Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aidan Baker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aidan Baker. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 czerwca 2021

Yodok & Pupillo! Stratosphere! Scatterwound! Ringhof! D.L. & Lindholm! The Midira’s dark taste of spring!


Dziś zapraszamy do krainy mrocznego ambientu na spektakle dźwiękowe, które zdają się nie mieć konkretnego początku, a już na pewno nie mają definitywnego końca! Nie będziemy jednak chill-outować w wygodnym hamaku, tudzież raczyć się delikatnymi, młodzieżowymi używkami, raczej stawać będziemy w obliczu egzystencjalnych pytań o miejsce dźwięku w kosmosie i skutki cierpliwego powtarzania fraz aż do ich nieistniejącego końca.

W części przypadków pozostawać będziemy w orbicie muzyków dobrze nam znanych. Przypomnimy sobie, iż nasza ulubiona formacja improwizowanego dark ambientu – Yodok – ma także swoją wersję prymalną, niezakładającą w niej udziału belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa. Tego ostatniego spotkamy jednak na kolejnej płycie, gdzie będzie istotnym Kolaboratotem muzyka ukrywającego się pod pseudonimem Stratosphere. Będzie nim także tajemniczy N, z którym zetkniemy się zresztą chwilę później, na kasecie, która zawiera najnowsze dzieło duetu Scatterwound. Duet ów tworzą zarówno rzeczony N, jak i wspomniany sekundę wcześniej Dirk Serries. Wreszcie na kilka chwil zanurzymy się w projektach, które zagoszczą na naszych łamach zdecydowanie po raz pierwszy, czym uroczo domkniemy prezentację pięciu wiosennych nowości niemieckiego labelu Midira Records.

Emocji zatem nie zabraknie! Uwaga, nie trzeba zakładać ciemnych okularów - z mroku egzystencji nie wyłonimy się choćby na ułamek sekundy!

 


Yodok & Massimo Pupillo  V (Midira, CD 2021)

Pisana po rzymsku Piątka, to studyjne spotkanie oryginalnego duetu Yodok (Kristoffer Lo – amplifikowana tuba i flugabone, gitara barytonowa oraz Tomas Järmyr - perkusja) i włoskiego basisty Massimo Pupillo, którego zapewne pamiętamy choćby z formacji Zu. Muzycy improwizowali przez niemal pełną godzinę zegarową, produkując nieprzerwany strumień dźwiękowy.

Rozciągnięta w czasie opowieść rodzi się w prawdziwych bólach kreacji, a wszystkie procesy introdukcyjne, aż po przecięcie pępowiny, trwają niemal dziesięć minut! Zaczynają amplifikatory, które szumią i syczą niewykorzystaną mocą. Potem pojawiają się pierwsze pasma ambientu, które niepokoją nastrojem i niemal stoją w miejscu. Pierwsze znaki życia zestawu drummerskiego, to połowa 8 minuty. Akcja właściwa zaczyna ślamazarnie wykluwać się ze skorupy cierpliwości dopiero w połowie 11 minuty, gdy od strony Lo coś zaczyna efektownie podśpiewywać (ach, ta jego tuba!). Po upływie kwadransa do ognia dolewa drummer, który rysuje pętle, ale także preparuje dźwięki. Garść usterkowych brzmień dodaje Pupillo, który jak na razie przysypia, a ciekawiej zaczyna frazować dopiero w połowie 21 minuty. Akcję napędza w każdym razie perkusja, bo ambientowe strumienie z dęciaków wciąż grzęzną w mule narracyjnym. Pojawiają się także tajemnicze dźwięki, które być może pochodzą z gitary barytonowej. Całość wszakże nabiera rumieńców, a moc zdaje się płynąć z każdej strony - bas szeleści brudnym fuzzem, czasami nawet sprzęga się, a perkusja trzyma wszystko w ryzach meta rockowej improwizacji.

Czyste, długie i kojące frazy ambientu pojawiają się na powrót dopiero w okolicach 37 minuty. Ten specyficzny stopping daje jednak sygnał do budowania kolejnego spiętrzenia, które osiąga swój szczyt ledwie po kilku minutach – tuba śpiewa, stopa perkusji bije jak serce wszechświata, a bas dudni dopełniając obrazu najlepszego momentu tego nagrania. W 50 minucie perkusja na kilka chwil milknie, ale towarzystwo nie zdejmuje nogi z gazu. Emocje rosną, drony niskiego i wysokiego rejestru przenikają się wzajemnie. Powrót perkusji wyznacza ostatni dziś atak mrocznych sił! Finałowe fajerwerki, to plejada dźwięków ze strony każdego muzyka, dźwięków, które krzyczą, ale i swobodnie zamierają. Ostatnia minuta drży post-ambientem i ciszą wygasłego drummingu.

