poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Julien Desprez & Theo Ceccaldi at Jazz Em Agosto! The French Apocalipse Now!



Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia, Trybuna śle skromną relację z pobytu redakcji na jednym dniu największego portugalskiego festiwali jazzowego, Jazz Em Agosto, który każdego lata odbywa się w pięknej Lizbonie.

Festiwal, jak co roku zdominowany był przez muzyków amerykańskich, którzy zgodnie z mottem imprezy, dzielnie stawiali opór (Resistance), my zaś bystro poszukiwaliśmy wykonawców z tej strony oceanu, którzy także na każdą edycję festiwalu bywają tu zapraszani.

Dzień portugalski udał się doskonale, niestety z przyczyn niezależnych od redakcji, odbył się bez naszego udziału. Najpierw solowy występ gitarzysty Abdula Moimeme (dwie gitary na stole i moc elektroniki), potem zaś kwartet z udziałem Ricardo Toscano (saksofon), Rodrigo Pinheiro (fortepian), Miguela Miry (wiolonczela) i Gabriela Ferrandiniego (perkusja). Jak wieść gminna niesie, a sami muzycy potwierdzają, koncert udał się niezmiernie, zatem ze zniecierpliwieniem czekamy na nagrania nowej formacji. W tym gronie nowym dla nas muzykiem zdaje się być saksofonista, który postrzegany dotąd raczej jako muzyk mainstreamowy, tu wypuszczony na pole bardzo swobodnej improwizacji, wypadł ponoć doskonale (na poparcie mych słów warto sięgnąć po relację zamieszczoną na Free Jazz Blog).




Na dzień francuski redakcja dotarła już w komplecie! Najpierw, w Sali Auditorio 2 (pod dachem), jeden z naszych trójkolorowych faworytów – gitarzysta Julien Desprez, zaprezentował nowe trio o nazwie Abacaxi. W jego składzie także Max Andrzejewski na perkusji (muzyk z Berlina) i Jean François Riffaud na gitarze basowej.  Muzycy zagrali trzy długie improwizacje z tytułami (łącznie niemal 50 minut), którą nazwać można - całkowicie legalnie - ekstremalnie powykręcaną dramaturgicznie, w pełni improwizowaną wariację na temat … ciężkiego rocka. Muzycy wykorzystywali nie tylko instrumenty, ale także improwizowali ze światłem stroboskopowym, które gasło i rozbłyskiwało zgodnie z meandrami gęstej narracji, rockowymi riffami, tudzież brutalnymi zmianami tempa i sposobu artykulacji dźwięków. Niebywały (jakże doskonały) występ tria, to oczywiście skutek świetnych działań artystycznych wszystkich muzyków, ale nie sposób nie wskazać mistrza ceremonii w osobie Despreza. Grał całym ciałem, jego gitara wydawała dźwięki, jęczała, charczała, wyła i drżała ze strachu. Była chwilami dość nieludzko traktowana przez muzyka, uderzana, wyginana i przystawiana do podłogi. Muzyk miał też pod stopami (tylko dwiema, dodajmy, co nie jest takie oczywiste w kontekście dynamiki i intensywności koncertu) zestaw gitarowych przetworników, po których chwilami niezwykle ekspresyjnie skakał. Pełną moc triu dawał niemiecki drummer, niezwykle energetyczny muzyk, precyzyjny i grający w punkt niczym saper, tudzież mistrz połamanych hc-punkowych zwarć. Najspokojniejszy w tym gronie basista też dokładał do ognia, zrywał podłogę, ale nie stronił od klimatycznych pasaży wyważonego … noise. Pierwsze dwa utwory łamały wszelkie konwencje stylistyczne (drugi zwał się Mainstrean Disaster!), były gęste i naładowane treścią. Trzeci, najdłuższy, rozpoczął się w podobnej estetyce, ale po kwadransie uciekł w dark-ambientową powłokę i przez wiele minut cudownie wybrzmiewał. Dodajmy, iż w jego trakcie muzycy improwizowali także z użyciem zasilania, grając zmysłowe riffy raz to z prądem, a raz bez niego, surową akustyką niemal pustych przebiegów. Kapitalny koncert!




Po dwóch godzinach oczekiwania w pobliskich barach, przyszedł czas na koncert wieczoru, który na ogół odbywa się na scenie amfiteatralnej. Nie inaczej było też 8 sierpnia. Na scenie szóstka muzyków pod wszystko mówiącą nazwą Freaks! Szefem tego przedsięwzięcia, kolejny doskonały francuski muzyk, skrzypek Theo Ceccaldi. Kolejny tego dnia band, który w muzycznym DNA ma wpisaną estetykę rockową, punkową, tudzież psychodeliczną. Mocna jak dąb sekcja rytmiczna (ultra dynamiczny perkusista Etienne Ziemniak i najstarszy w tym gronie, gitarzysta basowy Stephane Decolly), świetny gitarzysta (Giani Caserotto), choć nieco schowany w tle, no i front – dwa saksofony (tenor – Quentin Biardeau oraz alt naprzemiennie z barytonem – Mathieu Metzger) i na samym środku, kipiący emocjami skrzypek. Muzycy grali długie kompozycje, które tuż po podaniu często niezwykle zgrabnego i zabawnego tematu, przeradzały się w długie sety improwizacji w podgrupach, dobrze zaplanowane dramaturgicznie i wyśmienicie rozegrane. Pomiędzy nimi punkowe i free jazzowe interludia. Nikt, po obu stronach sceny, nie nudził się na tym koncercie choćby przez ułamek sekundy. Sześciu wyśmienitych improwizatorów i niemal kongenialny skrzypek, który był w stanie zagrać dosłownie wszystko. Od ckliwych melodii, do których pośpiewywał sprośne (tak myślę) teksty, po pełne furii, fussion jazzowe eksplozje. Na finał dwa bisy i standing ovation! Bez cienia wątpliwości!

niedziela, 18 sierpnia 2019

Vasco Trilla! We're starting the second decade! An Interview!


Wywiad przeprowadzony na potrzeby jazzarium.pl i tamże pierwotnie opublikowany


Vasco Trilla, znakomity kataloński perkusista, improwizator, człowiek, który wyniósł perkusjonalia na szczyt rankingu najbardziej kreatywnych instrumentów swobodnej improwizacji, wydał właśnie w Polsce swoją ... dziesiątą i jedenastą płytę! To świetna okoliczność, by sam muzyk wszystkie je przypominał, opowiedział o swoich silnych związkach z Polską, naszymi muzykami i wydawcami.

Ale nie o ilość tu wszakże idzie, a o jakość. Każda z tych płyt tak bardzo różni się od siebie, iż śmiało (korzystając z udostępnionych linków do bandcampa), każdy ułożyć sobie może własną, niezwykle oryginalną playlistę nagrań Vasco Trilli na drugą część lata, a może także całą jesień.

Z muzykiem rozmawiałem drogą elektroniczną w czerwcu i lipcu br.




Witaj Vasco. Nie wiem, czy wiesz, ale właśnie ukazała się Twoja dziesiąta płyta wydana w Polsce! Chciałbym porozmawiać z Tobą o nich wszystkich. Ale zacznijmy może od tego, jak Polska - oddalona od Barcelony i Lizbony o tysiące kilometrów - pojawiła się w Twoim życiu, zarówno muzycznym, jak i ... co dla niektórych nie jest tajemnicą, także w życiu prywatnym. Opowiedz nam o tym.

Dzień dobry!! Kurcze, nawet tego nie wiedziałem!!! Dziesięć płyt, to całkiem sporo, czuję się bardzo wdzięczny polskim wydawnictwom za wiarę w moją muzykę i silne jej wspieranie.

Moje związki z Polską są w sumie całkiem głębokie, ponieważ grałem tam wiele razy i mam tam wielu przyjaciół, zarówno muzyków, jak i spoza tego grona. Jako muzyk współpracowałem i nagrywałem, jeśli mogę wymienić – z Mikołajem Trzaską, Rafałem Mazurem, Michałem Dymnym, Arturem Majewskim, Jackiem Mazurkiewiczem, Piotrem Mełechem, Pauliną Owczarek, Tomkiem Gadeckim, Witoldem Oleszakiem i wieloma innymi.

Myślę, że Polska ma niesamowitą i bardzo silną tożsamość kulturową. Kiedy studiowałem historię sztuki na uniwersytecie, bardzo mnie zainteresowało polskie i rosyjskie kino, także muzyka. Filmy Wojciecha Jerzego Haasa, Andrzeja Wajdy, Andrzeja Munka, Jerzego Kawalerowicza, Krzysztofa Kieślowskiego i wielu innych miały bardzo silny wpływ na moją estetykę, także muzyka kompozytorów, takich jak wczesny Penderecki i Lutosławski. W literaturze - Gombrowicz, Witkacy (szczególnie „Nienasycenie”), Bruno Schulz należą do moich ulubionych pisarzy wszechczasów.
Śledzę też na bieżąco ekstremalną scenę metalową w Polsce, absolutnie genialną, z zespołami takimi, jak Decapitated, Mgła, Kriegsmachine i wiele innych.

Miałem szczęście występować w całym kraju, odwiedzając zarówno dobrze, jak i mniej znane miasta. Jeśli więc dobrze pamiętam, grałem w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Lublinie, Katowicach, Kazimierzu Dolnym, Kaliszu, Poznaniu, Gdańsku, Sopocie, Gorzowie Wielkopolskim, Bydgoszczy, Łodzi i Zielonej Górze.

Jestem za to bardzo wdzięczny i mam nadzieję, że znów przyjadę tu jesienią, mam pewne plany, których nie mogę na razie zdradzić ... ale chyba odwiedzę Was jeszcze w tym, 2019 roku !!!!!!
Niebawem pojawią się dwa nowe nagrania, które są wydawane właśnie teraz lub jeszcze tego lata w Polsce. Nobject „X-Rayed” (Martin Kuchen, Rafal Mazur), podwójny album ukazuje się właśnie w trakcie tworzenia tego wywiadu (Fundacja Słuchaj!). A także kolejny - „Dog / Hum / Brain” (Jacek Mazurkiewicz, Piotr Mełech) - potrójny album, który ukaże się w Multikulti w najbliższej przyszłości.

