środa, 11 grudnia 2019

Points! Marcelo dos Reis, Valentin Ceccaldi, Marco Franco and Luís Vicente!


Exclamation Mark, zupełnie jak Wykrzyknik! Dzwonki, talerze, struny wiolonczeli szarpane łokciem, struny gitary dotykane najmniejszym palcem lewej ręki, wreszcie trąbka, która syczy ze zniecierpliwienia – bogata fauna i flora płynnej, na poły dynamicznej opowieści, budowanej kolektywnie, ognistej ekspozycji post-chamber, która nabiera tempa i intensywności niemal bez udziału muzyków. Pierwszy stopping tuż przed upływem czwartej minuty – małe solo drummerskie, półambientowa gitara i rezonans wiolonczeli, miłosne stękanie trąbki. Tańcząca narracja, upalona zmysłowym barokiem, zdobiona każdym dźwiękiem strun. Po 8 minucie te ostatnie płyną szerokim strumieniem, a trąbka śpiewa doniosłym głosem, mając u stóp cichą, ale galopującą perkusję. Po kolejnych trzech minutach flow kwartetu można już kroić nożem. Gęsty, zmysłowy, pełen niebanalnych świecidełek, z preparującą trąbką, niczym wisienką na torcie. Krzyki, wrzaski i … wykrzykniki – bystry tygiel emocji, który gaśnie na barkach ciężkich strun wiolonczeli.




Question Mark, jakby Znak Zapytania? Małe, rwane frazy, seria pytań i odpowiedzi, akcje i jej reakcje. Czysta, dźwięczna gitara i okrężny drumming, pojedyncze struny cello i cicha tuba trąbki. A gdzieś na samym dnie tej bystrej opowieści rodzi się już podskórny, nerwowy drive! Kwartet pięknie nabiera mocy, głównie dzięki rozszalałej wiolonczeli. Ekspresja, buzujący ogień, niemal w klimatach połamanego rytmicznie post- flamenco! W 7 minucie drobne spowolnienie, garść mocnych, ale pojedynczych fraz, a w roli tłumiącej narrację wciąż bardzo aktywna wiolonczela. Gitara pogłębia aurę spokoju, trąbka cmoka niezobowiązująco. W tle rezonują talerze. Ciągłe stawianie pytań i otrzymywanie błyskotliwych odpowiedzi ma miejsce nawet tu, na granicy ciszy.

Punctuation, a zatem Interpunkcja. Perkusyjna introdukcja, cello traktowane wyjątkowo nisko podwieszonym smyczkiem wysyła drona zwiadowczego. Gitara także wyposażona zostaje w smyczek, a trąbka syczy gardłem muzyka. Jakże tajemniczy moment opowieści, która w mgnieniu oka nabiera dynamiki i obrasta tłuszczem emocji. Całość zdaje się pachnieć post-industrialnym powietrzem. Finał osiągany zaś zostaje piskiem wyjątkowo śliskich strun gitary.

Endpoint, bezwględnie Kropka. Gitara łyka garść niewidzialnego prądu, trzeszczy akustycznymi przesterami. Wiolonczela ostrzy struny! What a battle! Trąbka bąbelkuje dopiero pod koniec drugiej minuty. Mimochodem gasi ogień na strunach, a towarzyszy jej amok błyszczących perkusjonalii. Po chwili gitara wyje już smyczkiem, a cello repetuje. Oto jak rodzi się kolejne roztańczone chamber, któremu z każdym przedrostkiem i przyrostkiem byłoby do twarzy. Nie brakuje preparacji na każdym niemal źródle dźwięku. Struny wszakże rządzą i bez zbędnej zwłoki decydują się na mały stopping! Jakże efektowny! Szukanie nowych fonii, jakby w oczekiwaniu na wybór drogi, którą kwartet podążał będzie ku ostatniemu dźwiękowi koncertu. Znów rozbłyskuje prawdziwie upalony barok. Wszystko zdaje się tu śpiewać, choć radość ta ma wyjątkowy molowy posmak. Wiolonczela znów wpada w repetycję, gitarą ją naśladuje, a w tle skomle mały drumming. Trąbka rozrzedza gęste powietrze. Piękna, post-barokowa improwizacja dobiega swych dni. Kropka.


Points: Luís Vicente – trąbka, Valentin Ceccaldi – wiolonczela, Marco Franco – perkusja, instrumenty perkusyjne, Marcelo dos Reis – gitara, gitara preparowana.  Nagrane na koncercie, 19 maja 2017 roku, Casa das Artes da Fundação Bissaya Barreto, Coimbra. Wydawca: Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2019.

Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty.



poniedziałek, 9 grudnia 2019

Quartett Non Locality! Sarah Claman, Dominik Strycharski, Zbigniew Chojnacki & Ramon Prats!


Kwartet pozbawiony lokalizacji rozpoczyna swoją dźwiękową podróż krótką, bystrą i kolektywną, ledwie dwuminutową introdukcją. Werbel zestawu perkusyjnego drży, flet posyła dźwięki z kantami, skrzypce wydają się być surowe i drapieżne, a elektroakustyka uśpionego akordeonu migocze w oddali. Czuć w powietrzu duże emocje, póki, co wszakże, krzyk więziony jest głęboko we wnętrzu swobodnej improwizacji.

Druga opowieść, masywna i prawdziwe epicka (20 minut!), odkrywa już większość tajemnic, z jakimi czwórka muzyków przybyła do studia nagraniowego. Otwarcie ekspozycji przypada w udziale perkusji i skrzypcom. Tuż obok tańczy mały flet, który ma wyłącznie pokojowe zamiary, a akordeon znów dba o zmysłowe tło. Oto jak rozwichrzona kameralistyka wyrusza na łowy. Płynna narracja, która od czasu do czasu potrafi zionąć ogniem, zwłaszcza, gdy flet i skrzypce szukają zwady, akordeon pulsuje elektroniką, a perkusja dba o odpowiednią porcję rytmu i dynamiki. Koniec czwartej minuty wyznacza pierwszy krok w kierunku ciszy, ku zagubionym dźwiękom. Odnotowujemy dobre akcje na linii flet-akordeon, nie brakuje preparacji, perkusista nakręca spiralę improwizacji, a skrzypaczka liczy struny i prosi o łyk zimnej wody – jakże piękny moment kwartetu! W 10 minucie drobna wymiana poglądów fletu i skrzypiec, którym definitywnie dobrze z oczu patrzy. Po kolejnych dwóch minutach – puls okablowanego akordeonu, garść tajemniczych fonii nieznanego źródła pochodzenia i głosy być może prawdziwie ludzkie. Wraz z upływem kwadransa, kwartet rusza w gęstwinę emocji i nadekspresyjnych zachowań. Akcenty perkusyjne post-elektroniki, potok fraz post-rockowych. Świetnie zakończona opowieść.




Trzecia improwizacja, to krok w kierunku ograniczenia instrumentarium – przed dłuższą chwilę słyszymy dialog skrzypiec i akordeonu. Od burczenia i pojękiwania, do śpiewu i dronowych podskoków. Molowy nastrój, piękna elektroakustyka. Czwarta część i powracamy do kwartetu – flet, zmutowany akordeon, zwinne skrzypce i deep drumming. Małe frazy, świetnie skomunikowane ze sobą. Pod koniec flet śpiewa półgłosem, a na talerzach wystrzał fajerwerków. Piąta część i znów słyszymy tylko dwa instrumenty – tym razem namiętnym skrzypcom towarzyszy flet (te pozostałe pewnie są tuż obok i wymownie milczą). Lekka, zmysłowa, zalotna historia – muzycy płyną długimi frazami, aż do momentu finałowego wzniecenia ognia. W tle dygocze elektroakustyczny ambient, ale może nam się tylko tak wydaje.

Szósta opowieść i znów skrzypce w miłosnych lotach – tym razem wybrankiem jest perkusja. Głębokie dźwięki, bystre preparacje i szybko uzyskany stan zwinnego półgalopu. Jeden z najlepszych momentów albumu! Na finał, pieśń siódma i definitywny powrót kwartetu, który potrzebuje ledwie kilku nanosekund, by wejść na poziom dynamiki, jakiej doświadczaliśmy na początku płyty. Piękna klamra dramaturgiczna! Moc pozytywnej energii kolektywnych rozmów na dowolne tematy. Narracja maszeruje zamaszystym krokiem, akordeon fantazyjnie charczy, wszystko zdaje się tu tańczyć, swawolić i gonić na zatracenie. Emocje kute na cztery nogi! Zażarta narracja, dźwięk za dźwięk, doprowadza muzyków do ostatniego westchnienia.


Quartett Non Locality: Sarah Claman – skrzypce, Dominik Strycharski – blockflutes/ recorders, Zbigniew Chojnacki – akordeon, live electronics, Ramon Prats – perkusja. Nagrane w roku 2018 w Estudios Ground, Barcelona. Wydawca: Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2019.


Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty!

piątek, 6 grudnia 2019

Derek Bailey, Han Bennink & Evan Parker! Topographie Parisienne (Dunois, April 3d, 1981)!


Ostatni akapit monografii Evana Parkera *):

Topography Of The Lungs (…) - pierwsza płyta sygnowana nazwiskiem Evana Parkera, pozostaje do dziś znaczącym wydarzeniem europejskiego free improv. Spotkanie trzech wyjątkowych ludzi – osobnego gitarzysty, twórcy kanonu swobodnej improwizacji Dereka Baileya, wyjątkowo sprawnego perkusjonalisty Hana Benninka oraz początkującego i znacznie od kolegów młodszego saksofonisty Evana Parkera. Do kolejnego spotkania w tym składzie nigdy już potem nie dojdzie, co też Topografii Płuc dodaje znamion wyjątkowości. I choć późniejsze trzy duety z Baileyem zasługują na wieczną uwagę (…), należy w tym miejscu głośno zapytać, dlaczego tych opublikowanych spotkań było tak niewiele. Oceniając fakt wznowienia przez Parkera Topografii jedynie pod swoim nazwiskiem, a także niektóre jego komentarze medialne, odnoszę wrażenie, że Panowie, pomimo wielkiego wzajemnego szacunku, nie byli osobowościami zbyt zgodnymi, co w ryzykownej wolnej improwizacji ma czasami kluczowe znaczenie. Z Benninkiem Parker nagrał potem ledwie jedno wydawnictwo (…) i nikogo ono na kolana nie powaliło. Tym większa zatem szkoda, że Topografia jest tylko jedna.

