Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biliana Voutchkova. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biliana Voutchkova. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2026

Phill Niblock is still Looking for Daniel!


Trybunowych wycieczek do świata komponowanej muzyki współczesnej ciąg dalszy! Dziś sięgamy po amerykańskiego kompozytora Philla Niblocka, muzyka z pokolenia Eliane Radigue, o której pisaliśmy całkiem niedawno. Od dwóch lat koncertuje on już w zaświatach, szczęśliwie jego muzyka jest ciągle z nami i tak będzie zawsze. To artysta, który na bazie akustycznych, żywych ekspozycji buduje mikrotonalny świat dźwięków, lepiąc je w wielowątkowe drony. To mistrz multifonicznych kolaży, które zdają się nie mieć zarówno początku, jak i końca. Ta ostatnia metafora świetnie koresponduje z innymi bohaterami tych łamów, nieprawdaż?

Dziś sięgamy po bodaj ostatnią publikację Niblocka, na której znajdujemy dwie kompozycje. Pierwsza z nich, zatytułowana Biliana, to dźwięki skrzypiec i głosu świetnie nam znanej bułgarskiej skrzypaczki Biliany Voutchkovej, poddane procesowi miksowania w warunkach studyjnych, przy wykorzystaniu przez kompozytora oprogramowania ProTool. Drugi utwór Exploratory, Rhine Version, Looking for Daniel, to kompozycja na dwie małe orkiestry Ensemble Modelo62 i Ensemble Scordatura, które w procesie wykonawczym generują łącznie w sumie dwadzieścia śladów (zarówno tych wykonywanych na żywo, jak i wcześniej zarejestrowanych, a odtwarzanych w trakcie koncertu). Zainteresowanych szczegółami procesu wykonawczego i produkcyjnego odsyłamy na bandcampową stronę holenderskiego wydawcy, gdzie zagadnienia te są opisane stosunkowo prostym językiem.

Zapraszamy na niezwykłe przeżycie foniczne, które trwa tylko trzy kwadranse, ale może radykalnie zmienić osobistą, wypracowaną przez lata percepcję dźwięków, formy i dramaturgii.

 


Utwór skrzypcowo-wokalny ma dość stabilną dynamikę, a we wnętrze zastygłego, intensywnego drona odnajdujemy dźwięki skrzypiec, które ścielą się coraz większą liczbą wątków i rozwarstwiający się głos, który posadowiony jest bardziej na flankach. Narracja zdaje się tu zawłaszczać całą przestrzeń spektaklu poematem smutku i cokolwiek transcendentalnego niepokoju. W dolnych partiach strumienia dźwiękowego swoje miejsce odnajduje także pasmo basowej proweniencji. Całość wydaje się wielkim, chóralnym śpiewem, ale de facto stanowi akustyczną ścianę dźwięku, zatem proces swobodnego, skupionego odsłuchu może nie być czynnością zbyt prostą. Co ciekawe, opowieść wydaje się być obleczona cienką warstwą nieistniejącej syntetyki. Płynie szerokim strumieniem w kierunku, który nie jest nam znany. Umiera nagle, jakby ktoś odłączył zasilanie.

Nagranie drugie, realizowane wieloosobowym składem złożonym z instrumentów dętych, klawiszowych i strunowych, a także głosu, posiada adekwatną masę właściwą. Orkiestry poruszają się powoli, rozważnie stawiając każdy krok, jakkolwiek od pierwszego dźwięku nasze receptory słuchu wypełnia potężny dron. Szczególnie dużo dzieje się w dolnych częstotliwościach, za co odpowiadają zapewne klarnet basowy i kontrabas. Ostateczna forma utworu – wedle słów albumowego credits – jest efektem mikrotonalnego zlepienia aż trzech strumieni wykonawczych obu orkiestr, zatem wszelkie próby tradycyjnego opisu zdarzenia dziejącego się na żywo pozbawione są większego sensu. W połowie opowieści można odnieść wrażenie, że moc aparatu wykonawczego delikatnie słabnie. Rodzaj głębszego oddechu, pozornego uspokojenia. Od tego momentu możemy już śmiało separować w wielkiej powodzi fonii brzmienia poszczególnych instrumentów – frazy organów, trąbek, altówki, czy klarnetu basowego.

 

Phill Niblock Looking for Daniel (Unsounds Records, CD 2024). Wykonawcy: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos (utwór Biliana), Ensemble Modelo62: Gemma Tripiana Muñoz – flet, Enric Sans Morera – klarnet basowy, Justin Christensen i Chloë Abott – trąbki, Vasilis Stefanopoulos - kontrabas, Ezequiel Menalled – dyrygentura, gitara elektryczna oraz Ensemble Scordatura: Elisabeth Smalt – altówka, Alfrun Schmid – głos, Reinier van Houdt – instrumenty klawiszowe, Claudio F. Baroni - organy (utwór Exploratory, Rhine Version, Looking for Daniel). Nagrane w Akademie der Kunste, Berlin, czas nieznany (1) oraz w Orgelpark, Amsterdam w trakcie Echonance Festival#1, październik 2022 (2). Łącznie 45 minut.



 

piątek, 13 lutego 2026

Biliana Voutchkova in A Far Within & Little Sae!


Bułgarska skrzypaczka Biliana Voutchkova, jedna z naszych zdecydowanych faworytek sceny free impro, popełniła na przełomie roku dwa wyśmienite albumy. Jeden z nich zdążył jeszcze trafić na listę 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025, ten drugi nie dał rady, ponieważ jest styczniową nowością, ale w kontekście podsumowania roku 2026 zdaje się mieć kolosalne szanse.

Zapraszamy do odczytu i odsłuchu obu wydawnictw - najpierw medytujące, dronowe string trio, potem duet z live processorem. Same smakołyki!

  


Isidora Edwards, Biliana Voutchkova & Zosha Warpeha A Far Within (Relative Pitch, CD 2026). Isidora Edwards – wiolonczela, Biliana Voutchkova – skrzypce oraz Zosha Warpeha - hardanger d'amore. Nagrane w Bard College Studio, wrzesień 2025. Cztery improwizacje, 52 minuty.

Cztery rozbudowane improwizacje na wiolonczelę, skrzypce i ich wariację z tzw. epoki tworzą tu spójną dramaturgicznie opowieść, choć każda z nich wydaje się być szyta innymi metodami. Od medytujących, preparowanych fraz głębokiego umierania, po swawolne tańce, pełne lekkości i intrygującej precyzji, a wszystko nasycone brzmieniowym i narracyjnym pięknem.

