Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frode Gjerstad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frode Gjerstad. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2025

Gjerstad, Schlippenbach & Narvesen in Seven Tracks!


Powracamy do letnich nowości nowojorskiego The Relative Pitch Records. Tym razem spotkanie artystów, którzy w różnych konfiguracjach personalnych grywali ze sobą niejednokrotnie, ale nigdy nie czynili tego w takim trio. Dwóch weteranów sceny free impro - saksofonista/ klarnecista Frode Gjerstad i pianista Alex von Schlippenbach w towarzystwie drummera Daga Magnusa Narvesena, któremu trudno przypisać miano weterana, ale z pewnością nie zasługuje już na miano młodego, nieopierzonego.

Nagranie okazuje się zaskakująco dobre, co w przypadku tego młodszego jest normą od dawna, ale w przypadku obu starszych Panow niekoniecznie, szczególnie w kontekście ich dokonań artystycznych na przestrzeni ostatnich kilku lat. Śmiało możemy bowiem skonstatować, iż dawno nie słyszeliśmy tak energetycznego i kreatywnego grania ze strony Gjerstada, a i sięgający dziewięćdziesiątki Schlippenbach zdaje się być tu w wybornej formie. Siedem historii, zgodnie z tytułem, każda rozciągnięta w czasie pomiędzy pięć, a siedem minut. Nic, tylko słuchać!

 


Muzycy inaugurują album w pełni kolektywnym strumieniem fonii, ale nie będą tego czynili zawsze. W dalszej części nagrania chętnie dzielą się na duety, choć każdorazowo jedynie we fragmencie danej improwizacji. Ta pierwsza stawia na swobodny jazz z kameralnym backgroundem pianisty. Krzywe melodie, zgrabnie łamana rytmika, krótkie solowe zagrywki, bardziej jako prowokacje i próby wszczynania ciekawych dyskusji na argumenty jakościowe. Trio świetnie czuje się na wzniesieniach, a trzeba dodać, iż w nostalgiczne doliny zapuszcza się tylko okazjonalnie, co na ogół bywa udziałem pianisty. Drugą odsłonę otwiera duet saksofonu i piana. Nagranie ma kilka faz o zróżnicowanej dynamice, intrygująco pachnie bluesem. W kolejnej części gra zaczyna się od perkusji i piana, zdaje się silnie kameralna, ale zadziorny dęciak nie zostaje obojętny na takie rozwiązanie.

W czwartej improwizacji aż kipi od ekspresji godnej free jazzu. Najpierw perkusja i dęciak, potem czarne klawisze piana sieją zniszczenie. Wszystko jest tu rozwichrzone, połamane, odarte z melancholii i zbyt nachalnej melodyki. Piąta część zdaje się być drobnym przystankiem na zaczerpnięcie świeżego powietrza. Rodzaj post-chamber, które zasilają jazzowe sterydy. Kolejną porcję jakości przynosi szósta improwizacja, zadzierzgnięta przez pianistę. Potem do akcji wkracza perkusista, a na końcu wyjątkowo zadziorny klarnecista. Emocje znów sięgają zenitu, a jedynym, który stara się kontrolować przebieg wydarzeń wydaje się pianista. Finałowa improwizacja także nie szczędzi nam atrakcji. Melodyjna, rytmiczna, ale nasiąkniętą jurną dynamiką i kreatywnością. Z jednej strony szczypta post-classic piana, z drugiej gęsta faktura perkusji i klarnetowe komentarze. Same smakołyki!

 

Gjerstad, Schlippenbach & Narvesen Seven Tracks (Relative Pitch, CD 2025). Frode Gjerstad – saksofon altowy, Bb clarinet, Alexander von Schlippenbach – fortepian oraz Dag Magnus Narvesen – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Berlinaudio, Berlin, styczeń 2024. Siedem improwizacji, 42 minuty.




piątek, 1 listopada 2024

Bobby Bradford, Frode Gjerstad, William Roper & Alex Cline! Frice!


W połowie września minęła trzydziesta rocznica śmierci Johna Stevensa, definitywnie pomnikowej postaci dla muzyki improwizowanej i free jazzu. A jaki związek ma genialny perkusista z albumem, który jest przedmiotem naszych recenzenckich dociekań? Okazuje, się, że bardzo duży.

Jedną z licznych zasług Stevensa dla europejskiej muzyki kreatywnej było zaproszenie do współpracy ze Spontaneous Music Ensemble amerykańskiego kornecisty Bobby Bradforda już na początku lat 70. W kolejnej dekadzie ten ostatni pojawiał się na wspólnych nagraniach z formacją Detail, którą przez prawie półtorej dekady współtworzyli Stevens i norweski saksofonista Frode Gjerstad. Po śmierci Johna, współpraca Bobby’ego i Frode jest kontynuowana - jej najnowszym przejawem album Frice. Dzieło absolutnie wyjątkowe!

Nie zaglądamy Panom w metryki (a są imponujące!) i cieszymy się jak dzieci z ich nowego kwartetu, tym bardziej, iż do jego współtworzenia, w miejsce kontrabasisty, zaprosili amerykańskiego tubistę Williama Ropera, który swobodne, świetnie interferujące, dęte rozmowy głównych bohaterów wynosi w niemal kosmiczną przestrzeń i jeszcze okrasza je incydentalnie własnym głosem. Kwartetu dopełnia, jak zwykle ekstremalnie kompetentny, amerykański drummer Alex Cline.



 

Od pierwszych sekund Bradford i Gjerstad prowadzą dialog, podśpiewują, wypuszczają ze swoich instrumentów chmury melodii, a także frazy bardziej zadziorne, które nieustannie wchodzą ze sobą w interakcje. Ich narracja, to mięsiste wdechy i jakże swobodne, niemal ulotne wydechy. Roper nie koncentruje się na budowaniu basowej powłoki, ale nieustannie wchodzi w relacje z przednim frontem narracji – wszak on też jest instrumentalistą dętym. Cline najbliższy tu stabilnej, linearnej kreacji, trzyma kwartet w ramach zadanej przestrzeni, stymuluje emocje, a gdy trzeba, studzi je. Opowieść ma swoje tempo, ale raczej leniwe, nieśpieszne, chwilami frywolne. Improwizacja budowana jest zdecydowanie kolektywnymi metodami, a jeśli już pojawiają się incydenty w podgrupach lub coś na kształt ekspozycji solowej, to są one krótkie, zwięzłe, niemal natychmiast komentowane przez partnerów. Całość nie ma jednak charakteru medytacji starszych Panów, podsycana jest adekwatnymi porcjami ekspresji. W drugiej części utworu otwarcia wszystkie trzy dęciaki pracują na dużej wysokości, ich brzmienie jest lekkie, dźwięki bez trudu unoszą się w powietrzu. Roper stosuje tu chyba jakąś lżejszą odmianę tuby. Perkusja z kolei znaczy tropy i podsumowuje kolejne etapy podróży. Opowieść ma w sobie dużo melodii, a pod koniec także ekspresji. Utwór wieńczą westchnienia tuby.

Trzecia opowieść jest całkiem dynamiczna. Kornet śpiewa z aylerowską melodyką, perkusja tyczy szlak. Po paru chwilach w grze pojawia się klarnet, z kolei tuba stawia na minimalizm, zwłaszcza, że jej właściciel przymierza się do pierwszych tego dnia odgłosów gardłowych. W tle rezonują aktywne talerze. Finał poprzedzony jest frazami granymi niemalże unisono, ma definitywnie taneczny, durowy klimat, a jego ozdobą są niespodziewane dźwięki harmonijki ustnej. Czwarta część przenosi nas na amerykańskie południe – gospelowe zaśpiewy, clapping i urocze, dęte pojękiwania. Przez kilka chwil prym wiedzie klarnet, pięknie komentowany kornetem i perkusją. Swoją porcję ekspresji dokłada też roześmiana tuba.

Końcowa pieśń znów zdaje się być grana jednym, post-aylerowskim tembrem. Wysoko, ku niebu i jego wiecznej szczęśliwości. Kornet ma tu swoje solowe expose, pięknie komentowane przez partnerów na wdechu. Po kilku minutach ekspresja zwycięża i muzycy uciekają w kłęby swobodnego free jazzu. No i tuba, niczym nastoletnia baletnica, pięknie łapie trop. Ostatnia prosta należy do Bobby’ego i Frode. Brawo!

 

Bobby Bradford, Frode Gjerstad, William Roper & Alex Cline Frice (FSR Records, CD 2024). Bobby Bradford – kornet, Frode Gjerstad – saksofon altowy, klarnet Bb, William Roper - tuba, traveltuba, małe instrumnety oraz Alex Cline – perkusja. Nagrane w sierpniu 2022, Los Angeles (?). Pięć Improwizacji, 49 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 22 marca 2024

The Scandinavian’ Round-up: Strid! Gjerstad! Fite! Westgaard! Kjorstad & Reijseger! Emmeluth! Gunnarson & Johansson!


Wygląda na to, że muzyka ze Skandynawii całkowicie zdominowała marcową zbiorówkę świeżych recenzji równie świeższych wydawnictw. W rolach głównych wystąpią dziś muzycy z Norwegii i Szwecji, a w tej najbardziej eksponowanej szwedzki perkusista i perkusjonalista, jeden z prawdziwych magów swobodnej improwizacji, Raymond Strid. Odczytamy i odsłuchamy aż trzy wydawnictwa z jego udziałem!

W zestawieniu prawdziwy kalejdoskop stylów i estetyk - od free jazzu, przez ocean swobodnej improwizacji, nagrania inspirowane kulturą celtycką, skomponowane i brawurowo wykonane przez żeński septet, po nagrania terenowe uroczo zlepione z preparowanym fortepianem. A w tak zwanym międzyczasie garść improwizowanej kameralistyki na wyjątkowo pięknie brzmiących instrumentach strunowych. Innym słowy, dla każdego coś miłego!




Frode Gjerstad & Raymond Strid OUT! Live at Café Mir, 2023 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Blow Out Festival, Cafė Mir, Oslo, sierpień 2023: Frode Gjerstad – saksofon altowy, klarnet oraz Raymond Strid – perkusja. Dwie improwizacje, 31 minut.

