Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Rempis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Rempis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 listopada 2023

Spontaneous Live Series Vol. 52 & Vol. 53 - zaproszenie na koncerty listopadowe


(informacje prasowe)


Dave Rempis na jedynym koncercie solowym w Europie! A to nie jedyne atrakcje Spontaneous Live Series w listopadzie

 

W pierwszym listopadowym terminie cyklu koncertowego Spontaneous Live Series organizatorzy kontynuują spotkania ze swobodną improwizacją, realizowane według formuły solo – solo - duo.

Tym razem na scenie Dragon Social Club spotkają się dwaj niezwykle doświadczeni i uznani improwizatorzy. Z jednej strony legenda chicagowskiej sceny free jazzowej, saksofonista Dave Rempis, z drugiej poznański weteran swobodnie improwizowanych bojów, pianista Witold Oleszak, muzyk, bez którego trudno sobie wyobrazić kreatywną scenę poznańską ostatnich kilkunastu lat.

Koncert, który odbędzie się we wtorek 14 listopada rozpocznie od dwóch setów solowych, potem artyści zagrają wspólną improwizację. Ponieważ będzie to ich pierwsze spotkanie sceniczne, śmiało możemy je nazwać terminem „ad hoc”.



Dave Rempis zdaje się być w ostatnich latach najważniejszym animatorem sceny muzycznej w Chicago. Jest stałym kuratorem klubu Elastic, także współtwórcą festiwalu Umbrella Music. Jest założycielem i właścicielem wytwórni płytowej Aerophonic Records, której bogactwo freejazzowej oferty może oszołomić nawet najbardziej obytych fanów gatunku. Muzyk nie często sięga po solowe ekspozycje na saksofonie, w jego przebogatej dyskografii znajdziemy ledwie kilka tego typu incydentów. Tym bardziej zatem złaknieni jesteśmy jego improwizacji w tej formule. Zwłaszcza, iż koncert poznański będzie jedynym solowym występem Rempisa w całej Europie.


Spontaneous Live Series, Vol. 52

14 listopada 2023, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, Godzina 20.00

20.15 Witold Oleszak – fortepian solo

21.00 Dave Rempis - saksofon solo

21.45 Ad hoc duo


Bilety dostępne online:

https://www.kupbilecik.pl/imprezy/111027/Pozna%C5%84/Spontaneous+Live+Series/?fbclid=IwAR13ybps9wL9lOD0Da12Pv_HBtsUWO_vD8XV294XjRoAt9c5u0au8FMUrZU

 

Dave Rempis (USA) - saksofonista (altowy, tenorowy i barytonowy), kompozytor i improwizator; absolwent antropologii i etnomuzykologii Northwestern University oraz University of Ghana w Legon. Karierę muzyczną rozpoczął w 1997 roku i bardzo szybko otrzymał ofertę zastąpienia Marsa Williamsa w formacji Vandermark 5, której stałym członkiem jest po dziś dzień. Krótko po tym działalność rozpoczęły autorskie formacje Dave'a Rempisa - Triage (z Jasonem Ajemianem na basie i Timem Daisym na perkusji), Dave Rempis Quartet, The Rempis Percussion Quartet, Ballister. Koncertował i nagrywał z rozmaitymi składami - w triach z Aleciem Ramsdellem i Jerry'm Bryertonem, Jasonem Roebke i Jimem Bakerem, od początku został zaproszony do formacji Kena Vandermarka Territory Band, a także the Brian Dibblee Quartet oraz the Chicago Improvisers. Współpracuje z wszystkimi najważniejszymi muzykami chicagowskiego sceny, zarówno z jej weteranami, jak i młodym pokoleniem (Hamidem Drake'iem, Joe Morrisem, Fredem Lonberg-Holmem, Michaelem Zerangiem, Kevinem Drummem, Jaimie Branch, czy też Joshuą Abramsem), a także artystami europejskiej sceny awangardowej (Axelem Doernerem, Paulem Lyttonem, Frederikiem Ljungkvistem, Per-Ake Holmlanderem, Mikołajem Trzaską, Elizabeth Harnik i wielu innymi).

http://www.daverempis.com/

https://aerophonicrecords.bandcamp.com/album/coast-to-coast

https://daverempiscatalyticsound.bandcamp.com/album/lattice

 

Witold Oleszak (PL) - naukę muzyki rozpoczął w wieku 5 lat. Po latach formalnej edukacji (fortepian klasyczny) porzucił szkołę, występując jako członek para-teatralnych i avant-rockowych grup. Te doświadczenia, najbardziej wpłynęły na jego rozwój artystyczny. Od 1989 studiował architekturę (jest dyplomowanym architektem), jednocześnie samodzielnie kontynuował naukę gry na instrumencie. W tamtym czasie tworzył utwory-ilustracje dla teatru alternatywnego i koncepcje partytur graficznych. Zazwyczaj gra na fortepianie, fortepianie preparowanym, instrumentach własnej konstrukcji oraz zdewastowanych i uszkodzonych. Zarówno w muzyce, jak i w życiu, fascynuje go wszystko, co jest niejednoznaczne i niedookreślone. Przez ostatnią dekadę był całkowicie oddany swobodnej improwizacji. W 2021 roku powrócił do pisania muzyki graficznej i wykonawstwa muzyki komponowanej.

Jako wykonawca, najbardziej ceni sobie współpracę z improwizującymi perkusistami, z których poprzez przyjaźń i wieloletnią współpracę, największy wpływ wywarł na niego Roger Turner. Na scenie, najlepiej czuje się w duecie, którą to formę współpracy uważa za najbardziej wymagającą.

Maciej Lewenstein, w swojej książce "Polish Jazz Recordings and Beyond" napisał: „On jest absolutnym objawieniem: jego gra jest rodzajem mieszanki stylów Johna Cage’a i Cecila Taylora, wyniesionej na całkowicie nowe horyzonty”.

Dużą część dorobku artystycznego Oleszaka ostatnich lat na polu muzyki swobodnie improwizowanej można odnaleźć tutaj:

http://spontaneousliveseries.bandcamp.com

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/adam-go-biewski-witold-oleszak-unisex


*****


Idzie młodość i świeżość - free jazzowe trio z Lipska i duet z Poznania w ramach 53.edycji Spontaneous Live Series


Spontaneous Live Series, cykl koncertowy Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, nie zwalnia tempa. Po improwizowanym wtorku 14 listopada z udziałem legend gatunku free jazz/ free impro – Dave’a Rempisa i Witolda Oleszaka, czas na sobotę 18 listopada i prezentację rozbudowanego grona równie fascynujących pretendentów.

Tegoż to dnia w roli rozprowadzających wystąpi poznańska formacja MikrobioM, czyli duet Michał Joniec & Michał Giżycki. To „wszechświat metalowych śmieci” w zetknięciu z czujnym, definitywnie dętym oprzyrządowaniem. Na scenie lokalnej, w bezmiarze swobodnej improwizacji, która czerpie zarówno z najlepszych wzorców gatunku, jak i wszelkich innych dźwiękowych emanacji, Michałowie nie mają sobie równych. Ich ubiegłoroczny album „S#O” skutecznie wbił nas w fotele na wiele miesięcy.




W roli rozwijających tygiel sobotnich, free jazzowych emocji zaprezentuje się trio z Lipska o jakże tajemniczej nazwie MOTUSNEU – Bruno Angeloni na saksofonie altowym, Stephan Deller na basie oraz Steffen Roth na perkusji. Prawdziwa mieszanka doświadczenia (saksofonisty) i młodości (dwa razy od niego młodszych kolegów) gwarantuje tu nie tylko międzypokoleniowe iskrzenia, ale nade wszystko jakość. Swobodna, osadzona na post-jazzowym idiomie improwizacja, czujna, bezczelnie niejednoznaczna i zagadkowa. Istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, iż dawno nie słyszeliśmy na europejskiej scenie tak odkrywczych i bystrych dźwięków w obrębie gatunku, który wydawałby się być odczytany na wszystkie możliwe sposoby.

Zgodnie z dragonową tradycją podsumowanie wieczoru należeć będzie do połączonych sił obu formacji. Czy tak stanie się w istocie (wszak to spontaniczny koncert), przekonają się ci, którzy zdecydują się na wizytę w Dragon Social Club.

 

Spontaneous Live Series Vol. 53

18 listopada 2023, Dragon Social Club, Pozna, Zamkowa 3, godzina 20.00

20.15 MikrobioM

Michał Joniec – instrumenty perkusyjne, czyli „metal rubbish universe”

Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy i sopranowy 

21.00 MOTUSNEU

Bruno Angeloni – saksofon altowy

Stephan Deller – bas

Steffen Roth – perkusja

 

Bilety on-line: https://tiny.pl/c44px

 

W uzupełnieniu podstawowych informacji dodajmy jeszcze kilka szczegółów. Notka od artystów z Lipska wydaje się być w tym kontekście wyjątkowo trafiona:

„MOTUSNEU (w wolnym tłumaczeniu „Nowy Motyw”) z Lipska przekazuje energię tria poprzez radykalnie swobodne sekwencje atonalne, elementy perkusyjne i przejrzyste rejestry. Jednak o wiele lepszym opisem ich muzyki niż ten, jaki dają terminy muzyczne, jest postrzeganie jej jako aktywnej obserwacji, jako nagiego wyrazu świata w stanie wstrząsu. Jako świadomą konfrontację z tym światem i jako prostą próbę dialogu pomiędzy artystami i publicznością, instrumentem i ciałem, od osoby do osoby, bez ulegania presji rozrywki. Trio łączy trzy różne, indywidualne style, uwalniając w ten sposób energetyczną muzykę, która jest surowa i niezmienna, która przedstawia chaos, ale sama w sobie nie jest chaotyczna.”

Jeszcze podeprzyjmy się opinią znamienitego portalu free jazzowego:

„(…) dominującym podejściem tej trójki jest telepatyczne odwzajemnienie, złamanie linii atonalnych i dynamiczne podżeganie. W trakcie całego albumu „Ospedale” muzyczne koleżeństwo jest instynktowne, a napięcie muzyczne wysokie, co sprawia, że nagranie jest żywe, wymagające, ale bogate w muzyczne nagrody” - Paul Acquaro (freejazzblog)

https://boomslangrecords.bandcamp.com/album/ospedale

 

Michał Giżycki i Michał Joniec u progu roku 2022 zagrali wspólną improwizację, której nadali tytuł „S#O”.