 


Stratosphere  Collaborations II (Midira, CD 2021)

Edycja muzyki ambientowej często szczędzi nam szczegółów w zakresie czasu i miejsca powstania danego nagrania, jego trybu realizacji, a także danych personalnych samych artystów. Zatem, któż kryje się pod pseudonimem Stratosphere nie wiemy – być może produkuje on dźwięki wyłącznie za pomocą gitary, być może korzysta także z elektronicznego akcesorium. Dużo więcej wiemy o muzykach, których zaprosił na kolejną edycję swoich Collaborations. W utworze pierwszym wspomaga go kolejny muzyk-anonim Ashtoreth, który koncertuje się na produkowaniu ambientu z przetworzonej elektronicznie wokalizy (zapewne własnej). W drugim utworze pojawia się gitarzysta N, którego znamy m.in. ze współpracy z Dirkiem Serriesem. Ten zaś belgijski gitarzysta posadawia się na płycie w utworze trzecim i wraz z perkusistą Tomem Malmendierem, pozostanie na niej aż do końca. W ostatnim, piątym utworze słyszymy wszystkich artystów, jacy zaprezentowali się w poprzednich częściach, a także – na dokładkę – kolejnego naszego dobrego znajomego ze świata ambientu, gitarzystę Aidana Bakera. Pięć improwizowanych części trwa łącznie prawie 65 minut.

Pierwszą opowieść budują rozlegle strumienie czystego ambientu, udanie wchodzące w zwoje elektronicznie przetworzonego głosu, którego śpiewny flow ciekawie kontrapunktuje post-gitarowe frazy. W tej magmie chill-outu z czasem pojawia się pewien zgiełk niepokoju. W kolejnej części do bazowych fraz gospodarza nagrania dołącza drugi gitarzysta, zatem nie dziwi fakt, iż obaj muzycy budują narrację mnożącymi się wątkami gitarowymi. Epizod rozpoczyna basowy loop, a po kilku jego powtórzeniach całość nabiera odrobinę syntetycznego posmaku i zdecydowanie bardziej mrocznej aury. W ramach uroczych zdobień, na flankach słyszymy garść post-akustycznych dźwięków.

Począwszy od trzeciej części jakość ambientowych ekspozycji definitywnie rośnie, co jest efektem działań nowego gitarzysty, ale także, a może przede wszystkim, intrygujących improwizacji perkusisty, który buduje swoją opowieść akustycznymi frazami, dba o rezonujące talerze, czy generuje garść dźwięków preparowanych na suchej glazurze werbla i tomów. Mroczny nastrój nie opuszcza muzyków, improwizacja nabiera intensywności i w swojej końcowej fazie brzmi, niczym najlepsze wersje formacji Yodok III. Czwarta improwizacja zdaje się być na tle poprzedniczki znacznie łagodniejsza, kreowana dźwiękami zdecydowanie wyżej zawieszonymi. Sam drumming pachnie tu rockową piosenką bez tekstu, a basowe inkrustacje dopełniają obrazu. Szczęśliwie narastająca retoryka ambientu zagęszcza flow i wyrzuca ekspozycję poza nawias rockowych skojarzeń. Ostatnia część, grana już niezłą watahą muzyków, zaczyna się w niemal pogrzebowym tempie. Czyste i zabrudzone fale ambientu, blask talerzy, wokalna mgławica - wszystko to lepi się w strumień dźwięków, który z czasem wstaje z grobu, zaczyna gęstnieć i ponownie pachnieć yodokowym spleenem. Kilkunastominutowa improwizacja ma kilka faz, chwilami sprawia wrażenie, iż powoli zamiera, by na ostatniej prostej znów efektownie nabrać wiatru w żagle.

 


Scatterwound x Duane Pitre  CB (Midira, Kaseta 2021)

Duet gitarzystów – Dirk Serries i N – zagrał onegdaj pewien krótki, ale bardzo intensywny performance w belgijskim Merksem, w miejscu zwanym Zamkiem Bouckenborgh. Dokumentację tego wydarzenia fonicznego usłyszymy na pierwszej stronie kasety. Na drugiej zaś – miks owego koncertu, dokonany przez Duane’a Pitre. Całość odsłuchu nie zajmie nam więcej niż 33 minuty.

Gitarowy, dość grubo ciosany ambient tworzą tu dwa drony. Jeden, wysoko posadowiony, zdaje się stać w miejscu, drugi – mroczny, pełen kosmicznego brudu, pick-up’owych zniekształceń, nadciąga z daleka i raczej nie budzi przyjaznych reakcji. Oba pasma mroku nie zadają pytań i nie czekają na zbyteczne odpowiedzi – one kompulsywnie wyją post-gitarową transcendencją, niepozbawioną posmaku psychodelicznego rocka. Płyną niczym gęsta struga krwi, którą jedna gitara brudzi, drugi zaś stara się filtrować czystszymi frazami. Muzycy kreślą wyjątkowo długie pętle, a w tle budują delayami i przetwornikami prawdziwe piekielny background. Na finał flow łagodnie, rozlewa się w szersze koryta, ale to nie jest rodzaj odrodzenia, to jedynie powolne konanie.

Druga strona kaseta zdaje się ów ciężki trud dwóch gitarzystów od razu silnie skompresować, pozbawić oddechu i sprowadzić do wąskiej strugi syntetycznego, surowego post-ambientu. Całość wydaje się być wyjątkowo daleka od oryginału, stanowi raczej nową narrację zupełnie innego autora. W połowie seta coś delikatnie pulsuje, jak zepsuty mechanizm nieznanego urządzenia. Opowieść zdaje się wybrzmiewać, tracić moc, nabierać niemal dubowej poświaty. W końcu wydaje nam się, iż słyszymy pierwotne frazy gitar, ale umieszczone w takiej odległości od naszych receptorów słuchu, iż mogą one być jedynie złudzeniem.