… Otóż, od połowy maja bieżącego roku, nie jest już tylko jedna! Dokładnie wtedy, nakładem francuskiego labelu Fou Records, prowadzonego przez znamienitą postać francuskiej muzyki improwizowanej, Jean-Marca Foussata, ukazała się czteropłytowa dokumentacja koncertu (dnia koncertowego) tria Bailey-Bennink-Parker**), jaki miał miejsce w Paryżu, 3 kwietnia 1981 roku, w miejscu położnym pod adresem 28 rue Dunois! Efektownie wydany box zatytułowano … Topographie Parisienne!




Muzycy definitywnie napracowali się wspomnianego wyżej dnia, albowiem dwa, trwające ponad 40 minut, sety w trio uzupełnili … pięcioma duetami i dwoma występami solowymi. Łącznie ponad 215 minut muzyki, od razu zaznaczmy, zarejestrowanej raczej marnym kaseciakiem (nieczyste, zniekształcone brzmienia każdego z instrumentów, czasami słabo słyszalna gitara, a całość jakby w połowie drogi między dźwiękiem stereo, a mono). Wydawnictwo to traktować winniśmy nie tyle, jako rejestrację wielogodzinnego koncertu, podzielonego na dziewięć części, ile foniczny dokument bytności trzech wybitnych muzyków na paryskiej scenie, stanowiący przy okazji nieznany do tej pory, ale niezwykle ważki epizod w historii muzyki swobodnie improwizowanej.

Materiał dźwiękowy Paryskiej Topografii omawiać będziemy w nieco innej chronologii, niżby nakazywała konstrukcja dramaturgiczna czteropłytowego boxu. Najpierw zagłębimy się w sety trzyosobowe, potem omówimy duety, by na końcu - w kilku żołnierskich słowach - skwitować występy solowe.


Trio po raz pierwszy

Gitarowe dźwięki otwarcia, struna po strunie, artykułowane są tuż pod roztańczonym od pierwszej sekundy nagrania saksofonem sopranowym, pomiędzy rytmicznymi uderzeniami serca perkusjonalii, które wcale nie chcą podawać … rytmu. Muzycy potrzebują ledwie dwóch minut, by wpaść w pierwszą free jazzową kipiel. Sopran Parkera skowycze, jak w najlepszych momentach jego terminowania pod szyldem Spontaneous Music Ensemble, ale z turbodoładowaniem. Gitara Baileya może tu wszystko, ale nie wszystko czyni. Czasami schodzi na drugi plan, by bezczelnie komentować poczynania partnerów (głos Baileya też bywa aktywny w tym wymiarze). No i perkusja Benninka – wulkan, fontanna emocji, muzyczne adhd bez hamulca, pełne stylizowanego chaosu, artystycznego fermentu, w stanie permanentnej zmiany, gdzie psikus zdaje się gonić za psikusem, so what ever you want!

Po 8 minucie ciekawe, wręcz agresywne dźwięki saksofonu i perkusji, a także … gitary, która chyba wydaje jakieś dźwięki, ale nie jesteśmy tego do końca pewni (bootleg ma swoje prawa!). Po chwili uspokojenia bystra ekspozycja sopranu (cokolwiek szalonego nie działoby się na scenie, Parker gra swoje i pilnuje jakości improwizacji), zdobiona równie wartościowymi pasażami gitary. Na stuk puk Benninka, komentarz głosowy Baileya – kolejny akt muzyki … performatywnej. A sopran, jakby zupełnie wbrew temu, goni na szczyt swojej ekspozycji i efektownie eksploduje. W 15 minucie kolejne wystąpienia ad rem Benninka – najpierw puzon (kornet?) do pary z sopranem (niczym dwa upalone ptaki na podłamanej gałęzi!), potem fortepian i jednoczesne wbijanie stopy w rozgrzany bęben basowy. Niezły cyrk na kółkach, którego nikt nie ma zamiaru uporządkować. I tak toczy się ta zabawa – Bennink wciąż rozsadza narrację niekończącą się kawalkadą pomysłów, Parker konsekwentnie gra swoje, a Bailey sytuuje się gdzieś pomiędzy tymi dramaturgicznymi antagonistami. Po 23 minucie trio nabiera mocy w żagle i pędzi freejazzowym zboczem nad wyraz długo i konsekwentnie, czyniąc ów moment jednym z ciekawszych pierwszego seta. Okolice 30 minuty i znów koncert zamienia się w mały kabaret. Publiczność się śmieje, muzycy nieco pajacują, choć Parker … głównie milczy. Jakby się wzajemnie przedrzeźniali… Czy właśnie w tym momencie przekraczają oni próg wolności twórczej, jaką daje swobodna improwizacja? Odpowiedź Benninka jest prosta – ostry, rockowy rytm, Bailey dorzuca garść dynamicznych riffów, a Parker powraca i wyrywa chłopaków do naprawdę wysokiego lotu. Finał seta jest mięsisty, świetnie skonstruowany, kreowany pod dyktando doskonałej gitary.


Trio po raz drugi

Ceremonia otwarcia drugiego seta przypada w udziale … puzonowi, który maltretowany jest przez Benninka. Wydaje gardłowe pojękiwania i czeka na wsparcie. Tenor Parkera zdaje się ucieleśniać marzenia dużego blaszaka. Akcenty percussion dzieją się symultanicznie, a w tle szeleści gitara. Po krótkiej chwili zawahania, trio rusza do pierwszej wspólnej przebieżki – błyszcząca gitara, lekki saksofon i drummerskie adhd. W 9 minucie Bennink dorzuca trochę rocka do ognia, Bailey dla odmiany śle flażolety. Powrót saksofonu po niedługiej chwili znów dobrze robi całej ekspozycji. W 14 minucie następuje zejście w ciszę – kontynuacja flażoletów i nowy instrument w rękach Benninka, który przypomina brzmieniem dziecięcy instrument klawiszowy. Na scenie dzieje się jak zwykle dużo dobrego, ale wciąż nie brakuje wątków kabaretowych (choćby w 24 minucie, gdy jakość ekspozycji ratuje cyrkulacyjny flow saksofonu) – od ciszy do hałasu, od ekscytacji do palpitacji, ale recenzent musi przyznać, że obraz całości jest zdecydowanie bardziej fascynujący niż w secie pierwszym. Kolejnym etapem rozgrywki jest bystry dialog saksofonu i … klarnetu (Bennink), który wieńczy powrót gitary, kojącej nastrój suchymi frazami.

Ostatnie dziesięć minut seta przynosi kilka ciekawostek. Bailey zdaje się łykać trochę prądu (flażolety na pogłosie!), a jego gitara spoglądać w kierunku estetyki rockowej, w czym wspiera go dość hałaśliwy drumming Benninka. W 39 minucie powraca saksofon i na moment zdecydowanie tłumi emocje na scenie. Zaraz potem następuje dynamiczny kontratak tria, które równie szybko zredukowane zostaje do duetu saksofonu i gitary, delikatnie wspieranego rezonansem talerzy. Nastrój pryska jednak pod wpływem … agresywnego drummingu (zatem bez zaskoczeń!), ale to właśnie w tym momencie muzycy postanawiają wrzucić szósty bieg i zakończyć set ekspresyjnymi wybuchami free jazzowej maestrii. Przy okazji na scenie coś zaczyna … pikać. Oj, czasami przydałaby się wizja z ulicy Dunois!




Duety wstrząśnięte, mieszane

Przejdźmy do omówienia aż pięciu improwizacji duetowych, jakie miały miejsce w Paryżu ponad 38 lat temu. Uprzedźmy wszakże przebieg wypadków – dwa duety poczynione przez Parkera i Baileya, to bezdyskusyjnie crème de la crème całego, czteropłytowego boxu.

Pierwszy duet trwa 12 minut, a Parker gra w nim na saksofonie sopranowym. Narrację buduje gęsty flow jego saksofonu (choć grany urywanymi frazami) i wyluzowana gitara, która śle pomiędzy podmuchami dęciaka wielobarwne akordy, typowe dla estetyki Baileya. Muzycy w ułamku sekundy wchodzą na poziom dużej intensywności, ale czynią wszystko niebywale swobodnie i bez nadmiernego pośpiechu. W 8 minucie intrygująco zwalniają, zdobiąc opowieść gitarowymi ornamentami i akustycznymi dysonansami wprost z tuby. Potem Bailey zostaje na moment sam, by w spokoju ducha oczekiwać na powrót w pełni zrelaksowanego Parkera. Finał skrzy się niebanalną urodą.

Kolejny duet Baileya i Parkera trwa prawie 28 minut, a drugi z muzyków dzierży w dłoniach saksofon tenorowy.  Aura otwarcia wydaje się niemal post psychodeliczna – oniryczne, modulowane dźwięki, które szybko łączą się w zwarty strumień gęstej, dramaturgicznie rozedrganej i świetnie skomunikowanej improwizacji. W 9 minucie następuje błyskotliwy stopping, a muzycy zanurzają dźwięki w niewidzialnej powłoce quasi ambientu. Po wzięciu głębokiego oddechu, ponownie ruszają na łowy! Intensywna, barwna opowieść - dźwięk za dźwięk, ciało w ciało, puls i bicie serca - godna wszystkich ich poprzednich duetowych wydawnictw płytowych. Finalizacja tej niezwykłej narracji odbywa się długimi dźwiękami zasypiającej gitary i filigranowymi frazami niezwykle cichego saksofonu.

Czas na duet Baileya i Benninka, który potrwa niemal pełne 40 minut. Jakby w kontrze do poprzednich wynurzeń recenzenta - to być może najmniej wartościowy fragment boxu. Wszelkie wady i zalety nadaktywności, tudzież kabareciarstwa Benninka znajdują tu swoją rację bytu. Po prawdzie Bailey robi, co może, by kiełznać temperament Holendra, ale udaje mu się to niestety sporadycznie w trakcie dość długiego seta. A zaczyna się on nad wyraz spokojnie – Bennink pichci dźwięki na puzonie, Bailey piłuje struny. Ulotność chwili gwałci masywna stopa zestawu perkusyjnego, której efekt wzmaga subdoskonała jakość nagrania. Znów dopada nas moc kabaretowych uniesień, publiczność rechocze, a nam być może brakuje wizji. 12 minuta przynosi sporą garść rockowej ekspresji po stronie gitarzysty i walec natrętnego rytmu po stronie perkusisty. W 16 minucie warto odnotować skromne, modularne solo Baileya, a w 18 minucie użycie przez Benninka harmonijki ustnej. W 23 minucie powraca instrument blaszany (brzmi jak trąbka, a może to wysoko podwieszony puzon) i tworzy z gitarą dość spokojną ekspozycję. Po kolejnych pięciu minutach muzycy stawiają na emocje, a ognisty free jazz staje się ich krótkotrwałym udziałem. Pod koniec seta przybywa dobrych momentów, głównie wtedy, gdy Bailey zachowuje się bardziej aktywnie i nie czeka na to, co zaproponuje partner. Ale zmiana goni tu zmianę w tempie serii z karabinu maszynowego, a set wieńczy krótki pokaz kabaretowych skeczy dźwiękowych.

