niedziela, 19 maja 2019

Wschód! Rodrigo Pinheiro, Zbigniew Kozera & Kuba Suchar!


Recenzja napisana na potrzeby portalu polish-jazz.blogspot.com i tamże pierwotnie opublikowana.


Szara okładka, czarna grafika, w prawym dolnym rogu samotny napis Wschód, centralnie umieszczone zaś trzy dłonie, ułożone w sposób, który sugeruje współpracę. Jedna z tegorocznych nowości wydawniczych portugalskiego Clean Feed Records. Nie pierwsza i zapewne nie ostatnia, improwizowana kooperacja portugalsko-polska. Płyta, która winna przykuć Was do odtwarzaczy zdecydowanie na dłużej. Zaglądamy do środka!




Głębokie dźwięki z samego dna fortepianu, sprytne, małe preparacje na wybranych elementach zestawu perkusyjnego, wreszcie delikatnie głaskanie strun kontrabasu – oto uroczy wstęp do historii, którą śmiało nazwać możemy niemal modelową dla gatunku zwanego swobodną improwizacją, tu istotnie osadzonego korzeniami w idiomie free jazzu.

Narracja toczy się w skupieniu, bogata jest w najprzeróżniejsze, filigranowe dźwięki. Z czasem narasta i piętrzy się, wciąż wszakże tonąc w zmysłowych preparacjach na każdym z instrumentów. Gdy muzycy postanawiają opuścić tę fazę improwizacji i przejść na bardziej typowe, jazzowe frazowanie, czynią to z gracją baletnicy. Piano płynie wprost z klawiatury, struny kontrabasu szarpane są zwinnym rytmem, zaś odpowiednią dynamikę nadaje całości skupiony drumming. W 6 minucie odnotowujemy pierwszą, free jazzową kipiel. Po szybkim wytłumieniu, muzycy z mozołem budować będą kolejną ekspozycję, znów posiłkując się jazzową stylistyką. Co okaże się charakterystyczne dla całego nagrania, proces dochodzenia do szczytu zajmować im będzie sporo czasu, sama zaś eksplozja emocji, zwinne spiętrzenie, ledwie kilkanaście sekund, nie więcej niż pół minuty. Każda opowieść skrzy się tu pomysłami, każdy z muzyków dokłada do efektu końcowego wiele elementów składowych.

Drugą opowieść rozpoczyna dynamiczne intro Kuby Suchara. Perkusja rodzi się w ogniu, a po podłączeniu się pozostałych instrumentów, nabiera stylu i zamaszyście brnie w otchłań kolektywnej improwizacji. Free jazz z akcentami zadumy - silne pizzicato kontrabasu, piano z nutą post-klasycyzmu, progresywny drumming. Udana ekspozycja pianisty na tle dramaturgicznie zawieszonego smyczka. Po 7 minucie całość opowieści zdaje się płynąć bardzo szerokim strumieniem, brzmieć niczym para-jazzowy ambient. Trzecia opowieść, na zasadzie kontrastu, budowana jest od samego startu pikantnymi preparacjami, także szczyptą sonorystyki, co jakże udanie nawiązuje do początku nagrania.  Intrygujący niepokój dramaturgiczny - zadziorny smyczek, szkliste preparacje pianisty, drobiny perkusjonalii, jakże piękny moment! Zaraz potem płynne, skupione wytłumienie, zawieszone na łkającym kontrabasie. Tylko krok, a muzycy znów budują nowy wątek swojej wschodniej opowieści – bardziej dynamiczny, z brzmieniem fortepianu lekkim jak puch i perkusją, która zdaje się napędzać narrację. Kontrabas wchodzi na trzeciego, dodaje do ognia i finalizuje opowieść.

Czwarta historia zdaje się być pełna fonicznych abstrakcji. Początkowo przypomina ciszę przed burzą, rodzaj spokoju pełnego intensywnego … niepokoju. Gdy muzycy wchodzą w zasadniczą część tej opowieści, zdecydowanie frazują już na jazzowo, świetnie ze sobą kooperują, a dramaturgia spektaklu nie stawia jakichkolwiek znaków zapytania. Piano zdaje się stawać na wysokiej górze, dołem płynie gęsty smyczek, po środku zaś werbel trzeszczy rytmicznie. Po wytłumieniu, w nowym wątku piano buduje bardzo melodyjny passus, aż chce się zatańczyć ze swingiem na ustach. Kolejna kulminacja eksploduje fajerwerkami!

Początek finałowej pieśni Wschodu ma klimat końcowej rozbiegówki i szkli się niewyraźnym konturem napisów końcowych. Rezonujące talerze, drżące struny, dudniące werble i tomy, pulsujący kontrabas - piękna, jakże filigranowa ekspozycja. Po niedługim czasie, muzycy budzą się ze snu na repetującym smyku, przestrzeń wokół zdaje się żyć własnym życiem, a sama narracja bardzo swobodnie i z niewątpliwym wdziękiem gęstnieje. Ostatnia prosta nie jest bynajmniej balladą po dobrze spełnionym obowiązku – silny tembr kontrabasu, stanowcze piano i perkusja, która niczym klasyk drum’n’bass, gna w poszukiwaniu ostatniego dźwięku. Z płytą żegnamy się na strunach cichnącego kontrabasu.


Rodrigo Pinheiro – fortepian, Zbigniew Kozera – kontrabas, Kuba Suchar – perkusja. Nagrane we Wrocławiu, koniec maja 2017 roku. Wydane przez Clean Feed Records (CD, 2019)




czwartek, 16 maja 2019

Larry Ochs! A Small Six for Big 70th!


Amerykański saksofonista Larry Ochs na początku maja – jakby odrobinę niepostrzeżenie - ukończył 70 lat! Muzyk, którego większość kojarzy głównie z Rova Saxophone Quartet (nad czym niejednokrotnie na tych łamach utyskiwaliśmy), ma w dorobku całe mnóstwo doskonałych płyt nagranych poza bazową formacją i … ciągle ich przybywa!

Wnikliwa analiza Pana Redaktora wykazała, iż ostatnie kilkanaście miesięcy jest pod tym względem naprawdę wyjątkowe. Muzyk dostarcza nam więcej niż jedną płytę na kwartał, czego nie miał w zwyczaju czynić w latach poprzednich. Z tym większą zatem radością, przystępujemy do omówienia sześciu nowych płyt z udziałem Larry Ochsa jako autora lub współautora.




The Fictive Five  Anything Is Possible (Clean Feed, CD 2019)

Naszą opowieść zaczynamy – nie może być inaczej - definitywnie prawdziwą petardą! O formacji The Fictive Five usłyszeliśmy bodaj cztery lata temu, gdy doszczętnie zryła nam berety swoim fonograficznym debiutem pod takim właśnie tytułem. Dziś ów wyjątkowy kwintet powraca nagraniem równie wysmakowanym, przy okazji świetnie wpisującym się w naszą nieustającą, redakcyjną dysputę o sposobach predefinicji procesu improwizacji. Płyta zawiera kompozycje, pod którymi podpisuje się Ochs lub cały kwintet. Rozumieć je najprawdopodobniej należy, jako zaplanowane struktury poszczególnych utworów, które wypełnione zostają po brzegi soczystymi, swobodnymi improwizacjami. Dodajmy, iż muzycy w trakcie koncertów mają przed sobą pulpity z pięcioliniami, jednakże słuchając efektów ich pracy, mamy wrażenie, iż jedynie po to, by realizacja zdefiniowanej struktury nie była w jakikolwiek sposób zagrożona. A zatem, studyjne okoliczności przyrody, New Jersey, koniec maja 2018 roku: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Nate Wooley – trąbka, Ken Filiano i Pascal Niggenkemper - kontrabas i efekty oraz Harris Eisenstadt – perkusja. Pięć utworów z tytułami (niektóre także z dedykacjami), 61 minut i 3 sekundy.

Na prawej flance saksofon i kontrabas, po środku perkusja, trąbka i drugi kontrabas na lewej flance. Ochs wyrusza w podróż wspierany przez Filiano, który zwinnym pizzicato wzmacnia jego przekaz. Wooley podłącza się po chwili, mają przy sobie Niggenkempera, który używa smyczka. Od startu nie przysypia także Eisenstadt. Gęsta, bogata w dźwięki narracja płynie szerokim strumieniem, mając u swych podstaw dwa kontrabasy, delikatne i z wyczuciem wspierane elektroniką - bijące serca kolektywnej improwizacji. Moc niuansów brzmieniowych i teksturalnych, skrupulatność i precyzja, ponadnormatywna umiejętność słuchania i reagowania (wspierana zapisami z pięciolinii). Pierwsze wytłumienie przychodzi dość szybko – tenor i trąbka dyskutują, na obu gryfach toczą się bystre preparacje, talerze wieszczą dobrą nowinę. Od ekspresji skupienia po ciszę dramaturgicznej powolności. Kolektywizm emocji w parze z gracją pojedynczych fraz. Zadana struktura stwarza luźne ramy, zaś wewnątrz kwintetu, w ramach estetyki call & responce, dopuszczalne jest każde zachowanie. Na zakończenie blisko 12 minutowej ekspozycji – prawdziwe królestwo niskich dźwięków, komentowane przez saksofon i trąbkę pasmem szytym unisono. Drugą opowieść otwiera zmysłowa introdukcja sopranino i perkusji. Prawy kontrabas ze smykiem włącza się w połowie trzeciej minuty, zaraz po nich jego lewy odpowiednik dorzuca garść syntetycznych fonii. Zmiana na tenorowy i wejście trąbki następuje dopiero po wybiciu piątej minuty. W takich elektroakustycznych okolicznościach rozbudowanej sekcji rytmicznej, trębacz kreśli zatrważająco piękną ekspozycję. W 9 minucie powraca saksofon i szybko dociera na szczyt, pnąc się po zmysłowym smyku lewego kontrabasu. W 12 minucie solo perkusji, tuż potem znów Wooley tańczy z kontrabasami, traktowanymi różnymi technikami. Krok następny, to kompulsywne duo trąbki i perkusji, skomentowane ekspresyjnie przez saksofon i preparowane kontrabasy. Narracja onirycznie staje w miejscu, ginąc w deszczu rzęsistych eksplozji zachwytu recenzenta.

Trzecią, nieco krótszą opowieść intonuje ciepły tenor. Trąbka wchodzi tuż po nim, gra imitacyjnie, może nawet coś na kształt tematu, zapisanego na pięciolinii. Melodia, która pachnie żywą kompozycją, posmak ballady, którą łamie w pół aktywny drumming i bystra riposta saksofonu, a także podśpiewująca trąbka. Czas na czwarty epizod, podobnie jak drugi, rozbudowany do 20 minut. Honory gospodarzy czynią tu oba kontrabasy i garść kabli, które je otaczają. Saksofon i trąbka wchodzą do gry w połowie trzeciej minuty (perkusja odrobinę wcześniej). Dynamiczny marsz po złote runo! Na froncie taneczny dialog dęciaków. Każdy reaguje tu na każdego. Gęsty, kolektywny bukiet pięknych kwiatów. Pięć strumieni magii zlewa się wprost do oceanu błyskotliwości. Garść niemal free jazzowych emocji. W 10 minucie kontrolowany stopping, który inicjuje zestaw kolejnych dramaturgicznych sekwencji - solo perkusji, duet saksofonu i trąbki, duet kontrabasów, znów solo perkusji, samotna trąbka, pizzicato vs. arco, trąbka i saksofon unisono, i tak dalej, i temu podobne! Jakże uroczo wykonywana predefinicja! Partytura mistrzów! Narracja łapie niemal free bopowy dryl, a Wooley zdaje się zgarniać całą pulę - moc wyrafinowanego jazzu, który płonie emocjami po zmysłowy kres. Uff… czas na finałowe, kilka ledwie minut – saksofon, elektroakustyka kontrabasów, talerze, szczypta repetycji, cool trumpet, spokojne, choć nerwowe zakończenie. Całusy trąbki i talerzy, mlaskanie kontrabasów, szorstki saksofon i perkusja. Prawa flanka rządzi, lewa kontrapunktuje, wszyscy zaś wyjątkowo intensywnie poszukują ostatniego dźwięku.