Trybuna Muzyki Spontanicznej umieściła album na liście „50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2022”, a o samym nagraniu pisała m.in. tymi słowami:

„Rytuał improwizacji, która wyrasta z gęstej ciszy, zaczyna się pojedynczymi westchnieniami saksofonu tenorowego i delikatnymi uderzeniami w metaliczny stelaż. Narracja na starcie budowana jest z drobiazgów, czasami ochłapów dźwięków, wydzieranych z samych trzewi zastanego instrumentarium. Bywa, że ten typ plecenia strumienia dźwiękowego przypomina duetowe nagrania Paula Lyttona i Evana Parkera z początków lat 70. ubiegłego stulecia, ale tu, w okolicznościach poznańskiej piwnicy, pozbawione elektroakustycznych wtrętów. Saksofon klei z urywanych, ale zrównoważonych emocjonalnie fraz spójną opowieść, a „wszechświat metali nieszlachetnych” kreuje nad wyraz egzotyczny ceremoniał dźwiękowy.”

https://torfrecords.bandcamp.com/album/s-o

 

 

wtorek, 28 lipca 2020

Ternoy, Orins and Cruz as TOC! A double psychodelic trip to the gate of impro! Break On Through To The Other Side!


Czy myśleliście kiedyś, jak brzmiałaby muzyka osławionej grupy The Doors, gdyby jej twórcy definitywnie przekroczyli owe równie słynne drzwi do wiecznej percepcji? A czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co by się stało ze słynnym warholowskim bananem z okładki płyty The Velvet Undergroud And Nico, gdyby Lou Reed, John Cale i reszta załogi kardynalnie postawili na swobodną improwizację? Być może odpowiedzi na te dziwne (jakże kwaśne!) pytania poznać możemy słuchając dwóch najnowszych płyt francuskiego tria Toc!

Jérémie Ternoy (piano Fendera), Ivann Cruz (gitary) i Peter Orins (perkusja), pod skromnym akronimem Toc, funkcjonują już artystycznie od ponad dekady, a dwie najnowsze ich płyty, którym za moment poświęcimy mnóstwo czasu, to siódma i ósma pozycja w dorobku zespołu. Petera Orinsa znamy na tych łamach doskonale (głównie wszak z incydentów free improv), gitarzyście Cruzowi także poświeciliśmy już onegdaj kilka salw recenzenckich zachwytów. Nie wiele wiemy natomiast o pianiście Ternoyu, ale już teraz zapewniamy, iż po lekturze i odsłuchu płyt, owa niewiedza będzie stanem definitywnie minionym. Wydawcą nagrań jest świetnie nam znany francuski label Circum-Disk, a płyty CD będą miały swoją światową premierę na początku września.

Zapraszamy do krainy hipnotycznego post-rocka, połamanego post-jazzu i wszelkich odmian kwasowości w muzyce. Posmak legend rocka, wspomnianych w preambule tego tekstu, będzie nam bowiem towarzyszyć nieprzerwanie w trakcie odsłuch obu nowych płyt Toc. A ich nieco pandemiczne tytuły nie pozwolą nam nawet na moment zapomnieć, jak wygląda świat za oknem.




Indoor

Zaczynami od Toc w wersji saute! Ternoy – Fender Rhodes, piano bass, moog i fortepian, Cruz – gitara elektryczna i akustyczna, Orins – perkusja. Osiem utworów (skomponowanych Improwizacji?), 41 i pół minuty muzyki. Nagranie studyjne z roku 2019.

Muzycy budują swoją Indoor drama bardzo pieczołowicie. Utwory nieparzyste, to krótkie interludia, utwory parzyste, to samo mięcho! A w drugiej części płyty, już wyłącznie … to drugie! Mechanika fenderowego prądu stałego (te dźwięki nie mają w ogóle wymiaru akustycznego!), szelest perkusji i elektryka swobodnej gitary – dobrze zakwaszone post-fussion zaprasza nas do środka! Drugi utwór zabiera nas na bystry trip bez słowa wyjaśnienia – szybkie intro płynnej gitary, linia basu podawana z klawisza i rytm rocka wijący się spod upoconych pach perkusisty. Acid post-jazz-rock, który narasta z mocą davisowskiego Dark Magus! Pozornie filigranowa gitara kręci pętle ze zwinnością najlepszej kurtyzany świata, a klawisze błyszczą olejem silnikowym. Orins, niczym tłusty pająk buduje bezmiar sieci, którą ogarnia szaleństwa Cruza i Ternoya. Tak brzmieć mogliby The Doors bez Jima Morrisona, wyposażeni wszakże w cały arsenał jego medykamentów stymulujących kreatywność. Hipnotic dance for loosers! Na finał tej części wspaniała pyskówka gitary i fendera!

Kolejne short story stawia na ambient gitary i smugi cienia malowane czarnymi klawiszami. Ten tajemniczy sen nie jest udziałem perkusji. Ta ostatnia jedynie pręży muskuły, by od samego startu utworu czwartego… podać bystry rytm! Gitara czyni to samo, a plamy ciepłego moczu zdają się spowijać podłogę studia nagraniowego. Mantra złych chłopców nabiera niezbędnej siarczystości. Serce perkusji bije niczym metronom. Na stronie ktoś zdaje się grać trzecie pasmo kwasu, ale nie wiemy, kto zacz. Narracja toczy się od ściany do ściany – muzycy szukają zwady, ich narzędzia pracy kotłują się i plączą w zeznaniach. Muzyka eksploduje! Tymczasem krótkie interludium perkusji i basu, upstrzone elektrowstrząsami gitary, płynnie przenosi nas do szóstej opowieści (muzycy nie trwonią tu czasu na przerwy pomiędzy utworami!). Ambientowy psychodelik podawany wprost do uszu! Gdy znamiona rytmu pojawiają się na horyzoncie, nie mamy już wyboru. Riders On The Storm bez kropli wody prowadzą nas do ekscytującego miejsca, pełnego rockowego hałasu gitary, pulsującej magmy fendera i strzałów perkusji, ostatniej żywej istoty na tej planecie. Przed nami ściana dźwięku, a zaprzyjaźniona załoga The Doors odpada po drodze. Siódma pieczęć bólu – gitara świszcze ciepłym prądem, fender buduje pasma post-rytmu, perkusja krwawi mulistą cieczą. Każdy z instrumentów plecie swoją mantrę improwizacji, część z nich multiplikuje się – w sumie słyszymy cztery pasma dźwiękowe, nie licząc perkusji. Zdaje się, że cała historia kreatywnego fussion niesie Toc na ramionach i wyje z zachwytu! Ósmy epizod, jak coda… Klawisze pulsują martwym rytmem, gitara plami obficie, bogate perkusjonalia stymulują grozę finałowej ballady. Relaxing in post-oriental tiredness! Nierówny oddech (efekt końcowych wybuchów endorfin?) zdaje się doskwierać wszystkim, po obu stronach nieistniejącej sceny. Ostatni dźwięk smakuje kolejną nierozwiązaną tajemnicą.




Closed for Safety Reason

Tym razem Toc w wersji rozbudowanej, a w roli gości - na saksofonie altowym i tenorowym Dave Rempis, a w ostatnim utworze, także na saksofonie tenorowym - Sakina Abdou. Cztery skomponowane (?) improwizacje, 52 i pół minuty muzyki. Dodajmy, iż Cruz grał będzie tylko na gitarze elektrycznej, a Ternoy nie użyje tym razem mooga, ani fortepianu, reszta jak wyżej. Nagranie studyjne z roku 2019.

Od pierwszej sekundy słyszymy, iż panowanie nad nami rozpoczyna zwarty, kwartetowy strumień gęstej, improwizowanej fuzji rocka i jazzu. Fender buduje masywny flow basu, czerstwy drumming stawia zasieki, dronizujący saksofon zawłaszcza wyższe partie przestrzeni dźwiękowej, zaś ekspresyjna, płynna gitara topi się w czeluści post-rockowych eksperymentów, niepozbawionych elektronicznej poświaty. Każdy z muzyków buduje swoją improwizację, a każda z nich wplata się pomiędzy szprychy współpartnerów. Nieustające pasmo mikro erupcji pięknie przygasa w połowie szóstej minuty, czara psychodelii rozlewa się całą szerokością ulicy, po czym utwór pięknie dogorywa. Druga przygoda zaczyna się piskami i zgrzytami elektroakustycznej proweniencji. Saksofon buduje free jazzowe pasmo, reszta instrumentów zagęszcza ścieg i hałasuje, stoi wszakże w miejscu i czeka na sygnał z departamentu rytmu i dynamiki. Po pewnym czasie Orins spełnia oczekiwania tłumu i wraz niskimi klawiszami fendera rusza w podróż. Free-noise-jazz quartet zdaje się miażdżyć wszystko, co napotyka na swoje drodze. Po kilku przebiegach ów wulkan ekspresji zmysłowo przygasa w obłokach gitarowego post-ambientu.

Sucha tuba saksofonu i woda lejąca się przez gitarowe pick-upy czynią wprowadzenie do najdłuższej opowieści. Obok szelest percussion i szum wystudzonego fendera. Po upływie trzeciej minuty ten ostatni wypuszcza na pierwszą linię frontu basowy przebieg. Cała czwórka muzyków pięknie kręci loda narracji. Free jazzowy saksofon pędzi samym środkiem, na flankach eksplodują kolejne epicentra psychodelii. W połowie siódmej minuty muzycy osiągają stan wrzenia. Bas fendera nie oddaje batuty szefa przedsięwzięcia. Jego jazzy taste rozpoczyna małą batalię z wyjątkowo kwaśną ekspozycją gitary. Każda wojna wymaga ofiar – flow gaśnie, stylowo obumiera do poziomu ciszy, a rolę przewodnika duchowego przejmuje mantryczny drumming. Zabawa zaczyna się jakby od nowa – post-dark ambient w elektroakustycznej poświacie. Pierwszy wybudzać zdaje się saksofon, któremu wtóruje spowolniony błysk gitary i kropelki potu na klawiaturze fendera. Perkusja włącza tryb nieustannych powtórzeń, very hypnotic trip! Kwartetowy Toc być może osiąga właśnie najpiękniejszy moment swojego krótkiego życia – pętle z dołu do samej góry, soczyste reakcje. Zaraz potem do brygady dokleja się drugi saksofon i Toc rozpoczyna swoje życie kwintetowe. Najpierw jednak cisza ambientu, filigranowe pulsacje z klawiatury, leniwa, na poły śpiąca elektroakustyka zaczynają lepić się w jeden strumień fonii. Dark dreaming for lazy busters! Wyraźna linia basu rodzi się dopiero w połowie piątej minuty, powtarza frazy i kreuje nową opowieść. Gitara zdaje się być wyjątkowo łagodna, co innego dwa rozjuszone tenory, które rozpoczynają bystry taniec. Perkusja bije na alarm, a fender śpiewa na boku. True psycho drive prze ku zatraceniu. Piękny, rozchełstany strumień kwaśności z rockowym posmakiem naspidowanego The Velvet Undergroud! Z czasem flow gęstnieje i coraz efektowniej hałasuje! Saksofony na ostrym wydechu toczą bratobójczą potyczkę ku chwale improwizacji. Po upływie kwadransa czynności w zakresie finalizacji spektaklu biorą na siebie gitara i perkusja, by po paru głębszych oddechach skutecznie zwieńczyć owe dźwiękowe szaleństwo.


czwartek, 7 listopada 2019

From Wolves To Whales! Dead Leaves Drop!


