Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ken Vandermark. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ken Vandermark. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 czerwca 2023

Spontaniczny czerwiec w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Wiosenna edycja cyklu koncertowego Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club wchodzi w decydującą fazę. Czerwiec przynosi wielbicielom muzyki improwizowanej aż trzy koncerty, zwiastuje niebywałe emocje, zapowiadając jednocześnie duży rozstrzał stylistyczny. Najpierw free jazz, potem swobodnie improwizowana kameralistyka z głosem operowym, wreszcie pakiet efektownych, elektroakustycznych igraszek z dźwiękiem, po części zapewne predefiniowanych. Organizatorzy zapraszają na koncerty odpowiednio 11, 16 i 21 czerwca.



 

Czterdziesta szósta edycja spontanicznego cyklu, to prawdziwa perła w koronie koncertowych wydarzeń muzyki improwizowanej bieżącego roku. Na poznański Stary Rynek (koncert odbędzie się w siostrzanym klubie Dragona, SARP Social Club) zawita bowiem doskonale znamy saksofonista amerykański Ken Vandermark i jego równie rozpoznawalny na scenie free jazzowej norweski perkusista Paal Nilssen-Love. Rzecz wydarzy się już w najbliższą niedzielę.

Jeśli mielibyśmy szukać najbardziej wartościowego duetu saksofon-perkusja we współczesnej historii free jazzu, zwłaszcza tej w nowym millenium, bez ryzyka popełnienia najmniejszego błędu wskazać winniśmy na duet Vandermarka i Nilssena-Love. Amerykanin i Norweg grają razem od roku 2002 i zdają się być w swym duetowym dziele zniszczenia wyjątkowo konsekwentni. Każdy z nich sam jest już historią gatunku, ale to, co tworzą wspólnie, być może stanowi jej najważniejszą część. Muzycy wydali jak do tej pory jedenaście albumów. Choć obaj pracowali w wielu uznanych przez krytykę grupach - od Peter Brötzmann’ Chicago Tentet, Lean Left (z Terrie Hesselsem i Andy Moorem z The Ex) po Double Tandem (z holenderskim saksofonistą, Abem Baarsem) - od kilkunastu lat wciąż wracają do swojego duetu, ponieważ pozostaje on kluczowy dla ich twórczości.

 

Spontaneous Live Series Vol. 46

Ken Vandermark - saksofon tenorowy i klarnet

Paal Nilssen-Love - perkusja i instrumenty perkusyjne

11 czerwca 2023, SARP Social Club, Stary Rynek, Poznań, godzina 19.00

Bilety: https://tiny.pl/chnxn



 

Po eksplozji free jazzu, Spontaneous Live Series kontynuuje spotkania z kameralną muzyką improwizowaną, zainicjowane w czwartą sobotę maja. Jak dowodzi ów koncert, i ta dziedzina dźwiękowego szaleństwa potrafi być gorąca i definitywnie zaskakująca.

W piątek 16 czerwca organizatorzy zapraszają na koncert kwartetu KAMM, który swą obecną aktywnością inauguruje muzykowanie w tym składzie. Wspaniale łączy on iberyjski temperament portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy i katalońskiej pianistki Jordiny Milli z niemiecką precyzją i wirtuozerią wykonawczą wokalistki Almut Kühne i perkusisty Wielanda Möllera. Na koncercie czeka nas zapewne ocean niespodzianek i intrygujących splotów dramaturgicznych. Biogramy artystów i ich artystyczne doświadczenia (w odniesieniu do niemieckiej części kwartetu, nie tylko na polu muzycznym, ale także teatralnym i tanecznym) wskazują, iż z tego ponadgatunkowego tygla musi powstać coś niebywale nowatorskiego i nieprzewidywalnego.

 

Spontaneous Live Series Vol. 47

Almut Kühne - głos

Jordina Millà - fortepian

Gonçalo Almeida - kontrabas

Wieland Möller – perkusja

16 czerwca 2023, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Poznań, godzina 20.00

Bilety: https://tiny.pl/cqsqq

 



Czterdziesta ósma edycja spontanicznego cyklu, jaka będzie miała miejsce we środę 21 czerwca, to kolejna odsłona opowieści pod tytułem „Improwizacja nie jedno ma imię”. Z punktu widzenia rozbudowanego i tajemniczego instrumentarium, zapowiada się wieczór definitywnie elektroakustyczny, eksplorujący coś, co być może znajduje się pomiędzy idiomem kompozycji, a idiomem improwizacji.

Do Dragona wracają – uczestniczka ostatniej edycji Spontaneous Music Festival, francuska artystka Laure Boer i wielokrotny festiwalowy wojownik, Wojtek Kurek. Pomiędzy nimi, a może na początku lub na końcu tej konstelacji, zaprezentuje się także Michał Krajczok. Czekają nas trzy solowe sety wielokolorowych, dźwiękowych układanek.

Twórczość Laure Boer jest inspirowana muzyką noise i tradycyjnym folkiem. Jej występy to hipnotyczne improwizacje wokół tradycyjnych instrumentów, elektroakustycznych i DIY-elektronicznych obiektów, a czasem także głosu, śpiewającego lub recytującego w jej ojczystym języku francuskim. Z kolei GAŁGAŁ to solowy projekt berlińskiego muzyka i projektanta dźwięku Michała Krajczoka. Jego twórczość opiera się zarówno na kompozycji, jak i improwizacji z osobliwym podejściem do syntezy modularnej. Wojtek Kurek zagra na małym zestawie perkusyjnym preparowanym przez „patch” w środowisku max/msp. Cyfrowe i taśmowe loop'y przekształcają tu dźwięk perkusji przyspieszając go lub spowalniając - wędruje on później przez szereg filtrów, a także kolejne poziomy loop'ów i buforów. Będzie się działo!

 

Spontaneous Live Series Vol. 48

Laure Boer – instrumenty różne i tajemnicze urządzania

Michał Krajczok – jak wyżej

Wojtek Kurek – jak wyżej, także perkusja.

21 czerwca 2023, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00.

Bilety będą dostępne wkrótce.



niedziela, 17 kwietnia 2022

Spontaneous Live Series zaprasza na wiosenne koncerty muzyki improwizowanej!


(informacja prasowa)

 

„Spontaneous Live Series” - cykl koncertów muzyki improwizowanej, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, zaprasza na wiosenne edycje – odpowiednio 26., 27., 28. i 29. spotkanie z jak zawsze frapującymi dźwiękami, powstającymi na ogół w procesie całkiem swobodnie kreowanych zdarzeń dźwiękowych.

Na kwiecień, maj i czerwiec organizatorzy przygotowali cztery edycje cyklu, na które złoży się … pięć koncertów! Zaprezentują się na nich muzycy z Europy i Ameryki Północnej, zarówno ci dobrze już znani ze sceny Dragona, jak i absolutni debiutanci.

 


Najbliższy koncert odbędzie się w sobotę 23 kwietnia, a w jego ramach zaprezentują się dwa tzw. podmioty wykonawcze. Solowy spektakl na saksofon tenorowy i sopranowy zaprezentuje jeden z najciekawszych muzyków swobodnej improwizacji z Półwyspu Iberyjskiego, Katalończyk Albert Cirera. Muzyk świetnie w Polsce rozpoznawalny, wydawany i kilkukrotnie już koncertujący. Saksofonista zagra w czterech polskich miastach, a jednym nich będzie Poznań. Trasa promuje drugie solowe wydawnictwa Cirery, zatytułowane „Âmago”. Przypomnijmy, iż pierwsza płyta solowa tego muzyka ukazała się w Polsce prawie pięć lat temu (w ramach iberyjskiej serii Multikuti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej), a nosiła tytuł „Lisboa ’a Work”. Tego samego dnia na scenie Dragona zaprezentuje się także Wood Organisation, duet stworzony przez muzyków polskich, rezydujących w Kopenhadze – Tomo Jacobsona i Szymona Pimpona Gąsiorka. Także ci artyści organizują trasę koncertową po naszym kraju, a promować w jej trakcie będą nowy album zatytułowany „Drimpro”. Kontrabas, perkusja i cały arsenał elektroakustycznych dodatków gwarantują nam doprawdy spektakularny koncert. Dwa sety, trzech muzyków i długi, sobotni wieczór przed nimi – wszystko to daje nadzieję, iż  dojdzie także do improwizowania w trio. Tego organizatorzy są niemal pewni.

 


Na długi weekend majowy warto zaplanować dwudniową wizytę w Poznaniu! 2 maja w klubie SARP i 3 maja w klubie Dragon będzie miała miejsce rezydencja niezwykłego kwartetu – Ken Vandermark (saksofony i klarnety), Istvan Grencso (saksofony i klarnety), Elisabeth Harnik (fortepian) i Paul Lytton (perkusja, instrumenty perkusyjne). Świetnie znany publiczności Dragona i całej krajowej scenie freejazzowej saksofonista z Chicago grywał zarówno z austriacką pianistką (choćby trio DEK), jak i angielskim perkusistą (trio CINC, czy też na poły genialna, duetowa płyta „English Suites”). Elementem nowym w tym intrygującym kwartecie jawi się nam weteran węgierskiego jazzu awangardowego. Jego rozbudowane portfolio obiecuje naprawdę wiele! Mieszanka temperamentów wydaje się w tej sytuacji gwarantować niebywałe emocje i trudny do zwerbalizowania konglomerat wartości artystycznych. Dodajmy, iż każdy z koncertów będzie się składał z dwóch setów – najpierw wystąpi duet (odpowiednio: Vandermark i Harnik oraz Lytton i Grencso), potem zaś kwartet. A może coś jeszcze? Wszak w spontanicznej serii wszystko jest możliwe!

Trzy tygodnie po wyżej wspomnianym wydarzeniu na scenie Dragona zawita czternastoosobowa Wielka Regionalna Grupa Swobodnej Improwizacji z kanadyjskiego Quebecu! Jej oryginalna, francuskojęzyczna nazwa to Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, ale artyści na ogół używają skrótu Le GGRiL. Załoga dowodzona przez basistę Érica Normanda jest ważnym elementem świata improwizujących orkiestr niemal od dekady. Nagrywali z nią m.in. Evan Parker i John Butcher. Orkiestra improwizowała także do kompozycji wielu znanych muzyków jazzowych, choćby amerykańskiej saksofonistki Ingrid Laubrock. Ostatnia płyta GGRiL zwie „Sommes’, składa się z trzech krążków i dokumentuje wszystkie lata działalności Orkiestry, która w ubiegłym roku obchodziła swoje 15-urodziny. Kanadyjczycy będę podróżować w maju po całej Europie, a koncert poznański jest jedynym polskim przystankiem w tej trasie. Nie sposób go pominąć w swoich planach koncertowych. Zatem dla fanów gatunku i nie tylko – kolejna lekcja obowiązkowa. Koncert odbędzie się we środę 25 maja.