Jones Jones (Larry Ochs, Mark Dresser, Vladimir Tarasov)  A Jones In Time Saves Nine (NoBusiness Records, LP/DL 2018)

Debiutancka płyta tria Jones Jones ukazała się trzy lata temu, a zawierała moskiewski koncert z roku 2011. Dziś, gdy sięgamy po ich najnowsze wydawnictwo (koncerty z roku 2016), dopada nas nieodparte wrażenie, iż te poprzednie nie specjalnie doceniliśmy. A zatem w ramach zadośćuczynienia – przed nami płyta A Jones In Time Saves Nine, kolejna doskonała pozycja, która przez nieuwagę/ brak czasu/ głupotę redakcji nie trafiła na listę najlepszych płyt roku ubiegłego. Personel jest w tym wypadku oczywisty: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Mark Dresser – kontrabas i Vladimir Tarasov – perkusja. Płyta w wersji winylowej zawiera cztery utwory, w wersji downloadingowej – aż siedem i tę drugą właśnie omówimy (łącznie 55 minut z sekundami).

W początkowej fazie narrację kreuje smyczek, na poły barokowy, z delikatnie upalonym brzmieniem. Wspiera go saksofon tenorowy, wystudzony, ale z oczywistymi tendencjami do eskalowania napięcia oraz mały drumming, który pilnuje złych myśli. Muzycy z gracją baletnicy nabierają rozpędu, rytmu, free jazzowej brawury. W każdym geście, każdym dźwięku czuć klasę mistrzowską. Smyczek trzyma dół, reszta zwinnie harmonizuje flow, a wszystko odbywa się w warunkach akustyki idealnej. W strumieniu swobodnej improwizacji szczególnie pięknie odnajduje się Ochs - oszczędny, precyzyjny, zawsze trafia w dramaturgiczny punkt. Drugi epizod rodzi się w tubie kipiącego sopranino. Wspierany okrężnym drummingiem Tarasova, nasz dzisiejszy bohater daje prawdziwy popis! Kontrabas wchodzi po parudziesięciu sekundach i zwinnym, ale o tempo wolniejszym walkingiem wprowadza intrygujący dysonans estetyczny. Po pewnym czasie wychodzi przed szereg i gra zmysłowe solo. Narracja toczy się bardzo płynnie, zdobiona świetnymi interakcjami, mimo dynamiki – z pewną nieśpiesznością i refleksyjnością. Na finał powraca klasycyzujący smyczek i spina ów wulkan jedynie dobrych emocji.

Trzecia część dyszy w spokoju – improv chamber przyczajone na smyczku. Aktywne perkusjonalia, precyzja wykonania, być może odrobina predefinicji w żmudnym procesie improwizacji (komponowanej improwizacji?). Po grze wstępnej Dresser proponuje rozwiązanie rytmiczne i znów pióro recenzenta gotuje się z emocji (kontrabasista zdaje się osiągać tego dnia wyjątkowy poziom kreatywności!). Muzycy są równie wyraziści, gdy schodzą w okolice ciszy – sonorystyka, preparacje, tylko dobre pomysły. Piękny post-chamber! Czwartą pieśń niesie na skrzydłach znów smyczek, który zdaje się wspinać na wysoką górę. Soki z tuby, dzwonki z perkusjonalii, drony ze strun, ciepłe, ale zadziorne riposty saksofonu. Przy okazji, kolejna eksplozja Tarasova, który w tej chwili zdaje się ciągnąć całą opowieść, jest wszędzie, zdobi wyczyny kolegów każdą sekundą swojej obecności. Na wydechu, bystra kipiel, what a game!

Skończył nam się winyl, bez zbędnej zwłoki przechodzimy zatem do bonusa elektronicznego. Czułe intro piątego epizodu – znów świetna komunikacja i niezobowiązujące rozmowy o szczęściu. Z czasem nabierają dynamiki, a tenor kreśli pętle wyjątkowej urody. Szósta część – szczoteczki czynią nastrój, a wysoko zawieszony kontrabas zmysłowe solo. Komentarz rozbrykanego, nieco krnąbrnego sopranino, jak strzał w sam środek tarczy! Pizzicato kontrabasu, niczym konik polny na polu minowym! Wreszcie finałowa część – otwiera ją drummerskie, filigranowe, jakże błyskotliwe solo. Bas wchodzi rytmem, saksofon sieje niepokój ciepłym chłodem. No i krok w mięsistą eskalację. Świetny wybór! Siarczysty, dynamiczny finał bucha młodzieńczą fantazją!




Spectral (Dave Rempis, Darren Johnston, Larry Ochs)  ‎EmptyCastles (Aerophonic Records , CD 2018)

Trio Spectral, to kolejna nazwa własna, nieobca Czytelnikom Trybuny. Trzy dęte instrumenty w żmudnym procesie instant composing, innymi słowy – komponowaniu natychmiastowym, czyli zwartej improwizacji czynionej z należytą rozwagą i kameralną szczegółowością (definicja własna autora). O ile dwie pierwsze płyty Spectral powstały w typowych okolicznościach studyjnych, o tyle trzecia, którą za moment poznamy, nagrana została w wielkim, betonowym … bunkrze. Czy miejsce powstania nagrania zdeterminowało efekt finalny, przekonamy się za kilka chwil. W połowie czerwca 2017 roku w owym tajemniczym miejscu spotkali się: Dave Rempis - saksofon altowy i barytonowy, Darren Johnston – trąbka i Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino. Dziewięć improwizowanych kompozycji, około 50 minut muzyki.

Dwa saksofony (Ochs w kanale prawym) i trąbka w onirycznych okolicznościach post-atomowego bunkra – echo, naturalny pogłos, cisza, która ma barwę i smak. Drony, piski i skomlenia trzech dętych, w początkowej fazie małe, rwane narracje. Kameralna zaduma, szczypta sonorystyki, skupienie, siła pieczołowitości, blask pasaży i uroda pojedynczych dźwięków. Skromne wymiany poglądów w szerokim strumieniu separatywnych opowieści każdego z muzyków. Drugi epizod przynosi więcej interakcji, bystrzejszego słuchania, odrobinę bardziej dynamicznej narracji. Muzycy stylowo nabierają mocy, by równie udanie ugasić płomień. W trzecim – saksofon na lewej stronie pnie się ku górze, dyskutując z echem. Po 90 sekundach odzywa się sopranino i brnie w imitację. Trąbka milczy. Niuanse molekularnych fraz. Na finał trąbka komentuje ptasi dialog saksofonów. Po czym, bez zbędnej zwłoki, kreuje czwartą część. Dysze saksofonów czynią perkusyjne akcenty, całość wspina się na szczyt, staje na palcach, by wznieść kilka okrzyków. Muzycy zdają się przedkładać dialog z echem, nad ekspresję i większą intensywność przekazu. Piąty – baryton i wyjątkowo szorstka trąbka, także jęczący tenor. Bystre koincydencje - przyczajona improwizacja kąsa z zaskoczenia. Szelest dysz i szum wentyli.

W kolejnej opowieści – saksofony tańczą na łące, trąbka kusi powabem swej fonii. Mały konkurs piękności – od czystego dźwięku do preparacji i z powrotem. W siódmej - kameralne wyczekiwanie na wzrost poziomu emocji. Bardzo abstrakcyjny fragment. Ósma opowieść kontynuuje wątek zadumy nad kolektywnym procesem improwizacji. Podczas gdy tenor zdaje się nabierać mocy i kąsać urokliwą ekspozycją, alt komentuje i stawia na zaniechanie. Trąbka sączy małe fonie i zaprasza do zabawy w call & responce. Jakby narracja na powrót nabierała mocy. Wreszcie finałowa część – parada słoni, kolektywne pokrzykiwania, blask rytualnej miłości. Całusy i końskie zaloty – eksplozja akustycznej urody chwili. Na ostatniej prostej garść ekspresji dla tych, który oczekiwali większych emocji.




Larry Ochs/ Mars Williams/ Julien Desprez/ Mathieu Sourisseau/ Samuel Silvant  ‎Stroboscope (The Bridge Sessions, CD 2018)

Kolejny odcinek sesji mostowych, amerykańsko-francuskich! Larry Ochs (tenor i sopranino), Mars Williams (alt i zabawki) i Samuel Silvant (perkusja), wszyscy z nadania Wuja Sama, Julien Desprez (gitara elektryczna) i Mathieu Sourisseau (gitara basowa) jako przedstawiciele kultury wysokiej znad Sekwany. Kwiecień 2014 roku, studio nagraniowe - jak zazwyczaj w tej serii, spotkanie organizowane ad hoc, stawiające na kolektywną i dość swobodną improwizację. Dwa sety, łącznie 40 i pół minuty.

Set pierwszy (krótszy) zaczyna ostra, rockowa gitara z metalicznymi strunami, która płynie nieco kwaśnym strumieniem. Gitara basowa zdaje się oddychać jej powietrzem. Towarzyszą im salwy obu saksofonów, umieszczonych na przeciwległych flankach.  Środkiem truchta dość aktywny drummer. Muzycy dość szybko podejmują decyzję o pójściu w ogień całą szerokością palety dźwięków, jaką dysponują. Pikantna, kompulsywna narracja, zdobiona elektro-preparacjami z basu.  Psycho-rockowa masywna sekcja i tańczące free jazzowe dęciaki. Tracą moc około 6 minuty – wpadają w delikatny trans, łagodnieją, a całość ekspozycji nabiera jakości w postępie geometrycznym. Samozwańczym królem stada wydaje się Desprez, który napędza maszynę, stawia wymagania brzmieniowe, potrafi też trzeźwo i na bieżąco komentować wyczyny partnerów. Emocje zatem wciąż buzują! Rytm nabiera mocy, prądu przybywa, saksofony już prawie stoją w ogniu. Fire music as well! Set kończy się w ciszy strun suchej gitary.

Set drugi (blisko pół godzinny) rodzi się w rozgrzanych tubach saksofonów. W tle industrialna kipiel basu i gitary, tworząca twardą, ambientową powłokę.  Zgrzyty i przepięcia mocy. A trip to noise, to wiemy od pierwszej sekundy tej opowieści. Kolektywna eskalacja, w sumie bez zaskoczenia. Jednak już po 3 minutach muzycy zwinnie gaszą płomień. Bas ponownie szuka chmury post-electro-blue-ambientu. W ramach wsparcia, saksofonowe, niebanalne pląsy, które zwinnie się zagęszczają. W 12 minucie kolejny moment intrygującego, mrocznego spowolnienia. Sekcja pracuje niczym piec hutniczy, dęte flanki plamią teren from time to time. Po chwili, to właśnie te ostatnie zostają same na scenie i nie czują zbytniej tremy. Nawet podśpiewują pod nosem. Ciężki dron basu i gitary zakłóca jednak klimat sielanki – gitara wchodzi w dialog z saksofonem, bas intonuje funkową ekspozycję. Po 20 minucie narracja staje się soczysta, kompulsywna, a kończy ją ponownie dialog saksofonów.  Obok bas szuka drobin hałasu, a cały kwintet bez ponaglania przystępuje do procesu finałowego odliczania. Repetycja strun pod wysokim napięciem, small drumming, pocałunki suchych dysz. Ostatni dźwięk należy do sopranino.




Larry Ochs/ Nels Cline/ Gerald Cleaver  ‎What Is To Be Done (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w ogniu gorącej, na poły rockowej gitary, zasilanej prądem dużej mocy. Jedna z dwóch najnowszych płyt w dzisiejszym zestawie. Znów sami znajomi, choć nie wszyscy kojarzeni bywali jak dotąd, z równie ekspresyjnymi zachowaniami: Larry Ochs - tradycyjnie tenor i sopranino, Nels Cline – gitara elektryczna i efekty oraz Gerald Cleaver – perkusja. Trzy improwizacje, 49 minut, nagrane w grudniu 2016 roku.