Potrójną przygodę ze Stridem zaczynamy od spotkania z weteranem norweskiego free jazzu, Gjerstadem, który w ostatnich latach znacząco osłabił swoją aktywność artystyczną, zatem album cieszy nas w dwójnasób. Bez zaskoczeń i dramaturgicznych niespodzianek, spora dawka dobrze skonfigurowanego free, z wiodącą rolą drummera, który potrafi wzniecać ogień nie używając do tego zbyt wielu narzędzi.

Koncert inicjuje perkusista, który nie musi czynić wiele, by alcista poderwał się do krzykliwego lotu i dorównał mu poziomem ekspresji. Dynamika, bystre interakcje, swobodna kontemplacja scenicznego doświadczenia, to najważniejsze atrybuty pierwszej fazy koncertu. Alcista w trakcie kilkunastominutowej opowieści dwukrotne milknie, dając więcej przestrzeni na perkusyjne ekspozycje, stwarzając także okazje na leniwie rozciągnie zwiotczałych mięśni. Po krótkiej chwili wraca, zawsze z nowym pomysłem na rozwój narracji i własne frazowanie. Norweg nie eskaluje napięcia, chętnie sięga po szeroki arsenał kocich lamentów, udanie syci perkusyjny flow drobnymi dawkami ekspresji. Strid trzyma improwizację mocno w garści i udanie stymuluje akcje partnera. Druga opowieść niesie ze sobą większą porcję spokojnych, bardziej zadumanych fraz, szczególnie ze strony Gjerstada. Szwedzki drummer czyni swoje z precyzją sapera, zdobiąc niemal każdą pętlę perkusjonalnymi inkrustacjami. Dynamiczny, niemal taneczny w końcowej fazie koncert zostaje urokliwie spuentowany melodią klarnetu.



 

Niklas Fite & Raymond Strid How it is (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Norlings Rör, Heby, Szwecja, styczeń 2024: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery improwizacje, 30 minut.

Drugi duet Strida, to niemal przeciwległy biegun swobodnej improwizacji. Cicha, skupiona, bazująca na pojedynczych dźwiękach opowieść do użytku słuchawkowego. Subtelny, po części minimalistyczny gitarzysta, który częściej tu sięga po banjo i Strid, mistrz tego typu sytuacji dramaturgicznych. Temu akurat spotkaniu do artystycznej doskonałości brakuje może tylko nieco wyższego poziomu ekspresji w kilku momentach tego niedługiego nagrania.

How It Is, to improwizacja prawdziwe molekularna, niebywale drobiazgowa, jakby wyszła spod pióra Johna Stevensa i Spontaneous Music Ensemble. Tworzą ją plejady dźwiękowych drobiazgów, strzępy fonii, pojedyncze uderzenia w najbardziej delikatne elementy instrumentów. To opowieść wyjątkowo cicha, choć nasączona wewnętrznymi emocjami, delikatna, choć nieustannie rwana i szarpana, płynąca po obrzeżach strun i gryfu, ledwie muskająca krawędzie werbla i tomów, szeleszcząca błyskiem talerzy. Tu liczy się każdy niuans, a czasami także fakt niezagrania jakiejkolwiek frazy. W pierwszej i trzeciej improwizacji Fite korzysta z banjo. Strid ma pod ręką wszystkie perkusyjne akcesoria, ale używa je z podwójną ostrożnością, z dbałością o brzmienie każdej frazy. Improwizacja tej dwójki nie jest wcale minimalistyczna – tu potrafi dziać się naprawdę wiele, a dramaturgiczne spiętrzenia nie są wcale rzadkim zjawiskiem. Mimo to opowieść balansuje często na granicy ciszy, jest szmerem, szelestem, półdźwiękiem martwego flażoletu. W drugiej i trzeciej odsłonie nie brakuje dźwięków preparowanych, ale i one zdają się istnieć w czasoprzestrzeni narracji ledwie przez ułamki sekund. Album kończy krótka improwizacja, w której pojawia się szczypta melodii, tu jakby rozkładanej na czynniki pierwsze i drobny, post-klasyczny sznyt gitary zatopionej w leniwym mikro drummingu.



 

Hein Westgaard/ Katt Hernandez/ Raymond Strid The Knapsack, The Hat, and The Horn (Gotta Let It Out, CD 2024)

Gävle, Szwecja, czerwiec 2022: Hein Westgaard – gitara, Katt Hernandez – skrzypce oraz Raymond Strid – perkusja. Dziewięć improwizacji, 42 minuty.

Trzecia dziś płyta z udziałem Raymonda Strida przenosi nas definitywnie do świata swobodnie improwizowanej kameralistyki. Dwa akustyczne instrumenty strunowe i zestaw perkusyjny, którego akcje i interakcje posadowione zdają się być, dość niespodziewanie, bliżej estetyki pierwszego z omawianych dziś albumów.

Artyści budują tu bardzo szerokie spektrum dźwiękowe – post-klasycznie brzmiąca gitara, rzewne, melodyjne skrzypce i wszechobecna perkusja, która oplata strunowe frazy niczym gęsta pajęczyna. Pierwsza piosenka, umiarkowanie dynamiczna na starcie, na etapie rozwinięcia koi nas ciszą, minimalizmem, mikro preparacjami skrzypiec i rezonansem perkusyjnych talerzy. W kolejnym odcinku muzycy preferują grę na małe pola – trochę leniwie, odrobinę na wdechu, z dbałością o brzmieniowe subtelności. Tu etap rozwinięcia oznacza półgalop pięknie zdobiony perkusjonalnymi błyskotkami Strida. Kolejne dwie improwizacje bazują na dźwiękach preparowanych. Pierwsza skupia się na mechanice strun i perkusyjnych naciągów, druga formuje się w jękliwą post-balladę. W piątej odsłonie powraca dynamika, ale jest gustownie dawkowana. Od zadziornych, kanciastych interakcji po rzewne melodie. Na etapie finalizacji narracja ulega pewnemu zagęszczeniu, głównie za sprawą skupionego drummingu. W kolejnej części dostajemy mnóstwo filigranowych fraz, doposażonych w drobne melodie i porcję perkusyjnych niespodzianek. W podobnym klimacie powstaje siódma piosenka. Każdy z artystów porusza się tu z kocią zwinnością, a wszystko dzieje w intrygującym tempie. Ósma improwizacja zaskakuje – najpierw budują ją dźwięki preparowane, ale osadzone w pewnej rytmice, potem pojawia się melodia, wyszukana dynamika i frazy gitary wyciągnięte na wprost z filmu country & western. Album wieńczy minutowa ekspozycja osadzona na dramaturgicznym suspensie - kojącym, wielkim wydechu gitary, skrzypiec i perkusji.



 

Hans Kjorstad & Ernst Reijseger Gap of Ginn (Motvind Records, CD 2024)

Høyjord Stave Church, Norwegia, luty 2022: Hans Kjorstad – skrzypce, hardingfele, Indian harmonium oraz Ernst Reijseger – wiolonczela, shruti boxes. Dziewięć utworów, 41 minut.

Kolejny album skandynawskiej zbiorówki także bazuje na improwizacjach (z jednym wyjątkiem), ściele się wszakże urodą godną niemal klasycznie brzmiących opowieści post-barokowych. Piękna akustyka obiektu sakralnego, ciepłe, niekiedy nad wyraz kojące frazy, ale też dużo wewnętrznego niepokoju, dramaturgicznego fermentu będącego skutkiem kreatywności obu artystów. Jeden z nich jest muzykiem na tzw. dorobku, drugi legendą europejskiej muzyki improwizowanej. Efekt ich wspólnych prac jest dalece intrygujący, może jedynie zbyt wystudzony emocjonalnie w fazie końcowej.

Rezonujące, długie pociągnięcia smyczkiem kreują aurę otwarcia, w której nie brak zarówno melodyki folkowej, jak i post-barokowej. Rodzaj śpiewu przez łzy, w obliczu egzystencjalnych boleści. Zaraz potem czeka na nas kilka dźwięków z głębokiej krypty i szczypta intrygującej nerwowości. W strumieniu czystych fraz strings, które pną się ku górze, rodzi się blask niżej osadzonego, indiańskiego harmonium. W trzeciej odsłonie muzycy dostarczają garść zabrudzonych, mglistych fonii udanie wzbogacających kolorystykę ekspozycji. W części czwartej płyną w strudze post-baroku, z kolei w piątej ochoczo śpiewają na folkową modłę w niemal durowej tonacji. Tu obecność harmonium zaskakująco podkreśla aurę piosenki. Szósta improwizacja zdaje się być tą najpiękniejszą. Harmonium i smutno frazujące cello schodzą bardzo nisko na kolanach, wprost w mroczne odmęty. Puentą jest śpiew wiolonczeli, sycony półgardłowymi westchnieniami muzyka. Siódma część zdaje się pogłębiać klimat poprzedniczki, ale czyni to bardziej melodyjnie, choć harmonium skutecznie trzyma się tu ciemniejszych barw. W ósmej opowieści pizzicato wiolonczeli buduje rytmiczną bazę, skrzypce smutno zawodzą, ale cała opowieść ma całkiem taneczny wymiar. Końcowa opowieść budowana jest z drobnych, molowych fraz, syci się też pewnym dramaturgicznym zaniechaniem. To chyba tu brakuje muzykom nieco energii do życia. 



 

Signe Emmeluth Banshee (Motvind Records, LP/DL 2024)

Studio Paradiso, Oslo, maj 2023: Jennifer Torrence – perkusja, wibrafon, głos, Guro Skumsnes Moe – bas elektryczny, kontrabas, głos, Maja S. K. Ratkje – głos, elektronika, skrzypce, Heiða Karine Jóhannesdóttir Mobeck – tuba, elektronika, głos, Guoste Tamulynaite – fortepian, syntezator, głos, Anne "Efternøler" Andersson – trąbka, głos, Signe Emmeluth – saksofon altowy, elektronika, głos, kompozycje. Trzynaście utworów, 41 minut.  