Wiosenna odsłona cyklu „Spontaneous Live Series” zakończy się 10 czerwca koncertem dwóch tytanów portugalskiej sceny muzyki improwizowanej – gitarzysty Marcelo Dos Reisa i trębacza Luisa Vicente. Muzycy ci grywali już w Dragonie na spontanicznych festiwalach, a ich trasa w naszym kraju obejmować będzie więcej zdarzeń niż ten jeden koncert. Dos Reis i Vicente mają w swoim dorobku wiele wspólnych nagrań – na ogół są to kwartety (Points i Light Machina doczekały się wydawnictw w poznańskiej serii iberyjskiej, Chamber 4 w renomowanych FMR Records i Clean Feed), grywali też w trio, ale w duecie są to ich pierwsze wspólne nagrania.

 

Pełna lista wiosennych koncertów Spontaneous Live Series, edycje 26-29:

 

23 kwietnia, Albert Cirera, Wood Organisation (Tomo Jacobson, Szymon Gąsiorek)

https://mu-mu.bandcamp.com/album/mago

https://gottaletitout.bandcamp.com/album/drimpro

 

2-3 maja, Ken Vandermark/ Istvan Grencso/ Elisabeth Harnik/ Paul Lytton

https://trostrecords.bandcamp.com/album/burning-below-zero

https://vandermark1.bandcamp.com/album/english-suites

 

25 maja, Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée

https://tourdebras.bandcamp.com/album/sommes

https://tourdebras.bandcamp.com/album/vivaces-evan-parker-ggril-cd

 

10 czerwca, Marcelo Dos Reis/ Luis Vicente

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/light-machina

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/points

 

Koncerty rozpoczynają się o godzinie 19.30 (majowa rezydencja) lub 20.00 (pozostałe wydarzenia). Bilety dostępne są (lub niebawem będą) na stronie kupbilecik.pl



 

wtorek, 2 marca 2021

Mikołaj Trzaska! Full detailed in the air, as quartet in literature’ flow and finally solo!


Niniejszy tekst powstał na potrzeby portalu polish-jazz i tamże został pierwotnie opublikowany w formie trzech separatywnych recenzji

 

Zapraszamy na spotkanie z Mikołajem Trzaską, muzykiem, który nie wymaga specjalnych rekomendacji, ani introdukcji na jakichkolwiek łamach, które choć trochę interesują się muzyką kreatywną, nawet bez zagłębiania się w niuanse gatunkowe, czy stylistyczne.

Trzy nagrania, które ukazały się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, pokazujące, jak wszechstronnym muzykiem jest Trzaska. Zapewne, gdybyśmy do tego zestawu dodali jeszcze muzykę skomponowaną do filmy Kler, obraz współczesnych dokonań artysty byłby kompletny.

Najpierw swobodna improwizacji w zacnym trio, które zdaje się mieć swoje korzenie zarówno we free jazzie, jak i dalece wyzwolonej kameralistyce. Potem dwa dokonania … literackie – potężne tomisko ze słowami Andrzeja Stasiuka oraz artystyczny drobiazg solowy na … ośmiocalowej płycie, ręcznie wycinanej, pracującej na różnych obrotach. W ramach pracy domowej sięgnijcie jeszcze po książkę w realu – wywiad rzekę z Trzaską, która nie mogła się lepiej nazywać – Wrzeszcz!

 


Details in the air (Górczyński/ Trzaska/ Vandermark)  Totaal (Kilogram, CD 2019)

To intrygujące, dęte trio znamy już z bardzo udanej, debiutanckiej płyty Open Containers. Ich druga płyta zdaje się osiągać już totaalnie wysoki poziom. W przeciwieństwie do debiutu bardziej uporządkowana dramaturgicznie, świetnie brzmiąca i pokazująca jeszcze lepiej skomunikowanych wzajemnie muzyków. Dodatkowo mamy wrażenie, iż trio, które swą przygodę osadzało dotychczas bardziej w tradycji free jazzu, teraz coraz chętniej zapuszcza się w rejony swobodnej kameralistyki. Niewątpliwe duża w tym zasługa obytego w tego rodzaju świecie muzycznym Michała Górczyńskiego. Wskażmy najbardziej udane fragmenty totaalnej improwizacji (bez wątpienia w pewnym stopniu predefiniowanej).

Już samo otwarcie płyty daje szansę tezie recenzenta o rosnącym posmaku kameralistyki w improwizacjach Detail In The Air. Łagodnie frazy, klarnety, saksofon i dużo powietrza pomiędzy dźwiękami. Opowieść przypomina spacer po coraz gęstszym lesie. Emocje zdają się rosnąć z każdą sekundą, a masywne klarnety pięknie śpiewają w bardzo wysokich rejestrach. Druga opowieść pełna jest egzystencjalnej trwogi, metafizycznego wręcz smutku – zbudowana z samych klarnetowych fraz, które świetnie się uzupełniają, a sami artyści wciąż potrafią nas czymś zaskakiwać. Równie zmysłowe jest samo zakończenie, które konstruują dronowe ekspozycje wszystkich instrumentów.

Piąta improwizacja tkana jest niemal z samych drobiazgów. Na poły rytmiczne szumy, mikro frazy pijanych dysz saksofonu i masywna baza klarnetu kontrabasowego – świetnie skomunikowana opowieść, po czasie pełna dynamicznych szczegółów. Szósta część kipi free jazzem, to informacja ważna dla tych, którzy na tej płycie szukają nade wszystko ognia. Wreszcie sam totaalny finał, który znów zdaje się startować z samego dna ciszy. Dźwięki, które rodzą się w bólach, tworzące mgławice szeleszczących fonii, szumów i głębokich oddechów, z której po kilku narracyjnych pętlach zaczynają wykluwać się zadziorne i całkiem dynamiczne frazy.

 


Andrzej Stasiuk/ Raphael Rogiński/ Mikołaj Trzaska/ Paweł Szpura  Grochów głosem (Kilogram, 2CD 2020)

Grochów głosem, to nie pierwsze już spotkanie Trzaski z szorstką, męską, w wielu momentach genialną prozą Andrzeja Stasiuka (ze zbioru opowiadań Grochów i jego felietonów prasowych), tym razem jednak obudowaną bardzo poważnym aparatem muzycznym. Stasiuk recytuje leniwym, chwilami niechlujnym, niestroniącym od kantów, ale jakże aktorskim głosem, a trzech zasłuchanych (niezasłuchanych) muzyków buduje … no właśnie, wcale nie tło. Buduje swobodną, luźną, ale całkowicie samodzielną narrację muzyczną. Niemal dwie godziny z Grochowem Głosem jest zatem nie tylko niebywałą przygodą literacką, ale także świetnym, muzycznym albumem. Być może każdy z tych elementów (tekst i muzyka) świetnie radziłby sobie osobno, ale to właśnie połączenie obu strumieni dźwięków powoduje, iż efekt pracy tej czwórki artystów godny jest wielokrotnego z nim obcowania. Aż dziwne, że na upublicznienie tej sesji literacko-muzycznej czekać musieliśmy osiem długich lat.

To, co szczególnie wartościowe na tej płycie, to utwory najdłuższe. Z jednej strony pozwalają fantastycznie wybrzmieć tekstowym potokom świadomości (oczywiście osadzonych w realiach świata, jak tylko to jest możliwie), z drugiej strony stwarzają mnóstwo wolnej przestrzeni dla muzyków, którzy biegli w improwizacji, dają wspaniały upust swoim temperamentom. Z oczywistych względów poniżej skupimy się głównie na muzycznych aspektach nagrania.

W nocy patrzyłem przez okno buduje slajsowa, płynąca szerokim korytem gitara. Saksofon z zabrudzonym brzmieniem pojawia się jako drugi, a swing perkusyjnych szczoteczek jako ostatni. Czarny blues zdaje się rosnąć razem z tekstem Stasiuka. W części środkowej jest czas na prawdziwie free jazzową eksplozję saksofonu, a w części końcowej na przeszywające trzewia frazy klarnetu basowego, żyjące wraz z tekstem, który zdaje się być równie intensywny, jak same dźwięki muzyki. W warstwie literackiej najciekawszy wydaje się być tekst Jaka to męka. Ponad 17-minutowa, chyba kluczowa część Grochowa jest bystrze komentowana przez muzykę. Ta snuje się leniwie, stawia na mikro improwizacje akustycznej gitary i rzewnego, na poły semicko brzmiącego klarnetu.

I jeszcze kilka perełek z tej słowno-muzycznej epopei. Co dzieje się z czasem, który minął, to prawdziwy, drogowy blues. Tyle razy jechałem w stronę tego miasta, to z kolei zmysłowa ekspozycja klarnetu basowego. Zimowy chłód w listopadzie, to lekka, niemal frywolna narracja dźwiękowa, która podpina się pod tekst o obozie koncentracyjnym. Słyszał, ale nie słuchał, to prosta piosenka z akcją równie leniwą, jak wymuszona pamięć o zmarłych. Ziąb na Manhattanie, to kolejna tekstowa petarda, którą zdobi jedynie improwizująca perkusja. Staliśmy w martwym wnętrzu opowiada (nie tylko) o piekarni. Tekstowi towarzyszą drobne, urywane fonie, niczym field recordings skradzione z realnej rzeczywistości. Wreszcie Mamy tutaj domy z drewna – chyba najbardziej przejmujący tekst Stasiuka, zdobiony narracją, która najpierw stawia na gitarowy chill-out, a potem snuje się temperamentnym, post-rockowym strumieniem, który narasta wraz z dramaturgią słowa.

 


Mikołaj Trzaska  Nie Promised Land (Don't Sit On My Vinyl!, 8”EP 2020)

Trzecie dziś spotkanie z Mikołajem, to absolutnie bezpretensjonalna, zwiewna, uroczo skonstruowana, solowa ekspozycja na … kilka instrumentów dętych, małe perkusjonalia i mgławice ambientowej elektroniki, która snuje się w tle i maci spokój narratora. Tak, narratora, albowiem Trzaska w dwóch utworach recytuje swoje proste, ale bardzo zgrabne, delikatnie metafizyczne teksty o … przyrodzie i próbach jej zrozumienia, czasami nie do końca skutecznych.

Pierwsza opowieść, to dwa dęte wątki, skromny drumming i huczące knieje ambientu, siejącego niepokój i czerstwe emocje. W drugiej i trzeciej opowieści pojawia się tekst, który płynie wraz z muzyką, czasami wbrew muzyce. One man orchestra, która ma dużo do powiedzenia, dużo do zagrania, ale nie czuje wobec siebie i otoczenia jakiejkolwiek presji. Intrygujące słowa tej jakże specyficznej etno-psychotyki jednocześnie bawią, inspirują i nade wszystko pytają o ciąg dalszy, którego nie ma i nie będzie. Gdy tekst milknie, powstaje dodatkowa przestrzeń, która zdaje się wzbudzać więcej emocji w tubach dętych przedmiotów codziennego użytku muzyka. Na koniec pojawia się także kilka akcentów elektroakustycznych, kolejny zalążek, tego, co mogłoby się na tej płycie dokonać, ale na razie, w ciągu tych dziesięciu minut z okładem, jeszcze się nie dokonało. Będziemy wyjątkowo cierpliwie czekać na tak zwany dalszy ciąg.