Jazz-rockowe intro, dobry, dynamiczny drive i saksofon tenorowy, który śle mistrzowskie pozdrowienia na poste-restante. Gitara pływa w melodii i rytmie, kreśli pasma fonii, pełne ekspresji. Mocny flow, być może odrobinę zbyt mało subtelny, jak na oczekiwania recenzenta. Proste schematy dramaturgiczne, perkusja z poziomem kreatywności na zaciągniętym ręcznym, kipiąca metalem gitara i saksofonista, który raz za razem próbuje przebić się ze zdaniem odrębnym, ale nie wszystkie jego prośby okazują się skuteczne. Trochę hałasu, spora dawka improwizacji (ta ostatnia, wedle słów samych muzyków, stanowi element konstytuujący całość ekspozycji). Duża zmienność akcji, ale nie wszystkie parametry narracji cieszą ucho, tudzież łechtają intelekt. Na chwilę konstruktywnego oddechu cierpliwy słuchacz liczyć może dopiero pod sam koniec ponad 20 minutowej opowieści, gdy gitarzysta przypomina nam, że free jazzowa improwizacja, to pole, na którym czuje się świetnie i to właśnie z tej strony znamy go najlepiej. A w ramach wisienki na torcie – garść psychodelii wprost z gryfu jego gitary.

Druga część, zdecydowanie najkrótsza, startuje jazzową gitarą, która kreśli ramy i zakres oczekiwań wobec partnerów. Wszakże moc gitarowych przetworników znów czyni tu swoje i demoluje bardziej kreatywne pomysły pozostałej dwójki. Cała narracja jest jednak wyjątkowo spokojna, a gitara na finał brzmi niczym wystudzone organy Hammonda. W taki oto sposób, delikatnie wytłumiony, rockowy temperament Cline’a wprowadza nas w część ostatnią, znów ponad 20 minutową. Rockowy drive perkusji, psychodeliczna mantra gitary i tylko dobre plamy z tuby saksofonu. Bez wątpienia, najlepszy jak dotąd, moment nagrania. W 11 minucie intrygujące pasaże saksofonu dzieją się już na tle niemal doom metalowego przymierza gitary i perkusji. W porównaniu wszakże do początku płyty, muzycy zdają się lepiej kooperować, a dominacja Cline’a nie ma już miejsca. Po stylowym wytłumieniu, wzięciu oddechu, na finał płyty znów dostajemy się w gorącą, rockową kipiel. Sopranino Ochsa znów musi walczyć o swoje, ale dzielnie znosi ów proces i doprowadza tę bardzo nierówną płytę do szczęśliwego zakończenia.




Larry Ochs/ Gerald Cleaver   Songs Of The Wild Cave (Rogueart, CD 2018)

W trakcie dzisiejszej opowieści byliśmy już w bunkrze, na sam zaś finał trafiamy do … jaskini (zatem tytuł płyty nie jest metaforyczny!). Południowo-zachodnia Francja, pierwszy dzień października 2016 roku. Po żmudnych przygotowaniach (ciekawskich szczegółów, odsyłam do rozbudowanego liner notes), do jednej z jaskiń trafiają dwaj podróżnicy, przygotowani na każde wyzwanie – Larry Ochs (saksofon tenorowy i sopranino) oraz Gerald Cleaver (perkusja, instrumenty perkusyjne). Pogrążeni w absolutnej ciemności, napotkawszy ciszę globalną, zagrają siedem swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam dokładnie 61 minut bez dziewięciu sekund.

Podmuchy tenoru, małe skorupy dźwięków i perkusjonalia, którą brzmią jak strumień lejącej się wody. Spokojna, meta ekologiczna podróż dźwiękowa. Pierwsze kroki w ciszy i ciemności zdają się być rozważne i odpowiedzialne. Rodzaj skupienia, pełnego wszakże zdrowych emocji, w okolicznościach post-akustycznych. Drugi epizod zdecydowanie podnosi nam poziom adrenaliny – full drumming amplifikowany głębią jaskini robi wrażenie piorunujące!  Obok tenorowe zadziory, łapiące kontakt z pogłosem, tłumionym masywnością skał. Trzecia część schodzi głębiej (Deeper) – skupione percussion z oddali i saksofon, który zdaje się opowiadać historię stworzenia świata. Ekspresja rośnie – rytualny drumming i śpiewny saksofon. Taniec opętanych szczęśliwców!  Muzyka nabiera kardynalnej mocy, redefiniuje pojęcie akustyki free jazzu. Tytuł kolejnej części budzi grozę (Down) – flow znów jest dość dynamiczny, tworzony mocnym biciem w werble i tomy, także agresywnym tembrem sopranino. Muzycy grają swoje, nie czekając na reakcję echa – intensywnie wykuwają nowy idiom free music. Never stop!

Piąta historia tłumi dynamiczny klimat – nastrojowe percussion i głucha tuba saksofonu. Powraca smak pieśni otwarcia – sonore i magia szeleszczących przedmiotów. Spowolnienie w poszukiwaniu utraconego. Sopranino brzmi niczym flet prosty. Szósty epizod pogłębia tematykę poprzedniej części. Dzwonki, małe gongi, szum w tubie, wszystko czynione z mocą rytualnego wyniesienia. Pomruki tenoru, folkowy sznyt perkusjonalii. Zatopieni w Glinie, jakże zmysłowe zagęszczenie, klekot saksofonu, czupurność talerzy, oddechy i przedechy, myśli zdrożne i przebiegłe. Symfoniczny meta free folk! Czas na closing game – niemal kwadrans powrotu do free jazzowej estetyki. Full drumming, śpiewny, zawadiacki tenor, korpulentna narracja, ale bez eskalowania emocji. Żywe mięso bez kropli transcendencji, która powoli stawała się naszym udziałem w trakcie poprzedniej improwizacji. Finał płyty niezwykłej zdaje się być odrobinę zwyczajny i przegadany. Być może Pieśni Dzikiej Jaskini lepiej byłoby zakończyć po epizodzie numer sześć.



piątek, 10 maja 2019

Brighton! Comte, Petit & Fell! Serrato & Covarino! Taylor! Dikeman! Schindler! Górczyński! Cichocki! Orins! The May’ Reviews Summary!


Pierwsza dekada chłodnego maja (jak zawsze nad Wisłą, Odrą i Wartą), to dobry moment na gorącą zbiorówkę recenzji płyt świeżych i bardzo świeżych, które najprzeróżniejszymi kanałami dotarły do odtwarzaczy redakcji. Dziś bez specjalnej myśli przewodniej, po prostu do czytania, słuchania i … kupowania (nie zapominajmy, iż ten ostatni proces jest bardzo ważny dla muzyków i wydawców!).

Zaczniemy bardzo po brytyjsku, z mocą jakże pięknej i wyzwolonej improwizacji. Potem będzie poważny akcent free jazzowy, a po nim duży blok muzyki z użyciem głosu ludzkiego. Na finał odrobina dźwięków dla grzecznych dzieci, bo i one należą do wspaniałego świata muzyki! Startujemy w Londynie, potem francuskie Limoges, andaluzyjska Sevilla, powrót do Londynu, Nowy Jork, Monachium, akcentów krajowe (… także z Nowego Jorku) i francuski finał.




Ian Brighton  ‎Imaginings (FMR Records, CD 2018)

Na powrót brytyjskiego gitarzysty Iana Brightona do świata żywych czekaliśmy niemal ćwierć wieku. Ale gdy już powrócił, dość regularnie dostarcza nam nowych nagrań. Oto jedno z nich – studyjne spotkanie z przyjaciółmi (w każdym niemal przypadku - legendami gatunku!), w celu swobodnego improwizowania, poczynione ubiegłego lata w Londynie. Lista obecności jest następująca: Marcio Mattos - kontrabas, wiolonczela, elektronika, Neil Metcalfe – flet, Trevor Taylor – perkusjonalia, elektronika, Steve Beresford – fortepian, zabawki, Francois Carrier – saksofon altowy, Jon Seagroatt – saksofon sopranowy, klarnet basowy, Philipp Wachsmann – skrzypce, elektronika, wreszcie sam gospodarz – gitara elektryczna.  Płytę zaczynają dwa duety, potem mamy trio, kwartet, kwintet, sekstet, … oktet i na finał – występ solowy Brightona, który jako jedyny uczestniczy w każdej z ośmiu improwizacji (łącznie 63 minuty, bez sześciu sekund).

Dwa pierwsze duety bardzo udanie wprowadzają nas w klimat nagrania. Najpierw perkusjonalia, potem skrzypce, wraz z ciepłą, grającą płynnymi frazami gitarą, plotą spokojne, jakże molekularne, filigranowe opowieści. Użycie elektroniki jest nienachalne, wprowadza ciekawy dysonans elektroakustyczny – słyszymy choćby dźwięk pijanego wibrafonu, czy skrzypiec, którą brzmią niezwykle gitarowo. Niewątpliwie urokliwa jest praca samego Brightona – jego instrument śpiewa, snuje małe pętle, ślizga się po gryfie, buduje klimat skupionej improwizacji, która nieśpiesznie dostarcza nam moc wyłącznie przyjemnych doznań. Wszystko toczy się jednak z nerwem godnym mistrzów free improv, zatem wielbicieli ECM-owskiej nudy z pogranicza ciszy definitywnie odsyłamy pod inny adres. Kropelkowa muskulatura bystrych interakcji, to bowiem konstytucja sesji Imaginings! W odcinku granym we trzech (dochodzi wiolonczela), przekonujemy się, iż ta improwizacja skrzy się, co prawda kobiecą niemal delikatnością, ale jej sprawcą są prawdziwie męskie dłonie. W każdym kolejnym utworze do składu dochodzi dodatkowy muzyk, a narracja staje się coraz gęstsza, krytycznie kolektywna, z pięknymi inkrustacjami gitary, która czyni swoją powinność, nadto doskonale czuwa nad dramaturgicznym przebiegiem całości. W wersji kwintetowej skutecznie szukamy odblasku współczesnej kameralistyki, gdy soczysta akustyka osiąga stan symbiozy z delikatną syntetyką elektroniki.

Uroda improwizacji przybiera na sile w układzie sekstetu i oktetu – narracja skrzy się pomysłami, doskonałymi interakcjami, a idiom mistrzowskiej improwizacji spod znaku Spontaneous Music Ensemble pojawia się jako trwały element tej sesji nagraniowej (na myśli mamy zwłaszcza płytę Karyobin, która zresztą w roku ubiegłym obchodziła 50 urodziny). W ten gęsty flow post-stevensowskiej improwizacji błyskotliwie wplata się nasz główny bohater. Jest zwinny jak kot, czuje się w tej rzece, jakby żył w niej od zawsze. Muzyka smakuje chwilami psychodelią, pełna jest małych, drobnych fraz, które lepią się we wspaniałą, kolektywną, jakże improwizowaną kameralistykę. Na sam finał płyty dostajemy garść solowych dźwięków Brigthona – flying slow motion gently guitar! Granych na delikatnym pogłosie, ze szczyptą delayu, drobinkami dubu i swoistego poślizgu na strunach. Kosmos filigranowego dźwięku! Brawo!




Comte/ Petit/ Fell  Limoges (Bruce's Fingers, CD 2019)

Pozostajemy w obrębie przemożnych wpływów UK, ale przenosimy się do francuskiego Limoges. Intrygujące trio doświadczonych improwizatorów: Richard Comte – gitara elektryczna, Jean-Luc Petit – klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy oraz Simon H. Fell – kontrabas. Koncert całkowicie swobodnie improwizowany, z rzeczonego Limoges, odbył jesienią 2017 roku i trwał niemal pełne 42 minuty.

Aura otwarcia – najniższy z klarnetów plami raz słabiej, raz mocniej, kontrabas drży, traktowany wieloma technikami, zarówno smykiem, jak i palcami (uderzany, gnieciony, rwany i szarpany), wreszcie mała gitara z dawką adekwatnego prądu, subtelna, głośniejsza od wyjątkowo niskiej bazy jedynie od czasu do czasu. Narracja na ogół zwarta, kolektywna, pozostająca w stanie permanentnej zmiany, chwilami niebanalnie kameralna (najczęściej), w innych momentach – drapieżna, niemal free jazzowa (nieco rzadziej). Masywność dołu, filigranowość góry – jeśli patrzeć na cały proces generowania dźwięków w aspekcie spektralnym. Sporo kolektywnych podróży down and up, także inside and outside. Każdy z muzyków stosuje tu różne metody, by przykuć naszą uwagę. Petit na ogół grzmi klarnetem kontrabasowym, gdy zaś sięga po sopran, szybuje wysoko i pokazuje adekwatne kompetencje w zakresie swobodnej improwizacji. Comte najczęściej pozostaje w roli komentatora, spiętrzenia jego mocy bywają rzadkie, ale za to wyjątkowo bystre. Gdy ucieka w modulowany, wielobarwny ambient, potrafi zwrócić na siebie uwagę przez dłuższy czas. Wreszcie Fell – tu możemy liczyć na każde rozwiązanie. Nie dość, że ze smykiem potrafi zrobić wszystko, to jeszcze świetnie zdaje się czuwać na konstrukcją całości, nie pozwala na dłużyzny, ani na chwile dramaturgicznego przestoju.

