego recenzenta nie szwankuje, Panowie Ci spotykają się w okolicznościach muzycznych po raz pierwszy. A zatem szanse na odrobinę świeżości w zadęciu, szczyptę nieoczywistości w dewastowaniu werbla i talerza, czy zmyślne reakcje na kontrowersyjny pomysł partnera, zdają się być ponadnormatywne.

Od razu uprzedźmy przebieg wydarzeń. Po 35 minutach odsłuchu tego nieprzerwanego ciągu dźwięków, z radością skonstatujemy, iż szanse owe zostały w pełni wykorzystane (o tak, Derek Bailey zza grobu unosi kciuk w geście tryumfu!).




A przebieg wydarzeń jest następujący: Od pierwszego westchnienia na scenie, Solberg drąży kanał, ewidentnie chce się przebić do Śródmieścia. Uklepuje grunt seriami nieoczywistych uderzeń, jest dynamiczny i odrobinę molekularny. Butcher całuje kryształ, jęczy i wibruje, chyba bada wytrzymałość perkusyjnej tekstury. Szorstki flow jego tenoru przypomina lot zmutowanego czmiela, który goni miniaturowe stado bawołów. Pięści każdy dźwięk i zdecydowanie szuka swojego terytorium. Solberg daje radę ogarnąć całość i spokojnie tyczy granice przyzwoitości dla tej improwizacji. Niczym jurny nosorożec, kopytami znaczy teren. Talerzykuje, łyżeczkuje, poleruje. Butcher chwyta za sopran i bezceremonialnie sięga dna, w momencie, gdy bębny krążą już pod sufitem, zdzierając pajęczyny z nieodkurzanych od lat narożników. Dynamika koncertu łapie ciekawią arytmię. Muzycy wchodzą sobie w drogę, kolektywnie skowycząc i ocierając się o siebie, jakby byli w okresie godowym. Z każdą chwilą rośnie w nas przekonanie, że jesteśmy we właściwym czasie, w równie odpowiednim miejscu. Podobnie rzecz się ma z formą muzyków. Jadą w górę windą bez stacji pośrednich. Gdy na horyzoncie pojawia się perspektywa finału tej zabawy, zaczynają kwilić jak trusie, toczyć ptasi dialog bez potrzeby puentowania. Saksofon stawia stemple, a perkusja rytualnie obiega jego ślady. Po obu stronach sceny oczywistym staje się przekonanie, że John Butcher jest w stanie zagrać każdy dźwięk. Solberg też ma tego świadomość, co więcej – jest przygotowany na każdą ewentualność sceniczną i nie zawodzi w jakimkolwiek momencie. Bez dyskusji - Ci dwaj faceci na scenie Cafe Oto świetnie sobie ze sobą radzą!

Otwieramy oczy. Łapiemy oddech. Nie pada!!!!! Cud jest naszym udziałem.


****

Płyta duetu John Butcher/ Ståle Liavik Solberg So beautiful, it starts to rain, ukazała się dwa tygodnie temu, nakładem wydawnictwa Clean Feed. Składa się z jednej, 35-minutowej improwizacji, która na potrzeby słuchaczy została podzielona na nośniku cyfrowym na trzy części. Ich tytuły też są efektem sztucznego podziału tytuły całej płyty.

Powyższe skromne review najnowszej płyty z udziałem Johna  Butchera, uzupełnijmy o garść informacji o innych jego aktualnych aktywnościach. Od kilkunastu tygodniu są już z nami, rozkochanymi w wolnej improwizacji, dwa inne koncerty Johna Butchera z Cafe Oto. O nagraniu tria The Apophonics 27.11.13 pisałem nie dalej, jak w ubiegłym tygodniu. Warto zatem wspomnieć o innym wydawnictwie otorokowym, wyposażonym w przenikliwy tytuł Quintillions Green. Stanowi ono dokumentację spotkania saksofonisty z Fredem Frithem (gitara) i Teresą Wong (wiolonczela, głos), poczynionego jesienią ubiegłego roku. Pięć improwizowanych fragmentów, trwających prawie 100 minut. Jak tylko poznam te dźwięki, natychmiast podzielę się wrażeniami.