Dwupłytowe wydawnictwo Strandwal (Aerophonic Records) omawialiśmy na tych łamach dokładnie 22 sierpnia (oto skrót). Zawierało ono koncert, jaki miał miejsce 14 listopada 2017 roku w klubie De Pletterij, zlokalizowanym w holenderskim Haarlemie. Dzień później muzycy zagrali w belgijskiej Antwerpii. Zgodnie z zapowiedzią, zamieszczoną na stronie bandcampowej wydawcy, właśnie ów koncert z Antwerpii miał nam zostać udostępniony na czarnym krążku w jakiś czas po wydaniu kompaktu. W istocie, tak stało się w pierwszej połowie września.

A zatem Panie Recenzencie, otwórz szafę i mów do rzeczy! Nate Wooley na trąbce, Dave Rempis na saksofonie altowym i tenorowym, Pascal Niggenkemper na kontrabasie oraz Chris Corsano na perkusji. Kwartet, od czasu debiutanckiej płyty, zwie się From Wolves To Whales, nowy krążek zaś Dead Leaves Drop (Dropa Disc, LP 2019). Dwie strony winyla trwają około 40 minut.




Być może najlepszy obecnie skład free jazz/free improv zza Wielkiej Wody zaczyna koncert w Antwerpii nad wyraz kolektywnie. Dość dynamicznie, z trąbką, która już na wejściu szuka dobrych, preparowanych dźwięków, z bardzo sugestywnym, stylowym altem, ze smyczkiem masywnie posadowionym na gryfie kontrabasu, wreszcie ze skupionym na celu zestawem perkusyjnym, który od pierwszego dźwięku, nie dość, że trafia w punkt, to jeszcze dynamizuje działania wszystkich muzyków na scenie. More free than free jazz! Po rozbudowanym, jakże zmysłowym intro, pierwszą falangę indywidualnych ekspozycji rozpoczyna saksofon altowy. Rempis – master class, cóż dodać więcej? Pod nim sunie rozgrzana już sekcja rytmu i bijącego serca. Wooley włączą się w ten tygiel emocji w jego niemalże kulminacyjnym momencie – przejmuje ster i daje do wiwatu! Tymczasem owa sekcja, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, hamuje ekspresowy pociąg bez szwanku na czyimkolwiek zdrowiu. W ramach komentarza, błyskotliwa ekspozycja perkusisty – dźwięki jakby multiplikowały się, a przed nami grała wielka orkiestra zwinnych doboszy. Eksplozja emocji staje się udziałem wszystkich, albowiem do tego wrzątku improwizacji podłącza się także wyjątkowo ekspansywny kontrabas. Jest, i komentarz delikatnie zmutowanego altu, jest i zaśpiew trąbki! Prawdziwa maszyna do zabijania! Następujące tuż potem, dramaturgiczne zejście w kierunku ciszy jest prawdziwie monumentalne, wykonane z mistrzowską precyzją. Saksofon bez zbędnej zwłoki wchodzi w stadium preparacji, trąbka śle małe pociski, korzystając z plastikowej tuby, dołem płyną zaś półdronowe pulsary sekcji. Wyjście z cienistej narracji staje się udziałem niebywałego duetu altu i kontrabasu, traktowanego techniką pizzicato. Pachnie dobrym, otwartym jazzem po widnokrąg! Powrót do swobodnego flow improwizacji odbywa się już w jurnym galopie – trąbka eksponuje swój olbrzymi zasób melodyjności, sekcja gra rocka i grzmi!  Wygaszenie płomienia zostaje powierzone smyczkowi, który czyni to z kameralistyczną gracją! Brawo!

Druga strona winyla rodzi się przy preparowanych dźwiękach trąbki i saksofonu. W tle grzmi cichy kontrabas, połyskuje politura werbla, który łapie rezonans z nierozpoznanymi obiektami przestrzeni koncertowej. Piękna, gęsta introdukcja realizowana w perfekcyjnych okolicznościach akustycznych. Trąbka czyni już same cuda, ale ster narracji przejmuje alt, który płynie wyjątkowo wysokim wzgórzem, z garścią niebanalnej melodyki. W dole harcuje smyczek i rozedrgane talerze. Komentarz trąbki definitywnie w punkt! Prawdziwa epopeja harsh acoustic! A saksofon skacze jeszcze wyżej, brzmi już niemal, jak góralska piszczałka! W dalszej kolejności, wszyscy muzycy tłuką mocne fonie, jakby grali w cztery ognie, jeśli taką grę ktokolwiek potrafiłby wymyśleć. Moment eksplozji mija dzięki trąbce, która zmysłową preparacją istotnie spowalnia całą improwizację. Piękny moment, czerstwy oddech sekcji, perkusja w pół drogi do polirytmii, czarno-szarej, jak popiół z papierosa. Kwartet znów szuka ciszy i preparuje na potęgę. Chris! Pascal! Dave! Nate! Saksofon jakby tańczył zanurzony we .. własnej tubie. Trąbka nie pozostaje dłużna – oba dęciaki nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny zegara. Bas i perkusja dudnią w tle. Wyjście na finałową prostą pełne jest jazzowego posmaku. More classic but still beauty! Zmysłowe, niemal hardbopowe solo Wooleya, jakby na potwierdzenie supozycji recenzenta. Wielki triumf klasyki na podsumowanie doskonałej swobodnej improwizacji, poczynionej przez kwartet genialnych muzyków.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Rempis, Wooley, Niggenkemper & Corsano! From Wolves to Whales! Strandwal!



Improwizująca fauna na start! Od wilków do wielorybów! Tych pierwszych jest czterech, tych drugich być może nieskończona ilość!

Z perspektywy Trybuny Muzyki Spontanicznej, po drugiej stronie Atlantyku nie dzieje się zbyt wiele, jeśli chodzi o kreatywną muzykę improwizowaną. Być może konstatacja ta obraża skończoną liczbę muzyków amerykańskich (bo o nich tu przecież mówimy), ale z własnymi gustami raczej się nie dyskutuje. W ostatnich latach łamy te zadrżały pod jarzmem wyśmienitej muzyki z tamtej strony świata ledwie kilkukrotnie i to na ogół za sprawą trębacza Nate’a Wooleya. Dwa kwintety Larry Ochsa z jego ważkim udziałem zryły nam berety dość głęboko (The Fictive Five). Podobnie rzecz się miała z kwartetem, który na swej pierwszej płycie (studyjna rejestracja z roku 2014) przyjął nazwę … From Wolves to Whales!

Dziś owa wilcza czwórka powraca - Dave Rempis na saksofonie altowym, Nate Wooley na trąbce, Pascal Niggenkemper na kontrabasie i Chris Corsano na perkusji. Tym razem koncert, jaki miał miejsce w klubie De Pletterij, w holenderskim Haarlemie, dokładnie w urodziny Pana Redaktora, lat temu dwa! Dwa sety, każdy podzielony na część główną i dodatkową, ale stanowiący nieprzerwany ciąg dźwięków - łącznie 80 minut i 45 sekund muzyki, którą dostarcza label Rempisa Aerophonic Records (2CD, 2019). Swobodna improwizacja, osadzona w idiomie wolnego jazzu, zapewne z powodów merkantylnych określona jako all composition by the musicians. Z niecierpliwością zaglądamy do środka, bo już dziś wiemy, że krążek ten niechybnie wyląduje na corocznym podsumowaniu najlepszych płyt kolejnych dwunastu miesięcy naszego muzycznego życia!




Hook and Cod.  Wejście w koncert bez zbędnych ceregieli, czynione jest kolektywnie i skrupulatnie. Relaksacyjne dialogi dęciaków, nam nigdzie się nie śpieszy, dokładna, precyzyjna sekcja rytmu, w punkt, już na starcie dość dynamiczna. Oto wolny jazz bez specjalnych predefinicji, puszczony na żywioł wyważonej i rozsądnej improwizacji, komponowanej w czasie rzeczywistym. Pełna demokracja w grupie, każdy ma tu swoje pole do działania, swobodę ruchów i wyborów dramaturgicznych. Przed szereg jako pierwszy wychodzi Rempis dosadnym expo, które po chwili zostaje świetnie skomentowane przez Wooleya. I to trębacz przejmuje dowodzenie. Tuż pod nim sekcja rytmu pracuje niemal perfekcyjnie – classic free jazz combo in master class! Niggenkemper sięga po smyczek już w 5 minucie. Oba dęciaki wchodzą z nim w błyskotliwe zwarcia. Brawo! W 9 minucie prym wiedzie Rempis - saksofonista zdaje się pokazywać swoje najlepsze wydanie - i znów może liczyć na bystry komentarz trębacza. Opowieść toczy się wartko, ma perfekcyjną dramaturgię, bez zawodów, niepotrzebnych galopów, wszystko wydaje się być tu trzymane w ryzach swobodnej konstrukcji narracyjnej. 13 minuta przynosi garść szaleństw trębacza, który ślizga się po powierzchni wyjątkowo dynamicznej sekcji rytmu. W 17 minucie nieustannie pracujący smyczek na kontrabasie zarządza pierwsze spowolnienie, surową nostalgię chwili. Po kilkudziesięciu sekundach prawdziwy stop! Piłowanie strun, mikro dźwięki, które rozsypują się po podłodze niczym kawałki rozbitego lustra. Kilka łyków preparacji ze strony każdego z muzyków. Po chwili, kolektywne budowanie nowej narracji, z bardzo aktywnym drummingiem. W 25 minucie wysokie expo Rempisa, prawdziwy popis, który eskaluje wchodząca na drugiego trąbka. Tymczasem bez jakiegokolwiek wybrzmiewania, startuje drugi track koncertu … IJ. Garść stosunkowo spokojnych pląsów w grupie, rodzaj zalotnych, ptasich śpiewów o dżdżystym poranku. Złamany barok na strunach kontrabasu, bukiet wzajemnych imitacji, wszystko po to, by po chwili spiralnie nakręcać nową opowieść, której nie zabraknie dynamiki. Równie szybko zawiśnie ona jednak na repetującym smyczku. Po chwili oba dęciaki, niczym kołujące myśliwce, długimi frazami zaczynają proces poszukiwania ostatniego dźwięku pierwszego seta. Od hałasu po dno ciszy i z powrotem! Chwila z samotnym smyczkiem, chwila z samotną perkusją. Finalizacja bez udziału dętych.

