Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miguel Mira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miguel Mira. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Evan Parker X-Jazz Ensemble! A Schist Story!


Nie stawaj przed innymi, graj tylko wtedy, gdy masz coś ważnego do dodania w kontekście tego, co jest właśnie grane; nie rób niczego na siłę, sprawiaj, by całość swobodnie płynęła. Zmieniaj kierunek tylko wtedy, gdy sytuacja sceniczna wydaje się niezdefiniowana, ale nie z twojego punktu widzenia, ale kolektywu. (…) Nie myśl za dużo, wykazuj atencję i słuchaj. Słuchanie jest priorytetem. (…) Pilnuj natężenia dźwięku i dynamiki, używaj tylko koniecznych fraz, ani więcej, ani mniej, jesteś tylko drobnym elementem globalnej koncepcji; działaj w korespondencji z innymi, ze świadomością, że jesteś istotnym fragmentem całości *).

Mniej więcej tymi słowami Evan Parker rozpoczynał każdy dzień tygodniowego warsztatu, jaki realizował z improwizującymi muzykami z Portugalii, latem 2012 roku w górzystych okolicznościach iberyjskiej przyrody. Zwieńczeniem tygodnia pracy był finałowy koncert, którego dokumentacja fonograficzna właśnie do nas trafiła. Pytanie, czy warto było na nią czekać całą dekadę, jest oczywiście jedynie retoryczne. Z dzisiejszego punktu widzenia nie sposób nie skonstatować, iż dla portugalskiej sceny muzyki improwizowanej było to jedno z ważniejszych wydarzeń w definitywnie historycznym wymiarze. Bez zatem dalszych introdukcji sprawdźmy, cóż działo się w trakcie spektaklu, który trwał niewiele ponad trzy kwadranse, a na scenie jednoczył brytyjską ikonę improwizującego saksofonu (tu także w roli dyrygenta) i piętnastu portugalskich adeptów, zarówno tych bardzo już wtedy doświadczonych artystycznie, jak i niemal młokosów. Zauważmy, iż większość z tych lokalnych muzyków, to dziś czołowe postacie europejskiej muzyki improwizowanej.



Improwizowana opowieść ma zdecydowanie kameralną introdukcję. Altówka kreśli melodyjny flow, który komentowany jest innymi dźwiękami strunowymi (w tym gitary akustycznej) oraz spokojnymi frazami trąbki. Krok za krokiem narracja delikatnie nadyma się i rozrasta, by po wybiciu 5 minuty utonąć w elektronicznym backgroundzie i blasku rezonujących talerzy. Pierwsze dźwięki dostarczają teraz gitary elektryczne, które udanie konweniują z elektroniką. Opowieść gęstnieje i w okolicach 10 minuty chłonie pierwsze dźwięki saksofonów – najpierw sopranowego, potem tenorowych. Nie wspina się jednak na szczyt, ale wpada w objęcia śpiewnych, spokojnych podmuchów saksofonu, inkrustowanych strunowymi i perkusjonalnymi drobiazgami. Jedna z gitar elektrycznych kreśli teraz dźwięki, pod które podłącza się saksofon. Jazzowy posmak zachęca inne instrumenty do włączania się w budowanie gęstego, po chwili już ogniście free jazzowego łańcucha zdarzeń. Zakończenie pierwszego kwadransa koncertu grane jest już chyba całą orkiestrą i kipi od emocji.

Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja rozlewa się szerokim korytem wyłącznie intrygujących fraz. Strunowce fermentują, trąbka dmie na wszystkie strony, swoje dokłada też elektronika. Ale po kilku minutach flow przygasa i wielka orkiestra przystępuje do kreowania nowego wątku. Bazy rytmicznej szuka tu gitara akustyczna, wytrwale pracuje harfa i delikatna elektronika. Powrót saksofonów oznacza tu duży zastrzyk energii. Tempo jest jednak umiarkowane, co sprzyja podłączaniu się kolejnych ośrodków dźwiękowych. Intensywność rodzi się tu wszakże na flankach, kreowanych przez dobrze już rozgrzane perkusje. W mgnieniu oka narracja osiąga stadium Orchestra Tutti! Piękny szczyt w ułamku sekundy przekształca się w … jazzowe trio z saksofonem tenorowym, bystrze doposażone w emocje kontrabasowym smyczkiem.

W okolicy 25 minuty koncert zaczyna się jakby od nowa. Znów altówka, garść strunowych zdobień i trąbka. Kilka brudniejszych fraz dokłada teraz cello, reszta pracuje w trybie short-cuts, umoczona w elektronicznym sosie. Kilka bystrych fraz ślą także saksofony, przy czym każdy z nich zdaje się pracować w innym trybie. Kolejne wzniesienie pokonywane jest głównie dzięki inicjatywie watahy instrumentów strunowych, a udane lądowanie następuje wprost w objęcia małych perkusjonalii i gitar z prądem. Narracja znów zatem szuka nowych rozwiązań, leniwie nadyma się i rośnie w siłę serią wzajemnych kontrapunktów. Wszystko sprzyja teraz ekspozycji saksofonu sopranowego. Ten z energią przystępuje do dzieła, tło zaś pęcznieje dzięki gitarom i perkusjom. Prawdziwie free jazzowe uniesienie wieńczy tu swój żywot po 34 minucie.

Improwizację czeka teraz drobne wytłumienie, ale odbywa się ono w inny niż dotychczas sposób. Gitara akustyczna buduje bowiem delikatne, ale definitywnie rytmiczne tło, które z jednej strony pozwala na chwile wytchnienia dla każdego, z drugiej nie pozwala umrzeć całej opowieści. Kilka urokliwych fraz harfy, dużo kreacji ze strony elektroniki i wielobarwne pochody gitar elektrycznych, to elementy składowe nowego wątku. Gdy do piętrzenia narracji przystępują także perkusje, wiemy już doskonale, iż orkiestra zaczyna wznosić się na finałowe wzgórze. Swoje dokładają teraz saksofony, a w grze uczestniczą już na pewno wszyscy zgromadzeni na scenie. Całość niesie się sporym hałasem, ma niemal post-industrialny posmak i pięknie gaśnie wraz z wybiciem 40 minuty, wprost w ramiona melodyjnych fraz strunowych. Słyszymy trąbkę, gitarę akustyczną (ze smyczkiem!) i wszystko to, co budowało improwizację na samym początku koncertu, a także w jego środkowej części. Kameralne rozchełstanie jest teraz efektem zwinnych onomatopei wiolonczeli i altówki, dźwięków elektrycznych gitar, harfy, trąbki i nisko zawieszonych, kontrabasowych smyczków. Kolektywny strumień emocji, tuż po wybiciu pełnych trzech kwadransów, wpada w objęcia rzęsistych oklasków.

 

Evan Parker X-Jazz Ensemble A Schist Story (JACC Records, CD 2022). Evan Parker – dyrygentura i saksofon, Miguel Mira – wiolonczela, João Camões – altówka, Angelica Salvi - harfa, Luís Vicente – trąbka, Marcelo dos Reis – gitara akustyczna, Hugo Antunes i José Miguel – kontrabasy, Miguel Carvalhais i Travassos – elektronika, Luis Lopes i Gonçalo Falcão – gitary elektryczne, João Lobo, João Pais Filipe i Gabriel Ferrandini – perkusje, Rodrigo Amado, João Martins i Pedro Sousa – saksofony. Nagranie koncertowe, 18 sierpnia 2012 roku, Casa da Cultura da Sertã, Schist Villages, Portugalia. Jedna improwizacja, 46:04.

 

*) cytuję za słowami albumowego credits



wtorek, 19 lipca 2022

Affinity Suite & Magma! The New Portuguese shots, both with José Lencastre!


Zachodni skraj Półwyspu Iberyjskiego nie ustaje w dostarczaniu nam doskonałej muzyki improwizowanej. W sumie, gdyby Trybuna zajmowała się wyłącznie recenzowaniem muzyki tam wydawanej, też miałaby, co robić! Nadaktywny Creative Sources, mocno jazzowy, ale ostatnio silnie portugalski w repertuarze Clean Feed, zacna inicjatywa samych muzyków, czyli Phonogram Unit, to ledwie początek wyliczanki, a przecież muzykę z Portugalii wydaje się także w innych częściach Europy, o Polsce nie zapominając!

Dziś dwie nowości z muzyką dość od siebie oddaloną, acz oczywiście jak najswobodniej improwizowaną. Oba nagrania łączy saksofonista José Lencastre. W pierwszym jest jednym z pięciu kolektywnych trybów maszyny (obok Ernesto Rodriguesa, Miguela Miry, Hernâni’ego Faustino i João Lencastre’a), w drugiej, trzyosobowej improwizacji zdaje się oddawać palmę narracyjnego pierwszeństwa brazylijskiemu basiście Felipe Zenicoli (skład uzupełnia João Valinho). Z jednej strony morze bezkresnej akustyki, z drugiej sporo psycho-rockowego zacięcia. A co, poza saksofonistą i narodowością prawie wszystkich muzyków, łączy jeszcze obie płyty? Oczywiście, wysoka jakość zawartej na niej muzyki!

 


Affinity Suite

Kwintetowa improwizacja na trzy instrumenty strunowe, saksofon i perkusję doprawdy udanie konsumuje swój tytuł, który możemy dość swobodnie (!) tłumaczyć jako Suitę Pokrewieństwa. Tutaj stara się ona bowiem łączyć swobodną kameralistykę z otwartym, w pełni improwizowanym jazzem, któremu wcale nie jest zbyt daleko do statusu free jazzu. Narracja budowana cierpliwie, ale raz za razem napędzana jazzowym drive’em perkusji, tudzież masywnym brzmieniem kontrabasowego pizzicato, udanie zaś tonowana kameralnym tembrem altówki i wiolonczeli. Tym, który stoi w tej narracji prawdziwym okrakiem zdaje się być saksofonista. Świetnie znamy jego umiejętności asymilacji w każdych warunkach scenicznych, nie dziwi nas zatem, iż w dziele konstruowania pokrewieństw międzygatunkowych ma on wyjątkowo dużo do powiedzenia. Przy okazji zauważmy, iż w przypadku altowiolinisty Ernesto Rodriguesa, Affinity Suite jest być może jedną z najbardziej ognistych i dynamicznych płyt, jakie kiedykolwiek nagrał. Pozostałym czterem muzykom do jazzu jest całkiem blisko, zatem nasze tropy gatunkowe wydają się być trafione.

Na początek artyści serwują nam drobną strunową rozgrzewkę. Obok leży skulony saksofon, a na werblu i tomach dzieją się mikro zdarzenia. Zawieszona w próżni kameralna narracja przypomina spacer gołą stopą po zroszonej porannym deszczem łące. Klecona ze small talks pajęczyna interakcji z każdą pętlą zagęszcza się. Każdy instrument dokłada swoje i rozhuśtane chamber zaczyna odnajdywać pierwsze post-jazzowe podpórki. Gdy tempo rośnie, ciężar improwizacji przesuwa się ku atrybutom bardziej jazzowym. Po dziesiątej minucie muzycy wracają do kameralnych zachowań. Kontrabas przechodzi w tryb arco i wraz z altówką i cello zaczyna budować długie, głęboko oddychające frazy. Saksofon bez wahania wchodzi w zastaną estetykę. Nowa intryga, budowana po niedługim czasie niemal bez udziału instrumentów strunowych, pełna jest mroku i dramaturgicznego zaniechania. Powrót smyczków reinkarnuje stan międzygatunkowego rozkroku. Zdaje się, że wszyscy muzycy w tym stanie czują się wyśmienicie! Kolektywna decyzja o poszukiwaniu drobnego wzniesienia wydaje się w tym momencie wyjątkowo trafiona. Finał pierwszej improwizacji skrzy się wyłącznie dobrymi emocjami.