Również moja ukochana Spontaneous Music Tribune Series wyda dwa ekscytujące nowe tria - Hung Mung i TNT - pod koniec 2019 roku.

Ową dziesiątą płytą jest "Sumpflegende", nagranie poczynione przez trio Phicus z gościnnym udziałem szwedzkiego saksofonisty Martina Küchena. To trio to chyba ważny element twoich muzycznych aktywności, mam rację? Przybliż nam tę grupę i ideę jej powstania.

Tak, Phicus jest obecnie jednym z moich głównych projektów. To projekt, w którym naprawdę chcieliśmy pracować jako grupa, w sposób bliższy zespołowi rockowemu niż triu free jazzowemu, z próbami nagraniowymi, które odbywają się co tydzień i dużą ilością pracy poświęconej poszukiwaniu własnego głosu jako trio. Główna idea tego trio pochodzi od Ferrana Fagesa. Prawdopodobnie była to reakcja na to, co działo się na scenie Barcelony w tamtym momencie, gdy nie można było znaleźć żadnych stabilnych grup, innych niż Duot. Czuliśmy więc potrzebę rozwoju naszej wspólnej sprawy w dłuższej perspektywie, mając w sobie dużo determinacji.


„Sumpflegende” to trzeci album Phicusa, pierwszy to „Plom”, wydany przez Multikulti -Spontaneous Music Tribune, a drugi to współpraca z rosyjską saksofonistą (z elektroniką) Ilią Belorukovem, płyta wydana w Rosji przez Intonema.

Na potrzeby tego albumu chcieliśmy współpracować ze szwedzkim saksofonistą Martinem Kuchenem, z którym Ferran i ja współpracowaliśmy już w przeszłości. Postanowiliśmy zaprosić go na kilka koncertów do Hiszpanii, a nagrywaliśmy w tym samym studio, w którym powstał „Plom”. To współpraca, która ma plany na najbliższą przyszłość, więc miejmy nadzieję, że w przyszłym roku będziemy mogli koncertować i nagrywać!


Niedawno mieliśmy zarezerwowane na dwa dni studio, aby nagrać nasz drugi album jako trio i mogę powiedzieć, że jesteśmy bardzo podekscytowani materiałem, który mamy, więc bądźcie gotowi na następny rozdział!!!

Wróćmy zatem do początku twoich muzycznych przygód związanych z Polską. To była płyta "Tidal Heating" z Michałem Dymnym i Rafałem Mazurem, a jeszcze wcześniej duet z Michałem, ale wydany w renomowanej brytyjskiej FMR Records ("Cave Canem"). Dymny to twój ważny partner. Opowiedz o tamtych nagrań, ale także o tych nowych, których dokonaliście na początki kwietnia tego roku.

Z Dymnym znamy się już od jakiegoś czasu, graliśmy wiele razy, z różnymi muzykami, zarówno w Polsce, jak i w Barcelonie. Jest wspaniałym muzykiem i od początku nawiązaliśmy bardzo ścisłe relacje. Nagraliśmy płytę „Cave Canem” dla FMR, także trio, o którym wspomniałeś, z Rafałem Mazurem dla Not Two i trio z Tomem Chantem dla Discordian Records. Podczas mojej ostatniej wizyty w Krakowie graliśmy w trio razem z Luisem Vicente, z którym koncertowałem także jako duet, a przedtem nagrywaliśmy duet z Michałem, który uważam za bardzo interesujący. Wspólnie dążymy do doskonałości w muzyce, więc mam nadzieję, że wkrótce zostanie on wydany.


Potem na Twojej drodze artystycznej pojawił się Mikołaj Trzaska. Przyjechał do Barcelony w kwietniu 2016 roku. To chyba było Wasze pierwsze spotkanie?

Nie, z Mikołajem spotkaliśmy się rok wcześniej na festiwalu Musica Privata w Łodzi. Grałem w duecie z Yedo Gibsonem, a Mikołaj robił tam warsztaty, no i w końcu zagraliśmy tam razem jako zespół. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby coś z nim zrobić i przy pomocy Macieja Lewensteina zorganizowaliśmy występy, zarówno na festiwalu jazzowym w Vic, jak i klubie Jamboree w Barcelonie, gdzie nagraliśmy album, który później został wydany przez Macieja Karłowskiego w jego Fundacji Słuchaj! („Catapulta de pols d'estrelles”). Potem zagraliśmy też kilka koncertów w Polsce i mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości zagramy ich trochę więcej!


Nim przejdziemy do omówienia tego, co wydarzyło się edytorsko w Twoim polskim życiu muzycznym na przestrzeni ostatnich dwu i pół roku, winniśmy wyjaśnić jeszcze nazwę Tatvamasi.

Skontaktowałem się z Tatvamasi przez mojego przyjaciela Steve'a Feigenbauma z Cuneiform Records, który wydał jeden z ich albumów (pierwszy – przyp. autora). Napisałem do Grzegorza Lesiaka i od tej pory rozpoczęliśmy bardzo fajną współpracę. Zorganizował koncert dla mnie i Yedo Gibsona, kiedy koncertowaliśmy w Polsce. Skończyło się graniem wspólnego setu z zespołem, który później stał się oficjalnym albumem Tatvamasi. Myślę, że są bardzo interesującym zespołem z wyjątkowymi pomysłami, a przede wszystkim - świetnymi ludźmi. Moja ostatnia u nich wizyta z Luisem Vicente była niesamowicie miła, przesiadywaliśmy wspólnie i próbowaliśmy wszystkich domowych przysmaków i bimbrów! Nie mogę się doczekać, kiedy znów będę w Lublinie!!!


Dokładnie 18 marca 2016 roku zarejestrowałeś z przyjaciółmi z Barcelony niesamowitą sesję nagraniową. Powstał kwartet, który za nazwę przyjął jedną z rosyjskich rzek. Dokładnie rok później, w barcelońskim Klubie Magia Roja odbyła się premiera płyty.

Völga, to projekt stworzony przez Fernando Carrasco, który miał klarowny pomysł na to, by grać improwizowaną muzykę dronową. Zagraliśmy koncert w Magia Roja i od tego momentu postanowiliśmy traktować zespół jako projekt i nagrać nasz pierwszy album. To był dla nas wyjątkowy album, który także rozpoczął serię Spontaneous Music Tribune, więc jesteśmy z niego naprawdę dumni. Oficjalna prezentacja płyty odbyła się oczywiście w Magia Roja, rok po nagraniu. Völga jest teraz zawieszonym przedsięwzięciem, ale Alex (Reviriego – przyp. autora) i Fernando robią fajny projekt o nazwie L’ocell.


Być może wiemy to tylko my dwaj, ale pierwszą płytą w serii Trybuny Muzyki Spontanicznej miał być Twój duet z Yedo Gibsonem, który ostatecznie ukazał się kilka miesięcy później jako "Antenna". Gibson, temat rzeka, niebywały muzyk i wspaniały człowiek. Opowiedz o nim, o Waszej przyjaźni i muzyce.

Tak, to prawda, „Antenna” miała być pierwsza, ale trochę się spóźniliśmy z miksowaniem i masteringiem, a ostatecznie wydaliśmy ją kilka miesięcy później, jak powiedziałeś.
„Antenna” to drugi album tego duetu, pierwszy wydany został w Belgii, w wytwórni El Negocito. Został nagrany w studiu Scratch Built w tych samych dniach, w których nagraliśmy album „Chain” (NoBusiness Records) - trio z Hernani Faustino.


Z Yedo spotkaliśmy się 5 lat temu w Barcelonie i od tego czasu staliśmy się naprawdę dobrymi przyjaciółmi i wspólnie wykonaliśmy wiele projektów muzycznych. Kiedy mieszkał w Holandii, byliśmy częścią zespołu Boi Akih, z którym koncertowaliśmy w Brazylii, Chinach i Europie.
Niebawem będziemy mieli więcej albumów - Fish Wool, trio z Susaną Santos Silva, które zostało nagrane w Coimbrze i wkrótce zostanie wydane przez JACC. Także drugi album Chain jest w trakcie miksowania.




Myślę, że odkąd się poznaliśmy, prawdopodobnie zagraliśmy razem z Yedo ponad 100 koncertów. Ostatni z Fish Wool w Cerkno Jazz Festival w Słowenii, w maju tego roku. Przyszłość przyniesie nam jeszcze więcej wspólnych przedsięwzięć!!!

Po tych wszystkich latach jesteśmy jak bracia i czujemy to szczególnie, gdy gramy w duecie, gdzie pod względem muzycznym zbudowaliśmy bardzo silne relacje! Możecie więc spodziewać się jeszcze więcej muzyki Yedo Gibson & Vasco Trilla w następnym sezonie!!! Z niecierpliwością czekamy na to!!!!!!

Razem nagraliśmy także album L3 z Luisem Vicente ....


… Tak, oczywiście, nie zapominamy o trio L3. To być może jedna z bardziej bezkompromisowych płyt w twojej dyskografii, a już na pewno w Spontanicznej serii.

L3, to pomysł Yedo Gibsona, by grać muzykę teksturalną i awangardową, z naciskiem na poziom głośności. Poszliśmy zatem do pięknego Namouche Studios w Lizbonie i nagraliśmy sesję, która ukazała się na albumie serii Spontaneous Music Tribune. Myślę, że to naprawdę wyjątkowy album, jeśli chodzi o instrumentację i muzykę, którą nagrywaliśmy ... bardzo bezkompromisowy, jak mówisz, mam nadzieję, że uda nam się zrobić drugą część w kolejnych miesiącach.