Irlandzkie, starożytne inspiracje, kreatywny umysł kompozytorki i septet bystrych wykonawczyń, które równie dobrze radzą sobie z instrumentarium akustycznym, jak i elektronicznym, nie skapią nam także swoich walorów głosowych, to elementy składowe podzielonej aż na trzynaście części opowieści. Niektóre z nich trwają ledwie minutę lub dwie, inne są 5-6 minutowe, ale wszystkie świetnie budują dramaturgię i sprawiają, iż archetypiczny Banshee jest dalece udaną podróżą dźwiękową.

Album otwiera dobrze zaplanowana ekspozycja, dynamiczna na etapie rozwinięcia, podana pełnym wachlarzem instrumentalnym. Na poły taneczna, bogato instrumentalizowana, nasycona starożytnymi emocjami i jakże współczesną ekspresją. Już na tym etapie podróży poznajemy moc wokalnych eksplozji. Po serii miniatur granych w podgrupach przechodzimy do szóstej, najdłuższej opowieści. Na starcie dominuje tu elektronika, w dalszej fazie władze przejmują instrumenty akustyczne, które snują opowieść, jaka wyłania się z kameralnego suspensu. Po śladowej dawce post-jazzu pojawiają się historie numer osiem i dziewięć, także rozbudowane w wymiarze czasowym. Pierwsza nich zdaje się być repryzą utworu otwarcia, ta druga przenosi nas do świata kameralistyki i oferuje błyskotliwą sekwencję swobodnych improwizacji budowanych metodą call & responce. Utwór jedenasty kontynuuje estetykę free chamber pełną preparacji, dobrze zadanych pytań i jakże zwinnych ripost. Dwunastą opowieść kreują dysonanse brzmienia i dynamiki. Garść brudnych dźwięków, smagnięcia smyczkiem i septetowe kontrapunkty generują tu spore podkłady emocji. Album domyka melodyjny wielogłos, który niesie się po niebie wsparty delikatnym dronem smyczkowym.



 

Rosanna Gunnarson/ Karin Johansson I grunda vikar är bottnarna mjuka (Outerdisk, CD 2024)

Elementstudion, Gothenburg/ Värmdö, Szwecja, 2021/22: Rosanna Gunnarson – kompozycja, notacje graficzne, field recordings oraz Karin Johansson – fortepian preparowany. Dziesięć utworów, 46 minut.

Fortepian preparowany oblewany strumieniami nagrań terenowych, pozostających często w onirycznych, tajemniczych klimatach. Dużo smakowitych dźwięków, dobra dramaturgia, także pewien potencjał relaksacyjny, oczywiście dla tych, których cenią sobie niekonwencjonalne metody spędzania czasu wolnego. To w telegraficznym skrócie zawartość albumu o jakże intrygującym tytule W płytkich zatokach dno jest miękkie. Dziesięć opowieści podanych tu jest w jednym strumieniu dźwiękowym.

Kolejna skandynawska opowieść formuje dźwięki improwizowane fortepianu i żywe frazy otoczenia w medytującą kompozycję czasu i przestrzeni. Ta implozywna drama na każdym etapie podróży zdaje się mieć motyw przewodni. W fazie początkowej wątkiem dominującym jest lejąca się zewsząd woda i towarzyszący jej szum wiatru, tudzież odgłosy lasu dominujące nad przejawami życia miejskiego. Środkowa część albumu wydaje się być bardziej mięsista, doposażona w gęstsze, niekiedy wręcz industrialnie brzmiące frazy. Jest nerwowa, stygmatyzowana mrokiem i niedopowiedzeniami. Z kolei w końcowych częściach tej historii, niezależnie od innych wydarzeń, snuje się strumyczek fortepianowej melodii, filigranowy, podawany wprost z wychłodzonej klawiatury. Jeśli pierwsza faza albumu jest zaproszeniem do wyruszenia w drogę, a środkowa wzmaganiem się z niedogodnościami wynikającymi z pokonywania kolejnych etapów, to końcowa stanowi piękną reasumpcję, nasyconą pokaźną porcją emocji. W trakcie całego albumu frazy grane z klawiatury pozostają we względnej równowadze dramaturgicznej z akcjami inside piano, choć tych drugich w wymiarze ilościowym jest na pewno więcej. Pośród przeróżnych dźwięków każdej fazy opowieści nasze uszy sycą się pięknymi, rezonującym odgłosami płynącymi zarówno z wnętrza piana, jak i bliżej nieokreślonej rzeczywistości nieopodal. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy w ogóle nie potrafimy wskazać źródła danego dźwięku. 

 

 

 

piątek, 20 października 2023

The Relative Pitch Records’ fresh outfit: Parker! Swell! Allemano & Dörner! Gjerstad & Shipp! Colonna! Foster!


Nowojorski The Relative Pitch nie odpuszcza w generowaniu nowych sytuacji wydawniczych choćby na ułamek sekundy! Nowe albumy leją się jak z rogu obfitości, a twarde dyski recenzenckich komputerów trzeszczą w szwach.

W okresie od czerwca do połowy października label dostarczył piętnaście nowych płyt z muzyką improwizowaną, a w stadium pre-order czekają już cztery nowości listopadowe.

Jednoosobowej redakcji Trybuny Muzyki Spontanicznej trudno jest ogarnąć słowem tak dużą porcję muzyki, nawet, gdy jest ona w skończonej liczbie przypadków naprawdę interesująca. Zatem dziś pochylamy nad sześcioma płytami, tymi, obok których nie sposób przejść bez słowa komentarza - solowymi dokonaniami Evana Parkera (sprzed lat!) i Steve’a Swella, dwoma smakowitymi duetami – jednym kanadyjsko-niemieckim, drugim norwesko-amerykańskim, wreszcie pewnym włoskim kwartetem i amerykańskim trio. Tym albumom poświecimy dziś sporo miejsca. Pod koniec zaś tekstu nastąpi szybkie wylistowanie pozostałych dziewięciu albumów, które są już po światowej premierze (niektóre opatrzymy słowem komentarza).

So, welcome!



 

Evan Parker NYC 1978

Environ, Nowy Jork, październik 1978. Evan Parker – saksofon sopranowy i tenorowy. Sześć improwizacji, 68 minut.

Po niepublikowane nagranie koncertowe boga swobodnej improwizacji sięgamy niemal dokładnie 45 lat po jego rejestracji w nowojorskim klubie Environ. Wiosną tamtego roku Parker wydał wiekopomne Monoceros, jesienią koncertował w Ameryce Północnej. W połowie października odnajdujemy go w doskonałej formie, jego saksofon sopranowy (incydentalnie także tenorowy) brzmi wyjątkowo soczyście, a sama rejestracja została zrealizowana naprawdę porządnie, jak na kanony analogowych lat 70. ubiegłego stulecia. Pisaliśmy już na tych łamach, iż Parker wielokrotnie zmieniał historię gatunku, ale być może jego największy wkład w rozwój swobodnej improwizacji, to właśnie nagrania solowe, szczególnie te sopranowe. Reasumując – NYC 1978, to jedna z najważniejszych płyt ostatnich lat, niezależnie od tego, jak długo musieliśmy czekać na opublikowanie tego nagrania. 

Na nowojorski koncert składają się cztery kilkunastominutowe epopoje sopranowe i dwa kilkuminutowe interludia na tenorze. Pieśń otwarcia, to parkerowski klasyk – cyrkulacyjny oddech wprawia jego sopran w opętańczy taniec, który zdaje się nie mieć początku, ani tym bardziej zakończenia. Sound jest głęboki, delikatnie zabrudzony. Owa mantra nieskończoności dźwięku staje się udziałem Anglika także w dalszej części koncertu, ale tu, na jego starcie, jest szczególnie intensywna. Z kolei w trzeciej części sopranowa opowieść początkowo powstaje z krótkich, niemal urywanych fraz. Muzyk rysuje małe pętle, którym nadaje dość chropowaty sound, a na finał wpada w oddech cyrkulacyjny brzmiąc niemal post-barokowo. Piąta odsłona jest wyjątkowo filigranowa, budowana na dużej wysokości i niebywałej dynamice. W drugiej fazie tej improwizacji Parker na chwile przystaje, coś tam do siebie gada i znów rusza w tango. Ostatnia improwizacja przypomina spacer pasikonika po polnej łące. Delikatna, stepowa opowieść nabiera wszakże rumieńców dzięki melodyjności i rosnącej intensywności. Na zakończenie muzyk sięga po cyrkulację, którą wieńczy sekwencją luźnych oddechów. Dwie improwizacje na saksofonie tenorowym budowane są drobnymi frazami (część druga) lub ekspozycjami bardziej masywnymi, dronowymi (część czwarta). Zdaje się, że dają muzykowi niezbędne chwile wytchnienia pomiędzy sopranowymi eksplozjami.



 

Steve Swell For Rhina P. Espaillat

Czas i miejsce akcji nieznane: Steve Swell – puzon i trąbka kieszonkowa. Osiem improwizacji, 41 minut.

Solowa płyta amerykańskiego puzonisty powstała jak najbardziej współcześnie, choć nie wiemy dokładnie kiedy. Przynosi osiem wyjątkowo zgrabnych i dobrze zaplanowanych improwizacji. Ta pierwsza trwa ponad 18 minut i jest tu daniem głównym, pozostałe siedem udanie ją uzupełniają. Dodajmy, iż niezależnie od stosowanych technik wydobywania dźwięku z instrumentu dętego, blaszanego, Swell perfekcyjnie dba o dramaturgię, a każda jego ekspozycja ma swój rytm i dalece linearną, przemyślaną narrację.