Drugą historię inicjują wyłącznie strunowce. Piłowanie gryfów i chrobot drżących pudeł rezonansowych, to pierwsze przejawy zdarzeń fonicznych. Introdukcja wydaje się nad wyraz długa, cierpliwa, a samo wejście w stan narracji saksofonu i perkusji dzieje się niemal bezszelestnie. Dźwięki kleją się teraz do siebie wyjątkowo zwinnie, a improwizacja osiąga stan chamber-jazzu i łapie niemal taneczną dynamikę. Akcję budują teraz bracia Lencastre, ale jest ona udziałem wszystkich artystów zgromadzonych w studiu nagraniowym. Trzecia improwizacja także rodzi się na gryfach wiolonczeli, altówki i kontrabasu. Pizzicato & arco in chamber suspens! Po niedługiej chwili saksofon zaczyna formować drobne drony, a w tle rozbłyskują perkusjonalne świecidełka. Każdy z muzyków buduje tu swoją opowieść, ale wszystkie one wchodzą ze sobą w udane interakcje. Przez moment prym wiedzie altówka, ale dość szybko przypomina sobie o kolektywnej konstytucji tego spotkania. Narracja nie szuka na razie żadnych wzniesień, płynie szerokim, efektownym korytem przeróżnych zdarzeń. Tempo wzrasta jakby mimochodem, niesione śpiewem saksofonu i nerwowymi podrygami kontrabasu i perkusji. Cello i viola dokładają urocze ornamenty. Nim jednak artyści zwieńczą swoje dzieło, proponują nam dość zaskakujące spowolnienie. Post-dynamika ostatniej fazy nagrania zdaje się być wyjątkowo rozhuśtana, rwana, nawet nerwowa, zdobiona wszakże wyjątkowo urokliwymi zdarzeniami strunowymi.



 

Magma

Jedną z najbardziej wartościowych płyt roku 2021, pochodzącą z Iberii, był album zatytułowany Anthropic Neglect, nagrany przez pewien kwartet pod koniec grudnia 2019 roku. Tegoż dnia, w lizbońskim studiu Namouche, powstało także inne nagranie, tym razem poczynione w składzie trzyosobowym. Gitarzysta Jorge Nuno postanowił odpocząć, a pozostała trójka z rzeczonego kwartetu wypichciła nam niezłą Magmę! Rozśpiewany, ale chwilami bardzo zadziorny saksofon Lencastre’a, ryjąca bruzdy i burcząca gitara basowa Zenicoli oraz aktywna, czupurna perkusja Valinho, to sprawcy tego zdarzenia fonicznego.

Już pierwsze dźwięki mówią nam, czego powinniśmy się spodziewać po Magmie. Masywny bas dudni, pełny zestaw perkusyjny głośno oddycha, a lekki, frywolny saksofon podśpiewuje, ale w każdej frazie przemyca ogniste mikro elementy. Narracja stand by szybko nabiera gęstości, ale nie eskaluje tempa. Saksofon pokrzykuje, bas riffuje, niczym stalowa gitara, a tłusty drumming dopełnia obrazu. No pain, no game! Drugą opowieść otwierają basowe flażolety, błysk talerzy i dęte westchnienia. Ów mroczny chill-out nie trwa jednak długo. Narracja najpierw nabiera masy, potem szuka dynamiki. Wszystko zdaje się tu dziać wokół basu. Mistrz ceremonii kłębi się w sobie i zalotnie łypie okiem.

Kolejną improwizację otwiera saksofon. Rzewne i tęskne melodie pną się ku górze, ale dość szybko napotykają na ciosy basu i perkusji. Tempo rośnie, jak w pijanym, rockowym bandzie. Saksofon eskaluje, bas szyje połamane, kanciaste meta synkopy, a perkusja znaczy teren niczym rozdrażniony rottweiler. Pod koniec opowieść przypomną gęstą, cuchnącą zawiesinę. Dla przeciwwagi nową historię bas opowiada wysokim, czystym, niemal śpiewnym tonem. Saksofon wpada w okazjonalną nostalgię, drżą perkusyjne talerze. Muzycy kreślą pętlę za pętlą – dęciak robi się nerwowy, bas i perkusja płyną na dużym luzie. Improwizacja szuka raczej mrocznych stref, choć drummer zgrabnie utrzymuje zadaną dynamikę.

Końcową improwizację rozpoczynają perkusja i saksofon. Inicjacyjne zabawy, które kontrapunktuje bas. Kreśli bohomazy i dyskutuje tempo pełne rockowych przełomów. Dynamika improwizacji najpierw rośnie (z pokrzykującym saksofonem), potem opada (dęciak stawia znaki zapytania i okazjonalnie milknie). Bas i perkusja rysują zakręty, trzymają flow w garści, ale improwizacja ewidentnie szuka zakończenia. Saksofon cedzi dźwięki przez zaciśnięte zęby, sekcja rytmu systematycznie traci moc aż po ostatnią sekundę nagrania. 

 

Ernesto Rodrigues, José Lencastre, Miguel Mira, Hernâni Faustino & João Lencastre Affinity Suite (Creative Sources, CD 2022). Ernesto Rodrigues – altówka, José Lencastre – saksofon altowy, Miguel Mira – wiolonczela, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Lencastre – perkusja. Nagrane w Parede, w klubie SMUP, 14 października 2021 roku. Trzy improwizacje, 51:32.

Felipe Zenícola, José Lencastre & João Valinho Magma (FMR Records, 2022). José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy, Felipe Zenícola – bas elektryczny oraz João Valinho – Drums. Nagrane w Lizbonie, Namouche Studios, 23 grudnia 2019 roku. Pięć improwizacji, 30:52.



piątek, 15 października 2021

Rodrigo Amado Motion Trio with Alexander von Schlippenbach in The Field!


Wykorzystując sprzyjającą okoliczność, iż portugalski saksofonista Rodrigo Amado przebywa właśnie w naszym pięknym kraju na trzech koncertach - wraz z formacją Luis Lopes’ Humanization 4tet*) - zapraszamy na odczyt i odsłuch najnowszej płyty sztandarowej formacji tego muzyka, czyli Motion Trio. Nagrania zarejestrowano dwa lata temu w Wilnie w wyjątkowym towarzystwie – pianisty Alexandra von Schlippenbacha!

 


Muzycy rozpoczynają koncert kolektywnie, ale łagodnymi, dalece rozpoznawczymi frazami. Matowe piano z klawiatury, roześmiany, zrelaksowany saksofon, bystra perkusja i wiolonczela w swobodnym trybie pizzicato. Narracja budowana jest żmudnie, definitywnie w konwencji open jazzowej, strukturyzowanej wyłącznie wyobraźnią i improwizacyjną kreatywnością artystów. Wszyscy wzajemnie się stymulują, każdy szyje tu własny ścieg, który jednak świetnie zazębia się z akcjami partnerów. Opowieść gęstnieje do stanu niemal free jazzowego jeszcze przed upływem piątej minuty koncertu. Demiurgiem tempa i dramaturgii jest tu oczywiście saksofonista, ale nikomu w tym gronie nie można odmówić posiadania cech przywódczych.

Wraz z rozwojem sytuacji na scenie improwizacja zaczyna rozwarstwiać się i dzielić na intrygujące podstrumienie. Najpierw piano z wiolonczelą i perkusją pod wodzą pierwszego z instrumentów, po chwili to samo trio kierunkowane westchnieniami wiolonczeli, ale prowadzone w znacznie wolniejszym tempie. Saksofon powraca niczym poranna zorza, ale nie po to, by eskalować tempo, raczej by pośpiewać w gronie przyjaciół, tu bez udziału pianisty. Ten ostatni ponownie akcentują swoją obecność z pewną dozą nostalgii na klawiaturze i przepoczwarza narrację w kolejne trio, tym razem bez udziału perkusji. W ramach podsumowania pierwszego kwadransa koncertu, improwizacja powraca do pełnego składu i funduje nam dynamiczny passus pod dowództwem saksofonu. Ten jednak nie sili się na ekspresyjne frazy, raczej pilnuje ducha swobodnego open jazzu, zadziornie swingując. Szczyt free dopada jednak muzyków, ale po jego zdobyciu narracja nie traci tempa, jedynie łagodnieje w aspekcie brzmieniowym.

Sekwencja kolejnych działań jest następująca. Najpierw czeka na nas piękna ekspozycja wiolonczeli, skomentowana saksofonowym dronem i ich wspólna przebieżka w spokojnym tempie. Z tej mikro propozycji wyłania się cały kwartet, ale płynie wyjątkowo wyciszonym strumieniem. Muzycy szukają oddechu, rezonansu, ciszy i skupienia. Wyjście na powierzchnię odbywa się z woli saksofonu i kreatywnego przyzwolenia piana. Aura swingującego niemal jazzu pozwala muzykom nabrać powietrza i zebrać nowe siły na dalszą część koncertu. Tu tempo rodzi się niemal samoczynnie, jakby od niechcenia muzycy wchodzą na wyższy szczebel intensywności. W ułamku sekundy osiągają drugi już tego dnia szczyt, który śmiało możemy obdarzyć epitetem fire music.

Zejściu ze szczytu towarzyszą oklaski, a narracja kwartetu zwinnie przechodzi w stadium tria fortepianowego. Powrót saksofonu nie daje sygnału do ataku, jego celem jest raczej studzenie emocji. Piano zgłasza jednak zdanie odrębne, efektem czego jest kolejne, ale dość krótkie wzniesienie. Teraz improwizacja wchodzi w kilka intrygujących faz: najpierw jazzowa ballada saksofonu, przez moment definitywnie solowa, potem szybki duet z pianem, kilka głębokich oddechów, wreszcie kolektywny sygnał, iż czas ruszać w finałową drogę. Kwartet formuje się w mgnieniu oka, ale nie pędzi na złamanie karku. Raczej odnajduje mrok, złowieszcze zaśpiewy i klimat narracyjnej tajemnicy. Na moment saksofon milknie i wypuszcza trio na wolne pole. Gdy wraca przepełniony wewnętrzną ciszą w oddali widać już metę koncertu. Bystre, szybkie sax trio i ostatnia eksplozja mocy, już w pełnym składzie, zgaszona perfekcyjnie, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. Oklaski!

 

Rodrigo Amado Motion Trio with Alexander von Schlippenbach The Field (NoBusiness Records, CD 2021). Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, Miguel Mira – wiolonczela, Gabriel Ferrandini – perkusja. Nagranie koncertowe z Vilnius Jazz Festival, Wilno, 18 października, 2019. Jedna improwizacja, 56:11.

 

*) wspomniana polska część trasy składa się z trzech koncertów:

14.10 Warszawa, Pardon, to tu

15.10 Kraków, Alchemia

16.10 Poznań, Dragon Social Club

 

  

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Lisbon String Trio & Luis Lopes! Isotropy!