 


Ringhof  Ballad For Heavy Lids (Midira, Kaseta 2021)

Przed nami kolejna anonimowa postać, Ringhof, która przy użyciu brzmień elektronicznych (wszakże nie bez posmaku naturalnych dźwięków) zabiera nas w intrygującą podróż po bezdrożach ambientu, opowieść uformowaną w jeden strumień dźwiękowy, acz podzielony na cztery części, które łącznie trwają około 35 minut.

Pieśń otwarcia budują fale czystego ambientu, które wykonują jakby drogę odwrotną w stosunku do reguł gatunku. Wraz z upływem czasu, z gęstego, wieloelementowego strumienia zaczynają wyodrębniać się jego poszczególne składniki, by na końcu pozostawić nam jedynie basową pulsację. Opowieść ma bardzo molowy, ale niezbyt mroczny nastrój i bazuje na wielokrotnych powtórzeniach. Kolejna część, do której docieramy bez chwili ciszy, zdaje się być bardziej mroczna, z czasem nabiera też bardzo syntetycznej intensywności. Nie stroni wszakże od blasku bardziej czystych fraz. Muzyk po raz kolejny stawia na szerokie spectrum możliwości brzmieniowych i form ambientowego frazowania – od czystego piekła po siarczyste niebo!

Trzecia część tej samej historii budowana jest zarówno przez basowe, matowe frazy, jak i błękitny niemal ambient. Wszystko tu funkcjonuje na zasadzie pewnego dysonansu brzmieniowego. Górne frazy płyną leniwie, środkowe i dolne pulsują. A na finał znów czeka nas mała dekonstrukcja, pewnego rodzaju rozwarstwienie dźwięków. Ostatni etap tej intrygującej podróży zaskakuje najbardziej - muzyk co rusz dostarcza nam dźwięki, które kojarzyć moglibyśmy z żywą akustyką. Coś pulsuje, ktoś ciągnie za struny, coś innego drży i skwierczy. Oto misterna pajęczyna syntetycznych brzmień, które szukają (udanie!) swych akustycznych korzeni. Ów konglomerat niespodzianek wieńczy fala czystego ambientu, głosząc swój niemal epicki triumf narracyjny. Ale … ostatni dźwięk zdaje się być prawdziwie gitarowy!

 


Jean D.L. & Otto Lindholm  Apophenia (Midira, Kaseta 2021)

Pod ostatnią dziś nowością wydawniczą Midiry podpisuje się dwóch muzyków, z których jeden częściowo ukrywa swoje dane personalne. O samym nagraniu wiemy jedynie tyle, iż powstało podczas trzech nocnych sesji (improwizowanych?), a muzycy używali w ich trakcie gitary i kontrabasu. Zbudowali dalece intrygujący konglomerat mrocznych soundscapes i dronowych pasaży. Podzieli go na siedem odcinków, które trwają łącznie 45 minut z sekundami.

Trzy apofoniczne kwadranse z misterną plecionką dalece fascynujących dźwięków zdają się idealnie reasumować nasze spotkanie z midirowym dark-ambientem. Na początek muzycy serwują nam mroczne pasma niemal czystego ambientu, ale dobywające się jakby z samego dna głębokiej krypty. Wokół bazowego strumienia fonii krążą półdźwięki, urywane frazy, sprawiające wrażenie, jakby źródłem ich pochodzenia były żywe, wręcz akustyczne instrumenty. Flow jest definitywnie wielowątkowy, niepozbawiony tajemniczych szumów i szmerów. W drugiej części słyszymy dźwięki strun basu i gitary. Brzmienie tej drugiej jest delikatnie sfuzzowane. W koniec tej części coś zaczyna podśpiewywać, jakby pijane skrzypce połączone zostały do prądu niewielkiej mocy. Kolejną narrację zdaje się tworzyć głównie gitara, ale jej dźwięk płynie w magmie post-industrialnych mikro hałasów. Opowieść pełna wątków i pomysłów narracyjnych gaśnie pojedynczym, akustycznym dźwiękiem.

Czwarty epizod budowany jest z drobnych, niemal akustycznych fraz, które rezonują ambientowym echem, a komentowane są szeptem, który dociera do nas z bardzo daleka. W piątej części powraca posmak industrialu. Gęste, post-gitarowe strumienie, małe sprzężenia, lejące się przez ręce z czerstwym delayem. W przedostatniej części bas sugeruje post-rockowe frazy, pracuje echo, a gitarowe pick-upy zdają się tańczyć w niemal dubowej poświacie. Utwór kończy cała plejada wysokich, dość kanciastych fraz. W zakończenie płyty powraca czysty ambient, ale znów stawia wiele znaków zapytania. Dubowy pogłos, a nim kawalkada rozśpiewanych dronów o różnej intensywności i chropowatości, która kończy się nagle, wraz z drastycznym wyrwaniem kabla z gniazda zasilania.

 

 

piątek, 24 stycznia 2020

Dead Neanderthals! Ugory! Transtilla! Baker & Davis! Serries! When the Dark becomes nearly Black!