Z mrowieniem w kręgosłupie oczekiwać także będę na edytorski efekt koncertów, jak będą miały miejsce w tym miesiącu na Półwyspie Iberyjskim (m.in. Festiwal w Coimbrze). Zagra tamże frapujący kwartet w składzie - John Butcher/ Agusti Fernandez/ Hugo Antunes/ Roger Turner. Ta piorunująca mieszanka muzycznych osobowości winna nas połechtać doskonałymi dźwiękami.




Na koniec zostawmy już njusy i sięgnijmy po pewien starszy krążek autorski Butchera. W latach 1996-98, czyli trzy epoki kamienia łapanego temu, nasz ulubiony fizyk-saksofonista popełnił kilka sesji duetowych i solowych, które w niedługim czasie znalazły się na płycie o niezbyt odkrywczym tytule Music on Seven Occasions (Meniscus, 2000). Aż osiemnaście wyjątkowo dosadnych i smakowitych przy okazji miniatur free improv. Wśród zaproszonych na sesję gości odnajdujemy naszych dobrych znajomych: Gino Robaira, Veryana Westona, Thomasa Lehna, Johna Corbetta (amerykańskiego gitarzystę; nie mylić z angielskim trębaczem Jonem Corbettem), Jeba Bishopa, Freda Lonberga-Holma i Michaela Zeranga. Skład uzupełniają Alexander Frangeinheim (kontrabas) i Terri Kapsalis (skrzypce). Jeśli z jakichś istotnych względów pragniecie posiadać tylko jedną płytę genialnego Johna Butchera, to ten krążek nada się znakomicie.


sobota, 28 maja 2016

Gjerstad, Dragdör, LUME, Frith, Malaby, Starlite Motel, Daisy, Reed, Swell, Kaiser, Fire! Orchestra, Crispell – …2016 jednak trwa, czyli zbiorówka majowa


Rok 2016 bezczelnie trwa, muzycy sceny improwizowanej tworzą nutki na potęgę, zatem jest na czym codziennie zawiesić ucho. Dla niektórych stanowi to przy okazji wystarczający powód do plecenia opowieści o przewadze urody nad mądrością, stymulujące chęć posiadania zmaterializowanej formy dźwiękowej tychże muzycznych prokreacji. O tak! są tacy, którzy wciąż wydają pieniądze na muzykę, co więcej – na ich niezwykle poręczną formą kompaktową!

Wasz Autor, z pomocą rubryki Odsłuchy Premierowe – wstępne rekomendacje, smaga te wszystkie nowe produkcje bardzo ograniczoną paletą kolorów, poczynając od krwiście czerwonego low (słabizna!), poprzez swojską żółć middle (takie sobie…), aż po kojącą zieleń high (jest dobrze!).

Tegoroczny maj, jak i cały 2016 rok, nieźle wywija, także w aspekcie kalendarzowym – niespodziewanie mamy w nim drugi już długi weekend! Podczas pierwszego z nich popełniłem tzw. zbiorówkę kwietniową, dziś zatem czas – co oczywiste – na zbiorówkę majową. Czyli wszystko to, co trafiło do moich odtwarzaczy w trakcie ostatnich czterech tygodni, niech stanie na baczność! Będziemy stawiać cenzurki!!!


Frode Gjerstad Trio  Steam In The Casa (PNL Records, 2016)

Frode Gjerstad i jego norweska edycja tria (Strom, Nilssen-Love) w nieustannej podróży. W ostatnich latach była i Japonia, i Rosja, i USA (co wynika choćby z listowania miejsc, gdzie trio rejestrowało koncerty, wydawane później na płytach). Tym razem pora na Kanadę i jedno z ulubionych miejsca do grania Frode’ego – Casa Del Popolo w Montrealu. Spotkanie bardzo świeże, bo z końca listopada ubiegłego roku.