 

niedziela, 23 lutego 2020

Let's start the New Thing! Rusza wiosenna edycja Spontaneous Live Series – Live In Dragon 2020!


Cykl koncertów muzyki improwizowanej „Spontaneous Live Series”, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, rozpoczyna swoją edycję wiosenną roku 2020.

Nate Wooley, Satoko Fujii, Sainhko Namtchylak, Ken Vandermark, Albert Cirera, Kaja Draksler, Kazuhisa Uchihashi, Kjetil Møster, czy kanadyjska orkiestra improwizująca Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, to tylko niektórzy spośród tych, którzy począwszy od najbliższego czwartku, a skończywszy na drugim wtorku czerwca, zawitają do Poznania, by zaprezentować w Klubie Dragon swoją mniej lub bardziej swobodnie improwizowaną muzykę. Oczywiście nie zabraknie także akcentów freejazzowych, a nawet post-rockowej psychodelii.




Grupę znakomitych gości zagranicznych uzupełni silny zaciąg polskich muzyków improwizujących – Paweł Szamburski, Patryk Zakrocki, Wojtek Kurek, Witold Oleszak, Szymon Pimpon Gąsiorek, czy Sławek Janicki.

To właśnie ostatni z nich, bydgoski kontrabasista, zainauguruje cykl wiosenny, wspólnym występem z legendarną wokalistką współczesnej awangardy, pochodzącą z Tuwy, Sainkho Namtchylak. Ich występ poprzedzą dwa sety solowe w wykonaniu Mateusza Rosińskiego aka WD 30 oraz Wojtka Kurka. Pierwszy improwizował będzie prawie wyłącznie przy wykorzystaniu instrumentarium elektronicznego, drugi nie będzie od niego stronił, ale przede wszystkim wykorzystywał będzie swoje podstawowe narzędzie pracy, czyli perkusję. Pierwszy koncert „Spontaneous Live Series” odbędzie się we czwartek 27 lutego. Do Dragona zapraszamy od godziny 19.00.

Poniżej pełny program wiosennej edycji cyklu koncertowego:

27.02 Sainhko Namtchylak & Sławek Janicki/ Wojtek Kurek/ Mateusz Rosiński WD 30
(free improv voice & double bass/ drums with electronics/ impro electronics)

15.03 Henrik Olsson & Ola Rubin
(free improv guitar & trombone)

28.03 SzaZa  Kazu (Paweł Szamburski, Patryk Zakrocki, Kazuhisa Uchihashi)
(clarnets, violin, guitar, all with electronics)

10.04 Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)
(free jazz with trumpet, sax, guitar/bass, drums)

17.04 Møster!/ Albert Cirera/ Witold Oleszak
(abstract improvised post-rock/ free improv sax solo and with piano)

21.05 Le GGRiL - Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée
(improvised orchestra)

24.05 KAZE (Christian Pruvost, Natsuki Tamura, Peter Orins, Satoko Fujii)
(post-jazz with two trumpets, drums & piano)

09.06 Czajka & Puchacz (Kaja Draksler & Szymon Pimpon Gąsiorek)
(impro piano & drums)



wtorek, 3 września 2019

New Wave Of Impromptu! 3.Spontaneous Music Festival 2019! Kick Off at October 3rd!



Trzecia edycja Spontaneous Music Festival – z tytułem własnym „New Wave Of Impromptu” - kontynuuje eksplorację najciekawszych zjawisk muzyki swobodnie improwizowanej na Starym Kontynencie. Tegoroczna edycja rozszerza jednak ów programowy krąg zainteresowań o muzykę improwizowaną, budowaną na bazie wcześniej zdefiniowanych notacji graficznych, a także estetykę dark ambient! Festiwal odbędzie się w Poznaniu do 3 do 6 października br. w klubach Dragon i Pawilon.





Wyżej wspomniane, nowe zjawiska festiwalowe dostarczy główny rezydent wydarzenia, belgijski gitarzysta Dirk Serries. Artysta legenda w obszarze muzyki elektronicznej i ambientowej (jako VidmaObmana i Fear Falls Burning), od lat także ważna postać europejskiej muzyki improwizowanej, szef artystyczny wydawnictwa „A New Wave Of Jazz”. Muzyk zagra w trakcie festiwalu aż czterokrotnie – w ramach swobodnie improwizujących Kodian Trio i duetu z altówką, przewodzić będzie dużemu składowi Tonus Ensemble, który improwizować będzie w estetyce minimal music przy użyciu wcześniej przygotowanego scenariusza (notyfikacji graficznej gitarzysty, powstałej specjalnie na potrzeby festiwalu), wreszcie zaprezentuje solowy, gitarowy set muzyki ambient. Ten ostatni, ekskluzywny występ, uświetni urodziny muzyka, które przypadają dokładnie w dniu 4 października.

Doskonałym uzupełnieniem prezentacji dorobku Serriesa na poznańskim Festiwalu będą koncerty uznanych w Polsce i na świecie gwiazd muzyki jazzowej i improwizowanej. Na festiwalowych scenach zagrają m.in. niemiecki trębacz Axel Dörner (pierwsza wizyta w Poznaniu) z kwartetem The Electrics (z udziałem szwedzkich przyjaciół - Sture Ericsona, Joe Williamsona i Raymonda Strida), amerykański saksofonista Ken Vandermark w trio z absolutną ekstraklasą polską - Mikołajem Trzaską i Michałem Górczyńskim (jako Details In The Air), wreszcie kataloński saksofonista Albert Cirera w duecie z Ramonem Pratsem.  W ramach formacji z udziałem Dirka Serriesa, na scenie poznańskich klubów zaprezentują się także młode lwy z Wielkiej Brytanii – znani z poprzedniej edycji Festiwalu, saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle oraz – po raz pierwszy w Polsce – altowiolista Benedict Taylor.  Ostatni z wymienionych muzyków zagra także set solowy.

W gronie uczestników Festiwalu nie zabraknie muzyków improwizujących z Poznania i Wielkopolski – zagra, co jest już tradycją spontanicznych festiwali, Poznańska Orkiestra Improwizowana, a w mniejszych składach oraz w ramach Tonus Ensemble zaprezentują się także - Witold Oleszak, Paweł Doskocz, Ostap Mańko i Anna Szmatoła.

Obok zaprezentowanych wyżej składów, które funkcjonują artystycznie na scenach Europy i świata od dawien dawna, widzowi będą mogli obejrzeć konfiguracje personalne złożone z muzyków, którzy zagrają ze sobą po raz pierwszy. To także cenna i kultywowana od pierwszej edycji zasada Spontaneous Music Festival w Poznaniu.

Szczegółowy program Festiwalu

3.10, czwartek
Dragon Social Club
19.00 – Otwarcie festiwalu, Intro solo (Witold Oleszak fortepian)
20.00 - The Electrics (Sture Ericson saksofon, Axel Dörner trąbka, Joe Williamson kontrabas, Raymond Strid perkusja)
21.00 - Kodian Trio (Colin Webster saksofon, Dirk Serries gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)

4.10, piątek
Dragon Social Club
19.00 – Ad Hoc Quartet (Colin Webster saksofon, Witold Oleszak organy Hammonda, Paweł Doskocz gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)
Pawilon
21.00 – Benedict Taylor solo (altówka)
22.00 – Dirk Serries solo ambient (gitara elektryczna)
Dragon Social Club
23.30 – Jam Session, Urodziny Dirka

5.10, sobota
Dragon Social Club
18.00 – Ad Hoc Duo (Colin Webster saksofon, Albert Cirera saksofon)
19.00 – Dirk Serries / Benedict Taylor Duo (gitara akustyczna, altówka)
20.00 – Duot (Albert Cirera saksofon, Ramon Prats perkusja)
21.00 – Tonus Ensemble (Dirk Serries gitara akustyczna, Paweł Doskocz gitara akustyczna, Witold Oleszak fortepian, Colin Webster saksofon, Benedict Taylor altówka, Ostap Mańko skrzypce, Andrew Lisle perkusja, Anna Szmatoła wiolonczela)

6.10, niedziela
Miejsce TBA
18.30 - Poznan Improvisers Orchestra/ Poznańska Orkiestra Improwizowana (m.in. z gościnnym udziałem Benedicta Taylora)
Dragon Social Club
20.00 - Details In The Air (Michał Górczyński, Mikołaj Trzaska, Ken Vandermark – klarnety)

Organizatorzy:
Trybuna Muzyki Spontanicznej / Dragon Social Club
Współorganizator: LAS, Partner: Pawilon
Patronat:
Dwójka - Program 2 Polskiego Radia / PopUpMusic.pl / Jazzarium.pl / Zoharum - new experimental art / Maciej Lewenstein


Oficjalna strona Festiwalu:




środa, 10 kwietnia 2019

Details In The Air! Open Containers!


Recenzja powstała dla polish-jazz.blogspot.pl i tamże opublikowana parę tygodni temu


Klarnetowo-saksofonowe spotkanie niemal na szczycie. Dwóch poważnych gentlemanów, Vandermark i Trzaska, free jazzowe ikony średniego pokolenia i młodszy, ale równie bezczelny artystycznie, w tym gronie być może jeszcze aspirant - Górczyński.

Nagranie tria, w trakcie którego przez palce i usta muzyków przewijają się cztery rodzaje klarnetów i trzy saksofonów. Moc wrażeń, kilka karkołomnych zwrotów akcji i niebanalnych rozwiązań dramaturgicznych. Sprawdźmy tę historię opowiedzianą w dziesięciu częściach, zweryfikujmy także, co sprawia, że formacja Details In The Air nie jest tylko młodszą siostrą Reed Trio, ani tym bardziej tria Sonore.




Start wyznacza rzewna opowieść klarnetów i saksofonu, od pierwszej chwili wszakże intensywna, w pełni kolektywna, artystycznie demokratyczna. Muzycy brną w improwizację bardzo swobodnie, bez umownego podziału na solistę i akompaniatorów. Narracja w każdej niemal opowieści jest poddawana nieustannym zmianom, jakby muzycy w każdej sytuacji szukali jeszcze ciekawszego rozwiązania dramaturgicznego. Bagaż doświadczeń, ciężar odpowiedzialności za dźwięk i ulotność chwili – to płaszczyzny odniesienia dla wyczynów każdego z instrumentalistów.

Druga historia toczy się w klimatach delikatnie kameralistycznych. Skupienie, dbałość o szczegóły (Details!), brak free jazzowej brawury – to atrybuty nie tylko tego fragmentu Open Countainers. W tym tyglu improwizacyjnych kompetencji, w wielu momentach odnieść można wrażenie, że narrację ciągnie i kreatywnie kształtuje Górczyński. Być może jego ponadgatunkowe doświadczenia w uprawianiu muzyki sprawiają, iż wnosi on do tria powiew czegoś w oczywisty sposób niejazzowego. Ogromny nadto szacunek budzi fakt, w jaki sposób muzyk ten panuje nad niełatwą sztuką kształtowania klarnetowych fraz.

