Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sharif Sehnaoui. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sharif Sehnaoui. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 listopada 2024

Al Maslakh’ fresh and older: Thuluth! Hic Up! „A” Trio!


Bejrucki Al Maslakh, mimo życia w stanie permanentnej śmierci, ma się doskonale. Przynajmniej jako wydawnictwo.

Jak zwykle z wielką radością i przyjemnością zasiadamy do odsłuchu nowych albumów tego wyjątkowego przedsięwzięcia edytorskiego. Jak Libańczycy piszą od zawsze na okładkach swych płyt - Al Maslakh to UFO stworzone do publikowania muzyki, której nie da się publikować na libańskiej scenie artystycznej.

Dwa najnowsze albumy, to rejestracje berlińskie, także z udziałem muzyków lokalnych, które nie wymagają szczególnych rekomendacji, wszak to, jak samo wydawnictwo, równie wyjątkowa muzyka. Podobnie rzecz ma się z nagraniem flagowego okrętu sceny libańskiej „A” Trio, które powraca do nas z rejestracją koncertową z niedalekiej Słowenii. Ten akurat album ukazał się dwa lata temu, i to pod sztandarami labelu niemieckiego, ale jego związek z Al Maslakh wydaje się oczywisty.

So, welcome to Beirut!



 

Thuluth (Magda Mayas, Ute Wassermann & Raed Yassin) One Third Of The Sun (CD 2024)

Magda Mayas – fortepian, obiekty, Ute Wassermann – głos, obiekty oraz Raed Yassin – kontrabas, obiekty. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, styczeń 2022. Trzy utwory, 41 minut.

Ta trójka improwizuje wspólnie od pewnego czasu pod szyldem Jedna Trzecia, a album zwany Jedna Trzecia Słońca jest ich debiutem fonograficznym. To wyjątkowo intrygująca magma dźwięków lepiona z rezonujących dronów preparowanego fortepianu i traktowanego głównie smyczkiem kontrabasu oraz głosu, który w ferworze definitywnie cielesnych improwizacji zdaje się nie mieć jakichkolwiek ograniczeń, tak dramaturgicznych, jak i brzmieniowych.

Pierwsza improwizacja trwa pełne dwadzieścia minut i jest dramą rozpisaną na role, poszczególne etapy i dobrze ukonstytuowane zwroty akcji. Początek lepiony jest z drobnych, ulotnych fraz – drżą struny piana, smyczek głęboko oddycha, a smutna wokaliza dopełnia obrazu. Z jednej strony gra na małe pola, rwane strzępy fonii i gardłowe burczenie, z drugiej coraz rozleglejsze plamy rezonansu, za które na tym etapie podróży odpowiada cała trójka. Owa modlitewna trwoga bywa chwilami niebywale filigranowa, delikatna niczym puch, ale gdy narasta, gdy pęcznieje każdym kolejnym dźwiękiem, szczególnie smyczka, wydaje się jeszcze bardziej urokliwa. Z czasem w tej spokojnie kreowanej opowieści pojawia się więcej akcentów perkusjonalnych, a delikatny głos, wsparty już podwójnym rezonansem, zdaje się nam nieść tajemnicze, ale ważne treści.

Druga i trzecia improwizacja trwają po mniej więcej dziesięć minut. Pierwszą z nich prowadzi modulowany głos, który plamy rezonansu wprowadza w stan hibernowanego rozkołysania. Ute przypomina teraz ledwie wybudzonego niedźwiedzia, Magda pracuje na klawiaturze, która tonie w tumanach kurzu, z kolei Raed, oblepiony włosiem smyczka, wspina się na palce. Końcowa improwizacja niesie nam zdecydowanie największą porcję ekspresji i ładunku dźwiękowego. Wokalistka scatuje na sporej dynamice, intensywność akcji pianistki zwiastuje nadchodzącą burzę, kontrabasista piłuje zaś struny, a jego instrument brzmi niczym wyswobodzona z jakichkolwiek więzów dramaturgicznych altówka. W fazie uspokojenia toniemy w chmurze szumów, szmerów i drobnych szarpnięć. Po czasie wszystko świszcze niczym dęte akcesorium, a flażolety basu stanowią dodatkową atrakcję. Finał zdaje się być dość emocjonalną, repetytywną medytacją – dźwięki dzwonków, gwizdy, kocie miałczenia, wspólnie rozciągane struny fortepianu, kontrabasu i głosu.



 

Hic Up (Marina Cyrino, Tony Elieh, JD Zazie & Matthias Koole) Fuchsia Fever (CD 2024)

Marina Cyrino – amplifikowany flet, Tony Elieh – bas, elektronika, JD Zazie – turntable, CDJs oraz Matthias Francisco Koole – gitara, elektronika. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, październik 2022. Cztery improwizacje, 40 minut.

Gorączka Fuchsia, to spotkanie definitywnie elektroakustyczne, pełne zmyślnej dramaturgii i nieustannych zmian. Dodatkowo świetnie zbilansowane, stworzone kolektywnie, nastawione na głębokie słuchanie i niebanalne interakcje. Dwa wielominutowe sety bogate są tu w dźwięki, których źródeł pochodzenia możemy jedynie domniemywać. Lubimy takie sytuacje!

Wystudzony początek wiele tu obiecuje. Tworzą go drobne, elektroakustyczne frazy, dudniący małym rytmem bas i … lejąca się woda. Zgodnie z anonsem improwizacja rozkwita porcjami nowych zdarzeń – zarówno tymi ledwie słyszalnymi, jak i masywnymi przepięciami mocy. Smugi szemrzącej elektroniki na spowolnieniu, kłęby sucho brzmiącego fletu na dynamice i ciągłe basowe inkrustacje, zarówno dronowe, jak i incydentalnie post-jazzowe, nawet w klimatach fussion. W połowie ponad dwudziestominutowej opowieści impakt syntetyki wydaje się słabnąć i od tego momentu sprowadzać jedynie do drobnych spiętrzeń i iskrzeń, tudzież efektownych plam ambientu. Finał seta jest bardzo filigranowy, ale jakby na przekór tezie recenzenta znów obleczony poświatą post-akustyki.

Druga opowieść, kilka minut krótsza, budzi się w ciszy, tkana jest z drobiazgów generowanych głównie na gryfach obu instrumentów strunowych. Muzycy wydają się nawlekać struny na szpule plamiącej elektroakustyki. Z czasem improwizacja nabiera podskórnej rytmiki, ale znów podlega ciągłej zmianie sytuacji scenicznej. Raz narracja płynie silnie elektronicznym strumieniem, innym razem pięknie zanurza się w post-akustyce drżącej przestrzeni. Ponownie natrafiamy na intrygującą ekspozycję fletu, wspartą elektroniczną mikro pulsacją. Przez kilka chwil pozostajemy w burzy piaskowej, a niedługo potem w chmurze intensywnych szumów i szmerów. Coś chrobocze, ktoś szarpie na struny, w górze wyją syreny alarmowe. Nie bez znaczenia dla dramaturgii są także intrygujące zabawy z rytmem, szyte syntetycznym ściegiem. Bogata w wydarzenia opowieść kona w strudze szmerów, być może całkiem akustycznego pochodzenia.



 

"A" Trio The Binding Third (Unrock, LP 2022)

Mazen Kerbaj – trąbka, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna oraz Raed Yassin – kontrabas. Nagranie koncertowe, Sound Disobedience Festival, Ljubljana, Słowenia, marzec 2019.

Kerbaj, Sehnaoui i Yassin grają razem kilkanaście lat, wydali kilka wspaniałych albumów, ale każdy z nich wydaje się inny od pozostałych. Ten słoweński, sprzed pięciu lat, to najpewniej porcja definitywnie agresywnych fraz. Jakby muzycy wyszli na scenę pełni gniewu i determinacji, by wywrzeć na słuchaczach naprawdę piorunujące wrażenie. Bez wątpienia, cel swój osiągnęli!

Koncert trwa dwa kwadranse i kilka minut, a na płycie jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków … z krótką przerwą na zmianę strony winyla. W tyglu zdarzeń pojawiamy się jakby nieproszeni – wszystko tu drży, pulsuje i dygocze z nieznanych powodów. Pomiędzy strunami basu i gitary prawdopodobnie umieszczone są pałeczki perkusyjne oraz inne przedmioty, które wprawiane w ruch powodują nieuchronne palpitacje serca. Narracja ma rytm, wewnętrzną muskulaturę, syci się frazami perkusjonalnymi, choć w arsenale „A” Trio nie ma i nigdy nie było perkusji. Ów akustyczny noise, niemal post-industrialny zgiełk uformowany w dość jednorodny dron winien budzić grozę i tak dokładnie się dzieje! W strugach drżącego błota raz za razem pojawiają się jęki, tudzież niedźwiedzie westchnienia trąbki. Preparowany blaszak nie zbacza jednak z drogi, jego flow trzyma rytm.

W okolicach dziesiątej minuty improwizacja zdaje się gubić swą rytmiczną powłokę. Nie zmienia to faktu, iż wszyscy po obu stronach sceny dygoczą z zimna i przestrachu. Narracja z wolna staje się zgrzytliwa, sycona rezonansem, trębackim chrobotaniem i post-perkusyjnymi uderzeniami. Tymczasem po szybkim obrocie krążka na drugą stronę powracamy do miejsca zbrodni. Leniwy post-industrial sączy się teraz niczym krew z głębokiej rany. Znów wszystko drży, rzęzi i rezonuje. Całość przypomina dygot emocji charakterystyczny dla wczesnych nagrań AMM. Muzycy często powtarzają frazy, a po dwudziestej drugiej minucie znów nasilają akcje perkusjonalne. Brzmią niczym dobosz na pogrzebie ludzkości. Swoje dokłada kropelkującą trąbka. Można odnieść wrażenie, że na powrót znajdujemy się w smudze drona, jaki towarzyszył nam na początku koncertu. Niespodziewanie w strudze zła pojawiają się frazy gitary traktowanej nieco bardziej konwencjonalnie. To mantra piękna i grozy. Jeszcze większym zaskoczeniem jest przepoczwarzenie się strumienia narracji w trębackie solo, po chwili wsparte głębokim, basowym smyczkiem. Ten ostatni zaczyna żłobić bruzdę w ziemi i będzie towarzyszyć improwizacji aż do jej ostatniego tchnienia. W międzyczasie trio nabiera marszowego kroku i zdaje się iść po zalegające na hałdach śmierci złote runo. Końcową prostą bogaci jeszcze perkusjonalna akcja gitarzysty. Słuchając muzyki libańskiej nie sposób nie być w Bejrucie, nawet jeśli oddychasz berlińskim powietrzem. 

 

 

piątek, 29 marca 2024

Sehnaoui, Elieh & Gołębiewski are Shadowcrackers!


Spotkanie libańskiego gitarzysty i jego rodaka basisty z polskim perkusistą, to podróż wyjątkowo krętymi serpentynami nieistniejącego świata bardzo bliskiego wschodu, gdy nie zdejmujemy nogi z gazu, a poczucie strachu zdaje się być dawno utraconym atrybutem życia.




Każdy kolejny epizod Shadowcrackera jest dłuższy od poprzedniego, jego życie pęcznieje bowiem w postępie geometrycznym. Aurę otwarcia pierwszego z nich, być może najbardziej dynamicznego, tworzą rockowe pulsacje basu, gęste smugi atrakcyjnie sfuzzowanej gitary i pajęczyna masywnego drummingu. Artyści rysują tu kolczaste zasieki, brną do przodu chwiejnym krokiem ku nieznanej przyszłości. Basista buduje mięsisty walking i trzyma go na krzywej wznoszącej, gitarzysta tapla się w post-noise’owej pożodze dźwięków, szukając wyuzdanej psychodelii, z kolei perkusista stawia stemple i wzmaga ogniste spiętrzenia. Ten ostatni ma tu krótką ekspozycję solową. Gęsta improwizacja, mimo swej masy, z łatwością unosi się w powietrzu, bywa, że pachnie pokrętną rytmiką Mike’a Watta i jego niezapomnianych Minutemen i Firehose.

Druga opowieść wydaje się być jeszcze silniej osadzona w rytmie. Na starcie budują go tu wszyscy. Progresywna pulsacja, feeria drobnych flażoletów, zagęszczenia i rozwodnienia, gramatura post-fussion w tańcu łamanym kołem zębatym. W tej ulotnej pogoni za dawno utraconym muzycy nabierają pewnej zadumy, smutku. Szczególnie błyszczy nimi pięknie frazujący gitarzysta. Z czasem ów martwy taniec nabiera odczynu kwasowego, ale też mocy coraz silniejszych eksplozji basu i gitary. Jeśli znów szukamy post-punkowych konotacji, to właściwym tropem okażą się być może Dead Kennedys i ich Holiday in Cambodia, kraina, która wcale nie wydaje się być umiejscowiona szczególnie daleko od Bejrutu. Śmierć tej narracji okazuje się szczególnie bolesna, jakby ciąg dalszy definitywnie nie istniał.