Czas na mroczną, istotnie depresyjną podróż po zakamarkach post-rocka, dark & black ambientu, zwinną wiwisekcję tego, co wartościowe we współczesnej muzyce, która naprawdę dobrze czuje się na spowitej ciemnościami scenie, w przeklętym miejscu niemal całkowicie pozbawionym dostępu promieni słonecznych. Dzisiejsza opowieść nie będzie traktowała improwizacji, jako głównego narzędzia artystycznej kreacji, baa, czasami ta ostatnia będzie miała śladowy charakter, a sercem narracji stanie się bezgraniczna, czarna meta rzeczywistość, wypełniona prawdziwie frapującymi dźwiękami.

Przegląd nowości tak zorientowanej stylistycznie muzyki zaczynamy od tradycyjnej, sylwestrowej epki naszych ulubionych, holenderskich freaków z Dead Neanderthals. Potem krajowe Ugory, które kolejnym krótkim albumem zgłaszają akces do świata muzycznych wspaniałości, dodatkowo pretendując do miana najlepszego mixera różnych odmian dark and black post-music w naszej części galaktyki. W dalszej kolejności - stuprocentowe odkrycie Trybuny, czyli holenderska Transtilla (cóż za fantastyczna nazwa!), a na koniec nasi świetni znajomi – Aidan Baker i Dirk Serries, skutecznie zanurzeni w oparach chłodnego dark ambientu.




Dead Neanderthals  Mankind (bandcamp, DL 2019)

René Aquarius na perkusji i Otto Kokke na syntezatorze oraz gość - Ethan Bokma na klarnecie. Kolejna sylwestrowa petarda, krótka (niespełna 14 minutowa, studyjna rejestracja), znów estetycznie dosadna, a artystycznie niebywale intrygująca, i jak zawsze, wyposażona w werbalne motto.

Mankind/ Ludzkość. Natura, która rozkwitła pod nieobecność człowieka. Masywny, jednostajny rytm potężnej baterii perkusyjnej, zmutowanego rocka, który dawno już pożarł własny ogon, tu w towarzystwie siarczystego dronu wprost z syntezatora. Narracja pełna egzystencjalnego skowytu pełznie, niczym materia, która definitywnie zagubiła swojego ducha. Pasmo generowane przez Kokke, które zdaje się być modyfikowane mikro zmianami napięcia, z sekundy na sekundę nabiera rockowej ekspresji. W połowie czwartej minuty brzmi, jakby do gry włączyły się gitara i bas elektryczny, wpuszczone w czeluść kabli wyjątkowo dużej mocy. Po szóstej minucie do tej gęstej magmy trafia kolejne pasmo, które wydaje się krzyczeć swoją czerstwą syntetycznością, a wszystko pobrzmiewa, niczym legendarni The Swans w edycji The Day After. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko play loud or go away!

Post-rockowa ściana dźwięku, modulowana zgodnie z przyjętą stylistyką, w połowie dziesiątej minuty wchłania pasmo czystego klarnetu (ten instrument być może jest już z nami od dawna, ale dopiero teraz wydał pierwszy, artykułowany głos). Opowieść smakuje The Eternal, pieśnią Joy Division, którą po czterdziestu latach ktoś przypadkowo podłączył pod wciąż jeszcze żywe jądro elektrowni atomowej w Czarnobylu. Krzyk fonii, który zdaje się wyznaczać kres gatunku ludzkiego, prawdziwie syntetyczna wichura, która wybrzmiewa piskiem rozszarpywanych meta gitar.   




Ugory  Późne Lato  (Koty Records, Cassette/ CD 2019)
‎
Zacznijmy od przedstawienia załogi: Marcel Gawinecki – gitara, syntezator, głos, bas, teksty, człowiek orkiestra, który jako jedyny uczestniczy w każdej z sześciu części Późnego lata, Marcin Haremza - perkusja (utwory 1 i 5), Robert Śliwka – głos i teksty (3,4), Slasia Wilczyńska – lira korbowa i głos (1), Jakub Lemiszewski – syntezator (4), Michał Biel – saksofony (5) i Maciej Maciągowski – syntezator, głos (6). Odsłuch tej niebywałej mieszanki czarnych wątków zaczerpniętych z muzyki post-rockowej, post-elektronicznej i post-ambientowej zajmie nam niespełna 28 minut.

Przygodę z Późnym Latem, po prawdzie także z każdą jej częścią, zaczynamy w zgiełku gitarowych przepięć. Iskry lecą na wszystkie strony, a energia złej kinetyki bije z każdej ołowianej struny. Opowieść, która płonie ogniem zwątpienia w moc ludzkich czynów. Gitarę wspomaga dron syntetycznego basu, a całość sprawia wrażenie doom metalu, który stoi w blokach startowych. Napięcie buduje także krzyk liry korbowej, nadając pieśni industrialny koloryt. Po pewnym czasie kobiecy głos uspokaja narrację, po czym do gry wbija się masywna perkusja i growlowy głos męski, który stawia na baczność wszystkie nasze receptory słuchu. W drugiej części gitara zostaje sama ma rykowisku – krzyczy i sprzęga się niemiłosiernie, buduje dron, który jest zdolny zmiażdżyć wszystko. Po dwóch minutach ciekawie opada w gęsty ambient. Trzecia część pogłębia nasz stan lękowy. Gitara zanurzona w syntetyce i dwa głosy, które smakują czerstwym black metalem. Basowe pasmo kreśli pętlę, całość nabiera harshowej goryczy, a słowa wokalistów giną w ogniu płonącej gitary.