Spaarne. Otwarcie drugiego seta odbywa się w dużym skupieniu. Preparacje saksofonu, drżenie talerzy, cisza wyczekiwania na nadejście czegoś ważnego. Kontrabas włącza się do zabawy pięknym drummingiem po suchych strunach. Trąbka także drży, a nawet delikatnie podśpiewuje. Tuż potem świetna ekspozycja Corsano, aż wióry lecą! Po 7 minucie ster przejmuje Rempis i proponuje całkiem swingującą narrację. Nie napotyka na opór partnerów. Of course, free swing! Trębacz wyje jak koń, śmieje się i parska. Jego expo także pachnie zdrowym jazzem na dwa kilometry! A wszystko, to jednak dzieło kontrabasisty, którego śpiewne pizzicato aż skacze z radości! W 14 minucie dęciaki milkną na moment – solo ze smyczkiem! Zaraz potem Rempis zabiera cały kwartet na swobodny spacer, bez galopu, który delikatnie wygasza płomień narracji. Idzie w duet z Corsano! Drugi set zdaje się być bardziej poszarpany, pełen incydentów w podgrupach, choć energii nie brakuje tu komukolwiek. Trębacz, jakby słysząc słowa recenzenta, włącza szósty bieg i intensywnie dorzuca do ognia. Tłumienie narracji staje się udziałem smyczka, ale dzieje się dopiero w 20 minucie. Mikro solo, potem perkusja i trąbka zanurzone w preparacjach. Ta ostatnia ma swoje solo w 23 minucie, ale popis! Komentarz Rempisa odrobinę taneczny! Talerze w tle, smyczek, powrót oświeconego kolektywizmu jest już udziałem muzyków. Free jazz quartet rusza na łowy! Rempis na czele orszaku! Na finał muzycy zmysłowo gaszą płomień I płynnie wchodzą w drugą część drugiego seta… For Kenau. Oto i nasze ulubione call & response! Saksofon, trąbka i smyczek. Pizzicato i perkusja, i znów powrót do pytań i odpowiedzi. Zwinne, cudne gierki na małej przestrzeni. Płyną razem w kierunku ciszy. Piękny moment. Solo na smyku dla podkreślenia doniosłości chwili. Melodia, szczoteczki, trąbka solo – kind of chamber flow. Zakończenie koncertu wyjątkowo łagodne, delikatne, chilloutowe. Rempis śpiewa na ostatniej prostej, reszta bawi się w cool jazz!


Płyta ma swoją premierę 27 sierpnia br.


czwartek, 16 maja 2019

Larry Ochs! A Small Six for Big 70th!


Amerykański saksofonista Larry Ochs na początku maja – jakby odrobinę niepostrzeżenie - ukończył 70 lat! Muzyk, którego większość kojarzy głównie z Rova Saxophone Quartet (nad czym niejednokrotnie na tych łamach utyskiwaliśmy), ma w dorobku całe mnóstwo doskonałych płyt nagranych poza bazową formacją i … ciągle ich przybywa!

Wnikliwa analiza Pana Redaktora wykazała, iż ostatnie kilkanaście miesięcy jest pod tym względem naprawdę wyjątkowe. Muzyk dostarcza nam więcej niż jedną płytę na kwartał, czego nie miał w zwyczaju czynić w latach poprzednich. Z tym większą zatem radością, przystępujemy do omówienia sześciu nowych płyt z udziałem Larry Ochsa jako autora lub współautora.




The Fictive Five  Anything Is Possible (Clean Feed, CD 2019)

Naszą opowieść zaczynamy – nie może być inaczej - definitywnie prawdziwą petardą! O formacji The Fictive Five usłyszeliśmy bodaj cztery lata temu, gdy doszczętnie zryła nam berety swoim fonograficznym debiutem pod takim właśnie tytułem. Dziś ów wyjątkowy kwintet powraca nagraniem równie wysmakowanym, przy okazji świetnie wpisującym się w naszą nieustającą, redakcyjną dysputę o sposobach predefinicji procesu improwizacji. Płyta zawiera kompozycje, pod którymi podpisuje się Ochs lub cały kwintet. Rozumieć je najprawdopodobniej należy, jako zaplanowane struktury poszczególnych utworów, które wypełnione zostają po brzegi soczystymi, swobodnymi improwizacjami. Dodajmy, iż muzycy w trakcie koncertów mają przed sobą pulpity z pięcioliniami, jednakże słuchając efektów ich pracy, mamy wrażenie, iż jedynie po to, by realizacja zdefiniowanej struktury nie była w jakikolwiek sposób zagrożona. A zatem, studyjne okoliczności przyrody, New Jersey, koniec maja 2018 roku: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Nate Wooley – trąbka, Ken Filiano i Pascal Niggenkemper - kontrabas i efekty oraz Harris Eisenstadt – perkusja. Pięć utworów z tytułami (niektóre także z dedykacjami), 61 minut i 3 sekundy.

Na prawej flance saksofon i kontrabas, po środku perkusja, trąbka i drugi kontrabas na lewej flance. Ochs wyrusza w podróż wspierany przez Filiano, który zwinnym pizzicato wzmacnia jego przekaz. Wooley podłącza się po chwili, mają przy sobie Niggenkempera, który używa smyczka. Od startu nie przysypia także Eisenstadt. Gęsta, bogata w dźwięki narracja płynie szerokim strumieniem, mając u swych podstaw dwa kontrabasy, delikatne i z wyczuciem wspierane elektroniką - bijące serca kolektywnej improwizacji. Moc niuansów brzmieniowych i teksturalnych, skrupulatność i precyzja, ponadnormatywna umiejętność słuchania i reagowania (wspierana zapisami z pięciolinii). Pierwsze wytłumienie przychodzi dość szybko – tenor i trąbka dyskutują, na obu gryfach toczą się bystre preparacje, talerze wieszczą dobrą nowinę. Od ekspresji skupienia po ciszę dramaturgicznej powolności. Kolektywizm emocji w parze z gracją pojedynczych fraz. Zadana struktura stwarza luźne ramy, zaś wewnątrz kwintetu, w ramach estetyki call & responce, dopuszczalne jest każde zachowanie. Na zakończenie blisko 12 minutowej ekspozycji – prawdziwe królestwo niskich dźwięków, komentowane przez saksofon i trąbkę pasmem szytym unisono. Drugą opowieść otwiera zmysłowa introdukcja sopranino i perkusji. Prawy kontrabas ze smykiem włącza się w połowie trzeciej minuty, zaraz po nich jego lewy odpowiednik dorzuca garść syntetycznych fonii. Zmiana na tenorowy i wejście trąbki następuje dopiero po wybiciu piątej minuty. W takich elektroakustycznych okolicznościach rozbudowanej sekcji rytmicznej, trębacz kreśli zatrważająco piękną ekspozycję. W 9 minucie powraca saksofon i szybko dociera na szczyt, pnąc się po zmysłowym smyku lewego kontrabasu. W 12 minucie solo perkusji, tuż potem znów Wooley tańczy z kontrabasami, traktowanymi różnymi technikami. Krok następny, to kompulsywne duo trąbki i perkusji, skomentowane ekspresyjnie przez saksofon i preparowane kontrabasy. Narracja onirycznie staje w miejscu, ginąc w deszczu rzęsistych eksplozji zachwytu recenzenta.

Trzecią, nieco krótszą opowieść intonuje ciepły tenor. Trąbka wchodzi tuż po nim, gra imitacyjnie, może nawet coś na kształt tematu, zapisanego na pięciolinii. Melodia, która pachnie żywą kompozycją, posmak ballady, którą łamie w pół aktywny drumming i bystra riposta saksofonu, a także podśpiewująca trąbka. Czas na czwarty epizod, podobnie jak drugi, rozbudowany do 20 minut. Honory gospodarzy czynią tu oba kontrabasy i garść kabli, które je otaczają. Saksofon i trąbka wchodzą do gry w połowie trzeciej minuty (perkusja odrobinę wcześniej). Dynamiczny marsz po złote runo! Na froncie taneczny dialog dęciaków. Każdy reaguje tu na każdego. Gęsty, kolektywny bukiet pięknych kwiatów. Pięć strumieni magii zlewa się wprost do oceanu błyskotliwości. Garść niemal free jazzowych emocji. W 10 minucie kontrolowany stopping, który inicjuje zestaw kolejnych dramaturgicznych sekwencji - solo perkusji, duet saksofonu i trąbki, duet kontrabasów, znów solo perkusji, samotna trąbka, pizzicato vs. arco, trąbka i saksofon unisono, i tak dalej, i temu podobne! Jakże uroczo wykonywana predefinicja! Partytura mistrzów! Narracja łapie niemal free bopowy dryl, a Wooley zdaje się zgarniać całą pulę - moc wyrafinowanego jazzu, który płonie emocjami po zmysłowy kres. Uff… czas na finałowe, kilka ledwie minut – saksofon, elektroakustyka kontrabasów, talerze, szczypta repetycji, cool trumpet, spokojne, choć nerwowe zakończenie. Całusy trąbki i talerzy, mlaskanie kontrabasów, szorstki saksofon i perkusja. Prawa flanka rządzi, lewa kontrapunktuje, wszyscy zaś wyjątkowo intensywnie poszukują ostatniego dźwięku.