We wczesnomarcowy, przedpandemiczny koncert w Galerii Monumentalnej Lizbony, wchodzimy przy dźwiękach rezonujących strun, wpadając wprost w objęcia czterech instrumentów, które kreują naprzemiennie posuwiste i urywane frazy. Całość narracji sprawia wrażenie ciszy przed burzą. Struny mniejszych instrumentów (altówka, wiolonczela) zdają się śpiewać niczym dęciaki w locie wnoszącym, tych większych zaś (kontrabas, gitara) czynią drobne pląsy pizzicato, ale nie stronią też od sumiastych zygzaków arco. Mała kameralistyka z lekko zabrudzonym brzmieniem, która potrzebuje ułamka sekundy, by wpaść w kolektywny taniec pełen dobrych i złych emocji. Jeszcze przed upływem 4 minuty flow zagęszcza się, a zadziornym frazom i bystrym reakcjom nie ma już końca. Akustyczna gitara Lopesa pierwsze dźwięki bardziej charakterystyczne dla tego instrumentu wydaje dopiero w połowie 5 minuty. Luis spokojnie czyta grę kolegów, wydaje się, iż posuwa się do przodu o tempo wolniej, ale już po kilku pętlach bez trudu wtłacza się we właściwy nurt emocji. Całość improwizacji nabiera kolorytu, raczej stroni od zachowań minimalistycznych. Kontrabas zdaje się tu dryfować nieco post-jazzowo, gitara szuka inspiracji bardziej klasycyzujących, ale za to viola & cello rozrabiają na całego – free chamber as well! Po wybiciu 12 minuty opowieść nieznacznie spowalnia i przenosi nas w otchłań deep & dark sounds. Małe drony, skromne smagnięcia smyczkiem – narracja schodzi na sam dół i pięknie tłumi się przy kojących dźwiękach wprost z gryfu gitary. Tuż potem kontrabas proponuje garść post-barokowych koincydencji, nastrój jednak nie siada, bo mniejsze strunowce wciąż harcują na potęgę, co więcej – gitara idzie wraz z nimi! W efekcie tego, w okolicach 15 minuty śmiało odnotować możemy prawdziwą erupcję ekspresji. Każdy z muzyków zdaje się tu tracić zmysły w innym tempie, co dodaje opowieści dodatkowego uroku. Po chwili wszyscy, na ostatnim niemalże oddechu, wchodzą w fazę dronową, która trwa zdecydowanie więcej niż kilkanaście sekund. Sygnałem do dynamicznego finalizowania pierwszej części koncertu jest ekspresyjna szlifierka strun na gryfach altówki i wiolonczeli. Choć gitara i kontrabas przez moment zgłaszają votum separatum, kwartet szybko osiąga stan małej burzy z piorunami i dobrze gaśnie po upływie 26 minuty.



Drugi set samotnie zaczyna gitara. Spokojna i łagodna opowieść napotyka na rezonujące struny, tudzież zmysłowe parsknięcia i szarpnięcia. W gardłach mniejszych strunowców znów zdaje się rodzić śpiew! Kontrabas kontrapunktuje wyjątkowo masywnym smyczkiem, a gitara ewidentnie szuka zaczepki. Bardzo swobodne chamber, pełne rozterek i dramaturgicznych dylematów, które leją się muzykom przez ręce, choć czeka na nowe rozdanie, niepostrzeżenie nabiera jednak rozmachu. Mała filharmonia emocji, napiętych strun i posuwistych westchnień. Cello & viola znów dostają ataku adhd! Kontrabas mruczy jak niedźwiedź, a gitara frazuje post-classic. Ów mały, ale jakże uroczy chaos kompozycyjny pcha muzyków ku jeszcze bardziej aktywnym działaniom. Po chwili mamy wrażanie, iż każdy instrument fermentuje dobrą kreacją! Owo improwizowane rozchełstanie prowadzi nas krętą drogą do efektownego finału. Nie brakuje w nim kilku smutnych fraz i … dużych emocji (cello!). Całość gaśnie jednak w mgnieniu oka, przy pełnej jednomyślności dramaturgicznej.

 

Isotropy (Creative Sources, CD 2020). Lisbon String Trio: Miguel Mira – Wiolonczela, Alvaro Rosso – kontrabas i Ernesto Rodrigues – altówka oraz Luis Lopes – gitara akustyczna. Nagrane 7 marca 2020 podczas Small Format Materials Festival, Galeria Monumental, Lizbona. Dwie improwizacje, łącznie 39 minut i kilkadziesiąt sekund.

 

wtorek, 24 marca 2020

Lisbon String Trio! Sediments & Rhetorica!


Ernesto Rodrigues (altówka), Miguel Mira (wiolonczela) i Alvaro Rosso (kontrabas) powołali do życia Lizbońskie Trio Strunowe cztery lata temu, edytorsko zaistnieli zaś w roku 2017, gdy udostępnili światu od razu sześć albumów (bodaj o jednym z nich pisaliśmy na tych łamach). Kolejne epizody dostarczali wielbicielom kameralnej, swobodnej improwizacji dość regularnie, jakkolwiek z nieco mniejszą częstotliwością. W sumie doczekaliśmy się jak dotąd dwunastu płyt tria, przy czym aż w jedenastu przypadkach były to edycje trio +1.  Wydawcą wszystkich płyt w formacie CD jest – co z zrozumiałe – Creative Sources Records.

Rok 2020 Lisbon String Trio otwarli płytą Sediments, którą nagrali z gościnnym udziałem jednego z naszych ulubionych, iberyjskich drummerów Gabriela Ferrandiniego. Rok poprzedni zaś zamknęli płytą Rhetorica z udziałem innego członka słynnego RED Trio, pianisty Rodrigo Pinheiro. Właśnie o tych dwóch płytach chcemy Wam dzisiaj opowiedzieć.




Sediments, November 18th 2019 live at O'Culto da Ajuda, Lisbon, the Creative Fest XIII, 31:34

Perkusyjne otwarcie - liczeni krawędzi, sprawdzanie jakości naciągu membrany na werblu – i szmer na strunach altówki łagodnie wprowadzają nas w klimat koncertu. Ferrandini od pierwszych chwil szuka narracji, ale póki co, raczej tonie w ciszy oczekiwania. Struny wydają pojedyncze fonie dla podkreślenia owego stanu dramaturgicznego napięcia. Jednak już po 2 minutach śmiało możemy ogłosić, iż narracja została uformowana. Free chamber czynione jest w tempie dalekim od typowego slow motion, w czym zasługa głównie nadaktywnego drummera, która nie pozwala na sekundę zawahania. Następujące po kilku minutach pozorne zejście w obszar ciszy zdaje się być jedynie pretekstem do wzrostu dynamiki opowieści. Gabriel stymuluje i napędza flow, kameralna zaduma, to nie jest jego naturalne środowisko. W 8 minucie na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, dając sygnał do drobnego, barokowego spowolnienia. Tło trzyma jednak … dynamiczny taniec pałeczek perkusyjnych na talerzu. Prawdziwa cisza spowija nas na moment po kolejnych dwóch minutach. Struny oddychają spokojnie, a Gabriel liczy misy i małe talerzyki, które zabrał ze sobą na koncert. Kind of dark chamber in slow motion as well! – notuje bystry recenzent. W upływie 13 minuty viola zaczyna harcować, ale pozostałe smyki trzymają ją w ryzach dramaturgii. Deep drumming wzmaga nastrój tajemniczości. Rozkołysane chamber z czasem nabiera jednak pewnego rodzaju dynamiki – dobre expo staje się udziałem szczególnie altówki. Po 18 minucie łyżkę jazzu i swobodnego drummingu dorzuca Ferrandini. Strunowce w komentarzu kolebią się od prawej do lewej i wiszą w błyskotliwym suspendzie…

Ponowne pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu stanowi kolejny stempel jakości. W 23 minucie tempo delikatnie rośnie, co w dużej mierze jest skutkiem aktywności aktówki i perkusji. Nie na długo jednak, albowiem narracja znów staje w miejscu i cudownie rozbrzmiewa - raz rozkwita, innym razem tuli się w wielobarwne pąki. Perkusyjne szczoteczki w galopie, to następny pomysł Gabriela, który doprowadza jednak narrację na skraj … kolejnej ciszy. Pojedyncze struny altówki drżą, te z wiolonczeli płyną wąskim strumieniem. Zwinne szczoteczki, dźwięczne talerze, a także mała polerka strun budują finałową część koncertu. Perkusja w pełnym rozkwicie i lekko zwieszone strunowce kreują zjawiskowe zakończenie, które ma swoje tempo, ale czynione jest delikatnie, niemal na palcach. Brawo!




Rhetorica, July 4th 2018 live at Timbuktu studio, Lisbon, 50:39

Pojedyncze dźwięki klawiszy, strun, smyczków, mała, jakże kameralna rozgrzewka, w trakcie której każdy z instrumentów frazuje odrobinę inaczej. Struny wyswobodzone ze schematów, klawisze piana bardziej w klasycznej toni. Skupienie, któremu towarzyszy wewnętrzny niepokój, aura tajemniczości. Narracja systematycznie narasta, bardzo kolektywnie, z dbałością o niuanse brzmieniowe, rodzaj free chamber z post-jazzowym zębem. Na finał pierwszej z czterech zaplanowanych historii piękne expo ze strony altówki. Introdukcja drugiego epizodu odbywa się na lekkich strunach, przy wtórze deep piano – wszystkie wszakże reakcje na zaciągniętym ręcznym. Filigranowa, ale i mroczna opowieść. Znów perełki na gryfie altówki, piano, które brzmi jak czwarty strunowiec, wreszcie szelest swobodnych preparacji. W drugiej części opowieści nadchodzi czas na smukłe drony wprost ze strun, rodzaj delikatnych macanek z ciszą. Powrót do dynamiki czyniony jest po mistrzowski, przy perfekcyjnej komunikacji. Na finał muzycy stąpają na placach, produkując niemal metafizyczne, mikroskopijne fonie!

Trzecia opowieść budzi się przy pojedynczych frazach klawiszy, a struny akcentują swoją obecność dokładnie w tej samej konwencji. Po chwili piano zapuszcza jazzowego bakcyla, kusi, ale altówka, wiolonczela i kontrabas zachowują bezpieczny dystans. Flow cudownie faluje – od kameralistyki do open jazzu, od open jazzu do kameralistyki. Świetna dramaturgia! Pianista wydaje się ustanawiać tu zasady, pięknie towarzyszy mu alcista, a pozostali muzycy bystrze reagują. Równie błyskotliwa jest kolejna faza – krok ku dynamice, półgalop, w którym muzycy są precyzyjni i dosadni, podobnie jak to miało miejsce w okowach ciszy. W drugiej części najdłuższej historii, garść jazzu spod klawiszy, w komentarzu zaś strunowym moc zmyślnych preparacji, co tworzy intrygujący dysonans estetyczny. Krok do przodu, dwa kroki do tył, raz szybciej, raz wolniej - what ever we want! Gdy piano płynie po klawiszach, strings budują drony, gdy piano postawi na kreatywny minimalizm, te drugie, każde ze smykiem, doprowadzą opowieść do zakończenia wyjątkowej urody.

Wreszcie finał owego studyjnego koncertu – mocne uderzenia w klawisze, szorowanie przedmiotem o przedmiot, dźwięki nad wyraz głośne, jak na kanony tego spotkania. Metoda call & responce – ta jedyna zawsze ma rację bytu! Chamber na wolnym wybiegu, gdy swobodny jazz stoi u bram! Kolejne smyczki stawiają stemple barokowego piękna, piano aktywizuje ruchy. Dynamiczny finał może zaskakiwać, ale zdaje się być najwłaściwszym wyborem artystów. Na koniec definitywny schodzą w mrok wyjątkowo tajemniczej kameralistyki. W roli gaszących światło, smukłe, drobne smyki.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!


poniedziałek, 21 października 2019

Lencastre’ Brothers! Lopes! Leblanc in Lisbon! Rodrigues with Cirera! The Portuguese impro is still in heaven!