Finałowa opowieść trwa ponad dwadzieścia minut. Ta z kolei jakby zupełnie pozbawiona była atrybutów rytmu. Na początki tworzą ją dwie strugi fonii – basowe pasmo brzmiące jak syntezator i gitarowe flażolety bezskutecznie szukające melodii. Tymczasem w tle tworzy się chmura rezonujących dźwięków, które mogą być efektem działań perkusisty, ale równie dobrze płynąć wprost z uszkodzonych, basowych pick-upów. Całość z jednej strony skrzy się psychodelią, z drugiej gęstnieje post-industrialnie, zwłaszcza, gdy bas zaczyna intensywnie dudnić. Narracja incydentalnie nabiera mocy, bywa jednak, że stygnie, rozrzedza się i płynie szorstkim post-ambientem. Po takim uspokajającym passusie gitarzysta zaczyna budować zręby melodii, a ów świst gorącego powietrza, który od dawna słyszymy w tle, definitywnie pochodzi już z perkusyjnych talerzy. Bas w ramach budowania dramaturgii rysuje teraz linearny, nisko osadzony flow, a historia świata zdaje się przenosić muzyków wprost w ruiny Pompejów, na niedokończony set wyjątkowo upalonych Pink Floyd. Dalekowschodni posmak gitary stawia kolejne znaki zapytania. Ulotna, talerzowa feeria sprzyja refleksji. Tym, który jako ostatni podejmuje próbę odnalezienia melodii, właściwej światu tej szalonej improwizacji, jest wyraźnie uspokojony basista.

 

Sharif Sehnaoui/ Tony Elieh/ Adam Gołębiewski Shadowcracker (Uznam, CD 2024). Sharif Sehnaoui – gitara elektryczna, Tony Elieh – bas elektryczny oraz Adam Gołębiewski – perkusja. Nagrane w Tunefork Studios, Bejrut, Liban, wrzesień 2019. Trzy improwizacje, 42:37.



czwartek, 29 grudnia 2022

"A" Trio goes into the Folk dance!


"A" Trio, pierwszy improwizujący skład pochodzący z Libanu, skończył w tym roku 20 lat! Muzyków go tworzących znamy na tych łamach doskonale, podobnie jak ich bejrucki label Al Maslakh Records. Dla odświeżenia naszej pamięci na końcu tekstu zamieszczamy ważny link.

Czas pandemii nie wpłynął zbyt dobrze na edytorską aktywność Libańczyków, ale już rok bieżący dostarczył nam trzy albumy, w tym jubileuszowe dokonanie rzeczonego składu i to właśnie jemu poświęcimy dziś nasz bezcenny czas. Zresztą Mazen Kerbaj, Sharif Sehnaoui i Raed Yassin swoją dotychczasową aktywnością muzyczną udowadniają, iż każda chwila spędzona z nimi należy do tych najprzyjemniejszych i zawsze nad wyraz wartościowych w ujęciu artystycznym.

Nowa płyta tria nagrana została prawie pięć lat temu, ale nic nie straciła ze swej obezwładniającej świeżości. Nim zagłębimy się w jej wspaniałą zawartość, powinniśmy wiedzieć, iż każdy dźwięk tam zamieszczony jest dziełem instrumentów akustycznych, a albumowe credits z tekstem no cuts, no overdubbing, no use of electronics nabierają w tym wypadku szczególnego znaczenia. Innym słowy, w języku bardziej nam ojczystym – to, co słyszymy jest dokładnie tym, co muzycy wygenerowali ze swoich instrumentów w tzw. czasie rzeczywistym.

 


Początek nagrania przypomina Different Trains Steve’a Reicha – wszystko ma tu swój obsesyjny, podskórny rytm! Gitarzysta pracuje na gryfie perkusyjnymi pałeczkami, kontrabasista ryje smyczkiem bruzdy w ziemi, intrygująco kołysząc się na wietrze, trębacz zaś wentylami swego instrumentu formuje powietrze w linearny strumień narracji. Potok dźwięków zdaje się tu narastać, ale w tempie dalece umiarkowanym, a towarzyszące mu tło, budowane zapewne echem akustycznych fraz, kreuje dodatkowe napięcie dramaturgiczne. Poszczególne wątki opowieści także pęcznieją, jakby dostawały drugie życie, niezależne od swej podstawowej roli dramaturgicznej. Z czasem flow stabilizuje swoją dynamikę, a w drugiej części improwizacji istotnie przygasa. Wtedy do tzw. gry właściwej przystępuje trębacz, którego frazowanie zaczyna przypominać brzmienie … trąbki. Narracja nadyma się teraz inaczej – preparowanymi dźwiękami wprost z rozgrzanych wentyli, tudzież garściami niezidentyfikowanych szumów i mechanicznych tarć. Raczej rozlewa się w szersze koryto niż szuka dynamiki. Po kilku chwilach umiera sprowadzona niemal do pojedynczych dźwięków.

Druga improwizacja wydaje się mieć zbliżoną strukturę, ale wszystkie elementy ją tworzące wydają się pracować bardziej intensywnie. Gryf gitary jest traktowany nieco cięższymi przedmiotami, trąbka furczy niczym mały helikopter, a struny kontrabsu drżą rytmicznie, niczym stado bawołów w galopie. Narracja nabiera tu post-industrialnego posmaku, słyszymy też dużo dodatkowych fonii, choćby paradę dzwonków. Tymczasem gitarzysta zaczyna wychodzić z roli perkusisty i skłania się ku bardziej standardowym metodom pracy. Buduje połamany, taneczny rytm, który dobrze koreluje z polirytmią pozostałych instrumentów, zwłaszcza kontrabasu. W drugiej części improwizacji intensywność przekazu nieco słabnie (mimo plejady preparowanych fraz), dzięki czemu brzmienie każdego z instrumentów wydaje się być bardziej selektywnie. Na zakończenie narracja znów hamuje, nabiera celebracyjnego charakteru, przypomina powolną śmierć pogodzonym z losem piechurów.

Trzecia opowieść sprawia wrażenie nieco lżejszej. Smyczek kontrabasu generuje wprawdzie swój dron niskich mocy, ale trąbka delikatnie świszcze, a na gryfie gitary prawdopodobnie pojawia się także smyczek, które pracuje w dość wysokich rejestrach. Piłowanie strun i trębackie, głębokie oddechy nie potrzebują tu jednak wiele czasu, by przyoblec się w ulubioną, meta rytmiczną powłokę. Narracja nie stawia tu na dynamikę, ale na eskalację wewnętrznych emocji. Trąbka zaczyna krzyczeć, smyczek maltretować struny gitary, a kontrabas produkować dźwięki z definitywnie horyzontalnej pozycji przy samej podłodze. Czwarta opowieść też zaskakuje. Tym razem urokliwej akustyce trzech żywych instrumentów towarzyszy smukły, nienachalny, ale trwale obecny rezonans. Trąbka kipi od emocji, z kolei gitara szuka czystych, kojących fraz. Narracja podlega tu nieustannej fluktuacji – szuka hałasu w wysokich rejestrach, piszczy, skrzypi, a na sam finał serwuje nam niebywałe emocje, szczególnie ze strony trębacza. Ostatnia improwizacja zdaje się mieć strukturę … piosenki. Post-barokową melodię podaje tu kontrabasowy smyczek, gitarzysta wybija delikatny rytm na strunach, a trębacz oddycha w spokojnym tempie, też sycąc opowieść porcją melodyki. Narracja ma tu drobną kulminację, ale jako całość koi nerwy i urokliwie wita nas z ciszą po wybrzmieniu końcowej frazy.

 

"A" Trio Folk (Al Maslakh Records, LP/ DL 2022). Mazen Kerbaj – trąbka, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna oraz Raed Yassin – kontrabas. Nagrane w Audio Cue Studio, Berlin, w marcu 2018 roku. Pięć improwizacji, 39 minut.

 

Zapowiadany ważny link:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2018/08/kerbaj-sehnaoui-at-al-maslakh-best-on.html

 

 

 

czwartek, 21 maja 2020

Sharif Sehnaoui! Concave​ & ​Convex!


Libański gitarzysta Sharif Sehnaoui nie gościł od dłuższego czasu na łamach Trybuny. Bez wątpienia należy on jednak do grona faworytów redakcji, zatem powodem nieobecności mógł być jedynie brak nowych wydawnictw płytowych. Jak się okazuje, pandemiczna rzeczywistość i jego zmobilizowała do twórczej aktywności, dzięki czemu posłuchać możemy nowych nagrań.

Oczywiście występ solo, niemalże w domu (określenie miejsca powstania nagrania Zoom H4 nie wiele wnosi do naszej wiedzy), dwa dni kwietniowe bieżącego roku i publikacja (tylko w plikach) w dwanaście dni po drugiej z dat! Wszystko się zgadza, także i to, iż muzyka artysty wciąż prezentuje absolutnie podniebny poziom. Dwie długie (około 30 minutowe) improwizacje na gitarę akustyczną, zatytułowane Concave/ Convex, dostarcza bliżej nam nieznany label o równie pandemicznej nazwie Sounds From Τhe Corridor!




Convex. Akordy gitary rozpoznawalne od pierwszego dźwięku, z wewnętrznym nerwem, dynamicznie spokojne i tajemnicze – oto Sharif w pełnej krasie! Od szczegółu do ogółu i z powrotem – wolno lub szybko, gęsto lub selektywnie. Zdaje się, iż żadna struna gitary nie ma przed tym muzykiem tajemnic, a on sam może z nimi zrobić, co tylko zechce. Na tym etapie improwizacji muzyk woli akcję od dramaturgicznego spowolnienia, nie szczędzi nam bliskowschodniego zaśpiewu i bizantyjskiej niemal ornamentyki, kreując przy tym dużą ilość dźwięków w jednostce czasu. Po 7 minucie opowieść delikatnie wytraca impet, szuka repetycji i mantry, a po kolejnych dwóch minutach, niemalże staje w miejscu – minimalistyczne akordy, które wybrzmiewają do poziomu pojedynczego dźwięku. Gitara najpierw brzmi niczym sitar, po chwili przypomina zaś wystudzoną bałałajkę! Pętli się w zeznaniach, zawodzi smutkiem oczekiwania, co pewien czas rozbłyska filigranowym pięknem. Dźwięki zaczynają lepić się do siebie, ale nadal trochę leniuchują i kołyszą się na wietrze. Akcenty nowej narracji, po 18 minucie, płyną do nas wciąż spokojnie, ze wschodnią zadumą i nieśpiesznością, by po kilku pętlach znów odnaleźć dramaturgiczną ciszę. Suche dotykanie strun, półdźwięki, szelest oddechu, niemal puste akordy. Na takiej bazie muzyk buduje monolog post-bluesa, który brzmi, niczym powykręcana rytmicznie americana! Szeroki strumień fonii, nie bez zadziorów i kantów post-rocka, w stanie delikatnego wrzenia. Na finał seta znów spowolnienie – smukłe slow motion w kolorach wyblakłego bluesa.

Concave. Delikatne, wyjątkowo cienkie, uwodzące blaskiem ciszy struny gitary wygrzewają się na piasku bezkresnej pustyni. Wysuszone na wiór, skomlą o pierwszy dziś łyk wody. Efektowna palcówka gitarzysty szukająca dynamiki, kolorowa niczym dziecięcy kalejdoskop, to jakby garść wirtuozerii w powiewach wiatru, który nie koniecznie przynosi ulgę. Opowieść toczy się wyjątkowo leniwie. Po 7 minucie, zamiast spodziewanej ekspresji, muzyk w ciszy zaczyna budować nową opowieść. Pełen jest dramaturgicznych wątpliwości, ale nic nie wskazuje, by miał popaść w panikę i zdecydować się na jakikolwiek nierozsądny ruch. Wybiera spokojny marsz bez nadmiernej dynamiki, trochę repetuje i – co w tym momencie wydaje się już oczywiste – kreuje wyłącznie dźwięki brzmiące nad wyraz błyskotliwie. Jego opowieść drży w posadach, serwuje posuwiste akordy, łączące się w małe pętle, które miast jednak ostatecznie eksplodować, popadają w medytację. W okolicach 12 minuty muzyk zaczyna preparować dźwięki, które zdają się wskazywać nowy kierunek podroży, bardziej gęsty, dramaturgicznie pokomplikowany. Ale dynamika znów omija dźwięki gitary. Po 17 minucie jej struny chroboczą, szeleszczą, niespodziewanie popadają w estetykę post-rockowej ballady, która tymczasowo narasta pojedynczym akordem. W połowie 22 minuty Sharif pozostawia nas na moment pośród dźwięku cykad pojedynczych strun. Brawo! Nowy wątek wydaje się lekki jak piórko, ale ma w sobie potencjał wzrostu, którego ślady zaczynają pojawiać się na wysuszonym gryfie gitary. Mantra utraconego wschodu dzieje się w naszych uszach. Znów moc tajemniczych mikro dźwięków, które droczą się z ciszą. Finałowy szczebiot gołej skóry instrumentu i płowych strun, nie dający już jakichkolwiek nadziei na wzrost ekspresji, czyni jednak słuchacza całkowicie obezwładnionym wolą artysty. Jeszcze tylko kilka pętli, zmyślnych powtórzeń, trochę strunowego skowytu i meta ekspresyjnych podrygów. Nagły koniec nagrania spada na nas, jak grom z jasnego nieba. Jakbyśmy właśnie tego spodziewali się najmniej.



piątek, 17 sierpnia 2018

Kerbaj & Sehnaoui at Al Maslakh! The Best on the East of Eden!