Jeśli mielibyśmy wskazać najbardziej udane momenty tego świetnego koncertu, to nie sposób nie wspomnieć krótkiego fragmentu improwizacji, który toczył się pod dyktando śpiewnego, frywolnego, ale i bardzo precyzyjnego saksofonu sopranowego (19-26 minuta). Tuż po nim - zdecydowanie najspokojniejszy odcinek koncertu – matowy dron & ambient na gryfie kontrabasu, meta cisza wokół dysz klarnetu i gitarowy pogłos z odległej galaktyki. Jakże piękna akustyka! Po 31 minucie muzycy robią krok w kierunku otwartego jazzu – wchodzą w full contact, krzyczą na siebie, są drapieżni i nieprzewidywalni. Po wytłumieniu zaś swoje opus magnum czyni Comte – jest zwiewny jak piórko, ale nie dopuszcza do głosu kolegów, dyktuje przebieg narracji niczym Pan na włościach! Na sam finał płyty powraca saksofon sopranowy, nadając całej opowieści niemal metafizycznej lekkości i biorąc koncert w gigantyczny cudzysłów. Gitara najpierw milczy, a potem samodzielnie kreśli napisy końcowe.




Marco Serrato/ Francesco Covarino  Bestemmia (Raw Tonk, CD-r 2019)

Czas na duet Andaluzyjczyków, wydany wszakże w … Zjednoczonym Królestwie! Marco Serrato – kontrabas oraz Francesco Covarino – instrumenty perkusyjne. Rejestracja z Sewilli, poczyniona ubiegłoroczną wiosną. Sześć swobodnych improwizacji, 39 minut i 38 sekund.

Muzycy proponują nam podróż dość jednorodną, stylistycznie osadzoną we free improv, lubiącą rockowe emocje, ale szukającą inspiracji raczej we współczesnej, bardzo wyzwolonej kameralistyce (kontrabasista), tudzież w idiomie free jazzu (perkusjonalista), from time to time bogaconą zwinnymi preparacjami, tudzież garścią niezobowiązującego noise. W ramach wstępnej reasumpcji, uznać by można ten duet jako solową ekspozycję kontrabasu z akompaniamentem zwinnie improwizujących perkusjonalii. Choć recenzent nie psioczy nadmiernie, poziom interakcji pomiędzy muzykami mógłby być w niektórych momentach bardziej intensywny. W zakresie zaś kreatywności, więcej możnaby było oczekiwać od perkusjonalisty.

Wskazując wszakże pozytywy, których nie brak na krążku – już w pierwszym utworze kontrabasista szuka swojego brzmienia, maltretuje struny i pudło rezonansowe, dość szybko uzyskując ciekawy efekt foniczny. Takie zjawisko towarzyszy nam w zasadzie w każdym odcinku. W pierwszym strunowiec brzmi niemal jak upalone cello. W drugiej części, gdy kontrabasista sięga nie tylko po smyczek, ale chyba także po perkusyjne pałeczki, dostajemy bardzo intrygujący duet perkusjonalistów, pełen dobrych wrażeń i niebanalnych emocji. Garść preparacji sprawia, iż mamy wrażenie słuchania muzyki barokowej, ale nafaszerowanej sterydami. Dynamiczny i zadziorny jest flow czwartej opowieści – smyczek uczepiony strun plecie bystrą mantrę. Repetycja, siarczyste brzmienie obu instrumentów, a po chwili zejście w blue ambient, gdy smyczek wręcz śpiewa. W piątej części strumień dźwięków serwowany przez kontrabas smakuje rockową ekspresją, a koncert zdaje się mieć miejsce tuż po barokowej introdukcji – prawdziwa mieszanka wybuchowa! Finałowa pieśń także nie stroni od fake sounds – jakbyśmy weszli do zakładu szlifiersko-tokarskiego, potem odwiedzili warsztat mechaniki pojazdowej i wystawę silników niskoobrotowych. A w ramach last minute – drobiny czerstwej sonorystyki na samym dnie gryfu kontrabasu.




Benedict Taylor  Solstice (Nachtstück Records, DL 2018)

Jeśli tylko macie ochotę na spędzenie pięciu kwadransów z samotną altówką, to trafiliście pod dobry adres! Będzie z nami Benedict Taylor, który sprawi, iż czas poświęcony na odsłuch Solstice, będzie momentem niezwykłym. Cztery epickie opowieści, nagrane w bliżej nieokreślonych okolicznościach studyjnych w Londynie, w roku 2017.

Klimat otwarcia jest następujący – plątanina suchych strun i brudne, szczere brzmienie dźwięków dobywanych w skocznym rytmie, ale i z garścią hałasu, innymi słowy kind of chamber in industrial taste! Bajeczna technika wykonania, takaż kreatywność w budowaniu żmudnego procesu swobodnej, acz w wielu aspektach, zapewne zaplanowanej improwizacji. Narracja skrzy się dużą ilością dźwięków - smyczek skowycze, tańczy, swawoli, krzyczy, ale i uwodzi pięknymi pasażami. Drobne akcenty pizzicato, molekuły ciszy pomiędzy dźwiękami, rwane frazy, filigranowe zgrzyty – wszechświat akustyki altówki.  Zmiana zdaje się gonić zmianę – w zakresie techniki gry, tempa narracji, stosowanych skal i poziomu głośności. Także trochę popisywania się, być może na potrzeby indywidualnego portfolio, ale wszystko -z mistrzowską klasą.  Druga opowieść wtłacza do tej niesfornej historii elementy melodyki, niemal góralskiego zaśpiewu. Taylor, być może do perfekcji, opanował umiejętność niechodzenia na skróty, gmatwania sytuacji dramaturgicznej i wydobywania ze skromnego strunowca pokładów wyjątkowych dźwięków. Bogactwo fonii, skromność formy – jego altówka płonie, skowycze, piszczy, rozdziera szaty, mlaska, prycha i … pięknie śpiewa dowolnie zadaną techniką. Parafrazując językiem Szekspira – prepare & sonore, casual distortion and multiflow of as beauty as dirty sounds!

Trzecia opowieść stawia na modulowany sound altówki. Ta wyje do księżyca i plecie zmysłowe serenady. Raz jest siarczysta, innym razem czysta jak łza, jeszcze innym ckliwa i pełna emocji, chwilami nawet folkowych. Nie pytajcie proszę o to, co dzieje się, gdy altówka Benedicta poszukuje ciszy! W czwartej części muzyk serwuje nam spektakl upalonego baroku – śpiewa rzewnie na czele orszaku potępionych dźwięków. Narracja toczy się płynnie, nostalgicznie, ale i zadziornie. Rodzaj chamber na dobrych sterydach! W 13 minucie roztańczony smyczek schodzi do poziomu ciszy - altówka oddycha, szepce, szura gołymi stopami po porowatej podłodze. Smyk zdaje się mieć zwinność rosyjskiej baletnicy. Ta niezwykła płyta kończy się paletą wyjątkowo czystych barw, znów ze śpiewem na ustach, brnących posuwistym, tanecznym krokiem.




John Dikeman/ Brandon Lopez/ Onno Govaert  Those Impossible Creatures (Sonorus Records, Kaseta 2018)

Dobrze nam znane holenderskie trio Cactus Track, dwa lata temu w trakcie trasy po USA, na moment zagubiło gdzieś swego gitarzystę/ basistę, dzięki czemu pozostali muzycy znaleźli czas na studyjne spotkanie z amerykańskim kontrabasistą. Jego efekt dostajemy dziś na kasecie Those Impossible Creatures. W nowojorskim studiu znaleźli się zatem: John Dikeman — saksofon tenorowy (pamiętamy, iż to holenderski rezydent z amerykańskim paszportem!), Brandon Lopez — kontrabas oraz Onno Govaert — perkusja. Trzy tłuste, free jazzowe kawałki mięsa, niespełna 32 minuty.

Pierwsza, zasadnicza część nagrania rozpoczyna się spokojną, bluesową, delikatnie szarpaną niepokojem wewnętrznym narracją – mocny tembr kontrabasu, saksofon niczym pijany we mgle, brnie szerokim łukiem, ale pewny jest swoich ruchów, wreszcie bystra, trafiająca w punkt perkusja. Swobodny, lekko rozchełstany free jazz, który nabiera rozpędu, staje się masywny, czerstwy, symbiotyczny. Dużo dobrego czyni tu Lopez, który wciąż mąci flow opowieści, na boku kreśli swoje pętle i daleko mu do typowego frazowania dla takich, a nie innych okoliczności gatunkowych. From time to time daje wyraziste, choć krótkie popisy solowe. Dikeman, znamy się świetnie, lubi drobne kipiele, nie zwykł zdejmować nogi z gazu, gdy nie jest to bezwzględnie konieczne. Govaert, mistrz precyzji, zwinnie podąża za każdym z partnerów. Partie rozbujanego bluesa komentuje finałowa galopada.

W drugiej opowieści Lopez sięga po smyczek, a gra nabiera gęstości i dramaturgicznego suspensu. Z radością w grze muzyków dostrzegamy akcenty call & responce. Saksofon kipi i pogwizduje, kontrabas śpiewa, perkusja krąży wokół własnej osi, nieustannie gotowa do eskalacji.  Ostatni epizod przywraca warunki mocnego free jazzu. Walking kontrabasu nosi nawet znamiona swingu. Zwinna opowieść, ciało w ciało, choć odrobinę przewidywalna. Na finał muzycy powracają do bluesa, z którym zdaje się, że dziś jest im najwygodniej.




Udo Schindler/ Jaap Blonk  ‎Hillside Talks (Relative Pitch Records, CD 2019)

Rozpoczynamy blok recenzji płyt z udziałem głosu ludzkiego! Na początek stały bywalec naszych zbiorówek, niemiecki multiinstrumentalista dęty i blaszany, Udo Schindler w towarzystwie Holendra Jaapa Blonka, który obok szeroko rozumianego głosu własnego, używać będzie także komputera. Na płycie odnajdujemy dziesięć kompozycji, które przy bliższym poznaniu okazują się dość swobodnymi improwizacjami. Odsłuch koncertowej rejestracji z roku 2017 (dwa wydarzenia) zajmie nam 53 minuty i tyleż sekund.

Udo, choć najczęściej sięga po instrumenty dęte drewniane (głównie klarnety), zaczyna swój występ na puzonie. Głos Blonka od początku zdaje się być zawadiacki, prowokacyjny, pełen czarnego humoru, a także młodzieńczej frywolności (niezależnie od metryki urodzenia). Przypomina Phila Mintona i to winno nam starczyć za całą rekomendację. Często i bardzo stylowo korzysta z komputera, który zarówno generuje separatywne fonie, jak i w niektórych momentach sprawia wrażenie, jakby angażował się w live proccesing dźwięków generowanych przez partnera, jak i własny głos. Wachlarz jego artystycznych środków wyrazu jest przeogromny i niech to też wystarczy nam za powód, by nad płytą Hillside Talks pochylić się z należytą starannością. Z obu stron napotykamy na fragmenty intrygująco preparowanych dźwięków, jak i sonorystycznego podejścia do specyfiki procesu swobodnej improwizacji.