Płyty z muzyką improwizowaną z naszego ulubionego końca Europy, wietrznej i słonecznej Portugalii, dość obficie pojawiały się w redakcyjnych odtwarzaczach w trakcie ostatnich kilku tygodni. Zatem bez zbędnych wstępów przystępujemy do ich wnikliwego omówienia. Sześć płyt, pięć z nich zarejestrowanych w Portugalii, jedna w Holandii, muzycy z różnych zakątków świata, ale oczywiście Portugalczycy w istotnej przewadze liczebnej. Nie zabraknie naszego ulubionego katalońskiego saksofonisty, jego brazylijskiego kolegi, a także pewnej równie cenionej, kanadyjskiej pianistki. Do dzieła!




José Lencastre/ Raoul Van der Weide/ Onno Govaert  ‎Spirit In Spirit Live At Zaal 100  (FMR Records, CD 2019)

Naszą portugalską podróż zaczynamy w … Amsterdamie i świetnie nam znanym klubie Zaal 100. Na scenie José Lencastre na saksofonie altowym i jego holenderscy przyjaciele - Raoul Van der Weide na kontrabasie (jak zawsze wspomaganym dodatkowymi urządzeniami) i Onno Govaert na perkusji. Koncertowy Duch w Duchu potrwa niespełna 40 minut, składa się z sześciu części opatrzonych tytułami, a zarejestrowany został niemal dokładnie rok temu.

Koncert zaczyna się dość wysokimi, wręcz piskliwymi dźwiękami – frywolne pizzicato, świst rezonujących talerzy drummerskich, repetujący, filigranowy alt. Skupiona, niebanalna opowieść zanurzona w jazzowej estetyce, silnie naznaczona piętnem dalece swobodnej improwizacji. Najzwinniejszy perkusista tej części świata, zawsze grający w punkt, równie wyrazisty kontrabasista, który zawsze potrafi zaskoczyć niebanalnym dźwiękiem, wreszcie lekki jak pawie pióro, alcista kolorysta. Już w 3 minucie ten pierwszy ma krótką ekspozycję solową, która unerwia krwioobieg improwizacji. Swoje trzy grosze dokłada quasi elektronika podpięta pod struny kontrabasu. Podobnie czyni swobodny alt, który od czasu do czasu brudzi swoje brzmienie. Piękną pieśń otwarcia puentuje solowa opowieść kontrabasu z komentarzem drummerskim.

Kolejne opowieści, jakby drobne epizody doskonale wyseparowane z większej całości (koncert w rzeczywistości trwał niemal 80 minut), to małe perełki free improv, która zna całą historię open jazzu od jego zarania. Druga część zaczyna się w rezonującej ciszy, by po pewnym czasie osiągnąć stan zwiewnej taneczności (brawo alt!), po raz kolejny, acz nie ostatni, podkreślając świetny poziom komunikacji w obrębie tria. Trzecią opowieść ciągnie kontrabas z perkusją, alt często operuje tu ciszą, milknie w dobrych momentach, świetnie budując dramaturgię całości. Ostatnią rzeczą, jaką można zatem powiedzieć o grze Lencastre, to konstatacja, iż wydaje on zbyt dużo dźwięków. W kolejnym epizodzie do gry w większej skali wchodzi zmysłowy smyczek Raoula. Kompresowany bystrym drummingiem i kontrapunktowany śpiewnym, wysokim altem, czyni ten odcinek jednym z najpiękniejszych na płycie. W piątej części kontrabasista sięga po coś, co brzmi jak mały flet, dzięki czemu cała narracja nabiera nowych, świeżych barw. Gdy powraca ze smykiem, cała opowieść najpierw zyskuje na dynamice, a po chwili zmysłowo ją traci. Wreszcie pieśń finałowa, wyważona, być może najspokojniejsza – smyczek, cichy alt, przyczajona perkusja, wszystko w kolektywnej podróży w kierunku finałowego dźwięku koncertu. Na ostatniej prostej bystre pizzicato kontrabasu i skrzeczący, z podziwu nad efektem całości, saksofon altowy.




João Lencastre  ‎Parallel Realities (FMR Records, CD 2019)

Czas na drugiego z braci Lencastre, perkusistę João. Definitywnie, i już do końca dzisiejszej opowieści, przenosimy się do pięknej Lizbony. Kwintet, którym dowodzi João zwie się Parallel Realities i proponuje nagranie z grudnia ubiegłego roku, pod takim właśnie tytułem. Wtedy to, w studiu Timbuktu, zameldowali się także: Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym, Rodrigo Pinheiro na fortepianie, João Hasselberg na basie, kontrabasie i elektronice oraz Pedro Branco na gitarze (dodajmy, iż na okładce widnieją nazwiska wszystkich muzyków). Osiem części (kompozycji, improwizacji predefiniowanych – tego jedynie się domyślamy), 52 minuty i 53 sekundy.

Nagranie budzi się do życia w głuchej, brzęczącej ciepłem amplifikatora, ciszy, w okolicznościach elektroakustycznego szumu pierwszych dźwięków. Szczypta gitarowego ambientu, sucha tuba saksofonu, skupiony, drobny drumming, minimalistyczne i repetytywne piano. Całość ciekawie narasta i przekształca się w … spokojną balladę, rodzaj open jazzu z elektronicznymi inkrustacjami. Długa, dziesięciominutowa pieśń otwarcia gaśnie przy miłym dla ucha ambiencie gitary. Druga odsłona skrzy się elektroakustycznie, zdaje się być znacznie żwawsza, z płynnym piano i śpiewnym saksofonem sopranowym. Narrację buduje mnogość dźwięków i moc jedynie dobrych interakcji pomiędzy muzykami. Swoboda improwizacji budzi szacunek, z pewnością jednak niektóre jej elementy były wcześniej zapisane w nieistniejącym scenariuszu. Dobrą zmianę ponownie daje gitarzysta, którego ekspozycja smakuje post-rockiem przyprawionym odrobiną psychodelii. Nie próżnuje też elektronika, a całość dostarcza nam sporo tzw. fake sounds, dźwięków, które udają … inne dźwięki. Nie brakuje też ognistych fraz roztańczonego sopranu. Trzecią opowieść zaczyna właśnie Cirera, ale preparacjom poddaje już saksofon tenorowy. Reszta muzyków podłącza się po 45 sekundach i rysuje coś na kształt jazzowej ballady, która jednak permanentnie fermentuje dzięki zmyślnym zabiegom katalońskiego saksofonisty. Po czasie za gęsty flow tej akurat opowieści odpowiedzialność biorą wszyscy muzycy. Te same atrybuty możemy śmiało przypisać czwartej części, na dobre słowo zasługuje w niej także pianista i ponownie gitarzysta.

Piąta część startuje wyjątkowo kolektywnie, z dużą porcją emocji, ładnie wystudzonej saksofonem w roli głównej. Szósta historia stawia na preparacje, a w tym niecnym dziele biorą udział wszyscy muzycy. Po fazie wstępnej, narracja przechodzi w długą, wielobarwną, ale i zmysłowo wystudzoną część, którą komentuje post-ambient z pojedynczymi akordami piana. Na finał muzycy znajdują jeszcze dość sił, by zwinnie pogalopować – ognisty saksofon i bystra gitara wieńczą najdłuższy, niemal 14 minutowy, z pewnością najciekawszy fragment płyty. Dwa ostatnie epizody na krążku, to niemal miniatury. Pierwsza, choć kolektywna, toczy się pod dyktando perkusji, druga stawia na mroczny i przepiękny chaos całkowicie wyswobodzonej improwizacji. Finał płyty stawia istotnie wartościową kropkę nad ”i”. Brawo!




João Lencastre's Communion 3  ‎Song(s) Of Hope  (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w obecności drugiego z braci Lencastre, perkusisty João i sięgamy do formacji Communion 3. Bezdyskusyjnie zasłużyliśmy na chwilę dramaturgicznego oddechu! Perkusiście, który incydentalnie skorzysta także z syntezatora analogowego, w okolicznościach studyjnych Timbuktu (marzec bieżącego roku) towarzyszą – norweski kontrabasista Eivind Opsvik oraz amerykański pianista Jacob Sacks. Odsłuch dziesięciu kompozycji (!) – sześciu lidera i czterech jak najbardziej kolektywnych – zajmie nam 42 minuty bez dwóch sekund.

Pieśni Nadziei, to w pełni kolektywna, dobrze skomunikowana, budowana w oparciu o przygotowane kompozycje, dość swobodna … improwizacja, czyli to, co na tych łamach lubimy najbardziej. Określenie open jazz też winno być w trakcie tej introdukcji wskazane, jako kierunek poznawczy. Narracja budowana przez skupiony, bardzo precyzyjny drumming, czyste, zwinne piano z wieloma klasycyzującymi ornamentami, and last but not least, kontrabas, zatopiony w otwartej przestrzeni narracji, wyrazisty, zdolny samodzielnie prowadzić opowieść bez narażania jej na mielizny dramaturgiczne. Przestrzeń, duch wolności, skrupulatność i duże porcje zadumy, szczęśliwie bardzo dalekie od nudy, którą zwykliśmy kojarzyć z monachijskim ECM.

Wskażmy najbardziej wartościowe momenty tej historii. Szczególnie udany zdaje się być odcinek pierwszy, niemal 10 minutowy, świetnie wprowadzający nas w szczegóły. W drugim warto zawiesić ucho na zabrudzonym tembrem smyka na strunach kontrabasu i pianem, które buduje opowieść z mikro fraz wprost z klawiatury. Także narracja piątej opowieści zgrabnie wisi na zmysłowym smyczku, a pikanterii całości nadaje skromna, syntezatorowa inkrustacja perkusisty. W kolejnej części usłyszeć można także drobinki dźwięków budowanych z wykorzystaniem prądu, a dodatkowo garść nostalgii i bardzo efektownego drummingu w ramach puenty. Siódma część pachnie barokowym smutkiem, a pianista znów stawia na minimalizm, jako ulubioną metodę twórczą. Wreszcie finałowa opowieść, ze smykiem, który złowieszczo syczy, budując przy tym zwinne chamber. Piękny finał niemal relaksującej płyty, przynajmniej w obliczu tego, co słuchaliśmy parę chwil temu i tego, co usłyszymy w drugiej części dzisiejszej zbiorówki.




Luís Lopes  Love Song: Post-Ruins (Shhpuma, CD 2019)

Nim znów uderzymy w mocne tony, jeszcze jedna nieco stonowana opowieść, choć estetycznie daleka od poprzedniej. Okoliczności koncertowe, nawet teatralne i one man show – Luis Lopes na gitarze elektrycznej, w ramach kontynuacji cyklu solowych występów pod tytułem własnym Love Song, tu nazwanej dodatkowo … Post-Ruins. Nagranie z roku 2016 z Teatro Maria Matos trwa 37 i pół minuty.

Pojedynczy akord, szum i garść ciszy, pierwsze stadium minimalizmu. Potem akord podwójny, może nawet potrójny. Step by step w opowieści Lopesa jakby przybywało dźwięków, ale narracja toczy się w wyjątkowo żółwim tempie. W 6 minucie mały rezonans basowy na prawej flance, a w tle życie sali koncertowej/ teatralnej rozkwita – ktoś oddycha, inny szeleści włosami, małe akcenty pogłosu, mikro pulsacje na gryfie.

Od mniej więcej 12 minuty gitarowa narracja nabiera pewnej płynności, obok brzęczy amplifikator, wciąż wszakże akcje dźwiękowe ubogacane są antraktami maksymalnie wyciszonej zadumy. W 21 minucie, na krótki moment, narracja nabiera post-rockowej zadziorności, zakleszcza się w zmysłowej gęstwinie powolnych dźwięków. Po 25 minucie następuje dystyngowany powrót do aktywnego minimalizmu. W 28 minucie recenzent odnotowuje ciekawe, basowe pulsary, które rezonująco wybrzmiewają. Po 30 minucie muzyk już zdecydowanie zarządza odwrót – proponuje smukłe meta ballady, budowane z dużą oszczędnością sił i środków. Gaszenie płomienia koncertu czynione jest pojedynczymi dźwiękami.