Ta dźwiękowa pocztówka z podróży przynosi niewiele ponad 37 minut muzyki (ewentualne dłużyzny szybko zatem zyskały status delated files), podzielonej na pięć zgrabnie zatytułowanych opowieści. Panowie znają się jak łyse konie, zatem jakość interakcji, wewnętrznej chemii i uzasadnionej działaniem w grupie synergii - na poziomie zdecydowanie ponadprzeciętnym. Choć osobiście, w tej trzyosobowej zabawie w stosunkowo swobodną improwizację, ciągle oczekiwałbym więcej od kontrabasu Jona Rune Stroma. Po prawdzie lokalna edycja tria Gjerstada bardziej rwała mi trzewia, gdy za struny podobnego instrumentu szarpał jego poprzednik, Oyvind Storesund (choćby na genialnym St. Louis).

I ciekawy przyczynek do bogatego już zbioru opowieści o losach muzyka w trasie – na lotnisku uszkodzeniu ulega ulubiony saksofon altowy Gjerstada (strata w postaci trzech dolnych „piór”). Próby na pożyczonym sprzęcie nie satysfakcjonują muzyka – postanawia grać na uszkodzonym. Efekt końcowy zadowala zarówno jego, jak i tych, którzy słyszą dokumentację dźwiękową na udanym kompakcie, który bezdyskusyjnie znaczymy mocno zielonym high.


Dragdör  Escape Velocity (Self Released, 2016)

A teraz skromna wycieczka w nieznane…Muzycy, których personalia są mi całkowicie obce, chyba młodzi (tak wychodzą na fotach), prawdopodobnie z niemieckiego obszaru językowego i formacja o kapitalnie brzmiącej nazwie Dragdör. Ingo Weiss na saksofonach  i żywej elektronice, Alexander Holtz na analogowych syntezatorach, Leon Lissner na kontrabasie i Kuno Wagner na perkusji. Płyta wydana własnym sumptem, na której pomieściła się opowieść w trzech częściach.




Wyjątkowo nieśpieszna to opowieść, za to twardo osadzona na rdzeniu sekcji, która rżnie rzeczywistość studyjną na nierówne części. Kilka szumiących kabli, interesująco mutowany saksofon, analogowy sound klawiszy – wszystkie te dźwięki plotą na tle owego rdzenia pajęczynę małych wojenek improwizacyjnych. Warto się wgryźć w tę zabawę i absolutnie nie odpuszczać po pierwszym podejściu (być może dość trudnym). Muzycy bezczelnie drwią sobie z naszych przyzwyczajeń i zbyt prostych skojarzeń. Sporo tu zaskoczeń i nieoczywistych pomysłów. No i ta fantastyczna okładka. High bez dyskusji!


LUME (Lisbon Underground Music Ensemble) Xabregas 10 (Clean Feed Records, 2016)

Pozostajemy w strefie dużego niedoinformowania, albowiem także nazwiska muzyków, którzy sformowali Zespół Muzyki Podziemnej z Lizbony, niewiele mówią Waszemu Autorowi. Może niektóre wydają się nieco znajome, ale chyba spotykamy tu jedynie młodszych braci i takież siostry (imiona jakoś mniej pasują do nazwisk).
Cztery zatytułowane historie prezentuje nam naprawdę rozbudowany aparat wykonawczy – aż szesnastu muzyków, którzy dzierżą w swych upoconych dłoniach 3 trąbki, 3 puzony, 5 saksofonów, flet, klarnet, a do tego bardzo elektryczna, trzyosobowa sekcja. Xabregas 10 zarejestrowano na festiwalu lizbońskim Jazz Em Agosto dwa lata temu.