W wielu momentach muzycy zdają się stać przy delikatnie skwierczącym amplifikatorze. Dodaje to nagraniu pikanterii, która recenzentowi kojarzyć się może nawet z For Alto Anthony’ego Braxtona. Z drugiej zaś strony, w momentach bardziej lirycznych ekspozycji małych klarnetów, lekko tępi efekt całości. W trzecim utworze trio serwuje nam małe, jakże surowe dźwięki, suche pasaże z wąskich gardeł saksofonów i grzmoty z samego dna klarnetu basowego. Szelest dysz i świst ustników, oto jak ptasia rozmowa nabiera free jazzowych rumieńców. W kolejnym odcinku, ponownie po wyjściu ze strefy ciszy, każdy z muzyków buduje samodzielny dron, który snuje się po podłodze niczym tłusty wąż w oczekiwaniu na bezbronną ofiarę.

Opowieści na płycie toczą się wartko, w niektórych z nich czuć rękę sprawnego cenzora, która czuwa nad tym, by ta akurat opowieść nie była przegadana, nie miała niepotrzebnych dłużyzn. To zdecydowanie sprzyja rosnącej ocenie całości nagrania. Nic bowiem tak nie niszczy nagrania, jak brak krytycznej oceny własnych dokonań. W ciele improwizacji jest to zaś szczególnie trudne. Tu, na tej płycie, muzycy radzą sobie z tym problemem doskonale.

W siódmej części jeden z klarnetów rwie się do wysokiego lotu. Szumy i pomruki, tańce na dyszach i szczypta przekomarzań. W kolejnej, jeden klarnet śpiewa, drugi prycha, a saksofon separatywnie łka. Potem instrumenty zwracają się ku sobie, stroszą pióra i wchodzą w zmysłowe interakcje. Dziewiąty odcinek ocieka smutkiem, niczym chór niewinnie potępionych, który błaga o niski wymiar kary. Rodzaj semickiego wiatru od nieistniejącego morza, a po chwili niemal free jazzowa eksplozja. Być może najpiękniejszy moment tej płyty. W trakcie pieśni zamknięcia baryton tyczy szlak, klarnet tańczy wokół niego, coś zdaje się dudnić w tle. Finał pełen jest niepokoju, nerwowych ruchów i zgrzytania zębami. Wielogłos wielu instrumentów, jakby muzycy postanowili grać na nich wszystkich jednocześnie. Na ostatniej prostej muzycy łykają ciszę, zatapiają się w milczeniu, w skupieniu, wszak każdy klarnet smakuje semickim bólem.


Michał Górczyński – clarinet Bb, bass clarinet, contrabass clarinet; Mikołaj Trzaska – alto, bariton saxophones & bass clarinet; Ken Vandermark – clarinet Bb & tenor saxophone 

All compositions by Górczyński/Trzaska/Vandermark
Recording by Jan Galbas in Highwave Studio / Gdynia, 26 February 2018

CD Kilogram Records 2018


środa, 3 maja 2017

Rutherford! Rempis! Malaby! Chicago London Underground! Shelter! DEK Trio! McPhee! Küchen! Gustafsson! Courvoisier! Laubrock! Sanchez! Haino! Sobanski! – Cztery miesiące roku 2017 za nami, czyli najwyższy czas na dużą zbiorówkę


Muzyka improwizowana wciąż płynie do nas wyjątkowo szerokim strumieniem. Półki uginają się od płyt, komputery skwierczą z nadmiaru danych, a nasze uszy proszą o … chwilę wytchnienia!

Pozostajemy jednak na polu walki, bez krzty litości dla tych, którzy zwątpili. Nie było podsumowania stycznia, nie było lutego, ani tym bardziej kwartału pierwszego. Kwiecień minął w mgnieniu ucha. Zatem najwyższy już czas na konkretnie obfitą zbiorówkę na Trybunie.

Oczywiście nowe płyty goszczą na tych łamach permanentnie. Nie dalej jak kilka dni temu ogłoszono tu nawet, że pewna portugalska pozycja (The Attic tria Almeida/ Amado/ Franco) zasługuje na miano jak dotąd najlepszej, pośród tych, wydanych ze znakiem 2017. Jak się zupełnie przy okazji okazało, kolejnych kilkanaście płyt z tymże samym znakiem nie doczekało się jeszcze choćby słowa opinii ze strony Pana Redaktora. Za moment zaległość tę odrobimy z nawiązką.

Z litości dla pojemności naszej percepcji, w poniższej zbiorówce pominąłem płyty, które trafiły do mnie już w roku 2017, ale datowane były na rok 2016 (jakkolwiek z dwoma wyjątkami). Przypominam mniej bystrym, tudzież mniej zorientowanym, iż płyty na Trybunie po odsłuchu pierwotnym otrzymują tzw. wstępną rekomendację – zieloną (high), żółtą (middle) lub czerwoną (low). Teraz czas na weryfikację tych koślawych cenzurek. Robotnicy do fabryk, studenci do nauki, pismaki do piór!!!!


Paul Rutherford/ Sabu Toyozumi  The Conscience (NoBusiness Records, 2017)

Przegląd absolutnych świeżynek zaczynamy od nagrania, które powstało prawie…. 18 lat temu! Być może jedna z najwybitniejszych postaci europejskiej muzyki improwizowanej, angielski puzonista Paul Rutherford, nie żyje już od dekady. Bagaż muzyki, jaką pozostawił po sobie, zwłaszcza w wymiarze autorskim, jest niezwykle… uboga. Tym bardziej zatem cieszy nas fakt, że historia ludzkości - w wymiarze dźwiękowym - wciąż przechowuje dla nas łakome kąski.




Dzięki litewskiej niebiznesowej dociekliwości, także determinacji, trafia dziś do nas koncert Paula, poczyniony w Japonii, w towarzystwie perkusisty Sabu Toyozumi, w październiku 1999r. Dociekliwi szperacze internetowi (w tym niżej podpisany) znają zapewne doskonale inny koncert tego duetu (poczyniony rok wcześniej), który od lat dostępny jest na … całkowicie nieodstępnym cd-r, wydanym własnoręcznie przez japońskiego drummera (Fragrance, 2000).

Bez cienia wątpliwości, wszyscy entuzjaści wolnej muzyki improwizowanej doprawdy ginąć winni w odmętach szczęścia z powodu ukazania się wydawnictwa The Conscience (dodajmy, by czara radości przelała się, iż dodatkowo także w edycji winylowej, jakkolwiek uboższej o jeden fragment, ostatni z wydania cyfrowego). I nawet, jeśli ta akurat edycja sztuki improwizacji w wydaniu Paula Rutherforda nie jest szczytem jego możliwości, to radość nasza pozostaje głęboka i istotnie ponadczasowa. Muzyka Rutherforda w duecie z bardzo solidnym japońskim perkusistą jest niezwykle komunikatywna i wyjątkowa radosna, co dodaje jeszcze temu nagraniu wartości. Stanowić ona może także udane wprowadzenie w świat puzonowych imaginacji Paula dla tych, którzy – o, zgrozo! – nie czynili tego wcześniej.

Jeśli najbardziej zielona z zieleni ma jakąś nazwę własną, to winna ona paść w tym miejscu – more than high!!!


Ballister (Dave Rempis, Fred Lonberg-Holm, Paal Nilssen-Love)  Slag (Aerophonic Records, 2017)

Dave Rempis/ Matt Piet/ Tim Daisy  Hit The Ground Running (Aerophonic Records, 2017)

Po egzaltacji starowinką, przyjdźmy już definitywnie do nowości pierwszej tercji roku 2017. Od razu odnotujmy bardzo udane wejście w nowy rok doskonałego, amerykańskiego saksofonisty Dave’a Rempisa. W ramach własnej inicjatywy Aerophonic, proponuje on dwa bardzo smakowite tria, a nam pozostaje jedynie spierać się o to, które z nich jest lepsze. A wybór wcale nie jest łatwy!




Trio Ballister znamy doskonale, to bodaj szóste ujawnienie fonograficzne tego składu. Połączenie ostrego tenoru, błyskotliwej wiolonczeli pod prądem i nadekspresyjnego drummingu nie może nie zakończyć się powodzeniem w kategorii free jazzowe mięcho! Tylko konkret, tylko na temat, z takim ładunkiem energetycznym, że starczyłoby na oświetlenie całego Londynu! Koncert sprzed dwóch lat, z Cafe Oto – obok erupcji emocji, także kilka chwil bardziej wyważonej narracji, które szczególnie polecam (fragment drugi).




Drugi krążek (nomen omen, dostępny jedynie …w wersji elektronicznej), to spotkanie Dave’a z kumplem z podwórka, czyli Timem Daisy’im i bliżej mi nieznanym pianistą Mattem Pietem. Bardzo ciepły jeszcze koncert, bo ze stycznia tego roku, z chicagowskiego Elastic Arts. Dwa fragmenty z oklaskami, które śmiało pomieścić zdoła niezbyt długi winyl. Pozostajemy w kategorii free jazz bez cienia wątpliwości. Choć w ramach Hit The Ground Running słuchamy jednak nieco innej muzyki, iż miało to miejsce w przypadku Slag. Bardzo przypadła mi do gustu pianistyka Matta, który grając swoje, bardzo ciekawie stymuluje wyobraźnię improwizatorską Rempisa w procesie kolektywnej improwizacji. Jest wysoka energetyka, są emocje, ale nie brakuje także chwil zawahania, intrygującego, wzajemnego rozgryzania się. Świetna płyta! Mocne high (!), podobnie zresztą, jak w odniesieniu do tria omówionego akapit wyżej.


Tony Malaby/ Mat Maneri/ Daniel Levin  New Artifacts (Clean Feed Records, 2017)

Nowojorski saksofonista Tony Malaby zyskał onegdaj na tych łamach tytuł wyjątkowo sprawnego rzemieślnika. Nic nie ujmując jego artyzmowi, nie wszystkie jego produkcje wbijały nas w podłogę swą ponadczasowością i nowatorstwem. Wszakże wszelkie atrybuty jego saksofonowego rzemiosła ewidentnie pięknieją w konfrontacji z dobrze rozgrzanymi instrumentami smyczkowymi.




Dowodem choćby najnowsza płyta New Artifacts. Zwinne skrzypce Mata Maneriego i jak zawsze śpiewna wiolonczela Daniela Levina, świetnie konweniują z wyważoną i niebanalną sonorystyką saksofonu tenorowego Malaby‘ego. Nagranie studyjne sprzed półtora roku, oczywiście z Nowego Jorku, cztery zróżnicowane dramaturgicznie opowieści, pod którymi kolektywnie podpisują się wszyscy uczestnicy tego spotkania. Długość całości ledwie winylowa, zatem nawet na moment nie grozi nam nuda, czy niepotrzebne przegadanie tematu. Rekomendacja stanowczo zielona (high!).


Chicago London Underground  A Night Walking Through Mirrors (Cuneiform Records, 2017)

Rob Mazurek, amerykański kornecista, to prawdziwy muzyczny obieżyświat, muzyk o wielu twarzach i zawsze niczym nieskalanej determinacji, by produkować dźwięki, których zadaniem nie jest zamęczanie słuchaczy, ale raczej generowanie samo odnawiających się pokładów przyjemności. Jego naczelny projekt na ogół ma rzeczownik Underground w tytule. Znamy i ten z dodatkiem Chicago, znamy też edycję brazylijską – Sao Paulo.