Przy okazji L3 wspomnieliśmy Luisa Vicente. Wasza tegoroczna duetowa płyta ma doskonałe recenzje, choćby na Free Jazz Blog. To przy okazji chyba pierwsza płyta muzyka z Barcelony wydana przez ... portugalski Clean Feed. Zabawna sytuacja.

Po graniu z Luisem w różnych projektach, zdecydowaliśmy się zagrać kilka koncertów jako duet w Barcelonie i to całkiem nieźle zadziałało. Zrobiliśmy więc nagranie, tutaj w Barcelonie z wielkim Ralphem Lopinsky. Następnie wysłaliśmy je do Marcelo Dos Reisa, aby zrobił miks i mastering albumu. Wiosną zagraliśmy razem sporo koncertów w Hiszpanii, Portugalii, Francji i Polsce. Album został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków, a koncerty okazały się całkiem udane. 12 września odbędzie się prezentacja albumu „A Brigher Side of Darkness” w Lizbonie, w klubie Sabotage.
Myślę, że masz rację, że ja jestem pierwszym Barcelończykiem, który nagrał płytę dla Clean Feed i naprawdę mam nadzieję, że nie będę tym ostatnim!

Wróćmy do płyt wydanych w Polsce. Nobject to nowe trio, ale starzy znajomi - Martin Kuchen i Rafał Mazur. Jak powstał ten skład? Czy planujecie go kontynuować? Pierwsza płyta „X-Rayed” wróży bardzo dobrze tej konfiguracji personalnej. Dwa koncerty na dwóch krążkach, choć jeden ... bez publiczności.

Uwielbiam to trio !! Graliśmy razem w różnych konstelacjach, jako Phicus koncertowaliśmy i nagrywaliśmy z Martinem, a mniej więcej w tym samym czasie Martin i Rafał wydali album „Baza” jako duet. Więc pomysł, by grać jako trio był dość naturalny. Już w momencie, gdy zagraliśmy po raz pierwszy, poczuliśmy, że chcemy mieć stały zespół. Zrobiliśmy dwie trasy po Polsce, gdzie rozwinęliśmy nasze brzmienie jako trio, a następnie, dzięki Pawłowi Sokołowskiemu z łódzkiego festiwalu Musica Privata, udało nam się nagrać dwie sesje, jedno nagranie na żywo i sesję studyjną, obie w tym samym miejscu zwanym Art Inkubator. Album został nagrany, zmiksowany i zmasterowany przez Rafała Drewnianego.


Naszym zamysłem jest oczywiście kontynuować to trio, już teraz próbujemy zarezerwować kilka koncertów na jesień i wiosnę 2020 roku!!

W tym roku narodziła się nowa, koncertowa seria Trybuny Muzyki Spontanicznej "Spontaneous Live Series". Na pierwszym wydawnictwie oczywiście Trilla! A na nim dwa różne sety Witka Oleszaka, pierwszy z Luisem Vicente, drugi z Tobą, oba z ubiegłorocznego, majowego Festiwali Muzyki Spontanicznej. Opowiedz o Twojej wspólnej muzyce z Witkiem.

Witek to fantastyczny muzyk! Bardzo osobisty, granie z nim jest dla mnie niezwykle łatwe. Za każdym razem, gdy z nim grałem, to był rodzaj magii, za każdym razem byłem wyrzucany poza schemat i odkryłem nowe rzeczy.


Mam nadzieję, że będę mógł więcej razy grać i nagrywać z mistrzem Witkiem! Jego koncert z Rogerem Turnerem na drugim Spontaneous Music Festival, w listopadzie ubiegłego roku, był naprawdę imponujący! Chcę więcej Witka w moim życiu!!!

W naszej rozmowie nie może nie paść nazwa Low Vertigo. Jak doszło do tego szalonego projektu, ekstremalnie mocnej muzyki, ale przez to jeszcze bardziej fascynującej? No i debiutancki koncert (przy okazji promujący płytę) oczywiście w Polsce, w Dragonie.

Low Vertigo pojawił się, ponieważ wszyscy trzej jesteśmy bardzo zainteresowani muzyką metalową i dzielimy wspólną pasję do muzyki powolnej, zniekształconej („slow distorted music”). Więc chcieliśmy zagrać improwizowany album doom-metal-jazzowy.


Gonçalo Almeida ma wspaniałe, zniekształcone brzmienie na basie elektrycznym, w zasadzie to on jest rdzeniem tego trio, jego potężny dźwięk i pomysły.

Z Diego rozmawialiśmy już jakiś czas o stworzeniu albumu doom-jazzowego, próbowaliśmy z El Pricto i Iloną Schneider, ale nie udało nam się niczego nagrać i stworzyć zespołu na stałe. Rozmawiając z Goncalo zdaliśmy sobie sprawę, że wiele rzeczy działa na nas w podobny sposób, dlatego postanowiliśmy zrobić kilka koncertów w Barcelonie. Zrobiliśmy koncert w duecie na bazie tego samego pomysłu, co Low Vertigo - GOVA.

Zorganizowaliśmy sesję nagraniową na następny dzień po koncercie duetu i tak narodziło się Low Vertigo. Mam nadzieję, że uda nam się przekształcić ten projekt w stały zespół i nagrać nowy album !!




Vasco, ostatnie pytanie, a właściwie dwie nazwy do wyjaśnienia - TNT i Hung Mung. Co to za stwory?

TNT jest akronimem od nazwisk - Tejero, Nastesjo i Trilla. Trio składa się z Ricardo Tejero, wspaniałego saksofonisty z Madrytu, który kiedyś mieszkał w Londynie, także Johannesa Nastesjo, szwedzkiego kontrabasisty, mieszkającego w Malmo.

Hung Mung to trio z pewną historią. El Pricto, Diego Caicedo i ja, znamy się od dawna i graliśmy razem setki razy, zarówno rzeczy improwizowane, jak i skomponowane materiały. I wreszcie nastąpił ten pierwszy raz, kiedy zdecydowaliśmy się nagrać coś w tym trio, więc nie trzeba dodawać, że jest to dla nas specjalny album!
Oba zespoły mają ze sobą coś wspólnego – ich debiutanckie albumy ukażą wkrótce w serii Spontaneous Music Tribune.

W uzupełnieniu tego niebywałego katalogu nagrań Vasco w Polsce, na koniec naszej rozmowy dodam, iż w ramach "Spontaneous Live Series" w październiku, na trzeciej edycji Festiwalu Muzyki Spontanicznej w Poznaniu, premierę będzie miała płyta, na której znajdziemy dwa wspólne sety Trilli z brytyjskim saksofonistą Colinem Websterem (ten drugi także z udziałem Michała Dymnego na gitarze), zarejestrowane w klubie Dragon w listopadzie ubiegłego roku. Także wtedy ukazać się winna duetowa płyta z polskim gitarzystą Pawłem Doskoczem.

Dziękuje za rozmowę Vasco!


środa, 14 sierpnia 2019

Küchen, Mazur & Trilla! Nobject X-Rayed!



Trybuna Muzyki Spontanicznej niniejszym ogłasza bezwarunkowy powrót z kolejnych iberyjskich wakacji. Nowe teksty już wkrótce (w tym także krótka impresja z jednego dnia lizbońskiego festiwalu Jazz Em Agosto), a dziś w ramach rozgrzewki, reprint recenzji, jaka powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została opublikowana bodaj w ubiegłym tygodniu.


Współpraca szwedzkiego saksofonisty Martina Küchena i katalońskiego perkusisty Vasco Trilli niewątpliwie zacieśnia się. Ledwie w kilka tygodni po doskonałej płycie Phicus+ Martin Küchen Sumpflegende, w nasze ręce trafia płyta tria Nobject, w którym obu wspomnianych muzyków wspiera Rafał Mazur, grający tradycyjnie na akustycznej gitarze basowej. Dla obrazu całości współpracy wyżej wymienionych artystów wspomnieć należy, iż ostatniej jesieni ukazała się płyta Baza, dokumentująca duetowe spotkanie … Küchena i Mazura.

Dziś wszakże interesuje nas podwójny dysk tria Nobject, zatytułowany bardzo energetycznie X-Rayed, a wydany przez Fundację Słuchaj!. Zawiera on nagrania z szóstej edycji łódzkiego festiwalu Musica Privata, która odbyła się jesienią ubiegłego roku. Dysk pierwszy (niespełna 40 minut) zawiera trzy swobodne improwizacje, zarejestrowane … bez udziału publiczności, dysk drugi zaś - 30 minutowy występ z udziałem tejże publiczności. Zaglądamy do środka, bo bezwzględnie warto!




When prophecy fails. Ciche pomruki z tuby saksofonu tenorowego, półmrok glazury werbla, mięsistość strun gitary basowej, choć pozbawionej świeżego prądu, to jednak niebywale energetycznej – sytuacja otwarcia wydaje się w pełni rozpoznana. Zmysłowe intro tkane z plam ciszy – kropelkowy dęciak, zwinna gitara i smukła perkusja z kołowrotkiem. Narracja szyta z mozołem, ale bez zgrzytania zębami, raczej w poczuciu dużej swobody niż nadmiernego spinania pośladków. W 5 minucie muzycy mają już moc po swojej stronie. Ciągną ku górze gęsty flow ciepłego powietrza, nie zapominając o niskich partiach dźwiękowych. Na sam finał otwarcia - galop w pełnej krasie.

Willfull blindness. Basowe intro tuż po parasolem talerzy, obok smutne sopranino, które rzuca bluzgi. Narracja kołysząco-tłocząca z zaszytą pod skórą repetycją. Po 150 sekundach Rafał włącza masywny drive, Vasco skacze za nim, niczym wypłoszony kocur, a Martin step by step rwie opowieść ku wzniesieniu. Po 4 minutach instynktowne spowolnienie, rezystancja, sonorystyka i preparacje. Armia małych robaczków na werblu dostaje prądu, saksofon i bas wchodzą w skromną imitację - jak cudnie im się to wszystko układa w wymiarze dramaturgicznym. Po 9 minucie turbodoładowanie, znów Mazur daje do wiwatu, kreując dla kolegów prawdziwie epickie zakończenie odcinka.