Czwarta opowieść, która staje się Wielkim Obrzydzeniem – krzyk gitary i gardła, czarny jak popiół, tuż obok desperacko piękne, masywne tło syntetyki. Narracja skwierczy dramaturgicznym zaniechaniem, pulsuje, tańczy i bałamuci. Ostatecznym zwycięzcą tej nierównej walki wydają się być syntezatory. Pieśń piąta i dziki ryk saksofonu, który wprowadza nas w nowy wymiar dźwiękowych Ugorów. Po niespełna minucie łapie rytm pod dysze, a do pomocy dana mu jest rozjuszona perkusja, dodatkowo wsparta bystrą syntetyką. Saksofon zdaje się multiplikować, syntezator zaś chlasta nas po twarzy. Po chwili dęciak tak intensywnie śpiewa w rozpaczy, iż momentami smakuje żywym Coltrane’em. Syntetyczny post-free jazz na ostatniej prostej najlepszego fragmentu płyty napotyka na gitarowy zgiełk, bez którego i ta historia nie mogłaby się wydarzyć. Wreszcie finał tej nieustannie zaskakującej płyty – ściana gitarowego noise, upaćkana swobodną syntetyką. Wszystko zdaje się tu skwierczeć, pulsować, żyć sobie tylko znanym życiem – industrial with ambient in the background. Dźwięki gęste jak ciekły ołów, tu przed ostatecznym zastygnięciem.




Transtilla  II (Midira, CD 2019)

Aura tajemniczości zaczyna nas już całkowicie pochłaniać – o wykonawcach kolejnej recenzowanej płyty wiemy tylko tyle, iż nazywają się Transtilla,  personalnie zaś Anne-Chris Bakker i Romke Kleefstra. Nic nie wiemy o użytym instrumentarium (music and images by), wszystkiego będziemy się zatem domyślać w trakcie odsłuchu, który potrwa 45 i pół minuty (cztery części z tytułami).

Z mroczną jak smoła trans-Tarantulą witamy się w okolicznościach szerokopasmowego drona, który budowany jest przez kilka warstw intensywnych, stojących w miejscu fonii. Wszystko drży tu soczystym ambientem, tak w dolnym, jak i górnym paśmie narracji. Opowieść rozwarstwia się, narasta i pęcznieje. Już po paru chwilach nastrój robi się nieco demoniczny i klaustrofobiczny. Monotonia, która kreuje niepokój, mrok i zwątpienie. W połowie czwartej minuty dociekliwy recenzent odnotowuje drobne elementy brudu i śladów prądu na gryfie gitary. Po kilku kolejnych – garść post-gitarowego przesteru. Niektóre pasma dronu pulsują outside/ inside, inne masywnie drepczą w miejscu zdarzenia. Mimo dramaturgicznego status quo, w tej historii dzieje się naprawdę wiele. Przybywa demonów i postaci o dziwnych twarzach, niektóre pasma ambientu wręcz krzyczą. Ta jakże piękna ekspozycja gaśnie z dużą konsekwencją po trzynastej minucie. Druga opowieść budzi się w ciszy, która rży, burczy, rezonuje, pulsuje masą ambientowego basu. Całość zdaje się być na wejściu niezwykle matowa, szorstka, pełna nerwowego spokoju. Po trzeciej minucie natrafiamy na ciekawe, małe pasmo, które repetuje, w połowie zaś szóstej minuty budzi się już prawdziwy demon, którego kaleczą opiłki post-noise. Dolne pasmo fonii stoi w miejscu i złorzeczy. Po dziewiątej minucie nabiera jednak mocy i zdaje się szlifować struny gitary. Finał nagrania jest wyjątkowo urokliwy.

Trzecia opowieść, to drobne półdźwięki z gitary, którym towarzyszą inne, równie filigranowe fonie, trochę jakby tarcie metalu o metal. Rezonująca, żywa struktura materii dźwiękowej. Swoisty półambient, który kreśli pętlę. Przybywa mu elementów składowych. Tło buduje się jakby niezależnie od tego – syntetyczne pasma, które szeleszczą, budują swój własny ambient dalece nieinwazyjnie. Całość z pewnością zasługuje na miano najspokojniejszego fragmentu płyty. Nastrój robi się wręcz oniryczny, a skojarzenie z molekularnym post-techno Jana Jelinka nie jest pozbawione sensu. Na wybrzmieniu … kilka dźwięków żywej gitary! Kończy tę piękną płytę najkrótsza historia, którą inauguruje szum płynącego ambientu, zdobionego wewnętrznym, nerwowym półrytmem. Powrót dominacji syntetyki, która z czasem intensywnie narasta. Opowieść toczy się na stojąco, z głową w nieistniejących chmurach. Pasma, które pulsują i pasma, które wyczekują na moment zgęstnienia. Na ostatniej prostej demony wydają się powracać ze zdwojoną siłą. Światło gaszą post-gitarowe tekstury.