Mniej więcej rok temu dotarł on, wraz ze swym częstym, muzycznym kolegą, perkusistą Chadem Taylorem, do doskonale nam znanego londyńskiego Cafe Oto i wraz z dwójką jakże kompetentnych tubylców (Alexander Hawkins, piano i John Edwards, kontrabas) zagrał krwisty koncert jako … Chicago London Underground. Dziś mamy go przed sobą na płycie.

Muzyka, jak to zwykle w przypadku Mazurka, jest istotnie umoczona w fussion jazzie, ma konkretną dynamikę, bywa transowa i niepozbawiona interesującej melodyki (dodajmy, że część amerykańska załogi wspomaga się w dużym stopniu elektroniką i samplerami). Jest przy tym tak radośnie bezpretensjonalna i całkiem oldschoolowa (jak i cały Mazurek wraz miłością do Milesa Davisa wypisaną na twarzy!), że nie może się nie spodobać, bez względu na okoliczności obcowania z nią. Ambitna, improwizowana muzyka do samochodu na długie trasy? Why not! Cztery kompozycje - prawie 75 minut - do śpiewania, tupania nogą, ale i podziwiania kunsztu muzyków (John Edwards!). High (zielono) bez gadania!


Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)  Shelter (Audiographic Records, 2017)

DEK Trio (Elisabeth Harnik, Didi Kern, Ken Vandermark) Burning Below Zero (Trost Records, 2016)

Nowa formacja Kena Vandermarka i Nate’a Wooleya zwie się Shelter i gra kompozycje wszystkich członków, zatem być może jest całkiem demokratycznym tworem artystycznym. Dwa dęciaki, gitara basowa zamiennie z gitarą elektryczną i perkusja. Układ instrumentalny, po którym obiecywać można sobie wiele.




Jeśli chodzi o mnie, to na obietnicach się skończyło. Nie od razu byłem o tym przekonany, bo i indywidualne popisy Wooleya odnalazłem tu, jak zwykle na kosmicznym pułapie, bo i gra holenderskiego gitarzysty zdaje się być dalece frapująca (to muzyk, który lubi szukać, drążyć i odnajdywać). Tylko, że całość nie trybi. Myślę, że na etapie budowania koncepcji grupy i przygotowywania materiału kompozytorskiego zabrakło pomysłu. Płyta jest bowiem okrutnie nierówna. I próżno wskazać palcem winnego. Tematy dynamiczne są ciekawie podane, ale w wielu momentach wielowątkowe improwizacje pętlą się i nie znajdują drogi ujścia. W tematach spokojniejszych pozornie dzieje się wiele, tylko po drugiej strony sceny widz delikatnie przysypia. W sumie, gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że to typowa dla współczesnego Vandermarka grupa, która na bazie gotowego materiału kroi nudne improwizacje. I szkoda mi w tym wszystkim mojego ulubieńca Wooleya, jego muzyki, jego kreatywności. Pozostaję przy żółtej (middle) rekomendacji, bo kilka momentów na tej zbyt długiej płycie podniosło mi jednak poziom ciśnienia we krwi.




Jeśli już miałbym pochwalić Kena Vandermarka, to zdecydowanie za płytę Burning Below Zero, którą stworzył z austriacką pianistką Elizabeth Harnik i mniej mi znanym perkusistą Didi Kernem, pod nazwą własną DEK (co zresztą sugerować może jej artystyczny ciąg dalszy). Muzyka mieści się w formule swobodnej improwizacji, co niezwykle skutecznie stymuluje saksofonistę do bardziej kreatywnej postawy na scenie (koncert z Klagenfurtu, z 2014r.). Pianistka ewidentnie jest w formie i w wielu momentach bierze byka za rogi. Mnie do gustu szczególnie przypadł fragment drugi koncertu, gdy doskonałej improwizacji Kena na klarnecie, towarzyszy nieco minimalistyczna, lekko oniryczna pianistyka Harnik. Płyta dostaje ode mnie zielony kolor (high!) i definitywnie zamyka w tej zbiorówce wątek pochodzącego z Chicago saksofonisty.


Joe McPhee/ Daunik Lazro  The Cerkno Concert  (Klopotec Records, 2016)

Im szybciej Joe McPhee zbliża się do 80 urodzin, tym – mam wrażenie – więcej wydaje płyt. Jak to zwykle bywa, ilość rzadko idzie w parze z jakością, czego przypadek bieżących nagrań Joe dowodzi w dwójnasób. W ostatnich miesiącach przez moje odtwarzacze przewinęło się prawie pół tuzina jego płyt, ale rzadko która pozostawała tam na więcej niż jeden w miarę skupiony odsłuch.




Na tej jednej postanowiłem się jednak zatrzymać, choćby na te kilka słów w trakcie okresowej zbiorówki. Oto bowiem u boku amerykańskiego trębacza i saksofonisty, stanął mój ulubiony … weteran saksofonu francuskiego, Daunik Lazro. Tytuł mówi wszystko o okolicznościach nagrania (dodam jedynie, że Cerkno leży w Słowenii). Dostajemy siedem odcinków muzycznych, których każdorazowy tytuł stanowi wykaz instrumentów użytych w nagraniu.

Efekt finalny nie spowodował mojego upadku z fotela. Raczej, częściej ziewałem. Tej muzyce ewidentnie brakuje energii, snuje się od lewa do prawa, tylko na krótkie chwili wzbudzając emocje, czasami dzięki pojedynczym dźwiękom. Typowe dla McPhee dłużyzny i przegadane, niekiedy zawieszone w próżni frazy, nie zostały tu jakoś szczególnie spuentowane przez francuskiego kolegę. Częściej wpisuje się on w pomysł Amerykanina i nie robi wiele, by krew w żyłach recenzenta krążyła bardziej wartko. Rekomendacja, co najwyżej żółta (middle!).


Angles 9  Disappeared Behind The Sun (Clean Feed Records, 2017)

Johan Berthling/ Martin Küchen/ Steve Noble  Threnody, At The Gates (Trost Records, 2017

Trespass Trio  The Spirit of Pitesti  (Clean Feed Records, 2017)

Martin Küchen - razy trzy! Oto szwedzki saksofonista pokazuje nam dobitnie, jak różne są oblicza współczesnej muzyki improwizowanej, szczególnie tej, mocno tkwiącej korzeniami w jazzie.




Jako pierwszy, jego bodaj najciekawszy pomysł na muzykowanie, czyli formacja Angles. Bywała samotną nazwą, funkcjonowała na dodatkiem 8, a od pewnego czasu jest już wytrawną 9-ą! Pięć dęciaków, piano, wibrafon, kontrabas i perkusja. Pięć dynamicznych, radosnych i melodyjnych kompozycji lidera, które wykonane w pełnej euforii, na 100%-owym improwizacyjnym gazie, przez dziewięciu wyjątkowej klasy rzemieślników, daje efekt końcowy, który pobudzi do życia nawet kilkukrotnie umarłego. Jeśli lubicie Fire!Orchestra Matsa Gustafssona (ta sama, chwilami wręcz rockowa sekcja rytmiczna!), koniecznie sięgnijcie po Angles 9. To zwyczajnie lepsza załoga! High intensywnie zielone!

Küchen – edycja druga. Free jazzowe trio - z Berthlingiem na kontrabasie i Noble’em na perkusji - na klubowym, źle nagłośnionym koncercie w Malmoe. Energia, pełnowymiarowy powerdrinks, tylko, że po odsłuchu pozostaje głównie lekki szum w uszach. Zdrowe, żywe i pełne ekspresji, ale zwyczajnie nieoryginalne. Szkoda, bo sekcja diabelnie kompetentna, a saksofonista w niezłej formie. Z pewnością ta rejestracja broniła się lepiej, gdyby jakość dźwięku nie była kasetowa. Czyli rekomendacja jedynie na żółto (middle!).




Była zielona rekomendacja, była także żółta, czas zatem na … czerwoną. Kolejne trio szwedzkiego saksofonisty, tym razem w krajowym składzie, z Perem Zanussim na kontrabasie i Raymondem Stridem na perkusji. Od lat ta trójka muzykantów zwie się Trespass Trio. Ich najnowsza płyta jest tak nudna, mdła i niewyrazista, że nie potrafię nawet dociec, dlaczego aż tak bardzo mi się nie podoba. Granie do kotleta o czwartej nad ranem, po wyjątkowo marnej imprezie. I tyle w temacie Ducha Pitesti.


Mats Gustafsson & Craig Taborn  Ljubljana (Clean Feed Records, LP 2017)

Całkiem niespodziewanie pozostajemy w towarzystwie muzyka ze Szwecji. Oto Mats Gustafsson na szumnie zapowiadanej płycie z amerykańskim pianistą Craigiem Tabornem. Koncert z Ljubljany, dwa improwizowane fragmenty, szczelnie wypełniające dwie strony winylowej płyty. Muzycy po nagraniu prześcigali się we wzajemnych komplementach, sam Mats wspominał o niezwykłej energetyce tego nagrania. Wasz recenzent ma jednak wrażenie, że muzyk mówił o … innym wydarzeniu scenicznym.




Płyta jest zwyczajnie słaba. Taborn płynie niezbyt oryginalnymi pasażami przez cały czas trwania koncertu, a Mats ogrywa go na barytonie, głównie szukając powodu do eskalacji hałasu. Nic się jednak po drodze dramatycznego nie wydarza i Panowie bezproblemowo osiągają finał koncertu, być może nawet bardzo z siebie zadowoleni. Im dłużej słucham tego nagrania, tym większą mam ochotę na obniżanie cenzurki. Pozostanę przy słabym żółtym (middle…), by do końca nie pogrążyć muzyków i wydawcy. Obiecuję do krążka więcej nie wracać.


Stephan Crump/ Ingrid Laubrock/ Cory Smythe  Planktonic Finales (Intakt Record, 2017)

Sylvie Courvoisier & Mary Halvorson  Crop Circles (Relative Pitch Records, 2017)

The Angelica Sanchez Trio  Float The Edge (Clean Feed Records, 2017)

Czas najwyższy na wątek feministyczny w naszej dzisiejszej zbiorówce. Przed nami trzy amerykańskie płyty z kobietami w roli głównej. I każda z nich jest na swój sposób ciekawa.




Zacznijmy od tej, bezwzględnie najlepszej. Na tych łamach już kilkakrotnie obdarzałem dalece ciepłym komentarzem niemiecko-nowojorską saksofonistkę, kompozytorkę, band liderkę i nade wszystko świetną improwizatorkę, Ingrid Laubrock. Dziś powraca ona w dość kameralistycznym, współczesnym triu, w którym towarzyszą jej pianista Cory Smith i grający na akustycznej gitarze basowej Stephen Crump. Bardzo spokojna, nienachalna narracja, w której wyjątkowo dobrze odbieram wyważone i skupione improwizacje Laubrock (gra na sopranie i tenorze). Polecam do dużo większej liczby odsłuchów. Świetna płyta (high!).