Malevolent ghosts. Tenor powraca i szumi, niczym upalony wentylator, struny prychają, Vasco rezonuje z zaświatów. Narrację buduje nadaktywny basista, który czyni same cuda na gryfie, saksofon gaworzy na boku, perkusja plecie sieć ambientu. Masywna, ale powolna opowieść, która gęstnieje z nadmiaru ciepła, by po chwili rozlać się szerokim strumieniem, wszak nikomu tu się nie śpieszy. 8 minuta - muzycy zdają się szukać zwary i są w tym bardzo skuteczni. Kolejnym krokiem krótka, ale zmysłowa, solowa ekspozycja perkusisty z metalowymi przedmiotami tańczącymi na werblu. Gdy Martin i Rafał wracają z szybkiego papierosa, trio nabiera mocy, a szykiem zdaje się dowodzić filigranowe sopranino. Pętle ekspresji, muzycy nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny zegarka, a maszyna brnie po złote runo. W połowie 14 minuty nagły stopping! Czyszczenie dysz saksofonu, polerowanie strun i metalowych powierzchni płaskich. Znów doskonałą zmianę daje Mazur, kto wie, czy nie gra tu swojej płyty życia (of course, till now!). Po 17 minucie - wystarczy jedno mrugnięcie okiem, by trio zmysłowo zatraciło się w galopie. Gaszenie płomienia odbywa się na rozgrzanym do czerwoności gryfie gitary.

The flood that never came. Szum kropel powietrza w tubie, krótkie przebieżki po gryfie, rezonans talerzy – muzycy z mozołem budują pierwszy zakręt nowej historii. Narracja wije się kompaktowo, role podzielone, emocje na krzywej wznoszącej. Na wejściu do narracji właściwej, szczypta oniryzmu i suchego ambientu. Bez pośpiechu. Ale już po 5 minutach pierwsza eksplozja emocji ze strony bass & drums. Komentarz sopranino po kilkudziesięciu sekundach – w punkt! 8 minuta – flow gęsty, akcja goni reakcję, muzycy brną ciało w ciało, kierunek – erupcja mocy. Po kilku minutach tłumią emocje i wchodzą w intrygujące mac… z ciszą. Dobrze im z nią do twarzy! Cała trójka niemal jednocześnie wpada w rezonans, jakby pod ich stopami nagle powstało silne pole magnetyczne. Wzajemne imitacje w blasku oniryzmu - saksofon egzystencjalnie pokrzykuje, bas grzmi, perkusja staje się jednym, wielkim talerzem. Dzwoneczki, robaczki, wibratory i smyczek na gryfie – specjalność zakładu! Vasco dokłada do ognia, sam brzmi, jak wielka orkiestra post-symfoniczna. Smukłe dźwięki saksofonu i basu podkreślają jakość kreacji Katalończyka. Finałowa część 30-minutowego seta budowana jest krok po kroku, bez poganiania. Saksofon bierze na barki dramaturgiczny core, potem silnie wspiera go bas. Po 26 minucie wszystkie karty zostają już odkryte – galop po wieczną chwałę i zachwyt recenzenta dzieje się na naszych oczach! Potem już tylko gaszenie płomienia na szorstkim tomie, no i oklaski. To właśnie na nie czekaliśmy prawie 70 minut. Brawo!



poniedziałek, 29 lipca 2019

Trevor Watts & Stephen Grew! Let It Be – Live in Liverpool!



Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże opublikowana sometimes ago.


Brytyjski saksofonista Trevor Watts w lutym tego roku obchodził 80 urodziny. Kim jest dla nurtu free jazz/ free improv, ile nagrał doskonałych płyt, wiedzą wszyscy, którzy choć trochę zdają sobie sprawę z tego, co dzieje się w tym wspaniałym gatunku muzycznym.

Muzyk, mimo dalece dojrzałego wieku (czy tylko Kobietom nie wypada zaglądać w metrykę?), wciąż pozostaje w imponującej formie, zarówno muzycznej, jak i fizycznej. Dowodzą tego koncerty, na których raz za razem pojawia się w Polsce, jak i płyty, które systematycznie nagrywa. Te chyba najciekawsze wydawnictwa dostarcza ostatnio Fundacja Słuchaj! Let It Be - duet z pianistą Stephenem Grew, to bardzo wyrazisty dowód na poparcie wszystkich wyżej postawionych tez. Koncert nagrany w ubiegłym roku w Liverpoolu składa się z trzech części, trwa 51 minut i tyleż sekund. Z ogromną przyjemnością zapraszamy do zapoznania się z jego zawartością.




Początek pierwszego, rozbudowanego seta Rekolekcje/ Rekoneksje, to zamaszyste rozpoznanie walką, prowadzone w nieco klasycyzującej estetyce. Jak to bywa w przypadku duetu Watts-Grew (to już ich trzecia wspólna płyta), narracja od startu jest dynamiczna, każda akcja może liczyć tu na śmiałą reakcję, wszystko zaś odbywa się w znakomitej komunikacji. Dużo szybkich, zwinnych pasaży, cios za cios, wet za wet, tanecznie i z zawadiackim przytupem. Grew zdaje się grać całą klawiaturą, grzmi i co chwila popada w galop. Watts i jego alt, są z nim w każdej sekundzie, świetnie reagują, trzymają tempo, tryskają emocjami i niewątpliwą pogodą ducha. Power duo! Od czasu do czasu, na krótki moment zwalniają, by wziąć oddech, po czym ruszają w dalszą podróż – wyraziści, precyzyjni, elokwentni. Stephen jest młodszy od Trevora o ponad 20 lat, ale gdy staje w szranki swobodnej improwizacji z saksofonistą, zdaje się odmładzać go co najmniej o … 40 lat! Bez chwili wytchnienia, bez zaniechania, bez zbędnych dźwięków i z orszakiem wyłącznie dobrych decyzji dramaturgicznych. W 13 minucie zmysłowo spowalniają i na moment oddają się konsekwencjom stylistyki call & responce (któż lepiej niż Watts zna jej tajniki ?!). Po chwili – znów prą do przodu! Gęsty ścieg piana, ekspresyjny saksofon, ogień i prawdziwie młodzieńcza fantazja! Klasycyzujące piękno i precyzja w krótkich, niezbyt częstych,kojących wytłumieniach, wigor free jazzu, improwizacji totalnej, w dominujących tu momentach frywolnych galopad. Zwinne kociska o długach pazurach!  W 23 minucie znów biorą głębszy oddech i plotą dla nas garść niezwykle filigranowych ekspozycji. Sopran Wattsa wręcz śpiewa (kiedy on zdołał zmienić instrument?), klawisze Grew klaszczą w dłonie i śmieją się od ucha do ucha. Na ostatniej prostej 30 minutowego seta – kolejna kipiel!

Set drugi (kwadrans z sekundami), otwiera bardzo spokojna introdukcja czarnych klawiszy fortepianu, czyniona bardzo minimalistycznie. Towarzyszący jej szum w tubie czyni początek niebywale zmysłowym. Po chwili muzyka rozlewa się bardzo szerokim strumieniem – muzycy znów świetnie na siebie reagują. Grew stawia na intensywność przekazu, Watts na melodyjność fraz. W 6 minucie są już w definitywnym galopie. Gdy na ułamek sekundy tracą dynamikę, Grew plecie ciekawą rytmawkę, tuż pod kolejną bystrą ekspozycją Wattsa. W 11 minucie rodzaj zaskoczenia – słodka ballada dla zakochanych, którą pianista niesamowicie zgrabnie wyprowadza na free jazzową prostą. Potem wypuszcza Wattsa na małe solo, samemu czyniąc drobne preparacje na strunach. Kipiąca zmienność akcji, cud za cudem, a na finał … galopada.

Wreszcie i zapowiadany encore – piano tańczy całą szerokością klawiatury, zadziorny, lekko preparowany tembr saksofonu, jakże ekspresyjny, czyni swoją powinność – gęsty, smakowity deser. Grew aż kipi z emocji, ma szybkie palce niczym u rewolwerowca. Krew w głowie Wattsa buzuje, jak u 20 latka! On już się nigdy nie zmieni!


 ***

Trybuna Muzyki Spontanicznej udaje się na zasłużone wakacje. Kolejne teksty po 14 sierpnia. Pozdrowię od Was cudowną Lizbonę! Festiwal Jazz Am Agosto incydentalnie będzie moim udziałem!


piątek, 26 lipca 2019

Christine Abdelnour & Chris Corsano! Quand Fond La Neige, Où Va Le Blanc? That is a question!



Francuską saksofonistkę, o libańskich korzeniach, Christine Abdelnour znamy na tych łamach całkiem dobrze, choć na ogół z czasów, gdy występowała pod nazwiskiem Sehnaoui, była bowiem wtedy żoną jeszcze lepiej nam znanego gitarzysty Sharifa. Po prawdzie od tamtych czasów (niemal dekadę temu) nie była jakoś specjalnie aktywna na rynku wydawniczym muzyki swobodnie improwizowanej, ale nigdy o niej zapomnieliśmy (była choćby gościem ostatniej Krakowskiej Jesieni Jazzowej, w ramach jubileuszowych obchodów wielolecia formacji Gush). Dziś powraca do nas, uprzedźmy przebieg wypadków, z płytą absolutnie wyjątkową. Skomplikowany (pozornie) francuski tytuł nagrania widnieje w nazwie dzisiejszej opowieści. Partnerem saksofonistki w tym zacnym, artystycznym wydarzeniu jest amerykański drummer Chris Corsano, który był ostatnio gościem Trybuny dokładnie… trzy dni temu.