Pierwsze kilka minut improwizacji otwarcia można określić mianem ciężkich narodzin pierwszego dźwięku puzonu. Szumiące powietrze, które łapie rezonans drżącej tuby, ciężko pracujące wentyle i oddychający muzyk, który co pewien czas wpada w dłuższy, na poły cyrkulacyjny oddech. Swell pierwsze bardziej śpiewne, zwarte frazy ze szczyptą melodii, wydaje po upływie siódmej minuty. Każda decyzja artysty, każdy wydobywany dźwięk ma tu swoje miejsce i jest realizowany z dużą pieczołowitością. Od nostalgicznych westchnień po taneczne, melodyjne podrygi, ze sporą wszakże porcją efektownie preparowanych fraz. Kolejne siedem improwizacji trwa po kilka minut i zdaje się prezentować różne stadia dekonstrukcji puzonowych odgłosów. Najpierw, to improwizacja dalece mechaniczna, jakby coś w tubie było precyzyjnie ugniatane. W kolejnej części tuba jest już zamknięta, a instrument jęczy w bólach. W części czwartej pojawiają się akcenty perkusjonalne i pocieranie metalu o metal. W części piątej garść matowych śpiewów … kieszonkowej trąbki. W części szóstej plejada szumów i przedechów, jakby ktoś zaciskał pętlę na szyi artysty. Przedostatnia opowieść smakuje post-industrialnie, wszystko w niej ze sobą rezonuje. Końcowa improwizacja chce być łabędzim śpiewem, ale skutecznie zablokowana tuba wydaje bukiety zmęczonych, spreparowanych odgłosów. Półśpiewne szemranie domyka ten jakże wyśmienity album.



 

Lina Allemano & Axel Dörner Aphelia

Studioboerne45, Berlin, wrzesień i listopad 2019: Lina Allemano – trąbki oraz Axel Dörner – trąbki. Osiem kompozycji/ improwizacji, 46 minut.

Berlińskie spotkanie trąbek, to chyba coś więcej niż dialog. Albumowe credits używa liczby mnogiej zarówno w odniesieniu do instrumentarium Kanadyjki, jak i Niemca, co więcej, wnikliwy odsłuch nagrania definitywnie pozwala stwierdzić, iż w wielu momentach narracji słyszymy więcej niż dwie trąbki. Samo nagranie broni się tu każdym dźwiękiem, choć zdaje się, że w wielu momentach zostało precyzyjnie zaplanowane i niekiedy odegrane jak spod batuty. Improwizacja oczywiście króluje, ale nie tylko ona stanowi tu o jakości trębackiego szczytu.

Początek nagrania zdaje się być odegrany wedle precyzyjnego scenariusza. Dwie, a nawet trzy trąbki płyną tu wspólnym strumieniem o niemal orkiestrowej sile rażenia, momentami brzmiąc niczym dekonstrukcja słynnego Concerto de Aranjuez. Utwór kończy wielosekundowa cisza, która jest częstym zabiegiem dramaturgicznym na tej płycie. Dwa kolejne utwory (połączone) bazują na dźwiękach preparowanych. Każda z trąbek frazuje teraz inaczej - jedna bywa sucha, inna wilgotna, jedna pracuje na wentylach, inna kreuje bardziej mechaniczne sytuacje foniczne. Pojawiają się także nieśmiałe akcenty perkusjonalne lub frazy przypominające syreny alarmowe. Kolejne dwie ekspozycje (także połączone), to niemal zwierzęca symfonia wyjców i kojotów, spuentowana strumieniami szumów i dronów. Druga z tych opowieści trwa wiele minut i w swej końcowej fazie syci narrację wieloma smaczkami brzmieniowymi. Artyści wchodzą tu niekiedy w bardzo gwałtowne interakcje. Opowieść piątą wieńczy trzyminutowe pasmo ciszy. Część szósta jest wysoko zawieszonym dronem, który przypomina nalot dywanowy, z kolei dwie ostatnie odsłony powracają do koncepcji preparowania dźwięku. Oba odcinki wyposażone są w dużą dawkę ekspresji – pierwszy karmi się tu dźwiękiem, drugi nieskończonymi pokładami szumów.



 

Frode Gjerstad with Matthew Shipp We Speak

Park West Studios, Brooklyn, Nowy Jork, listopad 2022: Frode Gjerstad – saksofon altowy, Bb clarinet oraz Matt Shipp – fortepian. Osiem improwizacji, 46 minut.

Norweski saksofonista i klarnecista, muzyk wielu talentów, wieloletni partner Johan Stevensa, swoje 75. urodziny świętował m.in. w Nowym Jorku. W pewnym zacnym studiu nagraniowym dokonał definitywnie udanej sesji nagraniowej w towarzystwie jakże uznanego pianisty z tamtych ziem. Dziś nagranie trafia w nasze ręce i uszy, a dwie konstatacje winny paść jeszcze przed umówieniem zawartości krążka We Speak. Po pierwsze - dawno nie słyszeliśmy Gjerstada w tak dobrej formie, po drugie - po raz kolejny możemy przekonać się, iż pianistyka Shippa bywa nieznośnie powtarzalna.

W trakcie sesji Frode częściej sięga po saksofon altowy. Bywa w tych sytuacjach bardzo kreatywny, bazuje na świetnym, nieco chropowatym brzmieniu, jest zadziorny, udanie prowokuje Matta do masywniejszych ekspozycji, a duetowa improwizacja nabiera free jazzowego sznytu. Gdy w grze uczestniczy klarnet, opowieści częściej nabierają kameralnego charakteru. Pianista, jak to ma w zwyczaju, nie stroni od post-klasycznych pasaży, które stosuje równie chętnie, jak intensywne przebieżki po czarnej stronie klawiatury. Warto podkreślić, iż w trakcie dłużnych narracji, jak choćby w części czwartej, norweski muzyk sięga zarówno po saksofon, jak i klarnet. Szósta improwizacja sprawia wrażenie zbudowanej na dużych emocjach i w pełni kolektywnej. Muzycy są tu wyjątkowo czujni, a pianistyczna narracja intrygująco mroczna. Najspokojniejszą częścią płyty wydaje się siódma improwizacja, w której powtarzalność pianistycznych fraz wydaje się być dość dotkliwa. Ostatnia improwizacja skutecznie kruszy jednak ambiwalencje recenzenta. Jest gęsta, rozkrzyczana, świetnie podsumowana altowymi lamentami i zasadnymi dramaturgicznie repetycjami piana.  



 

Colonna, Marraffa, Spera & Zanotti Red Planet

Area Sismica, Forli, Włochy, lipiec 2020: Marco Colonna – saksofon barytonowy i sopranowy, Edoardo Marraffa – saksofon tenorowy i altowy, Fabrizio Spera – perkusja, instrumenty perkusyjne, smyczek oraz Marco Zanotti – perkusja, instrumenty perkusyjne, kalimba. Pięć improwizacji, 59 minut.

Czterech włoskich artystów, wedle słów wydawcy w ramach pierwszego spotkania w tym układzie personalnym, odnajdujemy tu w swobodnej, post-jazzowej improwizacji zrealizowanej tuż po pierwszym covidowym lockdownie. Dwaj saksofoniści na wysokim poziomie kreatywności, zarówno w układzie duetowym, jak i solowym oraz dwaj perkusiści z dalece rozbudowanym zestawem instrumentalnym, niekiedy zbyt zapatrzeni w rytm i linearność swoich ekspozycji. Koncert, na który składa się set główny (trzy części w jednym strumieniu, czwarta w ramach dogrywki) i bis, toczy się na różnych poziomach intensywności. Od free jazzu do niemal post-folkowych ekspozycji. Z czwórką Włochów warto zatem spędzić czas od pierwszej do ostatniej sekundy albumu Red Planet.

Pierwsze trzy części koncertu trwają tu pełne 40 minut. Start jest spokojny, ze wszystkim elementami tzw. gry rozpoznawczej. Czuć rytuał rytmicznej narracji, którą kreują wszyscy uczestnicy spektaklu i duże skupienie ze strony dęciaków w zakresie wyznaczania nowych ścieżek i ciekawych zakrętów. Muzycy równie dobrze czują się w post-rytmicznych medytacjach, jak i w dynamicznych, niemal ognistych pasażach. W pierwszej części o wielu sprawach (także rytmicznych) decyduje tu saksofon barytonowy, w części drugiej prym zdaje się wieść saksofon sopranowy, który syci improwizację dużą dawką melodyki. W części trzeciej muzycy tracą dynamikę i sięgają do akcenty post-folkowe. Perkusiści chętnie budują tu dźwięki preparowane, nie gubiąc przy tym struktury rytmicznej całej ekspozycji. Na koniec tej części w muzyków wstępuje duch niemal colemanowskich, free jazzowych emocji. Z kolei w części czwartej improwizacja nabiera niekiedy brotzmannowskiego temperamentu. Bis, to typowa farewell song, zbudowana na delikatnym rytmie, pokreślonym brzmieniem kalimby. W ramach podsumowania dużo dobrego spotyka nas ze strony obu saksofonistów.




Michael Foster's The Ghost Vanished Pleasures

Pioneer Works, Red Hook, Brooklyn, Nowy Jork, styczeń 2023: Michael Foster – saksofon tenorowy i sopranowy, Jared Radichel – kontrabas oraz Joey Sullivan – perkusja, instrument perkusyjne. Dziewięć utworów, 66 minut.

Kolejna mocna pozycja w letnich premierach RPR! Post-jazzowe trio, które z jednej strony świetnie radzi sobie w swobodnych improwizacjach, wypełnionych mnóstwem preparowanych smakołyków, z drugiej jest w stanie konstruować bystre, nieprzegadane improwizacje mając na wejściu temat z melodią i zgrabnym pomysłem dramaturgicznym. Do tego dodać winniśmy świetny warsztat każdego z artystów i dużą kreatywność w sferze improwizacji. Szczególnie podobać się może kontrabasista, który wiele narracji, nawet tych ognistych, free jazzowych prowadzi na smyczku. Tytuł płyty nawiązuje do filmu Dereka Jarmana, okładka zaś stanowi deklarację lidera tria, co do jego sympatii dla undergroundowego ruchu gejowskiego. Nie ma to z punktu widzenia muzyki dużego znaczenia, ale sprawia, że Foster zdaje się być autentyczny w tym, co robi, nie tylko jako bardzo dobry instrumentalista.