Leblanc/ Gibson/ Vicente/ Mira/ Ferreira Lopes ‎ Double On The Brim (atrito-afeito, CD 2019)

Po krótkim odpoczynku, czas wrócić do ognistej muzyki. Free jazz pełną gębą, pięknie zatopiony w tradycji gatunku, nawet hard-bopowego, proponuje nam kwintet pod nieśmiałym przewodnictwem kanadyjskiej pianistki Karoline Leblanc, której wydawnictwa, sygnowane nazwą własnego labelu, są stałym gościem tych łamów. A towarzystwo dobrała sobie pianistka doprawdy wyśmienite – Yedo Gibson na saksofonach, Luís Vicente na trąbce, Miguel Mira na wiolonczeli i Paulo J Ferreira Lopes na perkusji. Nagranie z Namouche Studio, z lutego br., składa się z sześciu części, a trwa 58 minut i 42 sekundy.

Już pierwsze dźwięki nagrania mówią nam wszystko to, co winniśmy wiedzieć o intencjach muzyków – strong jazz, bardzo swobodna, masywnie podawana narracja, która brzmi jak temat, który zostaje natychmiast i po wielokroć rozimprowizowany. Kolektywizm, moc i gracja, a u stóp muzyków leży cała historia wolnego jazzu. Gęsta opowieść, co chwila zdobiona solowymi, krótkimi ekspozycjami, które barwią opowieść w takim tempie, iż recenzent nie nadąża z odnotowywaniem wszystkich ważnych epizodów. Ostra jak brzytwa sekcja rytmiczna z wiolonczelą, która nieustannie kąsa, saksofon i trąbka rozstawione na przeciwległych flankach, cios za cios! Brudne, szorstkie brzmienie wszystkich instrumentów, jakbyśmy nie spotkali muzyków w najlepiej brzmiącym studiu całego zachodniego Półwyspu Iberyjskiego, a raczej w przydrożnej oberży. Druga część próbuje przez moment tłumić emocje po obu stronach nieistniejącej sceny. Szczypta nostalgii, oczekiwanie na płomień życia. Nie trwa ono zbyt długo – kolektywna jazda zaczyna się już po niedługiej chwili. Odnotujmy świetny komentarz wiolonczeli wypuszczonej na smyku, tu w towarzystwie bystrego expo pianisty. W 9 minucie muzycy podejmują pierwszą próbę szukania ciszy – piękny dialog saksofonu sopranowego i wspomnianej wiolonczeli, jakże bystra imitacja! Po chwili cały … kwartet wpada jednak do ognia (z Gibsonem na czele!), a milczenie zachowuje jedynie trębacz.

Trzecia historia, to skromne, wyciszone interludium, pełne niebezpiecznego smutku. Czwartą część otwiera Mira, Gibson preparuje, a Karoline używa tylko czarnych klawiszy. Wreszcie Vicente przerywa wielominutowe milczenie i wgryza się w narrację, niczym doświadczony borsuk. Brawo! Piąta część płyty startuje bardzo kolektywnie, z saksofonem tenorowym, jako głównym zaborcą czasoprzestrzeni. Znów kwintet połyka czas na pełnym gazie. Ostre piano, kanciaste dialogi saksofonu i trąbki, krew leje się strumieniami. Muzycy zdają się być w tej free jazzowej jatce dramaturgicznie przewidywalni, ale jakość ich reakcji i solowych ekspozycji znamionuje klasę światową. Ta uwaga tyczy się przede wszystkim brazylijskiego saksofonisty. Yedo, what a game! Czas na pieśń finałową – bystra free narracja budowana na rozgrzanym do czerwoności smyku wiolonczeli. Dęciaki pięknie preparują na dużej dynamice. Na finał fortepianowe fajerwerki, galopada sekcji i czyste szaleństwo w tubie saksofonu! Jego gorące podmuchy wieńczą tę niezwykle energetyczną podróż w znane-nieznane.




Ernesto Rodrigues/ Albert Cirera/ Rodrigo Pinheiro/ Carlos Santos  Three Phases ① White (Creative Sources, CD 2018)

Na naszą wyimaginowaną scenę powracają Albert Cirera (tym razem tylko saksofon tenorowy) i Rodrigo Pinheiro na fortepianie, a dołączają do nich przedstawiciele starszego pokolenia portugalskich improwizatorów – Ernesto Rodrigues na altówce i Carlos Santos – field recordings i elektronika … fal radiowych. Koncert z O'Culto da Ajuda, kwiecień 2018 roku. Jeden trak, prawie 42 minuty.

Suche frazy zaspanych jeszcze instrumentów, akordy z klawiszy, prychy tuby, liczenie strun w niemal zupełnej ciszy, okruchy świergoczącego field recordings, jakbyśmy odbywali właśnie spacer po wiosennej łące. Skromne preparacje, pojękiwanie naciąganych małym palcem strun, cykady tańczące za oknem – classical silent free improv from Creative Sources! Molekularna, niezwykle skupiona narracja – fale radiowe szeleszczą na wietrze, tuba saksofonu drży, podobnie jak pudło rezonansowe fortepianu. Trzy pięknie brzmiące instrumenty akustyczne i żyjące w stanie ciągłej zmiany field-recordingowe tło, jakże zmysłowa koegzystencja.

Pierwsza próba wyjścia ze strefy ciszy ma miejsce w 11 minucie, czyniona jest z inicjatywy pianisty, z akcentami klasycznego piękna brzmienia altówki. Pod koniec pierwszego kwadransa muzyka rozbrzmiewa pełnią niemal filharmoniczną (świetna akustyka pomieszczenia!), by po ułamku sekundy powrócić do tłumionego minimalizmu, zdobionego partycją fake sounds – saksofon brzmi jak perkusja, altówka jak huragan chrząszczy, klawisze fortepianu niczym rozstrojona gitara, a wokół śpiewają ptaki elektroniki. W kolejnym etapie, znów odrobina żwawszej narracji, tu za przyczyną Cirery i Pinheiro, którzy sieją nieustanny ferment. Po 27 minucie na chwilę opowieść robi się naprawdę głośna! Nawet Ernesto, zwykle chłodny w reakcjach scenicznych, tryska emocjami! Po 33 minucie każdy z muzyków dokłada coś nowego do palety dźwiękowej - kreacja muzyków buzuje, a nasze uszy tańczą z radości. Preparacje, stylizacje, emanacje – nie ma chwili nudy w tym strumieniu dźwiękowym! Pod koniec nagrania, na moment, elektronika przejmuje władanie sceną, śląc posuwiste pulsary energii. Po 40 minucie wszyscy jednak, z należytą pieczołowitością, przystępują do gaszenia płomienia opowieści. Czynią to po mistrzowsku, aż do ostatniego dźwięku.

środa, 11 lipca 2018

Variable Geometry Orchestra! Ma'adim Vallis!


Czas i miejsce zdarzenia: pierwszy koncert – 25 listopada 2017 roku (O'Culto da Ajuda, Lizbona), drugi koncert – 5 stycznia 2018 roku (Damas, Lizbona).

Ludzie i przedmioty: Ernesto Rodrigues – dyrygent, valiha, rebec (instrumenty jedynie w koncercie 1), Armando Pereira – akordeon, Guillaume Gargaud – gitara akustyczna (1), Etienne Brunet (1), José Lencastre (1) i Nuno Torres – saksofon altowy, Bruno Parrinha – klarnet basowy, Guilherme Rodrigues, Miguel Mira i Ricardo Jacinto (1) – wiolonczela, Luiz Rocha - klarnet (1), Miguel Almeida – gitara klasyczna (1), Adriano Orrù (1), Bernardo Álvares (2), Hernâni Faustino (1) i João Madeira – kontrabas, João Valinho (1), Pedro Santo i Vasco Trilla (1) – perkusja, Fernando Sousa (1), Paulo Duarte (1) i Abdul Moimême – gitary elektryczne, Carla Santana i Carlos Santos – elektronika, Paulo Chagas – flet, obój, Manuel Guimarães (1), Silvia Corda (1) i Tiago Varela – melodica, André Hencleeday (1) – megafon, Monsieur Trinité - obiekty, Karoline Leblanc (1) – fortepian, Miguel Cabral (1) – violaika, Eduardo Chagas (1) i Fernando Simões (1) – puzon, Anna Piosik (2) i Luis Guerreiro (1) – trąbka, Gianna de Toni (1) – ukulele, Maria do Mar (2) – skrzypce, Maria Radich – głos.

Co gramy: dyrygowana swobodna improwizacja.

Efekt finalny: koncerty pomieszczone na dwóch dyskach, pod wspólnym tytułem Ma'adim Vallis, dostarcza Creative Sources (2018). Szóste wydawnictwo w dyskografii VGO trwa łącznie 78 minut bez pięciu sekund.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Conduction #47. Strunowa, filigranowa introdukcja, drobiny sonorystyki w tubach saksofonów. Dalece kameralny start, biorąc pod uwagę obecność niemal czterdziestu muzyków na scenie. Już w 3 minucie improwizacja, budowana wieloma dronami, narasta, grzmi i łomoce. Grozę sytuacji podkreśla praca perkusjonalistów i akordeonu. W tle podskórny nerw, chrobotanie syntetycznej materii dźwięku, zapewne dzieło sekcji elektronicznej. Tempo rośnie, fonia pęcznieje. W 7 minucie zwinna, saksofonowa ekspozycja w estetyce gorącego free, potem komentarz trąbki. Dęciaki, które zdają się być w mniejszości, dają sygnał, iż tego dnia skłonne są pohałasować. Opowieść płynie wartkim strumieniem, napotykając w każdym zakamarku stempel jazzu. Pierwsze hamowanie spotyka nas w 11 minucie – jakby powrót do klimatu strunowej introdukcji, ślady gitary akustycznej, a zaraz potem fortepianowe interludium z komentarzem klarnetu basowego. 14 minuta - nisko zawieszony dron rozpoczyna konstruowanie kolejnej, zapewne burzliwej ekspozycji. Elektronika wspierana smykami uczepionymi na samym dole gryfu kontrabasu? Tak, to jest możliwy scenariusz. Narracja gęstnieje, przybywa nietypowych, nieokreślonych dźwięków, szczypta plądrofonii. Bez akcentów jazzowych, mimo udziału saksofonów i puzonów, zdecydowanie w kierunku konstruktywnego hałasu. 23 minuta i stopping! Chmara strunowców czyni swoją powinność. Preparacje, jęki akordeonu, jakby spulchnianie gleby przed startem elektroakustycznej ekspozycji. Rodzi się prawdziwe królestwo rozchełstanego free improve z groźnymi pomrukami kontrabasu (ów?). Kameralistyka w stanie permanentnej multiplikacji. Szybki epizod, albowiem po 5 minutach znów zmiana kierunku po dość błyskotliwym hamowaniu. Klimat Warszawskiej Jesieni, koncert stroicieli, jakby narracja szyta z podartej partytury. Z tego kluczowego zaniechania tryska iście free jazzowa eksplozja. Kupą mości Panowie i Panie, cała historia gatunku trzyma za was kciuki! Jakże piękny moment! Tłumienie emocji toczy się w elektroakustycznym sosie, przy akompaniamencie głosu kobiecego i salwy filigranowych strunowców. 33 minuta - tym razem stado dęciaków snuje kilka separatywnych opowieści w klimatach niemal trzecionurtowych. Niektóre nutki nawet delikatnie swingują. Po 2-3 minutach nowy pomysł na rozwój improwizacji – suche, niskie pasaże, szmery, szumy, fonia z dna tuby, akcenty gitarowe. Narracja pęcznieje w tempie geometrycznym, zanosi się na burzę z piorunami. Szczypta spowolnienia w ramach zaskoczenia przeciwnika, potem znów krok do przodu. Na ostatniej prostej emocje biorą jednak górę. Zdaje się, że w tym momencie wszyscy muzycy dostali pozwolenie na grę.