Po garści recenzenckich ambiwalencji, niecierpliwie czekamy na powrót na scenę Evana Parkera! Saksofonista w trakcie 3,5 godzinnej rezydencji w Paryżu milczał zresztą jedynie w trakcie seta, który przed momentem podsumowaliśmy. A zatem teraz dwa kilkunastominutowe sety z Benninkiem, pierwszy grany na tenorze, drugi na sopranie. Ten pierwszy rodzi się w gardle … klarnetu basowego (?). Tuż obok saksofon tenorowy, szybki, zwinny jak kot. Efektem tej właśnie koincydencji, taniec dwóch ultra dynamicznych dęciaków, który od razu wybudza nas z letargu oczekiwania na bystre dźwięki. Co warte podkreślenia, Bennink w niczym nie ustępuje koledze! Świetny moment! Zabawa trwa w najlepsze, a jakości ekspozycji nie kruszy nawet incydentalnie wbijanie stopy w mur bębna basowego. Podobnie rzecz się ma z kompulsywnym rytmem, który wylewa się spod stóp Holendra. A ponieważ Parker osiąga stan emocjonalnej ekstazy, nic nie może zakłócić potoku naszej euforii. Po 10 minucie krótkie solo perkusji, parę dźwięków puzonu (też z klasą!), powrót saksofonu i odrobina przekomarzania się, bez wszakże akcentów kabaretowych. Na sam zaś finał free jazzowa kipiel ze stemplami drummerskiego hałasu.

Drugi set duetu Parker-Bennink, nieco krótszy, bardziej zrównoważony emocjonalnie, łagodzony wysokim tembrem sopranu. Bennink sięga po dziecięcego klawiszowca, serwuje garść scenicznych wygłupów, szczęśliwie Parker czyni swoją powinność jak zwykle perfekcyjnie. Tuż potem znów dęty duet, równie udany, jak w trakcie ich poprzedniego seta. Pojawia się także klarnet basowy i wyjątkowo subtelna dawka drummingu. Pomysł wszakże wciąż goni tu pomysł, Bennink zmienia instrumenty niczym prestigitator, do obrazu całości dodaje też coś z pogranicza teatru, bo publika bawi się wyśmienicie. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, wielosekundowa owacja, być może w ramach podsumowania całego dnia. Ten set kończy bowiem czteropłytowy box, nie kończy jednak naszej opowieści….


Parker solo sopranowe i tenorowe

…. Zostały nam bowiem do skomentowania dwa solowe sety Parkera. Najpierw niemal 12 minut przy użyciu saksofonu sopranowego. Muzyk skrupulatnie buduje narrację - zaczyna od krótszych fraz, które systematycznie wydłuża, aż do osiągnięcia pełni oddechu cyrkulacyjnego. Po pewnym czasie pięknie się wycisza i powraca do krótkich fraz. Na ostatnie 120 sekund wpada w konwulsyjną kipiel, goni w nieprawdopodobnym tempie, ale długie, ogniste frazy przedzielają nanosekundy oddechu. Set na saksofon tenorowy trwa dokładnie 10 minut. Początek wypełniają rwane, szarpane i skaczące pod nieboskłon frazy – prawdziwy Parker z tamtych lat! Flow nerwowy, jakże czerstwy, jedyny wszakże w swoim rodzaju. W drugiej części seta muzyk płynie już dłuższymi frazami, brudząc przy tym brzmienie, pełne agresji i jakże nielirycznej ekspresji. Być może, to jedno z jego najpiękniejszych pasm tenorowych, do wielokrotnego słuchania i wiecznego zapamiętania!


Outro

Koniecznie powróćcie do odsłuchu Topography Of The Lungs! Jeśli zaś, o zgrozo, nie słuchaliście tej płyty jeszcze nigdy, uczyńcie to bezzwłocznie, nikomu nie powiemy!



**) winylową wersję Topography Of The Lungs muzycy podpisali w takiej oto kolejności: Parker-Bailey-Bennink. Reedycja na CD (tuż po śmierci Baileya) ukazała się jedynie pod nazwiskiem Parkera. Tegoroczny box z kolei firmowany jest jako Bailey-Bennink-Parker. Ciekawostka bynajmniej nie muzyczna, a raczej psychologiczna. Do rozkminienia w trakcie czyjegoś doktoratu na wydziale muzykologii, bądź … psychologii.


poniedziałek, 2 grudnia 2019

Gibbs, Metcalfe, Northover & Magliocchi! The Visitors! Also in your house!


Muzyczne przygody Adriana Northovera i Marcello Magliocchiego w świecie absolutnie swobodnej improwizacji śledzimy na tych łamach na bieżąco. Nie dalej, jak kilka tygodni temu zachwycaliśmy się płytą Sea Of Frogs. Dobrze znamy też, i niezwykle cenimy, ich nagrania w ramach The Runcible Quintet czy kwartetu Sezu. Każdorazowo pisząc o muzyce Anglika i Włocha, zawsze kierujemy zainteresowanie słuchaczy w stronę artystycznej spuścizny po niezapomnianym Johnie Stevensie i jego muzycznej idei, archetypie free improv - Spontaneous Music Ensemble. Być może tych właśnie dwóch gentlemanów zasługuje współcześnie na miano najbardziej wartościowych kontynuatorów muzyki formacji, która m.in. dała nazwę stronie, którą właśnie czytasz.

Dziś nadstawiamy ucha nad nagraniem The Visitors, poczynionym w marcu bieżącego roku w jednym z londyńskich studiów nagraniowych. Spotkało się tam czterech muzyków: Marcello Magliocchi na perkusji (głównie instrumentach perkusyjnych), Adrian Northover na saksofonie sopranowym i altowym, Neil Metcalfe na flecie (jako jedyny z tego grona grywał w Spontaneous Music Ensemble!) i Phil Gibbs na gitarze. Sześcioczęściowa improwizacja trwa 64 minuty i 46 sekund, a dostarczą ją brytyjski FMR Records. Album w formacie CD, to jedna z jesiennych premier labelu.




Arrival. Szum szczoteczek perkusyjnych, mały flet, skromna gitara i saksofon sopranowy, którego dźwięk początkowo dociera do nas z tak zwanego drugiego, a nawet trzeciego planu – oto elementy składowe swobodnej improwizacji, dla której ważny jest szczegół, pojedynczy dźwięk, budowanej z precyzją i bez nadmiernego pośpiechu. Większość instrumentów zdaje się być zestrojona bardzo wysoko, a elementem konstytuującym przebieg improwizacji jest intensywna kreacja na talerzach bardzo rozbudowanej podsekcji zestawu perkusyjnego. Muzycy od pierwszej sekundy studyjnego koncertu budują opowieść bardzo kolektywnie. Tworzą ją często z mikrofraz, delikatnych dźwięków, które świetnie ze sobą konweniują. Zatem szczególna zwiewność, pewna dramaturgiczna ulotność czystej akustyki, to maturalne atrybuty tej smakowitej improwizacji. Artyści są w stanie wejść w tryb dynamicznej narracji dosłownie w mgnieniu oka. Równie błyskawicznie pokonują drogę powrotną. Oto demokracja, która w pierwszej odsłonie, po fazie wprowadzenia, zdaje się tworzyć pod niezwykle światłym przewodnictwem saksofonu sopranowego. Wiele dzieje się tu w górze, a za dolne dźwięki odpowiada prawie wyłącznie gitara, która jednak wcale nie pędzi jakimś szczególnie niskim strojem. To właśnie gitara kreuje ciekawą narrację w okolicach 5 minuty, gdy flet i saksofon plotą pierwszy ważny dla tej płyty dialog. Nic wszakże na tej płycie nie dzieje się bez udziału bardzo rozbudowanej armii perkusjonalii, którą – jak już wspomnieliśmy – tworzą głównie talerze, a także delikatne krawędzie werbla i tomów. W 8 minucie napotykamy na kolejny smakowity dialog – tym razem gitary i fletu, a zaraz potem saksofonu (już altowego!) i perkusjonalii. Dużo zmienność akcji, częste zagrywki w podgrupach (challenge zdaje się tu gonić challange!), to kolejna cecha tej bystrej zabawy w dźwięki. Na finał pierwszej odsłony – jakże wysmakowana, bardzo energetyczna ekspozycja kwartetowa, świetnie wytłumiona, niczym najlepsze momenty z zacnej historii Spontaneous Music Ensemble!

Dispersal. Druga opowieść rodzi się na strunach gitary i w tubie fletu. Oba instrumenty frazują bardzo melodycznie, jakby tworzyły ad hoc ścieżkę dźwiękową do filmu noir. Z dalekiego świata, wsparcia udzielają talerze i saksofon sopranowy. Opowieść zwinnie się nawarstwia, gęstnieje pięknym dialogiem na flankach, czynionym przez posadowione tam instrumenty dęte. W 6 minucie gitara plecie swoją mantrę, saksofon szumi pustą tubą, a talerze tańczą po nieboskłonie – piękny moment! Potem flet studzi nieco emocje, a narracja zaczyna pachnieć niczym chamber noir exposition! W 9 minucie – tu nie ma pustych przebiegów! – kwartet odnajdujemy już w bystrym galopie. Muzycy zdają się przekraczać dopuszczalne normy prędkości, ale że są świetnymi kierowcami, hamowanie jest wyjątkowo bezpiecznie, czynione długimi frazami, które klimatem nawiązują do początku tej improwizacji. Brawo!