Szczególną jakością kąsa pierwsza improwizacja. Pleciona ze strzępów rozedrganych post-melodii dobywających się z głębokiej krypty, dryfujących bez możliwości cumowania do jakiegokolwiek brzegu. Przypomina przeciągający się w czasie wschód słońca, barwiony posmakiem muzyki dawnej. Na koniec artystki wycofują się z obranej drogi, strwożone i pełne boleści. Druga opowieść zostaje zawieszona nieco wyżej, jest bardziej melodyjna, bogacona raz po raz czystymi frazami. Rodzaj rezonującej huśtawki. Tu artystki stają na palcach i sięgają nieboskłonu. Przypominają ptaki, które próbują wznieść się do lotu, ale coś sprawia, iż ciągle uwiązane są do podłoża. Z czasem pojawiają się większe emocje, a każda fraza łapie separatywne tempo. Puentą jest medytacja, próba samouspokojenia, przypomina zastygający post-barok.

W trzeciej, najkrótszej opowieści, artystki kreślą coś na kształt rytmu, głęboko ukrytego pod warstwami strunowych dźwięków. Jest melodia, posmak ancient music, plastry post-klasycyzmu. Każda z artystek zdaje się tu śpiewać swoją pieśń, ale każda zwraca głowę ku słońcu. Tu puentą jest struga umierających dźwięków, do ostatniego wydechu. Z kolei ostatnia improwizacja trwa ponad osiemnaście minut. Jej faza początkowa jest nerwowa, niemal perkusyjna, szarpana, osadzona na niskim pasmie jednego z instrumentów. Potem następuje hamowanie na kruszącym się lodzie i żmudne odbudowanie narracji. Wystudzony post-barok nabiera masy i tajemniczości. Podejście pod finał jest masywne, bardzo emocjonalne, ale samo zakończenie lekkie, wręcz filigranowe, łagodne, precyzyjne do ostatniej frazy.

  


Biliana Voutchkova & Giorgos Varoutas Little Sae (Underflow Records, CD 2025). Biliana Voutchkova – skrzypce, głos oraz Giorgos Varoutas - live sound processing. Nagrane w Underflow, Ateny, grudzień 2024. Siedem utworów, 48 minut.

Tylko skrzypce i glos Biliany uwikłane w chmurę elektroniki tworzonej na żywo przez Giorgosa, w ramach świetnie nam znanego zjawiska live proccesingu. Improwizacje mają tu zwartą strukturę, trwają od sześciu do dziewięciu minut. Pierwsza odsłona doskonale wprowadza w klimat nagrania – filigranowe smugi strunowych dźwięków, szept i podmuchy elektroniki niepozbawione akcentów rytmicznych. Tkanka improwizacja jest nerwowa, przypomina wystudzony drum’n’bass, trochę taniec na oblodzonej linie. W drugiej fazie czyste fazy skrzypiec toną w chmurze mrocznego ambientu.

W kolejnych improwizacjach artyści dokładają nowe elementy, każdorazowo tworząc dodatkowe porcje jakości. W drugiej części śpiewają grecką kołysankę, radośnie podskakując, w trzeciej sieją popłoch, potem studzą emocje wokalną mantrą. W czwartej, bodaj najpiękniejszej odsłonie, dźwięki, które rodzą się w ciszy eskalują, przypominając samobiczowanie. W piątej duża porcja melodii dostaje się w szprychy elektroniki i kona w męczarniach, przypomina rozmazane, dziecięce bohomazy. Przedostatnia część, to łabędzi śpiew, ulepiony w medytację w aurze Eliane Radigue. Wreszcie finał, perkusjonalny, z folkowym posmakiem, niczym spacer w Tybecie, w trakcie którego napotykamy na prawdziwą burzę z piorunami. Zakończenie koi emocje, daje dużo nadziei.

 

 

piątek, 11 lipca 2025

The July’ Round-up: Sveið! Clouds! Transmission! Beryllium! Serries! Berre! Cigana! Läng!


W tradycyjnej, comiesięcznej zbiorówce świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną (i nie tylko) prawdziwa jazda bez trzymanki! Osiem albumów, rzadko spotykany tygiel gatunkowy i ogrom najprzeróżniejszych emocji!

Zaczniemy w Zjednoczonym Królestwie, potem Serbia, pewien kraj bez flagi, Polska, Belgia, Norwegia, Włochy i Szwajcaria. Będzie trochę zespołowego post-jazzu i post-kameralistyki, oba wątki wzmocnione kreatywną elektroniką, semi-akustyczny duet strunowy, instrumenty dęte skąpane nie tylko w elektronice, wreszcie aż cztery ekspozycje solowe – gitarowy ambient, dwa razy perkusja i … preparowane harfy szczękowe. What a game! Welcome to heaven and hell of improvisations and … compositions!

 


Sveið Latent Imprints (577 Records, CD 2025)

York, Wielka Brytania, maj 2024: James Mainwaring – saksofon, Federico Reuben – laptop/ live coding oraz Emil Karlsen – perkusja. Jedenaście improwizacji, 43 minuty.

Nie dalej jak tydzień temu zachwycaliśmy się innym albumem Karlsena (duetem z live procesorem Casserleyem), dziś czas na spotkanie jego kreatywnej perkusji z elektroniką określoną mianem live coding. W ramach deseru dostajemy jeszcze jazzowy saksofon. Dzieje się zatem wiele, emocji i jakości nie brakuje.

Trio od startu nie szczędzi nam akcji zaczepnych. Szczególną uwagę przykuwa aktywna elektronika, która zarówno kreuje, jak i efektownie procesuje, to co dostarczają żywe instrumenty. Sporo free jazzowych emocji płynie ze strony saksofonu, ale także partii śmiało kultywujących tradycję i wykorzystujących swingujące synkopy. W wielu momentach perkusja brzmi bardzo syntetycznie, bywa wspomagana w procesie kreowania rytmu masywnymi pasmami electro. W momentach spokojniejszych (choćby w drugiej, na początku czwartej, czy też w dziesiątej partii) muzycy dostarczają sporo brzmieniowych smaczków, subtelnych preparacji i nieoczywistych rozwiązań dramaturgicznych. W szóstej odsłonie elektronika i perkusja tworzą intrygującą sieć polirytmii, wynosząc saksofon na nieznane terytoria. Dodajmy, iż w trakcie całego albumu akustyczne instrumenty są zmyślnie procesowane, tworząc niekiedy całkiem nowy wymiar ekspozycji. Finał jest nerwowy, rozgadany, electro jazzowy.

 


 

Biliana Voutchkova, Marina Džukljev, Milana Zarić & Richard Barrett Clouds in a Cloudless Sky (Scatter Archive, DL 2025)

Cultural Centre of Vojvodina Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, maj 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, Marina Džukljev - fortepian, Milana Zarić – harfa, instrumenty perkusyjne oraz Richard Barrett – elektronika. Trzy improwizacje, 60 minut.