W drugim odcinku komputer dostarcza nam, dużymi garściami, ciekawe dźwięki analogowej elektroniki. Łączy się ona ze strumieniem ustnych fonii, które opisywać można w nieskończoność – śpiew, który przechodzi w pisk, charkot, które zaczyna skomleć. Warto pochylić ucho nad mocą perkusyjnych ekspozycji, jaką serwują nam obaj na początku trzeciej części – tylko suche dysze i wilgotne usta, także plastyczne policzki i szkliwo zębów. Czwarty odcinek, to porcja wielokolorowego ambientu, a piąty - garść upoconych parsknięć z wielu źródeł. Szczególnie ciekawy zdaje się być odcinek numer siedem – Udo burczy po niedźwiedziemu zarówno niskim klarnetem, jak i własnym gardłem. Jaap podchodzi do niego na palcach i szeleści elektroniką. Narracja gęstnieje, nabiera epickiej mocy, polotu i zdrowej brawury! Królestwem preparacji i sonorystycznych igraszek jest zaś odcinek dziewiąty. Udo gada przez ustnik blaszaka, Jaap nuci przy goleniu i wsadza głowę w ekran komputera. Wreszcie sam finał płyty, który wydaje się jej najciekawszym epizodem – mamy wrażenie, że słyszymy dźwięki harfy, obok pulsuje niski dęciak, dziwna cisza i tajemnicze mrowienia w stopach. Na to wszystko wchodzi Jaap i głosem pijanego kloszarda, wspieranym akordami piano (?) i garścią plądrofonicznych grepsów, doprowadza nas do ostatniego dźwięku.




Michał Górczyński/ Sean Palmer/ Tomasz Wiracki  William's Things (Multikulti Project, CD 2018)

Wiersze Wiliama Blake’a, recytowane i śpiewane, oprawione muzycznie klarnetem kontrabasowym i minimalistycznym fortepianem. Sporo melodii i harmonii, garść improwizacji, bezapelacyjnie dobry smak kompozytora, wreszcie niezliczone pokłady pięknych dźwięków! Michał Górczyński - klarnet kontrabasowy, looper mobilny, kompozytor, Sean Palmer – śpiew, Tomasz Wiracki – fortepian oraz Nela Górczyńska - głos w looperze. Dziesięć wierszy, prawie 52 minuty dźwięków. Nagranie studyjne z roku 2018.

Szum semickiego klarnetu, echo cichej pustyni, potem drugi, a nawet trzeci klarnet wpuszczone w wir loopera. Skromne piano, ciepły głos. Niczym muzyka do ważnego egzystencjalnie filmu drogi, pełnego troski o losy świata i znikających tajemniczo postaci. Taniec, rytm i śpiew, to elementy konstytuujące kolejną opowieść. Klarnet płynie gęstym strumieniem, pełnym niespodzianek, bez prostych skojarzeń stylistycznych. W roli akompaniatora i komentatora udanie realizuje się pianista, który raczej szczędzi dźwięków niż ich nadużywa, co sprzyja jakości całej narracji. Głos ludzki, jak przystało na profesjonalnego aktora, jest w stanie zaproponować każde rozwiązanie stylistyczne i estetyczne – grzmi basowym tembrem, śpiewa chłopięcym głosem, głosi prawdy świata niczym kobieta zatroskana o jego losy.

Czwarta opowieść zbudowana jest na loopie, który się … zaciął. Minimalistyczne piano, spokojny, tajemniczy głos – poranny spacer w lekkiej mgle. Piąta brzmi niczym marsz pogrzebowy – niskie dźwięki klarnetu i głosu, wysokie pasaże piano, akcenty perkusjonalne. Groźny klarnet tańczy, tygrys śpiewa. Wnikliwy słuchacz zachwyci się tu także samymi słowami, ekspresją poszczególnych zwrotów i sekwencji literackich. Sporo emocji dostarcza pieśń siódma – zadziorny klarnet, a z ust aktora płynie coś na kształt beat-boxingu. Komentarz dęciaka wynosi ów epizod do miana najpiękniejszego na całej płycie. W finałowych częściach nagrania natrafiamy na moc repetycji, skupienia, zwinne mantry klarnetu, także barwę głosu, która recenzentowi kojarzy się z łagodnym odpowiednikiem Nicka Cave’a. Jeśli starczy wam wyobraźni i dobrej znajomości języka Szekspira, ta podróż może być wyjątkowa.




Kuba Cichocki  Live at Spectrum (Multikulti Project, CD 2018)

Na finał bloku wokalno-recytatorskiego, odrobina free-jazzowego performansu, metafizycznego ujęcia teatru i … droczenia się z publicznością! Polski pianista, nowojorski rezydent, Kuba Cichocki w towarzystwie Patricka Breinera (saksofon tenorowy), Seana Aliego (bas), Flina van Hemmena (perkusja) oraz … publiczności, która trzyma w rękach tajemnicze zabawki i wydaje dźwięki (tu: głośno rozmawia). Dodajmy, iż każdy z muzyków wyposażony został w zabawki dźwiękowe i recytować będzie mniej lub bardziej absurdalne teksty, na ogół zupełnie wyrwane z kontekstu sytuacyjnego. Całość spektaklu składa się z czternastu części, trwa mniej więcej trzy kwadranse, a wydarzyła się w nowojorskim klubie Spectrum w 2014 roku. Od razu zaznaczmy – ta płyta to challange dla słuchacza. Nie jest zwykłym free jazzowym koncertem, ba, w ogóle nie należy jej w tych kategoriach traktować. Zajrzyjmy do środka, by nie pozostać gołosłownym.

Jazz w wielkim mieście! Kwartet gra swingowy temat, jeden z muzyków donośnym głosem recytuje tekst, który sprawia wrażenie zapowiedzi programu publicystycznego na temat coming outu. Zaraz potem głos zabiera publiczność, która głośno debatuje o niczym. Kwartet próbuje przebić się z muzyką. Narracja nabiera mocy improwizacji i konsekwentnie zabija dźwięk baru. Kolejnym zadaniem kwartetu jest zdominowanie foniczne spikera, który zdaje się głosić prawdy objawione. Kolejny passus – już bez obcych akcentów - pokazuje kwartet w pełnej free jazzowej krasie, z mocą ekspresji i siłą kolektywnych improwizacji.

Kolejne odcinki tej epopei, to obok krótkich, filigranowych ekspozycji pianisty, dłuższe, trzy-, czterominutowe, improwizowane przygody w konwencji, jaką poznaliśmy już wcześniej. Szósta część przynosi - nie po raz ostatni - skojarzenie z kolażową muzyką Johna Zorna: krótkie, rwane frazy, dosadne kontrapunkty i dużo humoru. W ósmym - znów recytacja i dużo dobrych dźwięków zatopionych w teatralnych skeczach. Prowokacja i zabawa, trochę żartu z roli publiczności na koncercie. W jedenastej części - tekst po polsku o.. ośle! A na finał Bossa, ale nie nowa… Do gry wchodzi mnóstwo zabawek, zapewne także ze strony publiczności – rodzaj podsumowania tego zaskakującego performansu, podróży tyleż drażniącej i irytującej, co fascynującej i nasączonej ogromną ilości ciekawych free jazzowych fraz.




Julien Favreuille/ Christophe Motury/ Stefan Orins  Till Mina Vanner (Circum Disk, CD 2019)

Na finał naszej dzisiejszej zbiorówki, obiecana muzyka dla … grzecznych dzieci. Recenzentowi trudno powstrzymać się od pewnej dozy ironii, albowiem poprzednie tegoroczne premiery Circum-Disk za każdym razem zasługiwały na moc zachwytów i komplementów, ta zaś, zupełnie najnowsza, jest po prostu nudna. Ale niech nam muzycy wybaczą tę chwilę szczerości - Julien Favreuille na saksofonie tenorowym, Christophe Motury na fluegelhornie i sprawca całego zamieszania, kompozytor i pianista Stefan Orins (doceniamy wszakże fakt, iż swoje personalia umieścił na okładce na ostatnim miejscu).  Siedem utworów (nagranych … live at home), 41 minut z sekundami.

Niemal każda z części płyty, to słodkie melodie podawane unisono przez trójkę muzyków. Po stosownej introdukcji, muzycy kolektywnie tworzą wariacje na temat zadanej melodii. Czasami czynią to dość zgrabnie, jednak ich działania artystyczne na ogół nie noszą znamion improwizacji. Jeśli już któryś z muzyków zostaje wypuszczony na swobodne pole, jego ekspozycja rzadko ekscytuje, a poziom ekspresji przyjmuje na ogół wartości średnie. Dominuje spokojna, melodyjna narracja, pełna powtórzeń i grepsów jazzowych.

Na plus tym incydentom fonicznym trzeba zapisać, iż część z tematów Orinsa naprawdę urzeka swą melodyką i pewną ulotną metaforycznością. Szkoda, że tak zgrabne tematy nie zostają potem ubrane w szaty porządnej improwizacji. Muzykę, którą poza kilkoma, jakże krótkimi momentami semi spiętrzeń, zaliczyć możemy do rzewnego odłamu chill-outu. Żmudne oczekiwanie recenzenta na choćby ziarenko zaskoczenia wieńczy zaś ostatni dźwięk na płycie.



wtorek, 7 maja 2019

François Carrier! Alexander Hawkins! John Edwards! Michel Lambert! Nirguna!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże pierwotnie opublikowana


François Carrier i Michel Lambert - kanadyjscy muzycy-podróżnicy - nie ustają w swoich aktywnościach! Każdej wiosny powracają do Europy, by w pięknych okolicznościach przyrody grać pełnokrwiste koncert free jazzu. W każdej z destynacji saksofonista i perkusista zdają się mieć już swoich stałych partnerów. W Polsce jest nim Rafał Mazur, w Zjednoczonym Królestwie na ogół John Edwards.

Dwie wiosny temu (dokładnie 7 czerwca 2017 roku), do grona brytyjskich partnerów, dołączył także Aleksander Hawkins. Powstały w ten sposób kwartet zagrał prawdziwie ognisty koncert w londyńskim Klubie Vortex, a my dziś – za pośrednictwem Fundacji Słuchaj – możemy cały ów spektakl, pomieszczony na dwóch dyskach, śmiało i w komfortowych warunkach odsłuchać. Dwa sety, cztery fragmenty z tytułami, łącznie blisko 102 minuty! François Carrier na saksofonie altowym, Alexander Hawkins na fortepianie, John Edwards na kontrabasie oraz Michel Lambert na perkusja. Krążek zwie się Nirguna.




Saguna. Set pierwszy koncertu otwiera spokojnym tembrem alcista. Po paru oddechach do gry wchodzi rozbudowana sekcja, który brzmi niczym hard & heavy bop masters. Narracja od początku szyta jest gęstym ściegiem i wynosi śpiewny alt na wysokie wzgórze. Szlak podróży kwartetu zdaje się tyczyć przede wszystkim Hawkins, który jest niewątpliwym nerwem całej opowieści, głównym kreatorem zmian, naczelnym stymulatorem iskrzących się urodą, jakże swobodnych improwizacji, budowanych na bazie bystrego, w pełni otwartego jazzu. Szczególnie dobrze obecność pianisty wpływa na sposób kreowania improwizacji przez Carriera, który mimo wysokich i wielokrotnie dokumentowanych kompetencji w tym zakresie, miewa skłonność do zawieszania narracji lub milknięcia w momentach nie do końca dramaturgicznie uzasadnionych. Tu, w obecności Hawkinsa, nie dość, że unika tego typu zachowań, to jeśli już się na nie decyduje, partner na klawiaturze ciągnie flow, a cała historia toczy się dalej w równie ekspresyjnym stylu. Tu, w trakcie pierwszej części kwartet pełną zdolność do generowania free jazzowej kipieli osiąga już po 120 sekundach. Po kolejnych kilka minutach, muzycy decydują się na pierwszy tego dnia stopping, który staje się okazją do nieostatniej tego wieczoru, pięknej ekspozycji pianisty, który zdaje się czuć w tych okolicznościach koncertowych, niczym ryba w wodzie. Kwartetowa maszyna jak trzeba to zwalnia, jak trzeba przyspiesza bez zbędnej zwłoki, fundując nam - raz po raz - błyskotliwe indywidualne popisy każdego z muzyków, zawsze wszakże czynione przy wsparciu dwóch, a nawet trzech partnerów. Choćby piękne solo kontrabasu na tle repetującego piana i okrężnego drummingu. Narracja charakteryzuje się dużą zmiennością tempa, rozłożenia akcentów, kreowania lidera sytuacyjnego, wzajemnego stymulowania się wszystkich muzyków. W 18 minucie odnotowujemy zwinne zejście do poziomu ciszy, dokonane na barkach kontrabasisty. Po 20 minucie – garść jazzowej nostalgii, zadumy, także klasycystycznych akcentów na klawiaturze. So what ever you want! Pod koniec pierwszej części także kilka łyków wody ognistej pod wezwaniem Coltrane’a, czy Aylera. Wybrzmiewanie ubarwia solo Hawkinsa, intrygująco wspierane mocnymi akcentami kontrabasu i perkusji.