Nagranie studyjne z lata 2017 roku, dokonane w miejscu zwanym Audio Cue Tonlabor, zawiera dziewięć improwizacji z tytułami, które bezczelnie skutecznie przenoszą nas do świata preparacji dźwięku, wytrawnej sonorystyki i wszystkiego tego, co bezpowrotnie oddala nas od melodii, tonacji i tradycyjnego stroju instrumentów. Ostrzegamy – prawdziwe cacko z mocą niebanalnych, czasami trudnych dźwięków!

Bylibyśmy zapomnieli: Christine zagra na saksofonie altowym, a Chris – poza akcesoriami perkusyjnymi – będzie też korzystał ze slide klarnetu (i to często!). Płyta trwa 55 minut i tyleż sekund, wydawcą CD jest amerykański Relative Pitch Records, a miała ona swoją premierę w kwietniu bieżącego roku.




Spektakl rodzi się w niemal industrialnym środowisku dźwiękowym – instrument przypominjący saksofon skwierczy mechanicznie, buduje małe, hałaśliwe drony, zdaje się mieć kilka separatywnych pasm fonii. Perkusja i wszystko, co do niej jest podczepione (klarnet?), gra silnym rezonansem, drży i trzeszczy w posadach, skrzy się wibrującymi talerzami. Mechanistyczna propedeutyka preparacji  – przed nami świat nieustających tajemnic. Recenzentowi trudno jest precyzyjnie zdefiniować źródła dźwięków, tonie w dysonansie poznawczym i jest mu w tym doprawdy wspaniale! Ów krytycznie challangowy odsłuch napina wszystkie mięśnie twarzy i skutkuje systematycznym uwalnianiem ogromnych pokładów endorfin. W połowie trzeciej minuty prawą flankę przestrzeni dźwiękowej opanowują zwoje szumów z tuby instrumentu dętego. Istnieje zatem pewne prawdopodobieństwo, iż to właśnie tam posadowiła się saksofonistka. Narracja wszakże toczy się dalej z wysoką intensywnością, niczym mała orkiestra symfoniczna na dużych sterydach, która na finał improwizacji otwarcia potrafi zmysłowo rozrzedzić się i zaprezentować więcej separatywnych fonii, które przypominają nam, iż na scenie mamy jedynie saksofon i perkusję.

Druga piosenka stawia nas na baczność! Prawdziwie imitacyjny taniec godowy dwóch upalonych świerszczy! Oba pasma fonii lepią się w jednorodny strumień. Metafizyka dźwięku, który zdaje się płynąć całą szerokością pomieszczenia, w którym znajdują się muzycy. Trzecia historia, to rodzaj obopólnego rezonansu i plastycznych dronów. Cudowna cisza post-hałasu. Powietrze szumi, muzycy szukają nowej porcji tlenu. Preparacje i sonorystyka na samym dachu dalekowschodniego wysokościowca. Znów garść imitacji, szukania wspólnego mianownika dla całej improwizacji. Outside and inside, z ciszy po korpulentny dźwięk i z powrotem. Klarnet Chrisa wkleszcza się pomiędzy saksofon, a elementy zestawu perkusyjnego i drży transcendentalnym niepokojem. Chwilowo Amerykanin przejmuje rolę magika nadrzędnego. Po 4 minucie, muzycy proponują więcej drummingu i brzmienia saksofonu, które sugeruje, iż być może składa się on jednak z tuby i dysz, które muzyk naprzemiennie otwiera i zamyka. Akcenty rytmiczne i kawałek złamanej melodii, to kolejne, acz krótkotrwałe zaskoczenia dramaturgiczne. W końcowej części drumming nabiera pustynnego posmaku, a saksofon podśpiewuje pod nosem.

Czwartą opowieść otwiera perkusja, która brzmi … niczym perkusja. Obok, w tubie altu, krople potu bulgoczą zamaszyście. Flow jest nerwowy, a dźwięki - co wydaje się w tym fragmencie płyty niemal niemożliwe – ciągle zaskakują. Szumiący rezonans chwyta za gardło, a potem kończy improwizację. I już piąty odcinek – w tubie znalazło się prawdopodobnie jakieś obce ciało, gdyż saksofon drży jak młot pneumatyczny. Pod nim wibrujący werbel czyni swoją powinność. Kolejny pik preparacji i wzajemnych imitacji. Dwa śpiewające stwory o dżdżystym poranku, ze słońcem, które z roztargnienia zapomniało wzejść i posmakiem napalmu. Mechanika rytmu skondensowanego – saksofon, klarnet, głuchy drumming. Fonia skacze ku górze, świdrująca, ptasia rewolta trwa w najlepsze. Szósty fragment – werbel w fazie preparacji, pusta tuba prosi o łyk wody, dysze klaszczą w ciszy. Na dnie muzycy szukają rytmicznego mianownika - moc aktywności po stronie Chrisa, szczypta lenistwa ze strony Christine. Pięknie gaszą ledwie tlący się płomień narracji.

Na wejściu w odcinek siódmy powraca smak gęstego industrialu, który siał popłoch na początku płyty. Dwa ogniska krzyczącej meta fonii. Gdy niespodziewanie gasną, na scenie tworzy się tęcza piękna. Król i Królowa nocy, z orszakiem wątpliwych pochlebców, kroczą wyjątkowo dostojnie. Ósma część i powrót do brzmień, jakich moglibyśmy oczekiwać po zgromadzonym instrumentarium. Aktywny drumming, bawole porykiwania saksofonu, free jazz pełen zdrowych emocji. Po paru okrążeniach, Christine powraca w zarosła preparacji, nabiera wody w usta i prycha. Po 4 minucie skromny galop, a potem zmysłowy stopping – muzycy łykają gorące powietrze wielkimi porcjami. Pieśń zamknięcia, czas już na nią. Tupot suchych dysz o pusty pokład, mały drumming, dęte mikrofrazy. Klarnet rezonuje z werblem (chyba), płomień imitacji znów żarzy się szeroką łuną. Kolejny krok w kierunku nieba. A po chwili czas na finałowe odliczanie – urywane porywy powietrza z tuby, cisza na tomach, powolny marsz w poszukiwaniu ostatniego dźwięku.



wtorek, 23 lipca 2019

Rodrigo Amado! Summer Not To Fall!



Z ogromną przyjemnością kontynuujemy prezentację nowych płyt z Portugalii! Po dwóch perełkach, ciągle, jak się okazuje bardzo młodego, Gabriela Ferrandiniego, dziś znajdujemy dobry moment, by twórczo pozachwycać się najnowszymi płytami, wciąż bardzo młodego duchem, Rodrigo Amado, który nie dalej, jak kilka dni temu skończył 55 lat! Happy Birthday, Rodrigo!

Nasza radość zdaje się multiplikować, albowiem w odtwarzaczu redakcji ląduje świeżutki koncert tria The Attic Summer Bummer, gdzie saksofonistę z Lizbony wspiera nasz ulubiony, portugalski kontrabasista Gonçalo Almeida, a także niebanalny drummer z Holandii, też zaliczający do grona ewidentnych faworytów, Onno Govaert! Do pary dodajemy krążek No Place To Fall, zawierający duet Amado z doskonałym amerykańskim perkusistą Chrisem Corsano. Dwa przykłady modelowego wręcz free jazzu, który całymi garściami czerpie z tradycji, ale jest skrajnie nowoczesny – błyskotliwie wykonany i fantastycznie pod względem dramaturgicznym skonstruowany. Pełna ekspresji swoboda twórcza i … precyzyjna kontrola sytuacji na scenie. Rodrigo Amado i jego przyjaciele w najlepszym wydaniu!




The Attic  Summer Bummer (NoBusiness Records, CD 2019)

Ubiegłoroczny festiwal Summer Bummer w belgijskiej Antwerpii, koniec sierpnia, a na scenie trzech muzyków: Gonçalo Almeida na kontrabasie, Onno Govaert na perkusji i Rodrigo Amado na saksofonie tenorowym. Trzy improwizacje, 44 minuty i 21 sekund.

Kolektywny start wolnego jazzu, z melodią posadowioną u wylotu tuby saksofonu. Mocny flow kontrabasu Gonçalo i skrupulatny tygrys Onno, za gorącym od pierwszej sekundy zestawem perkusyjnym. Obaj dobrze budują napięcie, szyją nerw narracji, który będzie z całą trójką do ostatniego dźwięku na płycie. Tenor płynie ciepłym, choć nieco szorstkim strumieniem, bystrze osadzonym na zwinnych figurach rytmicznych kontrabasu. W 4 minucie ten ostatni ciekawie dynamizuje narrację, koledzy zaś skaczą za nim w ogień bez chwili zawahania. Po kolejnych 60 sekundach są już w galopie. Każdy z muzyków, to klasa mistrzowska – sekcja jak młot, saksofon niczym sierp! Amado siedzi w tradycji jazzu, ale jego flow jest niemal ponowoczesny – zwinny, zadziorny, a muzyk pewny jest każdego swojego zadęcia, czy wyboru dramaturgicznego. Gdy w 7 minucie Rodrigo milknie, Gonzo proponuje wspaniałą, małą ekspozycję solową. Subtelnie wspiera go Onno, czujny saper na polu minowym. Tenor powraca z melodią pomiędzy dyszami, po czym całe trio buduje nową opowieść, która z czasem także nabiera mocy. Amado śpiewa, Almeida i Govaert, niczym wielkie koło zamachowe, nakręcają spiralę emocji. Melodia, która powraca jak mantra i zwinne pętle bass & drums. Na finał znów garść ognistego galopu.