Bardzo dynamiczna to muzyka, mocno tkwiąca w aspekcie rytmicznym w prostych metrach, charakterystycznych dla muzyki rockowej, czy mniej zobowiązującego fussion. Wszakże gigantyczna sekcja dęta robi swoje i nie pozwala, byśmy stracili zapał do tej produkcji. Całość jest dość precyzyjnie zaaranżowana, przestrzeni na improwizacyjne szaleństwa nie za wiele, ale bardzo sprawnie tupie się przy tej muzyce nogą i ma się nieodpartą chęć, by zrobić coś pozytywnego dla umęczonego świata codziennego. A i trzy kwadranse koncertu mijają w mgnieniu oka, zwłaszcza w kontekście niezwykle szalonego i hałaśliwego finału.

Mimo gigantycznej sympatii dla Lizbony i wszystkiego, co jej dotyczy, pozostajemy przy rekomendacji middle, przy okazji mając nadzieję na uczestnictwo w tegorocznym Jazz Em Agosto (psssst!).


Fred Frith/ Darren Johnston  Everybody’s Somebody’s Nobody (Clean Feed Records, 2016)

Weteran rockowej awangardy, gitarzysta Fred Frith nigdy nie stronił od grania muzyki swobodnie improwizowanej, także w kooperacjach z bardziej wymagającym sortem improwizatorów (by przypomnieć Anthony Braxtona). Szczególnie w bieżącej dekadzie nie brakuje ambitnych duetów z jego udziałem (Lotte Anker, Barry Guy, John Butcher – cytuję z pamięci). Tym razem randka we dwoje z amerykańskim trębaczem Darrenem Johnstonem. Z tym ostatnim zetknąłem się przy okazji tria Spectral, gdzie wpuszczony pomiędzy tygrysie saksofony Dave’a Rempisa i Larry’ego Ochsa, spokojnie daje sobie radę (dwie edycje, które warte są kilku ciepłych słów na Trybunie – zapewne niebawem).



Na krążku dla portugalskiego Clean Feed, Darren gra czystym tonem, nie stosuje amplifikacji, zatem zdany jest w żmudnym procesie improwizacji wyłącznie na własny pomyślunek. Z tym ostatnim – w konfrontacji z delikatnie przynudzającym na gitarze elektrycznej Frithem – nie jest niestety najlepiej. Na płycie o nieco pokracznym tytule mamy aż jedenaście zwartych, acz niegalopujących dokądkolwiek opowiastek, ale nawet w tych dość krótkich interwałach, muzycy nie są mnie w stanie porwać, ani czymkolwiek, choćby na moment zachwycić. Frith, jak to bywa często w jego improwizacjach, wydaje się dość przewidywalny, Johnstone zaś chyba nie do końca ma pomysł na ten duetowy eksces. Rockowiec szuka uparcie rytmicznej bazy, a jazzman pretekstu do improwizacji. Rzadko ich wysiłki odnajdują punkty wspólne. Rekomendacja zatem nie może być inna – ledwie middle, mocno pikujące w kierunku low.


Tony Malaby Paloma Recio  Incantations (Clean Feed Records, 2016)

Bardzo jazzowa, nowojorska produkcja z Tony Malabym, jako zasadniczym tytułem wykonawczym. Temu już nie młodemu saksofoniście przypiąłem onegdaj łatkę bardzo kompetentnego rzemieślnika i niech tak już pozostanie. Do kwartetu Paloma Recio zaprosił sprawną sekcję (Opsvik, Waits) i ciekawego gitarzystę z prądem Ben Mondera. Z jego chwilami bardzo nieśpieszną narracją zetknąłem już jakieś dwadzieścia lat temu, gdy jako początkujący fan dźwięków nieoczywistych, z lubością zachwycałem się nowojorską sceną Downtown.