Jivatma. Druga część pierwszego seta, rodzaj kilkunastominutowego encore: rytmiczne, bardzo kolektywne intro, w dobrej komunikacji, bez zbędnych dźwięków – zadziorne akcje, celne riposty, trochę wzajemnych imitacji, dialogów, a nawet pyskówek w podgrupach. Kwaśny flow kontrabasu, kolejne świetne ekspozycje pianisty. W 7-8 minucie frywolne duo piano-alt, potem bardzo bystrze rozwinięte we free jazzowy galop.

Paramatma. Po przerwie muzycy proponują nam ciąg dalszy, znów programowany kolektywnie, realizowany bardzo swobodnie, z uroczym wdziękiem rasowego free jazzu. Kanadyjczycy być może grają jeden ze swoich najlepszych koncertów, wszak z tymi Brytyjczykami, śmiało można konie kraść! Po kilku chwilach ponownego rozpoznania, muzycy wchodzą bardziej zdecydowanie w interakcje, znów dobrze na siebie reagują. Między 6 a 8 minutą proponują nam free power trio (Hawkins milczy), by po chwili, na grzbiecie smyka zawieszonego na kontrabasie, przejść do fazy sonorystycznych czułości. Muzycy zdają się w tym fragmencie mniej koncentrować na ekspresyjnych erupcjach mocy, bardziej zaś prowadzą narrację w formule otwartego jazzu i jedynie dobrych reakcji na poczynania współpartnerów – prawdziwie oświecony kolektywizm! Stylistycznie i dramaturgicznie najwięcej wciąż miesza tu bystry pianista, w każdej sekundzie opowieści mający dobry pomysł na ciąg dalszy. Nad odpowiednim zaś poziomem dynamiki całości czuwa terminator Edwards. W 27 minucie kreatywność kwartetu prowadzi nas w kierunku słodkiej ballady z dużą dawką poczucia humoru. Muzycy czują się świetnie na scenie, wiedzą, że mogą sobie na wiele pozwolić. Na finał tej części seta drugiego – nie wiadomo już który tego wieczoru, piękny pasaż wprost z rozgrzanej klawiatury fortepianu, a w tle bystra i czujna sekcja bass’n'drums. Ten ostatni element układanki, krótkim, ale precyzyjnym solo wieńczy improwizację (brawo Lambert!).

Nirguna. Finałowy odcinek koncertu, przy okazji pieśń tytułowa, wita nas szczyptą perkusyjnego swingu, wspieranego smyczkiem na kontrabasie i klasycyzującym piano ze śpiewnym altem. Muzycy wychodzą z tego wstępu wprost we free jazzowy galop z saksofonem na lekkim delayu. Po 10 minucie zmysłowo tłumią emocje, tym razem na bazie wysokiego pizzicato, serwują nam kolejną perełkę na fortepianie i zwinnie szukają napisów końcowych. Ostatnia prosta pełna jest aylerowskiego uniesienia, tak czułego w dotyku, jak i pikantnego w smaku.




piątek, 3 maja 2019

Ferran Fages & Albert Cirera! Aliatge!


Witamy w świecie fałszywych dźwięków! Welcome to the world of fake sounds! Syczenie z tuby, ruchy suchego powietrza, dysze, które mlaskają niewybrednie, prawdziwa i żywa fizyka saksofonu. Gitara, z powykręcanym strojem, abstrakcyjnie minimalistyczna, brnie przez pierwszą improwizację, plamiąc podłogę pojedynczymi, metalicznymi frazami, dobywanymi przez jedwabne struny. Saksofon wydaje z siebie dźwięki nieistniejącymi szczelinami, wyżłobionymi ciężką pracą w korpusie instrumentu. Dysze, które zdolne są generować fonie w ogóle nie wykorzystując ruchu powietrza. Metafizyka ulotnej chwili. Obok gitara grzmi niczym dzwon, skrytobójczo tłumi narrację, czeka na ostatni dźwięk.




Instrument strunowy wpada w przewiewny rezonans, przez moment sprawiając wrażenie, iż chciałby brzmieć, jak umieszczony na przeciwległej flance narracji saksofon. Ten ostatni odpowiada porcją suchych dronów, a całość zdaje się zanikać w miękkim ogniu elektroakustyki. 3 minuta przynosi kolejną porcję syczących fonii wprost z lodowatego gryfu gitary. Tuba tenoru ma gościa w swoim wnętrzu – pulsuje, grzmi, ma wyjątkowe złe myśli, których pilnuje z atencją godną lepszej sprawy. Na kablach elektroniki, której nie ma w studiu nagraniowym, rodzi się post-harsh-ambient. Moc tajemniczych fonii spowija nasze uszkodzone słuchawki.

Saksofon brzęczy niczym stado szerszeni. Wprowadza nas w trzecią historię zagubionych dźwięków. Na gryfie gitary zagościł filigranowy ćwierćdźwięk. Cirera toczy zapasy z fonią swojego dmuchawca, Ferran wykłada lekcję o zgubnym wpływie elektroniki analogowej na losy świata ponowoczesnego. Kolejnym etapem gry zdaje się być taniec upalonych dysz saksofonu - powietrze wokół niego, od czasu do czasu, wydaje dźwięki, które nawet nieprzygotowany słuchacz bez trudu skojarzy z instrumentem dętym drewnianym. Wszystkim wszakże, bez względu na okoliczności, udziela się zachwyt nad jakością dźwięku, jaki dociera z każdego miejsca studia nagraniowego. Fizyka materii, elektromechanika dźwięku, pytania, które samoistnie rodzą się w procesie odsłuchu – oto i kolejna nowa garść fonii, budowana w skupieniu, artystycznie celna, ekspresyjnie transparentna. W 6 minucie, w ramach zwinnego kontrapunktu, akcenty perkusjonalne saksofonu, którym towarzyszy odgłos dudnienia gitary, oddalonej od tego miejsca i czasu o miliony lat świetlnych. Ślady diamentu na gryfie i pętle przedechów na tubie – to obraz ostatnich tchnień trzeciej opowieści.

Artyści zdają się testować moc pogłosu i echa studia nagraniowego – molekuły dźwięku na gryfie, mokre wydechy tuby. Krople deszczu z jednej strony, pustynne podmuchy wiatru z drugiej.  Piasek w oczach, krew w mózgu. Na moment narracja zagęszcza się – surowy, ogorzały Ferran, natarczywy, emocjonalny Albert. Post-contemporary structured improv vs. new fake sounds! – recenzent notuje myśl z intensywnością adekwatną do sytuacji, w której odnalazłbył właśnie Świętego Grala.

Gitara konsekwentnie gubi moc na porozrywanych kablach. Rozmiar jej dźwięków zasługuje już na przedrostek nano. Tuba szumi. Metafizyka po obu flankach ekspozycji. Poszukiwanie pretekstu do imitacji – elektroakustyczny posmak industrial, jako efekt finalny. Preparacje preparacji, dron w dronie, myśli na dłoniach. Post-elektroniczna akustyka duszy. Piękne wygaszenie płomienia.

Drobna myśl o większej aktywności spowija umysły obu muzyków w tej samej dokładnie chwili. Ferran wspomina najlepsze chwile na płytach tria Phicus, Albert myśli o kolejnej edycji swojej solowej płyty – mała armia fonii nieprawdopodobnych. Narracja gęsta, jak nigdy dotąd. Wulgarne riffy na czerwonych strunach gitary w opozycji do śpiewu, jaki wydobywa się z gardła saksofonu, pełnego brudu, kurzu i popiołu. Po 5 minucie, w obliczu zbliżających się napisów końcowych, muzycy postanawiają złagodnieć. Na moment tłumią emocje, szukają finałowej refleksji. Wejście na ostatnią prostą wyznaczają abstrakcyjne grafiki Ferrana i warstwa suchego powietrza, wyłaniająca się z płuc Alberta.


Aliatge (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2019). Ferran Fages – gitara elektryczna, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy. Nagrane w Barcelonie w listopadzie 2017 roku. Sześć improwizacji, 38 minut i 18 sekund.



Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą płyty.


wtorek, 30 kwietnia 2019

Jacinto, Almeida & Morão! The Selva! Walking into the jungle!


Po sporej dawce portugalskiego acid-rocka, który lubi improwizować, czas na swobodną kameralistykę, która lubi … rockowe emocje, afrykańską polirytmię i - co oczywiste w tym kontekście sytuacyjnym - kreuje muzykę według bardzo luźnych założeń artystycznych.

Trio zwie The Selva, co w każdym z języków panujących na Półwyspie Iberyjskim oznacza dżunglę! O ich poprzedniej płycie pisaliśmy jakieś półtora roku temu, dziś zaś pochylimy się na ich dzieckiem najmłodszym, które zwie się Canicula Rosa (Clean Feed, CD 2019), co po naszemu można określić, jako Różowy Kanion. Skoro wiemy już tak wiele, przypomnijmy sobie personel Selwy: Ricardo Jacinto – wiolonczela, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Nuno Morão – perkusja. Nagrana w styczniu ubiegłego roku płyta trwa 42 minuty i 16 sekund, a składa się z ośmiu opowieści.




Grzmoty kontrabasu, czynione na wejściu, umieszczają pieśń otwarcia w nieco metafizycznych okolicznościach – przestrzeń wokół drży, pomrukuje, z dalekiego planu docierają pierwsze dźwięki wiolonczeli, rezonują talerze. Wokół echo pulsującej ciszy – całość niczym cierpiące chamber, czekające na łyk święconej wody. Narracja buduje się małymi frazami mniejszego strunowca, skromnym, ale zdecydowanie niekameralnym drummingiem i pojękującym z oczekiwania smykiem kontrabasu. Fonia zdaje się być wyjątkowo niskopodłogowa – groza niedopowiedzeń, dziwne malunki na ścianach, na finał zaś odcinka dłuższe pasaże cello. Start drugiej opowieści jest bardzo płynny, bez zbędnej w takim wypadku ciszy - rytmiczna palcówka na gryfie wiolonczeli jasno stawia cele i określa poziom oczekiwań. Progresywny drumming dla podkreślenia sytuacji scenicznej, dynamika całości niczym wyzwolony Madredeus bez głosu boskiej Teresy. Rytm, molowa tonacja do tańca, bezkres portugalskiego saudades, wersja dla zaawansowanych. Kontrabas rzeźbi smykiem bruzdę na gryfie, mąci spokój dynamicznej kontemplacji, sieje artystyczny nieład. Po chwili wahania, podłącza się jednak pod strukturę rytmiczną pieśni i doprowadza ją do szczęśliwego zakończenia. Cisza ma miejsce tuż po ostatnich dźwiękach wiolonczeli.

Kolejny odcinek rodzi się z lenistwa obu smyczków, zawieszonych na strunach. Slow motion bizzare! Płyną wspólnym korytem, a towarzyszą im rezonujące talerze. Brzmienie kontrabasu wydaje się być zdecydowanie bardziej siarczyste, a całość zionie smutkiem, niczym wygłodzony smok. Deep drumming buduje dynamikę, struny trwają w dźwięku. Krok za krokiem narracja gęstnieje – zmysłowa kameralistyka, która wytrwale poszukuje ekspresji post-rocka, a potem jeszcze piękniej przygasa. Czwarty utwór dość drapieżny – dwa razy pizzicato i głośna praca perkusji. Agresywne ekscesy, także grane arco. Wolna muzyka na otwartej przestrzeni – zmiana goni zmianę. Także frazy jazzowego walkingu, które podnoszą poziom ekspresji całości. Dwuminutowa perła temperamentnego chaosu! Brawo!

Piąta historia, znów z nowymi elementami – tym razem kontrabas szarpie struny, a wiolonczela poddawana jest zmyślnym preparacjom. Talerze, mokre werble i narracja, która raz za razem ulega zawieszaniu, w oczekiwaniu na tajemnicę kreacji. Cello zaczyna grać upalony barok, aura kwitnie i rozbłyska małymi fajerwerkami. Semicki klimat, pokój z widokiem na Tejo, wprost z wyjątkowo smutnego wzgórza Santa Catarina. W ramach fonicznego kontrapunktu, cello brudzi swoje brzmienie chrobotem przetwornika. Jazzowy drumming buduje nowe emocje, a mały strunowiec wraca do baroku. Na samym końcu skromne spiętrzenie – każdy z muzyków dokłada do ognia! Wonderful! Bez zbędnej zwłoki szósta pieśń – wiolonczela znów nabiera siarki w usta, skwierczy i rzęzi. Rytmiczne pizzicato kontrabasu zaprasza na dynamiczną podróż. Cała trójka idzie do tańca, struny imitują się, podkreślając doniosłość chwili. Drummer bije rytm – chamber goes rock&roll! Na ostatniej prostej kwaśna mantra!