Na starcie drugiej opowieści smyczek, wysoko zawieszony na gryfie kontrabasu, wchodzi w zmysłową imitację z równie wypiętym ku górze saksofonem.  Drummer wchodzi do gry dopiero po 150 sekundach. Liczy krawędzie, w skupieniu czeka na rozwój wypadków. Muzycy serwują nam porcję smakowitej, aylerowskiej hymniczności. Rezonans talerzy i Almeida, który żongluje technikami gry. Po kilku minutach gry wstępnej, to perkusista napędza tryby improwizacji. Saksofon snuje balladę, kontrabas stoi u progu transu. Piękny moment, cała trójka cierpliwie wisi na stand by, choć wie, że ten stan nie potrwa zbyt długo. Najpierw sygnał do ataku daje dęciak, potem salwa armatnia idzie wprost z basu. Samonapędzający się flow eksploduje, dając asumpt do błyskotliwej ekspozycji Amado. Na finał mistrzowskie wytłumienie emocji, albowiem nic w tej grze nie dzieje się przez przypadek.

Cichy saksofon snuje długie, łagodne wprowadzenie do części finałowej koncertu. Szczoteczki na werblu dają pierwszy znak życia dopiero po trzech minutach. Pod nimi stylowo dudni bas, drżą talerze, skrzypią struny. Balladowy saksofon śpiewa o poranku. Dopiero w 7 minucie wysoko zawieszone arco zaczyna proces budowania narracji właściwej. Trio nabiera dynamiki, ale po kolejnych dwóch minutach na scenie pozostaje jedynie duet sax & drums. Kierunek eskalacji zostaje wskazany, ale muzycy nie śpieszą się z ostateczną decyzją. Tempo rośnie, Rodrigo zagęszcza ścieg, Onno także daje do wiwatu. Gdy Gonzo powraca, cała maszyna rusza już z pełną mocą. Trzy strumienie swobodnej narracji płyną razem w pełnej komitywie. Po 14 minucie saksofonista zdejmuje nogę z gazu i całe trio, step by step, zwalnia, rozrzedzając narrację, wpuszczając do środka mnóstwo zdrowego powietrza. Onno ma jednak problemy z wyhamowaniem, zdaje się rządzić częścią finałową koncertu, baa, nawet dorzuca do ognia. Finał miast stać się balladową rozbiegówką, przeistacza się rwący potok fonii. Last minute równie ostra, jak gwałtowny jest mocarny stop koncertu, jakby gdyby zarysowany był na nieistniejącej pięciolinii. Brawa dla wszystkich!




Rodrigo Amado/ Chris Corsano  No Place To Fall  (Astral Spirits/ Monofonus Press, CD/cassette 2019)

Na osi czasu cofamy się do lipca 2014 roku, by w przeddzień 50. urodzin saksofonisty, zawitać do lizbońskiego Namouche Studios. Tenorzyście towarzyszy Chris Corsano na perkusji. Ci dwaj silni mężczyźni zagrają dla nas pięć improwizacji, które potrwają 49 minut bez pięciu sekund.

Zgodnie z zapowiedzią, już pierwsze dźwięki zwiastują mocny przekaz korpulentnej fonii ze strony obu muzyków – aktywny drumming i zamaszysty tenor, jak zwykle z garścią melodii, wplecioną w potok narracji. Płynna, szczera i bezkompromisowa porcja free jazzu. Lont zostaje odpalony, kierunek galopu wskazany, a instrukcja obsługi wyposażona w pasy bezpieczeństwa. Waga ciężka, ciosy skoordynowane i zawsze w punkt. Stempel na stemplu, ognisty strumień narracji, z mocą błyskotek. Początek drugiej opowieści pozwala muzykom zaczerpnąć łyk świeżego powietrza – ciche, siarczyste intro saksofonu, szum glazury werbla. Amado balladyzuje, Corsano szkicuje tło, każdy dźwięk zdaje się tu mieć odpowiedni ciężar właściwy. Utwór nabiera mocy po 3 minucie, nieśpiesznie, ale bardzo systematycznie. Przed końcem muzycy zdążą jeszcze nacisnąć na pedał gazu, by po chwili sprawdzić jakość hamulców. Corsano wydaje się dzierżyć w dłoniach układ kierowniczy. Trzecia część – urywane, ale stanowcze frazy saksofonu, poprzedzielane wymownymi interwałami ciszy. Muzyk z czasem łapie dłuższe frazy, jest przy tym dość agresywny, wręcz zaczepny. Corsano ma zaś prawdziwe wejście smoka, ale dopiero pod koniec trzeciej minuty - free fire steps! Flow opowieści gęstnieje, dwa skromne instrumenty akustyczne zdają się wypełniać całą szerokość ulicy. Popis na obu flankach – hard sax and drums like army of drummers! Duch Aylera znów towarzyszy muzykom. Rodrigo gasi płomień z melodią na ustach.

Marsz ku chwale ojczyzny free jazzu! Masywny, płyny, zamaszysty styl otwarcia części czwartej. Muzycy doskonale się inspirują, podpowiadają sobie kolejne rozwiązania. Corsano może tu chyba wszystko - free jazz, to jego elementarz. Amado, pewny każdego dźwięku, perfekcjonista nawet w tyglu najgorętszych emocji. Tuż przed końcem czwartej minuty, ułamek sekundy na złapanie nowego oddechu. Śpiew saksofonu i krawędzie werbli w kolektywnym tańcu – Sonny Rollins jest z nami, ale z … turbodoładowaniem! Na finał pieśni kolejne porcje spiętrzeń – gęstych i mocnych, lekkich i puszystych, niemal w tym samym momencie. Czas zatem na ostatni fragment płyty, który nie będzie krótki i zdawkowy. Na starcie bardzo łagodny saksofon, szczoteczki, chwila chill-outu, ballada z podmuchami ciepłego powietrza znad oceanu. Melodia i cisza podskórnego drummingu. Corsano subtelny niczym zakonnica, każdy dźwięk stawia go na piedestale. Amado kreśli mu szlak cienką kreską. Tempa i uzasadnionej dramaturgicznie mocy muzycy nabierają w szóstej minucie. Dźwięki płyną wysokim wzgórzem, niczym rozpostarte, ptasie pióra, ale mają swoją dynamikę i gęstość, wydają się smakować wyjątkowo wykwintnymi przyprawami. W dziewiątej minucie kilkudziesięciosekundowe, jakże zmysłowe solo Corsano, wyjątkowo dynamiczne szczególnie na talerzach. W połowie dziesiątej minuty wyciszony tenor powraca w glorii sławy. Ze śpiewem na ustach muzycy przypominają początek tej części płyty, po czym precyzyjnie odnajdują ostatni dźwięk.




piątek, 19 lipca 2019

Gabriel Ferrandini and his Sensual Disquiet!



Portugalczyk Gabriel Ferrandini, jeden z najbardziej intrygujących perkusistów Półwyspu Iberyjskiego (palmę najbardziej kreatywnego w tej części świata odebrać mu może chyba jedynie Vasco Trilla), funkcjonuje w świadomości wielbicieli muzyki free jazz/ free improv niemal od zawsze, a przynajmniej od dekady.

Stały członek dwóch najważniejszych portugalskich formacji w gatunku – RED Trio i Motion Trio, współtwórca tak doskonałych płyt, jak Casa Futuro (z Pedro Sousą i Johanem Berthlingiem), czy Lisbon Freedom Unit, a także kilku polskich przedsięwzięć Piotra Damasiewicza (choćby Power Of The Horns), w październiku br. skończy dopiero … 33 lata. To wspaniała wiadomość! Zatem prawdziwy ocean wyśmienitych płyt z udziałem Ferrandiniego jeszcze przed nami.

Nic nie ujmując wyżej wspomnianym albumom, dopiero jednak rok bieżący zdaje się stawiać muzyka na odpowiednim dla jego poziomu artystycznego piedestale. Kilka tygodni temu wydał on bowiem pierwszą, w pełni autorską płytę Volúpias, a do pary dorzucił równie smakowity duet z rosyjskim alcistą Ilią Belorukovem, zatytułowany Disquiet. Dziś nad tymi właśnie płytami pochylamy się z dużą pieczołowitością, albowiem bezwzględnie warto!




Gabriel Ferrandini  Volúpias (Clean Feed, CD 2019) ‎

Zapraszamy na spacer po lizbońskiej dzielnicy Bairro Alto, miejscu dla Ferrandiniego szczególnym, związanym z dorastaniem i zdobywaniem pierwszych muzycznych doświadczeń, a także miejscu obecnego zamieszkania (muzyk nie urodził się w Portugalii) oraz wielu aktywności artystycznych. Tytuły kolejnych utworów na płycie, to nazwy ulic lub zakamarków niezwykłego wzgórza położonego na zachód od centralnej części miasta, którą wyznacza Placa do Comercio. Utwory te możemy śmiało określić, jako swobodne kompozycje open jazzu (poza dwoma przypadkami, wszystkie są autorstwa perkusisty).

W tymże powolnym, acz wcale nie nostalgicznym spacerze, Ferrandiniego wspierają – rówieśnik, także rezydent dzielnicy, saksofonista Pedro Sousa i nieco od niego starszy, jeszcze lepiej rozpoznawalny medialnie, kontrabasista Hernani Faustino. Muzyka nagrana została w lutym 2017 roku, w miejscu zwanym Fonte Santa, Alandroal. Zawiera dziewięć utworów, które trwają łącznie 39 minut bez czterech sekund.

Volúpias jest płytą niezwykłą z wielu względów, nim jednak poznamy szczegóły, słowo o samej konstrukcji dramaturgicznej nagrania. Zaczyna się ono trzema bardzo krótkimi, niemal cool jazzowymi introdukcjami, muzyką czerstwą, ale zmysłową (volúpias!), nie tyle ilustracyjną, co tworzącą w głowie słuchacza prawdziwe obrazy tajemniczych miejsc Lizbony. Po nich otrzymujemy pierwszy nieco dłuższy fragment bardziej swobodnej improwizacji, by zaraz potem znów wpaść w sidła krótkoterminowych narracji, które określić możemy wręcz jako dark jazzowe. Prowadzoną nas one do dwóch ostatnich utworów, najdłuższych na płycie (łącznie niemal 16 minut), które eksplodują emocjami, jakie towarzyszyły muzykom w trakcie poprzednich części, a były w wielu momentach silnie skrywane.