Bardzo nieśpieszny, chwilami wręcz relaksacyjny, zdaje się być duet piana i gitary elektrycznej, już w pełni kobiecy, albowiem w roli podmiotu wykonawczego odnajdujemy Sylvie Courvoisier i Mary Halvorson. Muzyka toczy się niewinnie, a my mamy kilka bezcennych chwil na przemyślenie porażek dnia codziennego. Nagranie studyjne, które dla mnie jest odrobinę zbyt mało dramatyczne, ale z pewnością wielu się nim zachwyci. Daje żółtą rekomendację, a lekką tendencją ku zielonej (middle/ high).




W bloku babskim czas na trio z fortepianem w roli głównej. Przyznaję, że nie sięgnąłbym po tę płytę, gdyby nie uczestnictwo w jej tworzeniu Michaela Formanka, kontrabasisty, do którego, choćby z racji wielu nagrań z Timem Berne’em, czuję ogromny sentyment. W roli tytułowej natomiast, Angelica Sanchez, pianistka, która ma kilka ciekawych płyt w portfolio, choćby duet z Wadadą Leo Smithem. Tego tria dobrze się słucha, pianistyka liderki jest nawet ładna i chwilami niebanalna, a tembr kontrabasu łechta ucho bez zobowiązań (dodam, że tę dwójkę na perkusji wspiera Tyshawn Sorey). Daje żółtą rekomendację (middle) i polecam do słuchania przy żonie. Zapewniam, że to będzie udany wieczór.


Keiji Haino/ Jozef Dumoulin/ Teun Verbruggen  The Miracles Of Only One Thing (SubRosa Records, 2017)

Finał zbiorówki będzie – dla przeciwwagi - dwustuprocentowo męski. Najpierw trochę dynamicznego hałasu, psychodelii i rockowej niemal ekspresji, wypadłej spod piór i rąk niezwykle energetycznego tria: Keiji Haino (gitara elektryczna, flet, gongi i głos), Jozef Dumoulin (piano fendera) i Teun Verbruggen (perkusja, elektronika).




Niewiele wiemy o miejscu powstania nagrania (jedynie, że rzecz miała miejsce w roku ubiegłym). Dostajemy godzinę dość zaskakującej i chwilami dalece interesującej muzyki, podanej w czterech odcinkach z tytułami. Choć rzadko ekscytuję się japońskim temperamentem w zakresie muzyki improwizowanej, w sumie album ten kupuję z całym ryzykiem, jakie ze sobą niesie. Pomaga mi w tym na pewno zmyślny pianista, którego kojarzę choćby z ciekawej formacji elektrycznego free jazzu – Biura Turystyki Atomowej – gdzie towarzyszą mu m.in. Nate Wooley i Marc Ducret, a także obecny tu drummer Verbruggen.

Jeśli macie w sobie odrobinę szaleństwa, sporo wolnego czasu, zanurzcie się w tę muzykę. Istnieje spore prawdopodobieństwa, że Wam się spodoba. Licho nie śpi! Rekomendacja żółta, ale z dużą zieloną podpórką (middle/ high!).


Sobanski/ Mowat/ Leonori/ Menes  Ambient Document (European Improvisation Scene EIS, 2017)

Na koniec pozostawię Czytelników z muzyką bardzo swobodnie improwizowaną, powstałą całkiem niedawno w zachodniej Anglii. Nazwiska muzyków zapewne niewiele Wam powiedzą. Mariusz Sobański (gitara elektryczna i skrzypce; jeśli zetknęliście się z formacją Light Coorporation, egzystującą na polu rockowej awangardy, to właśnie ów polski muzyk jest jej liderem), David Mowat (trąbka), Federico Leonori (kontrabas), Chris Menes (syntezator modularny).




Dostajemy cztery dokumenty środowiskowe, które przenoszą nas w świat onirycznej, elektroakustycznej, lekko psychodelicznej muzyki improwizowanej. Bardzo ciekawie brzmią wszystkie instrumenty strunowe, niezależnie do poziomu ich pogłosu, intrygujący jest sztafaż introspektywnych zagrywek czynionych na syntezatorze modularnym. Jeśli w tym tyglu rozbuchanej wyobraźni i żmudnej kooperacji, coś mniej mnie frapuje, to trębacz, który po prawdzie niewiele wnosi do obrazu całości i jest w mojej ocenie nadmiernie ilustracyjny. Zdecydowanie ciekawsze są momenty, gdy ten akurat muzyk milczy. Reszta broni się dobrze, a recenzentowi pozostaje czekać na ciąg dalszy tej muzycznej przygody. Rekomendacja żółta (middle) z delikatną zieloną (high) podpórką na zachętę.


niedziela, 8 stycznia 2017

Vandermark! Butcher! Marsh! Daisy! Dunmall! Laubrock! Dresser! Lee! Ho Bynum! Shipp! Dré Hočevar! McPhee! – zbiorówka późnojesienna, dość nowojorska


Podsumowanie roku 2016 w zakresie płyt najbardziej wartościowych - szczęśliwie - mamy już za sobą. Wybór nie był łatwy, a płyt, które skutecznie przykuły moją uwagę w trakcie minionych dwunastu miesięcy, naliczyłem około… pięćdziesięciu. Selekcja Złotej Szesnastki była zatem wyjątkowo trudna.

Teraz dokonajmy tradycyjnej zbiorówki recenzji płyt. Przed nami pozycje, które trafiły przed oblicze Pana Redaktora w listopadzie i grudniu, a których wydanie datowane jest oczywiście na rok bieżący. Wszystkie poniższe płyty nie doczekały się jeszcze choćby słowa komentarza na tych łamach, a jedynie niektóre z nich zaopatrzone zostały we wstępne rekomendacje, po premierowym odsłuchu (słabe, czerwone - low, średnie, żółte - middle, wreszcie dobre, zielone – high).


Ken Vandermark  Momentum 1: The Stone (Audiographic Records, 2016)

Nowy wielopak z muzyką sygnowaną nazwiskiem chicagowskiego saksofonisty Kena Vandermarka jest niewątpliwie wydarzeniem na scenie muzyki improwizowanej samej końcówki roku. Nie jest nim wszakże sam fakt wydania wydawnictwa wielopłytowego (tylko w rodzimym Not Two na policzenie takich edycji KV nie starczy palców u ręki), ale definitywnie muzyka na niej zawarta!

Styczeń roku ubiegłego, nowojorski klub The Stone i blisko tygodniowa rezydencja Kena, ucieleśniająca się dwoma koncertami dziennie. Wśród zaproszonych gości zarówno working bandy saksofonisty, jak i muzycy, z których stworzono ad hoc kilka pasjonujących personalnie składów. Zarejestrowano megatony dźwięków, z których KV, w ramach autorskiego wydawnictwa Audiographic, wydziergał uroczy sześciopak. Ku radości niżej podpisanego, na srebrne dyski trafiły wyłącznie nagrania formacji powstałych na potrzeby tygodniowej rezydencji saksofonisty.




Mniej więcej od dekady, na różnych łamach, także tu, staram się dowodzić tezy, iż potencjał twórczy Vandermarka, jako kompozytora i band lidera, dalece się wyczerpuje, a radość płynąca z odsłuchu jego muzyki jest mi dana jedynie w przypadku spotkań boleśnie improwizowanych. Momentum 1: The Stone dowodzi tego bezdyskusyjnie.

Dysk pierwszy. Na scenie iście konwulsyjny kwartet - Sylvie Courvoisier (piano), Chris Corsano (perkusja), Ingrid Laubrock (saksofon) i Ken Vandermark (saksofon, klarnet). Dwa siedemnastominutowe zwarcia, pełne improwizacyjnego szaleństwa, na granicy muzycznej agresji, bez słowa zbędnej refleksji. Muzyka iskrzy po sam dach klubu. W szczególnie dynamiczne pyskówki wdają się Laubrock i Vandermark. Próżno wskazać zwycięzcę, nikt tu bowiem nie odpuszcza (pazur Niemki jest ostro zakończony!).  W okolicznościach tej prawdziwie freejazzowej petardy świetnie odnajduje się pianistka, choć niewielu by ją o to podejrzewało. Corsano, wiadomo – to prawdziwy wojownik.

Dysk drugi. Po eksplozji ekspresji, moment nieco zadumanej improwizacji (jakkolwiek niepozbawionej konstruktywnej zadziorności). Mat Manieri (altówka), Joe McPhee (saksofon tenorowy) i Ken Vandermark (saksofon, klarnet).  Po duecie JMP/KV nie spodziewałbym się niczego zaskakującego, ale wpuszczenie między nich doskonałego altowiolinisty MM sprawia, że całość zwartej improwizacji w trójkącie nabiera lekkości i niesie nas ku dalece refleksyjnej przyjemności. Sześć zgrabnych opowieści perfekcyjnie wypełnia nam trzy kwadranse, dodatkowo w sposób niebudzący wątpliwości, co do końcowej rekomendacji.

Dysk trzeci. Na scenie ponownie kwartet na dwa saksofony, piano i perkusję. Obok KV, na drugim dęciaku Ned Rottenberg, na pianie Harvard Wiik, zaś na perkusji Tom Rainey. Ponad czterdziestominutowy występ w trzech odcinkach. Podobnie jak na pierwszym dysku, muzyka iskrzy się i spina na wielu płaszczyznach, jakkolwiek w stosunku do poprzedniego kwartetu, interakcja pomiędzy muzykami jest nieco mniej intensywna. Oczywiście dęciaki, przy konstruktywnym wsparciu piana i perkusji, osiągną stosowną eskalację, ale nie będzie ona miała smaczku doskonałej utarczki Laubrock-Vandermark. Eskalację – dodajmy - raczej w typie kupą mości panowie, niż w drodze kolektywnej improwizacji o niepoliczalnych płaszczyznach piękna.

Dysk czwarty. Bez wątpienia moment kluczowy tego wydawnictwa, a pewnie i całej rezydencji w The Stone. Oczywiście kwartet, tu w składzie: Ikue Mori (elektronika), Joe Morris (gitara), Nate Wooley (trąbka) i KV (to, co zawsze). Morris i Wooley potrafią w duecie czynić cuda, sam KV także ma w dorobku duety z tymi Panami. Do tego elektroakustyczny sos Mori, zawsze adekwatny i uzasadniony dramaturgicznie. Dostajemy jeden track, trwający trzy kwadranse. Cóż tu się nie dzieje… Nie starczyłoby całej zbiorówki, by opisać emocje iskrzące się na scenie. Bardzo swobodna improwizacja na dwa dęciaki, kompulsywną (również preparowaną) gitarę i elektronikę, dramatycznie wbija nas w fotel i każe prosić o więcej. Morris sięga nieba, pozostali muzycy są u jego stóp. Doskonałe!

Dysk piąty. Tym razem KV staje na scenie wraz Okkyung Lee na wiolonczeli i daje się oplątać podwójnym zwojem kabli i talerzy, za które odpowiedzialni są Christof Kurzmann i Marina Rosenfeld. Niespełna czterdziestominutowy track wypełnia nam uszy dość nieśpieszną narracją, która pozwala swobodnie i niebezrefleksyjnie przetrawić emocje z poprzedniego setu.