Przed nami koedukacyjny kwartet, który żeni instrumenty akustyczne z subtelną, nieinwazyjną elektroniką (zapewne też live processingiem), upleciony przez świetnie nam znanych artystów (poza harfistką) i uformowany w trzy rozległe improwizacje. Od wyważonej, dalekowschodniej medytacji po nerwowe, jakże europejskie sploty niebezpiecznych zdarzeń. Bezwzględnie warto poświęcić godzinę, by dogłębnie poznać Chmury na Bezchmurnym Niebie.  

Pierwsza i trzecia improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i zdają się mieć cechy wspólne. To mroczne, rozkołysane, post-kameralne opowieści budowane frazami preparowanymi skrzypiec i piana, czystymi, okazjonalnie melodyjnymi akcjami harfy oraz niemal nieistniejącą elektroniką, która ledwie podkreśla wagę niektórych zdarzeń akustycznych. Rodzaj neurotycznej relaksacji, która mieni się tysiącem tajemnic. Całość śmiało mogłaby stanowić soundtrack do filmów mistrzów dalekowschodniej kinematografii (ale nie tych od walk samurajskich). Na tle obu tych narracji, część główna albumu, trwająca ponad dwa kwadranse, to wulkan emocji, nerwowych akcji i elektroakustycznych zgrzytów. Ta akurat historia ma wiele faz, czasami nasączone są one rodzajem subtelnej dynamiki. Nie brakuje też chwil wyjątkowo pięknej grozy, gdy pianistka po raz pierwszy sięga po klawiaturę. Wszakże najbardziej ekspresyjnym, emocjonalnym fragmentem tego albumu jest samo zakończenie. Tu mroczna kołysanka nabiera rumieńców i wspaniale puentuje ów smakowity album.

 


Vitaliy Ovchinnikov & Andrey Popovskiy Transmission (Extra Notes, DL 2025)

Vavilov Loft, kwiecień 2022: Vitaliy Ovchinnikov – gitara semi-akustyczna (utwór 1), gitara elektryczna (2) oraz Andrey Popovskiy - skrzypce, obiekty (1), gitara akustyczna (2). Dwie improwizacje, 27 minut.

Nagrania labelu Extra Notes i jej naczelnego wodzireja Vitaliya Ovchinnikova śledzimy na bieżąco. Zatem śmiało możemy skonstatować, iż najnowsze dzieło gitarzysty, to jedno z jego bardziej doniosłych dokonań artystycznych. Swobodne, niekiedy minimalistyczne improwizacje na dwa instrumenty dęte, garść obiektów i subtelnych preparacji. I co najważniejsze, nad nagraniem definitywnie unosi się posmak strunowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Wszyscy wiemy, że na tych łamach to komplement najcięższego kalibru.

Pierwszą odsłonę kreują semi-akustyczna gitara i skrzypce wraz z bliżej nieokreślonymi obiektami. Odrobina amplifikacji i ocean akustycznych dźwięków. Narracja jest skupiona, każdy ruch artystów wyważony, a dbałość o szczegóły wysoce zaawansowana. Nie brakuje flażoletów, drobnych obcierek i post-perkusyjnych zdobień. Muzycy w trakcie kilkunastominutowej opowieści znajdują także chwilę, by eksplorować ciszę, jaka spowija ich improwizację. W drugiej części towarzyszy nam gitara elektryczna i akustyczna. Elektryczność tej pierwszej wydaje się dość iluzoryczna, delikatna, na poły akustyczna. Sama narracja jest bardziej zwarta i energetyczna, choć wciąż trudno ją określić mianem intensywnej. Znów doświadczamy obcowania z ciszą, jest także moment na poły dynamiczny, kreowany zwinną przebieżką po strunach i ekspresyjnym szorowaniem gryfu drugiej z gitar. W samej końcówce słyszymy trzeci wątek gitarowy, odrobinę bluesowy. Nie znamy źródła jego pochodzenia. Tak, czy inaczej, duch Johna Stevensa czuwa i zdaje się uśmiechać z zadowolenia.

 


 

Beryllium & Paweł Szulik Kumonosu-jō (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Paweł Szulik – shakuhachi, Michał Górczyński – klarnet kontrabasowy, elektronika oraz Andrzej Izdebski – syntezatory, gitary, field recordings, elektronika. Dziewięć utworów, 54 minuty.

Zapraszamy na seans filmowy! Przeniesiemy się do odległych, nie tylko amazońskich dżungli, tudzież równie peryferyjnych i dzikich przestworzy dalekiego wschodu. Obejrzymy sequel kultowego Imienia Róży, a potem dojmujący encore do jedynego i niepowtarzalnego Czasu Apokalipsy. Za ścieżkę dźwiękową odpowiadać będzie najcięższy kaliber klarnetu, lekki, japoński flet i zmasowany, wielowątkowy background elektroniki, gitar i adekwatnych do sytuacji dramaturgicznej nagrań terenowych.

Początek inwokuje klarnet kontrabasowy zanurzony w dark ambiencie. Rekontra fletu i elektronicznego beatu narzuca jednak inną optykę utworu. W kolejnej opowieści znajdujemy się o kilka pięter wyżej w bujnej, amazońskiej roślinności. Towarzyszą nam łagodne śpiewy fletu i klarnetowe pomrukiwanie. W trzeciej odsłonie rozwiązujemy zagadkę kryminalną, której emocje potęguje stepujący rytm. Flet znów woli melodie, a klarnet drony. Po wspinaczce jaką oferuje czwarty epizod, tu zdaje się wprost do Jądra Ciemności, w kolejnym zatrzymujemy się pełni trwogi, albowiem drogę tarasują nam ludożercy. Szczególnie rozhisteryzowany jest teraz flet. Szczęśliwe w szóstej opowieści rytuał dnia pozwala na wznowienie podróży. Zdaje się, że idziemy wprost do nieba. Gonieni strzępami melodii, stąpając po ostrych kamieniach, niesieni afrykańską polirytmią docieramy na skraj świata. Dwie końcowe opowieści niosą źdźbła nadziei. Brzmią szczególnie urokliwie. Klarnet wciąż budzi trwogę, flet nie skąpi bardziej wyszukanej melodyki, a gitara i elektronika perfekcyjnie dopełniają obraz dramatu. Jest ukojenie, ale nie ma zadośćuczynienia. Kres wyprawy, to nie radosne podskoki, to grzęzawisko.

 


 

Dirk Serries The Might Of Stars Sublime (Audiophob, CD 2025).

Studio domowe, Belgia, lato 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Pięć utworów, 45 minut.

Tego artystę i dark ambientowy wątek jego twórczości nie trzeba na tych łamach komukolwiek przedstawiać. Muzyk, który kilka lat temu twierdził, że ambient to przeszłość, zdaje się w ostatnim czasie dostarczać coraz więcej nagrań w zadanej estetyce. Wszystkie je namiętnie śledzimy i rekomendujemy trybunowym fanom. Dziś produkcja domowa z lata ubiegłego roku. W kategorii dark ambientu taka, którą zwykliśmy określać mianem wzorcowej dla tej stylistyki.