Album otwiera swobodna improwizacja, pełna intrygujących dźwięków, uformowana w efektowne crescendo. W drugiej opowieści mamy z kolei śpiewny temat podany przez alt i bas, wyprowadzony na efektowną, free jazzowa prostą. Trzecia narracja zdaje się łączyć walory i stylistyki dwóch pierwszych utworów. To bystre free bazujące na kameralnie usposobionym smyczku kontrabasowym. Kolejne dwa odcinki otwiera kontrabasista, za każdym razem stosując odmienne środki wyrazy. Muzycy świetnie się tu czują w formule post-balladowej, której atrybuty gubią w procesie kolektywnej improwizacji. W kolejnych opowieściach przeplatają się wątki preparowanych, swobodnie kreowanych sytuacji i melodyjne tematy, ukrwione mocą wzajemnych interakcji. W najdłuższej, ósmej części mamy wszystko, co na tym albumie najlepsze. Szczególnie podobać się tu może post-barokowa ekspozycja kontrabasu. Saksofonista porcjuje nam emocje wyjątkowo udanie, bywa równie wyrazisty na tenorze, jak i na sopranie, któremu potrafi nadać prawdziwie dziką ekspresję. Album wieńczy pożegnalna opowieść, toczona w pogrzebowym tempie, ale nasycona dużą porcją saksofonowych szumów, a potem post-aylerowskich melodii i post-barokowych zdobień smyczka. No i drummer, o którym piszemy najmniej, bo on zawsze jest tam, gdzie być powinien.

 

*****

Pośród pozostałych premier lata i wczesnej jesieni dostrzegamy album szwedzkiego duetu bBb, prowadzonego od pewnego już czasu przez saksofonistę Martina Küchena i puzonistę Ola Rubina. Album zwie się Animal Quotes i przynosi porcję improwizowanych dźwięków podaną w sposób dalece performatywny. Szwedzi świetnie się tu bawią, nam trochę brakuje dramaturgii, ale trzeba przyznać, że w stosunku do poprzednich nagrań duetu, album pod względem brzmieniowym zrobiony jest bardzo porządnie.

Kolejny duet, to spotkanie saksofonistki Silke Eberhard i pianistki Céline Voccia. Płyta nazywa się Wild Knots i przynosi siedem zgrabnych improwizacji, którym bliżej do free jazzu niż zadumanej kameralistyki, choć opowieść przynosi mnóstwo dramaturgicznych subtelności.

Duet rodzinny Dietrichów Catch the Leaves, to spotkanie saksofonisty Dona i jego córki, wiolonczelistki Camille. Nagranie, to niespodziewanie spora porcja hałasu, co jest skutkiem zarówno metod wydobywania dźwięków przez muzyków, jak i bardzo bootlegowej jakości samego nagrania.

Z kolei kwartet dowodzony przez pianistkę i kompozytorkę Yvonne Rogers (Seeds), to nagranie bardzo bliskie jazzowego main-streamu i przeznaczone dla mniej wymagającego odbiorcy. W składzie poza liderką odnajdujemy tu kontrabasistę, perkusistę i wokalistkę.

Pozostałe albumy w omawianym dziś zestawie nowości, to solowe improwizacje. Wszystkie one prezentują młodych, bardzo mało znanych artystów z całego niemal świata. Każdy z nich wymaga być może jeszcze artystycznego szlifu i obycia w świecie totalnej improwizacji, tudzież w bezkresie kreowania dźwięków coraz bardziej wymyślnymi technikami rozszerzonymi, ale doprawdy każdy z prezentowanych albumów godny jest naszej uwagi. Nam najbardziej przypadł do gustu klarnetowy spektakl, pełen zadziornych fraz i bystrych preparacji, w wykonaniu Madison Greenstone, zatytułowany bardzo zasadnie Resonance Studies in Ecstatic Consciousness. Pozostałe albumy, to saksofonistka Kyle Jessen (Primitive), kolejna saksofonistka, tu dodatkowo wspierająca się feedbackiem, Camila Nebbia (Una ofrenda a la ausencia), multiinstrumentalistka Maria Valencia (Compendio de Alofonías Abisales) oraz trębacz Benjamin Vergara (The Impossibility of a Single Sound).  



 

wtorek, 30 listopada 2021

Detail-90: Frode Gjerstad, Kent Carter & John Stevens!


Z monografii formacji Detail *):

Październik 1990: Stavanger po raz kolejny gości Detail. Powstaje stosunkowo obszerny materiał. Blisko 20-minutowy fragment większej całości X-mas Cards II & III (tytuł nawiązuje do pierwszego spotkania Detail z 1982r.!) ostatecznie domyka krążek Less More. Aż dziewięć innych, krótszych fragmentów (być może także z innych sesji), nie dostępuje zaszczytu publikacji i zapewne do dziś zalega w domowym archiwum Frode’ego. Przy okazji tej bytności w Norwegii, dzień wcześniej, John i Kent nagrywają dla radia w kwartecie z lokalnymi muzykami (tp + as).

Oto przed nami najnowsza płyta formacji Detail, zgodnie z opisem zawartym na okładce, zawierająca nagrania powstałe w … listopadzie 1990 roku. Mamy zatem mały ambaras, albowiem wedle doskonałej dyskografii Johna Stevensa, sporządzonej przez Paula Wilsona (Territories Of The Mind **), angielski perkusista przybywał w Norwegii tamtego roku nie w listopadzie, ale miesiąc wcześniej. Z dzisiejszej perspektywy nie ma to oczywiście jakiegokolwiek znaczenia, ale nie sposób nie zauważyć, iż albo dyskografia Wilsona jest nieprecyzyjna, albo opis nowej płyty NoBusiness Records zawiera błędne dane. W każdym razie oba źródła mówią o 21-ym dniu miesiąca, zatem istnieje domniemanie graniczące z pewnością, iż nagrania zawarte na najnowszej płycie Detail-90 postały właśnie w trakcie bytności Johna w Norwegii, o której wspomina cytowany na wstępie fragment monografii Detail.

Jedno wszakże nie ulega wątpliwości - przed nami ląduje kolejne niepublikowane nagranie tria Detail, które niebywale rajcuje serca psychofanów Johna Stevensa! Winno ono ucieszyć także wszystkich innych, którzy kochają świetną muzykę improwizowaną. Dodajmy za słowami Gjerstada, iż Detail grali muzykę zbyt swobodną dla fanów jazzu, zbyt zaś jazzową dla fanów swobodnej improwizacji. Na łamach Trybuny ów rozkrok stylistyczny nigdy nie stanowił jednak przeszkody, by muzyką Detail szczerze się zachwycić. Nie inaczej będzie w trakcie odsłuchu najnowszego wydawnictwa.

 


Początek pierwszej strony winyla, trwającej niewiele ponad kwadrans, zadowolić winien nade wszystko fanów jazzu! Perkusyjne intro grane na pełnym zestawie, jazzowy, wręcz post-swingowy walking kontrabasu i rozśpiewany saksofon altowy. Pazur free jazzu i niezmierzone pokłady kreatywności czają się za rogiem, ale jak to bywa w przypadku Detail – na wszystko przyjdzie czas i pora! Tę część narracji ciągnie ku górze dęciak, a przyczajona sekcja rytmu pracuje jak mistrzowska maszyna. Muzycy z gracją nabierają tempa, bez zbędnej zwłoki kierują się ku oceanowi wolnego jazzu, a emocje trzymane dotychczas na uwięzi, eksplodują teraz niczym sztuczne ognie w lunaparku. Nogę z gazu zdejmują dopiero po 10 minutach, ale ich ekspresja wcale nie przygasa. Artyści kłębią się w sobie jak jeże, nadstawiają igiełki, ale nerw kreacji ich nie opuszcza. Pulsują, drgają, szeleszczą! Po raz pierwszy pojawia się w grze kontrabasowy smyczek, który realizuje krótką ekspozycję solową (przy wsparciu perkusji). Dopiero po powrocie saksofonu tempo improwizacji ostatecznie spoczywa na laurach. Kontrabasista co prawda szarpie za struny, jakby chciał wzbudzić nową dynamikę, jednak po chwili na powrót sięga po smyczek i zaczyna opowiadać piękną historię. W jej w trakcie, co ciekawe, bliżej mu do emocji rocka niż barokowej stylizacji. Opowieść gaśnie przy wtórze rezonujących dźwięków, wdechach i wydechach, spokojnie odmierzających sekundy oczekiwania na koniec improwizacji.

Druga strona czarnego krążka trwa pełne 20 minut, ale i tak na wejściu mamy wrażenie, iż pojawiamy się w trakcie trwającej już jakiś czas improwizacji. Spokojny, open jazzowy flow, rytm wybijany na wytłumionych tomach i werblu, niezobowiązujące frazy altu, wreszcie kontrabas, początkowy jakby nieobecny, szukający najlepszego momentu, by masywnym smykiem wedrzeć się do samego jądra narracji. Improwizacja zdaje się stać w miejscu, niby szuka dynamiki, ale jednocześnie leni się niczym plażowicz w porannym słońcu. Determinacji do zmiany sytuacji nie brakuje chyba tylko altowi, który stara się podrywać improwizację do lotu. Incydentalny rytm pojawia się także na gryfie kontrabasu. Hamulcowym okazuje się jednak drummer. Na kilka chwil opowieść przygasa i staje się solową ekspozycją kontrabasu. Saksofon rezonuje w tle, perkusja milczy - Stevens chwyta chyba za kornet, kreując być może najbardziej kameralny fragment całej płyty. Muzycy stoją w miejscu i uroczo lamentują. Dopiero definitywny powrót perkusji daje nowe życie improwizacji. Pojawia się ostry smyczek i kilka pomysłów, co zrobić z tak dobrze rozpoczętym dniem. New thing powstaje tu z zagadek i bardzo luźnych skojarzeń. Tempo rodzi się niemal jednocześnie na wszystkich instrumentach, ale wciąż brakuje wystrzału armatniego. Dźwięki lepią się do siebie, gęstnieją, pełne nerwowych spazmów, ale i wyzwolonych przedechów! Dość tych dywagacji, Panowie, zdaje się krzyczeć Stevens i wrzuca bieg open jazzowej narracji. Improwizacja zdaje się teraz smakować owym post-swingiem, który tak zaskoczył nas na początku pierwszej strony. Muzycy wchodzą w tryb galopu, ale pozostają cudownie rozkojarzeni, jakże frywolni, wręcz rubaszni. Brną w ten free jazz, bo go kochają, bo czują się w nim najlepiej. Dancing & singing in the sun! Perkusyjna synkopa dba o gatunkowy porządek, alt milknie, a basowe pizzicato ma jeszcze krótkie, solowe co nieco do powiedzenia. Improwizacja gaśnie na sposób kardynalny bez słowa komentarza ze strony alcisty. 