Dysk szósty, ostatni. Znów kwartet, tym razem po raz pierwszy z… kontrabasem. I to jakim? William Parker! A na dokładkę Steve Swell (puzon) i Paal Nilssen-Love (perkusja). Jeden długi fragment, jeden krótki. Uczta dla prawdziwych fanów free jazzu. Maszyna Parkera kręci tym kwartetem jak zwykle … niezwykle tanecznie, dęciaki plotą figlarne opowieści, a Paal dopełnia całości swym bezbłędnym i naddynamicznym drummingiem.

Kolor dla tego wydawnictwa może być tylko jeden (high!).


John Butcher/ Thomas Lehn/ Matthew Shipp  Tangle (Fataka Records, 2016)

Po opasłych tomach smakowitych improwizacji, przejdźmy płynnie do ostatniego wydawnictwa angielskiej Fataka Records. To już czternasta pozycja katalogowa tej bardzo ciekawej inicjatywy edytorskiej, nastawionej wyłącznie na incydenty free improvisation. A na pokładzie same znane pyski.

Jeden z naszych ewidentnych faworytów, brytyjski saksofonista John Butcher, ma już w tym katalogu płytę nagraną z amerykańskim pianistą Matthew Shippem (Fataka 2), a także trzyosobowe wystąpienie z Thomasem Lehnem (analogowa elektronika), w towarzystwie innego pianisty Johna Tilbury (Fataka 7).




O ile ta ostatnia płyta miała bardzo wyważony, stonowany i minimalistyczny charakter (kto słyszał Tilbury’ego grającego szybkie tempa, niech pierwszy rzuci kamieniem!), o tyle Tangle jest jej całkowitym przeciwieństwem. Muzyka tu zawarta jest głośna, dynamiczna i składa się z nieskończonej ilości spięć, zwarć i nie do końca konstruktywnych dyskusji, zawsze jednak w strefie silnie uwolnionej improwizacji. Shipp, freejazzowy pianista z natręctwami, gra oczywiście non stop i prawie nie dopuszcza kolegów do głosu. Lehn, zazwyczaj skupiony i wyciszony, dużej klasy specjalista w zakresie przykurzonych kabli, nie chce być tu gorszy i też pragnie pohałasować, a że ma w rękach same analogowe triki, efekt końcowy pozostawia sporo do życzenia. W tej głębokiej i ambiwalentnej czeluści, między Shippem a Lehnem, stara się odnaleźć swoje oblicze Butcher. To zdecydowanie nie jest jednak jego bajka. Cóż może zrobić? Próbuje przebić głośnym tembrem tenorowego saksofonu ten dramatyczny splot fortepianu i kablowego szmerostuku. Jest dzielny i nie brakuje mu zasobów, by wgryźć się w tę improwizację. Kosztuje go to jednak tak wiele sił, iż gubi gdzieś swój zwyczajowy artyzm, pomysł na muzykę.

Efekt końcowy mieni się zatem jedynie w kolorach żółtych (middle!), co jest zarówno skutkiem muzycznej zawartości krążka, jak prywatnie wysokich oczekiwań wobec improwizatorów klasy światowej, które nie zostały spełnione.


Tony Marsh/ Chefa Alonso Goodbye Red Rose (Emanem Records, 2016)

Emanem Records Martina Davidsona nie wydaje płyt zbyt często, a jak już tak się dzieje, to zwykle jest to reedycja, twórcze przypomnienie wydarzenia sprzed lat lub wiekowy rarytas. Zatem już sam fakt, że na krążku Goodbye Red Rose doświadczamy nowej muzyki, jest wydarzeniem samym w sobie.


Nagrania te mają już kilka lat, ale powstały w sumie całkiem niedawno (2008-9) i są publikowane po raz pierwszy. Pięć fragmentów zarejestrowano w Londynie, jeden w Hiszpanii. Miejsca nie dziwią, gdyż za muzykę zawartą na płycie odpowiada angielski perkusista Tony Marsh i hiszpańska saksofonistka Chefa Alonso. Pierwszej postaci nie trzeba chyba specjalnie przypominać. Nie ma go już z nami od czterech lat, stąd zapewne i sam pomysł wydania tych nagrań. Hiszpankę winniśmy kojarzyć m.in. z nagraniami London Improvisers Orchestra.
Ponad godzinny materiał koncertowy, mimo aż trzech różnych okoliczności powstania, jest niezwykle spójny muzycznie – stosunkowo dynamiczna, dość ekspresyjna improwizacja na dobre, jazzowe bębny i kompetentny saksofon sopranowy. Linearna narracja, brak spektakularnych zwrotów dramaturgicznych, sprawia, iż z jednej strony, płyty tej wyśmienicie się słucha, z drugiej jednak, już w połowie nagrania można zadać pytanie, co dalej? Reasumując – dla fanów Marsha lektura obowiązkowa i ciekawa pozycja w niezbyt jego bogatej dyskografii. Dla samej Chefy – jak dotąd najważniejsza płyta w życiu. Nam z tego wszystkiego wychodzi high!, ale z podpórką middle!

Wolter Wierbos/ Jasper Stadhouders/ Tim Daisy  Sounds In A Garden (Relay Recordings, 2016)

Jeśli w dzisiejszej zbiorówce mielibyśmy wskazać płytę, której najbliżej do trybunowej Złotej Szesnastki Roku, to z pewnością jest nią nowe wydawnictwo Tim Daisy’ego i jego własnego netlabelu Relay Recordings Dźwięki w Ogrodzie.

Amerykański saksofonista i jego label są stałymi gośćmy na tych łamach, w ramach okresowych zbiorówek i na ogół pobyty tutaj kończą w kolorach zielonych. Uprzedźmy wypadki – tak będzie i tym razem!




Niespełna 50-minutowa studyjna opowieść na perkusję, puzon i gitarę elektryczną (zamiennie stosowaną z gitarą basową). Dwupokoleniowy holenderski zaciąg mieni się barwami świetnej improwizacji, intrygującego, lekko upalonego brzmienia i smakowitej kooperacji. Puzonistę Wierbosa znamy od lat i cenimy (ja szczególnie - za partnerowanie Frankowi Gratkowskiemu w jego Kwartecie). Z młodym gitarzystą Stadhoudersem spotykamy się co raz częściej, a okoliczności stają się na ogół coraz przyjemniejsze (patrz: jedna z płyt na Złotej Szesnastce!). Muzyk to doprawdy wyśmienity, doskonale odnajdujący się w wielu formułach muzycznego improwizowania, a do tego obdarzony wyobraźnią i artystycznym tupetem godnym najwyższego uznania (już mu nawet wybaczę terminowanie w najgorszym projekcie Kena Vandermarka – Made To Break). A Daisy… robi swoje. Nie jest w mojej ocenie jakimś wyjątkowym drummerem, ale w roli kreatora ciekawych spotkań improwizatorskich, idzie mu coraz lepiej (do wglądu: pełny katalog Relay Recordings). Innym słowy – świetna płyta! High!


Paul Dunmall/ Liam Noble/ John Edwards/ Mark Sanders  Chords Of Connection (FMR Records, 2016)

Paula Dunmalla, brytyjskiego saksofonistę starszego pokolenia, cenimy na Trybunie niezmiennie. Pod koniec zacnego roku ’16 przypomina się nam ciekawym, klasycznym kwartetem jazzowym (sax z pełną sekcją rytmiczną). Para Edwards - Sanders była na tej stronie odmieniana już przez wszystkie przypadki. Pianista Liam Noble z pewnością tu debiutuje, choć nie jest muzykiem, który dopiero, co uciekł sroce spod ogona.




Trzyodcinkowa, improwizowana opowieść, głęboko osadzona w jazzowej, czy freejazzowej tradycji, niczym nas nie zaskakuje, ale daj boże każdej niezaskakującej płycie trzymać tak wysoki poziom artystyczny. W doskonałej formie odnajduję Dunmalla, który szczególnie w pierwszej części, dzierżąc w dłoni saksofon tenorowy, ryje nam berety dźwiękami, których bałby się sam John Coltrane (ogień!). Gdy w trakcie drugiej opowieści sięga po sopran, tradycyjnie ujawnia się nam w roli pięknego kolorysty. Gdy w kolejnej części wraca z tenorem, jest już uspokojony i snuje, z genialną jak zawsze sekcją, urocze zakończenie płyty. Sam Noble – przyznaję - niczym nie przykuł mojej uwagi w trakcie tego blisko godzinnego nagrania, ale zrobił swoje, czyli wytrawnie akompaniował kolegom. Rekomendacja - bez dyskusji - zielona (high!).


Ingrid Laubrock  Serpentines (Intakt Records, 2016)

Wróćmy do wątku nowojorskiego naszej dzisiejszej opowieści. Niemiecka saksofonistka średniego pokolenia, Ingrid, Laubrock, przy okazji stała nowojorska rezydentka, jest muzykiem niezwykle ambitnym i nad wyraz pracowitym. A że talentu jej nie brakuje, to coraz częstsze - w moim przypadku - sięganie po jej nagrania, niesie za sobą, rosnące w postępie geometrycznym, pokłady przyjemności.




Szczególnie dobitnym przykładem jest ostatnia jej autorska płyta Serpentines. Do studia zaprosiła doskonałych muzyków – Petera Evansa (trąbka), Craiga Taborna (piano), Sama Plutę (elektronika), Tyshawna Soreya (perkusja), Dana Pecka (tuba) i Miyę Masaoka (koto). Na krążku gramy pięć kompozycji Ingrid (pięknie słychać efekty częstego terminowania u Anthony’ego Braxtona!), które w dalece nieśpiesznych tempach są wytrawnie improwizowane przez kolektyw muzyków, pozostających w ewidentnie świetnej formie. Narracja jest niezwykle precyzyjna, prawdziwie molekularna, cierpliwa, ale zdecydowanie gęsto tkana. Nie brakuje ulotnych, delikatnie onirycznych momentów, które w trakcie rozwoju tego nagrania nabierają rumieńców i pozwalają na czerpanie niekłamanej radości z odsłuchu. Instrumentarium nie jest banalne, poziom ingerencji kablowej Pluty bardziej niż stonowany i na ogół uzasadniony dramaturgicznie. Mam zresztą wrażenie, że nic na tej płycie nie odbywa się bez pełnej akceptacji Laubrock. Akurat temu nagraniu robi to bardzo dobrze.

Rekomendacja high! bezdyskusyjna, wsparta obietnicą Pana Redaktora, by częściej i w bardziej pogłębione analizy muzyki Niemki, zapuszczać recenzenckie pióro.


Mark Dresser Seven  Sedimental You (Clean Feed Records, 2016)

Kolejna nowojorska opowieść dzisiejszej zbiorówki – niewymagający jakichkolwiek rekomendacji, kontrabasista Mark Dresser i jego Siódemka. W składzie – obok lidera i kompozytora całości materiału - Nicole Mitchell (flety), Marty Ehrlich (klarnety), Michael Dessen (puzon), David Morales Boroff (skrzypce), Joshua White (piano) i Jim Black (perkusja).