Encounters. Tańczący flet inauguruje kolejną opowieść. Perkusja stawia na pojedyncze uderzenia, gongi lśnią czystym dźwiękiem. Po chwili saksofon altowy i gitara (z samego dołu), zaczynają budować narrację właściwą, znów od szczegółu do ogółu, ze świetną podpórką ze strony armii talerzy. Moment wygaszenia uczyniony zostaje w idealnym momencie, jakby na sygnał batuty niewidzialnego dyrygenta. Kolejną część opowieści kreuje flet przy wsparciu filigranowej gitary (przy okazji perkusjonalia znów robią swoje!). Po 7 minucie kwartet zdaje się skakać z kwiatka na kwiatek, ale uroda narracji jakby jeszcze na tym zyskiwała. Zaraz potem swoje trzy grosze wtrąca gitara, a w tle pozostałe instrumenty bystrze preparują niemal każdy dźwięk. Jest komentarz fletu, a zaraz potem krótkie solo sopranu. Finał znów staje się niezwykle ognisty.

Estrangement. Preparacje gitary oraz wysokie komentarze fletu i saksofonu, to aura otwarcia czwartej historii. Piękne ornamenty perkusjonalii, posmak kameralistyki w najlepszym rozumieniu tej kategorii estetycznej. W 6 minucie opowieść ciągnie ku górze flet, gitara płynie niżej, wydaje się lekka, jak pawie pióro, perkusja szumi. Powrót sopranu zwiastuje dynamizację narracji na samym jej finiszu, co zdaje się być już tradycją tej płyty. Także bystry stopping!

Propagation. Piąta partia –  na starcie saksofon i gitara w łagodnym spacerze po gęstym skraju urwiska. Flet wchodzi po ponad dwóch minutach, talerze wraz z nim. Znów wzrost dynamiki, znów zwinne hamowanie - gitara rysuje pętle, flet śpiewa w nieodkrytej jeszcze do końca estetyce post-chamber. Saksofon altowy wypuszcza drony suchego powietrza, po czym prycha zalotnie. Do pary ma flet, który prosi o łyk wody. Komentarz perkusji … nad wyraz perkusyjny, a kanty gitary pełne zadziorów. Oto kwartet, który nabiera mocy i bystrze galopuje ku chwale świetnej partii altu. Hamowanie spoczywa, nie pierwszy już raz, na barkach fletu. Pod koniec najdłuższej opowieści na płycie, każdy z instrumentów próbuje dronowej estetyki. Wszyscy kończą jednak ze śpiewem na ustach! Magiczne sztuczki perkusjonalne znajdują ostatni dźwięk.

Departure. Finał tej wyśmienitej płyty nie trwa nawet dwie minuty. Mamy wrażenie, że to fragment większej całości, poddanej presji nożyc edytorskich. Kolektywny popis w oczywistej w tym wypadku estetyce SME – quite dynamic, quite calm! Flet tańczy z saksofonem, a gitara czyni obowiązki gaszącej światło.                                                                                                                                                                                                                            

czwartek, 28 listopada 2019

Ramon Prats & Albert Cirera as Duot! Fe!!!


Najdłużej funkcjonujący improvised working band w Barcelonie, czyli duet … DUOT, ma się świetnie i po kilku latach edytorskiej posuchy, powraca z nowym materiałem studyjnym! Dla zapominalskich, a także tych lubujących się w werbalnych repetycjach – przypomnienie recenzji ich poprzednich płyt znajdziecie na końcu tekstu. 

Albert Cirera (saksofon tenorowy i sopranowy) oraz Ramon Prats (perkusja), niespełna dwa miesiące temu zachwycili nas koncertem na trzeciej edycji Spontaneos Music Festival w Poznaniu. Teraz postaramy się osiągnąć zbliżony poziom emocji, słuchając ich najnowszej płyty, która swą winylową premierę będzie miała na początku grudniu. Album nazwany Fe (Repetidor) zawiera 6 swobodnie improwizowanych utworów, a trwa 42 minuty i 49 sekund. To rejestracja studyjna z 2018 roku.




Od pierwszego dźwięku Cirera i Prats zapraszają nas do krainy dalece wytrawnego free improv. Jako DUOT zaczynali w pieleszach jazzu, z którego systematycznie, z płyty na płytę, wyswobadzali się, a ich muzyka nabierała cech bardziej swobodnej zabawy w dźwięk. Dziś śmiało możemy skonstatować, iż bardzo daleko odeszli od schematów, które proponowali nam 10-12 lat temu. A zatem z niecierpliwością zaglądamy do środka, by przekonać się, jak istotnie wartościowy proces artystycznej metamorfozy dotknął ich na przestrzeni lat. 

Posuwisty dron suchego powietrza wprost z tuby saksofonu tenorowego i rezonujące talerze zestawu perkusyjnego, wspierane szumem szczoteczek, to zmysłowa aura otwarcia Fe. Muzycy po paru chwilach nabierają mocy, niczym cudowna maszyna do generowania szczęścia. Pełni temperamentu, po mistrzowsku skomunikowani, podejmujący w każdej sekundzie improwizacji 100%-owe ryzyko, albowiem znają się na tyle dobrze, iż są w stanie skutecznie zareagować na każdą woltę dramaturgiczną partnera. Druga improwizacja, jakby na przekór tezom postawionym przez recenzenta w poprzednim akapicie, pachnie dobrym free jazzem. Dynamiczna narracja na pełnym gazie, realizowana bez zbędnych dźwięków. Skuteczny, ponadwymiarowej jakości potok fonicznych koincydencji. Furia, emocje, tylko dobre reakcje! A na sam finał niemal 12-minutowej opowieści, ekstatyczny taniec tenoru na tle błyskotliwej ekspozycji perkusji. Trzecia historia otwiera przed nami rozbudowany ciąg dźwiękowych preparacji Cirery. Tuba szumi, szeleści, poci się i ślini, drży i nierytmicznie chrobocze. Perkusja rezonuje werblem i wszystkimi tomami. Saksofonista zdaje się przekraczać po raz kolejny artystyczny rubikon, a perkusista w niczym mu nie ustępuję, jeśli chodzi o poziom kreacji. Czwarta improwizacja kontynuuje dzieło – w tubie umieszczony został tajemniczy przedmiot, która dekonstruuje każdy dźwięk, zamyka przestrzeń i stwarza nowe okoliczności foniczne. Ów każdy dźwięk zdaje się mieć masywne ciało, które oddycha, parska, skowycze i prosi o łyk zimnej wody. Po chwili muzycy bez trudu nabierają dynamiki i z uśmiechem na ustach zdają się pędzić po artystyczne złote runo! Oto prawdziwa furia preparowanego free jazzu! No i jaki piękny stopping

Piąta opowieść, to preparowanej ekspozycji Cirery ciąg dalszy. Prats liczy krawędzie i wprowadza w stan drżenia armię drobnych elementów składowych swojego zestawu perkusyjnego. Ta improwizacja jest wyjątkowa filigranowa, budowana skrupulatnie, niemal z pojedynczych dźwięków. Cirera po raz pierwszy sięga po saksofon sopranowy. Puszcza w eter gęste podmuchy powietrza, po czym realizuje spektakularny taniec po wyżynach stroju swojego instrumentu. Sposób, w jaki muzycy z poziomu ekstatycznej ekspozycji schodzą tuż pod granicę ciszy zupełnej znów budzić winien nasz nieskrywany entuzjazm. Czas na finałową część płyty. Wita nas wyjątkowy deep drumming Pratsa. Tuba saksofonu wypuszcza masywne drony, narracja pulsuje, pełna jest mroku i zmysłowej tajemniczości. Z uwagi na swą lekkość, pewną dramaturgiczną zwiewność, w głowach odbiorców rodzić się może skojarzenie z … cool jazzem. Cisza, skupienie, echo zadumy, małe frazy, grane dla przeciwwagi dość czystym tembrem, wiodą nas na spotkanie z ostatnim dźwiękiem płyty, która już dziś stawia DUOT w gronie asów swobodnej improwizacji XXI wieku. Brawo!

*)

poniedziałek, 25 listopada 2019

Colin Webster with Stian Larsen & Andrew Lisle! And also with John Macedo!


Brytyjski saksofonista Colin Webster, jeden z najważniejszych muzyków improwizujących młodego pokolenia w Europie, bardzo lubi grać w naszym pięknym kraju! Muzyk zawita bowiem do nas już po raz trzeci tego roku!

Dokładnie dziś zagra w Krakowie, jutro w Lublinie, a we środę w Warszawie. Kolejne punkty jego marszruty, to Berlin i Dortmund. Podobnie jak to miało miejsce w lutym bieżącego roku, w tej zacnej podróży towarzyszy mu amerykański perkusista Mark Holub.

W ramach gorącego zaproszenia w polskie koncerty Webstera, recenzja jego dwóch najnowszych wydawnictw! Jak zwykle – ze stuprocentową rekomendacją całej redakcji!




Stian Larsen/ Andrew Lisle/ Colin Webster  Zeal And Perseverance (Va Fongool Records, CD 2019)

Londyńskie Soup Studios, luty bieżącego roku, a w nim od lewej do prawej: Stian Larsen na gitarze elektrycznej, Andrew Lisle na perkusji oraz Colin Webster na saksofonie altowym. Muzycy swobodnie improwizują przez 42 i pół minuty, a ich muzyczna podróż podzielona jest na sześć odcinków z tytułami.

Bijące serce zestawu perkusyjnego Lisle’a, umieszczonego w samym środku przestrzeni fonicznej studia, to dramaturgiczna oś wydarzeń tego spektaklu. Posadowione na flankach, gitara i saksofon, zdają się czynić wspólny rytuał rytmicznego budowania narracji wyłącznie agresywnymi frazami – równie dynamicznymi, jak i narowistymi. Połamany rytm tańca bez końca, który dąży do eksplozji. Heavy jazz-rock in a very free style! Druga piosenka – dla przeciwwagi – startuje w cichej aurze. Mała gitara, wytłumiony saksofon, deep toms. Powolny marsz upiorów z najgorszych snów, tych rodzących się tuż przed świtem. Trzecia partycja znów zionie ogniem już od pierwszej nanosekundy nagrania. Kolektywny hard core jazz, kanciasty, agresywny, świetnie skomunikowany wewnętrznie, w którym nie brakuje przestrzeni na incydentalne tłumienie emocji. Czwarta odsłona, znów kontrast – pykanie dysz, flażolety, struna po strunie, talerze, drżenie werbla. Filigranowa precyzja, orle skupienie, bez pustych przebiegów. Like SME’ idiom! Mimo, iż Lisle dokłada do ognia, płomień narracji pięknie przygasa.