Siódma pieśń, zatem powoli widać już napisy końcowe. Rytm i repetycja kontrabasu, znów moc brudu na gryfie cello, perkusyjna kipiel. Czysta akustyka i harsh ramię w ramię. Zadziorna i szorstka, pełna emocji etiuda. Wreszcie wielki finał płyty – spokój i niepokój, niczym ogień i woda, napięte struny, rezonans werbla i talerzy. Mały barok wiolonczeli i nerwowy, ale rytmiczny błysk kontrabasu. Całość smakuje pożegnaniem, nie tylko chyba z tą płytą. Wielki, piękny ocean saudades. Aktywny drumming, dźwięczny szelest talerzy w trakcie ostatniej drogi.



piątek, 26 kwietnia 2019

Cement Shoes! Signs Of The Silhouette! Uivo Zebra! Tatvamasi! Like fiery rock is drowning in improvisation!


Dziś zapraszamy na dynamiczny spacer po górach skalistych, zwanych też w języku obcym rocky mountains. Ponieważ pozostaniemy jednak po naszej stronie Wielkiej Wody, a przywołana nazwa geograficzna ma sens jedynie metaforyczny, przekornie użyliśmy w poprzednim zdaniu małych liter, mając pełną świadomość popełnienia błędu ortograficznego.

Cztery prawdziwie ogniste, rockowe bandy, które kochają improwizację! Przed nami gitary pełne prądu wysokiej mocy, muskularni perkusiści, dynamiczne gitary basowe i typowa dla rocka zmysłowa emocjonalność!

Gdybyśmy zajrzeli muzykom do paszportów, to elementem dominującym w naszej opowieści byłaby zdecydowanie Portugalia. Wszakże nie zabraknie dziś także mocnego akcentu krajowego, którego pewne koneksje artystyczne mogą wskazywać na … zachodni skraj naszego przepięknego kontynentu! Naszą podróż zaczniemy jednak w … Brukseli, a w gronie muzyków nie odnajdziemy gitarzysty. Nie zmienia to jednak w jakikolwiek sposób przyjętych wyżej postanowień. So, Let’s Rock!




Cement Shoes  Opus Caemenicium  (Gaffer Records, CD 2019)

Oczywiście zaczynamy od prawdziwego trzęsienia ziemi! Zatem rzeczona stolica Belgii, okoliczności studyjne i trio o uroczej nazwie Cement Shoes, a w nim sami dobrzy znajomi: Giovanni Di Domenico na klawiaturze powszechnie znanej jako Fender Rhodes (to w miejsce tytułowej gitary), Gonçalo Almeida na elektrycznym basie oraz Balázs Pándi na perkusji. Sześć opusów, swobodnie improwizowanych (być może wedle wcześniejszych wytycznych), 40 minut i 52 sekundy.

Punkt startu wyznacza kwaśny dźwięk klawisza na pogłosie, dochodzący z oddali, mały, póki co, dość skromny drumming i dudnienie basówki – klimat jakby odrobinę surrealistyczny, post-kosmiczny. Narracja jest powolna, narasta w tempie ruchu żółwia po amputacji korpusu. Flow fendera zdaje się być dwutorowy, jakby w oczekiwaniu na nadejście płaszcza psychodelii – rezonans, pogłos, echo post-fussion post-rocka. W 5 minucie narracja zagęszcza się w niezwykle rockowy sposób – pętla narracyjna zdaje się mieć moc całkowicie wyzwolonej improwizacji, która czerpie z całej historii muzyki niepokornej – bas kreśli spirale w estetyce hc/noise, klawisz szlifuje kwaśny punk, a doom drumming dopełnia obrazu całości. Opowieść ciągnie oniryczny, ale i ognisty fender, który rzeźbi w dźwięku niczym trzech Hendrixów po wyjątkowo udanej nocy. Ta ekspresyjna fire music wybrzmiewa mokrym ambientem i płynnie przechodzi do kolejnego opusu. Tu introdukcja jest dalece spokojniejsza, ale jeszcze gęstsza, bardziej nasączona kwasami o nieznanym działaniu. Muzyka schodzi do piwnicy, głównie dzięki basiście, który wbija gryf w ubitą ziemię. Wszyscy muzycy, nisko na nogach, płyną po wieczne, ale i cudowne potępienie. Ta full psycho-acid drama gaśnie tuż po czwartej minucie.

Trzeci opus wybucha ścianą dźwięku gitary basowej, którą recenzent całkiem niedawno słyszał już na płycie Low Vertigo (muzyk wszak ten sam!). Fender skwierczy niczym przepalona gitara, perkusja idzie na całość. Brawo! Piękny, ciekły ołów! W 3 minucie bas znów kręci błyskotliwe pętle, a na klawiszu rodzi się już prawdziwa kipiel – free rock and fire! Na wybrzmieniu prawdziwy doom! Wejście w czwarty opus bardzo płynne, na delikatnie wystudzonej klawiaturze. Bas śpiewa wysoką melodię, drummer wyciera pot z czoła - romantyczny fragment jakże piekielnej całości. Narracja płynie soczystym fussion jazzem i nikt nie robi muzykom wyrzutów z tego powodu. Po paru chwilach fantastycznie się jednak dynamizuje – rock in! Gęsty ścieg kolektywnej, rockowej improwizacji. W 4 minucie bas rzuca wyzwanie wyjątkowo mocnym, niemal doom metalowym passusem, fender zdaje się krzyczeć z rozpaczy, perkusja zaś wbija stemple i nie bierze jeńców! Nagłe wytłumienie i … ambientowy klawisz niemal bezboleśnie przenosi nas do realiów piątego opusu.

Opus numer pięć, jeśli słowo się rzekło - progresywny drumming, coś na kształt solowej ekspozycji. Fender tli się w oddali, jakby go nie było, bas milczy aż do trzeciej minuty. Gdy ten ostatni jednak powraca, wszystko gotuje się z emocji i równie nagle kończy. Szósty, finałowy opus wyziera z gęstwiny sprzężeń, symfonii uszkodzonych przetworników dźwięku. Bas rezonuje amplifikatorem. Ośmiominutowa pieśń zamknięcia toczy się na naszych oczach. Fender szuka nowej drogi, gubi wątki i pętli się ze złości, jest już naprawdę gitarą dużej mocy. Narracja niczym harsh ambient pozwala nam zapomnieć o wszystkim, co przyjemne dla ucha. Z tego tygla nieoczywistości rodzi się zmysłowa ekspozycja post-post-fussion. Trochę jak Return to Forever, tuż po przedawkowaniu. Ściana dźwięku - bas kreśli kwaśne do bólu synkopy. Wszyscy razem pięknie tracą tempo i skutecznie szukają zakończenia.




Signs Of The Silhouette  ‎Wigwam  (Bam Balam, LP 2019)‎

Teraz definitywnie na dłużej pozostaniemy w Portugalii! I to nie tylko po to, by świętować 45 rocznicę Rewolucji Goździkowej. Powodem naszych szczególnych zainteresowań będzie lizboński gitarzysta Jorge Nuno. Zawiesimy ucho i oko nad dwoma składami trzyosobowymi z jego udziałem, które brocząc po kolana w estetyce rockowej, ukochały żmudny proces improwizacji w sposób szczególny. Uwaga, przymiotnik kwaśny oraz rzeczownik psychodelia, będą w poniższych akapitach zdecydowanie nadużywane!

Najpierw szósta już płyta zespołu Signs Of The Silhouette, który tworzą, obok wspomnianego Nuno (gitara elektryczna), także André Calvário na gitarze basowej oraz Joao Paulo Entrezede na perkusji. Na płycie Wigwam dodatkowo wspomagani będą przez Makoto Kawabate na gitarze elektrycznej oraz Eduardo Vinhasa na syntezatorach. Warto dodać, iż stałym członkiem bandu jest też Miguel Cravo, odpowiedzialny na działania wizualizacyjne. Wydana na winylu płyta składa się z sześciu części z tytułami, trwa 48 minut i 3 sekundy.

Rockowy drive, sfuzzowany bas, gitarowa ściana mokrej psychodelii, równie gęstej i lepkiej, jak zmysłowej. Sekcja rytmiczna kroi przestrzeń bez chwili zastanowienia, podczas gdy gitara (czasami dwie) uprawiają acidowe szaleństwo, całkowicie zatracając się w procesie ekspresyjnej improwizacji. Zdaje się przy okazji, że japońska gitara ma dodatkowe porcje prądu. Muzyka smakuje ciężkimi dragami i wyjątkowo lekkimi myślami. Drugi epizod tłumi emocje po obu stronach wyimaginowanej sceny – lekka, ciekła narracja, echo, pogłos, filigranowa ekspozycja gitary, małe sprzężenia, puchowe ściany, piękne, dubowe inkrustacje.

Trzecią opowieść poznajemy w samym środku noise’owego zgiełku. Flow sekcji mocny jak walec drogowy, gitara zaś leży na plecach i cudownie rzeźbi w dźwiękach. Rockowa baza, improwizowana nadbudowa. Więcej emocji, mniej kwasu, rzekłby recenzent, gdyby natychmiast nie musiał zmienić zdania – po wyhamowaniu w okolicach 4 minuty, gitara tryska fajerwerkami, jej gryf ocieka brudem, anarchią, prawdziwie punkową nieoczywistością. Solowa ekspozycja Nuno płynie wyjątkowo wysokim wzgórzem. Mantra rocka, improwizacyjne zdobienia. Na ostatniej prostej przyspieszenie i zwolnienie, raz w dół, raz w górę! Czwarta historia pachnie zdrowym rock’n’rollem! Kwaśny marsz po swoje trzech, a nawet czterech kowbojów! Energia kosmosu, witalność, bezpretensjonalność, ale i zadziorność godna klasyków punk & new wave! Jedna gitara śpiewa, droga śle pociska i rozrabia na całego! Free acid impro rock!

Piąty odcinek od pierwszego dźwięku kłuje w oczy niebywałą urodą! Dub & crazy slow motion! Piękna mieszanka kwasów różnogatunkowych – gitara zdaje się pleść androny, bas szykować do drogi, a perkusja milczeć… W 5 minucie talerze leniwie budzą się do życia, bas rysuje linię melodyczną i doprowadza wszystkich do szczęśliwego zakończenia. Oto i szósta, finałowa ekspozycja – gęsty, energetyczny rock powraca – transowe drum’n’bass, zgiełk dwóch gitar, a może raczej gitary i syntezatora. Atak żywych, wyjątkowo hałaśliwych klonów – parafrazując klasyków. Koniec tej niebywale udanej płyty aż kipi energią, więcej w nim hałasu, niż samej psychodelii, nawet garść melodii na ostatniej prostej, ale w estetyce harsh rocka.




Uivo Zebra  ‎Uivo Zebra (Bocian Records, CD 2018) & Gancho (A Besta, Kaseta 2018)

Jorge Nuno i jego gitara elektryczna zostają z nami! Trio Uivo Zebra tworzą wraz z nim – świetnie nam znany kontrabasista Hernani Faustino, tu z instrumentem swojej młodości, czyli gitarą basową oraz João Sousa na perkusji. Trio debiutowało w roku ubiegłym dwoma wydawnictwami ( w tym jednym, wydanym w Polsce!), które za moment skwapliwie omówimy. Selftitled dysk zawiera pięć utworów, trwa 51 minut i 55 sekund, kaseta Gancho – trzy utwory, trwa 44 minuty i 38 sekund (nazwy wydawców z tytule podrozdziału). Choć muzycy nie precyzują tego na okładkach obu wydawnictw, grać będą muzykę improwizowaną opartą o schematy i rozwiązania typowe dla muzyki rockowej.