Jones Jones (Larry Ochs, Mark Dresser, Vladimir Tarasov)  A Jones In Time Saves Nine (NoBusiness Records, LP/DL 2018)

Debiutancka płyta tria Jones Jones ukazała się trzy lata temu, a zawierała moskiewski koncert z roku 2011. Dziś, gdy sięgamy po ich najnowsze wydawnictwo (koncerty z roku 2016), dopada nas nieodparte wrażenie, iż te poprzednie nie specjalnie doceniliśmy. A zatem w ramach zadośćuczynienia – przed nami płyta A Jones In Time Saves Nine, kolejna doskonała pozycja, która przez nieuwagę/ brak czasu/ głupotę redakcji nie trafiła na listę najlepszych płyt roku ubiegłego. Personel jest w tym wypadku oczywisty: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Mark Dresser – kontrabas i Vladimir Tarasov – perkusja. Płyta w wersji winylowej zawiera cztery utwory, w wersji downloadingowej – aż siedem i tę drugą właśnie omówimy (łącznie 55 minut z sekundami).

W początkowej fazie narrację kreuje smyczek, na poły barokowy, z delikatnie upalonym brzmieniem. Wspiera go saksofon tenorowy, wystudzony, ale z oczywistymi tendencjami do eskalowania napięcia oraz mały drumming, który pilnuje złych myśli. Muzycy z gracją baletnicy nabierają rozpędu, rytmu, free jazzowej brawury. W każdym geście, każdym dźwięku czuć klasę mistrzowską. Smyczek trzyma dół, reszta zwinnie harmonizuje flow, a wszystko odbywa się w warunkach akustyki idealnej. W strumieniu swobodnej improwizacji szczególnie pięknie odnajduje się Ochs - oszczędny, precyzyjny, zawsze trafia w dramaturgiczny punkt. Drugi epizod rodzi się w tubie kipiącego sopranino. Wspierany okrężnym drummingiem Tarasova, nasz dzisiejszy bohater daje prawdziwy popis! Kontrabas wchodzi po parudziesięciu sekundach i zwinnym, ale o tempo wolniejszym walkingiem wprowadza intrygujący dysonans estetyczny. Po pewnym czasie wychodzi przed szereg i gra zmysłowe solo. Narracja toczy się bardzo płynnie, zdobiona świetnymi interakcjami, mimo dynamiki – z pewną nieśpiesznością i refleksyjnością. Na finał powraca klasycyzujący smyczek i spina ów wulkan jedynie dobrych emocji.

Trzecia część dyszy w spokoju – improv chamber przyczajone na smyczku. Aktywne perkusjonalia, precyzja wykonania, być może odrobina predefinicji w żmudnym procesie improwizacji (komponowanej improwizacji?). Po grze wstępnej Dresser proponuje rozwiązanie rytmiczne i znów pióro recenzenta gotuje się z emocji (kontrabasista zdaje się osiągać tego dnia wyjątkowy poziom kreatywności!). Muzycy są równie wyraziści, gdy schodzą w okolice ciszy – sonorystyka, preparacje, tylko dobre pomysły. Piękny post-chamber! Czwartą pieśń niesie na skrzydłach znów smyczek, który zdaje się wspinać na wysoką górę. Soki z tuby, dzwonki z perkusjonalii, drony ze strun, ciepłe, ale zadziorne riposty saksofonu. Przy okazji, kolejna eksplozja Tarasova, który w tej chwili zdaje się ciągnąć całą opowieść, jest wszędzie, zdobi wyczyny kolegów każdą sekundą swojej obecności. Na wydechu, bystra kipiel, what a game!

Skończył nam się winyl, bez zbędnej zwłoki przechodzimy zatem do bonusa elektronicznego. Czułe intro piątego epizodu – znów świetna komunikacja i niezobowiązujące rozmowy o szczęściu. Z czasem nabierają dynamiki, a tenor kreśli pętle wyjątkowej urody. Szósta część – szczoteczki czynią nastrój, a wysoko zawieszony kontrabas zmysłowe solo. Komentarz rozbrykanego, nieco krnąbrnego sopranino, jak strzał w sam środek tarczy! Pizzicato kontrabasu, niczym konik polny na polu minowym! Wreszcie finałowa część – otwiera ją drummerskie, filigranowe, jakże błyskotliwe solo. Bas wchodzi rytmem, saksofon sieje niepokój ciepłym chłodem. No i krok w mięsistą eskalację. Świetny wybór! Siarczysty, dynamiczny finał bucha młodzieńczą fantazją!




Spectral (Dave Rempis, Darren Johnston, Larry Ochs)  ‎EmptyCastles (Aerophonic Records , CD 2018)

Trio Spectral, to kolejna nazwa własna, nieobca Czytelnikom Trybuny. Trzy dęte instrumenty w żmudnym procesie instant composing, innymi słowy – komponowaniu natychmiastowym, czyli zwartej improwizacji czynionej z należytą rozwagą i kameralną szczegółowością (definicja własna autora). O ile dwie pierwsze płyty Spectral powstały w typowych okolicznościach studyjnych, o tyle trzecia, którą za moment poznamy, nagrana została w wielkim, betonowym … bunkrze. Czy miejsce powstania nagrania zdeterminowało efekt finalny, przekonamy się za kilka chwil. W połowie czerwca 2017 roku w owym tajemniczym miejscu spotkali się: Dave Rempis - saksofon altowy i barytonowy, Darren Johnston – trąbka i Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino. Dziewięć improwizowanych kompozycji, około 50 minut muzyki.

Dwa saksofony (Ochs w kanale prawym) i trąbka w onirycznych okolicznościach post-atomowego bunkra – echo, naturalny pogłos, cisza, która ma barwę i smak. Drony, piski i skomlenia trzech dętych, w początkowej fazie małe, rwane narracje. Kameralna zaduma, szczypta sonorystyki, skupienie, siła pieczołowitości, blask pasaży i uroda pojedynczych dźwięków. Skromne wymiany poglądów w szerokim strumieniu separatywnych opowieści każdego z muzyków. Drugi epizod przynosi więcej interakcji, bystrzejszego słuchania, odrobinę bardziej dynamicznej narracji. Muzycy stylowo nabierają mocy, by równie udanie ugasić płomień. W trzecim – saksofon na lewej stronie pnie się ku górze, dyskutując z echem. Po 90 sekundach odzywa się sopranino i brnie w imitację. Trąbka milczy. Niuanse molekularnych fraz. Na finał trąbka komentuje ptasi dialog saksofonów. Po czym, bez zbędnej zwłoki, kreuje czwartą część. Dysze saksofonów czynią perkusyjne akcenty, całość wspina się na szczyt, staje na palcach, by wznieść kilka okrzyków. Muzycy zdają się przedkładać dialog z echem, nad ekspresję i większą intensywność przekazu. Piąty – baryton i wyjątkowo szorstka trąbka, także jęczący tenor. Bystre koincydencje - przyczajona improwizacja kąsa z zaskoczenia. Szelest dysz i szum wentyli.

W kolejnej opowieści – saksofony tańczą na łące, trąbka kusi powabem swej fonii. Mały konkurs piękności – od czystego dźwięku do preparacji i z powrotem. W siódmej - kameralne wyczekiwanie na wzrost poziomu emocji. Bardzo abstrakcyjny fragment. Ósma opowieść kontynuuje wątek zadumy nad kolektywnym procesem improwizacji. Podczas gdy tenor zdaje się nabierać mocy i kąsać urokliwą ekspozycją, alt komentuje i stawia na zaniechanie. Trąbka sączy małe fonie i zaprasza do zabawy w call & responce. Jakby narracja na powrót nabierała mocy. Wreszcie finałowa część – parada słoni, kolektywne pokrzykiwania, blask rytualnej miłości. Całusy i końskie zaloty – eksplozja akustycznej urody chwili. Na ostatniej prostej garść ekspresji dla tych, który oczekiwali większych emocji.




Larry Ochs/ Mars Williams/ Julien Desprez/ Mathieu Sourisseau/ Samuel Silvant  ‎Stroboscope (The Bridge Sessions, CD 2018)

Kolejny odcinek sesji mostowych, amerykańsko-francuskich! Larry Ochs (tenor i sopranino), Mars Williams (alt i zabawki) i Samuel Silvant (perkusja), wszyscy z nadania Wuja Sama, Julien Desprez (gitara elektryczna) i Mathieu Sourisseau (gitara basowa) jako przedstawiciele kultury wysokiej znad Sekwany. Kwiecień 2014 roku, studio nagraniowe - jak zazwyczaj w tej serii, spotkanie organizowane ad hoc, stawiające na kolektywną i dość swobodną improwizację. Dwa sety, łącznie 40 i pół minuty.

Set pierwszy (krótszy) zaczyna ostra, rockowa gitara z metalicznymi strunami, która płynie nieco kwaśnym strumieniem. Gitara basowa zdaje się oddychać jej powietrzem. Towarzyszą im salwy obu saksofonów, umieszczonych na przeciwległych flankach.  Środkiem truchta dość aktywny drummer. Muzycy dość szybko podejmują decyzję o pójściu w ogień całą szerokością palety dźwięków, jaką dysponują. Pikantna, kompulsywna narracja, zdobiona elektro-preparacjami z basu.  Psycho-rockowa masywna sekcja i tańczące free jazzowe dęciaki. Tracą moc około 6 minuty – wpadają w delikatny trans, łagodnieją, a całość ekspozycji nabiera jakości w postępie geometrycznym. Samozwańczym królem stada wydaje się Desprez, który napędza maszynę, stawia wymagania brzmieniowe, potrafi też trzeźwo i na bieżąco komentować wyczyny partnerów. Emocje zatem wciąż buzują! Rytm nabiera mocy, prądu przybywa, saksofony już prawie stoją w ogniu. Fire music as well! Set kończy się w ciszy strun suchej gitary.

Set drugi (blisko pół godzinny) rodzi się w rozgrzanych tubach saksofonów. W tle industrialna kipiel basu i gitary, tworząca twardą, ambientową powłokę.  Zgrzyty i przepięcia mocy. A trip to noise, to wiemy od pierwszej sekundy tej opowieści. Kolektywna eskalacja, w sumie bez zaskoczenia. Jednak już po 3 minutach muzycy zwinnie gaszą płomień. Bas ponownie szuka chmury post-electro-blue-ambientu. W ramach wsparcia, saksofonowe, niebanalne pląsy, które zwinnie się zagęszczają. W 12 minucie kolejny moment intrygującego, mrocznego spowolnienia. Sekcja pracuje niczym piec hutniczy, dęte flanki plamią teren from time to time. Po chwili, to właśnie te ostatnie zostają same na scenie i nie czują zbytniej tremy. Nawet podśpiewują pod nosem. Ciężki dron basu i gitary zakłóca jednak klimat sielanki – gitara wchodzi w dialog z saksofonem, bas intonuje funkową ekspozycję. Po 20 minucie narracja staje się soczysta, kompulsywna, a kończy ją ponownie dialog saksofonów.  Obok bas szuka drobin hałasu, a cały kwintet bez ponaglania przystępuje do procesu finałowego odliczania. Repetycja strun pod wysokim napięciem, small drumming, pocałunki suchych dysz. Ostatni dźwięk należy do sopranino.