Inkantacje przynoszą cztery fragmenty improwizacji o jasno zarysowanych parametrach i bez zbędnych niedomówień, pozwalają z łatwością przez siebie przebrnąć. Po prawdzie dziwna i nierówna to płyta. Nieznośnie swingujące i banalnie serwowane tematy (o zgrozo, bliskie krainie łagodności nieomal!), potrafią przeradzać się w bardzo intrygujące improwizacje, zwłaszcza w duecie sax-gitara. Raz potrafią osiągnąć intensywność iście free jazzową, okraszoną naprawdę piorunującymi improwizacjami (Malaby!), innym razem – wykorzystując ową nieśpieszną narrację Mondera – potrafią pięknie odjechać w odmęty, pachnącej odrobiną szaleństwa, smakowitej psychodelii. Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć… Mam taki program do cięcia plików muzycznych, może wykroję z trzech kwadransów Incantations jakiś genialny mini longplay! W pełnym wszakże rozmiarze – jedynie middle.


Starlite Motel  Awosting Falls (Clean Feed Records, 2016)

Uwaga, będzie gęsto! Oczywiście mam na myśli ilość dźwięków na centymetr sześcienny czasoprzestrzeni! Kristoffer Berre Alberts - alt i tenor, Jamie Saft – hamondy i moogi, także gitara, Ingebrigt Haker Flaten - basy elektryczne i inne szaleństwa w niskich częstotliwościach, wreszcie Gard Nilssen – perkusja i stosowna elektronika.




Już sama lektura instrumentarium tych czterech muzyków wiele nam powie o tej muzyce. I tak jest w rzeczy samej! Siedem fragmentów opatrzonych tytułami, nagranych studyjnie półtora roku temu. Panowie drapieżnie wydzierają sobie przestrzeń, jest głośno (wbrew tytułowi trzeciego fragmentu, The Art Of  Silence), nie brakuje drobnego przekrzykiwania. Kompletnie nic do powiedzenia nie ma saksofonista (świetnie pasowałby do wszelkich rockowych projektów Matsa Gustafssona!). Zapewne znajdą się tacy, którym adrenalina pójdzie w górę przy takiej dawce emocji. Ja raczej pozostanę na pozycji lekko wycofanej i nie padnę z zachwytu, pozostając przy wstępnej, żółtej rekomendacji (middle), nawet bez spoglądania w kierunku zielonym.


Trio Red Space (Jeb Bishop/ Mars Williams/ Tim Daisy)  Fields Of Flat (Relay Recordings, 2016)

Tim Daisy nie jest może jakimś szczególnie wybitnym perkusistą, ani nadmiernie genialnym improwizatorem, ale z pewnością niebywale ambitny i pracowity to artysta. Nagrywając jedną płytę na tydzień z takim Kenem Vandermarkiem, prowadząc kilka własnych, czasami całkiem udanych projektów, mam też czas, by w ramach prywatnego labelu Relay Recordings bawić się w komponowanie, powoływanie nowych inicjatyw muzycznych, czy korelowanie ze sobą zupełnie przyzwoitego sortu improwizatorów (być może drobny przegląd działań Tima w ramach RR przydałby się na Trybunie).




Przykładem właśnie tych ostatnich działań jest Trio Red Space, gdzie dynamiczne i melodyjne bębnienie Tima (czyli tak, jak lubi najbardziej) stanowi inspirującą bazę dla kolektywnych improwizacji puzonu Jeba Bishopa i tenoru, tudzież sopranu Marsa Williamsa (wydaje mi się, że w tym gronie nie musimy przypominać artystycznego dorobku obu Panów).

Nagranie – jak wiele na RR – dostępne jest jedynie w wersji elektronicznej, a trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem cieszyć się winniśmy każdym pojedynczym dźwiękiem. I tak jest – bez dwóch zdań. Williams w formie równie wyśmienitej, jak tydzień temu, na  poznańskim koncercie Switchback, Bishop piłuje aż miło, a Daisy dodaje ognia. Mimo pierwotnych wątpliwości – rekomendujemy na zielono (high!).