Conduction #48. Noże i widelce, szmery i podmuchy, perkusjonalne intro. Mocny, jazzowy kontrabas organizuje porządek na scenie. Bardzo konkretny drive! Z drugiego rzędu, dęciaki w zwinnym komentarzu. Jakby przy okazji, rodzi się masywny background elektroniki. Ekspozycja trąbki, obok komentarze grane unisono, jakby z partytury. Wybrzmienie przychodzi dość szybko. Akordeon i elektronika robią stosowne echo. Narracja w błyskawiczny sposób pęcznieje, ale wisi w powietrzu, w oczekiwaniu na nowe wytyczne. Solo klarnetu basowego, przy wsparciu strunowców, które ostrzą sobie pazurki. Odrobina melodii pomiędzy strunami, punktowy flet. 11 minuta, to start nowej historii. Dużo strun w intensywnym tańcu. Zaraz potem pokrętne rytmicznie zabawy, które wieńczy free jazzowa eksplozja. Kobiece incydenty głosowe tuż po ostrym wyhamowaniu. I znowu ruszamy do przodu. Stan permanentnej zmiany, to zdaje się być element konstytuujący oba koncerty VGO. Intrygantem po raz kolejny zostaje sekcja strunowa, która w trakcie drugiego koncertu niepodzielnie panuje na scenie, czasami wręcz nie dopuszcza do głosu wygłodniałe dęciaki. W 17 minucie misternie budowana ekspozycja, pełna rubasznego rytmu, zostaje zgwałcona pokładami niskiej, bezkompromisowej elektroniki. Z mroku wyłania się kilka perkusyjnych incydentów, także parę dźwięków o nierozpoznanym źródle pochodzenia. Tygiel fonii w stanie wrzenia. Saksofony zdają się mieć moc, by pojawić się na samej górze. Tysiące pomysłów na sekundę. Improwizacja czasami wydaje się być nieco przeładowana inspiracjami. Bogate instrumentarium wciąż podpowiada nowe rozwiązania dramaturgiczne. Dyrygent musi mieć oczy dookoła głowy! 25 minuta, to wysoka ekspozycja trąbki, w dole zaś pasmo elektroakustyki, która po niedługiej chwili jest zdolna do przejęcia władzy. Ciekawy, niemal dark ambientowy fragment opowieści. Wejście sekcji dętej sieje zamęt! Jakby zbyt wielu muzyków chciało jednocześnie prowadzić narrację. 32 minuta i kilka saksofonów ma coś ważnego do powiedzenia. Mogą liczyć na niebanalny komentarz gitary i kontrabasu. Gęsto, chromatycznie, bez wyrwy akustycznej na cokolwiek więcej. W tle trębacze, którzy pragną iść po swoje. W 35 minucie ostatnie już dziś hamowanie – melodyjny saksofon i dynamiczne strunowce w ramach wsparcia. Niespodziewanie ekspozycja przybiera formę dość frywolnego walczyka, trochę w klimatach późnego Braxtona i jego Ghost Trance Music! Sam finał koncertu bardzo efektowny, intrygujący. Werbel wybija ostatnie dźwięki.



Poprzednio recenzowane płyty Variable Geometry Orchestra odnajdziesz dokładnie w tym miejscu. 

wtorek, 22 maja 2018

Zweige & Synchronous Rotation! Vasco Trilla, in the company of the Rodrigues’ family, once again proves that every instrument has the strings!


Bez wątpienia, w rękach Vasco Trilli perkusja zdaje się być instrumentem strunowym. Przekonywaliśmy się o tym już wielokrotnie, szczególnie w sytuacjach, gdy Katalończyk mierzył swe siły w formacjach prowadzonych lub auspicjowanych przez doskonałego portugalskiego skrzypka Ernesto Rodriguesa i jego zacny label Creative Sources.

Dokładnie w tym miejscu można sobie przypomnieć recenzję płyty Blattwerk, a w tym Nepenthes Hibrida.

Bieżący rok przynosi kolejne dwa dowody na to, iż teza postawiona na wstępie tego tekstu ma rację bytu. Najpierw kontynuacja studyjna projektu Blattwerk, potem zaś skromny kwartet z udziałem … włoskiej kontrabasistki. Będzie się działo!




Harald Kimmig/ Ernesto Rodrigues/ Miguel Mira/ Guilherme Rodrigues/ Alvaro Rosso/ Vasco Trilla ‎Zweige (Creative Sources, 2018)

Luty br., Lizbona, Namouche Studio. Na wiolonczelach - Guilherme Rodrigues i Miguel Mira, na kontrabasie - Alvaro Rosso, na altówce - Ernesto Rodrigues, na skrzypcach - Harald Kimmig, na instrumentach perkusyjnych – Vasco Trilla. Dwie swobodne improwizacje potrwają prawie 39 minut.

Zweige I. Struny poddawane procesowi intensywnego ostrzenia. Rezonans na talerzach. Krok za krokiem, czar urywanych fraz, pomruki kontrabasu, dzwonki. Aż gęsto od dźwięków. Odrobina uzasadnionego drummingu Trilli. Narracja jest delikatna akustycznie, ale pełna emocji i niezbędnej dynamiki. Struny pozostają w permanentnym dialogu. Swobodnie improwizowana kameralistyka z pewną dozą abstrakcyjnej psychodelii. Już w 5 minucie szóstka muzyków udaje się w szumiące szuwary, z ciszą u progu, w atmosferze mięsistej polerki. Akcenty rytmoidalne na suchym werblu. Molekularny taniec ze szczyptą intrygującej sonorystyki (zwłaszcza ze strony mniejszych strunowców). Akustycznie urocze, dramaturgicznie błyskotliwe! – notuje recenzent w pierwszej fazie ekstazy. Od 8 minuty improwizacja zdaje się systematycznie narastać (kierunek eskalacja?), ale pośród instrumentalistów nie ma na to pełnej zgody. Wybór zejścia do krypty, wydaje się dalece słusznym rozwiązaniem. Cisza na gryfach, półmrok, ktoś uderza w struny i raczej nie jest to Vasco. Ten ostatni bowiem drży i szeleści. Zapasy z dramaturgicznym zaniechaniem, zawieszaniem narracji. Piękna muzyka (13-14 min.)! Rezonanse i mezalianse! Doom dark micro sonore! Focus on one sound! Pięć strunowców i ten szósty też jakby strunowiec – nierozpoznawalne źródła pojedynczych dźwięków! Wspaniale! Wybrzmiewanie w kolektywnym rezonansie!

Zweige II. Muzycy pozostają w krypcie. Szum wiatru pomiędzy strunami i w arsenale Trilli. Cięciwy łuków napinają się. W oddali stuprocentowo akustyczny dark ambient. Jakby kolejny stopień muzycznego wtajemniczenia. Mroczne dźwięki dronizują się. To zapewne okrwawiony smyczek na gryfie kontrabasu. Vasco stawia zasieki, wiolonczele pętlą się, brną w kierunku skowytu. Altówka i skrzypce czynią podobnie. Cały sekstet pląsa po zroszonej ciepłym napalmem wiosennej łące. Dzwonki zapraszają na celebrację chwili. Improwizacyjne wyniesienie?! Choć na studyjnej scenie raczej … tłumienie emocji. Niektóre struny drżą, inne rezonują i budują separatywne drony. 10 minuta, to wzrost aktywności, więcej dynamiki, narracja robi się gęsta, jak na początku płyty. Muzycy popadają wręcz w galop! More than one drum! I jakże błyskotliwy stop! Dzwonki, echa potu na strunach. Doom ambient! Pięknie! Znów umiar wygrywa z nadmiarem, czyniąc całą płytę naprawdę wyjątkową. Słychać, jak struny oddychają, a przestrzeń wokół nich pulsuje ciszą.




Ernesto Rodrigues/ Guilherme Rodrigues/ Gianna de Toni/ Vasco Trilla ‎ Synchronous Rotation (Creative Sources, 2018)

Na osi czasu przesuwamy się do listopada ubiegłego roku. Tym razem jesteśmy na koncercie, wciąż wszakże w Lizbonie (O'Culto da Ajuda). Na scenie poznajemy twarze znane z poprzedniego nagrania. Ojciec i syn Rodrigues, jest też Vasco Trilla. Towarzyszy im tajemnicza kontrabasista - Gianna de Toni. Muzycy zagrają jeden trak, który potrwa niespełna 28 minut.

Muzyka wstaje z ciszy, dobiega z głuchej przestrzeni. Słuchać szelest kroków, ktoś oddycha. Struny pełne bojaźni i drżenia, w egzystencjalnym zawieszeniu. Koncertowe królestwo, pełne skupienia i umiaru. Struny wchodzą w delikatne interakcje, ledwie muskane smykami, lekkimi jak ptasie pióra. Robaczki tańczą w ołowianych miseczkach (Trilla!). Kameralistyka owdowiałych przedmieść Lizbony. Odrobina klasycznych pasaży, konfrontowana przez bystre interakcje rzeczywistości ciągłej improwizacji. Być może jesteśmy bliżej bramy do filharmonii, ale kwaśny odczyn dźwięku determinuje nasz sceptycyzm wobec wejścia do środka. Jakby na potwierdzenie przypuszczeń recenzenta - 8 minuta i pierwsze próby sonorystycznych zadziorów na gryfach i krawędziach werbla i tomów. Wsparcie drummingowe, to nie jest zły pomysł. Niepokój rytmu pozorowanego. Smyki podśpiewują molowe pieśni. Niekoniecznie żałobne, może bardziej wielkopostne. Tuż potem zejście w głąb czarnej ziemi. Zdaje się, że to Ernesto ma w dłoniach pochodnię i oświetla drogę wędrowcom. Pięknie snuta opowieść, bez puenty, z pokładami lirycznych metafor na gryfie altówki. Reszta partnerów komentuje i wpada w drobną egzaltację. 14 minuta, dronowy czteroślad! Jakże uroczy pasaż! Jakże te instrumenty oddychają i szeleszczą. Drżą! Akustyczny meta byt! Głaskają się z ciszą! Po uszy w ciszy, tu gdzie każdy dźwięk stanowić może krwawą rewolucję (także ze strony widowni)! 20 minuta, Trilla bierze opowieść na swój warsztat – dzwoni i rezonuje. Obok drobne turbulencje na strunach. Wejście w kameralny barok, może nawet ckliwy romantyzm. Ale wszystko może liczyć na cięty kontrapunkt drummera! Narracja rośnie w siłę, a tempo przemian dyktuje Katalończyk. Rusza armia wibratorów! Strunowce z otwartymi ustami łapią głęboki oddech. Ostrzą sobie ząbki na finał! Szczypta klasycznej retoryki ze strony wiolonczeli, na pozostałych strunach szmer molowej zadumy. Jakże ciekawy dysonans akustyczny. Na ostatniej prostej wytryski pojedynczych dźwięków i dronowych zaśpiewów.





poniedziałek, 12 lutego 2018

Rajada! Blow Up! Sousa, Mira & Simões on creative explosion!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: sierpień 2015 roku, Lizbona, Estúdios Interpress.