 

Frode Gjerstad, Kent Carter & John Stevens Detail-90 (NoBusiness Records, LP 2021). Frode Gjerstad – saksofon altowy, Kent Carter – kontrabas oraz John Stevens – perkusja. Nagrane 21 listopada (października?) 1990, NRK-studios, Stavanger, Norwegia. Dwie improwizacja, łącznie około 37 minut.

 

*) Całość tekstu w dwóch wersjach językowych, opatrzona komentarzem Gjerstada, dostępna jest pod tym dokładnie adresem:

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/01/frode-gjerstad-and-more-details-about.html

**) http://www.efi.group.shef.ac.uk/mstevens.html#discog

 


piątek, 3 stycznia 2020

Next Details from Stevens and Gjerstad’ Friendship!


Z historii formacji Detail *) - Grudzień 1981: W Polsce dzieci nie idą do szkoły, bo pan w czarnych okularach ogłasza, że mamy wojnę. A do dalekiego Stavanger, także z perspektywy Londynu, na zaproszenie młodego saksofonisty Frode Gjerstada, przybywa znamienity brytyjski perkusista, kompozytor i improwizator John Stevens. Do lokalnego Jazzklubb zabierają ze sobą keybordzistę Eivina One Pedersena, stałego jazzowego kompana Frode’ego. Grają dynamiczny koncert, który uzupełniony o nagrania odsłuchowe z dnia poprzedniego, Frode wydaje na dwóch kasetach, w swoim raczkującym Circulasione Totale (cztery improwizowane fragmenty, trwające blisko 110 minut, nr katalogowy 004-005), jako Gjerstad/ Pedersen/ Stevens X-mas Cards Vols 1 i 2.




Dziś dostajemy to nagranie ostatecznie w ośmiu częściach (czas trwania, jak wyżej). Surowa, swobodna, free jazzowa opowieść, w trakcie której młodzi Norwegowie tryskają emocjami i kreatywnym pomyślunkiem, a nieco starszy Anglik bystrze ogarnia całość i nadaje nagraniu niezbędnej dynamiki. Gatunkowy rollercaster, niczym film akcji, który nieustannie zaskakuje nas zwrotami narracji, dramaturgicznymi niespodziankami, ciągłymi zmianami instrumentów, a wszystko podszyte zdaje się być niemal egzystencjalnym humorem a’la Quentin Tarantino, wynikającym przede wszystkim z ogromnej radości ze wspólnego grania. Zupełnie nic nie ujmuje tej rejestracji fakt nieco bootlegowego brzmienia i iście punkowej edycji (w prawie każdy utwór wchodzimy już w trakcie jego trwania, często są one na koniec wyciszone). Pierwsze spotkanie muzyków, które zaowocowało powstaniem formacji, która nazwę Detail przyjęła niemal rok później, gdy dołączył do niej Johnny Dyani.

W koncertowo-studyjne nagranie wchodzimy bez pukania do drzwi, w sam środek bardzo energetycznej narracji. Elektryczny instrument klawiszowy, który brzmi niczym upalony Hammond (lewą ręką Pedersen podaje dynamiczną linię basu), mocny, masywny tembr saksofonu tenorowego i wreszcie kompulsywny, obsesyjnie rytmiczny drumming. Akcja goni tu akcję – już w 7 minucie Stevens proponuje bystre solo, po chwili podobnie rzecz się ma z Gjerstadem, po którego małej erupcji, Pedersen przechodzi na fortepian. Ekspresja narracja nie traci wszakże nic ze swojej mocy, co podkreśla solowy, free jazzowy pasus pianisty. Ten ostatni pod koniec pierwszej, ponad 20 minutowej części, w powrotem przenosi się na elektryczny klawisz, co skomentowane zostaje przez … flet Frode’ego i kornet Johna, a sama opowieść na moment staje się delikatnie zadumana. Drugi utwór dla odmiany jest dość krótki, zaczyna się meta lirycznym duetem piana i saksofonu, a kończy free jazzowym galopem tria.

Trzecia część stawia na dynamikę, zadziorne brzmienie Hammonda i saksofonu, a także sporo swingu pod stopami drummera – prawdziwe power trio! Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie – emocje free jazzu, garść swobodnej improwizacji (jest Stevens, zatem sięgnięcie po call & responce wydaje się oczywiste), spowolnienie czynione masywnością klarnetu basowego, wzbogacone preparacjami. Po pewnym czasie Pedersen przechodzi na fortepian, a opowieść na poły repetytywna, staje się jednym z najlepszych fragmentów nagrania, szczególnie w wykonaniu Gjerstada. Czwarta część stawia na rezonujące talerze, wytłumiony saksofon i fortepianowe preparacje – wszystko czynione jest tu z niebywałą swobodą, świetnie skomunikowane. Przykład rozchełstanego open jazzu, który na koniec łapie płomień emocji godny Alberta Aylera.

W początek drugiej kasety (trzymajmy się analogowej nomenklatury!) znów wchodzimy na dziko – free jazzowa kipiel z masywnym, nisko osadzonym Hammondem. Po chwili już kolejny trak - perkusyjne intro, wysoki lot saksofonu i piano, które płynie z daleko i jest bardzo stonowane. Mimo, iż perkusja i saksofon dość szybko wchodzą w fazę free jazzowej eskalacji, piano nadal gra swoje zadumane frazy, tworząc bardzo ciekawy dysonans dramaturgiczny.  Z tego mezaliansu, to ostatecznie piano zostaje na czele i toczy dalszą opowieść! Znów warto podkreślić klasę pianisty, którego sceniczne wyczyny zdają się być godne wszelkich mistrzów gatunku. Po 11 minucie do gry wchodzi klarnet basowy, piano repetuje, a drive perkusji ciągnie całość ku górze. Bardzo ekspresyjny moment – Pedersen jakby grał połamany ragtime, a wtóruje mu … kornet Stevensa. Smakowity taniec! Na finał kolejnej bardzo długiej części, dialog fortepianu i klarnetu basowego.

Początek siódmej część i znów słyszymy, że jesteśmy na koncercie – perkusyjne pląsy Johna i Eivina, flet Frode’ego. Ten drugi sięga po piano dopiero po czterech minutach. Opowieść nabiera dynamiki i gęstości na barkach świetnego altu. W dalszej części saksofonista na moment milknie, by dać się wyszaleć partnerom, a gdy powraca, moc znów jest z nimi – power trio again! Na finał całego wydawnictwa dostajemy coś na kształt agresywnego … ragtime’u. Gęste piano, masywny saksofon i perkusja, frazy jakby szyte noise’ rockiem – głośne i repetytywne. Na ostatniej prostej spotkać nas już może tylko jedno – ognisty free jazz!




Z historii formacji Detail - Maj 1989: Detail znów przyjmuje formę kwartetu. Tym razem jednak czwartym muzykiem zostaje skrzypek amerykański, Billy Bang. Na potrzeby radia norweskiego powstaje półgodzinny materiał (w trzech częściach), który trafi potem na kompaktowy krążek Less More (Circulasione Totale, 1991).

… Zaś pierwsze ich wspólne nagranie miało miejsce dokładnie 3 maja (West Audio). Frode przygotował dla nas dwa fragmenty, które trwają łącznie 48 i pół minuty. Zaczynają się one nad wyraz spokojnie – smukłymi, czystymi dźwiękami skrzypiec, smyczkiem zawieszonym na gryfie kontrabasu i małym percussion. Zwinne, kameralistyczne wprowadzenie dość szybko nabiera ognia dzięki zaangażowaniu się w proces saksofonu, który dodaje wszystkiemu bardziej jazzowego smaku. W 7 minucie Bang rozpoczyna pierwszy tego dnia taniec. Kontrabas Kenta Cartera skocznie mu akompaniuje. Po pewnym czasie opowieść nabiera dynamiki, Stevens śle synkopę za synkopą, choć saksofon Gjerstada czai się w kącie i raczej milczy. Gdy wchodzi do gry, do nieba ciągnie go masywny kontrabas. Z kolei po porcji milczenia skrzypiec, w okolicach 16 minuty gra już cały kwartet, co przy okazji czyni ów fragment szczególnie wartościowym. Pod koniec seta Carter zwinnie podaje rytm syczkiem, a całość pięknie gaśnie na talerzach i strunach skrzypiec.

Drugi set także rodzi się w spokoju ducha. Smyczek na kontrabasie, ciepłe skrzypce, równie wyrazisty saksofon i skoczna perkusja. Po upływie 9 minuty narracja tłumi emocje i wchodzi w fazę akustycznych cudów. Małe dialogi na boku, kontrabasowe solo, zwinne i lekkie jak pawie pióro skrzypce. Muzycy przypominają koniki polne, które hasają po zroszonej porannym deszczem łące. Nie brakuje małych preparacji, kornetu Johna. W 18 minucie opowieść, mimo, iż pachnie dobrą kameralistyką, bystrze nabiera wiatru pod żagle. Choć nadal jest lekka i zwinna, zaczyna już zionąć ogniem na prawo i lewo. Stevens dorzuca jazzowe frazy, Frode kąsa zza zasłony, a całość historii kończy się wyjątkowo dobrze.




Z historii formacji Detail - Czerwiec 1993: Na okoliczność występu na żywo w norweskim radiu, Detail formuje się w kwartet (na gitarze elektrycznej Pierre Dorge). Miejsce przechowywania prawie 70-minutowego zapisu koncertu nie jest znane.

… szczęśliwie Frode odnajduje na dnie swojej magicznej szafy ów koncert (który miał miejsce jednak w Klubie studenckim Folken) i prezentuje nam 37-minutowy jego fragment, podzielony na trzy części. Jego start jest nagły i kolektywny, zatem być może słuchamy go nie od pierwszego dźwięku. Filigranowa gitara, repetujący kontrabas (który brzmi jak bas elektryczny), śpiewny saksofon sopranowy i perkusista, który liczy krawędzie werbla – innymi słowy zrównoważony open jazz, który początkowo nie szuka zwady. Po krótkim stoppingu i garści preparacji, kwartet żwawo rusza we free jazzowy galop, który jednak szybko przygasa. Druga historia, to także kolektywnie podawany temat nagrania, mocno jazzowy, głównie z uwagi na frazowanie gitarzysty. Z czasem opowieść zagęszcza się, a muzycy zdecydowanie szukają już wzajemnych zaczepek.