Dwa ostatnie epizody, to niemal pół płyty! Piąty szumi w tubie, rzeźbi esy floresy na gryfie, preparuje niemal każdy dźwięk. Narracja rodzi się w duecie gitary i saksofonu. W połowie 4 minuty do gry wchodzi perkusja i zaczyna rozstawiać pozostałe instrumenty po kątach. Koci drumming, dzięki któremu narracja nabiera rumieńców. Już po chwili alt kipi niczym parostatek, perkusja ginie w konwulsjach, a gitara topi się w plątaninie post-rockowych incydentów. Zdaje się, że naszym udziałem staje się najbardziej intensywny i emocjonalny fragment płyty. Ostatni gasi światło Lisle! Czas na trwający kwadrans finał płyty! Introdukcja znów należy do obowiązków gitary i altu. Po trzech kwadransach … sekund do gry wchodzą werbel i talerz, które rezonują z połową przedmiotów miasta stołecznego Londyn. Dark & clear! Narracja buduje się step by step, przy wiodącej roli dobrze już rozgrzanego zestawu perkusyjnego. Lisle wciąż dodaje nowe akcenty do swojej opowieści, być może to on zasługuje tu na miano przodownika kreatywności. W 7 minucie ognisty flow jest już udziałem wszystkich, by po kilkudziesięciu sekundach zmysłowo … przygasnąć – stopa dudni na bębnie basowym, dźwięki na flankach zmysłowo gubią moc, a nowa narracja jakby budowała się już samoczynnie. Po 10 minucie muzycy znów są w kipieli, a szczególnie aktywna zdaje się być gitara – same ostre ślizgi po gryfie, swąd dobrej psychodelii. W połowie 13 minuty Webster milknie, a Larsen i Lisle wpadają w otchłań drone & ambient! Gdy saksofon wraca, też klei się do zadanej stylistyki, a gitara jakby plotła jednocześnie dwie opowieści. Piękny finał doskonałej płyty! A ostatnie dźwięki należą, co oczywiste, do perkusisty!




John Macedo/ Colin Webster  Live at New River Studios (Soundholes Live #009, Kaseta 2019)

Pozostajemy w Londynie, cofamy się w czasie do listopada 2018 roku. Nagranie koncertowe poczynione w … New River Studios, za powstanie którego odpowiadają: John Macedo na syntezatorze modularnym oraz Colin Webster na saksofonie altowym. Nie zagrają zbyt długo, bo ledwie 22 minuty, ale bezwzględnie warto zawiesić ucho na efektach ich działań.

Siarczysty zapach saksofonu i mała, zwinna elektronika syntezatora modularnego, to konglomerat zdarzeń, który zwiastować może dużo dobrego! Od startu muzycy dużo ze sobą rozmawiają, zgłaszają zdania odrębne, mają też garść wspólnych poglądów na temat rzeczywistości zastanej. Dysze saksofonu skaczące po rozgrzanym pulpicie syntezatora, raz na zasadzie dysonansu, innym razem niczym papużki nierozłączki. Instrumenty wzajemnie imitują swoje brzmienie i na ogół czynią to doprawdy tak pięknie, że trudno jest precyzyjnie wskazać źródło dźwięku! Zwłaszcza, gdy muzycy budują narrację w pobliżu ciszy, z małych fraz, jakby chwilami wyrwanych z kontekstu. Prawdziwa uroda subtelności, choć na scenie groźny saksofon i czerstwa elektronika, oba nie stroniące od preparowania dźwięków.

Po 7 minucie Webster i Macedo pozwalają sobie na nieco głośniejsze zachowanie – wdechy i wydechy tuby, elektroakustyczne psoty syntezatora. W 12 minucie symbioza żywego i syntetycznego zaczyna przebierać miłosne szaty. Dźwięk za dźwięk, truely masterclass! Po chwili imitacje obu instrumentów nabierają nawet barw post-industrialnych – drony saksofonu, harsh melodyka syntezatora. Duża zmienność akcji, raz cisza, raz garść hałasu. Muzycy zdają się coraz wyraźniej zanurzać w ciszy, by na ostatnie sto sekund jednak uderzyć w fanfary! Mocny tembr altu, dotkliwa siła modularnej elektroniki! Zakończenie koncertu wydaje się być jego najgłośniejszym fragmentem.



czwartek, 21 listopada 2019

Evan Parker, Barry Guy & Paul Lytton! Concert in Vilnius!


Archetyp swobodnej improwizacji w konstelacji saksofon – kontrabas – perkusja powraca i, jak zawsze od 35 lat z okładem, kąsa doskonałą muzyką. Udowadnianie powyższej tezy wydaje się kompletną stratą czasu, nawet dla tych, którzy wspólne nagrania Evana Parkera, Barry Guya i Paula Lyttona znają w stopniu ledwie dostatecznym.

Zatem bez zbędnych ceregieli przystępujemy do omówienia ich kolejnego koncertowego nagrania. Połowa października roku 2017, Wileński Festiwal Jazzowy, Rosyjski Teatr Dramatyczny. Parker gra na saksofonie tenorowym (opis płyty sugeruje, iż także na sopranowym, ale po prawdzie, recenzent nie przypomina sobie choćby jednej takiej chwili w trakcie niemal godzinnego występu), Guy na kontrabasie, a Lytton na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Koncert składa się z trzech rozbudowanych fragmentów i krótkiego encore. Przy czym nagranie na nośniku fizycznym (w tym wypadku LP) zawiera jedynie trzy pierwsze części (druga, najdłuższa podzielona między strony winyla). Jeśli zatem chcemy posłuchać także bisu, musimy sięgnąć po nagranie w wersji zamieszczonej na bandcampie wydawcy, który jest litewski NoBusiness Records.




Początek koncertu czyniony jest bardzo statecznym krokiem trzech nobliwych Panów, wszak każdy z nich już po 70. urodzinach. Saksofon tenorowy snuje dłuższe frazy, struny kontrabasu lśnią czystością brzmienia, obok koci, od startu aktywny drumming. Prawdziwa rozkosz dźwięków, które znamy od tylu już lat, i które – wciąż nie do końca wiemy dlaczego  - nie potrafią nam się znudzić. Pierwszym, godnym odnotowania wydarzeniem fonicznym jest pięknie brzmiąca, melodyjna imitacja Parkera i Guya. Już w 4 minucie trio osiąga stan półgalopu, by po kolejnych trzech minutach bystrze wyhamować. Parker na chwilę milknie (będzie to robił na koncercie bardzo konsekwentnie, dzięki czeku aż do samego finału nie będzie mu brakować pary w płucach na eksplozywne wybuchy dźwiękowych emocji), a narrację prowadzą kontrabas i perkusja, w sumie na dość dużej dynamice mimo spowolnienia, które miało miejsce parę chwil temu. I tu także napotykamy na garść dobrej imitacji, co dla tych muzyków jest zresztą bułką z masłem, grają bowiem ze sobą od czasów, kiedy Wasz recenzent chodził jeszcze do szkoły średniej. De facto wyraźne spowolnienie mam miejsce dopiero przed upływem 10 minuty, gdy powraca saksofon, w ruch idą perkusyjne szczoteczki, a w rękach kontrabasisty pojawia się smyczek. Kolejnym krokiem jest zejście w prawdziwą ciszę i zwieńczenie pierwszej improwizacji szmerem strun i szelestem perkusjonalii.

Druga, ponad 22-minutowa porcja dźwiękowych cudów rodzi się na samym dnie tuby saksofonu, tuż nad podłogą, w miejscu, w którym posadowiona jest nóżka kontrabasu. Rozbudowane intro Parkera, czynione oddechem cyrkulacyjnym, stawia nasze endorfiny na baczność! Przed upływem 3 minuty ze snu wybudza się smyczek, który pieści struny, podczas gdy obok dzwonią puste dysze – dark impro duo as well! W 5 minucie swe życie rozpoczynają drummerskie talerze, czemu towarzyszy samotny kontrabas. Piękne, barokowe cuda Guya przy jakże skromnym akompaniamencie Lyttona. Powrót saksofonu, który zmysłowo prycha, kieruje muzyków ku dynamicznej, trzyosobowej już narracji. Opowieść płynie wartkim strumieniem i skrzy się urodą, godną ósmego cudu świata – intensywnie, masywnie i dynamicznie, jakby wszyscy śpiewali tu jedną pieśń ku wiecznej chwale swobodnej improwizacji. Muzycy zupełnie przy okazji, po raz kolejnego tego wieczoru, dowodzą, iż są w doskonałej formie fizycznej (a zatem, nie tylko artystycznej!). Dwunastą minutę wyznacza stopping – solowa ekspozycja Lyttona, która brzmi niczym mała orkiestra bystrych doboszy, tuż po skromnej dawce LSD. Po kolejnych dwóch minutach zaczyna się panowanie królestwa kontrabasu. Instrument łapie pogłos w żagle, muzyk rwie struny, jedna po drugiej. Komentarz perkusjonalii – what a game! 16 minuta, powrót saksofonu i trio zaczyna grać … marsza, by po chwili przejść w stan wzmożonej aktywności. Finał jest intensywny, ale inny niż w pierwszej fazie koncertu – dużo tu powietrza pomiędzy frazami, całość jakby wypełniona masywnym, kosmicznym oddechem. No i cudowne gaszenie płomienia…

Wprowadzenie do trzeciej improwizacji przypada w udziale kontrabasiście. Zadziorny smyk, pulsujące echo, grzmoty i ćwierć melodie pomiędzy strunami – symfonia akustycznej rozkoszy, truely masterpiece! Jeśli jeszcze nie wiedzie, dlaczego Barry Guy jest muzycznym geniuszem, a macie jedynie trzy i pół minuty, by się o tym przekonać, to właśnie jest ten moment! Po tym czasie podłącza się Lytton i muzycy budują kolejną fantastyczną ekspozycje w duecie. Dość szybko wchodzą w bardziej dynamiczną fazę, wciąż wszakże pozostając duetem. Nabierają ognia, a potem hamują i czynią kolejne akustyczne cuda. Saksofon wchodzi po gry dopiero po upływie ósmej minuty. Narracja nabiera zwiewności i emocji – smyczek, wypoczęty tenor i kind of circulate drumming. Jeszcze przed upływem 12 minuty, Parker czyni solową ekspozycję, a w tle słyszymy głuchy pomruk smyczka. Kontrabas zdaje się rysować ramy rytmu, tenor mantruje na jednym oddechu, a perkusja dynamizuje całość, okładając pałeczkami tom po tomie. Extraordinary powerfull trio! Kolektywne hamowanie z saksofonem w roli głównej kończy kolejny ważny odcinek historii gatunku, zwanego po bailey’owsku freely improvised music.