Ludzie i przedmioty: Pedro Sousa – saksofon tenorowy, Miguel Mira - wiolonczela, Afonso Simões - perkusja i perkusjonalia.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana.

Efekt finalny: dwa utwory z tytułami, 58 minut i kilkadziesiąt sekund, wydane jako Rajada, co wedle woli muzyków jest zarówno tytułem płyty, jak i nazwą formacji (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series). Dostępne na rynku od piętnastego stycznia bieżącego roku.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Atazana. Sprytne call & response w wykonaniu saksofonisty i wiolonczelisty, rodzaj wprowadzenia do rozbudowanej powieści w dwóch tomach, introdukcji, która zdaje się być gwarantem powodzenia całego przedsięwzięcia. Perkusista tyczy szlak, ubija ziemię, rozbudzony od pierwszego uderzenia w werbel. Pedro po lewej, Miguel po prawej, Afonso samym środkiem – to układ przestrzenny, który nie opuści nas w trakcie najbliższej godziny zegarowej, choćby na ułamek sekundy. Sousa wpada w dryl drobnych eskalacji, łypiąc do nas okiem godnym całego dorobku Evana Parkera, jakbyśmy cofnęli się w czasie o dobre czterdzieści lat. Rodzaj drapieżnika, wypuszczonego z klatki, ale ryczącego wyłącznie w pokojowych intencjach. Drummer trzyma rytm, wyznacza kierunek, czuwa niczym zdrowy fundament szalonej eskapady. To dynamiczne, rockowe zwierze, które nie odpuści choćby na moment. To także dzięki niemu, od startu emocje kipią krwią najwaleczniejszych. Narracja jest stosunkowo linearna. Cała płyta zdaje się być jedną opowieścią, która ma co prawda mnóstwo podrozdziałów, ale jest spójna, a każdy pomysł zdaje się być konsekwencją poprzednio zarysowanej osi dramatu. W 10 minucie saksofon na moment milknie, po czym przyjmuje rolę wycofanego, w skromnej opozycji do głównego nurtu tej historii. Tymczasem wiolonczelista, crazy man w ciągłym ruchu, przybiera szaty kontrabasisty i dynamizuje poczynania tego, i tak już wyzwolonego dyliżansu. Muzycy pozornie pozostają na etapie tłumienia emocji, ale czynią to, nie zdejmując nogi z gazu. Trochę przemyśleń we wnętrzu tuby, która ewidentnie czai się do kolejnego galopu. 14 minuta, to jednak wykwintne stopowanie! Nawet drummer zwalnia uścisk. Cello wisi na strunach. Drobne przekomarzania, utarczki i dysputy, z których rodzi się nowa opowieść. Cała pyta, choć kipi emocjami, ma w sobie zaszytą zadumę, szczypty nostalgii, może nawet posmak lizbońskiego saudade. 21 minuta, narracja snuje się jak spłoszony kocur, ma jednak jego urodę. Finał pierwszego tomu, w ciszy solowej ekspozycji Sousy. Atazana, czyli uszczypnięcie homara.




Desata. Kontrabasowa introdukcja wiolonczeli. Zwarta, tłusta przestrzeń. Nowa opowieść, mały drumming. Saksofon wchodzi bardzo delikatnie dopiero w 3 minucie, gdy walking sekcji ma już swój rytm, swoje dynamiczne spowolnienie. Eskalacja dramatyzuje przekaz, ale Sousa jakby prezentował własną wersję wydarzeń. Być może to opowieść o kochankach, który tracą wiarę w swój związek. To narracja, która pięknieje w oczach. Jest też technicznie błyskotliwa, gdybyście zapytali. Napięcie rośnie z każdą minutą. Cello pętli się na gryfie i powoli zrzuca szatę kontrabasu. Perkusja progresywna, dynamiczna w pocie i znoju. 13 minuta, rodzaj prawdziwie free jazzowej eskalacji, która ma jednak wiele wymiarów, kolorów i smaków. Choćby krzyk, który czai się na krawędzi tuby, pełen zadumy, na skraju zaniechania. Emocje wypływają z muzyków, wytryskują każdym otworem ich gorących ciał. 17 minuta, drummer szuka dla siebie nowej przestrzeni, saksofonista pętli się na dyszach, a wiolonczela nabrzmiewa. Pierwsza faza transu i wilgotnej psychodelii nadciąga! Tenor skacze ku górze i ryje nieboskłon wysokim rejestrem. To opowieść, która kipi pomysłami na każde, kolejne zdanie, jest wielowątkowa, niczym surrealistyczny potok świadomości. Tu i ówdzie pobrzmiewa nutą Aylera, smakuje Coltrane’m, wonią całej czarnej free jazowej Ameryki. Być może to moment historii, który sytuuje portugalskiego saksofonistę w panteonie wciąż żywych legend gatunku, a dzieje się to jeszcze przed jego 30 urodzinami*). 23 minuta wyznacza skromne wyhamowanie. Afonso schodzi w ciszę, Miguel wgryza się pomiędzy struny, a Sousa repetuje. Gdy ten pierwszy powraca, cała trójka łapie mantrę i będzie się jej trzymać niemal do końca płyty. Saksofonista na jednym oddechu! Wiolonczelista rzeźbi manuskrypt! Napięcie rośnie! Gęsta ścieżka, tyczona przez trzy złotowłose rumaki na skąpanej słońcem prerii. Lepią się w jeden dźwięk, jeden nurt! Ich grzywy łopoczą na wyjątkowo silnym wietrze! Rajada! Blow up! 32-33 minuta, dynamiczna narracja zaczyna powoli spoglądać w kierunku finału tej niebywałej podróży. Cello drąży skałę! Brutalnie piękne! Kolejny krok ku wybrzmiewaniu, talerze w rezonansie, saksofon, który melodyzuje, struny, które skowyczą i skwierczą. Na ostatniej prostej Sousa znów pachnie Coltrane’m. Trójgłowa mantra wieńczy dzieło. Desata, czyli rozwiązanie, a może raczej uwolnienie.



*) nagranie powstało w roku 2015

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Blattwerk! Opowieść o tym, jak perkusja stała się instrumentem strunowym!


Trybuna Muzyki Spontanicznej znalazła aż 33 powody, by z muzycznego punktu widzenia zapamiętać rok 2017, który w wielu aspektach był wyjątkowo dziwny, powykręcany i … ekstremalnie fascynujący.

Płyty roku, wg ultra subiektywnego widzimisię Pana Redaktora, widnieją na tej stronie od kilku dni. Pośród nich jest jedna, która, jak dotąd, nie doczekała się jeszcze recenzji. Czas niezwłocznie nadrobić tę skromną zaległość.

Przenosimy się zatem do Lizbony, a dokładnie do Galeria Monumental. Jest przedostatni dzień lutego 2017 roku. Na scenie niemal klasyczny kwartet smyczkowy (zamiast drugich skrzypiec jest … druga wiolonczela) i intrygujący zestaw perkusjonalny. Personalnie przed nami: Harald Kimmig - skrzypce, Ernesto Rodrigues - altówka, Miguel Mira i Guilherme Rodrigues – wiolonczele oraz Vasco Trilla – perkusjonalia. Panowie zagrają dwa improwizowane fragmenty, łącznie 42 i pół minuty. Dokumentacja fonograficzna koncertu zwie się Blattwerk, a firmowana jest imionami i nazwiskami całej piątki muzyków. CD dostarcza Creative Sources Records.




Blattwerk I. Sonorystyka nylonowych (i nie tylko) strun, wspierana szeleszczącymi przedmiotami z przebogatego zestawu Trilli. Rodzaj rozdygotanej filharmonii, w krytycznym stanie przedzawałowym. Sporo zawieszonych, stojących pasaży. Cmentarne tańce umarlaków, w oczekiwaniu na cud zmartwychwstania. Doświadczamy zarówno czystych akustycznie pereł dźwiękowych, jak i brudnych, upalonych mikrodystorcji. Vasco stawia swój werbel na sztorc już w 5 minucie i zachęca kwartet do bardziej energicznych poczynań. Jednocześnie, nie stanowi dla niego jakiejkolwiek problemu, by generować na swoich cudactwach dźwięki charakterystyczne dla instrumentów strunowych. Taśma magnetyczna, smyczek, zerwane struny gitary, drżące talerzyki i dygoczące chrabąszcze. To wszystko znajdziecie w jego magicznej walizce. 7 minuta, to pierwsza ekspozycja, która nosi znamiona eskalacji. Na razie, dość skromnej. Zwinnie i zadziornie! W improwizacji piątki muzyków nie brakuje, rzecz jasna, także drobin kameralistycznej zadumy i minimalistycznego zatopienia emocji. W 10 minucie strunowce idą w wysoki rejestr. Niewykluczone, że macza w tym palce także drummer. Narracja wszakże, w każdym aspekcie ulega ciągłym zmianom. Czasami nawet, co kilkanaście sekund. Recenzent nie ma szans na nudę. Gęsta, chwilami nawet demoniczna mikstura dźwiękowa. 13 minuta, symfonia miseczkowa Trilli. Tuż potem, na moment znów jest perkusistą i nawet … bębni. Końcowe fragmenty pierwszej części pachną reichowskim minimalizmem i błyskotliwą urodą zaniechania. Doskonałe wybrzmiewanie, w tym gronie muzyków, jest już oczywistą powinnością. Trochę, jak wielka orkiestra symfoniczna przed prapremierą Święta Wiosny, czynioną dla penitencjariuszy zakładu dla nierozpoznanych jednostek chorobowych. Demony nie śpią!

Blattwerk II. Mozolne droczenie się ze strunami. Przepychanki, prychania i obtarcia. Vasco siłuje się z obręczami swoich tomów, jakby były odrobinę za ciasne. Innymi słowy – przykład wielkiej sonorystyki na pięć źródeł dźwięku. Więcej niż piękne! Tuż potem, pójście w galop całej czeredy muzyków pachnie już geniuszem. Miseczki szczęścia w użyciu! 8 minuta, filharmoniczna zaduma w bardzo niskich rejestrach, którą puentuje Trilla, robiąc użytek z werbla! Strings też potrafią być armią perkusjonalną! Brawo! Na scenie Galerii dzieje się tak wiele, że pracę doktorską można śmiało popełnić! 12 minuta – nie pierwszy już dziś taniec demonów na mokrych od zimnego potu strunach, wspierany rezonującą orkiestrą Vasco. Krwawa filharmonia w rytmie Bolero! Talerze w ogniu! Droga na finałowy szczyt pachnie zdrową sonorystyką, ale zdaje się mieć wznoszącą trajektorię, definitywnie pod górę. Wiolonczele zupełnie niespodziewanie sprowadzają nas jednak do parteru, wulgarnym tembrem swych ołowianych, ciężkich strun. Groźna, bolesna ekspedycja. Ostatnie sekundy rozkładają nas na podłodze i wprowadzają w stan śmiertelnej medytacji. Cisza smakuje, jak płyn do odmrażania szyb.



środa, 29 listopada 2017

Vasco Trilla! – The Thriller Realy Comes to Town!


Katalońskie trio Phicus już w powietrzu! W szybkim locie do Polski! Przed nami trzy koncerty, o szczegółach których informowaliśmy już na tych łamach, a które przypomnimy także na zakończenie dzisiejszej opowieści.

Phicus, czyli Ferran Fages na gitarze elektrycznej, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Ich debiutancka płyta zwie się Plom i została omówiona w … poprzedniej opowieści Trybuny.