Pośród pięciu opowieści żadna nie ma oczywiście początku ani końca, płynie soczystą strugą gitarowego ambientu. Pierwszą z nich tworzą trzy wątki – krystaliczny ambient, warstwa codziennego kurzu i brudu, wreszcie basowa struga o zaskakująco kojącym zabarwieniu. W drugiej odsłonie narracja zdaje się być bardziej mroczna, płynie z głębin bezkresnego oceanu. Z czasem rozmywa się, odsuwa w cień. Otwarcie trzeciej historii jest ciepłe, niemal relaksacyjne. Rozbudowana warstwa szumu stawia jednak znak zapytania i skutecznie dominuje w dalszej części utworu. Czwarta część wydaje się sprasowana, matowa, przefiltrowana przez grubą kotarę teatralną. Szorstki flow ma jednak nieoczywistą intensywność. Wreszcie finałowa, łagodna, pożegnalna meta ballada, z nowym wątkiem, który brzmi jak nagie struny gitary. Smutna opowieść jednocześnie narasta i rozlewa się coraz szerszym korytem. Potem umiera w dalece metafizyczny sposób.

 


Håkon Berre Mirror Matter (Barefoot Records, CD 2025)

Ishøj Kulturskole, listopad 2024: Håkon Berre – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, elektronika. Trzynaście utworów, 51 minut.

Tego norweskiego perkusistę znamy doskonale z wielu płyt i jeszcze większej liczby wyśmienitych koncertów, choćby w poznańskim Dragonie. Ale z nagraniem solowym Håkona spotykamy się po raz pierwszy. Perkusja, tajemnicze obiekty, elektronika, otwarta głowa i duża kreatywność, to elementy składowe tego albumu. Definitywnie jest na czym zawiesić ucho.

Dramaturgiczną osią albumu jest aktywny drumming, przeplatany preparacjami na werblu, czy talerzach. Metodą pracy elektroniczna dekonstrukcja brzmień akustycznych, celem zaś niejednej podróży noise’owy szczyt. Berre lubi hałas, ale dla niego to jedna z możliwych opcji rozwoju narracji. Muzyk często wprawia swój zestaw perkusyjny w jednostajny rytm, który podrasowuje elektroniką, a ozdabia niemal dubową przestrzenią. Bywa, że osią opowiadania jest praca nad dźwiękiem, a faktura rytmiczna jedynie backgroundem, a nawet zjawiskiem lokalnie nieobecnym. W tych pozornie spokojniejszych, mniej dynamicznych ekspozycjach także dzieje się wiele dobrego. Tu odpowiednim przykładem mogą być utwory trzeci, szósty, ósmy, czy też jedenasty. Opowieść Berre potrafi także zahaczyć o ciężkie, post-industrialne brzmienia – tak dzieje się w piątej opowieści. Sam finał albumu zdaje się brać w nawias ironii elektroakustyczne wojny perkusyjne. Słyszymy dziecięce cymbałki, które wpadają w delikatny taniec, nasączony mroczną poświatą. Zaraz potem Berre nadaje im nieco dubowej mocy, a wszystko okrasza elektronicznym beatem, który doprowadza historię do szczęśliwego zakończenia.

 


Francesco Cigana Sacro (Bandcamp’ self-release, CD 2025)

Stria, styczeń 2023: Francesco Cigana – instrumenty perkusyjne, conduction oraz Nina Baietta – głos, Gli antenori – chór męski (utwór 1) i Mirio Cosottini – trąbka (utwór 8). Osiem utworów, 43 minuty.

Kolejna solowa płyta perkusisty, to nieco inny świat. W pełni akustyczny, udramatyzowany w kilka wątków – z jednej strony ekspozycje typowo drummerskie, z drugiej poematy preparacji różnych elementów zestawu perkusyjnego. Do tego goście – w utworze otwarcia kobiecy głos i męski chór, w odsłonie zamknięcia – multiplikującą się trąbka. Reasumując – mnóstwo wrażeń, i to wyłącznie pozytywnych.

Pieśń otwarcia buduje recytacja i zawieszony w czasie i przestrzeni chór, który brzmi jakby wykonywał wiekopomne Sustained Piece Johna Stevensa. Perkusja kreuje tymczasem meta rytmiczną narrację, którą wieńczy sekwencja dynamicznych powtórzeń. Kolejne utwory (szczególnie parzyste) oparte są na konstrukcji perkusyjnej. Raz są to tajemnicze podskoki w połamanym metrum, innym razem dynamiczna akcja full drums, wreszcie perkusyjna ekspozycja, która generuje intrygujący pogłos. Utwory nieparzyste budowane są na ogół na strumieniach dźwięków preparowanych. Efekt bywa chwilami monumentalny, jak w części piątej, czy rytualny i definitywnie sakralny, jak w części siódmej. Ostatni utwór trwa ponad dziesięć minut i wspaniale reasumuje cały album. Początek to rytualny drumming, rodzaj tańca do końca świata i jeszcze dłużej. W połowie nagrania pojawia się dęty dron, który może być efektem preparacji werbla, może być także początkiem trębackiej ekspozycji. W końcu z tego tygla tajemnic wydobywa się śpiew trąbki, która zawłaszcza scenę i efektownie rysuje kilka wątków jednocześnie.

 


 

Antoine Läng Lâcher les chiens tant qu’on y est (Insub Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Antoine Läng - preparowana harfa szczękowa (jaw harp). Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszego korowodu różnorodności garść konceptualnej muzyki współczesnej, jaką na ogół gwarantuje szwajcarski Insub. Tym razem album pełen tajemnic – któż bowiem wie, co to harfa szczękowa, a tym bardziej jak należy preparować ten instrument, by uzyskać tak intrygujący efekt … elektroakustyczny. Cały album jest jednym wielkim drganiem, które przybiera najprzeróżniejsze formy i odcienie brzmienia, a kończy się niebywałą, pulsującą, ponad dziesięciominutową medytacją.