Mike Reed’ s People, Places & Things  A New Kind Of Dance (482 Music, 2015)

Mike Reed, częsty bywalec poznańskiego Made In Chicago, to niezwykle aktywny i pracowity muzyk. Jego doskonały tegoroczny koncert na rzeczonym festiwalu (Flesh and Bones), skutkował u mnie osobiście m.in. wejściem w stan posiadania stosunkowo świeżego krążka Nowy Rodzaj Tańca, jego stałego w sumie projektu (przepraszam, nie znam lepszego określenia) – Ludzie, Miejsca i Sprawy. Tak się bowiem składa, że Reed nie zwykł nagrywać płyt bez powodu. Tzn. bez jasnego pomysłu na to, o czym ona będzie. Innymi słowy, Mike gra na temat i tego się trzymajmy. Ten akurat przypadek, to pokłosie refleksji, jak naszła Reeda w kontekście śmierci ojca free jazzu, Ornette Colemana. Otóż jego ulubioną płytą tego muzyka jest Dancing In Your Head, skąd inąd doskonała harmolodyczna muzyka do … tańca (druga połowa lat 70.).




A New Kind Of Dance – to zbiór bardzo tanecznych, jazzowych piosenek, zarówno skomponowanych przez Reeda, jak i paru innych, nawet bardziej historycznie zasłużonych (taki Ellington), podanych wszakże bardzo nowocześnie i smakowicie wyimprowizowanych. Bo kolega Reed, przy natłoku różnych mniej lub bardziej szalonych pomysłów, ma także właściwych ludzi do ich realizacji, takich jak choćby Jason Roebke (b) i Greg Ward (as). Obu panów miałem okazję podziwiać na tegorocznej edycji festiwalu MIC i dałem temu wyraz w poprzednim poście Trybuny. Tu odnajdziemy także choćby Matthew Shippa, który zgrabnie dynamizuje swoim fortepianem kilka fragmentów płyty.

Oczywiście ta taneczna propozycja Mike’a Reeda nie zrewolucjonizuje współczesnej sceny jazzowej, ba, nawet nie doczeka się u mnie zielonej rekomendacji, ale słucha się jej wyśmienicie, zwłaszcza w aucie, np. w trakcie dramatycznego korka, który do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Czyli mocne middle, jakkolwiek!


Steve Swell Kanreki: Reflection & Renewal (Not Two Records, 2015)

Dziwna to płyta - nie do końca zrozumiały zamysł wydawcy i wybór nagrań muzyka. Trochę jakby Steve Swell, nasz ulubiony free jazzowy puzonista i stały uczestnik edytorskiej inicjatywy Marka Winiarskiego - Not Two Records, wygrzebał z szafy (komputera) zapomniane nagrania, których nikt do tej pory nie chciał wydać, a następnie dotargał je do Krakowa, celem umieszczenia na płycie.

Na dwóch dyskach znalazło się aż siedem różnych okazji, tak koncertowych, jak i studyjnych, powstałych w latach 2011-14. Na liście płac - aż 18 muzyków. W sumie why not? Jedyny mój problem z tym wydawnictwem jest w sumie taki, że trudno je pochłonąć na raz i to wcale nie dlatego, że muzyka jest jakaś szczególnie trudna. Diabeł tkwi w ogromnym rozrzucie stylistycznym poszczególnych nagrań (od ostrego free, przez nudnawy mainstream, po kameralistyczne zabawy na improwizujący kwartet klarnetów, wreszcie surowe i piękne free improvisation), a także w sposobie ich segregacji.




Kanreki zaczyna się ponad półgodzinnym, koncertowym hałasem, jaki wygenerował kwartet Dragonfly Breath (znany ze studyjnej rejestracji, także Not Two). Jeśli przetrwamy ten interwał, wiedzmy, że wszystko, co najgorsze, jest już za nami -  a dalej będzie tylko lepiej, a nawet chwilami wspaniale!