Larry Ochs/ Nels Cline/ Gerald Cleaver  ‎What Is To Be Done (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w ogniu gorącej, na poły rockowej gitary, zasilanej prądem dużej mocy. Jedna z dwóch najnowszych płyt w dzisiejszym zestawie. Znów sami znajomi, choć nie wszyscy kojarzeni bywali jak dotąd, z równie ekspresyjnymi zachowaniami: Larry Ochs - tradycyjnie tenor i sopranino, Nels Cline – gitara elektryczna i efekty oraz Gerald Cleaver – perkusja. Trzy improwizacje, 49 minut, nagrane w grudniu 2016 roku.

Jazz-rockowe intro, dobry, dynamiczny drive i saksofon tenorowy, który śle mistrzowskie pozdrowienia na poste-restante. Gitara pływa w melodii i rytmie, kreśli pasma fonii, pełne ekspresji. Mocny flow, być może odrobinę zbyt mało subtelny, jak na oczekiwania recenzenta. Proste schematy dramaturgiczne, perkusja z poziomem kreatywności na zaciągniętym ręcznym, kipiąca metalem gitara i saksofonista, który raz za razem próbuje przebić się ze zdaniem odrębnym, ale nie wszystkie jego prośby okazują się skuteczne. Trochę hałasu, spora dawka improwizacji (ta ostatnia, wedle słów samych muzyków, stanowi element konstytuujący całość ekspozycji). Duża zmienność akcji, ale nie wszystkie parametry narracji cieszą ucho, tudzież łechtają intelekt. Na chwilę konstruktywnego oddechu cierpliwy słuchacz liczyć może dopiero pod sam koniec ponad 20 minutowej opowieści, gdy gitarzysta przypomina nam, że free jazzowa improwizacja, to pole, na którym czuje się świetnie i to właśnie z tej strony znamy go najlepiej. A w ramach wisienki na torcie – garść psychodelii wprost z gryfu jego gitary.

Druga część, zdecydowanie najkrótsza, startuje jazzową gitarą, która kreśli ramy i zakres oczekiwań wobec partnerów. Wszakże moc gitarowych przetworników znów czyni tu swoje i demoluje bardziej kreatywne pomysły pozostałej dwójki. Cała narracja jest jednak wyjątkowo spokojna, a gitara na finał brzmi niczym wystudzone organy Hammonda. W taki oto sposób, delikatnie wytłumiony, rockowy temperament Cline’a wprowadza nas w część ostatnią, znów ponad 20 minutową. Rockowy drive perkusji, psychodeliczna mantra gitary i tylko dobre plamy z tuby saksofonu. Bez wątpienia, najlepszy jak dotąd, moment nagrania. W 11 minucie intrygujące pasaże saksofonu dzieją się już na tle niemal doom metalowego przymierza gitary i perkusji. W porównaniu wszakże do początku płyty, muzycy zdają się lepiej kooperować, a dominacja Cline’a nie ma już miejsca. Po stylowym wytłumieniu, wzięciu oddechu, na finał płyty znów dostajemy się w gorącą, rockową kipiel. Sopranino Ochsa znów musi walczyć o swoje, ale dzielnie znosi ów proces i doprowadza tę bardzo nierówną płytę do szczęśliwego zakończenia.




Larry Ochs/ Gerald Cleaver   Songs Of The Wild Cave (Rogueart, CD 2018)

W trakcie dzisiejszej opowieści byliśmy już w bunkrze, na sam zaś finał trafiamy do … jaskini (zatem tytuł płyty nie jest metaforyczny!). Południowo-zachodnia Francja, pierwszy dzień października 2016 roku. Po żmudnych przygotowaniach (ciekawskich szczegółów, odsyłam do rozbudowanego liner notes), do jednej z jaskiń trafiają dwaj podróżnicy, przygotowani na każde wyzwanie – Larry Ochs (saksofon tenorowy i sopranino) oraz Gerald Cleaver (perkusja, instrumenty perkusyjne). Pogrążeni w absolutnej ciemności, napotkawszy ciszę globalną, zagrają siedem swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam dokładnie 61 minut bez dziewięciu sekund.

Podmuchy tenoru, małe skorupy dźwięków i perkusjonalia, którą brzmią jak strumień lejącej się wody. Spokojna, meta ekologiczna podróż dźwiękowa. Pierwsze kroki w ciszy i ciemności zdają się być rozważne i odpowiedzialne. Rodzaj skupienia, pełnego wszakże zdrowych emocji, w okolicznościach post-akustycznych. Drugi epizod zdecydowanie podnosi nam poziom adrenaliny – full drumming amplifikowany głębią jaskini robi wrażenie piorunujące!  Obok tenorowe zadziory, łapiące kontakt z pogłosem, tłumionym masywnością skał. Trzecia część schodzi głębiej (Deeper) – skupione percussion z oddali i saksofon, który zdaje się opowiadać historię stworzenia świata. Ekspresja rośnie – rytualny drumming i śpiewny saksofon. Taniec opętanych szczęśliwców!  Muzyka nabiera kardynalnej mocy, redefiniuje pojęcie akustyki free jazzu. Tytuł kolejnej części budzi grozę (Down) – flow znów jest dość dynamiczny, tworzony mocnym biciem w werble i tomy, także agresywnym tembrem sopranino. Muzycy grają swoje, nie czekając na reakcję echa – intensywnie wykuwają nowy idiom free music. Never stop!

Piąta historia tłumi dynamiczny klimat – nastrojowe percussion i głucha tuba saksofonu. Powraca smak pieśni otwarcia – sonore i magia szeleszczących przedmiotów. Spowolnienie w poszukiwaniu utraconego. Sopranino brzmi niczym flet prosty. Szósty epizod pogłębia tematykę poprzedniej części. Dzwonki, małe gongi, szum w tubie, wszystko czynione z mocą rytualnego wyniesienia. Pomruki tenoru, folkowy sznyt perkusjonalii. Zatopieni w Glinie, jakże zmysłowe zagęszczenie, klekot saksofonu, czupurność talerzy, oddechy i przedechy, myśli zdrożne i przebiegłe. Symfoniczny meta free folk! Czas na closing game – niemal kwadrans powrotu do free jazzowej estetyki. Full drumming, śpiewny, zawadiacki tenor, korpulentna narracja, ale bez eskalowania emocji. Żywe mięso bez kropli transcendencji, która powoli stawała się naszym udziałem w trakcie poprzedniej improwizacji. Finał płyty niezwykłej zdaje się być odrobinę zwyczajny i przegadany. Być może Pieśni Dzikiej Jaskini lepiej byłoby zakończyć po epizodzie numer sześć.



środa, 3 maja 2017

Rutherford! Rempis! Malaby! Chicago London Underground! Shelter! DEK Trio! McPhee! Küchen! Gustafsson! Courvoisier! Laubrock! Sanchez! Haino! Sobanski! – Cztery miesiące roku 2017 za nami, czyli najwyższy czas na dużą zbiorówkę


Muzyka improwizowana wciąż płynie do nas wyjątkowo szerokim strumieniem. Półki uginają się od płyt, komputery skwierczą z nadmiaru danych, a nasze uszy proszą o … chwilę wytchnienia!

Pozostajemy jednak na polu walki, bez krzty litości dla tych, którzy zwątpili. Nie było podsumowania stycznia, nie było lutego, ani tym bardziej kwartału pierwszego. Kwiecień minął w mgnieniu ucha. Zatem najwyższy już czas na konkretnie obfitą zbiorówkę na Trybunie.

Oczywiście nowe płyty goszczą na tych łamach permanentnie. Nie dalej jak kilka dni temu ogłoszono tu nawet, że pewna portugalska pozycja (The Attic tria Almeida/ Amado/ Franco) zasługuje na miano jak dotąd najlepszej, pośród tych, wydanych ze znakiem 2017. Jak się zupełnie przy okazji okazało, kolejnych kilkanaście płyt z tymże samym znakiem nie doczekało się jeszcze choćby słowa opinii ze strony Pana Redaktora. Za moment zaległość tę odrobimy z nawiązką.

Z litości dla pojemności naszej percepcji, w poniższej zbiorówce pominąłem płyty, które trafiły do mnie już w roku 2017, ale datowane były na rok 2016 (jakkolwiek z dwoma wyjątkami). Przypominam mniej bystrym, tudzież mniej zorientowanym, iż płyty na Trybunie po odsłuchu pierwotnym otrzymują tzw. wstępną rekomendację – zieloną (high), żółtą (middle) lub czerwoną (low). Teraz czas na weryfikację tych koślawych cenzurek. Robotnicy do fabryk, studenci do nauki, pismaki do piór!!!!


Paul Rutherford/ Sabu Toyozumi  The Conscience (NoBusiness Records, 2017)

Przegląd absolutnych świeżynek zaczynamy od nagrania, które powstało prawie…. 18 lat temu! Być może jedna z najwybitniejszych postaci europejskiej muzyki improwizowanej, angielski puzonista Paul Rutherford, nie żyje już od dekady. Bagaż muzyki, jaką pozostawił po sobie, zwłaszcza w wymiarze autorskim, jest niezwykle… uboga. Tym bardziej zatem cieszy nas fakt, że historia ludzkości - w wymiarze dźwiękowym - wciąż przechowuje dla nas łakome kąski.




Dzięki litewskiej niebiznesowej dociekliwości, także determinacji, trafia dziś do nas koncert Paula, poczyniony w Japonii, w towarzystwie perkusisty Sabu Toyozumi, w październiku 1999r. Dociekliwi szperacze internetowi (w tym niżej podpisany) znają zapewne doskonale inny koncert tego duetu (poczyniony rok wcześniej), który od lat dostępny jest na … całkowicie nieodstępnym cd-r, wydanym własnoręcznie przez japońskiego drummera (Fragrance, 2000).