Tak, zdecydowanie najlepszym wydawnictwem, poświęconym muzyce swobodnie improwizowanej, a ulokowanym historycznie i geograficzne najdalej na wschód od kapitalistycznego Edenu, jest libański Al Maslakh (po polsku Rzeźnia, po angielsku The Slaugtherhouse). Czytelnicy Trybuny wiedzą o tym zresztą doskonale. Na końcu dzisiejszego overview przypomnimy, kiedy taką wiedzę posiedli.

Wydawnictwo założone zostało kilkanaście lat temu przez Mazena Kerbaja, znakomitego trębacza i niebanalnego grafika. Tuż obok niego, ważną postacią artystyczną labelu jest Sharif Sehnaoui, gitarzysta, któremu na tych łamach poświeciliśmy już wiele ciepłych słów. Zgodnie z mottem, Al Maslakh, to UFO, stworzone po to, by publikować rzeczy niepublikowane na libańskiej scenie muzycznej.

Ta historia w zasadzie zaczyna się od koncertu na trąbkę solo, poczynionego przez Kerbaja … na balkonie własnego mieszkania w Bejrucie. Być może nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, iż działo się w trakcie nalotu bombowego wojsk izraelskich, podczas kolejnej wojny, jak wybuchała tam w połowie ubiegłej dekady, jak zawsze z tych samych powodów, mając jak zawsze, tych samych prowodyrów. Koniecznie odsyłam wszystkich do doskonałego wywiadu z Kerbajem (link na końcu tekstu). Tamże okazja do poznania szczegółów tego niezwykłego koncertu.

Wróćmy wszakże do katalogu Al Maslakh. Menu na dziś: w pierwszej kolejności omówimy trzy najnowsze płyty. Potem sięgniemy po pięć nieco starszych, omawiając je – tak, tak! – w odwrotnej kolejności chronologicznej. Na koniec zaś wspomnimy o płytach, które były już recenzowane na tych łamach i nie tylko, zawsze jednak piórem Pana Redaktora.




"A" Trio & AMM ‎ AAMM (MSLKH 21, 2018)

Berlin, sierpień 2015, spotkanie koncertowe w St. Elisabeth Kirche, w ramach Daad’s Mikromusic Festival. Na scenie legenda brytyjskiego improve – AMM: John Tilbury – piano i Eddie Prevost – instrumenty perkusyjny, a wraz z nim „A” Trio, czyli Mazen Kerbaj na trąbce, Raed Yassin na kontrabasie i Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej. Reasumując… AAMM! Swobodna improwizacja (no cuts, no overdubbing, no use of electronics) w jednym fragmencie potrwa blisko 51 minut.

Improwizacja ma tytuł własny Unholy Elisabeth (Nieświęta Elżbieta), który pewnikiem nawiązuje do miejsca koncertu, jednakże w kontekście udziału muzyków ze Zjednoczonego Królestwa, zapewne sieje także ferment estetyczny.

Akord piana i drżenie wielkiego talerza – o tak, bez wątpienia jesteśmy na koncercie AMM! Po kilkudziesięciu sekundach o swym istnieniu na scenie przypominają także pozostali instrumentaliści, tkając od samego początku gęstą, libańską teksturę dźwięku – niski smyczek na kontrabasie, perkusyjne pałeczki na gryfie gitary elektrycznej i biały szum wprost z trąbki. Narracja płynie jak na koncertach AMM, ma jedynie ciężar właściwy na poziomie… AAMM – pięć dość różnorodnych źródeł dźwięku. Chłodna, szorstka brytyjskość napotyka na ciepły, dalekowschodni podmuch wiatru. Symbioza akustyczna pomiędzy elementami tej muzycznej układanki, w mgnieniu oka, staje się faktem niezbywalnym. Już przed 10 minutą, intensywność przekazu urasta do rangi, na razie skromnej, ale już eskalacji. Trąbka skwierczy niczym mały bombowiec, talerze piłują mury obronne, gryf kontrabasu grzmi i tupie nogami – jakże piękny to dramat! W komentarzu, po wybrzmieniu – minimalistyczny pasaż fortepianu i ornamenty gitary. Kolejną grozę sytuacyjną stymuluje smyczek przy wsparciu perkusjonalii. Wokół mnogość dźwięków, trudnych do rozszyfrowania w zakresie źródła pochodzenia. Całość po chwili łączy się w wielodron, który intensywnie drży i pomrukuje, by po chwili rozprysnąć mocą noworocznych fajerwerków (guitar & drums w jednych tylko dłoniach Sharifa!). Muzyka gęstnieje niskimi częstotliwościami jak napalm. Po wybuchu, znów moc kojących dźwięków od Tilbury’ego. W ognistych aktach samospalenia, trudno mu zaistnieć, czeka zatem na swój moment, gdy pozostali muzycy choć trochę ochłoną. Tu moment chill outu jest nieco dłuższy – zabawna melodyjka z kontrabasu, ciepły szum trąbki, kilka dodatkowych akordów z klawiatury.

W połowie koncertu natrafiamy na metaliczne tarcie metalu o metal. Z pewnością w tym procederze uczestniczy nie tylko Prevost i jego wielki talerz. Obok odgłos pudła rezonansowego fortepianu, wysokie alikwoty spod trąbki. Wszystko to, niczym kołyszące fale rzeki, która dawna wystąpiła już z brzegów. Narracja brnie w czasie, jak mantra. Fale muzycznych eskalacji przeplatają się z momentami zadumy i Tilbury’owskiej kameralistyki. Każda fala wznosząca iskrzy urodą i mnogością pomysłów na kreowanie dźwięków (tu w roli prowodyrów, każdorazowo libańska młodzież), każda opadająca - koi umysły, oliwi zmysły i filtruje narządy słuchu (wujostwo z Brytanii jest w tym niezastąpione!).  W 31 minucie kolejny docinek filmu noir. Tremolo kontrabasu, prychanie trąbki, struny w kipieli, muzyka grana jakby z przestrachu, skutkująca oceanem rezonansu – piękny fragment! Tuż potem królestwo zmutowanej trąbki w opętańczym tańcu, ale piano Johna potrafi uciszyć wszystkich. Niebywałe! Następna fala rodzi się na strunach, także na samym dnie trąbki. Hamowanie odbywa się w błyskotliwym klimacie free chamber, przy akompaniamencie flażoletów Sharifa. Finał koncertu jakby rodził się w bolach artystycznego chaosu. Trąbka brzmi jak saksofon, inne instrumenty ocierają się o siebie, wydając dziwne odgłosy, wszędzie wokół pulsujący rezonans! I cisza na sam koniec! Co za emocje!




Tony Elieh  It's Good To Die Every Now And Then (MSLKH 20, 2017)

Tunefork Studios, Bejrut, sierpień 2016. Elektryczna gitara basowa - Tony Elieh! Cztery epizody, mnóstwo dźwięków, na etapie produkcji z pewnością nie obowiązywało hasło no cuts, no overdubbing – łącznie 40 minut z sekundami.

Nuclear bass blast! Scena 1. Dron basowy, z mocny fuzzem, strzelisty, jednowymiarowy, mglisty i siarczysty background. Wszystko wyjątkowo sustained!, poddawane drobnym modyfikacjom i zmianom tonacji w rockowej estetyce. Z czasem tło zdaje się iskrzyć nieco dobitniej, podnosząc grozę sytuacji scenicznej. Na sam koniec słyszymy, że te dźwięki wydaje jednak jeden człowiek, który ma cztery struny (może pięć) i odrobinę prądu. Scena 2. Taniec płonącego wschodu, budowany na trzech, co najmniej płaszczyznach – lekki, niesfuzzowany tembr basu, gwałcony jest niskim beatem, niemal w manierze post-techno, a następnie zdobiony gitarowymi plamami z odrobiną psychodelicznego posmaku. Uwaga! Play It Loudly! Jakże ekscytujące! Scena 3. Drżenie, skwierczenie, brudny pogłos blue ambientowych mikrosprzężeń, który lepi się do dźwięków bazowych tej ekspozycji. Elektroakustyka z bombami! Strzeliste drony gitarowe, jak u Dirka Serriesa. Piękne! Na finał błyskotliwy rezonans, jakby z talerza. Scena 4. Puls, beat, odrobinę syntetyczny rytm - bass strongly plagged! Repetycja wielośladu, drobne permutacje, kombinacje, reklamacje. Rodzaj krautrocka w czasach elektroniki, trochę jak u Burnta Friedmanna. Na to wszystko wchodzi szum miasta, bełkot życia – sieje niepokój i zbiera żniwo. Gitarowo-elektroniczne drony budują nowe mury i zaraz je skruszą. Uwaga! to jednak tylko bas elektryczny! Nie dajmy się zwieść złudzeniu! Prawdziwa symfonia post-rock-electro-drone! It’s Good to Die! Doskonała płyta!




Neumann/ Sehnaoui/ Thieke/ Vorfeld ‎ Nashaz (MSLKH 19, 2016)

Wracamy do Berlina. Luty 2015 roku, miejsce zwane Ausland. Muzycy: Andrea Neumann – inside piano i mixing desk, Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna, Michael Thieke – klarnet, Michael Vorfeld – instrumenty perkusyjne. Pięć odcinków z tytułami, ponad 57 minut.

Trzy dłuższe improwizacje i dwie miniatury. Intrygujące zderzenie, jakże symbiotyczne, wschodniej wrażliwości gitarowo-perkusjonalnej z europejską, chwilami twardą szkołą kameralistyki i sonorystyki. Narracja tkana drobnymi, małymi dźwiękami, toczona w estetyce daleko posuniętego minimalizmu, bazująca na skupieniu, artystycznej skromności, piękna wielobarwną, bogatą akustyką i odrobiną elektronicznego fermentu, uzyskiwanego dzięki użyciu stołu mikserskiego. Muzyka snuje się swobodnie, zdecydowanie bez pośpiechu. W pierwszym fragmencie bazą narracji zdaje się być to, co dzieje się na osi gitary i preparowanego kobiecymi rękoma piana. Wszakże wsparcie klarnetu i perkusjonalii jest doprawdy imponujące. To wystudzony tygiel, który potrafi jednak przejść w stan wrzenia, co czyni błyskotliwie w drugiej części pieśni otwarcia, która przy okazji jest tą zdecydowanie najdłuższą, zwieńczoną bystrym call and response. W trzeciej opowieści dużo dzieje się na pulpicie mixing desku, przez co cała improwizacja ma nieco inny, bardziej strzelisty i akustycznie groźniejszy wymiar. Tu kontrapunktem dla poczynań Andrei zdaje się być dobry drumming, a także groźne expose klarnetu. Po wybrzmieniu tego industrialnego ambarasu - jakby ciąg dalszy - sporo kojącego emocje, post-perkusyjnego ambientu i repetytywnego klarnetu. W piątej, finalnej pieśni, znów zmysły akustyki niosą nas w wysokie pasma tryskających endorfin. Jest call and response, trochę wschodniego transu generowanego pałeczkami na gryfie gitary (Sehnaoui - specjalność zakładu), trochę małych sprzężeń i moc dynamiki percussion. Tę wyśmienitą płytę uzupełniają dwie miniatury. Pierwsza ma klimat sonore in tunes, druga zaś stanowi gitarową ekspozycję, delikatnie tłumioną w środowisku elektroakustycznym.




"A" Trio  Music To Our Ears (MSLKH 14, 2012)

Tunefork Studios, Bejrut, wrzesień 2010. Znane nam już z tej opowieści „A” Trio (Mazen Kerbaj na trąbce, Raed Yassin na kontrabasie i Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej), tym razem w wersji saute - 4 improwizowane fragmenty, około 56 minut.