Kompetencje muzyków nie wymagają rekomendacji, sztyft kompozytorski wyłącznie udany (tu też uroczo słuchać wpływy Braxtona, z którym Dresser spędził pół życia), improwizacje na brawurowym poziomie, acz wedle precyzyjnej rozpiski lidera. Jeśli miałbym szukać łyżki dziegciu, to stwierdziłbym, iż całość jest odrobinę zbyt długa i w drugiej części stanowczo przegadana, przy wtórze nazbyt słodko brzmiących skrzypiec (nie znam tego muzyka, być może miał okienko w repertuarze tamtejszej filharmonii). I tak dobrze, że na kompaktowym nośniku wciąż nie mieści się więcej niż 79 minut muzyki…

Jakkolwiek do 50 minuty Sedimental You broni się niczym Boruc Fabiański na kolejnym mundialu, zatem radość z obcowania z tym dźwiękami jest ewidentnie wysoka. Jeśli lubicie doskonale zinstrumentalizowany jazz, z odrobiną artystowskiego zadęcia – to jest płyta najbardziej odpowiednia. Rekomendacja? Niech będzie high! z delikatną podpórką middle!


Okkyung Lee/ Christian Marclay  Amalgam (Northern Spy Records, 2016)

Nasza ulubiona skośnooka wiolonczelistka (z Nowego Jorku rzecz jasna!) Okkyung Lee, mieszka ostatnio w londyńskim Cafe Oto i co rusz wrzuca nam do odtwarzaczy smakowite duety. Dziś czas na niespełna 40 minutowy meeting z facetem grającym z gramafonów, niejakim Christianem Marclayem.




Lee, w przeciwieństwie do Kolegi akapit wyżej, ma w artystycznym DNA zapisane srebrnymi literami bądź wstrzemięźliwa, zatem w trakcie odsłuchu tego koncertu, nie przyjdzie nam do głowy epitet przegadane.

Oczywiście granie z talerza nie każdemu ryje beret, zatem nawet wśród garstki czytelników Trybuny znajdą się malkontenci, którzy pomarudzą, ale ja śmiało kupuję ten szyt, choćby dlatego, że muzyka na nim zawarta leży od dwie wycieczki do Władywostoku od kompozytorskiego zadęcia kilku kolegów Lee z Wielkiego Jabłka. Drapieżnie, hałaśliwie, pyskato… Demonicznie, krwisto, pstrokato… Daję po twarzy zielonym (high!) i nie przyjmuję votum separatum.


Taylor Ho Bynum  Enter The PlusTet (Firehouse 12 Records, 2016)

A propos… nowojorskich kolegów Lee z kompozytorskim zadęciem. Kolejny gagatek nazywa się Taylor Ho Bynum. Trębacz i kornecistka, z którym znamy się jak łyse konie (ach ten Braxton!), zagnał do studia (rok temu dokładnie) czternastu wspaniałych muzyków (lista płac czyni buraczkowe wypieki na naszych licach!) i kazał im grać swoje wytrawne kompozycje. Baa, fragment pierwszy zaczyna z tak wysokiego C, że Pan Redaktor miał już ochotę zadąć w róg i obwieścić dzieło genialne. Euforia recenzenta nie trwała jednak długo. Manieryczny, jazzowy walking sekcji (wibrafon!), przywraca nas brutalnie do rzeczywistości. We fragmencie drugim mamy wrażenie, że jest czwarta rano i gra nam wyczerpana fizycznie (niedopita!) orkiestra Glenna Millera, a impreza odbywa się pod szczytnym hasłem właśnie co ogłoszonej prohibicji. Fragment trzeci finalny, mam już momenty, które próbują ratować tę płytę, ale niesmak pozostaje….




A na owej liście płac… Nate Wooley, Matt Bauder, Mary Halvorson, Steve Swell, Vincent Chancey, Ingrid Laubrock, Tomeka Reid, Jason Kao Hwang, Ken Filiano, Tomas Fujiwara, Bill Lowe…

Ta płyta miała prawo być doskonała. Stawiam żółte, lekko przegniłe middle! za zmarnowanie takiego potencjału artystycznego i poniekąd czasu tak wspaniałych muzyków.


Illegal Crowns  Illegal Crowns (Rogue Art, 2016)

Mimo ambiwalencji targających duszą Pana Redaktora, pozostańmy przy osobie Taylora Ho Bynuma. Tym razem kwartet Nielegalne Korony, który w trzech czwartych jest … oczywiście nowojorski (także Mary Halvorson i Tomas Fujiwara), zaś czwartym do brydża jawi się Kanadyjczyk (Benoit Delbecq), wszakże z Quebecu, zatem miejsce muzycznego spotkania tej czwórki – Paryż – jest na swój sposób uzasadnione.

Znów materiałem wyjściowym dla improwizacyjnych igraszek są kompozycje (każdy z czworga dołożył tu swoje). Narracja jest nieśpieszna, precyzyjna, jakkolwiek pierwsze wrażenie nie zwala z nóg. Brakuje szczypty dramatyzmu, wyższego poziomu ekspresji i tego czegoś, co nas do tej ekspozycji spróbuje przekonać.




Szczęśliwie w drugiej części tego studyjnego incydentu, do muzyki kwartetu wkrada się delikatny, podskórny nerw, który potrafi na pewien czas zawładnąć naszymi receptorami słuchu. Nie da się w tym miejscu ukryć, że … dzięki niemu Illegal Crowns – z trudem, bo z trudem – wychodzą obronną ręką z tego starcia. Gdybym potrafił cofnąć czas, tuż przed rejestracją tej sesji, zakradłbym się do komory odsłuchowej i bezczelnie podprowadził muzykom zwitki pięciolinii. Ciekaw byłbym efektu końcowego spotkania w takich okolicznościach.

Trochę na wyrost daje ostatecznie temu nagraniu high!, jakkolwiek muszę go podeprzeć niezobowiązującym middle!


The Core Trio Featuring Matthew Ship  The Core Trio Live Featuring Matthew Ship  (Evil Rabbit Records, 2016)

Uwaga! Kolejny zacny Nowojorczyk na scenie! Tym razem w delegacji, w teksańskim Houston. Matthew Shipp – bo o nim tu mowa -  zwiera koncertowe szyki z triem tubylców (?), którzy artystycznie funkcjonują pod nazwą The Core Trio (Seth Paynter na tenorze, Thomas Helton na kontrabasie i Joe Hertenstein na perkusji).

Ponad godzinna dokumentacja koncertowa podana nam jest w dwóch setach. Muzyka ma swój poziom ekspresji, śmiało posadowić się w może w szufladzie free jazz, są dramaturgiczne zwroty akcje, zgrabne pyskówki i garść intelektualnej wymiany podglądów na temat.




Jest tylko jeden drobny szczegół. Takich płyt słuchałem już tysiące. Shipp niczym nie zaskakuje, tradycyjnie gra bez przerwy, choć nie ma problemu z bilansowaniem natężenia dźwięków. Partnerzy, chwilami w pozycji wyczekującej, wobec tego, co zrobi lub pomyśli mistrz z New York City, grają swoje i nie męczą nas nadmiernym nowatorstwem użytych środków artystycznych.

Oczywiście taka muzyka znajdzie wielu admiratorów. Z jazzowego punktu widzenia jest to bezpieczna pozycja, a samo nazwisko Shippa może otworzyć kilka portfeli. Mnie wszakże nie rajcuje, zatem maluję koncert na żółto (middle!), bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia.


Dré Hočevar  Transcendental Within The Sphere Of Indivisible Remainder (Clean Feed Records, 2016)

Dré Hočevar, eksperymentator, perkusista, poszukiwacz rzeczy ulotnych, powraca w nieco rozbudowanym składzie. Jego artystyczna bezczelność i brak jakichkolwiek zahamowań estetycznych sprawia, iż nie sposób przejść wokół jego muzyki w pozycji zobojętnienie.

W zakresie generowania dziwnych dźwięków z kabli, prowodyra tego incydentu (odpowiada także za interakcję) wspomagają skutecznie Sam Pluta (żywy procesor) i Zack Clarke na syntezatorze. Zaciąg akustyczny jest pięcioosobowy (m.in. Mette Rasmussen na saxie, także piano, wiolonczela, trąbka i drugi saksofon), a całości składu dopełnia basista.




Jakże intelektualny tytuł obejmuje, swą nieco wyuzdaną literackością, blisko 49 minutowy, nie przerywany niczym zbędnym, jeden track. Scenariusz tej, w dużej mierze improwizowanej egzekucji dźwięku, nie jest nadmiernie rozbudowany i daje wszystkim muzykom sporo artystycznego luzu.

Jeśli tylko skłonności elektryków do generowania hałasu i eskalowania emocji, daje się w ramach tak dużego składu skutecznie poskramiać (a dzieje się tak zwłaszcza w drugiej części nagrania), to hocevarowa banda szaleńców pięknie płynie ku nieznanemu, improwizując w oparach bardziej niż ciekawej elektroakustyki.

Płyta jest nierówna, ale tupet i wspomniana już artystyczna bezczelność Dre i jego kompanów sprawia, iż Transcendentalny dostaje ode mnie mocne high! Nawet jeśli cenzurka jest odrobinę na wyrost, to konsekwencje biorę na siebie.


Joe McPhee & Ingebrigt Haker Flaten  Bricktop (Trost Records, 2016)

DKV Trio/ The Thing  Collider (Not Two Records, 2016)


Na sam koniec naszej dość obfitej (bo dwumiesięcznej) zbiorówki, dwie płyty muzyków i formacji, które znamy z pewnością lepiej niż zawartość własnych portfeli.

Duet weterana free jazzu, McPhee i postaci już niemal pomnikowej, jeśli chodzi o europejski, basowy wymiar tegoż gatunku, Hakera Flatena, jest rejestracją koncertową z Wisconsin, sprzed dwóch już prawie lat.

Połączone siły dwóch trzyosobowych, niemniej pomnikowych formacji wyżej wymienionego gatunku, DKV Trio i The Thing, to także ekspozycja koncertowa. Tym razem z krakowskiej Manghii, z roku 2014.

Z pewnością wielu z Was umieściło te płyty na swoich tegorocznych play listach, a wcześniej kupując ich kompaktowe edycje, doświadczyła sporego ślinotoku oczekiwania. Mnie osobiście na te płyty po prostu szkoda czasu. Przewidywalność posunięta do granic mojej akceptacji.

Ken Vandermark zaczął dzisiejszą opowieść naprawdę udanym sześciopakiem, pełnym ciekawych i odkrywczych dźwięków. Życzę mu u progu Nowego Roku, by nie ustawał w podobnych próbach (sam zapowiada już Momentum 2 i 3!), ale by jednocześnie przestał już odgrywać stare dźwięki, które słyszeliśmy tysiące razy.

Matsowi Gustafssonowi też tego życzę.

Joe McPhee i Ingebrigtowi Hakerowi Flatenowi życzę po prostu wszystkiego najlepszego!



W ogóle wszystkim tego życzę! Happy New Year!!!!