Zacznijmy od płyty wydanej przez Bociana. Pojedyncze dźwięki talerzy, dzwonków i dzwoneczków, głęboki drumming, preparacje wymieszane z ciszą na gryfie gitary – start Uivo Zebra czyniony jest w niemal dark ambientowych okolicznościach. Pogłos oczekiwania, echo zwiastujące wydarzenia, które dopiero nadejdą. W trakcie 4 minuty nagrania na horyzoncie pojawia się coś, co możemy uznać za rozpoczęcie tzw. narracji właściwej. Gitara skrzy się dubem, bas pulsuje, perkusjonalia pobrzękują – stuprocentowe impro w gemie otwarcia! Bas zdaje się podawać pierwszy rytm dopiero w 7 minucie, brzmi niezwykle masywnie, na jego tyle gitara sprawia wrażenie puchu unoszonego przez wiatr. Silny, rockowy drive - flying guitar i bas, który nie znosi pustki i cały czas, niezależnie od swojej wiodącej roli rytmicznej, plecie małe improwizacje na gryfie. Epickie, niemal 13 minutowe otwarcie, w finale którego gitara zdaje się osiągnąć poziom pełnej, artystycznej ekstazy.

Druga część startuje niezwykle kolektywnie, zwartym, nieco hałaśliwym, rwanym post-rockowym krokiem. Improwizowana sytuacja, z której wyjście podpowiada estetyka muskularnego hc/punk – gęsto, instynktownie, wyraziście! Bas i gitara snują swoje historie, perkusja naciska na obowiązki narracyjne – prawdziwy power noise! Kolejną część otwiera pulsująca gitara na pogłosie. Sekcja stara się stawiać zasieki i jest w tym niezwykle skuteczna. Narracja mimo to wydaje się nad wyraz spokojna. Po pewnym czasie rodzi się melodyjny wątek – rodzaj upalonego bluesa! Bas rzeźbi w poprzek toku myślenia tria, nieustannie zagęszcza narrację. Gitara tuż obok, from time to time, zdaniem odrębnym akcentuje swój psychodeliczny wymiar dźwiękowej nieskończoności. Spowolnienie sprawia, iż muzyka gęstnieje niemal do stanu magmy. Poszukiwanie zakończenia realizuje bystrym solowym popisem gitarzysta, podczas gdy goła sekcja gna na ostateczne zatracenie!

Czwarta część płyty – gitarowy hałas i sekcja, która brzmi niczym The Rolling Stones wiele lat temu! Wszystko szyte tu jest gęstym, rockowym ściegiem. Niczym Motorhead przepuszczony przez prasę hydrauliczną. Ciasne, dotkliwe, emocjonalne, prawdziwe – heavy rock & noise in impro hell! 8 minuta, to dynamiczny zwrot akcji – świetny pomysł! Na wybrzmiewaniu, tuż potem, dobra robota perkusisty i … upadek w kolejną gęstwinę dźwięków. Epicki, znów niemal 13 minutowy dramat! Tuż po jego wybrzmieniu czas na pieśń finałową: małe dźwięki, drobne pulsacje, gitara, bas i perkusja liżą rany -  jakże potrzebna chwila wytchnienia – po czym zbierają się do ostatniej posługi wobec słuchaczy. Gitara dubuje, bas improwizuje na niezadany temat, perkusja wpada w drobną, ale jakże uroczą kipiel. 3 minuta, rockowy motyw z basu budzi wszystkich do życia. Znów pachnie bluesem i wielokrotnie złamaną miłością. Slowly, but heavy! Gitara łapie psychodelicznego dryla, a sekcja brnie dalej bez udziwnień – toż to nawet mały galop! Widmo finału płyty bynajmniej nie tłumi emocji muzyków – dynamiczna perkusja, rockowy bas i gitara, która pętli się wokół własnej osi, snuje kolejną dobrą opowieść. I znów galop – historia rocka zna takie przypadki! Last minute – piękne gaszenie płomienia, głównie za sprawą, jak zwykle błyskotliwej gitary!




Gancho - ten sam podmiot wykonawczy, być może także miejsce i czas. Startujemy z przytupem, na ostro – precyzyjna sekcja, gitara, który niczym skalpel, tnie krótkie, metaliczne frazy. Mniej rocka, więcej impro jazzu – notuje recenzent, ale sam nie jest do końca przekonany do swoich osądów. Oto bowiem gitara zaczyna swój uroczy, i jakże dla niej typowy, psycho-dance till death! W 4 minucie komplet muzyków czyni dramaturgiczną pętlę, niczym zahartowany w bojach noise band. Na tle poprzednio omówionego nagrania, tembr gitary basowej zdaje się być nieco delikatniejszy, także drumming, nawet w stanie kipieli, nie powoduje, iż ściany naszego salonu odsłuchowego zaczynają pękać. Za to gitara zdaje się mieć jeszcze więcej ognia w sobie. Na finał odcinka, gęsta kipiel w stabilnej dynamice, z gitarą, która płonie po nieboskłon i basem, który dogorywa w znoju improwizacji.

Cześć druga, najdłuższa, ponad 22 minutowa, rusza z kopyta dynamicznym drummingiem, ognistą gitarą (jakże by inaczej) i hardcorowym basem, który świetnie zna swoją rolę. Rockowy flow gaśnie jednak już po 120 sekundach – narracja rozlewa się szerokim korytem, a w niej cudna dubowa gitara, aktywna perkusja i perkusjonalia, bas na dorobku. Restart następuje po 30 sekundach i znów pcha trio w pełny galop - moc kwasu na obu gryfach! 6 minuta wyznaczy kolejne hamowanie, podczas którego sekcja łapie bluesowy flow, gitara tuż obok żyje zaś własnym życiem. Cała narracja zdaje rozpływać się w wyjątkowo słodkiej w tym momencie psychodelii. W 9 minucie bas mąci spokój, tnie punkowe riffy, a zaraz po nich jazzowe synkopy, jakby dawał nowe życie tej opowieści. Uroda kolektywnej improwizacji w rozkwicie! Ciąg dalszy stawia na jeszcze większe uspokojenie – bas kreśli małe pętle, gitara świeci na czerwono, perkusja czyni swoją powinność. Rodzaj chill-outu dla zaawansowanych. Po upływie kwadransa – eksplozja gitary! Trio rusza na kolejny podbój świata! Bystry recenzent notuje w kajecie: ta edycja Zebry mniej nastawiona jest na gęste zwarcia narracyjne, więcej w niej powietrza, luzu i swobody beztroskiego improwizowania. Finał tej części dostarcza jeszcze kilka tropów gatunkowych – szczypta noise, post-elektroniki i harshu. Why not! Rock ma swoje prawa!

Wreszcie finałowy kwadrans – zaczyna go wyjątkowo spokojna gitara, bas, który stąpa małymi frazami, niemal flażoletami, także drżenie talerzy, garść pogłosu i dubu. Muzycy zdają się serfować po niespokojnym oceanie, ale nie wykonują nerwowych ruchów. Wraz z rozwojem sytuacji, bas zaczyna grzmieć i dudnić, gitara przeciwnie – łagodna jak baranek. Rodzi się stabilny flow otwartego jazzu. W 6 minucie bas ogłasza kres tych relaksujących zabaw – jest rytm, jest ogień na gryfie gitary, możemy zatem startować z kolejną eskalacją. Ekspresyjny taniec i fajerwerki, kind of psycho-harsh-post-anything-rock! Ale tu tak naprawdę rządzi improwizujący bas – snuje motyw, łamie go i deprecjonuje, gitara zaś śpiewa na stojąco, a potem gna w kierunku napisów końcowych. Po drodze zdarza się jej jeszcze jedna eksplozja mocy (11 min). Ostatnia prosta jest niezwykle efektowna – fire and psycho as well!




Tatvamasi   Amor Fati (OBUH Records ‎, CD 2017)

Na potrzeby ostatniej płyty dzisiejszego zestawu, opuszczamy Portugalię (choć o niej nie zapominamy!) i przenosimy się do Lublina! Przed nami czwarta płyta kwartetu Tatvamasi, który na potrzeby nagrania Amor Fati, rozrósł się do septetu, a chwilami nawet do oktetu. A zatem skład bazowy: Grzegorz Lesiak – gitara elektryczna (kompozytor całości materiału, który za moment zdekonstruowany zostanie bystrymi improwizacjami), Tomasz Piątek – saksofon tenorowy, Łukasz Downar – gitara basowa i Krzysztof Redas – perkusja oraz goście: Anna Witkowska i Michał Ostrowski – skrzypce, Małgorzata Pietroń – wiolonczela i Wojcek Czern – elektronika oraz produkcja samego nagrania, w słynnym w kilku światach studiu nagraniowym w Regałowie. Sześć utworów, 40 minut bez 14 sekund. A co z tym zachodnim krańcem Europy? Poprzednia płyta Tatvamasi nagrana została w towarzystwie Yedo Gibsona I Vasco Trilli. Pisaliśmy o niej na tych łamach.

Coś mi się stało z Twoją głową. W klimat pieśni otwarcia wprowadza nas trzyosobowa sekcja strunowa, która z prawdziwie góralskim zaśpiewem pięknie podprowadza kwartet tubylców Tatvamasi, którzy jazz-rockowym nerwem zaczynają siać artystyczny popłoch. Zwinny temat, strongly strings, funkująca gitara, bystre harmonie wprost do śpiewania i tupania nogą. Wejście w świat improwizacji odbywa się na barkach gitary, która lubi psychodeliczne wycieczki. Niemniej bystry zdaje się być saksofon, który także lubi funkowe emocje. Skoro był temat i improwizacje, musi być też coda – znów smakuje tu wiatrem od gór! Dziwne rzeczy dzieją się w pudełku z zagadkami. Gitarowe intro, perkusjonalia z basem płyną dość ilustracyjnie, skromny saksofon. Gitara plecie mantrę, reszta pięknie improwizuje. Noszę klucze i świecę lampami. Temat ponownie zadaje sekcja strunowa – znów wydaje się być lekki, skoczny, frywolny, tu barwiony analogową elektroniką. Temat prowadzi też kwartet, co kardynalnie zagęszcza opowieść. Po przejściu w stan zmysłowego wytłumienia, leniwie docieramy do fazy improwizacji – najpierw saksofon, potem dochodzi gitara pełna zdrowego kwasu. Efektem tych wszystkich wydarzeń, nowy flow, któremu najbliżej do żywego, pełnowymiarowego jazz-rocka. Sekcja rytmiczna zdaje się prowadzić całą historię z saperską precyzją, którą pęknie podkreślają jakże śpiewne skrzypce i wiolonczela. Na wybrzmieniu te ostatnie nucą balladę, ale nie jesteśmy pewni, czy można jej słuchać przy dzieciach.

Zacne zajęcia wydają się nie mieć ani sensu ani końca. Zaczyna bas na ugiętych kolanach, z odrobiną preparacji. Saksofon szuka dna tuby, analogowa elektronika zagubionego kabla, jest też wielobarwne percussion – ta pieśń lśni mocą bardzo swobodnych improwizacji. Recenzent aż piszczy nad kajetem. Rockowy dryl narzuca po czasie dynamiczna perkusja. Reszta instrumentów wszakże wciąż miesza i mąci, dzięki czemu narracja budzi powszechną grozę i dramaturgiczny niepokój. Właściwy temat utworu być może jest naszym udziałem dopiero pod koniec 5 minuty. Why not! Życie to nie jest spacer po równinie. Tako rzeczą skrzypeczki i zapraszają do tańca w tonacji odrobinę molowej. Bas i gitara tworzą epicką introdukcję. Funk sekcji rytmicznej daje się nam we znaki po 45 sekundzie, ale tu zmiana stara się gonić zmianę. A może tak szczypta ciekłego metalu?? Nie, z powrotem funky as well! Trochę prawdziwie Zornowskiego eskalowania tempem zmian! Istotne spowolnienie spotyka nas po 4 minucie, ale nie trwa ono długo – znów dynamizacja, okraszona świetnym dialogiem saksofonu i gitary – brud, anarchia i psychodelia. Whaw! Dolina matczynych napomnień. Finał rodzi się pośród sekcji rytmicznej, która snuje niezobowiązujące slow motion. Pod ścieg narracyjny delikatnie, unosząc się na palcach, wchodzą skrzypce i wiolonczela. Taniec zwinnych świerszczy po łące zroszonej wiosennym deszczem. Piękne!