Pominę może drobny kwintet z udziałem Kena Vandermarka i Magnusa Broo, bo siedmiominutowy pasus nie daje w ogóle pojęcia, czym to spotkanie mogłoby być.
Od trzeciego fragmentu Kanreki, ostro wkraczamy w świat kameralistyki i wolnej improwizacji. Najpierw, wspomniany już wcześniej, kwartet klarnetowy (Swell w roli dyrygenta), potem smakowity duet puzonu z wokalistą (Thomas Buckner). Drugi dysk, to już prawdziwe perły. Zaczynamy od drobnego incydentu na puzon solo. Zaraz potem wyśmienite trio – Steve Swell, Fred Lonberg Holm (c), Guillermo Gregorio (cl) - w aż trzech fragmentach koncertowych. Wreszcie na koniec niemniej frapujący kwintet na puzon, alt i instrumenty strunowe. Miód!

Reasumując – trudno ocenić ten krążek jako całość. Początek w oczywisty dla mnie sposób mieni się wieloma odcieniami czerwieni (low!), potem lekko przechodzimy przez spektra koloru żółtego (middle!), by pod koniec dysku pierwszego śmiało wkroczyć w obszar zieloności (high!). Cały drugi krążek mieni się tą barwą okrutnie. Kanreki to materiał na co najmniej dwa samodzielne krążki. Czas zatem na prywatną kompilację tych nagrań. Nawet mój starodawny komputer winien dać sobie z tym radę.


Chris Cogburn/ Henry Kaiser/ Steve Parker/ Damon Smith  Nearly Extinct (Balance Point Acoustics, 2016)

Spotkanie czterech muzyków, poczynione zdecydowanie w celu uprawiania swobodnej improwizacji, opatrzone zostało w procesie edytorskim tytułem Nearly Extinct. Gitarzysta Kaiser jest osobą, z którą nawet początkujący fan muzyki improwizowanej musiał się choć raz zetknąć. Podobnie rzecz się ma z kontrabasistą Damonem Smithem (tu: amplifikuje swój instrument). Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku pozostałych uczestników tego spotkania. Z perkusistą Chrisem Cogburnem, mimo bardzo kowbojskiego nazwiska, spotykam się raczej po raz pierwszy, podobnie jak z puzonistą Steve’em Parkerem.




W trakcie studyjnego spotkania w Texasie, muzycy zrealizowały siedem improwizacji, które po opatrzeniu stosownymi tytułami wylądowały na srebrnym na krążku wydawnictwa Balance Point Acoustic (wydaje trochę nagrań Henry Kaisera). Wbrew nazwie labelu, zgodnie wszakże z naszą pamięcią, rzeczony Kaiser operuje na gitarze z prądem. Zabawa improwizacyjna jest zwarta, zadziorna, choć zazwyczaj w tempach popołudniowych. Gitarzysta ciekawie ucieka w drobną psychodelię, w czym wtóruje mu sążnisty sound basu – uwaga! oba instrumenty lubią pohałasować i potaplać się w przesterach. Puzonista – subtelny dysonans! - kwili czystym dźwiękiem, stojąc przyczajony pomiędzy membranami ciekawie wibrującej perkusji.

W tym kardynalnie udanym spotkaniu na polu swobodnej improwizacji, niewątpliwie godna uwagi jest … okładka płyty, którą uznać można za skromny przewodnik po świecie muzyki improwizowanej, zdecydowanie w historycznym ujęciu. Kto rozszyfruje wszystkie terminy bez wspomagania się siecią globalną, dla tego gigantyczny szacunek i ocean satysfakcji! A przy okazji  - okładka ta mogłaby spokojnie stanowić logo Trybuny. Bardzo celne tropy! Rekomendacja? Bez cienia wątpliwości pozostajemy przy high.