Nagranie składa się z sześciu wariacji na temat drgającej struny, a zarejestrowane zostało jednym podejściem, bez jakichkolwiek dodatkowych efektów, tudzież czynności post-produkcyjnych. Ważnym elementem gry otwarcia jest cisza, która zdaje się komentować pierwsze drgania. W kolejnych epizodach proces drgania i jego pokrętna meta melodyka ulegają systematycznemu zagęszczaniu, ale rzadko zjawisko medytacji ustępuje tu miejsca nerwowym drgawkom. Artysta moduluje brzmienie. W trzeciej części dobywa dźwięki z głębokiej krypty (podobnie czyni w piątej), w czwartej z kolei prasuje, ugniata dźwięk, uzyskując bardzo matowy sound. Przy okazji drgania zdają się być zasilane foniami, które przypominają dźwięki … ludzkiego gardła. Czasami drgania są lekkie, ulotne, niczym mucha, która uciążliwie krąży nam nad głową. Wreszcie anonsowany finał, którego początek lepiony jest z filigranowych drgań podanych w gęstej sekwencji. Skojarzenie z elektroniczną stylistyką click’n’cuts sprzed ćwierćwieku wcale nie bezzasadne. Efektem końcowym jest pulsująca, urocza medytacja, która zdaje się nie mieć końca.



piątek, 4 kwietnia 2025

Jane in Ether goes Oneiric!


Magda, Biliana i Miako zabierają nas do krainy czarów. Do wielkich kufrów pakują fortepian (a w zasadzie jego niebywale akustyczne wnętrze), skrzypce (nierozerwalnie w tym przypadku związane z głosem) i odtwarzacze, na których zarejestrowane są dźwięki, z pewnością przydatne w trakcie podróży. Ta będzie czteroetapowa, z czego odcinek trzeci, prawie dwudziestominutowy, wyniesie nas na orbitę okołoziemską, z której w ogóle nie będziemy chcieli wracać. The way of no return, to uzupełniający tytuł całego przedsięwzięcia, którego realizacja zajmie nam niepełne trzy kwadranse.



 

Pierwsze minuty oblepione są kurzem i szumem tajemniczych, dętych podmuchów. Rezonują struny skrzypiec i piana, o piaszczysty brzeg uderzają spokojne fale wystudzonego oceanu. Oniryczna aura kreuje strumień metalicznych, okazjonalnie melodyjnych dźwięków. Całość przypomina misterną plecionkę, a może unoszącą się w powietrzu jedwabną apaszkę dalekowschodniej stewardesy z zapomnianej reklamy linii lotniczych. Ta opowieść potrafi pęcznieć, nawarstwiać się, niemal skomleć, ale nie przestaje być ceremoniałem chwili nasączonym odrobiną zagadkowej etniczności.

Druga opowieść lepi się z dropnych porcji fonii wyszarpywanych zastanej rzeczywistości. Coś zgrzyta, skrzypi, syczy jak powiew mroźnego powietrza. Pojawiają się dźwięki z gardła i recytowane pół słówka. Drżą struny, z dna piana dociera matowa melodia. Rodzaj kołysanki, której niektóre elementy nie dają się przypisać do konkretnego źródła dźwięku. Pod koniec pianistka zdaje się grać głośniej, a skrzypaczka ciszej. Całość gaśnie pod ciężarem nadchodzącego zmroku.

Najistotniejszy odcinek podróży klecony jest z długich, choć ulotnych pociągnięć zwiotczałym pędzlem. Przypomina muzykę dawną, która napotyka na problemy świata współczesnego. Rytualna, cedzona przez zaciśnięte zęby melodia, rozpacz skrywana pod osłoną zmierzchu. Modlitwa udręczonych, zastygła medytacja, która formuje się w żałobną wokalizę. Najpiękniejsza, środkowa faza utworu wydaje się nad wyraz minimalistyczna. Uroda chwila, siła kreatywnego redukcjonizmu. Tuż po niej wchodzimy w chmurę szumów, jęków, zastygłych na gryfie skrzypiec post-melodii. Końcowa część epopei faluje, jest nerwowa, rozwarstwiona, pięknie wystudzona do niemal pojedynczych fraz, gasnących oddechów trzech niestrudzonych podróżniczek.

Początek ostatniego epizodu przypomina nagrania terenowe. Drobne, szemrzące fonie, szepczący głos, drżące struny, delikatnie stukające młoteczki fortepianu. Ta leniwa pożoga z czasem nabiega odrobiny życia – smyczek tańczy po strunach skrzypiec, recorder dostarcza brzmienia przypominające połamany flet, uderzane struny piana generują coś, co mogłoby być rytmem w innej czasoprzestrzeni. Akcja nabiera bladych rumieńców. Wydaje się przez moment odrobinę bardziej intensywna. Drgania, rezonanse i preparacje prowadzą nas ostatecznie na skraj ciszy. Z tej ostatniej po kilku chwilach wyłania się końcowy, niemal niemy krzyk rozpaczy. Bolesna, nienaturalnie rozciągnięta melodia, szybki wdech i bardzo długi wydech. Aż po ostatni dźwięk.

 

Jane in Ether Oneiric (Confront Recordings, CD 2025). Miako Klein – recorders, Magda Mayas – fortepian oraz Biliana Voutchkova – skrzypce, głos. Nagrane w Studio for Electroacoustic Music, Akademie der Kunst, Berlin, październik 2023. Cztery utwory, 42 minuty.



wtorek, 3 września 2024

Splitter Orchester plays splitter musik!


Berlińska Splitter Orchester to zjawisko unikatowe nawet w świecie dużych, improwizujących formacji. Niemalże stały skład, regularne spotkania, prace i koncerty, często na pograniczu teatralnych performansów, a wokół tego nieustający ferment twórczy. Załoga pracuje kolektywnie, zdaje się nie mieć organów przywódczych, wspaniale integruje berlińskie środowisko improwizatorów, kompozytorów, tudzież performerów. Dużą wagę przykłada do sfery konceptualnej swych muzycznych ujawnień, zdaje się pod tym względem balansować na pograniczu muzyki współczesnej, nade wszystko jest wszakże zgrają wspaniałych, kreatywnych muzyków.

Z innymi tego typu przedsięwzięciami być może łączy ją jedynie to, że dokumentacja fonograficzna ich kilkunastoletniej działalności nie jest szczególnie obfita. Potrójny album, po który za moment sięgniemy, to ledwie czwarta pozycja w dyskografii Splitterów.

Album splitter musik dokumentuje nagrania z lat 2019-2020, doskonale pokazując, czym dla SO jest programowy konceptualizm, który poprzedza proces improwizacji lub ogarnia ją od pierwszej do ostatniej sekundy. Pomysł na pierwszy album opiera się na sposobie rozmieszczenia muzyków w stosunku do publiczności w tajemniczym, owalnym obiekcie, wyposażonym w koliste balkony, drugi krążek jest symultanicznym miksem nagrań solowych poszczególnych członków orkiestry, trzeci wreszcie nagrany został nad rzeką (muzycy i publiczność na przeciwległych jej brzegach) i konsumuje także wszelkie dostępne dźwięki otoczenia (pieczołowicie zbierane przez mikrofony i urządzania radiowe). 