Świetna sposobność odnalezienia Libańczyków, a także ich zdolności do kreowania sytuacji sustained, bez wsparcia mistrzów gatunku spod znaku AMM. Tę opowieść konstytuuje przede wszystkim pieśń otwarcia, która trwa ponad 33 minuty i zwie się niezwykle dosadnie Textural Swing. Od startu dostajemy się pod panowanie drżącego kontrabasu, konwulsyjnej, dronowej trąbki i gitary, która gra niemal wszystkie możliwe dźwięki, jakkolwiek na ogół nie te, kojarzone z akustyczną jej wersją (Sharif zaczynał przygodę z muzyką od gry na perkusji, ten fakt silnie oddziaływuje do dziś na sposób, w jaki korzysta z gitary). Narracja dość szybko przybiera postać post-akustycznego industrialu – trwa, gęsta niczym olej. Sonorystyka perkusyjnej gitary i kontrabasu, pompa ssąco-tłocząca w trąbce. Oto muzyka, w percepcji której zdecydowanie przydaje się wyobraźnia. Cała masa drobnych dźwięków, których nie można przypisać konkretnemu instrumentowi (a pamiętamy, że gramy w stu procentach akustycznie!). Po 12 minucie pierwsze wytłumienie, gramy już spokojniej, na ogół wysokimi pasmami, drobinkami sonore, mikro preparacjami. Po 20 minucie powraca uśpiony kontrabas i zwołuje towarzystwo na kolejny marsz ku akustycznej doskonałości. Na finał utworu, muzycy czynią pętlę i wracają do upiornej estetyki, jaka towarzyszyła im na starcie Teksturalnego Swingu. Jakże błyskotliwe!

Płytę, która zawiera muzykę dla naszych uszu uzupełniają trzy krótsze improwizacje. Pierwsza z nich jest dość lekka, bardzo perkusyjna i uroczo bliskowschodnia estetycznie. Miód z trąbki na tle rytmicznego meta drummingu. Kolejna oparta jest na pulsacji gitary i trąbki, których dźwięki pęcznieją niczym kasza we wrzątku, a na samym końcu ta druga brzmi jak upalony saksofon. Finałowa część powraca do sonorystyki, pełna jest rezonujących strun, talerzy (?), a na ostatniej prostej puentuje ją salwa słodkiej gitary.




Sharif Sehnaoui ‎ Old And New Acoustics (MSLKH 11, 2010)

Bustros Palace, Bejrut, czerwiec 2009. One man show! Sharif Sehnaoui na gitarze akustycznej! Dwa odcinki, 41 minut z sekundami.

Oto i kolejny dowód rzeczowy na to, że gitara akustyczna winna być klasyfikowana do instrumentów perkusyjnych! Przynajmniej wówczas, gdy korzysta z niej Sharif!

Perkusjonalna, akustyczna opowieść, która budowana jest także w oparciu długie, dronowe pasaże, generowane na instrumencie w bliżej nieokreślony sposób. Drgania, rezonans, wrażenie polifonii w momentach bardziej dynamicznych. Orientalne bogactwo, akustyczny przepych. Moc wyobraźni, która zatraciła wszelkie granice. Dwie pałeczki, gryf gitary – tu cuda akustyczne czynią się niemal samoistnie. Majestatycznie, zmysłowo, temperamentnie – jakby rodzaj połamanej hinduskiej ragi. W okolicach 14 minuty (pierwsza pieśń trwa 33…), narracja delikatnie wyhamowuje, muzyk łapie oddech i rusza w kolejną drumming escape. Uroda nagrania tryska, eksploduje, wybucha… Po 25 minucie garść pętli, sprytnych repetycji, z odrobiną braku przyzwolenia na rzeczywistość zastaną. Drugi fragment nagrania jest bardziej … gitarowy – moc posuwistych ruchów dłoni, permanentny, koherentny taniec smoka. Trans, godny siły ducha doskonałego instrumentalisty, zostaje osiągnięty w mgnieniu oka.




Christine Sehnaoui/ Michel Waisvisz ‎ Shortwave (MSLKH 08, 2008)

Paryż, Groupe Recherche Musicale, październik i listopad 2006 roku. Christine Sehnaoui – saksofon altowy, Michel Waisvisz – elektronika sterowana dłońmi. 5 części, niespełna 50 minut.

Francuska saksofonistka – dziś pod panieńskim nazwiskiem Abdelnour – należy obecnie do grona najciekawszych, gorących, wciąż młodych i poszukujących instrumentalistów na starym kontynencie. Tu możemy poznać atrybuty jej sztuki improwizatorskiej z poprzedniej dekady, dodatkowo poczynionej w wyśmienitym towarzystwie jednego z pionierów brytyjskiej elektroakustyki, Michaela Waisvisza.

Głęboko zanurzony w sonorystyce saksofon altowy, budujący żmudne improwizacje na tle elektroakustycznej rzeki najprzeróżniejszych dźwięków, generowanych z komputera na żywo, za pomocą ruchu dłoni, które okablowane, stanowią jakby część urządzenia elektronicznego. Żywe łączy się tu z syntetycznym niemal dosłownie, na oczach widzów, bezpośrednio w ich uszach. W wielu momentach mamy problem, by w tej naturalnej symbiozie wskazać, który z muzyków odpowiada na dany dźwięk. Prawdziwe live electronics, prawdziwy saksofon w ustach prawdziwej kobiety. Od hałasu do podprogowej ciszy. Atak w opozycji do filigranowej, molekularnej ekspozycji, ledwie muskającej strukturę narracji, powierzchnię dźwięku.

To muzyka, który wymaga skupienia, która nie jest łatwa w odbiorze. W pobliżu ciszy zdaje się być oniryczna, nawet podejrzanie frywolna. Nie brakuje też incydentów, które bywają uciążliwe dla naszych uszu (szczególnie tych z komputera), nie na każdy dźwięk mamy tu pełną akceptację.  Jednak, gdy równowaga obu typów dźwięku zostaje zachowana, jakość improwizacji rośnie w oczach. Szczęśliwie dzieje się tak w wielu momentach tej intrygującej płyty. Być może całość jest odrobinę zbyt długa. Ta muzyka okrojona o kilkanaście minut, z pewnością osiągnęłaby status więcej niż bardzo dobrej. Nie sposób jednak nie wskazać szczególnie ekscytujących momentów – finał trzeciego fragmentu, gdy Christine sięga po drony z samego dna tuby, start kolejnego, pełnego subtelności szmerowo-szumiących, także kropelkowa narracja w tym samym fragmencie, czy pokrętna, zdekonstruowana melodyka całej części piątej.




Mawja ‎ Studio One (MSLKH 07, 2007)

Troy & Chicago, wrzesień 2005 roku. Trio Mawja w składzie: Vic Rawlings – wiolonczela, elektronika, Michael Bullock – kontrabas, elektronika, Mazen Kerbaj – trąbka. 6 fragmentów, pełna godzina zegarowa.

Oto i kolejna porcja niebanalnej, ale także niełatwej elektroakustyki w katalogu Al Maslakh. Twórcze zderzenie dwóch poważnych strunowców, permanentnie wspieranych elektroniką i trąbki, która wcale nie ma w planach szybowania po niebie na takim mega backgroundzie. Wręcz przeciwnie, także gra dużo dołów i permanentnie szuka punktów stycznych z dźwiękami generowanymi przez muzyków amerykańskich. A płyta ta ma wszystkie atuty, jak i wady nagrania umówionego powyżej. Jest nieco zbyt długa, sporo w niej momentów, gdy dyktat elektroniki jest niepodważalny, a foniczny radykalizm zbiera obfite żniwo. Z drugiej – momentów, gdyż żywe pięknie egzystuje przy delikatnym wsparciu syntetyki, absolutnie nie brakuje. Poszukajmy zatem takich przykładów.

W trzeciej części intensywność dolnego przekazu traci na sile. Kerbaj delikatnie, niemal powierzchniowo, dekonstruuje dźwięki, jakie na ogół wydaje jego instrument. Balansuje na granicy tego, ci zwykliśmy określać w ogóle mianem dźwięku – krzyki, szepty, szelesty, tarcia, … gwintowania. Niewątpliwie pomaga mu elektronika. W najdłuższym, czwartym, pojawia się niespodziewanie glos ludzki (…czwarty numer jest spokojny). Narracja snuje się leniwie, niczym w katalogu Another Timbre, rodzaj podróży w poszukiwaniu utraconego dźwięku. Kerbaj czerpie z samego dna instrumentu, a koledzy prychają czystą akustyką strun. W piątym, akcenty perkusjonalne na pudłach rezonansowych ciekawie dynamizują przekaz. Trąbka topi się we własnym pocie. Drobinki noise’u spływają muzykom po szyjach. W szóstym rodzaj plądrofonii, szum amplifikatora, może to feedback z kontrabasu. Opiłki dźwięków niosą się wraz z podmuchem wiatru. Niski dron gasi światło.




Michael Zerang  Cedarhead (MSLKH 06, 2007)

Grand Music Room of Bustros Palace, Bejrut, 3-14 kwietnia 2006 roku. Michael Zerang – perkusja, instrumenty perkusyjne, darbuka, Sharif Sehnaoui – gitara elektryczna (!), Mazen Kerbaj – trąbka, Raed Yassin – taśma, elektronika, Christine Sehnaoui – saksofon altowy, Chabrel Haber – gitara elektryczna, Jassem Hindi – elektronika, Bechir Saadé – ney. Łącznie 7 duetów, prawie 52 minuty.

Być może, to właśnie od tej płyty należałoby rozpocząć poznawanie katalogu Al Maslakh. Świetnie nam znany amerykański drummer Michael Zerang (przypomnijmy: z pochodzenia Asyryjczyk) gościł w połowie ubiegłej dekady z Bejrucie i nagrał doskonałe duety z lokalnymi muzykami. Wśród partnerów nie brakuje kluczowych postaci wytwórni, których poznaliśmy w poprzednich akapitach.

Zatem, jeśli szczegółowo czytaliśmy wcześniejsze omówienia, bez trudu potrafimy wyobrazić sobie, jak smakowite dźwięki zawierają duety Zeranga z Sehnaoui i Kerbajem. Pełne są wyrafinowanej sonorystyki, kipią emocjami i błyskotliwym drummingiem. Deliryczna gitara, trąbka u granic hałasu, u stóp ciszy, no i pustynna burza na tomach i werblach zestawu perkusyjnego. Duet z Yassinem przenosi nas do miasta, które tętni życiem, skomle z umęczenia i trwa wbrew wszelkim zasadom logiki. Rodzaj harsh electronic i moc sampli w zderzeniu z plemiennym bębnem obręczowym. Obsesyjne! Kolejny duet, to Christine i jej poszukujący saksofon altowy. Prawdziwa uczta sonore, z całusami z samych krawędzi werbla i wilgotnego ustnika. I znów gitara elektryczna, ale zupełnie w innej estetyce. Dużo elektroakustycznych zaskoczeń, Zerang w roli wodzireja, Haber raczej ilustratora. Szósty duet ponownie zrośnięty z elektroniką. Zgiełk, noise stapia się z bogatym percussion. Gęsta narracja, trochę przypominająca Muslimgauze’a, ale bez jego obłędnej rytmiki. Na finał lokalny instrument dęty i ponownie bęben obręczowy. Melodyka umierającego wschodu, który kładzie się do snu. Jakże urokliwe zwieńczenie wyśmienitej płyty!


****

Jak już wspominałem na wstępie, kilka płyt z katalogu Al Maslakh było już na tych łamach recenzowane.

Zatem, jeśli chcecie przypomnieć sobie doskonałą płytę Toma Chanta i Sharifa Sehnaoui Cloister (MSLKH 05, 2006), szukajcie recenzji w poniższym poście:


Płyty Rouba3i5 (MSLKH 02, 2005) i Ariha Brass Quartet (MSLKH18, 2015) zostały barwnie przybliżone Czytelnikom w tym akurat tekście:


Po krótką analizę krążka Live in Beirut (MSLK03, 2006) zapraszam do tego posta:


Na finał koniecznie przeczytajcie wywiad z Mazem Kerbajem!





niedziela, 31 grudnia 2017

Trzydzieści trzy powody, dla których warto zapamiętać rok 2017! 33rd reasons to remember the year 2017!


W świecie muzyki improwizowanej dzieje się tak wiele, iż wszelka próba zapanowania na tym konstruktywnym chaosem jest z góry skazana na niepowodzenie!

Nie sposób jednak nie podsumować mijającego roku. Z punktu widzenia Trybuny Muzyki Spontanicznej rok 2017 był szczególnie udany. Zatem lista najlepszych płyt rozrosła się do niebotycznych rozmiarów. Oto ona - wydawnictwa zaprezentowane są w kolejności przypadkowej, niewartościującej w jakikolwiek sposób, uporządkowanej, jak na zdjęciu poniżej, poczynając od lewego górnego narożnika!