Fire! Orchestra  Ritual (Rune Grammofon, 2016)

Orkiestra Ogniowa to rozbudowana personalnie wersja noisowo-rockowego pomysłu Matsa Gustafssona - Fire! Rytuał zaś, to trzecia edycja płytowa. Na deskach stockholmskiego studia aż 21 osób, mniej lub bardziej znanych muzyków skandynawskich (z wisienką na torcie w postaci portugalki Susany Santos Silvy!). Muzycznie biegamy wg wyraźnie wyznaczonego toru rytmicznego (to rock!!!), który podawany tak przeludnionym aparatem ludzkim brzmi doprawdy potężnie. Wszystko inkrustowane jest drobnymi popisami solowymi, podczas których przez ułamki sekund możemy przypomnieć sobie, że grają tu… jednak wytrawni muzycy improwizujący. I mógłbym w tym momencie zacząć długi proces narzekania, wychodząc z punktu widzenia fana, który oczekuje więcej. Ale w sumie po co…




Ritual po prawdzie…. bardzo mi się podoba. Być może to jedna z bardziej komunikatywnych i fajnych w odbiorze płyt, jakie trafiły na majową zbiorówkę. Można potańczyć, można pozdzierać gardło, można usłyszeć prawdziwie metalową gitarę, a w końcu silnie zachwycić się wokalnymi popisami dwóch panien (pań?) – Mariam i Sofii – które po prostu pięknie i niezwykle dynamicznie śpiewają (co zresztą udanie koreluje z ekspresyjną muzyką, konstruowaną przez pozostałą dziewiętnastkę muzyków). Te śpiewy, te czupurne i lekko psychodeliczne wokale śmiało przywołują w mojej pamięci debiut Return To Forever Chica Corei sprzed ponad 40 lat. Ale jazda!!!

Z czystej przekory pozostaję przy rekomendacji middle, ale ze zdecydowaną zieloną podpórką!


Marilyn Crispell/ Erwin Ditzner/ Sebastian Gramss  Free Flight (Fixel Records, 2016)

Richard Poole/ Marilyn Crispell/ Gary Peacock  In Motion (Intakt Records, 2016)

Na koniec naszej nieco rozgadanej zbiorówki majowej, dwa tria fortepianowe, czyli ekspozycje leżące na ogół niezwykle daleko od - z pozoru  nieograniczonych - pokładów mojej muzycznej atencji. Skoro jednak w odtwarzaczu wylądowały dwie rejestracje z udziałem dawno niesłyszanej, wspaniałej amerykańskiej pianistki, Marylin Crispell, to nie możemy ich nie podsumować kilkoma choćby zdaniami.
Historia muzyki improwizowanej nigdy nie zapomni Marylin lat jej cudownego terminowania w genialnym kwartecie Anthony Braxtona (1983-1995). Czyni ją to absolutnie nieśmiertelną, przynajmniej na polu zainteresowań Trybuny.




Pierwsze z nagrań jest koncertową okolicznością, zrealizowaną w Niemczech w listopadzie 2010r., drugie zaś okazją studyjną, poczynioną w Stanach ciągle Zjednoczonych, w listopadzie 2014r. Muzycy towarzyszący Crispell w obu incydentach, z mojego punktu widzenia, zdają się dalece nieistotni, choć nazwisko takiego Gary’ego Peacocka mówi nam przecież wiele. Zresztą duch tria Keitha Jarretta, który wyniósł nudę do rangi sztuki jakieś 40 lat temu, istotnie panuje nad drugą z omawianych tu płyt. Pozwólcie zatem, że komentowanie In Motion zakończę na tym epitecie.




Zdecydowanie mniejszą stratą czasu jest słuchanie, czy wręcz zasłuchiwanie się we Free Flight – w każdym razie tytuł, jak najbardziej stosowny. Niespełna 50 minutowy zapis naprawdę udanego koncertu, pokazujący dobitnie, jak Crispell świetnie radzi sobie w dalece swobodnej, acz kameralnej i wyczulonej na pojedynczy dźwięk, improwizacji. I rzadka cecha u pianisty w formule free – umiejętność operowania ciszą, zaniechaniem, oczekiwaniem na ruch współpartnera. Mam nieodpartą ochotę na skromne high, wszakże z lekką podpórką middle.