Rua Nova Da Piedade. Saksofon tenorowy kreśli małe plamy, jakby śpiewał drobną melodię, która grzęźnie mu w gardle. Towarzyszy mu mocny tembr kontrabasu i stosunkowo aktywny drumming. Całość toczy się wszakże w tempie marsza pogrzebowego, choć narracja bez trudu łapie swój wewnętrzny rytm i specyficzne dla większości minut tego spaceru slow dynamic. Travessa De São José. Marsz zdaje się być jeszcze spokojniejszy. W ruch idą szczoteczki, a nad nieboskłonem jawi się duch Krzysztofa Komedy i jego muzyki filmowej. Jakby dwóch takich niosło szafę, ale z tej strony Bairro Alto słabo jeszcze widać ocean. Rua De São Marçal. Dron wilgotnego powietrza wydobywa się z tuby saksofonu. Masywna ścieżka pizzicato leje się z gryfu kontrabasu. Cool masters in work! Perkusja ledwie zaznacza swoją obecność. Rua Da Academia Das Ciências. Wyższy powiew tenorowego, sekcja rytmu wciąż powolna, ciężka, z ołowiu i stali. Każdy krok na tej ulicy stawiany jest z saperską precyzją. Strong cool! Gęsta gra kontrabasu i perkusji, zmysłowy i upocony tenor, a wszystko w warunkach niemal idealnej akustyki. Każdy szmer i powiew powietrza ma swoje odzwierciedlenie w dźwiękach, jakie do nas docierają. W drugiej części narrację ciągnie duo bez saksofonu. Świetną zmianę daje drummer, który zdobi ścieg opowieści złotymi cekinami. Saksofon powraca śląc ciemne plamy, w tle solowa ekspozycja kontrabasu.

Rua De O Século. Kolejna meta ballada. Tenor na zaciągniętym ręcznym kreśli kolejny filmowy obrazek. Klimat białoczarnej kliszy, metafizyczna równowaga pomiędzy wszystkimi elementami narracji. Saksofon buduje drony, inspirowane post-elektroniką. Piękne, żółwie tempo. Rua João Pereira Da Rosa. Introdukcja kontrabasu, cichy, suchy powiew saksofonu z lekkim zaśpiewem. Perkusja wchodzi do gry po 90 sekundach i stawia stemple artystycznego wyrachowania. Gibka oszczędność środków wyrazu, pełne garści emocji poupychane po kieszeniach. Funeralne tempo zdaje się delikatnie nabierać wiatru w żagle. Rua Dos Caetanos. Saksofon, talerze, skromne szarpnięcia za struny, niepokój, brak snu i posmak nieistniejącej elektroniki (as cymbals drones). Jeszcze wolnej, jeszcze gęściej, jeszcze dosadniej. Garść emocji wprost ze smyczka, który ślizga się po strunach kontrabasu.

Travessa Dos Fiéis De Deus. Tenor rusza w przedostatnią podróż z odrobiną zadzioru u nasady ustnika. Perkusja gotowa do uderzenia, kontrabas burczy i ciągnie za struny, tnie powietrze na nierówne części. Step by step opowieść nabiera gęstości, a spętany zaplanowaną dramaturgią flow zaczyna rozkwitać trzema strumieniami fonii. Szczególnie aktywny moment perkusji. Solowa ekspozycja kontrabasu na wybrzmieniu. Rua Da Barroca. Core number całej płyty startuje niezwykle kolektywnie. Saksofon buduje dron, mroczny, zabrudzony, ale jakże powabny. Już po 120 sekundach w tubie zdaje się rodzić moc, skłonna wyrwać wszystkich z letargu oczekiwania. Sousa zostaje na chwilę sam i szuka swojej pętli, po czym wpada w oddech cyrkulacyjny. Znakomity moment! Tuż przed upływem 4 minuty powraca Ferrandini. Sytuacyjny duet PeterGarbiel nabiera tempa i emocji, po czym przyzywa kontrabas Faustino. Ognista muzyka, ale pozbawiona free jazzowej furii, pełna emocji, także tych nieujawnianych. Kontrabas schodzi smykiem do samej podłogi. Na osi czasu 7:30 - muzycy delikatnie hamują, by nieznacznie zmodyfikować swój flow. Nowy wątek brnie po złote runo przy wsparciu pizzicato. Trio unosi się nad ziemią i stawia wszystkich do pionu. Smyczek powraca na ostatniej prostej. Wraz z nim rozgrzany saksofon i kipiąca perkusja dają do wiwatu! Gaszenie płomienia zdobi nutka melodyzującego posmaku zapomnianego saudade.




Ilia Belorukov/ Gabriel Ferrandini  Disquiet  (Clean Feed , CD 2019)

Na kolejne czterdzieści dwie minuty i kilkadziesiąt sekund przenosimy się do studia nagraniowego w Saint-Petersburgu. Jest druga połowa grudnia 2017 roku – Ilia Belorukov na saksofonie altowym oraz Gabriel Ferrandini na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Panowie zagrają pięć całkowicie swobodnych improwizacji. Czas ich trwania zdążyliśmy już poznać.

Muzycy rozpoczynają swoją niespokojną podróż w dużym skupieniu – wyciszona tuba saksofonu i mały werbel brzmią na starcie niczym stylowe, duetowe Spontaneous Music Ensemble w czasach, gdy obu Panów nie było jeszcze na świecie. Gabriel zmyślnie zagęszcza flow, Ilia płynie raz wysoko, raz bardzo nisko, wyraziście, bez najmniejszych śladów melodyki. Free impro sax & drums duo as pattern! Muzycy dają prawdziwy popis kreatywności od pierwszej minuty nagrania. Rosjanin, tu pozbawiony jakichkolwiek syntetycznych atrybutów, stawia sobie artystyczną poprzeczkę niezwykle wysoko i spełnia wszelkie oczekiwania. To samo rzec można o Portugalczyku. Taniec i śpiew przez zaciśnięte usta, bezczelne rytuały piękna improwizacji. Druga opowieść budzi się w oparach lepkiej ciszy. Ilia wstaje jako pierwszy, Gabriel sprawdza jakość naciągów na werblu, liczy krawędzie. Ballada dla ponownie potępionych – saksofonowe półdrony i ślady drummingu. Narracja, która systematycznie pęcznieje, budowana zarówno długimi, jak i krótkimi frazami. Po 5 minucie organiczna dawka ekspresji doprowadza muzyków do szczęśliwego zakończenia.

Trzecia improwizacja – dysze prychają, znów liczba krawędzi zestawu perkusyjnego zgadza się, co do sztuki. Subtelna gra w otwarte karty. Alt tańczy, werbel trzyma go za gardło. Ciało w ciało, świetna komunikacja, bez znaków zapytania. Ilia lubi zagęszczać brzmienie, preparować dźwięk, szukać dronowej estetyki, choć nawet na moment nie opuszcza terytorium wolnego jazzu. Tuż obok Gabriel – wybiera wyłącznie najlepsze rozwiązania, towarzyszy saksofoniście w każdej frazie, nic nie pozostawia bez adekwatnego komentarza, gra gęstym ściegiem, całym zestawem perkusyjnym, choć jest przy tym zwinny jak kot, lekki jak pawie pióro. Na wybrzmieniu alt skutecznie szuka szorstkich fonii, szumi jak lokomotywa na stacji końcowej.

Syczenie w tubie wyznacza start czwartej części. Talerze drżą na dalszym planie. Zmysłowa cisza żywej akustyki. W kolejnym kroku, repetycja wilgotnych dysz i preparacje na werblu. Bukiet perełek fonii buduje najspokojniejszy fragment Niepokoju. Moc detali, frapujących szczegółów, uroda pojedynczych niemal dźwięków – rezonans talerzy, czy oddech suchej tuby, która chce śpiewać. Wejście w bardzo jazzową narrację smakuje balladą, choć najeżoną emocjami. Na finał potencjometr mocy przesuwa się w prawo, by nie było zbyt słodko. Wreszcie i pieśń zakończenia! Jakby wszystko w niej śpiewało – talerze, dysze, tomy i werble, choć muzycy nie opuszczają bastionu ciszy i spokoju. Muzyka zdaje się unosić w powietrzu z braku ciężaru właściwego. Po 4 minucie delikatne zagęszczenie – alt skacze ku górze, perkusja zdobi dźwiękami każdy centymetr sześcienny studia nagraniowego. A jednak Disqueit!


wtorek, 16 lipca 2019

Àlex Reviriego & Discordian String Ensemble! Subirana, Padrós & Pich! Like Contemporary Discordian Loves Improvisation!



Wenezuelski saksofonista El Pricto, szef barcelońskiego Discordian Records, to prawdziwy człowiek renesansu. Komponuje, improwizuje, kreuje niezliczone, jakże interesujące wydarzenia muzyczne. Jednym z najbardziej charakterystycznych wątków w jego przebogatej działalności wydaje się być wyjątkowa umiejętność wtłaczania muzyki współczesnej, czy awangardowej w ramy czasami bardzo swobodnej improwizacji. Jeśli chcielibyście sobie przypomnieć przykłady takich działań, warto sięgnąć choćby po wszystkie nagrania firmowane szyldem Discordian Community Ensemble (w tym także ostatnie Live at Tepekalesound, którym zachwycaliśmy się na tych łamach kilka tygodni temu).

Dziś przed nami dwa kolejne przykłady na to, jak Pricto, niczym Król Midas, wszystko czego się tknie zamienia w złoto. Najpierw jego pomysł na ansambl strunowy, gdzie Wenezuelczyk wciela się także w rolę dyrygenta, potem zaś swobodnie improwizowane trio, które siedzi jednak po kostki w muzyce współczesnej, a udział Pricto sprowadza się w tym wypadku do wyprodukowania i opublikowania nagrania.