Albert Cirera  Lisboa’s Work  review

Pedra Contida  Amethyst   review

Jellyspace (Trzaska, Mazur, Jørgensen)  Jellyspace  review

Ernesto Rodrigues/ Yedo Gibson/ Miguel Mira/ Luis Lopes/ Vasco Trilla  Nepenthes Hibrida  review

Sharif Sehnaoui/ Adam Gołębiewski  Meet The Dragon  review

Phicus (Ferran Fages, Àlex Reviriego, Vasco Trilla)  Plom  review

Marcelo dos Reis/ Eve Risser  Timeless  review

Agustí Fernández  The Celebration Ensemble  review

Dikeman/ Serries/ Aquarius  Day Realms  review

Alex Ward/ Mike Gennaro  Bring A Book  review

Tom Chant  Stripped Abstract  review

Trevor Watts/ Veryan Weston/ Alison Blunt/ Hannah Marshall  Dialogues With Strings  review

Alexandra Grimal/ Benjamin Duboc/ Valentin Ceccaldi  Bambú  review

Matthias Müller  Solo Trombone  review

Magda Mayas/ Jim Denley  Tempe Jetz  review

Kodian Trio  II  review

John Butcher/ John Edwards/ Mark Sanders  Last Dream of the Morning  review

EFG Trio (Peter Evans, Agustí Fernández, Mats Gustafsson)  A Quietness Of Water  review

Memoria Uno  Sons Of Liberty. Live at Granollers  review

The Liquid Trio (Agusti Fernandez, Albert Cirera, Ramon Prats)  Plays Bernoulli  review

Evan Parker/ John Edwards/ Steve Noble  Pen  review

Graham Dunning/ Colin Webster  Most Of What Follows Is True  review

Chamber 4  City Of Light  review

Harald Kimmig/ Ernesto Rodrigues/ Miguel Mira/ Guilherme Rodrigues/ Vasco Trilla  Blattwerk  review

Joe Morris  Ultra  review

Marcelo Dos Reis  Cascas  review

Quartet & Quintet  Double Vortex  review

Webster/ Lisle  Live At De Singer  review

Gonçalo Almeida/ Rodrigo Amado/ Marco Franco  The Attic  review

Yedo Gibson/ Vasco Trilla  Antenna  review

Eve Risser/ Benjamin Duboc/ Edward Perraud  En Corps Generation  review

Völga (Fernando Carrasco, Àlex Reviriego, Iván González, Vasco Trilla)  Völga  review

Staub Quartet  House Full Of Colors  review




piątek, 9 czerwca 2017

Sharif Sehnaoui & Adam Gołębiewski! – How to … Meet The Dragon and Win! The story not for children.


Z garścią plastikowych pięciozębów na ziejącego ogniem smoka! Jak kij wbijany w szprychy roweru, którego ktoś nieprzyjazny pozbawił kół. Jak rozszarpywanie ran, jak kaleczenie wątpliwości. Strój instrumentów nerwowy, kąśliwy. Akustyczne subtelności przejmują wartości ujemne. Grymasy twarzy, przeciwnie – wartości dodatnie. To walka na śmierć i życie. Gitara akustyczna prądkuje, plami podłogę i delikatnie jęczy. Werbel (tom?) jakby odczłowieczony. Prawdziwie akustyczna ściana dźwięku. Wprawieni w bojach noise’owcy mogliby tylko pozazdrościć takiego efektu fonicznego. Trochę procesów z zakresu prostej fizyki – tarcia, tłoczenia, dęte dźwięki kłute i szarpane. Cóż podpowiedzieć może wyobraźnia tym, którzy nie widzieli tych muzyków na żywo, kilka, kilkanaście dni temu? Recenzent chwilami im zazdrości, bo akurat jemu dobra pamięć podsuwa kilometry celnych wspomnień. Post-elektronika bez centymetra kabla. Dźwięk jest pierwotny, fizycznie dotkliwy. Muzyka konkretna, która nie ma jeszcze swojego rozdziału w historii walki człowieka z materią foniczną. 




Semantyka instrumentów zaciera się. Gitara Sharifa sprawia wrażenie instrumentu strunowego, ale często to pozór. Perkusjonalia Adama w mgnieniu oka potrafią przepoczwarzyć się w instrument dęty lub bliżej nieokreślony, postindustrialny wehikuł. Przedmioty, które wydają dźwięki. Struny maltretowane ciekłym ołowiem, okazują się zaskakująco skuteczne w kreowaniu czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-rytmu. Odpowiedź z prawej flanki też nieśmiało sugeruje ten trop eksploracji. Nawałnica z piorunami, ognista kula pełna żywej krwi! Reakcje łańcuchowe, dużo niskich częstotliwości. Niczym armia upalonych doboszy w galopie. Nieuchronne wyciszenie smakuje już tylko suchym potem. Sharif pulsuje niczym metronom. Adam milczy. Zdezelowana pozytywka. Muzycy cofają się w głąb siebie, wchodzą do środka swoich instrumentów. Punktem odniesienia będzie drugie dno tej narracji. Dźwięki zdają się być bardziej intensywne, ale mniej muskularne. Ekspresja w służbie precyzji! Taniec, wibracja, wybredna akustyka brudu, potu i czegoś tam jeszcze. W połowie drogi z Bejrutu do Poznania leży mokra Amazonia, pełna krwawiących papug, zdeformowanych orangutanów i bioegzemplarzy halucynogennych. Dręczenie akustycznych przedmiotów eskaluje się dobitniej niż wyobraźnia recenzenta. Foniczny turpizm, który przybiera złoty kolor, stymuluje endorfiny po drugiej stronie sceny. Kolejna, jakże perkusyjna eksplozja! Z kajetu anglojęzycznej półkuli recenzenta: Guitar is more drum than drum! Wyjście z rytmu smakuje pieprzną sonorystyką. Jakby mały koncert dęty: trąbka vs. saksofon altowy. Hałas uwędzonych dysz. Muzycy nie grają już wyłącznie na instrumentach – ich krew, mózg, mięśnie, żyły także uczestniczą w niecnym procesie deflorowania przestrzeni akustycznej koncertu. Odrobina industrialu unplugged! Tuż po nim… Sharif gra akordami, a jego gitara brzmi jak dziewica w oczekiwaniu. What a surprise! Adam dla przeciwwagi zdziera podłogę z rzeczywistości, prawdziwy wielki suwnicowy. Dysonans akustyczny i poznawczy. Mózg pracuje! Próba zasugerowania ballady, odrobinę postnuklearnej, kończy się zainicjowaniem dwóch dronów, ulepionych z dramaturgicznych wątpliwości. Noise! Tarcie w natarciu, jakby reprint startu do tej muzycznej przygody. Repetycja w służbie narracyjnej precyzji! A może to już przednówek finału? Z kajetu recenzenta: każdy kolejny odsłuch tej płyty stawia mnie do pionu, jakbym słuchał jej po raz pierwszy, dostarczając wciąż nowych doznań. Wnętrze tej muzyki krwawi obficie i ma jakby własny, nieodgadniony byt w stanie permanentnej zmiany. Na uzasadnienie tych słów – nowa narracja, dynamiczny drumming gitary, soniczny stopwolej Adama. Konwulsja, konsternacja, skupienie muzyków, jakby zagubione w onirycznym, głośnym transie. Pustynny piach zgrzyta w przekładkach europejskiego cyklingu. Jeśli muzyka może płonąć, to tu zostały nam już tylko zgliszcza… Urok chwili ma smak doskonałości.




Sharif Sehnaoui/ Adam Golebiewski  Meet The Dragon (UZNAM1, 2017). Nagranie: MDK Dragon, 18 lutego 2015r. All music improvised by: Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna, Adam Gołębiewski – bęben, talerz, wybrane przedmioty. Projekt graficzny okładki: Mazen Kerbaj. 


sobota, 3 czerwca 2017

Sehnaoui & Gołębiewski! Quebec i reszta świata czyli Polska! – poznański maj w wymiarze koncertowym


Ważny element współuczestniczenia w świecie muzyki improwizowanej stanowią koncerty. Są muzycy, są organizatorzy, bywają także widzowie. Matczyny mi Poznań nie jest już od dawna mekką muzyki improwizowanej, do której podążają pielgrzymki fanów. A jeszcze w ubiegłej dekadzie lat można było odnieść takie wrażenie.

Rzeczywistość ciągłej sprzedaży jest jednak okrutna, zatem i miejsc, i okazji do delektowania się dobrą muzyką improwizowaną raczej ubywa, niż przybywa. Jednakże miniony miesiąc (maj!) jakby delikatnie przeczył tym ponurym wizjom Pana Redaktora. Odbyło się kilka ciekawych koncertów, był nawet pewien festiwal. Czas, by zebrać majowe refleksje, trochę się pozachwycać, odrobinę pomarudzić. Przewrotność, która zdaje się być ważną cechą Trybuny Muzyki Spontanicznej, znów zbierze swoje żniwo, albowiem opis wydarzeń koncertowych prowadzić będziemy w odwróconej chronologii.






Ostatni dzień maja, jesteśmy w Lesie!

Klub Las. Krzesła dla widzów zostały rozstawione wokół muzyków i ich instrumentów. Utworzyły eliptyczny kształt, który mógłby zacisnąć krwiożerczą pętlę na fizyczności muzyków.

Sharif Sehnaoui. Krzesło, by na nim siedzieć w trakcie występu. Stoliczek, by nam nim ułożyć trzydzieści tysięcy drobnych przedmiotów, których muzyk będzie używał w trakcie występu: pałeczki, patyczki, obiekty o mniej oczywistych kształtach. Zapomniałem dodać – jeszcze oczywiście gitara akustyczna. Przyda się – muzyk będzie dzięki niej drugim perkusistą tego wieczoru.

Adam Gołębiewski. Taboret perkusisty, pojedynczy boczny tom (?), talerze i czterdzieści tysięcy innych, małych i dużych przedmiotów, głównie do pocierania o membranę instrumentu zasadniczego. Plastik i metal. Kubki, sztućce, ostre przedmioty. Dwa instrumenty strunowe, które torturowane będą za pomocą tych ostatnich. Gumowa rurka, w którą będzie dmuchał. Zakończona drobnym, owalnym, metalowym przedmiotem, który uznamy wspólnie za zakończenie instrumentu dętego. Perkusista, który postanawia zostać wielkim sonorystą tego spektaklu. Zupełnie nie przeszkadza mu fakt, iż nie ma przy sobie jakiegokolwiek klasycznego instrumentu dętego.

Trzy kwadranse akustycznego misterium. Dwa potężne zestawy perkusjonalne w intensywnej turbulencji. Postawione w stan drgania permanentnego, śmiertelnie ze sobą rezonujące. Narracja najeżona zakrętami, tajemniczymi zakamarkami, otworami bez dna, pełnymi wygłodniałych smoków. Wielkie emocje. Trans. Medytacja. Iluminacja. Dalekowschodni zaśpiew gitary, która tylko na ułamki sekund przestaje być konstrukcją perkusyjną. Zatracenie źródła dźwięku – na szczęście jesteśmy na koncercie i widzimy muzyków. Jedno wytłumione źródło światła, ustawione pomiędzy muzykami, nie ułatwia jednak procesu inwigilacji spektaklu. Oddech muzyków czujemy na skroniach, oni nasz - bardziej na plecach. Kawałki plastiku tańczą wokół muzyków i trafiają nas w nogi. Siła diabelskiego kręgu działa w obie strony. Oklaski na koniec nie są w stanie oddać tej porcji sztuki dźwięku, jaką dostaliśmy prosto w twarz, zupełnie niepytani o zgodę.

Teraz, gdy piszę te słowa, ich muzyka siedzi mi w uszach i dyszy. Sharif i Adam nagrali płytę Meet The Dragon, która była dostępna po koncercie. O niej kilka słów, jak już doszczętnie ochłonę z wrażeń po tym niezwykłym koncercie. Ciągle mam wrażenie, że dostaliśmy coś więcej niż te kilkadziesiąt tysięcy dźwięków w trakcie czterdziestu kilku minut występu.


23 maja, Dragon, w poszukiwaniu publiczności!

Dwaj wędrowcy z dalekiego Quebecu – Francois Carrier (saksofon altowy) i Michel Lambert (perkusja) – w trakcie przystanku Polska. Zaraz potem Barcelona i Lizbona (fajnie mają!). Tu, w krajowej edycji, w towarzystwie Olbrzyma i Kurdupla, czyli Tomka Gadeckiego (saksofon tenorowy) i Marcina Bożka (akustyczna gitara basowa, w zastępstwie Rafała Mazura, lekko kontuzjowanego). Klub Dragon, wtorkowy wieczór. Muzyków czterech, publiczności dwa razy więcej (naliczyłem nas ośmioro, nie wliczyłem akustyka). Tym razem bez komentarza – ewentualnie wróć do preambuły tego tekstu.