Aidan Baker & Gareth Davis  Invisible Cities II (Karl Records, LP 2020)

W trakcie odsłuchu kolejnego nagrania jeszcze intensywniej zanurzymy się w estetyce dark ambient, a spotykamy się z jedną z ikon gatunku, kanadyjskim gitarzystą Aidanem Bakerem. W ramach przedsięwzięcia Invisible Cities odpływa on w otchłań mrocznego oceanu dźwięków, po części z pewnością … improwizowanego, w towarzystwie belgijskiego klarnecisty Garetha Davisa. Przed nami druga edycja, nagrywana w różnych miejscach, czasie i okolicznościach. Pięć części trwa dokładnie 42 minuty i 24 sekundy.

Szmer świata otaczającego, pulsacja dronowego basu, szum aparatury służącej do wzmacniania dźwięków, mrok i utopia ambientu, który w tym wypadku wydaje się nawet ciemniejszy niż zazwyczaj, dodatkowo wypuszczony w całkowicie otwartą przestrzeń. Drobne, filigranowe dźwięki gitary na pierwszym planie i towarzyszący im masywny, drżący background post-elektroniki, niepozbawiony brudu i przepięć energetycznych. Obok klarnet basowy, który oddycha ciepłym powietrzem inside/ outside. Czternastominutowa pieśń otwarcia mija niemal niepostrzeżenie. Gdy wszystkie źródła dźwięków przygasają, scenę spowija jedynie skowyt białego szumu. Na wejściu w drugą opowieść mamy wrażenie, iż cała czasoprzestrzeń nagrania pulsuje. Klarnet śpiewa małymi frazami, a narracja zdaje się stawać odrobinę bardziej surrealistyczna. Gitara zanurzona w kosmosie odległej galaktyki zwiastuje jednak nadejście niespodziewanego. Klarnet nuci semickie frazy i jest mu z tym wyjątkowo dobrze.

Trzecia bajka, to ambient, który nałykał się siarki i zgrzyta zębami. Gitara grzmi sprzężeniami i plami strumienie rozpływającej się fonii, klarnet basowy też jakby brudził swój czysty, jak dotąd sound. Falowanie i świdrowanie na granicy noise, notuje recenzent słuchający nieco mechanistycznie. Na szczyt góry pierwszy wspina się klarnet, który stroszy pióra pośród matni piekielnej. Czwarta piosenka nie stroni od dramaturgicznej refleksji – budzi się w ciszy abstrakcyjnego ambientu. Wszystko wydaje się ciche i delikatne, nawet klarnet basowy stąpa na palcach. Mrok, ukojenie i dający się akceptować strach. W połowie utworu pulsacja basowych pasm zaczyna siać skromny ferment, ubogacając i tak już intrygującą formę. Zanikająca post-elektronika na sam finał łapie nieco dubowego posmaku. Czas na pieśń zamknięcia – ambientowe pole, pada syntetyczny deszcz, wiatr szumi, przestrzeń błyszczy. Klarnet płynie wysokim wzgórzem, sennie podśpiewując. W tle skwierczą foniczne pozostałości na ciepłych jeszcze kablach. To oczywiste, że za gaszenie światła odpowiada biały szum.




Dirk Serries  Frontier & Epitaph Companion (bandcamp, DL 2020/2019)

W naszej dzisiejszej, dark ambientowej podróży nie może zabraknąć belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa w wersji solowej! Przed nami dwa jego bandcampowe wydawnictwa udostępnione światu na przełomie roku. Pierwsze, to improwizowana kompozycja z roku 2014, teraz po odświeżającym remasterze, drugie zaś, to zbiór utworów, które powstały w trakcie sesji nagraniowej Epitaph w roku 2017, ale nie zmieściły się na … podwójnym kompakcie. Zapraszamy zatem do pięknego, barwnego i nieustająco intrygującego świata pełnokrwistego ambientu, tworzonego za pomocą skromnej gitary elektrycznej i zestawu amplifikatorów. Pierwsza opowieść trwa 60 minut bez paru sekund, druga (w pięciu odcinkach) – parę sekund ponad … 60 minut.

Frontier. Z ciszy wyjątkowo mglistego kosmosu, płyną do nas dwa, trzy, może cztery pasma fonii, nakładające się na siebie, jak plastry miodu. Te najniżej posadowione, delikatnie smakują siarką. Skomponowana improwizacja do wewnątrz i na zewnątrz. Gitara Dirka chwilami brzmi, niczym organy kościelne na masywnym pogłosie, jak pasma syntetycznego dźwięku, oderwanego od swego naturalnego źródła pochodzenia. Narracja o bardzo bogatej fakturze, stabilna, niezmienna, płynna, dostojna, niemalże epicka. Mimo tych atrybutów, w opowieści dzieje się naprawdę wiele. Po trzydziestej minucie mamy wrażenie, jakby najniższe pasma zrobiły mimowolny krok ku górze, dzięki czemu całość zyskała na czystości brzmienia. Poziom naszego akustycznego ukontentowania rośnie, stymulowany kreatywną repetycją. Oto być może the most constant ambient exposition in history of nowadays! Finał trwa długo, muzyka gaśnie przez wiele minut, gdy siła amplifikacji bystrze składa swoje ramiona.