 

Vortex

Okrągły obiekt, który na zdjęciu przypomina nietypową salę koncertową - publiczność umieszczona po środku, z kolei rozbudowana armia muzykantów na balkonach, nad publicznością, wokół niej. Muzycy improwizują wedle scenariusza, którego szczegółów nie znamy, być może takowy w ogóle nie powstał. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż dźwięki wydawane przez kilkudziesięcioosobowy skład są na żywo porządkowane przez akcesoria mikserskie. Wnikliwa analiza okładki płyty dostarcza nam szczegółowych informacji o rozmieszczeniu artystów na owalnym balkonie, ale akurat tym aspektem koncertu nie będzie się teraz zajmować (niechże dociekliwość słuchacza w tej kwestii będzie wystarczającą zachętą do zakupu albumu na urokliwie wydanym nośniku fizycznym).

Spektakl trwa tu niemal pełną godzinę zegarową, a jego początek wyznaczają fale minimalistycznych ekspozycji dętych, strunowych, a po chwili subtelnych, blaszanych śpiewów, nerwowo kontrapunktowanych przez bliżej niezidentyfikowaną frakcję instrumentalną. Wielki aparat wykonawczy nabiera tu mocy, ale wciąż kroczy w leniwym tempie, raz po raz powracając do drobnego, niemal indywidualnego frazowania. W okolicach 12 minuty ma miejsce pierwsza kulminacja, która szybko rozpływa się w migoczące plejady short-cuts, płynące prawdopodobnie od wszystkich uczestników tej dźwiękowej celebracji. Tymczasem w tle pracuje wataha elektroakustycznych urządzeń tajemniczej proweniencji.

Kolejna kulminacja, tuż przed upływem 20 minuty, dostarcza jeszcze większych emocji – brzmi niemal post-industrialnie. Wokół drży echo, a selektywny dźwięk orkiestry sprawia, że bez trudu wyławiamy w potoku fonii frazy niemal każdego instrumentu. Tuż przed upływem drugiego kwadransa Splitterzy popadają w mroczny bezruch. Mikrofrazowanie dość sprawnie przekształca się w jeszcze mroczniejszą medytację, budowaną rozległymi strumieniami fonii.

Dalsza faza spektaklu stawia na interakcje w podgrupach. Dęte dyskutują, strunowce pojękują, pojawiają się głosy i akcenty perkusjonalne. Tym razem narracja nie szuka kulminacji, bliżej jej do ciszy, bazuje na lewitujących repetycjach, inkrustowanych blaszanymi śpiewami. Dopiero ostatni kwadrans koncertu przynosi bardziej żwawe akcje. Przez moment mamy wrażenie, że orkiestra gra tu pełną mocą, ale flow dość szybko przekształca się w filuterne gry na instrumenty zasilane prądem zmiennym. W potoku ponownie niezbyt intensywnych zdarzeń pojawiają się pierwsze, pożegnalne melodie, oniryczne post-kołysanki, które wieńczą żywot koncertu w rozległej chmurze szumów.

 

Imagine Splitter

Członkowie orkiestry zostali poproszeni o nagranie solowej improwizacji o zadanym czasie trwania. W trakcie procesu twórczego mieli sobie wyobrażać, czym jest dla nich idea Splitter. Nagrania zainspirował, a potem zlepił w nieprzerwany, ponad czterdziestominutowy ciąg zdarzeń fonicznych klarnecista Kai Fagaschinski. Efekt konceptu i pracy post-produkcyjnej zdaje się wykraczać poza nasze wyobrażenia o tym, czym może być zlepek solowych improwizacji. Słyszymy wielką orkiestrę, która starannie buduje swoją ekspozycję, raz za razem inkrustując ją indywidualnymi, dźwiękowymi perełkami. I znów okładka albumu podpowiada nam, kto w zaaranżowanym spektrum spektaklu odpowiada za dany strumień dźwiękowy, jakbyśmy ponownie znaleźli się na wspólnym koncercie, który dzieje się tu i teraz. Definitywnie Imagine Splitter, to podróż niezwykła.

Od startu flow wyimaginowanej Splitter drży i emanuje dźwiękową intensywnością. Dęte pomruki, elektroakustyczna pulsacja, szeleszczące talerze, dygoczące kontrabasy, wreszcie mrowie zdarzeń z nie do końca rozpoznanych źródeł dźwięków. Całość zdaje się być podszyta tajemniczym, wewnętrznym nerwem rytmu, a wszyscy uczestnicy spektaklu pozostawać w stadium permanentnego dialogu. Fauna i flora improwizacji w rozkwicie! Po upływie dziesiątej minuty opowieść delikatnie się wystudza i przechodzi w fazę elektroakustycznych dygresji. Potem następuje faza bardziej intensywnych interakcji, doposażona w efektowną ekspozycję klarnetu kontrabasowego, a także gitarowe wtręty budowane na subtelnej amplifikacji. Akcja goni tu akcję, a każda fraza rezonuje z frazą bezpośrednio ją poprzedzającą. Oniryczne post-melodie i kontrabasowe chrobotania tuż przed upływem 30 minuty formują tu krótkotrwałą kulminację, która bezboleśnie odnajduje się w chmurze akustycznych, wystudzonych fraz i pulsującego tła gasnącej elektroniki.

Rozkołysana post-akustyka króluje na wyimaginowanej scenie przez kilka długich minut. Matowe melodie, nerwowe kontrapunkty i niemal kompulsywne napięcie związane z nieuchronnym końcem szyją ścieg ostatniej prostej. Plamy elektroakustyki, drżące perkusjonalia, dęte drony i preparacje lepią się w końcowy supeł mikrozdarzeń o niespotykanej urodzie.

 

PAS

Tu sytuacja dramaturgiczna jest jeszcze bardziej intrygująca. Berlińska Szprewa, okolice Petersburg Arts Space. Na jednym brzegu orkiestra, na drugim publiczność (jesteśmy w trakcie pierwszego lata pandemii!). Trzecim niezwykle istotnym elementem spektaklu jest samo miasto, jego życie foniczne, ludzie odgłosy i wszystko, co tworzy miejski mikroklimat. Muzycy wyposażeni są w urządzenia do absorbowania tych dźwięków i wtłaczania ich w przebieg orkiestrowej ekspozycji. Mają także hydrofony, a zatem interesuje ich również sfera dźwiękowa samej rzeki. Tym razem koncert zdaje się być precyzyjnie zaplanowany. Dla posiadaczy albumu w formie fizycznej kolejna wartość dodana – mapa zdarzenia! W głównym nucie rzeki opis poszczególnych ekspozycji muzycznych orkiestry, na jej skrajach akcje dźwiękowe, jakie dostarcza otoczenie. Całość trwa prawie 80 minut i trzyma nas w napięciu, niczym wysokogatunkowy horror.