Duża dawka bardzo kompetentnego free jazzu. Swoboda, kreacja, świetna komunikacja pomiędzy muzykami (kilka dni są już w trasie!). Naliczyłem bodaj cztery odcinki improwizacji. Dużo emocji na scenie, 120%-owa koncentracja i takiż wysiłek artystyczny, choć po drugiej stronie sceny garstka ludzi. Dynamiczne dialogi, szczypta indywidualnych popisów. Świetny Gadecki, taki trochę lekko zapowietrzony, późny Coltrane w dużym gazie. Carrier dosadny, nienapastliwy, konkretny. Były wszak chwile, że i on musiał przystanąć, by zachwycić się grą kolegi saksofonisty i po prawdzie.. złapać głębszy oddech, by nadążyć (a w bodaj najsilniej ekscytującym momencie, w trakcie szalonego dialogu dęciaków, postanawił … wymienić ustnik). Bożek wyrazisty do bólu, perfekcyjny, zarówno w momentach akompaniowania solistom, jak w tych, gdy on stawał się centrum improwizacyjnej eskalacji. Lambert odrobinę jednostronny (głównie dręczył werbel), jakkolwiek czujny i doskonale kooperujący z gitarzystą basowym.

Masywny, bardzo dobry koncert. Jeśli takie koncerty ogląda osiem osób, to coś jest nie tak z rzeczywistością tego świata. Ale to nie mój problem – jak tam byłem!


12 maja, Dragon, ekscesy w wymiarze krajowym!

Piątek. Zimno za oknem, tu w Dragonie odrobinę cieplej. Będą dwa koncerty. Na start Hubert Zemler – perkusja solo, muzyka … komponowana. Dwa kwadranse ćwiczeń akademickich, w trakcie których poziom magii i emocji przyjmował wartości ujemne. Bywały chwile, gdy dramaturgia drummingu intrygująco się nawarstwiała, ale były one niezwłocznie dewastowane przez zamysł kompozytora. Próby włączenia w ten incydent artystyczny analogowej elektroniki pominę milczeniem.




Zemler po chwili odpoczynku wraca na scenę. Będzie miał interlokutora w postaci drugiego perkusisty, Pawła Szpury. A na froncie sceny trio Bachorze w składzie: Michał Biel – saksofon barytonowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Maciej Maciągowski – syntezator, dużo kabli i potencjometrów. Od startu dostajemy na twarz dużo dźwięków, być nie rzec – hałasu (możemy go nazwać na potrzeby tej recenzji noise’em). I garść refleksji w głowie recenzenta – być może hałas w muzyce improwizowanej jest dowodem na niedoskonałą komunikację w zespole. I jeszcze maksyma Evana Parkera, świetnie opisująca filozofię improwizowania Johna Stevensa: jeśli nie słyszysz muzyka, z którym grasz, to dowód na to, że grasz za głośno! Ciekawa, intrygująca gitara, z dużą dozą bystrych preparacji, nieco ilustracyjny saksofonista (ale też trudno było mu się przebić przez ścianę nie dość subtelnych bębniarzy i piętrzących się eskalacji elektronicznych - muzyk od kabli, przynajmniej tego wieczoru, słyszał tylko siebie). Szpura często wcielał się (udanie!) we free jazzowe zwierzę i czuło się, że to jest jego bajka. Akademicki na pierwszym koncercie Zemler, tu dał z siebie nieco ognia, ale dramaturgicznie nie ciągnął kwintetu za sobą (raczej zgrywał się z drugim drummerem). Koncert chwilami ciekawy, ale bardzo nierówny, toczony od eskalacji do eskalacji. Pomiędzy nimi, gdy dynamika koncertu drastycznie spadała, a muzycy zdejmowali nogę z gazu (z wyłączeniem Maciągowskiego), robiło się bardziej niż intrygująco. Ale te momenty były zbyt krótkie, by recenzent mógł się choćby szczyptę zachwycić.

****


Nie sposób nie zauważyć, iż w maju odbyła się także kolejna edycja jazzowych, chicagowskich dożynek, która od lat funkcjonuje pod nazwą handlową Made In Chicago. Nie wiem, czy publiczność tym razem dopisała, bo ja sam… nie dopisałem. Choć nie miałem specjalnych powodów, by nie uczestniczyć w tym incydencie kulturalnym. Byłem zdrowy, miałem trochę wolnego czasu. Gorzej było …. z samym programem festiwalu. Wnikliwa analiza zawartości line-up-u doprowadziła mnie do zastosowania w praktyce idei zaniechania. Po prostu nie poszedłem na jakikolwiek koncert, bo nie było na co… pójść.

piątek, 19 maja 2017

Tom Chant – The Story of Separate Wanderer/ La historia de rodamon per separate *)


Nadprodukcja dźwięków jest immanentną cechą muzyki improwizowanej. Teza ta często pada na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej, co więcej stała się inspiracją dla jej podtytułu.

Dyskografie największych tuzów tej muzyki wypełniłyby szafę stąd do Władywostoku. Muzyka powstaje nieustannie, jej twórcy chcą ją upubliczniać, a wydawcy produkować. Trochę gorzej jest na końcu tego swoistego łańcuszka pokarmowego. Tych, którzy chcieliby kupować efekt finalny tego procesu, czyli płyty, jakby…. ubywało. Ale rozważania te nie są przedmiotem niniejszej opowieści.

Dziś zaprezentujemy dorobek artysty, który egzystuje trochę na przekór wyżej zaprezentowanym tendencjom. Mimo blisko dwudziestoletniej obecności na scenie muzyki improwizowanej, jego dyskografia nie przekroczyła dotąd… kilkunastu pozycji (licząc płyty z jego personaliami w roli autora lub współautora).

Oto przed nami, urodzony 42 lata temu w Dublinie, wychowany, także muzycznie w Zjednoczonym Królestwie, od wielu lat rezydujący w Barcelonie, doskonały saksofonista i wybitny improwizator – Tom Chant i jego muzyka. Poznajmy najważniejsze epizody w jego dotychczasowym, improwizowanym życiu.




Nasza opowieść będzie miała dalece turystyczny wymiar. Rozpoczniemy od jak najbardziej współczesnej wizyty w pięknej Barcelonie, potem cofniemy się w czasie o blisko dekadę, by gościć w pewnym paryskim mieszkaniu. Następnie – po raz kolejny naruszając chronologię wydarzeń - dłuższą chwilę spędzimy w Londynie, by na sam koniec powrócić do stolicy Katalonii i dokładnie sprawdzić, co działo się tam w roku 2011.


Przystanek Barcelona - sztuka wolnej improwizacji

W duchu dobrze rozumianej, iście filmowej dramaturgii, zacznijmy od trzęsienia ziemi. Pewnego wczesnowiosennego dnia trzy lata temu i w dwa kolejne dni lutego następnego roku, Tom Chant rejestruje w Barcelonie trzy niezwykłe spektakle muzyki swobodnie improwizowanej. Poznajmy je z istotnymi detalami.

L' Ateneu, Barcelona, 15 marca 2014. Na scenie nasz bohater, uzbrojony w saksofon tenorowy i sopranowy. Po lewej flance wspomagać go będzie Lê Quan Ninh, po prawej Núria Andorrà. Oboje grać będą na instrumentach perkusyjnych. Nagranie – nieprzerywane przez zbędne pauzy -  potrwa 55 minut, a edytorsko odnajdziemy to jako Live at L'Ateneu Barcelonès (Discordian Records, 2014).




Dalece wyszukane techniki artykulacyjne Chanta, on sam i jego buchająca fajerwerkami wyobraźnia, wepchnięte zostają pomiędzy dwa silnie sonoryzujące zestawy perkusjonalii. Gdy te, z wytrwałością godną największego szacunku, polerują powierzchnie płaskie, saksofon stara się je… naśladować. Gdy ten ostatni eskaluje przedechy, napotyka na ripostę podwójnego, okrężnego drummingu. Narracja jest zwinna, nie popada w galop, a każdy z muzyków stara się podążać ku jednorodnemu brzmieniu całego tria. To ewoluowanie w kierunku akustycznej symbiozy sprawia, że w wielu momentach domyślamy się autora dźwięku jedynie po tym, skąd do nas dociera dociera. Owo zatracenie źródła dźwięku, bardzo charakterystyczne dla zaawansowanych, współczesnych technik improwizatorskich, będzie nam towarzyszyć w trakcie całego koncertu. I dodatkowo silnie stymulować naszą wyobraźnię. To swoiste, wielokierunkowe naśladownictwo muzycy realizują perfekcyjnie. Każdy z nich, naprzemiennie, staje się inicjatorem ciekawego sonorystycznie rozwiązania, które stanowi bodziec do reakcji dla partnera. Prawdziwa symfonia pomysłów! Dramatyczny, trójgłowy demiurg! Być może muzyczna wersja społecznej zasady imitacji. Brzmienie obu perkusjonalistów zdaje się być elektroakustyczne, choć żadne znaki na niebie i ziemi, nie wskazują na użycie jakichkolwiek amplifikacji (być może to efekt pogłosu sali koncertowej). Dwie prawdziwe, rozszalałe suwnice kolejowe! Gdy na moment saksofon zamilknie, stworzą iskrzący, niebywale elokwentny, post-elektroniczny dialog. Kaczy powrót dęciaka, który brzmi jak sopran, choć może to tenor, eskaluje emocje i wzbudza u wszystkich nastroje wojownicze - agresywni dobosze vs. wirujący wokół własnej osi saksofon. Jedynie słuszną reakcją, po eksplozywnym wybrzmieniu, zdają się być sonorystyczne igraszki na pograniczu ciszy. W atmosferze wzajemnych uszczypliwości, prowadzą nas one na manowce akustycznej przyjemności, o delikatnie elektroakustycznym (znów!) posmaku. Z kajetu recenzenta: prawdziwa orgia zmysłów odpowiedzialnych za słuch! Na finał muzykanci delikatnie ześlizgują się z sonorystycznego szczytu, który przed momentem był ich udziałem. Osuwają się w ciszę, w artystyczny niebyt, któremu istotny sens nadają dopiero burzliwe oklaski z drugiej strony sceny.

Discordian Studio, Barcelona. 27 lutego 2015 roku. A w środku, już gotowi do walki - Susana Santos Silva na trąbce, Vasco Trilla na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Tom Chant na saksofonie tenorowym i sopranowym. Będą improwizować w dziewięciu odcinkach, które potrwają łącznie 52 minuty. Edytorsko zwać się to będzie The Paradox Of Hedonism (Discordian Records, 2015). **)




Pierwszy. Zdaje się, że w także tym nagraniu zasada imitacji będzie często stosowanym środkiem artystycznego wyrazu. Kąśliwe sonore na dwa dęciaki i perfekcyjnie zwinną maszynę perkusyjną. Drugi. Wietrzenie rur, tak tej blaszanej, jak i tej drewnianej. Przedmuchiwanie zapleśniałych dyszy, polerowanie krawędzi werbla omszałym smyczkiem. Spektakl wielowymiarowych technik artykulacyjnych. Trzeci. Kolejny krótki interwał, tak jak poprzednie, stanowiący dramaturgicznie zamkniętą całość. Ten akurat leje się przez ręce, jest refleksyjny. O ile Tom stara się być delikatnie psychodeliczny, o tyle Susana brnie w nieco oczywiste rozwiązania. Vasco na boku dłubie swoje robótki ręczne i nic sobie nie robi z drobnych złośliwości recenzenta. Finał etiudy jest wszakże pyskaty, lubieżnie wyszczekany. Czwarty. Kołysanki dla niekoniecznie grzecznych dziewczynek i takiż chłopaków. Minimal art of choice and gently noise, rzekłby poeta. Skupienie jest tu definitywnie metodą twórczą. Piąty. Cichy tupot mew o pusty pokład. Dużo wyczekiwania na linii Susana-Tom (a może zbyt wiele artystycznego respektu). Vasco wykorzystuje okazję i bierze sprawy w swoje ręce, nawet pozwala sobie na … rytmiczne bębnienie.  W efekcie – drobna galopada i udana próba eskalacji hałasu. Szósty. Trójgłos niemal oralny. Długie, lepkie dźwięki, choć na skrzyżowaniu trąbki i saksofonu, znów trochę za dużo imitacji, a za mało separatywnych, wrogich kreacji. Vasco ponownie czeka na przebieg wypadków… Dramaturgicznie, nagranie nie posuwa się do przodu. Siódmy. Perkusista jakby dosłyszał uwagi recenzenta i dynamicznie opukuje swoją drummerską maszynerię. Na bokach w zasadzie bez zmian. Tom trochę hałasuje, a Susana dmie. Końcowe sekundy tego fragmentu są jednak zaskakujące ogniste. Ósmy. Ze skrzydeł dobiegają groźne pomruki, a Vasco smykuje – wszyscy na pograniczu ciszy. To właśnie w tym momencie konsekwentne porzucenie zasady imitacji, pcha tę minimalistyczną narrację ku nieoczywistym rozwiązaniom i gotuje umysł recenzenta (dzieje się!). Dziewiąty. Susana zdaje się zmieniać instrument, brzmi bowiem jak… okaryna. Vasco frasobliwie drży. Tom intrygujaco pracuje na dyszach. Jakby im wszystkim wody odpłynęły. Pomysł goni pomysł. Finał płyty zadość czyni wszelkim ambiwalencjom recenzenta. Z kajetu tego ostatniego: świetny początek, odrobinę przegadany środek i wyśmienite, zaskakujące zakończenie. Dodajmy - po skutecznym odrzuceniu zasady imitacji. Ot, cały paradoks hedonizmu.