Prawdziwe emocje ogarniają ich jednak dopiero w trzeciej, najdłuższej części koncertu. Zaczyna go rozśpiewany alt, a pozostałe instrumenty zwinnie mu wtórują, wydając dźwięki na sporej dynamice. Muzycy raczej rezygnują z indywidualnych popisów, stawiają na kolektywnie i bardzo swobodne improwizacje. Jeszcze ciekawiej robi się po 7 minucie. Gitarzysta zostawia za sobą jazzowe frazy i wchodzi bystrze do świata pogłosu, psychodelii i mrocznego post-ambientu. Kontrabasista dużo gra smyczkiem, a saksofonista i perkusista nieustannie dodają nowe elementy do tak już bogatej w wydarzenia narracji. W 13 minucie na niemal rockowe solo decyduje się Stevens. Po chwili mocne wejście ma bas, saksofon dla odmiany skupia się na niuansach, a gitara snuje filigranową opowieść. Mamy zejścia w duety, blask talerzy i podmuchy kornetu. Brawo!


Wszystkie nagrania dostępne są do odsłuchu w całości oraz niedrogiego zakupu na stronie:

*) pełny tekst polski i angielski, wraz z komentarzem Gjerstada, znajdziecie dokładnie tutaj: https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/01/frode-gjerstad-and-more-details-about.html


poniedziałek, 18 listopada 2019

Bradford, Gjerstad, Carter and Stevens! Blue Cat! The next Detail’ archive has found!


Z historii grupy Detail: Czerwiec 1991, do Londynu przybywa Bobby Bradford i spędza z Detail kilkanaście dni. Obok kilku koncertów w Londynie – Beck Theatre, Albany, Community Music House i Drayton Court Hotel – grupa rejestruje materiał studyjny na płytę. Powstaje dziewięć fragmentów muzycznych (łącznie ponad 2 godziny muzyki!), które nazwano roboczo In Order Of Appearance (pięć utworów w trio, bez Gjerstada, trzy w kwartecie i jeden w duecie sax-kornet). John był dogadany z jakimś wydawcą (nie znamy szczegółów), niestety do dziś nagranie to nie zostało upublicznione. *)

Wspomniane wyżej nagranie studyjne wciąż pozostaje niedostępne dla świata realnego, ale …. od kilku dni jest z nami rzeczony koncert z londyńskiego Albany! A zatem, jesteśmy w stolicy Zjednoczonego Królestwa, jest początek czerwca 1991 roku, a na scenie: Bobby Bradford na kornecie, Frode Gjerstad na saksofonie altowym, Kent Carter na basie akustycznym (zgodnie z opisem płyty) i John Stevens na perkusji **). Czarny krążek zwie się Blue Cat, dostarcza go NoBusiness Records, a trwa prawie 46 minut (trzy fragmenty bez tytułów własnych).




Koncert zaczyna się bardzo spokojnie, słychać odgłosy baru, skromne pomruki kornetu i saksofonu, stłumiony bas i ciszę ze strony perkusji (być może Stevens używa w introdukcji kornetu; wnikliwy słuchacz ma szansę usłyszeć trzy dęciaki). A zatem charakterystyczna dla Detail nieśpieszność, mozolne i konsekwentne budowanie narracji, która … bywała zbyt jazzowa dla fanów muzyki improwizowanej i zbyt wyzwolona dla fanów jazzu (patrz: komentarz Frode’ego w linku na koniec tekstu). Muzycy badają teren, może i także pierwsze reakcje publiczności, póki co, skupionej na zamawianiu drinków. Stevens włącza maszynę perkusyjną po 140 sekundach, dzięki czemu opowieść nabiera jazzowego feelingu i zmyślnie dynamizuje się. Kornet i alt zwinnie tańczą ze sobą, sekcja rytmu generuje świetną bazę. Pierwszą wyrazistą ekspozycję solową proponuje Gjerstad. Dużo w niej melodii, podobnie, jak pomiędzy strunami basu, który podłącza się po niedługiej chwili. W 5 minucie narracja nabiera już właściwej dynamiki, a sekcja bystrze swinguje! W dalszej kolejności solo proponuje kornet, które także zostaje komentowane przez bas. Zaraz potem ten ostatni realizuje swój już absolutnie solowy pasus, jedynie delikatnie barwiony przez alt. Powrót do kwartetowego frazowania zdaje się być wyjątkowo udany, choć narracja płynie o tempo wolniej i pachnie dobrym bluesem. Czas na ekspozycję altu, wyjątkowo piękną, a tuż po niej kornetu, który wcale nie chce być gorszy. W tak zwanych międzyczasach, mnóstwo ciekawych zwarć i komentarzy. Gdy jeden z dęciaków proponuje solową ekspozycję, muzyka płynie niemal straight ahead jazzem, jeśli dochodzi do wspólnego frazowania kornetu i altu, całość zionie free jazzowym ogniem. W 20 minucie, jakby na podsumowanie pierwszej części koncertu (strony winyla), zmysłowe solo Stevensa – bardzo dynamiczne, na poły rockowe. Całość skomentowana jest podwójnym atakiem dętych i smykiem basu – piękne, aylerowskie, czynione niemal w estetyce free improv, zwieńczenie Part I.

Druga strona winyla podzielona jest na dwie części. W ramach introdukcji, spokojny blues, pełen jazzowej zadumy. Kornet rzewnie śpiewa, ale gdy podłącza się alt, flow nabiera ognia i płynie nad wyraz szerokim strumieniem. Jazzowy drive Johna dynamizuje opowieść w 6 minucie, ale muzycy nadal nigdzie się nie śpieszą, a molowy nastrój tej pieśni zdaje się udzielać wszystkim, po obu stronach sceny. W tle ktoś gardłowo zawodzi smutną melodią. Oba wszakże dęciaki, co rusz sygnalizują ochotę do free jazzowego ciągu dalszego. Alt sieje ferment strukturą narracji i barwą brzmienia, kornet raczej tłumi emocje, a sekcja znów sięga po swingujący scenariusz.

Czas na finałowy fragment koncertu - bas, melodia grana przez kornet i alt, jakby muzycy w głowach mieli zapisany jakiś temat do ogrania. Perkusja wchodzi do gry po parudziesięciu sekundach. Dęciaki repetują melodię, aż do momentu, gdy rozlewa się ona w swobodny strumień improwizacji. Poszukiwanie zagubionego na moment jazzowego frazowania odbywa za pomocą niemal bopowej ekspozycji Gjerstada w duecie z basem, który poza rysowaniem pięknych pętli melodii, dostarcza także garść bystrych improwizacji. Powrót do formuły kwartetu dynamizuje nagranie. Po chwili wszakże muzycy decydują się już obrać kierunek ku zakończeniu koncertu. Kornet plecie samotne frazy na boku, po czym wszyscy wracają do bluesowego tematu, który zarysowali wiele minut wcześniej.


*) pełny tekst polski i angielski, wraz z komentarzem Gjerstada, znajdziecie dokładnie tutaj: https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/01/frode-gjerstad-and-more-details-about.html

**) Nagranie ukazuje się pod nazwiskami muzyków, nie zaś, jako Detail (Detail Plus), jak inne nagrania tria z Bradfordem, wydane w latach 80. Odpytany na tę okoliczność Gjerstad odrzekł, iż sam nie wie, dlaczego tak się stało.



poniedziałek, 20 maja 2019

Detail & The Day Two! Dyani, Gjerstad & Stevens!


Historię formacji Detail Czytelnicy Trybuny znają w najdrobniejszych szczegółach (in details!). Co więcej - zarówno w krajowym języku urzędowym, jak i języku Szekspira! Baa, obie jej edycje opatrzone zostały komentarzem jedynego żyjącego członka-założyciela grupy, norweskiego saksofonisty Frode Gjerstada! Dla przypomnienia zatem:


Detail w wymiarze artystycznym, to grupa funkcjonująca między rokiem 1981, a 1994, zatem definitywnie stanowiąca już zamierzchłą przeszłość. Szczęśliwie, Gjerstad cieszy się wciąż wyśmienitym zdrowiem, aktywnie muzykuje, i co nas cieszy szczególnie, from time to time wyciąga ze swojej archiwalnej szafy niepublikowane nagrania Detail. Ostatnie lata przyniosły trzy doskonałe koncerty, teraz zaś dostajemy do rąk … nagranie studyjne!

Na osi czasu lądujemy w październiku 1982 roku, oczywiście w Norwegii. Detail odbywa swoją pierwszą trasę, która obfituje w wiele wydarzeń, zarówno artystycznych, jak i … personalnych. Na pierwszy koncert nie dociera kontrabasista Johnny Dyani i muzycy grają we trójkę (efekty poznaliśmy na CD First Detail). Po kilku koncertach, w efekcie dużej kłótni, grupę opuszcza planista Eivin One Pedersen i … zaplanowane, studyjne muzykowanie odbywa się znów jedynie w trio. Dnia 11 października powstają płyty Backwards And Forwards/ Forwards And Backwards (LP, potem CD) oraz Okhela « To Make A Fire » (LP). Muzycy wchodzą do studia także kolejnego dnia i, czego dotąd nie wiedzieliśmy, nagrywają materiał, który po raz pierwszy trafia do nas dopiero teraz (stąd zatem jego tytuł – Day Two). I o nim będzie dzisiejsza opowieść.




Studio nagraniowe Staccato w Stavanger: Johnny Mbizo Dyani – kontrabas, Frode Gjerstad – saksofon sopranowy i tenorowy oraz John Stevens – perkusja. Dwa improwizowane sety, łącznie 43 minuty i 5 sekund. Płytę dostarcza NoBusiness Records (CD, 2019).