A zatem – dwie najnowsze pozycje w katalogu Discordian Records i moc jak zawsze wyjątkowej muzyki! Przypominamy, iż płyty tego labelu dostępne są, poza skończoną liczbą przypadków, jedynie w formie plików elektronicznych.




Àlex Reviriego & Discordian String Ensemble Incerto For Doublebass And Strings

Klub Magia Roja w Barcelonie, połowa grudnia ubiegłego roku, a na scenie prawie sami nasi dobrzy znajomi: Àlex Reviriego na kontrabasie, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej oraz piątka skrzypków - Jaime Del Blanco, Dani Pucha, Eva Monroy, Xesc Llompart oraz Pablo Albarrán. Trzy utwory autorstwa wszystkich muzyków, które ustrukturyzował i których wykonanie poprowadził El Pricto. Całość trwa 52 minuty i 17 sekund.

Incerto to klasyczna, włoska forma uprawiania muzyki, którą moglibyśmy określić jako niepewną (w dosłownym tłumaczeniu). Rolą dyrygenta jest utrzymywanie dramaturgii utworu w pewnych wcześniej nakreślonych ramach, podczas gdy każdy z muzyków dostaje dużą swobodę, co do sposobu jego wykonania, przy czym solista ma tu pełną dowolność (w naszym przypadku kontrabasista), pozostali zaś muzycy są delikatnie prowadzeni przez dyrygenta. Wszystko toczy się bardzo spontaniczne, a efekt końcowy jest miksturą improwizowanej, grupowej kompozycji, dyrygentury i całkiem wolnego grania. Oczywiście fundamentem sukcesu jest tu kreatywna komunikacja pomiędzy solistą, dyrygentem, a całą grupą.

Ruch Pierwszy. Banda rozjuszonych smyczków weryfikuje porowatość powierzchni strun – małe frazy, śmiertelnie pozbawione znamion melodii, sieją niepokój i budują grozę nieznanego. Na sygnał Maestro Pricto czereda strunowców rozpoczyna symfonię skowytu. W tle pętli się gitara z prądem, burczy kontrabas, na przedzie zaś śpiewają skrzypce, a ich pozorny klasycyzm zdaje się być brutalnie przypalony. Gęsty, wielowymiarowy flow, rodzaj zabrudzonej polirytmii, Święto Wiosny tuż po ataku nuklearnym, w połowie czwartej minuty całkiem już intensywny i nasycony emocjami. Sporo preparacji na strunach, które wchodzą we wzajemne interakcje. Po 6 minucie ciekawe pizzicato skrzypiec, które udanie konweniuje z gitarą – uśpionym, rockowym potworem. W toku rozwoju narracji kontrabas sunie bardzo niskim strumieniem, a skrzypce tańczą wokół niego z zaostrzonymi pazurami. Tuż przed końcem 8 minuty kolejne spiętrzenie – gitarowe przetworniki szumią i zgrzytają, skrzypce skaczą od podłogi po sam sufit, niczym stado lekkich bawołów, u boku kontrabasu, Króla Lwa. Gdy gitara przypomina zepsuty odbiornik radiowy, skrzypce stawiają na estetykę percussion. Gdy te drugie płyną upaloną melodyką, ta pierwsza milczy z wrażenia. Chocholi taniec śmierci! Filharmonia na sterydach! Muzycy cudownie łapią wiatr w szprychy. Gitara powraca w repetycji, zdziera skórę z małych strunowców, a całość w kipieli osiąga ostatni dźwięk.

Ruch Drugi. Grzmoty kontrabasu i akcenty percussion - wszyscy na scenie zdają się szukać wewnętrznego rytmu techniką pizzicato. Gitara okazuje się w tym dziele niezwykle pomocna. Akustyczna post-elektroakustyka żarzy się i skwierczy. W 5 minucie ansambl schodzi w oniryczną meta ciszę. Jedynie słuszne wysokie dźwięki budują piękną opowieść, która kwieciście narasta. Chór ptaków pozbawionych dziobów, skowyt egzystencjalnej pustki, strach przed lotem pozbawionym punktu docelowego. Brawo! Wejście w nową opowieść odbywa się na mosiężnych barkach kontrabasu. Preparacje zalewają całą podłogę, tuż nad nią stado strunowców epicko komentuje rzeczywistość zastaną. W 11 minucie krótka kipiel, która nie zmienia nic w zachowaniu kontrabasu – masywne drony ciężkiego powietrza wchodzą w rezonans z każdym napotkanym przedmiotem. Po kolejnej chwili niektóre skrzypce budują rytm, inne zwinnie preparują dźwięk, imitując kontrabas. Kontrapunkty, które zdają się nabierać energii kinetycznej. Finał Drugiego osiągany jest metodą brutalnego, ale jakże efektownego stoppingu.

Ruch Trzeci. Skrzypce in extenso, repetytywny taniec na zaciągniętym ręcznym. Symfonia kreatywnego minimalizmu. Kołyszący taniec dla złych chłopców. Po 120 sekundach do gry, u samego dołu fonii, wchodzi kontrabas, a całość narracji zaczyna przypominać zdeformowane Different Trains Steve’a Reicha. Flow ciągnie się masywnie ku górze. W 7 minucie jazzowa gitara staje mu w poprzek i pyta o zdanie. Kontrabas płynie pizzicato, skrzypce stroszą pióra, wystawiają na wiatr żylaste pazury. Po kilkudziesięciu sekundach gitara wchodzi w fazę preparacji, a na pozostałych strunach pojawia się garść akcentów perkusjonalnych. Opowieść gęstnieje, pomysłów przybywa w tempie geometrycznym. Nie brakuje hałaśliwych fonii, preparacji, a wszystkie one wydają się być posadowione na masywnym dronie smyczka kontrabasu. Skrzypce bez chwili zawahania osiągają artystyczny orgazm. Po 14 minucie piękne kontrapunkty gitary, sterowane zmysłem dramaturgicznym Pricto. Moc ładunków elektromagnetycznych osiada na głowach wszystkich uczestników koncertu. A potem już czas na zmysłowe tłumienie narracji – gitara i kontrabas biorą ten wątek na swój warsztat i doprowadzają ansambl tuż pod ścianę burzy oklasków!




Anna Subirana/ Pol Padrós/ Joan Antoni Pich  Brull's Bet

Pozostajemy w Barcelonie, ale przenosimy się do miejsca zwanego Sinestesia. Połowa stycznia ubiegłego roku i trójka muzyków: Anna Subirana – głos, Pol Padrós – trąbka i Joan Antoni Pich – wiolonczela. Cztery improwizowane utwory (być może z elementami predefinicji), 33 minuty i 11 sekund.

Hypnoidal. Opowieść rozpoczyna gadający, kobiecy głos - dźwięki dobywane techniką, którą moglibyśmy nazwać jako avant-scat. Wiolonczela podaje zadziorny, jazzowy półrytm szarpaniem strun, ale zaraz potem także smyczkiem. Trąbka brzmi na wejściu dość czysto, jakby stanowiła ostatni na scenie bastion chamber music, ale pierwszy zadzior dopada ją w mgnieniu oka. Muzycy zdają się zagęszczać narrację, ale trąbka zwinnymi interludiami burzy dramaturgię wydarzeń. Głos dławi się u nasady gardła, po czym zwinnie wdaje się w dialogi z kolegami – jeśli użylibyśmy określenia call & responce, nie bylibyśmy dalecy od prawdy. Wrzący ponadgatunkowy tygiel pomysłów! Zaraz potem krok w ciszę i odrobina sonorystyki. W 5 minucie pierwsza imitacja głosu i trąbki. Gdyby muzycy nie byli posadowieni na przeciwległych flankach, mielibyśmy duży problem z rozpoznaniem źródła dźwięku! Para idzie wysoko, cello dołem kreśli bardziej tonalną ekspozycję. 

Cataleptic. Z dna ciszy docierają do nas smutne pojękiwania trąbki, gwizd smyczka i rechot z gardła. Po 90 sekundach wiolonczelinowe kontrapunkty stylizują narrację porcją nowej ekspresji. Ale sama opowieść jakby nie chciała opuścić strefy ciszy. Kolejna ekspozycja call & responce, tym razem staje się udziałem głosu i cello. Śpiewająca trąbka snuje komentarz. W 5 minucie smyczek szuka baroku blisko podłogi, obie zaś flanki wchodzą w fazę ożywionej dyskusji. Po chwili śpiew pojawia się na ustach wszystkich, rzewny, molowy wedle wskazań strunowca. Akcja zdaje się gonić akcję, a kres tego szaleństwa wyznacza cisza po ostatnim dźwięku.  

Somnambulistic. Zmutowana trąbka znów u podnóża ciszy. Suche fonie z gryfu i głos, który znów na moment staje się … trąbką. Smyk ślizga się po strunach i buduje nową historię. Znów smakuje zagubionym w szumie chamber, a każdy ruch sceniczny poprzedza chwila refleksji. Cichy taniec na palcach, by nie spłoszyć zwierzyny. Trąbka i głos – znów jednym ciałem. Doskonałe reakcje, kolektywna zabawa. Po 7 minucie rytmiczne szlifowanie strun wiolonczeli buduje nowy wątek. Trąbka wchodzi w dialog, głos milknie na dłuższą chwilę. Na finał tej części ten ostatni powraca i czyni już wyłącznie same cuda – krzyczy, recytuje, jęczy i śpiewa!

Return To Wakefulness. Trębackie solo na otwarcie finałowej części koncertu – palce wiolonczelisty krążą wokół gryfu, avant-scat powraca. Narracja nabiera tempa, niczym pierwsza improwizacja. Zadziorne frazy, energia, pulsacja, tańce i swawole, także w konwencji call & responce. Imitacje na flankach, kilka szarpnięć strunami – muzycy szukają zakończenia rozrzedzając flow narracji. Czynią to po mistrzowsku, zatem moc oklasków tuż po wybrzmieniu dalece uzasadniona.