Golden Apple Studios, Barcelona. 28 lutego 2015r., czyli dokładnie 24 godziny po … rejestracji Paradoksu Hedonizmu. Tom Chant - saksofon tenorowy i sopranowy, Ferran Fages - gitara akustyczna i Núria Andorrà – perkusjonalia. Będą niezwykle swobodnie improwizować przez blisko 54 minuty. Ich wyczyny poznamy w czterech częściach, pod wspólnym tytułem Un cuc dins l'ull (Discordian Records, 2016).




Uno. Od pierwszego dźwięku wpadamy w mroczne zakamarki zdewastowanej psychiki, być może całkiem zdrowych muzyków. Trzaski, mikrogrzmoty. Aura skrytości, pokrętnej tajemniczości. Ferran sprzęga się w wymiarze akustycznym, brzmi soczyście i niemal demonicznie. Nuria zdziera membranę z werbla, a Tom przedmuchuje dysze. Narracja toczy się leniwie, trochę jak w poszukiwaniu utraconego dźwięku (męska część załogi na pewne doświadczenia w nagraniach dla angielskiej Another Timbre Records). Do granicy ciszy jest już tak blisko, że chwilami trudno słuchaczowi ogarnąć zamysł dramaturgiczny aktorów. Skupienie na pojedynczym dźwięku szczytuje u każdego z muzyków ( typowe w takich wypadkach, problemy z rozpoznawaniem ich źródła stają się naszym udziałem). Zwłaszcza gitara i akcesoria perkusjonalistki zdają się grać tym samym tembrem. Jeśli już muzycy łapią odrobinę decybeli, zlewają się w trójgłowy dron, a atmosfera całości intrygująco gęstnieje. Ferran nieustannie stawia słuchacza w obliczu dysonansu poznawczego – być może używa tajemniczych przedmiotów i wczepia je w swój instrument, gdyż efekty foniczne jego działań są permanentnie zaskakujące. Płynna narracja, stabilna dramaturgia nie obniżają wszakże poziomu trudności w odbiorze tej rejestracji, nawet dla wyrobionego odbiorcy. Dos. Kolejne akustyczne zaskoczenie… Ferran jednak gra na gitarze, a tu robi to na sposób odrobinę bardziej konwencjonalny. Zdobi pojedynczymi akordami, głębokie wdechy Toma. Nuria poleruje talerze. Innymi słowy – tym razem bez elektroakustycznych zagadek. Incydentalnie ten fragment potrafi być nawet głośny. Tom zwinnie moduluje tembr saksofonu, Nuria brzmi, jakby uciekła do głębokiej komory akustycznej, a Ferran stawia akordy o zmiennych parametrach, trochę na zasadzie call & response, pozostając jednak w opcji separatywnej. W wyniku niespodziewanej, dość subtelnej eskalacji, finał drugiego robi się wręcz noisowy, kapkę industrialny. Tres. Miniatura, mniej niż pięć minut. Jak mlaśnięcie ozorem… Ferran sprawia wrażenie, jakby grał na dęciaku. Nuria udźwiękowia słuchowisko kryminalne, a Tom grzmi na tłustym tenorze. Manipulacje na gitarze znów intrygują ponadnormatywnie. Cuatro. W parzystych numerach gitara powraca z tradycyjnym soundem. Tom testuje swój sto pięćdziesiąty dziewiąty rodzaj aktywności akustycznej na tej sesji. Nuria w permanentnej podcierce. Trochę się tu wszyscy siłują, trochę do siebie mizdrzą, trochę przechwalają, kto zagra najbardziej frapujący dźwięk. Gdy udaje im się zlepić w industrialne ciasto, jakość tej improwizacji rośnie w tempie geometrycznym. Eskalacja, koherentne zwarcia dodają tej muzyce polotu, uroku, swoistej kompatybilności. Finał jest gęsty, niebanalny, złowieszczo i długo wybrzmiewa…


Przystanek Paryż – powrót do przeszłości

Na osi czasu cofamy się o prawie pełną dekadę. Fizycznie, uroczą Barcelonę zamieniamy na nieco zapyziały, choć równie zjawiskowy Paryż. By poznać, być może najwybitniejsze jak dotąd, nagranie z udziałem Toma Chanta, niespodziewanie gościć będziemy musieli w … prywatnym mieszkaniu. Jest 21 kwietnia 2005 roku. Właścicielem nieruchomości okazuje się libański gitarzysta i perkusjonalista Sharif Sehnaoui. Zagra nam na gitarze akustycznej. Zaproszony gość wyposażony zostanie jedynie w saksofon sopranowy. Panowie w stanie wrzenia improwizacyjnego pozostaną przez blisko 68 minut. Na płycie efekt ich wysiłków (all music by the musicians) poznamy w trzech częściach, opatrzonych tytułami. W nieistniejących sklepach z dobrą muzyką odnajdziemy je pod szyldem Cloister (Al Maslakh Records, 2006).




Us Three. Emocje od samego startu - pot, westchnienia, zgrzyty, szemrzący wrzask. Poczucie zatracenia źródła dźwięku, czyli … jesteśmy w domu. Szczęśliwie wiemy, że saksofon grzmi w lewym uchu, a gitara rzeźbi w prawym. Wiele wydarzeń toczy się na pograniczu ciszy. Sharif szarpie się ze strunami. Tom szuka najdelikatniejszego dźwięku na sopranie, jest bliski grania bezgłośnego, aż czuć smak suchej dyszy. Być może, co sugeruje tytuł, muzyków jest nawet trzech. Gdy udaje im się zdynamizować ten onomatopeiczny dialog, pełen nieoczywistych kwestii, sound ich instrumentów kładzie recenzenta na kolana (z kajetu tegoż: akustyczne fajerwerki!). Narracja improwizacji jest niebywale zmienna. Co dwie, trzy minuty każdy z muzyków generuje po kilka nowych pomysłów na rozwój sytuacji akustycznej. Industrialny noise, wielowymiarowe, stylistyczne hybrydy, a przed nami wciąż … tylko dwóch facetów, z dwoma skromnymi instrumentami nieamplifikowanymi. Wyobraźnia muzyków święci boskie niemal tryumfy. Dźwięki teoretycznie płyną do nas z Paryża, ale słychać w nich zgiełk libańskiej pustyni, jej nieprzewidywalność i grozę dnia codziennego z jednej strony, a pochrapywanie Królowej Matki z drugiej.

Four Sputnik. Definitywnie pasyjna gitara w opozycji do sopranowego drona. Tu każdy pomysł artystyczny ma rację bytu. W tym akurat momencie mamy wrażenie, że grają dwaj wytrawni perkusiści (okolice 4 minuty), zwłaszcza Sharif reprezentuje takie konotacje brzmieniowe. Każdy z muzyków jest tu małą orkiestrą, która wydaje z siebie miliony dźwięków jednocześnie, choć dynamika narracji jest dalece umiarkowana. Zmieniając tę sytuację, muzycy jakby odkrywali istotę akustyki swoich instrumentów, co eskaluje poziom entuzjazmu recenzenta, poza granice jego skromnej percepcji. I znów dotyka nas zmiana kierunku improwizacji, bo tutaj stan permanentnej zmiany, jak w każdej korporacji, konstytuuje jakość muzycznego spotkania w domowym zaciszu. Moment czystego frazowania, nieczęsty w trakcie prawie 70 minut nagrania, także stanowi tu wartość samą w sobie. Kolejna, dwieście czternasta zmiana sposobu artykulacji i narracji jest brylantowa, dalekowschodnia, ujmująco niewspółczesna, jakby nie z tego świata (16-17 minuta tego fragmentu, to być może moment kluczowy tego wydawnictwa).

What About Seven? Podmuchy mroźnego sopranu i perkusyjne łyżeczkowanie gitarzysty (innymi słowy – bardzo swobodny drumming). Statyczno-dynamiczny zadzior, który finalizuje się bez rozszarpywania ran, dając asumpt do krwistej galopady, nie pierwszej dziś, ale z pewnością najbardziej dynamicznej. Po perfekcyjnym wyciszeniu – intrygujące szorowanie nabrzmiałych instrumentów. I ciągle tysiąc pomysłów na sekundę, jak dobić tonącego w euforii recenzenta. Dowody rzeczowe? Proszę bardzo – wielowątkowy, oniryczny pasus, pachnący upalonym lontem bomby, która nie ma zamiaru wybuchnąć (okolice 15 minuty). Muzycy potrafią pozostawać przez wiele minut w czeluściach psychodelicznego transu, gdy gitara jednego z nich ewidentnie cuchnie rozgrzaną do czerwoności pustynią. Z kajetu recenzenta: wyborne! Sharif – nowy wymiar preparowanej gitary, w czysto akustycznym aspekcie! Pod koniec brzmi, jakby to Vasco Trilla uruchomił swoją wibrującą maszynę perkusyjną! A na lewym skrzydle narracji, sopranowa poezja incydentu dętego – ta właśnie wersja wynalazku Adolfa Saxa najpełniej oddaje kunszt Toma Chanta! To jest jego instrument! Genialna płyta!


Przystanek Londyn –  wolny jazz epoki ponowoczesnej

Być może recenzent winien w tym momencie nieco wystudzić emocje, płynące z odsłuchu kolejnych doskonałych nagrań z udziałem Toma Chanta, ale obawia się, iż… jest to niemożliwe. Definitywnie i bezceremonialnie meldujemy się bowiem w Londynie! I w komplecie stawiamy na koncercie w The Network Theatre (Waterloo). Kalendarz podpowiada, iż jest 13 czerwca 2012 roku. Na scenie nasz bohater (saksofon tenorowy i sopranowy) i dwóch takich, co to nie biorą jeńców – John Edwards na kontrabasie i Eddie Prevost na perkusji. Ów trójgłowy, istotnie freejazzowy demon będzie improwizował przez blisko 75 minut. Dostaniemy to w dwóch częściach, na płycie All Change (Matchless Recordings, 2014).




Sekcja jak dzwon i diabelski saksofonista! Będzie się działo! Od pierwszego oddechu Toma efektowny, boleśnie współczesny free jazz staje się naszą bezczelnie prawdziwą rzeczywistością. Bez nadmiernie eksponowanych pasaży i popisów indywidualnych, skupiony, bezpretensjonalny pokaz artystycznych środków wyrazu trzech wspaniałych muzyków. Przy okazji, także moment na odnalezienie potencjału, kompetencji i poziomu kreatywności Toma na tle ultra kosmicznej sekcji rytmicznej. Saksofonista świetnie sobie radzi w skupionych narracjach free improv, doskonale czuje się także w krwistych, jazzowych frazach, klasycznie zdeterminowanych fragmentach opowieści. Melodyka, wachlarz improwizacyjnych grepsów, wyobraźnia, dryl i zwykły pomyślunek są wielkimi atutami Chanta. Do 25 minuty gra na tenorze, potem chwyta za sopran i z miejsca staje się królem polowania. Brzmi jak Coltrane, by po kilku sekundach zamienić się w ornitologiczną poczwarkę, która ryje nam beret specyficznym sub-soundem (może gra w nogawkę, jak na tegorocznym koncercie z Vasco Trillą w Barcelonie, w Soda Acustic). Sekcja stawia nas permanentnie do pionu swymi nieludzkimi kompetencjami. Pod koniec części pierwszej cała trójka idzie na sonorystyczne zwarcie. Chant momentalnie łapie klimat z Edwardsem, który w trakcie incydentalnego popisu solowego, żłobi wyostrzonym smyczkiem bruzdy w podłodze. Saksofonista zwiewa kurz ze strun kontrabasu z gracją gwałciciela lokalnych niewiast. Ale smakowite! No i znów te nogawkowe brzmienie!

Krążek All Change firmowany jest nazwiskami wszystkich muzyków (z Tomem na pierwszej pozycji). Nie sposób nie odnieść tej muzyki do efektów poprzednich spotkań tej trójki improwizatorów, które miały miejsce wiele lat wcześnie, jednakże wówczas, pod szyldem Eddie Prevost Trio. Co równie istotne, pierwsze kroki na polu muzyki improwizowanej Chanta, to właśnie płyta Touch (1997) tegoż tria. Dwie kolejne, to The Virtue In If (2001) i The Blackbird's Whistle (2004, wszystkie stanowią rejestracje studyjne, a wydane zostały przez Matchless Recordings). Warto zauważyć, że na dwóch pierwszych Chant gra wyłącznie na saksofonie sopranowym, zaś na trzeciej – na saksofonie tenorowym i klarnecie basowym. Te trzy incydenty free jazzowe można potraktować jako swoistą szkołę przetrwania dla młodego, pełnego ambicji muzyka. Posłuchajmy, cóż interesującego pojawia się na tych wydawnictwach.