Niespełna czterominutowy bis (już poza granicą czarnego krążka), budowany małymi frazami smyka, podmuchami tenoru (no i gdzie ten sopran?) i drżeniem werbla, to jakby dramaturgiczne resume całego koncertu. A po burzy oklasków, która wieńczy ów niebywały spektakl, śmiało możemy wstać już z kolan.


poniedziałek, 18 listopada 2019

Bradford, Gjerstad, Carter and Stevens! Blue Cat! The next Detail’ archive has found!


Z historii grupy Detail: Czerwiec 1991, do Londynu przybywa Bobby Bradford i spędza z Detail kilkanaście dni. Obok kilku koncertów w Londynie – Beck Theatre, Albany, Community Music House i Drayton Court Hotel – grupa rejestruje materiał studyjny na płytę. Powstaje dziewięć fragmentów muzycznych (łącznie ponad 2 godziny muzyki!), które nazwano roboczo In Order Of Appearance (pięć utworów w trio, bez Gjerstada, trzy w kwartecie i jeden w duecie sax-kornet). John był dogadany z jakimś wydawcą (nie znamy szczegółów), niestety do dziś nagranie to nie zostało upublicznione. *)

Wspomniane wyżej nagranie studyjne wciąż pozostaje niedostępne dla świata realnego, ale …. od kilku dni jest z nami rzeczony koncert z londyńskiego Albany! A zatem, jesteśmy w stolicy Zjednoczonego Królestwa, jest początek czerwca 1991 roku, a na scenie: Bobby Bradford na kornecie, Frode Gjerstad na saksofonie altowym, Kent Carter na basie akustycznym (zgodnie z opisem płyty) i John Stevens na perkusji **). Czarny krążek zwie się Blue Cat, dostarcza go NoBusiness Records, a trwa prawie 46 minut (trzy fragmenty bez tytułów własnych).




Koncert zaczyna się bardzo spokojnie, słychać odgłosy baru, skromne pomruki kornetu i saksofonu, stłumiony bas i ciszę ze strony perkusji (być może Stevens używa w introdukcji kornetu; wnikliwy słuchacz ma szansę usłyszeć trzy dęciaki). A zatem charakterystyczna dla Detail nieśpieszność, mozolne i konsekwentne budowanie narracji, która … bywała zbyt jazzowa dla fanów muzyki improwizowanej i zbyt wyzwolona dla fanów jazzu (patrz: komentarz Frode’ego w linku na koniec tekstu). Muzycy badają teren, może i także pierwsze reakcje publiczności, póki co, skupionej na zamawianiu drinków. Stevens włącza maszynę perkusyjną po 140 sekundach, dzięki czemu opowieść nabiera jazzowego feelingu i zmyślnie dynamizuje się. Kornet i alt zwinnie tańczą ze sobą, sekcja rytmu generuje świetną bazę. Pierwszą wyrazistą ekspozycję solową proponuje Gjerstad. Dużo w niej melodii, podobnie, jak pomiędzy strunami basu, który podłącza się po niedługiej chwili. W 5 minucie narracja nabiera już właściwej dynamiki, a sekcja bystrze swinguje! W dalszej kolejności solo proponuje kornet, które także zostaje komentowane przez bas. Zaraz potem ten ostatni realizuje swój już absolutnie solowy pasus, jedynie delikatnie barwiony przez alt. Powrót do kwartetowego frazowania zdaje się być wyjątkowo udany, choć narracja płynie o tempo wolniej i pachnie dobrym bluesem. Czas na ekspozycję altu, wyjątkowo piękną, a tuż po niej kornetu, który wcale nie chce być gorszy. W tak zwanych międzyczasach, mnóstwo ciekawych zwarć i komentarzy. Gdy jeden z dęciaków proponuje solową ekspozycję, muzyka płynie niemal straight ahead jazzem, jeśli dochodzi do wspólnego frazowania kornetu i altu, całość zionie free jazzowym ogniem. W 20 minucie, jakby na podsumowanie pierwszej części koncertu (strony winyla), zmysłowe solo Stevensa – bardzo dynamiczne, na poły rockowe. Całość skomentowana jest podwójnym atakiem dętych i smykiem basu – piękne, aylerowskie, czynione niemal w estetyce free improv, zwieńczenie Part I.

Druga strona winyla podzielona jest na dwie części. W ramach introdukcji, spokojny blues, pełen jazzowej zadumy. Kornet rzewnie śpiewa, ale gdy podłącza się alt, flow nabiera ognia i płynie nad wyraz szerokim strumieniem. Jazzowy drive Johna dynamizuje opowieść w 6 minucie, ale muzycy nadal nigdzie się nie śpieszą, a molowy nastrój tej pieśni zdaje się udzielać wszystkim, po obu stronach sceny. W tle ktoś gardłowo zawodzi smutną melodią. Oba wszakże dęciaki, co rusz sygnalizują ochotę do free jazzowego ciągu dalszego. Alt sieje ferment strukturą narracji i barwą brzmienia, kornet raczej tłumi emocje, a sekcja znów sięga po swingujący scenariusz.

Czas na finałowy fragment koncertu - bas, melodia grana przez kornet i alt, jakby muzycy w głowach mieli zapisany jakiś temat do ogrania. Perkusja wchodzi do gry po parudziesięciu sekundach. Dęciaki repetują melodię, aż do momentu, gdy rozlewa się ona w swobodny strumień improwizacji. Poszukiwanie zagubionego na moment jazzowego frazowania odbywa za pomocą niemal bopowej ekspozycji Gjerstada w duecie z basem, który poza rysowaniem pięknych pętli melodii, dostarcza także garść bystrych improwizacji. Powrót do formuły kwartetu dynamizuje nagranie. Po chwili wszakże muzycy decydują się już obrać kierunek ku zakończeniu koncertu. Kornet plecie samotne frazy na boku, po czym wszyscy wracają do bluesowego tematu, który zarysowali wiele minut wcześniej.


*) pełny tekst polski i angielski, wraz z komentarzem Gjerstada, znajdziecie dokładnie tutaj: https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/01/frode-gjerstad-and-more-details-about.html

**) Nagranie ukazuje się pod nazwiskami muzyków, nie zaś, jako Detail (Detail Plus), jak inne nagrania tria z Bradfordem, wydane w latach 80. Odpytany na tę okoliczność Gjerstad odrzekł, iż sam nie wie, dlaczego tak się stało.



piątek, 15 listopada 2019

Kassap & Duboc! Landscapes! Trigger! Advent! I love you SDSS…! William’s Thing! Wachtelaer! Vasquez & Sama! Remember this November, what a summary!


Music! Music! Music! Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków pracuje nieprzerwanie z pełną mocą.

Dziś kolejna porcja nowych nagrań i znów garść nowych nazwisk do zapamiętania. Listopadowa zbiorówka aż kipi od emocji, jest bezczelnie wielogatunkowa, a każdy jej fragment naznaczony wielką muzyczną wolą improwizowania. Zaczniemy od Francji i nowości Dark Tree Records, potem kameralny wątek brytyjski, trochę awangardy krajowego Bociana, w jak najbardziej międzynarodowym towarzystwie, nowości Multikulti Project, wyjątkowo psychodeliczny wątek w twórczości belgijskiego perkusisty Dirka Wachtelaera, a na finał swobodna improwizacja z Argentyny. What a game!




Sylvain Kassap/ Benjamin Duboc  Le Funambule (Dark Tree, CD 2019)

Styczeń bieżącego roku, miejsce zwane Le Comptoir, Fontenay-sous-Bois, Francja. Na scenie: Sylvain Kassap na klarnecie i klarnecie basowym oraz Benjamin Duboc na kontrabasie, używał będzie także głosu. Pięć swobodnych improwizacji, 48 minut i kilkanaście sekund.

Le Funambule, to niebanalna, bardzo kameralna opowieść na klarnet i kontrabas. Dwie dłuższe improwizacje i trzy drobne, zmysłowe perełki. Wszystkie one zdają się być podszyte dramaturgicznym niepokojem oczekiwania na nadejście niemożliwego. Wybitny kontrabasista Duboc, która długo kazał sobie czekać na nowe nagrania, tu każdym dźwiękiem potwierdza klasę i wysoki poziom kreatywności. Gra głównie smyczkiem, szuka najniższych częstotliwości, buduje dramaturgię nagrania od pierwszej do ostatniej minuty. Towarzyszący mu klarnecista Kassap niestrudzenie stara się dotrzymywać mu kroku, nie rzadko z sukcesem, zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy.

Pierwszą (długą) improwizację zdobi melorecytacja Duboca, która przysparza nagraniu dodatkowej porcji tajemniczości. Narracja toczy się w niemalże ślimaczym tempie, pełna jest kameralnej zadumy, minimalistycznej kontemplacji. Kolejna długa improwizacja (trzecia) bazuje na ciemnym brzmieniu klarnetu basowego. Muzycy nieustannie szukają kontaktu z ciszą, nie brakuje brzmieniowych niuansów, flażoletów, klarnetowych półdronów, tanecznych przebieżek smyczka. Duża zmienność akcji, użytych technik i poziomu emocji. Gdy Duboc proponuje bardziej oczywiste frazowanie pizzicato, czar delikatnie pryska, jakkolwiek takie momenty na płycie, to jedynie incydenty.  W krótszych improwizacjach warto wsłuchać się w minimalistyczną repetycję kontrabasu i preparacje klarnetu, czynione na dużej wysokości (drugi fragment), akcenty sonorystyczne plecione na tle wyjątkowo masywnego kontrabasu (czwarty fragment), wreszcie – w być może najciekawszym, piątym fragmencie płyty - moment stosunkowo intensywnej improwizacji, gdy klarnet basowy smakuje wschodnimi skalami, kontrabas tańczy z całkiem południowym temperamentem, a całość grzmi i łomoce, jakby muzycy tracili zmysły w opętańczym powtarzaniu fraz.




Dunmall/ Gibbs/ Taylor/ John Long  Landscapes  (FMR Records, CD 2019)

Brytyjska, piorunującą mieszanka doświadczenia i młodości, w kameralnym kwartecie bez instrumentu perkusyjnego - Paul Dunmall na saksofonie sopranowym i flecie, Philip Gibbs na gitarze, Benedict Taylor na altówce i Ashley John Long na kontrabasie. Opowieść w sześciu częściach, 56 minut i 8 sekund (Bristol, Victoria Rooms, wrzesień 2018r.).