Day Two I. Pierwszą opowieść do życia budzi kontrabasista, który w kilku zgrabnych dźwiękach szkicuje zarys narracji. Partnerzy są wraz z nim, w pełnej gotowości, by podchwycić płomień. Perkusja akcentuje rozbudowany zestaw talerzy, a saksofon sopranowy leniwie przeciąga się, poszukując dramaturgicznego punktu zaczepienia. Po początkowych pląsach, z tzw. narracją właściwą mamy już do czynienia po około stu sekundach. Taneczny, zaczepny sopran, zwinna sekcja, aż czuć, że muzycy są już ze sobą od tygodnia i świetnie się rozumieją. Znów plotą typową dla siebie wolną improwizację, silnie osadzona w jazzowym idiomie. Już w 5 minucie słyszymy pierwsze przejawy eskalowania napięcia. Opowieść toczy się wedle linii kreślonej przez bas, nad całością wszakże czuwa oko tego najstarszego, jakże bystrego i wyczulonego na niuanse drummera. Z pozycji delikatnie backgroundowej Stevens trzyma kręgosłup dramaturgiczny improwizacji pod pełną kontrolą. Dyani po brzegi zatopiony w swoim meta melodycznym sosie – jedyny w swoim rodzaju, lekki, taneczny, technicznie błyskotliwy, ale stanowczy ton. W momentach, gdy Gjerstad milknie, sunie razem ze Stevensem perfekcyjnym strumieniem fonii. W 12 minucie saksofonista powraca mając już w ustach tenor – wkleja się po mistrzowsku w zastany duet. Free jazzowa czujność z jednej strony, kreatywność swobodnej improwizacji – z drugiej. Detail zawsze stało w takim stylistycznym rozkroku, a ten set potwierdza to dobitnie. W 19 minucie saksofon znów na moment milknie, a kontrabas plecie zmysłowe, filigranowe solo (brzmienie też ma w pozycji … rozkroku, na poły kontrabas, na poły gitara basowa – jak wspomina Gjerstad, Dyani zawsze delikatnie amplifikował swój instrument). W trakcie finalizacji seta pierwsza - drobna ekspozycja Stevensa.

Day Two II. Rezonujące przedmioty i plamy z tuby saksofonu. Intro czujne, skrupulatne – kontrabas pulsuje, saksofon grzeje powietrze, perkusja czyści werble i tomy. Oto, jak budzi się w nich jazz: tenor rysuje krótkie frazy, kontrabas jeszcze krótsze, a zdecydowany brak pośpiechu u wszystkich - upiększa opowieść. 7 minuta – Gjerstad mocno dmie w tenor, który zdaje otwierać się na nowe inspiracje, w tle Dyani wciąż pozostaje spokojny i refleksyjny. Stevens, tuż obok, koncentruje się na małym drummingu. Balladowy dryl jest udziałem muzyków jeszcze przez kilka chwil. W 9 minucie Dyani łamie rytm i z kocią zręcznością wypuszcza trio na szerokie wody. Podróż nabiera rumieńców, choć muzyków nie opuszcza nastrój nostalgii i free jazzowej zadumy. Nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny w szwajcarskim zegarku. Po 15 minucie osiągają stan pełnego galopu, nadal wszakże czynią wszystko z mistrzowską precyzją. Oto przykład, jak open jazz nie potrzebuje tematów, pięciolinii, ani zbędnych pauz – wystarczy kunszt i wyobraźnia muzyków. Here they are! Na finał sesji nagraniowej tenor Frode’a wręcz swinguje, kind of open hard bop! Na ostatniej prostej, znów Dyani & Stevens, genialna sekcja – pierwszy szarpie struny, drugi opukuje tomy.



czwartek, 24 stycznia 2019

Frode Gjerstad and more details about Detail!


Historia muzycznej przyjaźni Frode Gjerstada i Johna Stevensa - zwłaszcza w ramach formacji Detail – została na tych łamach skrupulatnie spisana i równie wnikliwie przeanalizowana.



Właśnie dzięki profesjonalnemu przetłumaczeniu tekstu oryginalnego (raz jeszcze dziękuję Krzysztofowi i Annie !!!), trafił on do jedynego żyjącego obecnie członka założyciela formacji Detail i został przez niego dogłębnie skomentowany.

Dla autora monografii Detail, to ogromny zaszczyt, móc owe uwagi, spostrzeżenia, korekty i komentarze (jakże zabawne!) zaprezentować teraz w całości. Najpierw po polsku, wszak to język urzędowy Trybuny, potem zaś w języku świata!




Frode Gjerstad:

"Płyta wydana przez Not Two Detail At Club 7 pochodzi z 1982 roku. Dokładnie z października 1982 roku, nagrana została dzień po nagraniu First Detail, które miało miejsce w sobotnie popołudnie w Centrum Sztuki Hennie-Onstad, poza Oslo. Johnny Dyani nie był w stanie zagrać na sobotnim koncercie, ale następnego dnia był dostępny. Graliśmy suport przed Arild Andersen Quintet i próbowaliśmy ukraść im show!

To było zaledwie tydzień przed tym, jak w wyniku wielkiej kłótni pianista Eivin One Pedersen opuścił zespół - dwa dni przed tym, jak zrobiliśmy Backwards and Forwards. Zatem pierwszy raz graliśmy jako trio, podczas nagrywania Backwards and Forwards i Okhela.

Nie mieliśmy trasy we wrześniu 1982 roku. Patrz wyżej. Wszystkie pochodzą z października i zostały zrobione w ciągu dwóch tygodni.

Kaseta Detail Trio zawiera ten sam materiał, co płyta Okhela, która została wydana jako LP w Affinity.

Wydana przez FMR płyta Detail 83, to ten sam materiał jaki znalazł się na Let's go, ale edytowany w inny sposób. Kaseta trwa około jednej godziny, ale płyta CD jest nieco dłuższa. Pierwotne nagranie trwało około 2 godzin. Trzy pełne sety .... FMR nie chciał wydać podwójnej płyty, więc musiałem edytować koncert do rozmiaru jednej płyty CD.

Koncert w Paryżu odbył się w styczniu 1986 roku.

Kiedy Backwards ... został reedytowany jako CD, szefowie Impetus Records powiedzieli, że jest za krótki i poprosili o dodatkowy materiał. Byłem na tyle głupi, aby dać im ten dodatkowy utwór. Bardzo głupi!

Z wyjątkiem jednego koncertu w Paryżu, w styczniu 1986 roku, z Nickiem Stephensem i Paulem Rutherfordem graliśmy koncerty tylko w Anglii i Skandynawii. Stało się tak głównie dlatego, że nie miałem żadnych kontaktów na Kontynencie. Dyani miał wiele kontaktów, ale nie chciał się z nimi podzielić ... Powiedział, że ciężko pracował, aby uzyskać te kontakty, więc mam zrobić to samo. Bardzo pomocne! Zostaliśmy zaproszeni do Argentyny około 1985/86, ale tuż przed zakupem biletów, otrzymałem list z informacją, że dwa festiwale, na których mieliśmy grać, zbankrutowały. Powiedziano nam, że zorganizują 12 koncertową trasę, więc byliśmy bardzo podekscytowani!

Backwards and Forwards dostał 4 gwiazdki w Down Beat, kiedy wyszedł. Również Guardian i parę innych gazet dało nam kilka bardzo miłych recenzji. Byłem na tyle głupi, by myśleć, że zmierzamy do czegoś dobrego. Jakakolwiek z przyczyn nie była prawdziwa. Ta muzyka była zbyt mało znana. Byliśmy zbyt jazzowi dla wolnych improwizatorów i za bardzo free dla muzyków jazzowych. Spadliśmy pomiędzy, ale cieszyliśmy się tą pozycją z muzycznego punktu widzenia.

Kiedy po raz pierwszy graliśmy z Bobby'em Bradfordem, na kornetem, byłem bardzo zdenerwowany. On wcześniej grał z Ornette Colemanem, potem także z Donem Cherry. Od tego czasu Bobby i ja staliśmy się dobrymi przyjaciółmi i przez te lata graliśmy wielokrotnie razem. Ostatni raz graliśmy w 2014 roku, kiedy odbyliśmy rocznicową trasę Bradforda. Miał wtedy 80 lat. Świetny muzyk i dżentelmen!"




“The music on Not Two label’ CD Detail at Club 7 is from 1982. It is from October 1982, recorded a day after First Detail, which was recorded on a Saturday afternoon at the Hennie-Onstad Art Center, outside Oslo. Johnny Dyani could not make it for the Saturday gig, but came the day after, which was a Sunday. We were warming up before Arild Andersens Quintet and tried to steal the show!

This was just a week before we had the big quarrel and pianist Eivin One Pedersen quit the band - two days before we did Backwards and Forwards. So the first time we played as a trio was while we recorded Backwards and Forwards and Okhela.

We had no tour in September 1982. See above. It´s all October and these recordings were made within two weeks.

The cassette Detail Trio is the same as Okhela that came out as an LP on Affinity.

The FMR CD Detail 83 is the same as Let´s go, but edited in a different way. The cassette is about one hour long, but the CD is a bit longer. There original recording was about 2 hours of music. Three sets…. FMR did not want to release a double CD so I had to edit it down to one CD.

The Paris concert was in January of 1986.

When Backwards… was re-released as a CD, Impetus said it was too short and asked for extra material. I was stupid enough to give them the bonus track. Very stupid indeed!

Except for the one gig in Paris, in January 1986, with Nick Stephens and Paul Rutherford, we only played in England and Scandinavia. This was mostly because I did not have any contacts on the Continent. Dyani had many contacts, but he would not share them with me…He said he had worked hard to get those contacts so I had to do the same. Very helpful! We were invited to Argentina around 1985/86, but just before I was going to buy the tickets, I had a letter telling me the two festivals where we were going to play, had gone bankrupt. We had been told they would set up a 12 gig tour so we were very excited!

Backwards and Forwards got 4 stars in Down Beat when it came out. Also the Guardian and several others gave us some very nice reviews. I was stupid enough to think we were heading for something good. Which of cause was not true. This music is so small. We were too much jazz for the free improvisers and too free for the jazzers. We fell in-between and enjoyed that position from a musical standpoint.

When we first played with Bobby Bradford, cornet, I was so nervous. He had been playing with Ornette Coleman before and after Don Cherry. Since then Bobby and I have been good friends and we have played a bit together over the years. The last time we played was in 2014 when we did a Bradford anniversary tour. He was 80. A great player and a gentleman!”


Thank you Frode for your beautifull comments!