Ów outdoor performance otwiera osobiście Berlin! Szum rzeki, ludzkie rozmowy, szmer miejskiego hałasu. Jedyne dźwięki orkiestry, to perkusjonalia. Obie sfery mają tu swój rytm, swoją metodę na przetrwanie. W okolicach 5 minuty do życia budzą się klarnety, instrumenty blaszane i kolejne perkusjonalia, tworząc intrygujące, dźwiękowe continuum. Po 10 minucie czeka nas elektroakustyczna nawałnica, którą zdaje się wzbudzać hałas przelatującego samolotu, a także dźwięki statku. Opowieść pulsuje, a akustyka instrumentów lepi się do gołej skóry miasta. Instrumentalne drony splatają się z miejską fonią, a słuchacz ma spory problem ze wskazaniem, która ze stron zdarzenia odpowiedzialna jest za dany dźwięk. Sama muzyka wydaje się być na tym etapie podróży bardzo delikatna, jakby przeniesiona z opuszczonej filharmonii wprost w wir rzeki. Sami muzycy wtłaczają w nurt główny narracji sporo przypadkowych dźwięków, stając się jakby kolejnym element berlińskiego zgiełku. Oba podmioty wykonawcze koncertu wchodzą w intrygujące interakcje – psy gadają z tubą, perkusyjne talerze lecą wraz ptactwem szerokim sklepieniem nieba. W 22 minucie nasi podróżnicy napotykają na deszcz post-akustycznych usterek. Orkiestra łapie teraz wiatr w żagle – blaszane pulsują, perkusje nadymają się, a wokół panoszy się mrowie gwizdów i świstów, powodując, iż opowieść nabiera masy i głośności. Coś na kształt rytmu, basowe plamy i miejskie gadanie dopełniają jakże już bogate spektrum dźwiękowe koncertu.

Tuż przed końcem drugiego kwadransa opowieść gaśnie niemal do poziomu ciszy. Drobne akcje i reakcje szyją teraz nową historię. Długie i krótkie frazy instrumentalne imitują ptasie odgłosy, szumy, zgrzyty i garść syntetycznych dronów snują swoje wątki. Miasto odczuwa coraz bardziej nerwowy step Splittera - wrony głośno kraczą, a szum wody narasta. Wszystko, co tworzy teraz flow pęcznieje, nadyma się, tworząc prawdziwie przemysłowy zgiełk. Tymczasem kameralne interludium szybko przenosi nas w świat perkusyjnej polirytmii. Swoje dokłada tętniące życiem miasto. W okolicach 50 minuty w ów perkusyjny szum wkraczają dumnie instrumenty dęte, szyjąc intrygę za intrygą. Po kolejnych kilku minutach w strumieniu głównym opowiadania pojawiają się tajemnicze dźwięki, które zdają się być zbierane z samego dna rzeki. Leje się woda, ale wszystko drży i pulsuje, podsycane frazami basowymi. Na kwadrans przed końcem, oliwy do ognia dolewa elektronika kreując definitywnie post-industrialny chaos chwili. Opowieść gęstnieje, nabiera brudu w szprychy, ale wytraca tempo. Niemal lewituje przerażone okolicznościami koniecznej w tym wypadku finalizacji. Narracja rozpływa się w drobiazgi i migotliwe umiera pozostawiając na pustej scenie jedynie odgłosy miasta.

 

Splitter Orchester splitter musik (hyperdelia.com, 3CD 2024)

Splitter Orchester: Liz Allbee – trąbka, Boris Baltschun – syntezator analogowy, Burkhard Beins –instrumenty perkusyjne, Anthea Caddy – wiolonczela, bas elektryczny, Anat Cohavi – klarnet, Mario de Vega – elektronika, Axel Dörner – trąbka, Kai Fagaschinski – klarnet, Robin Hayward – tuba, Steve Heather – instrumenty perkusyjne, Chris Heenan – klarnet kontrabasowy, Mike Majkowski – kontrabas, elektronika, Magda Mayas - clavinet, harmonium, Matthias Müller – puzon, Andrea Neumann - inside piano, mikser, hydrofony, Morten Joh – instrumenty perkusyjne, Simon James Phillips – organy, fortepian, Korg CX3, Jules Reidy – gitara, Ignaz Schick – elektronika, gramofony, Michael Thieke – klarnet, Clayton Thomas – kontrabas, Sabine Vogel – flety, hydrofony, Biliana Voutchkova – skrzypce, Marta Zapparoli - tape decks, hydrofony, odbiorniki radiowe, anteny.

CD1 Vortex: nagranie koncertowe, Silent Green, Berlin, listopad 2019. CD2 Imagine Splitter: nagrania solowe dokonane w trakcie pandemicznego lockdownu, zmiksowane przez Kaia Fagaschinskiego. CD3 PAS: nagrane na żywo nad rzeką Szprewą, okolice Petersburg Arts Space, Berlin, sierpień 2020. Łączny czas trzech improwizacji - 177 minut. 

 

 


piątek, 24 lutego 2023

The Relative Pitch’ January outfit: Quartet, Duo and Trio!


Amerykański The Relative Pitch Records dostarcza nowych płyt każdego miesiąca i czyni to z godną podkreślenia konsekwencją edytorską. W styczniu podrzucił nam trzy nowości (choć po prawdzie jedna z nich datowana jest na sam koniec grudnia). W zestawie odnajdujemy soczysty aylerowsko-coltrane’owski free jazz w doborowej obsadzie, ostatni odcinek serii DUOS2022 naszej ulubionej bułgarskiej skrzypaczki oraz amerykańskie trio swobodnego post-jazzu, niepozbawione meta bluesowego posmaku i rockowej ekspresji. Pierwszy i trzeci album dostajemy w formie dysku kompaktowego, duet zaś, tak jak poprzednio, jedynie w plikach elektronicznych.



Rasmussen/ Flaherty/ Rowden/ Corsano  Crying in Space

Firehouse 12, New Haven, czerwiec 2019: Mette Rasmussen – saksofon altowy i obiekty, Paul Flaherty – saksofon altowy i tenorowy, Zach Rowden – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja, instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 42 minuty.

Na omawianym, transatlantyckim albumie, nie mogło zabraknąć emocji gorącego free jazzu – ze strony amerykańskiej wyjątkowy saksofonista, prawdziwy outsider i weteran fire music, doskonały drummer już chyba średniego pokolenia i świetnie zapowiadający się młokos kontrabasu, a ze strony europejskiej najważniejszy kobiecy głos ekspresyjnego, post-brotzmannowskiego saksofonu. Początek koncertu, to aylerowski klimat podany w chill-outowym tempie – nisko osadzony, kontrabasowy smyczek, niezobowiązujący circle drumming i dwa saksofony wysoko wznoszące głowy. Narracja gęstnieje tu głównie za sprawą dynamizującego się smyczka, dzięki czemu dęciaki mają przestrzeń, by spontanicznie eksplodować. Niektóre ich oddechy zdają się być jednak przesycone nutą nostalgii, co szczególnie uwypukla się w momencie, gdy Paul i Mette zostają sami na scenie. W ramach puenty tej sytuacji dramaturgicznej dostajemy perkusyjne solo i czekamy na efektowny powrót smyczka. Następująca tuż potem faza rezonującego post-ambientu skomentowana zostaje wysokim lotem jednego z altów, prawdopodobnie w wykonaniu Mette.