Swobodna improwizacja w wydaniu brytyjskim, to na ogół klasa sama w sobie. Nie inaczej jest na płycie Landscapes. Z jednej strony weteran free jazzu, z drugiej trójka młodszych, głodnych wrażeń i jakże bystrych partnerów. Na płycie prezentują trzy dłuższe improwizacje w kwartecie i trzy krótsze w tak zwanych podgrupach (duet i dwa tria). Dunmall zostawia kolegom dużo przestrzeni. Gdy sięga po sopran czasami wypełnia jedynie tło. Tak, jak w pierwszej części – śpiewa na wezgłowiu, podczas gdy gitara kreśli zmyślne pętle, kontrabas drży pizzicato lub płynie umiarkowanie wysokim smyczkiem, a altówka rysuje bruzdy w ziemi i na ogół cudownie preparuje (Taylor trzyma klasę mistrzowską od pierwszego ostatniego dźwięku!). W drugiej dłuższej improwizacji (piąty trak), napięcie budowane jest stopniowo. Najpierw kameralny niepokój sieją kontrabas i altówka. Gitara włącza się po niespełna dwóch minutach i niesie na gryfie sporą garść psychodelii. Sopran, ze śpiewem na ustach, pojawia się po kolejnych dwóch minutach. Muzycy budują zmysłową opowieść często reagując w parach: gitara z saksofonem, kontrabas z altówką. Po znaczącym spowolnieniu, w środku prawie 17 minutowego utworu, ster narracji przejmuje Dunmall i pozostaje szefem ekspozycji do samego jej końca. W ostatnim utworze dużo dobrego robi też mając flet pomiędzy zębami, szczególnie gdy przez kilka chwil płynie tylko w towarzystwie Taylora.

W tak zwanych mniejszych składach muzycy również ślą do nas wyłącznie smakowite pozdrowienia dźwiękowe. Druga część, to duet saksofonu i kontrabasu, który siłą rzeczy najbliższy staje się estetyce free jazzowej. Wyśmienita jest część trzecia, gdy sceną rządzą trzy strunowce – świetne reakcje, na ogół metodą call & responce! Czwarta część to trio fletu, gitary i altówki – stylowa, umiarkowanie emocjonalna zabawa w wyłącznie udane preparacje, innymi słowy kameralistyczny szczyt jakże udanej Landscapes.




Trigger plus Jérôme Noetinger  Camera Obscura (Bocian, CD 2019)

Nils Ostendorf na trąbce, Matthias Müller ma puzonie i Chris Heenan na klarnecie kontrabasowym, czyli trio Trigger oraz Jérôme Noetinger - wg opisu na okładce płyty revox tape recorder, czyli po naszemu, coś na kształt … live proccesing, reel to reel time sound deconstructions. Nagranie koncertowe z grudnia 2014 roku (NK, Berlin), cztery akustyczne improwizacje dewastowane soczystą syntetyką – łącznie 44 minuty i 9 sekund.

Prychające, skrzeczące, drżące i syczące tuby trzech instrumentów dętych, których brzmienie filtrowane jest na kablach i tamże zwinnie dekonstruowane - reeds’ slow dancing in electroacoustic environment, notuje recenzent językiem Szekspira. Jakby nowy wymiar akustyki puzonu, trąbki i muskularnego klarnetu kontrabasowego. Dronowe ekspozycje z akustycznymi zdobieniami, modulowane sercem skwierczącej syntetyki. Gdy potokiem fonicznych wydarzeń rządzi największy z klarnetów, jakość narracji rośnie wymiernie. Gdy władzę przejmuje syntetyka, a chwilami potrafi czynić to bardzo niewybrednie, czar opowieści delikatnie pryska (choćby druga część pierwszej opowieści, a także fragmenty drugiej). Free chamber podłączone pod prąd wysokiego napięcia zdecydowanie lepiej radzi sobie w momentach dramaturgicznej równowagi akustyczno-elektronicznej, jak choćby w początkowej fazie utworu drugiego i w całym piątym. Bywa także, iż syntetyka dominuje, ale nie jest nadmiernie inwazyjna i udanie kooperuje z akustyką, jak ma to miejsce w utworze czwartym.

Zdecydowanie najciekawiej na całej płycie walka dobra ze złem wypada w trzeciej, najdłuższej improwizacji, która trwa niemal 19 minut. Na wejściu odnotowujemy sporo dźwięków akustycznych. Po podłączeniu pasm grzmiącej syntetyki, flow opowieści lepi się w jeden potok zmysłowej elektroakustyki. Crème de la crème tej części ma miejsce w momencie, gdy przestrzeń, jaką stwarza live proccesing nabiera wręcz dubowej głębi. Równie smakowite są ostatnie dźwięki tej improwizacji, które snują się zwinną post- akustyką, po czym łapią kilka dronowych pocisków, by po chwili zgasić płomień narracji w pełni akustycznymi dźwiękami.




Phil Minton/ David Maranha/ Gerard Lebik  Advent (Bocian, LP 2019)

Pozostajemy w szponach Bocianiej post-awangardy. Znów nagranie, które czekało na edycję całe pięć lat, ale definitywnie było warto! Phil Minton – głos, David Maranha – organy i Gerard Lebik – generators. Koncert w obiekcie sakralnym w Warszawie trwa 34 minuty i 44 sekundy.

Pulsująca ciszą, duża, oddychająca przestrzeń Kościoła, charkot ust i gardła – tak oto rozpoczyna się intrygująca, płynna, na poły ambientowa, post-elektroniczna podróż w nieznane z głosem ludzkim, jedynym w swoim rodzaju, rzec można – post-głosem! Dobra dramaturgia całości, mimo pewnej teatralności spektaklu i ilustracyjności niektórych partii instrumentalnych, z zaszytą w głębinach narracji swoistą epickością. Wraz z upływem czasu pierwszej strony winyla, pozorna kraina łagodności ustępuje elektro-akustycznym zadziorom. Minton, mistrz wokalny wszystkich epok w historii improwizacji, z każdą sekundą koncertu wnosi do narracji coraz więcej nowych, niespodziewanych fonii. Po chwili wyciszenia, w drugiej części pierwszego seta, przebiegle napędza spiralę improwizacji, a całość zaczyna brzmieć niczym Dead Can Dance na sterydach. Muzycy sięgają granicy hałasu, a przestrzeń wokół pachnie harshem i wonią upalonego kadzidła. Gaszenie płomienia soczystym ambientem, który wybrzmiewa niczym deszcz padający na aluminiowy parapet.

Druga opowieść nieco tłumi emocje na wejściu, by po odpowiedniej dawce rozgrzewki wyeksplodować pięknem głosowych szaleństw Mintona – muzyk krzyczy, śpiewa operowym głosem, nawet falsetem, śmieje się, wydmuchuje nos, używa scatu, beatboxingu, gwiździe i rechocze. W tle organy plotą zwinną opowieść inside/ outside. Tło instrumentalno-elektroniczne koncertu, które czasami zdaje się być odrobinę monotonne, na ostatniej prostej nabiera wiatru w żagle i niesie Mintona na sam szczyt najwyższej góry.




Strycharski/ Kacperczyk/ Szpura  I love you SDSS J124043​.​01​+​671034​.​68 (Multikulti Project, CD 2019)

Czas na rozwinięcie w pełni krajowego wątku naszej dzisiejszej zbiorówki i zaprezentowanie płyty, która z pewnością dzierży palmę pierwszeństwa w kategorii Najdłuższy Tytuł Nowoczesnej Europy. Dominik Strycharski – flety proste (Soprano C, Soprano B, Alto E, Tenor C, Bass F), Łukasz Kacperczyk – syntezatory modularne oraz Paweł Szpura – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z grudnia 2017 roku (Ladom), pięć dalece swobodnych improwizacji, 36 minut i 20 sekund.

Szelest i szum drummerskich szczoteczek, flet wydający puste dźwięki i pomruk rozgrzewającej się maszynerii syntezatorowej – w ten oto sposób budzi się do życia mała, zgrabna improwizacja, kreowana w skupieniu, z pewnym artystycznym wyrachowaniem, napędzana bez brawury, ze świetną komunikacją wewnętrzną. Pełne równouprawnienie dźwięków żywych i syntetycznych, to kolejna konstytuanta tego nagrania, podobnie jak zasada kolektywnego tworzenia wszelkich opowieści na nim zawartych, gdyż obraz całości jest dla każdego z muzyków ważniejszy niż indywidualna, choćby najbardziej swobodna ekspozycja.

Każdy z utworów ma tu swoją dramaturgię, na ogół budowany jest nieśpiesznie, często bazuje na zwinnych repetycjach, w czym prym wiedzie Kacperczyk, który w kilku momentach płyty stwarza aurę czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-techno. Czyni to często zwłaszcza w dwóch końcowych improwizacjach, które zresztą nie tylko dzięki temu zabiegowi, śmiało uznać możemy za najlepsze na płycie. Czwarty fragment na wejściu jest bardzo oniryczny, flet śpiewa czystym tembrem, jest ciekawie wyeksponowany, a post-syntetyka buduje zmysłowe tło. Pogłos tworzy nastrój permanentnie, dobrą robotę czyni perkusja. Pod koniec tej części flet brzmi bardzo bogato, niemal barokowo, frywolnie płynąc po nieboskłonie. Finałowa improwizacja rodzi się w leśnych gęstwinach, pleciona jest z intrygująco brzmiących pasm elektroakustyki. Bije żywy beat post-techno, a każdemu dźwiękowi towarzyszy pewien niepokój, aura tajemniczości. Syntetyka brzmi inaczej niż dotychczas, flet brudzi swoje brzmienie, perkusja stawia stemple niczym certyfikaty jakości - mamy wrażenie, że każdy z muzyków chciałby jeszcze w tym nagraniu podokazywać! Do ostatniego dźwięku trio prowadzone jest przez repetującą syntetykę.




William's Things (Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki)  A Soul Not All of Wood (Multikulti Project, CD 2019)

Zapraszamy na spektakl poezji śpiewanej! Po intrygującej przygodzie ze słowem William Blake’a, Michał Górczyński (klarnet kontrabasowy, kompozytor), Sean Palmer (śpiew) i Tomasz Wiracki (fortepian) biorą na warsztat lirykę Henry’ego Davida Thoreau’a. Nagranie powstałe w … lesie, w czerwcu ubiegłego roku, składa się z jedenastu piosenek, które trwają 38 minut i 41 sekund.