Bez cienia wątpliwości, wszyscy entuzjaści wolnej muzyki improwizowanej doprawdy ginąć winni w odmętach szczęścia z powodu ukazania się wydawnictwa The Conscience (dodajmy, by czara radości przelała się, iż dodatkowo także w edycji winylowej, jakkolwiek uboższej o jeden fragment, ostatni z wydania cyfrowego). I nawet, jeśli ta akurat edycja sztuki improwizacji w wydaniu Paula Rutherforda nie jest szczytem jego możliwości, to radość nasza pozostaje głęboka i istotnie ponadczasowa. Muzyka Rutherforda w duecie z bardzo solidnym japońskim perkusistą jest niezwykle komunikatywna i wyjątkowa radosna, co dodaje jeszcze temu nagraniu wartości. Stanowić ona może także udane wprowadzenie w świat puzonowych imaginacji Paula dla tych, którzy – o, zgrozo! – nie czynili tego wcześniej.

Jeśli najbardziej zielona z zieleni ma jakąś nazwę własną, to winna ona paść w tym miejscu – more than high!!!


Ballister (Dave Rempis, Fred Lonberg-Holm, Paal Nilssen-Love)  Slag (Aerophonic Records, 2017)

Dave Rempis/ Matt Piet/ Tim Daisy  Hit The Ground Running (Aerophonic Records, 2017)

Po egzaltacji starowinką, przyjdźmy już definitywnie do nowości pierwszej tercji roku 2017. Od razu odnotujmy bardzo udane wejście w nowy rok doskonałego, amerykańskiego saksofonisty Dave’a Rempisa. W ramach własnej inicjatywy Aerophonic, proponuje on dwa bardzo smakowite tria, a nam pozostaje jedynie spierać się o to, które z nich jest lepsze. A wybór wcale nie jest łatwy!




Trio Ballister znamy doskonale, to bodaj szóste ujawnienie fonograficzne tego składu. Połączenie ostrego tenoru, błyskotliwej wiolonczeli pod prądem i nadekspresyjnego drummingu nie może nie zakończyć się powodzeniem w kategorii free jazzowe mięcho! Tylko konkret, tylko na temat, z takim ładunkiem energetycznym, że starczyłoby na oświetlenie całego Londynu! Koncert sprzed dwóch lat, z Cafe Oto – obok erupcji emocji, także kilka chwil bardziej wyważonej narracji, które szczególnie polecam (fragment drugi).




Drugi krążek (nomen omen, dostępny jedynie …w wersji elektronicznej), to spotkanie Dave’a z kumplem z podwórka, czyli Timem Daisy’im i bliżej mi nieznanym pianistą Mattem Pietem. Bardzo ciepły jeszcze koncert, bo ze stycznia tego roku, z chicagowskiego Elastic Arts. Dwa fragmenty z oklaskami, które śmiało pomieścić zdoła niezbyt długi winyl. Pozostajemy w kategorii free jazz bez cienia wątpliwości. Choć w ramach Hit The Ground Running słuchamy jednak nieco innej muzyki, iż miało to miejsce w przypadku Slag. Bardzo przypadła mi do gustu pianistyka Matta, który grając swoje, bardzo ciekawie stymuluje wyobraźnię improwizatorską Rempisa w procesie kolektywnej improwizacji. Jest wysoka energetyka, są emocje, ale nie brakuje także chwil zawahania, intrygującego, wzajemnego rozgryzania się. Świetna płyta! Mocne high (!), podobnie zresztą, jak w odniesieniu do tria omówionego akapit wyżej.


Tony Malaby/ Mat Maneri/ Daniel Levin  New Artifacts (Clean Feed Records, 2017)

Nowojorski saksofonista Tony Malaby zyskał onegdaj na tych łamach tytuł wyjątkowo sprawnego rzemieślnika. Nic nie ujmując jego artyzmowi, nie wszystkie jego produkcje wbijały nas w podłogę swą ponadczasowością i nowatorstwem. Wszakże wszelkie atrybuty jego saksofonowego rzemiosła ewidentnie pięknieją w konfrontacji z dobrze rozgrzanymi instrumentami smyczkowymi.




Dowodem choćby najnowsza płyta New Artifacts. Zwinne skrzypce Mata Maneriego i jak zawsze śpiewna wiolonczela Daniela Levina, świetnie konweniują z wyważoną i niebanalną sonorystyką saksofonu tenorowego Malaby‘ego. Nagranie studyjne sprzed półtora roku, oczywiście z Nowego Jorku, cztery zróżnicowane dramaturgicznie opowieści, pod którymi kolektywnie podpisują się wszyscy uczestnicy tego spotkania. Długość całości ledwie winylowa, zatem nawet na moment nie grozi nam nuda, czy niepotrzebne przegadanie tematu. Rekomendacja stanowczo zielona (high!).


Chicago London Underground  A Night Walking Through Mirrors (Cuneiform Records, 2017)

Rob Mazurek, amerykański kornecista, to prawdziwy muzyczny obieżyświat, muzyk o wielu twarzach i zawsze niczym nieskalanej determinacji, by produkować dźwięki, których zadaniem nie jest zamęczanie słuchaczy, ale raczej generowanie samo odnawiających się pokładów przyjemności. Jego naczelny projekt na ogół ma rzeczownik Underground w tytule. Znamy i ten z dodatkiem Chicago, znamy też edycję brazylijską – Sao Paulo.




Mniej więcej rok temu dotarł on, wraz ze swym częstym, muzycznym kolegą, perkusistą Chadem Taylorem, do doskonale nam znanego londyńskiego Cafe Oto i wraz z dwójką jakże kompetentnych tubylców (Alexander Hawkins, piano i John Edwards, kontrabas) zagrał krwisty koncert jako … Chicago London Underground. Dziś mamy go przed sobą na płycie.

Muzyka, jak to zwykle w przypadku Mazurka, jest istotnie umoczona w fussion jazzie, ma konkretną dynamikę, bywa transowa i niepozbawiona interesującej melodyki (dodajmy, że część amerykańska załogi wspomaga się w dużym stopniu elektroniką i samplerami). Jest przy tym tak radośnie bezpretensjonalna i całkiem oldschoolowa (jak i cały Mazurek wraz miłością do Milesa Davisa wypisaną na twarzy!), że nie może się nie spodobać, bez względu na okoliczności obcowania z nią. Ambitna, improwizowana muzyka do samochodu na długie trasy? Why not! Cztery kompozycje - prawie 75 minut - do śpiewania, tupania nogą, ale i podziwiania kunsztu muzyków (John Edwards!). High (zielono) bez gadania!


Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)  Shelter (Audiographic Records, 2017)

DEK Trio (Elisabeth Harnik, Didi Kern, Ken Vandermark) Burning Below Zero (Trost Records, 2016)

Nowa formacja Kena Vandermarka i Nate’a Wooleya zwie się Shelter i gra kompozycje wszystkich członków, zatem być może jest całkiem demokratycznym tworem artystycznym. Dwa dęciaki, gitara basowa zamiennie z gitarą elektryczną i perkusja. Układ instrumentalny, po którym obiecywać można sobie wiele.




Jeśli chodzi o mnie, to na obietnicach się skończyło. Nie od razu byłem o tym przekonany, bo i indywidualne popisy Wooleya odnalazłem tu, jak zwykle na kosmicznym pułapie, bo i gra holenderskiego gitarzysty zdaje się być dalece frapująca (to muzyk, który lubi szukać, drążyć i odnajdywać). Tylko, że całość nie trybi. Myślę, że na etapie budowania koncepcji grupy i przygotowywania materiału kompozytorskiego zabrakło pomysłu. Płyta jest bowiem okrutnie nierówna. I próżno wskazać palcem winnego. Tematy dynamiczne są ciekawie podane, ale w wielu momentach wielowątkowe improwizacje pętlą się i nie znajdują drogi ujścia. W tematach spokojniejszych pozornie dzieje się wiele, tylko po drugiej strony sceny widz delikatnie przysypia. W sumie, gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że to typowa dla współczesnego Vandermarka grupa, która na bazie gotowego materiału kroi nudne improwizacje. I szkoda mi w tym wszystkim mojego ulubieńca Wooleya, jego muzyki, jego kreatywności. Pozostaję przy żółtej (middle) rekomendacji, bo kilka momentów na tej zbyt długiej płycie podniosło mi jednak poziom ciśnienia we krwi.




Jeśli już miałbym pochwalić Kena Vandermarka, to zdecydowanie za płytę Burning Below Zero, którą stworzył z austriacką pianistką Elizabeth Harnik i mniej mi znanym perkusistą Didi Kernem, pod nazwą własną DEK (co zresztą sugerować może jej artystyczny ciąg dalszy). Muzyka mieści się w formule swobodnej improwizacji, co niezwykle skutecznie stymuluje saksofonistę do bardziej kreatywnej postawy na scenie (koncert z Klagenfurtu, z 2014r.). Pianistka ewidentnie jest w formie i w wielu momentach bierze byka za rogi. Mnie do gustu szczególnie przypadł fragment drugi koncertu, gdy doskonałej improwizacji Kena na klarnecie, towarzyszy nieco minimalistyczna, lekko oniryczna pianistyka Harnik. Płyta dostaje ode mnie zielony kolor (high!) i definitywnie zamyka w tej zbiorówce wątek pochodzącego z Chicago saksofonisty.


Joe McPhee/ Daunik Lazro  The Cerkno Concert  (Klopotec Records, 2016)

Im szybciej Joe McPhee zbliża się do 80 urodzin, tym – mam wrażenie – więcej wydaje płyt. Jak to zwykle bywa, ilość rzadko idzie w parze z jakością, czego przypadek bieżących nagrań Joe dowodzi w dwójnasób. W ostatnich miesiącach przez moje odtwarzacze przewinęło się prawie pół tuzina jego płyt, ale rzadko która pozostawała tam na więcej niż jeden w miarę skupiony odsłuch.




Na tej jednej postanowiłem się jednak zatrzymać, choćby na te kilka słów w trakcie okresowej zbiorówki. Oto bowiem u boku amerykańskiego trębacza i saksofonisty, stanął mój ulubiony … weteran saksofonu francuskiego, Daunik Lazro. Tytuł mówi wszystko o okolicznościach nagrania (dodam jedynie, że Cerkno leży w Słowenii). Dostajemy siedem odcinków muzycznych, których każdorazowy tytuł stanowi wykaz instrumentów użytych w nagraniu.