Chant, wyposażony w drobny saksofon sopranowy, dzielnie wkleszcza się w rozpadliny gęstej narracji kontrabasu i perkusji. Jak hartowanie szkła, szlifowanie diamentu – Tom wychodzi z tego umorusany od sadzy, lepki od potu, ale zdecydowanie zwycięski. Sekcja jest zwarta, krnąbrna i wcale nie ułatwia zadania aspirantowi. Chant dostaje od niej jednak tak wiele swobody, przestrzeni i pikantnych podpowiedzi, że śmiało może przetrenować wszelkie nowe pomysły w zakresie technik artykulacyjnych. Znów świetnie plasuje sound saksofonu na tle smykowatych pasaży kontrabasisty. Szczególnie w piątym numerze drugiej z sopranowych płyt, ta dwójka osiąga kosmiczną symbiozę, a w trakcie finału łączy się w soniczny dron, który wyjątkowo długim dwudźwiękiem, wieńczy doskonałe nagranie.

Na ostatniej z płyt tria Prevosta, nasz adept jest już starszy o kilka lat, wypełniony nowymi, wartościowymi doświadczeniami. Sięgając po tenor potrafi być istotnie zadziorny i szukający swady. Gdy dmie w klarnet basowy, zaczyna nawet rządzić starszymi kolegami i rozstawiać ich po kątach, zwłaszcza w narracjach bardziej dynamicznych. W czwartym numerze daje sygnał, iż śmiało mógłby stanąć w szranki rywalizacji z samym Dolphy’m. Całe nagranie aż kipi z emocji, jest naładowane pozytywną, muzyczną agresją. Sekcja gra, jakby była podłączona pod sieć wysokiego napięcia, a saksofon, co rusz pokrzykuje z radości. Finał znów jest dwugłosem Chanta (bcl) i Edwardsa, tym razem w klimacie deep listening music.


Przystanek Londyn – elektroakustyczna współczesność

Czas na moment kastracyjnego wyciszenia. Pozostajemy w Londynie, ale przenosimy się do obiektu sakralnego. Właśnie rozpoczął się nowy, 2009 rok (jego czwarty dzień). Muzycy przytargali do Kościoła St. James opasłe tomy pięciolinii (John Cage, Michael Pisaro), głowy mając wypełnione literackimi inspiracjami (Samuel Becket, William Bronk). Personalnie są z nami – Tom Chant (saksofony i klarnet basowy), Angharad Davies (skrzypce, obiekty), John Edwards (kontrabas) i Benedict Drew (elektronika, obiekty). Zagrają długo (prawie 70 minut) i wielowymiarowo (także bez wskazówek z pięciolinii), a w nasze łapska dostanie się po niedługim czasie krążek Decentred (Another Timbre, 2009).




Reader, Listen: Harmony Series No.10 (komp. Pisaro; dźwiękowo jedynie kontrabas i skrzypce). Jednorodne, krótkie, przerywane ciszą pasaże unisono, kreowane przez dwa strunowce. Piękne brzmienie i … emocjonalna pustka. Cisza pomiędzy dźwiękami zdaje się mieć więcej życia w sobie. A jest tu jej, istotnie w nadmiarze.  Activation (Improvisation). Do żmudnej walki o odzyskanie uwagi słuchacza rusza cały kwartet. Konwencja search & reflect. Bez szczególnego napięcia, ale z silnie zaznaczającym swoją obecność Chantem na klarnecie basowym. W tle subtelna, nienatarczywa elektronika, sycząco-skwiercząca. Dynamika improwizacji jest trupia, ale w końcu jesteśmy w szponach Another Timbre! A muzycy i tak sprawiają wrażenie, że łypią okiem w kierunku pulpitu (tu: czystego jak łza). Four 6 (komp. Cage, … 30 minut, kwartet). Ciekawe akustycznie cykady, mruk kontrabasu i świergot dęciaka. Incydentalnie frapujące brzmieniowo interakcje na linii kontrabas-saksofon sopranowy (Edwards vs. Chant, skąd my to znamy?!). Nie brakuje innych, równie doskonałych interakcji akustycznych. Ale, czy te perły łączą się w spójną całość? (w głowie kompozytora – na pewno!). Ponownie iskrzy na linii kontrabas-dęciak (bcl), a pytanie, kto brzmi piękniej i dobitniej, pozostaje retoryczne, wszak jesteśmy w kościele, mając doskonałą akustykę jako … dopust boży. Natłok akustycznych egzorcyzmów jest imponujący, ale emocje u recenzenta przyjmują wartości ujemne. Jeśli interakcja pomiędzy muzykami jest zaprogramowana, a nie intuitywna, czar pryska… La Voix Qui Dit: Harmony Series No.8d (komp. Pisaro, skrzypce i klarnet basowy). Tytuł brzmi jak adres pocztowy. Mikrodron atakowany (łechtany) przez incydentalne pomruki klarnetu. No action, no pain niestety. Decentring (Improvisation). Znów muzycy w komplecie. Po takiej marszrucie z pięciolinii, dryg do improwizacji u muzyków w całkowitym zaniku… Snują się po kątach i obgadują maniery kompozytorów współczesnych. Wydają niezobowiązujące dźwięki, które odrobinę ze sobą konweniują, delikatnie łaskocząc po skroniach wynudzonego recenzenta. Takie mało dotkliwe call & response. Sopran Chanta zgłasza się do odpowiedzi i podejmuje trud ratowania tej stanowczo za długiej płyty (okolice 8 minuty). Ale filharmonia wyszła właśnie na kawę i nie ma z kim pogadać.  Flux: Harmony Series No.8a (komp. Pisaro, kontrabas i elektronika). Szum z kabla kreuje ciekawy dysonans poznawczy. Cisza jako jedyny dostępny kontrapunkt. Z kajetu recenzenta: (brak wpisów).


Barcelona wcześniej – retrospektywa 2011

Dżdżysty Londyn opuszczamy bez żalu. Tym bardziej, że wracamy do Barcelony! Sprawdźmy, jakie nagrania współtworzył Tom Chant w pierwszych miesiącach swojej katalońskiej rezydencji. Jest rok 2011. To właśnie wtedy, wenezuelski saksofonista i kompozytor El Pricto skutecznie zawiązuje inicjatywę edytorską pod nazwą Discordian Records. Nagrania powstają niemal każdego tygodnia, a katalog nowego, sieciowego labela rośnie w oczach. Oto przed nami krótkie anonse, dotyczące aż sześciu krążków (wszystkie by Discordian Records ***)), które nagrane zostały w Barcelonie w tamtym, ciekawym roku, a w powstaniu których znaczący udział miał nasz dzisiejszy bohater.

Bruitage I & II  (nagrane w lutym, 2011). Ogniste trio, które łączy w pełni akustyczne saksofony Toma Chanta i perkusję Javiera Carmony z gitarą elektryczną Pablo Regi. Sześć dość swobodnych improwizacji, pomieszczonych na dwóch wydawnictwach, łącznie ok. 77 minut. Zderzenie doom metalowej gitary i duetu bez prądu, który pragnie zaistnieć fonicznie. Rega wchodzi w ten tygiel bez jakichkolwiek jazzowych naleciałości. Ma power i tysiące pomysłów na sekundę. Cuchnie psychodelią, smakuje rockowym sztafażem. Nie brakuje mu także pokory, potrafi zejść na drugi plan i dać zaistnieć Chantowi i Carmonie. Tak dzieje się już w połowie pierwszej płyty. Saksofonista ma wtedy swoje pięć minut i nie odpuszcza. Drugi krążek zyskuje na wartości dzięki wygłuszeniu emocji i skupieniu się każdego z muzyków na brzmieniowych detalach. Rośnie też wzajemne zrozumienie i skłonność do kooperacji. Finał pokazuje więcej niż obiecywał hałaśliwy początek.




ACME (kwiecień?, 2011). Kolejna w pełni free improv propozycja. Intrygujący kwartet na dwa saksofony (Chefa Alonso na sopranie, Tom Chant na tenorze i sopranie) i krwistą motion sekcję (Barbara Meyer na wiolonczeli i Javier Carmona na perkusji). Cztery traki, niespełna 40 minut emocji. Od razu dodajmy – wielkich emocji! Saksofony przez całe nagranie pozostają w konwulsyjnym zwarciu, grają bez przerwy i wiją się wokół siebie, jak przypalone węgorze. Dyskutują, poklepują wzajemnie, nie stroniąc od uroczych, rozwichrzonych harmonii. W tle pląsa jakże kobieca w dotyku, plumkająca wiolonczela i wybrzmiewa nienachalny, pałeczkowaty drumming. Szczególnie zmysłowe zdają się być dialogi dwóch saksofonów sopranowych. Gdy w finale wiolonczela zaczyna drapieżnie smyczkować, dęciaki puentują to wyborną eskalacją. What a game!

A Man With A Hyena, Live At Robadors23 (wczesna jesień, 2011). Ostatnia w tym zestawie całkowicie swobodna improwizacja, tu w trzyosobowym składzie. Chantowi (saksofony, tu określone edytorsko jako reeds) towarzyszą Javiera Garcia na basie (to niechybnie kontrabas, ale istotnie amplifikowany) i Dani Dominguez na perkusji. Trzy duże kwadranse free jazzowej młócki. Chanta oczywiście stać na wszelkie subtelności, ale w towarzystwie tej sekcji nie dostaje szansy. Głośno, ostro i w ciągłym, nie zawsze przyjaznym zwarciu. Jedynie środek tego koncertu, gdy sekcja trochę odpuszcza, pozwala nam rozkoszować się kunsztem improwizatorskim Toma. Recenzent tylko nie wie, kto w tym zestawie został określony mianem Hjeny?

Na koniec dwie bardzo szczególne i dobitnie wartościowe płyty, za którym stoi przede wszystkim iście renesansowy geniusz El Pricto. Twórcy, który był głównym kreatorem obu przedsięwzięć, acz w najmniejszym stopniu muzykiem, realizującym określone potoki dźwiękowe.

Slaugtherhouse-Five (kwiecień, 2011). Po naszemu Rzeźnia Numer 5! Skojarzenie z jedną z najlepszych powieści Kurta Vonneguta, jak najbardziej stosowne. Jak donosi opis płyty, koncepcja, kompozycja (dwie z pięciu części) i dyrygentura po stronie El Pricto, zmyślne i kreatywne wykonawstwo po stronie kwintetu. Ten ostatni to trzy kolory saksofonów – altowy (Agustí Martínez), barytonowy (Xavier Díaz Herrera) i tenorowy (Tom Chant), kontrabas (Miguel Serna) i perkusja (Javier Carmona). Oto i wyjątkowa muzyka – ledwie 32 minuty dynamicznej, wspaniale zagranej i precyzyjnie dyrygowanej opowieści o urokach brzmienia saksofonów. Feeria barw, zwrotów akcji, pyskówek i zgodnych chórów piekielnych. Opowieść pełna rubasznego humoru, godnego zaiste wielkiej literatury, która ją zainspirowała. Ilustracyjna petarda, która urodą przypomina chwilami lekko upalonego Komedę. Doskonałe!




Orgonite, Protozoa (późna jesień, 2011). Na finał tej okropnie długiej opowieści, freejazzowy nieomal kwartet, bogobojnie poddany dyrygenturze El Pricto. Dwa saksofony (Tom Chant, sopran i tenor oraz Don Malfon, alt i baryton), kontrabas (Alvaro Rosso) i perkusja/ perkusjonalia (Javier Carmona). Dwa fragmentu autorstwa El Pricto (wspaniałe, rozbudowane, bogate aranżacyjnie perły … free jazzu), trzy pozostałe by Orgonite (bardziej swobodne improwizacje, wszakże realizowane pod czułem okiem dyrygenta). Zjawiskowa płyta, która rozkłada recenzenta na cztery łopatki. Gdzie leży granica między sterowaną kreacją, a buńczuczną spontanicznością? A może dopiero mieszanka tych elementów daje naprawdę wartościowy efekt? El Pricto, wyjątkowy muzyk i twórca, który stawia pytania i zostawia nas z pustką braku jednoznacznych odpowiedzi.


*) Historia Osobnego Wędrowca
**) krążek ten był już recenzowany na Trybunie, jednakże z mniejszym stopniem szczegółowości
***) przypominam, że wszystkie pozycje katalogowe Discordian Records dostępne są w streamingu i plikach audio na stronie discordianrecords.bandcamp.com.