Płyta ukazała się w ramach serii Outer Limits, co dobrze oddaje jej wymiar stylistyczny. Warto jednak dodać, iż w przeciwieństwie do pierwszej płyty formacji, którą od tego czasu nazywamy Williams’ Things, nowe nagranie usytuowało się także w kategorii Outer Improvisations. Z punktu widzenia recenzenta Trybuny stanowi to pewną niedogodność, ale absolutnie nie odbiera uroku temu nagraniu i nie deprecjonuje świetnej muzycznej roboty każdego z jego twórców. Piosenki z dużą klasą – to dobry epitet!

Muzykom w trakcie nagrania towarzyszy nieprzerwanie dźwięk lasu i śpiewających ptaków. Cała płyta jest jednym trakiem i płynie przez nasze uszy wyjątkowo przyjemnym strumieniem dźwiękowym. Głos aktora, który potrafi zaśpiewać wszystko, klarnet kontrabasowy, który zawsze brzmi wyjątkowo dobitnie i fortepian, który w tej konfiguracji ma zadania głównie rytmiczne. Zwróćmy zatem uwagę na najciekawsze fragmenty A Soul Not All of Wood. Druga piosenka budowana jest wrzaskiem, krzykiem, wręcz szczekaniem, a w role interlokutorów wcielają się wokalista i klarnecista. Równie ekspresyjna jest także część ósma. Trzecią piosenkę buduje przeszywający nasze zwoje nerwowe dron klarnetu. Tenże sam instrument w piątej pięknie grzmi i łomocze, podając zwinnie nobliwą melodię. W siódmej narracja budowana jest przez rytmiczne klaskanie, a całość pachnie zmysłowym gospel. Równie emocjonalna jest część dziewiąta, bardzo taneczna, pełna wdechów i wydechów, nawet z elementami funk i wokalnego scatu. Dwie ostatnie piosenki, to niemalże kołysanki, zdobione czerstwym, ale i niepowtarzalnym brzmieniem klarnetu kontrabasowego.




Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Przenosimy się do Belgii na dwa spotkania ze stałym gościem naszych cyklicznych zbiorówek, perkusistą Dirkiem Wachtelaerem. Dodajmy – oba niezwykłe, skąpane w gitarowej psychodelii! Chwilami będzie bardzo kwaśno, czasami także bardzo energetycznie! Najpierw Podwójne Zagrożenie: Jonas van den Bossche i Alec Ilyine na gitarach elektrycznych oraz nasz bohater, oczywiście na perkusji. Nagranie studyjne z marca br., pięć swobodnych improwizacji, 42 i pół minuty.

Opowieść budują dwie gitary posadowione na przeciwległych flankach. Ta lewa lubi rockowe zagrywki, przestery, jest w ciągłym ruchu, sieje ferment, brudzi brzmienie, dekonstruuje niemal każdy napotkany dźwięk. Ta druga, usytuowana na prawej stronie, częściej sięga po dłuższe wypowiedzi, z ogromną przyjemnością zanurza się w ambiencie, który w jej wykonaniu przyjmuje najróżniejsze barwy, od głuchego dark po ulotne blue. Dwie gitary, jakby dwa odmienne spojrzenia na swobodną improwizację, kipiącą psychodelią i post-rockiem. Środkiem narracji pędzi (choć czasami także efektownie stopuje) wrażliwy i jednocześnie temperamentny perkusista. Zwinnie trzyma obu szalejących gitarzystów w pionie, dba o dramaturgię całości, ale nie stroni też od indywidualnych, bardzo swobodnych ekspozycji.

Trudno wskazać w tym doskonałym nagraniu lepsze momenty – każda minuta zasługuje tu na nasze uznanie.  Krew krąży w naszych żyłach być może najszybciej w trakcie drugiej, najdłuższej improwizacji. Budowana jest ona z mozołem, na starcie pełna małych, zwinnych, gitarowych spiętrzeń, świetnie komentowanych przez perkusję. Narracja rodzi się na brudnych, czerstwych plamach post-gitarowego zgiełku. Po pewnym czasie obie gitary tańczą i swawolą, perkusja zaś płynie masywnym, dominującym strumieniem. Po stadium full power, opowieść długo wybrzmiewa pięknymi, gitarowymi pętlami. Trzeci fragment kreowany jest na jeszcze silniejszym dysonansie – lewa gitara preparuje post-rockowo, prawa zanurza się w czystym deep blue ambiencie. Mały drumming dopełnia obrazu całości. Oddychająca post-cisza, która z czasem nabiera niebywałej mocy i przekształca się w coś, co zgrabnie można by określić jako full psychodelic disaster! Wreszcie finałowa improwizacja, budowana na rockowym drummingu, pełna gitarowych fuzzów i zrogowaceń na obu gryfach. Mantra rytualnych powtórzeń, która doprowadza opowieść pod ścianę dźwięku, tworzoną już przez wszystkich uczestników szalonego Double Threat. Na ostatniej prostej na scenie zostają już tylko samotne gitary. Ta lewa sprzęga się w konwulsjach, ta druga lewituje ciszą.




Farida Amadou/ Cécile Broché/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Face Dial (DW bandcamp, DL 2019)

Pozostaje z nami dwie-trzecie Double Threat (Ilyine, Wachtelaer), dochodzą: Farida Amadou na basie elektrycznym i Cécile Broché na skrzypcach oraz elektronice (nie zagra w pierwszym utworze). Luty br., to samo studio, znów pięć improwizacji, tym razem jednak prawie 80 minut muzyki.

Face Dial, choć nagrane miesiąc wcześniej niż Double Threat, możemy potraktować jako pewnego rodzaju rozwinięcie wątków podjętych na płycie, którą omówiliśmy piętro wyżej. Elektryczny bas i rozchełstane elektroniką skrzypce bardzo udanie zastępują lewego gitarzystę. Ten prawy, ambientowy, wciąż jest z nami, nadal czyni niemal same cuda. Równie dobrą robotę wykonuje perkusista. Jeśli mielibyśmy wskazać mankament Face Dial, to z pewnością jest nią … długość nagrania. Jak za chwilę wykażemy, omawiając płytę bardziej szczegółowo, całkiem śmiało mogłaby się ona zakończyć po trzeciej improwizacji, czyli mniej więcej po 52 minutach.

Face Dial otwiera aura intensywnej stagnacji – warkot basu, brudna pulsacja gitary, okrężny, aktywny drumming. Prawdziwie post-rockowa rzeźnia, narracja pełna psychodelicznych wdechów i wydechów bardzo swobodnej improwizacji. Bas rysuje pętle, bywa, że frazuje na jazzowo, gitara stawia płaszczyzny ambientu o niezliczonej ilości barw, dodaje narracji przestrzeni i odpowiedniego pogłosu. Od drugiego utworu do gry włączają się skrzypce, raz za razem ciekawie rozwijane przez nienachalną elektronikę. Opowieść toczy się gęstym, masywnym ściegiem. Kind of psycho acid fussion as well! Muzycy często osiągają stan ognistej erupcji, ale bez problemu łapią też oddech w rejonach bliższych ciszy. Wiele doskonałych momentów odnotowuje gitarzysta, drummer zaś trzyma wszystko w dramaturgicznych ryzach. Trzecia improwizacja startuje z poziomu intrygujących, małych preparacji. Ze strzępów dźwięków muzycy budują bardzo zwinną i gęstą opowieść. Umiejętność symbiotycznego łączenia się czterech instrumentów w potok swobodnej improwizacji, to niewątpliwie siła tej płyty. No i właśnie, od czwartej improwizacji, ta przywara kwartetu zaczyna słabej działać, jakby formuła dotychczasowej improwizacji delikatnie się wyczerpała. Nie brakuje indywidualnych, bardzo udanych fraz, ale całość nie lepi się już tak zgrabnie w spójną opowieść. Sam finał łapie wszakże ognistą poświatę i w 80 minucie nie czujemy się znużeni Face Dial. Co nie zmienia faktu, iż płyta jest odrobinę zbyt długa.




Pablo Vazquez/ Hernan Sama  El Nombre Del Ritual (Creative Sources, CD 2019)

Na finał dzisiejszych zbiorowych szaleństw zaglądamy do Buenos Aires. Kwiecień 2018 roku, Estudio Libres, a w nim Pablo Vazquez na kontrabasie i Hernan Sama na saksofonie. Trzynaście improwizacji, łącznie 47 i pół minuty.

Nazwa Rytuału, to absolutnie bezpretensjonalna, swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona w jazzie. Niektóre utwory są bardzo krótkie, inne, dłuższe mają nieco ponad 5 minut. Różne techniki gry, melodyjne frazy open jazzu, ale i sonorystyczne zabawy czynione w świetnej komunikacji wzajemnej. Gdy trzeba muzycy z Argentyny śmiało wchodzą w świat zawsze bardzo udanych preparacji. Oto kolejny dowód na to, iż świetna muzyka powstaje w każdej części świata i mówi nieskończoną ilością języków.

Choćby klimat otwarcia – proste akordy kontrabasu, ogrywane przez suchy tembr saksofonu. Wyrazista narracja, świetna akustyka studia, czyste, wyzwolone ze schematów brzmienie, dobry warsztat muzyczny. Gdy trzeba saksofon brudzi swój sound, a palce kontrabasisty zwinnie tańczą na gryfie (drugi odcinek). Już tylko krok, by utonąć we wzajemnej imitacji i płynąć jednym, zwartym strumieniem. W kolejnej części bystre preparacje obu instrumentów, wspierane są głosami muzyków, którzy burczą i melorecytują teksty w nieznanym języku. W piątym utworze pięknie trzeszczy tuba saksofonu, a w ósmym pojawia się wysoko zestrojony smyczek na gryfie kontrabasu, który zmysłowo śpiewa na tle saksofonowych dronów. Podobna sytuacja ma miejsce w utworze dziesiątym, dwunastym i trzynastym. Ale przed nimi, w utworze dziewiątym, dzieją się chyba rzeczy najpiękniejsze – najpierw garść preparacji, także z użyciem gardła, potem zabrudzony walking kontrabasu i saksofon, który szuka dna tuby, wreszcie gardłowe melorecytacje, jakby żywcem przeniesione z dalekiego wschodu, z jakiejś tybetańskiej wioski zasypanej śniegiem. Piękny moment! Płytę uzupełnia kilka bardziej jazzowych fragmentów, które są okazją do wykazania się przez obu instrumentalistów, iż w tej, bardziej melodyjnej dziedzinie życia, radzą sobie równie doskonale.