Efekt finalny nie spowodował mojego upadku z fotela. Raczej, częściej ziewałem. Tej muzyce ewidentnie brakuje energii, snuje się od lewa do prawa, tylko na krótkie chwili wzbudzając emocje, czasami dzięki pojedynczym dźwiękom. Typowe dla McPhee dłużyzny i przegadane, niekiedy zawieszone w próżni frazy, nie zostały tu jakoś szczególnie spuentowane przez francuskiego kolegę. Częściej wpisuje się on w pomysł Amerykanina i nie robi wiele, by krew w żyłach recenzenta krążyła bardziej wartko. Rekomendacja, co najwyżej żółta (middle!).


Angles 9  Disappeared Behind The Sun (Clean Feed Records, 2017)

Johan Berthling/ Martin Küchen/ Steve Noble  Threnody, At The Gates (Trost Records, 2017

Trespass Trio  The Spirit of Pitesti  (Clean Feed Records, 2017)

Martin Küchen - razy trzy! Oto szwedzki saksofonista pokazuje nam dobitnie, jak różne są oblicza współczesnej muzyki improwizowanej, szczególnie tej, mocno tkwiącej korzeniami w jazzie.




Jako pierwszy, jego bodaj najciekawszy pomysł na muzykowanie, czyli formacja Angles. Bywała samotną nazwą, funkcjonowała na dodatkiem 8, a od pewnego czasu jest już wytrawną 9-ą! Pięć dęciaków, piano, wibrafon, kontrabas i perkusja. Pięć dynamicznych, radosnych i melodyjnych kompozycji lidera, które wykonane w pełnej euforii, na 100%-owym improwizacyjnym gazie, przez dziewięciu wyjątkowej klasy rzemieślników, daje efekt końcowy, który pobudzi do życia nawet kilkukrotnie umarłego. Jeśli lubicie Fire!Orchestra Matsa Gustafssona (ta sama, chwilami wręcz rockowa sekcja rytmiczna!), koniecznie sięgnijcie po Angles 9. To zwyczajnie lepsza załoga! High intensywnie zielone!

Küchen – edycja druga. Free jazzowe trio - z Berthlingiem na kontrabasie i Noble’em na perkusji - na klubowym, źle nagłośnionym koncercie w Malmoe. Energia, pełnowymiarowy powerdrinks, tylko, że po odsłuchu pozostaje głównie lekki szum w uszach. Zdrowe, żywe i pełne ekspresji, ale zwyczajnie nieoryginalne. Szkoda, bo sekcja diabelnie kompetentna, a saksofonista w niezłej formie. Z pewnością ta rejestracja broniła się lepiej, gdyby jakość dźwięku nie była kasetowa. Czyli rekomendacja jedynie na żółto (middle!).




Była zielona rekomendacja, była także żółta, czas zatem na … czerwoną. Kolejne trio szwedzkiego saksofonisty, tym razem w krajowym składzie, z Perem Zanussim na kontrabasie i Raymondem Stridem na perkusji. Od lat ta trójka muzykantów zwie się Trespass Trio. Ich najnowsza płyta jest tak nudna, mdła i niewyrazista, że nie potrafię nawet dociec, dlaczego aż tak bardzo mi się nie podoba. Granie do kotleta o czwartej nad ranem, po wyjątkowo marnej imprezie. I tyle w temacie Ducha Pitesti.


Mats Gustafsson & Craig Taborn  Ljubljana (Clean Feed Records, LP 2017)

Całkiem niespodziewanie pozostajemy w towarzystwie muzyka ze Szwecji. Oto Mats Gustafsson na szumnie zapowiadanej płycie z amerykańskim pianistą Craigiem Tabornem. Koncert z Ljubljany, dwa improwizowane fragmenty, szczelnie wypełniające dwie strony winylowej płyty. Muzycy po nagraniu prześcigali się we wzajemnych komplementach, sam Mats wspominał o niezwykłej energetyce tego nagrania. Wasz recenzent ma jednak wrażenie, że muzyk mówił o … innym wydarzeniu scenicznym.




Płyta jest zwyczajnie słaba. Taborn płynie niezbyt oryginalnymi pasażami przez cały czas trwania koncertu, a Mats ogrywa go na barytonie, głównie szukając powodu do eskalacji hałasu. Nic się jednak po drodze dramatycznego nie wydarza i Panowie bezproblemowo osiągają finał koncertu, być może nawet bardzo z siebie zadowoleni. Im dłużej słucham tego nagrania, tym większą mam ochotę na obniżanie cenzurki. Pozostanę przy słabym żółtym (middle…), by do końca nie pogrążyć muzyków i wydawcy. Obiecuję do krążka więcej nie wracać.


Stephan Crump/ Ingrid Laubrock/ Cory Smythe  Planktonic Finales (Intakt Record, 2017)

Sylvie Courvoisier & Mary Halvorson  Crop Circles (Relative Pitch Records, 2017)

The Angelica Sanchez Trio  Float The Edge (Clean Feed Records, 2017)

Czas najwyższy na wątek feministyczny w naszej dzisiejszej zbiorówce. Przed nami trzy amerykańskie płyty z kobietami w roli głównej. I każda z nich jest na swój sposób ciekawa.




Zacznijmy od tej, bezwzględnie najlepszej. Na tych łamach już kilkakrotnie obdarzałem dalece ciepłym komentarzem niemiecko-nowojorską saksofonistkę, kompozytorkę, band liderkę i nade wszystko świetną improwizatorkę, Ingrid Laubrock. Dziś powraca ona w dość kameralistycznym, współczesnym triu, w którym towarzyszą jej pianista Cory Smith i grający na akustycznej gitarze basowej Stephen Crump. Bardzo spokojna, nienachalna narracja, w której wyjątkowo dobrze odbieram wyważone i skupione improwizacje Laubrock (gra na sopranie i tenorze). Polecam do dużo większej liczby odsłuchów. Świetna płyta (high!).

Bardzo nieśpieszny, chwilami wręcz relaksacyjny, zdaje się być duet piana i gitary elektrycznej, już w pełni kobiecy, albowiem w roli podmiotu wykonawczego odnajdujemy Sylvie Courvoisier i Mary Halvorson. Muzyka toczy się niewinnie, a my mamy kilka bezcennych chwil na przemyślenie porażek dnia codziennego. Nagranie studyjne, które dla mnie jest odrobinę zbyt mało dramatyczne, ale z pewnością wielu się nim zachwyci. Daje żółtą rekomendację, a lekką tendencją ku zielonej (middle/ high).




W bloku babskim czas na trio z fortepianem w roli głównej. Przyznaję, że nie sięgnąłbym po tę płytę, gdyby nie uczestnictwo w jej tworzeniu Michaela Formanka, kontrabasisty, do którego, choćby z racji wielu nagrań z Timem Berne’em, czuję ogromny sentyment. W roli tytułowej natomiast, Angelica Sanchez, pianistka, która ma kilka ciekawych płyt w portfolio, choćby duet z Wadadą Leo Smithem. Tego tria dobrze się słucha, pianistyka liderki jest nawet ładna i chwilami niebanalna, a tembr kontrabasu łechta ucho bez zobowiązań (dodam, że tę dwójkę na perkusji wspiera Tyshawn Sorey). Daje żółtą rekomendację (middle) i polecam do słuchania przy żonie. Zapewniam, że to będzie udany wieczór.


Keiji Haino/ Jozef Dumoulin/ Teun Verbruggen  The Miracles Of Only One Thing (SubRosa Records, 2017)

Finał zbiorówki będzie – dla przeciwwagi - dwustuprocentowo męski. Najpierw trochę dynamicznego hałasu, psychodelii i rockowej niemal ekspresji, wypadłej spod piór i rąk niezwykle energetycznego tria: Keiji Haino (gitara elektryczna, flet, gongi i głos), Jozef Dumoulin (piano fendera) i Teun Verbruggen (perkusja, elektronika).




Niewiele wiemy o miejscu powstania nagrania (jedynie, że rzecz miała miejsce w roku ubiegłym). Dostajemy godzinę dość zaskakującej i chwilami dalece interesującej muzyki, podanej w czterech odcinkach z tytułami. Choć rzadko ekscytuję się japońskim temperamentem w zakresie muzyki improwizowanej, w sumie album ten kupuję z całym ryzykiem, jakie ze sobą niesie. Pomaga mi w tym na pewno zmyślny pianista, którego kojarzę choćby z ciekawej formacji elektrycznego free jazzu – Biura Turystyki Atomowej – gdzie towarzyszą mu m.in. Nate Wooley i Marc Ducret, a także obecny tu drummer Verbruggen.

Jeśli macie w sobie odrobinę szaleństwa, sporo wolnego czasu, zanurzcie się w tę muzykę. Istnieje spore prawdopodobieństwa, że Wam się spodoba. Licho nie śpi! Rekomendacja żółta, ale z dużą zieloną podpórką (middle/ high!).


Sobanski/ Mowat/ Leonori/ Menes  Ambient Document (European Improvisation Scene EIS, 2017)

Na koniec pozostawię Czytelników z muzyką bardzo swobodnie improwizowaną, powstałą całkiem niedawno w zachodniej Anglii. Nazwiska muzyków zapewne niewiele Wam powiedzą. Mariusz Sobański (gitara elektryczna i skrzypce; jeśli zetknęliście się z formacją Light Coorporation, egzystującą na polu rockowej awangardy, to właśnie ów polski muzyk jest jej liderem), David Mowat (trąbka), Federico Leonori (kontrabas), Chris Menes (syntezator modularny).




Dostajemy cztery dokumenty środowiskowe, które przenoszą nas w świat onirycznej, elektroakustycznej, lekko psychodelicznej muzyki improwizowanej. Bardzo ciekawie brzmią wszystkie instrumenty strunowe, niezależnie do poziomu ich pogłosu, intrygujący jest sztafaż introspektywnych zagrywek czynionych na syntezatorze modularnym. Jeśli w tym tyglu rozbuchanej wyobraźni i żmudnej kooperacji, coś mniej mnie frapuje, to trębacz, który po prawdzie niewiele wnosi do obrazu całości i jest w mojej ocenie nadmiernie ilustracyjny. Zdecydowanie ciekawsze są momenty, gdy ten akurat muzyk milczy. Reszta broni się dobrze, a recenzentowi pozostaje czekać na ciąg dalszy tej muzycznej przygody. Rekomendacja żółta (middle) z delikatną zieloną (high) podpórką na zachętę.