Epitaph Companion. Początek łagodny, niczym śródziemnomorski zefirek. Muzyka rozlewa się leniwie po szyjce kieliszka, niczym wysokogatunkowa whisky. Szeroki strumień czystego płynu, w sam raz do natychmiastowego spożycia. W drugiej części nastrój chwili bałamuci szczypta mroku, sunąca z samego dna narracji. Pogłos rośnie w siłę, gitara rzewnie łka nad losem ludzkości. Flow pulsuje i ciemnieje z każdą upływającą sekundą. Epizod trzeci, niczym mgławy poranek niepozbawiony codziennych wątpliwości. Dźwięki wydają się być wypłaszczone, płyną bardziej leniwie. Wraz z muzykiem dość szybko osiągamy stan full chill-out, delikatnie podszyty wszakże niepokojem. Gaszenie narracji trwa godzinami. Czwarta opowieść znów wydaje się być bardziej mroczna, zatopiona w grozie nieznanych przestrzeni kosmicznych. Z każdej strony wieje transsyberyjskim mrozem. Piąta, ostatnia historia przynosi odrobinę egzystencjalnego ukojenia – krótsze formy, mniejszy rozmach, więcej metafizyki melodii. Odrobina basowych dołów i bystra repetycja dźwięków zaczerpniętych z drugiej części nagrania. Smukła narracja, ciekawie szukająca finałowej ciszy.



piątek, 15 marca 2019

Aidan Baker! Awel &‎ Doppellive! Next episodes trusted in ambient!


Czas na kolejne, po ostatnio recenzowanych nagraniach Dirka Serriesa, nowości z niemieckiego wydawnictwa Midira Records. Obie omawiane poniżej płyty premierę mają dokładnie dziś, zatem zasadność wspominania o nich, właśnie w tym momencie karkołomnych dziejów świata ponowoczesnego, nie wymaga dodatkowych wyjaśnień.

Otwieramy zatem wrota dark ambientu, przy okazji na własne potrzeby, odkrywając ważną postać gatunku, kanadyjskiego gitarzystę, rezydującego w Berlinie, Aidana Bakera. Jego dorobek artystyczny jest tak przepastny, jak droga lądowa stąd do Władywostoku. Być może nadejdzie kiedyś moment, by choć rzucić na nią okiem. Póki co, sięgnijmy po dwa nowe duety Bakera.




Aidan Baker &  Karen Willems ‎ Awel (Midira Records, CD 2019)

Najpierw duet z żywą, improwizującą perkusją, zatem z punktu widzenia wielbicieli swobodnej wymiany dźwięków, dalece interesujący. Karen Willems, to perkusistka i perkusjonalistka z Belgii. Nagranie koncertowe z Bochum (Christuskirche), z lutego 2017 roku, podzielone na pięć części – łącznie 38 i pół minuty.

Pomruk gitary, mały, delikatny drumming, skromne obcierki, czysta akustyka na pierwszym planie. Po prawej stronie drży filigranowy dron, główny zaś wątek gitarowy wydaje się być niezwykle miękki, plastyczny. W narrację wplata się mocny akcent stopy na bębnie basowym, który złowieszczo grzmi. Gitara rozbłyska paletami barw, nie unika też, from time to time, bardziej typowego, post-rockowego frazowania. Jej flow jest spokojny, bez inklinacji do eskalacji. Wejście w część drugą odbywa się bardzo płynnie – natężenie mroku na scenie zdaje się narastać, więcej akcentów na talerzach, subtelne drżenie werbla. Gitarowy dron niemal wisi w powietrzu, stoi nad głową perkusistki, która nie stroni od cyrkulacyjnych zagrywek – ambient more sad than dark, mimo wszystko.  Gdy dron szuka posmaku elektroniki, Karen zdaje się zamiatać salę koncertową szczoteczkami perkusyjnymi. Bardzo molekularna ekspozycja. Na starcie trzeciej części perkusja na moment milknie, zaś dron gitarowy lepi z kurzu elektroakustyczną poświatę, płynąc dalej spokojnie i konsekwentnie. Narracja delikatnie buduje swoją strukturę – nowe akcenty z gitary, oniryczne mikro talerze, może nawet miseczki, plamy czynione stopą. Całość dość tajemniczo narasta, poszczególne warstwy układanki jakby wpadały we wzajemny rezonans. Posmak całości zdaje się stawać nieco dubowy, przestrzeń pulsuje i drży. Dodatkowo gitara multiplikuje się, czyniąc cały fragment koncertu wyjątkowo urokliwym.  Początek czwartej opowieści po ewidentnym klejeniu post-produkcyjnym, prowadza delikatny dysonans estetyczny. Gitara (gitary?) pomrukuje, szeleści głuchą ciszą jeszcze bardziej filigranowo, jakby jej dźwięk docierał do nas zza siódmej góry. Drumming toczy się wartkim strumieniem, jakkolwiek odrobinę zbyt konwencjonalnym, jak na dramaturgię chwili – stopa, werbel, tom, talerz. Gitara dodaje nowe akcenty - silny pogłos, dubowa przestrzeń, kind of slow trance. Po chwili słyszymy kolejny, już trzeci strumień gitarowej fonii, serfujący po wysokiej fali i bystrze repetujący. Percussion przypomina lejącą się wodę. Po ułamku sekundy ciszy, finałowa część spektaklu – gitara przypomina, iż składa się także ze strun - frazy niemal klasyczne, ale podlane gęstym sosem ambientu o nieokreślonej barwie. Kołysząca pulsacja, dwa wątki zasadnicze, mały drumming w dalekim tle. Recenzent na koniec odnajduje barwę wybrzmiewania: blue ambient as well!