Niewątpliwie najbardziej rozpoznawalnym muzykiem formacji jest ten ostatni, czyli Vasco Trilla. Jego dotychczasowe dokonania artystyczne zostały na tych łamach odmienione przez wszystkie przypadki. Dziś pochylimy się nad najnowszymi płytami z udziałem tego niezwykle kreatywnego muzyka improwizującego. Trio i kwintet, a tuż po nich short lista innych płyt, datowanych na rok 2017. Także zapowiedź jeszcze dwóch kolejnych, których premiery będą miały miejsce właśnie w trakcie najbliższego pobytu Vasco w naszym pięknym kraju.




Chain

Na początek przypadek skromnej reakcji łańcuchowej. Piorunujące, reaktywne i drastycznie mobilne trio w składzie: Yedo Gibson na saksofonie barytonowym i sopranowym, Hernani Faustino na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji i perkusjonaliach. Muzycy przyjęli nazwę własną Chain i nagrali (ubiegłego lata w Lizbonie) album o takimż właśnie tytule, umieszczając dodatkowo na okładce płyty osobiste imiona i nazwiska. Krążek dostarczył NoBusiness Records, a pomieszczono na nim sześć odcinków z tytułami, o łącznym czasie godziny zegarowej i dwóch minut.

One. Start jest dynamiczny, z prawdziwie free jazzowym przytupem. Agresywny walking kontrabasu (Faustino tak lubi, tradycyjnie rwie parkiet tembrem swojego dużego strunowca), konwulsyjny drumming Trilli i sopran Gibsona, który płynie wysoko i szerokim strumieniem. Intrygujące pyskówki, wymiana zdań nie tylko podrzędnie złożonych. Zaskakujące efekty foniczne osiąga saksofonista, jakby grał jednocześnie na obu swoich tubach. Zejście w dół i wyhamowanie narracji – jakże smakowita improwizacja prowadzona krokiem tanecznym!

Two. Burczący kontrabas, dygoczące klapy na dyszach, kłute i ciągnione membrany - prawdziwie sonorystyczna sceneria. Gibson wciąż na sopranie, maluje delikatną melodię z eksplozywnymi zadziorami na krawędzi ustnika. Improwizacja szyta gęstym ściegiem, trochę up and down z adekwatną dawką emocji. Precyzyjna wymiana myśli i spostrzeżeń akustycznych. Ciężki kontrabas pod smykiem. Saksofon tańczy, perkusja rezonuje. Artystyczna demokracja w rozkwicie, z delikatną - incydentalnie - hegemonią niskich częstotliwości. Na finał galop sopranu oczywistej urody.

Three. Cisza, rezonujące parsknięcia powietrza. Pojedyncze akordy kontrabasu porządkują przestrzeń. Baryton snuje niewesołą opowieść, podczas gdy pozostałe instrumenty ledwie znaczą swoją obecność, wzdychając pasywnie. Ich smutek smakuje żywym bluesem w trakcie nieudanego poranka. Baryton czuje się jednak w tych okolicznościach, jak ryba w wodzie i sukcesywnie idzie po swoje. Rytm ekspozycji ciekawie się pętli, zawiesza w ambientowej nicości.

Four. Solowy taniec sopranu, z elementami sonore. Wejście pozostałych instrumentów zwiastuje burzę z piorunami. Dynamika, energia, polot i krew! Trochę w klimatach Steve’a Lacy, ale tych z pierwszej połowy lat 70. Spory galop, free jazz na ustach, pot na sztandarach! Po 5 minucie stopowanie – jak zwykle urocze zejście w sonorystyczne zabawy i chwytanie ciszy pełnymi garściami. Zdaje się, że to cecha charakterystyczna tej wyśmienitej płyty. Długie, konsekwentne wybrzmiewanie, które nie wieńczy jednak czwartego epizodu. Muzycy żmudnie budują nową improwizację w ramach najdłuższego odcinka na płycie. Sucha akustyka trzech wylęknionych kojotów, jak opowieści z krypty. Wejście na wyższy poziom intrygująco wyrafinowane i artystycznie precyzyjne (chyba szczyt emocji tego dysku). A w tubie Gibsona dzieją się rzeczy niesamowite!

Five. Gardło tejże samej tuby, a może tego samego muzyka, wydaje dźwięki! To baryton, czy sopran? – pyta zdezorientowany recenzent. Pasaż kontrabasu znów smutny, ale świecidełka Vasco ratują nastrój (wibratory?). Wszystkie instrumenty porzucają swoje typowe szaty akustyczne i dobywają dźwięki wbrew naszym przyzwyczajeniom. To jednak sopran! – konstatuje dzielny recenzent. Trudno tę opowieść nazwać balladą, ale tempo improwizacji jest doprawdy wyjątkowo dostojne. Choć emocje kipią, zwłaszcza, gdy smyk Faustino poci się na słodko.

Six. Skromne macanki na boku. Kontrabas, minimalnym nakładem sił, wyznacza rytm finałowej opowieści. Baryton buduje melodię i jest zdeterminowany, by przy niej pozostać. Ale i tak popada w sonorystyczny rechot. Gęsta, dość dynamiczna, nieco spekulatywna opowieść. Yedo stawia stemple perfekcji, budując kolejną ekspozycję. Zdaje się, że baryton to jego prawdziwie tajemna broń! Po 5 minucie niezwykle zwinnie powraca do sopranu, a kajet recenzenta aż pęka w szwach od górnolotnych epitetów. Vasco i Hernani mogą już tylko popaść w akompaniament i z rozwartymi ustami wydać tchnienie zachwytu!




Nepenthes Hibrida

Przed nami niezwykła hybryda! Pięciogłowy stwór swobodnej improwizacji, na który składają się: Ernesto Rodrigues – altówka, Yedo Gibson – saksofon sopranowy i frula (flet bałkański), Miguel Mira - wiolonczela, Luis Lopes – gitara elektryczna, Vasco Trilla ‎– perkusjonalia. Spotkanie muzyczne zrealizowane u progu ubiegłorocznych świąt grudniowych, w Lizbonie (O'culto da Ajuda), na koncercie. Cztery utwory potrwają 46 minut, płyta z dokumentacją fonograficzną zwie się Nepenthes Hibrida, a ukazała się dzięki Creative Sources. Podmiotem muzycznym są personalia całej piątki, wymienione w kolejności, w jakiej prezentowałem muzyków kilka wierszy wyżej.

I. Tłusty ścieg perkusyjny jako tło, kontrastujące pasaże trzech strunowców (w tym jednego pod prądem), jako danie zasadnicze. Saksofon sopranowy zaplątany w wewnętrzną improwizację, niczym Trevor Watts u boku Johna Stevensa, jakieś 45 lat temu. Ze strony każdego z muzyków aż iskrzy pomysłami. Ciekawe mikrodysonanse elektroakustyczne ze strony Lopesa. W 5 minucie zwinna ekspozycja Miry, na tle pląsów altówki, wiedzie orszak improwizacji samym środkiem galaktyki. Strings Rules! Zejście w ciszę ambientu i sonorystyki mistrzowskie! Powrót z błyskotliwą repetycją sopranu (rodzaj pętli). Kolektywna, konwulsyjna droga na szczyt, który muzycy osiągają w 10 minucie.

II. Oddech ciszy. Pojedyncze dźwięki, szepty, chroboty, tarcia i mikroiskrzenia. Step by step muzycy wchodzą w interakcje i serwują większe partie dźwięków. Ale nadal posuwają się do przodu… stojąc na palcach (8 min). By nie spłoszyć ciszy, by na powrót się w niej zanurzyć. Epizody po 11 minucie znów przypominają recenzentowi niezwykłe czasy Spontaneous Music Ensemble, tym razem tego strunowego, po roku 1975. Eskalacja, która następuje tuż potem, smakuje perfekcją i niebywałą wrażliwością. Spora aktywność Trilli i Gibsona stale dynamizuje poczynania kwintetu i nie pozwala strunowcom (zwłaszcza akustycznym) na kameralistyczne grepsy.

III. Rezonans na gryfie Lopesa! Trzaski na tomach Trilli! Suchy oddech Gibsona! Zwinne palcówki Miry i Rodriguesa! Spokojna, ale gęsta narracja, definitywnie niehałaśliwa. Akustyczne strunowce przejmują dowodzenie! Odrobina pojękiwania w estetyce call & response. Piękny finał!

IV. Vasco popada z rezonans. Miguel i Ernesto wchodzą mu w pół zdania i pyskują. Yedo snuje separatywną opowieść w molowej nietonacji. Altówka ciągnie w raz z nim ten nostalgiczny pasaż. Niespodziewana zmiana narracji – strunowce idą w galop (ale bez Lopesa), prawdziwy taniec na gryfach! Struny aż iskrzą! Trochę molekularnych interakcji, dużo dźwięków w jednostce czasu. Strings rules again! W tle frula Yedo (a może to sopran?). Eskalacja zdaje się tu być najlepszym rozwiązaniem – pnie się ku górze, krwawiąc obficie nieoczywistą doskonałością. Muzycy spleceni w jedno ciało, stawiają stempel za stemplem. Znów szczypta molekularności w estetyce SME. Trilla podłącza jazzowy drumming! Jakże świetny komentarz! Mira idzie z nim w to wulgarne tango! Gibson dorzuca do ognia niebanalne trzy grosze. Konkretnie free jazzowy galop! Whaw! Konwulsyjny finał doskonałej płyty! Puenta ze strony Vasco i Yedo (okaryna?) wyśmienita!


****

W uzupełnieniu tegorocznej dyskografii perkusisty z Barcelony, warto podkreślić, iż wyżej omówiona płyta nie jest jedyną, jaką nagrał on dla Creative Sources, w towarzystwie Ernesto Rodriguesa. Tą drugą jest krążek Blattwerk, a muzykami ją współtworzącymi: Harald Kimmig (skrzypce), Guilherme Rodrigues i Miguel Mira – wiolonczele. Prawdziwy String Quartet w perkusjonaliami w roli piątego strunowca.

Dla nikogo z odwiedzających te łamy nie jest tajemnicą, iż obok Plom Phicusa, Trilla wydał także w naszym kraju intrygujący kwartet Völga (wraz z Fernando Carrasco, Ivánem Gonzálezem i Àlexem Reviriego). Wydane przez Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, do przypomnienia tutaj.

O płycie poczynionej z Szilardem Mezei i Mariną Dżukljev Still Now (If We Still), wydanej przez FMR Records, pisaliśmy w tej opowieści.

Wreszcie czas na wspomniane wcześniej, tegotygodniowe nowości! Na koncercie piątkowym tria Phicus (Mózg Powszechny, Warszawa, 1.12) swoją światową premierę będzie miała płyta Catapulta De Pols D’estrelles, nagrana przez Trillę z Mikołajem Trzaską (Fundacja Słuchaj!).

Na koncercie niedzielnym (Poznań, Dom Tramwajarza, 3.12) odbędzie się premiera kolejnego duetu perkusisty, tym razem z Yedo Gibsonem. Płyta zwie się Antenna, a wydawcą jest Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series.

Trasę Phicus po Polsce otwiera koncert w łódzkim klubie Format (30.11). ZAPRASZAMY!

****

Relacja z pierwszego oficjalnego koncertu Phicus, jaki miał miejsce w Barcelonie, w marcu br., a także koncertu promującego płytę Völga dostępna jest pod tym adresem.

Dla odświeżenia naszych zasobów informacyjnych, drobny skrót do tekstu opisującego niektóre dokonania artystyczne Ferrana Fagesa. To tutaj.

Tu i  tu zapoznacie się z innymi opowieściami, które za podmiot główny obrały sobie również Vasco Trillę, a które nie zostały przywołane już wcześniej.