Aidan Baker & N  ‎Doppellive (Midira Records, 2CD 2019)

W trakcie eksploracji drugiego duetu Bakera, napotykamy na tajemniczą postać N, z którą zetknęliśmy się już przy okazji innych nowości Midiry. Przypominamy zatem, iż ów nieznajomy nazywa się Hellmut Neidhardt, gra na gitarze, tu także wspomagać się będzie bliżej nieokreśloną elektroniką. Na podwójnym dysku muzycy pomieścili dwa koncerty - 150316 Hamburg oraz 230316 Wuppertal (ciąg cyfr oznacza datę zaistnienia zjawiska koncertowego).

Koncert hamburski zaczyna się dość specyficznie. Na pierwszym planie słyszymy gwar rozmów, szelest oddechów, bezmiar wyczekiwania na pierwszy dźwięk. Dwa gitarowe drony nadlatują z oddali, są wyjątkowo spokojne i nienatarczywe, w niczym nie przypominają zapachu napalmu o poranku. Trzeba kilkudziesięciu sekund, by strumień ich dźwięków całkowicie pokrył fonię sali koncertowej. Owe dwa, czyste jak łza, drony budują swoją ekspozycję dalece nieśpiesznie, wręcz leniwie, niczym dwa tygrysy wygrzewające się na słońcu. Recenzent ma ochotę zamknąć oczy, odłożyć pióro i płynąć wraz z nimi. W 10 minucie flow narracji zostaje wzbogacony o nowe, bardzo molowe pasma. Jedno z nich brzmi niczym upalona, delikatnie amplifikowana wiolonczela. Opowieść urokliwie narasta, incydentalnie pokrywając jeden ze strumieni gitarowych, budujący swoją pozycję dramaturgiczną nie bez udziału elektroniki, prószem brudu i szczyptą dekonstrukcji. W 13 minucie pojawiają się nowe mikro drony basowe i zdają się wgryzać w wyższe partie fonii. Doświadczamy czegoś na kształt eskalacji – drony łapią powiew noise’owego powietrza, a całość zaczyna przypominać intensywną burzę piaskową. Harsh dub post-ambient superpositions! W takiej oto sytuacji scenicznej pojawiają się dźwięku typowe dla drżących strun akustycznej gitary, które zaskakująco zwinnie gaszą pożar i tłumią narrację. Piękna, 21 minuta koncertu! W tle być może słyszymy nawet akcenty paraperkusjonalne! Oniryczny ambient, pasemka elektroniki, swąd delikatnie przypalonych kabli. Czas na nowy dron – płynie spokojnie, wręcz chill-outowo, zdobiony małymi plamami urywanych fraz uderzania przedmiotem o przedmiot. Recenzent nie może nie docenić walorów akustycznych tego koncertu! Ów narracyjny slow motion pęcznieje, a w 28 minucie nakłada się na niego brudny, pulsujący, nerwowy dron, który klimatem przypomina bardziej dramatyczne momenty serialu Twin Peaks! Wyjście z tej intrygującej wolty stylistycznej odbywa się czystymi, spokojnymi falami gitarowej ornamentyki. Pogłos na strunach, urokliwa mikrobiologia ambientu! 33 minuta przynosi drobną eskalację – jeden dron jest czysty, drugi silnie zabrudzony, z akcentami basowymi i mikro sprzężeniami. Finał grzmi mocą amplifikatorów.

Osiem dni później, inne miejsce, te same instrumenty, ci sami muzycy – na starcie niemal słodkie, urywane frazy kobieco brzmiącej gitary, która topi się w repetycji. Druga gitara złapała już porcję prądu, ale pędzi na scenę z dynamiką żółwia. Kraina ambientowej łagodności kąsa obficie. Po 8 minucie pierwotna gitara rozpływa się w oleiste pasmo dronowe, dzięki czemu obie gitary płyną już w kierunku dramaturgicznej nieskończoności. Po kolejnych czterech minutach obie porcje fonii matowieją i brudzą swoje brzmienie. Ślady krwi i harshu na obu gryfach. Siarczysty flow wpada nam wprost do oczu. Głucha meta przestrzeń kosmosu. 19 minuta, narracja zaczyna nosić znamiona delikatnego uspokojenia, jakby motyw gitarowy z początkowej fazy koncertu niespodziewanie powracał. Jest wszakże wyjątkowo subtelny, niemal romantyczny i ckliwy. Piękno zaniechania, oniryzm bezwarunkowej niemal akustyki. 26 minuta i hamulec jest zaciągany po raz kolejny – muzycy wydają się poszukiwać nowej ścieżki rozwoju dla swojej opowieści. Więcej mroku, tajemniczości, transcendencji. 30 minuta, to niemal dotknięcie jęzora ciszy. Rodzą się nowe drony, na poły relaksacyjne, ale wyjątkowo urocze w odbiorze. Pojawia się akcent perkusjonalny, ale zatopiony w chmurze czerstwego ambientu. Na sam finał drony delikatnie narastają. Ostatnia prosta jest dalece ekscytująca, epicka, bezwymiarowa.