Drugą odsłonę koncertu otwiera rzeczona Dunka, która prowadzi ponad czterominutowe intro. Najpierw prycha, potem śpiewa i nawołuje partnerów, by szybkiej włączali się do walki, nie unika typowych dla Vandermarka zabaw rytmicznych. W połowie piątej minuty post-aylerowski, tu może nawet bardziej post-coltrane’owski kwartet wraca do gry. Improwizacja kołysze się na wietrze, pięknie stymulowana kontrabasowym smyczkiem. Spokojny półgalop spowalnia w okolicach dziesiątej minuty, dając przy okazji chwilę wytchnienia saksofonistce, a na krótszy moment także kontrabasiście. Ta faza koncertu zdaje się mienić mroczną, kameralną aurą, a zostaje spuentowana tajemniczymi dźwiękami wracającej na scenę Mette. Niektóre z nich przypominają dmuchany instrument klawiszowy, a towarzyszą mu dźwięki … ptaków. Zakończenie drugiej części albumu nabiera onirycznego, dalekiego od napięcia fire music klimatu, dodatkowo podkreślanego niskim dronem smyczka. Na bis kwartet od pierwszego dźwięku rusza w ekspresyjną podróż, a jego opowieść zdaje się być silnie nasycona frazami Aylera, jego melodyką, pewną podniosłością, ale i narracyjną lekkością. Orkiestra tutti swobodnie płynie na bazie roztańczonego smyczka, ale ponieważ to encore, improwizacja systematycznie przygasa i przepoczwarza się w rozśpiewany duet saksofonów.



 

Biliana Voutchkova & Charmaine Lee  I am going to make an attempt to describe what you mean to me (DL)

Okoliczności domowe obu artystek, 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, dyktafony, field recordings oraz Charmaine Lee – głos, elektronika. Pięć utworów, 19 minut.

Finałowa edycja duetowej serii Voutchkovej, to wyjątkowo urokliwy zbiór miniaturowych opowieści, tkanych z drobnych fraz, niekiedy strzępów dźwięków, a nawet post-dźwięków, ale nasyconych emocjami po sam brzeg. Jednocześnie owa nieco performatywna narracja, w której posadowiono dużo fonii wprost z tzw. otoczenia, wydaje się być gęsta, niemal bolesna, zarówno dla tych, które te dźwięki tworzyły, tudzież preparowały, jak i dla całej reszty, która zasłuchuje się w intrygującym efekcie końcowym.  A że w trudzie i znoju rodzić się potrafi prawdziwe piękno, wiedzą być może nieliczni.

Elementy składowe tej tajemniczej, niekiedy mrocznej podróży, to rozedrgane, surowe, niemal mechanicznie brzmiące skrzypce, czasami śpiew, a może cichy krzyk przez zaciśnięte gardło, głos, który recytuje drobne like haiku poems, nieinwazyjna elektronika w tle i spory zbiór elektronicznych dekonstrukcji, tak głosu, jak i być może pozostałych dźwięków, bywa, że w smaku całkiem post-industrialnych. Ostatnie ze zjawisk dociera do nas szczególnie dobitnie w drugiej opowieści, która pod koniec przypomina niepozbawione usterek, delikatne post-techno. W trzeciej odsłonie broczymy po kolana w mroku głuchego post-ambientu, słyszymy kroki i skrzypcowe drony, prawdziwy festiwal tłumionych zmysłów. W czwartej części narracja nabiera tajemniczego, dalekowschodniego posmaku – dziwne odgłosy, elektroakustyczne zdobienia i kolejny mały poemat werbalny. W finałowej ekspozycji powraca industrial taste. Skrzypce jęczą, elektroniczny background pogrąża się w chaosie. Foniczne życie umiera, znów nie bez werbalnego komentarza.



 

Susan Alcorn, Patrick Holmes & Ryan Sawyer  From Union Pool

Union Pool, marzec 2022: Susan Alcorn - pedal steel guitar, Patrick Holmes – klarnet oraz Ryan Sawyer – perkusja. Trzy improwizacje, 40 minut.

Koncert amerykańskiej trójki improwizatorów został na albumie zaprezentowany w trzech częściach. Set główny, czyli dwa pierwsze i początek trzeciego utworu, stanowią nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych i trwają niespełna pół godziny. Po nich następuje coś na kształt bisu, który trwa dość długo, ale muzycy w jego trakcie nie są w stanie zarysować realnej dramaturgii i zdają się tonąć w twórczym chaosie. Trochę szkoda, bo pierwsze dwa kwadranse, pełne efektownych wzlotów i kilku drobnych upadków, cieszyć mogą ucho każdego fana swobodnej, choć usianej jazzowymi i post-bluesowymi wtrętami, dalece kolektywnej improwizacji.

Początek spektaklu jest umiarkowanie spokojny, usiany matowym brzmieniem gitary i klarnetu, tudzież blaskiem rezonujących talerzy zestawu perkusyjnego. Muzycy dość sprawnie wchodzą w pierwsze interakcje, choć nie forsują nadmiernego tempa. Nie stronią od melodyki, slajsowanych fraz gitary i dynamiki charakterystycznej dla rockowego drummingu. Szczególnie intrygująco brzmią w krótkich, ekspresyjnych spiętrzeniach – gitara rzęzi wtedy post-rockiem, klarnet wspina się na palce i kreuje drobne cudowności, a perkusja, najbardziej w tym gronie rozsądna, dba o odpowiedni ład dramaturgiczny. Z kolei w chwilach wytchnienia w improwizacji nie brakuje jazzowych wypełniaczy i odrobiny kreatywnej psychodelii. W części drugiej znajdujemy się dość płynnie, a największym wydarzeniem jej wczesnej fazy jest ognisty duet klarnetu i perkusji. Powrót gitary oznacza tu zejście w tłumione, post-bluesowe zagrywki. Choć narracja faluje niczym wzburzony ocean, od krwistego free jazzu po improwizowaną americanę, muzycy bez większych problemów docierają do końca tzw. części zasadniczej, która przypada mniej więcej na czwartą minutę trzeciego utworu. Potem następuje zejście w chmurę oklasków, a po nim próba budowania nowego wątku. Muzycy tańczą na linie, hałasują, krzyczą, sieją meta rockowy popłoch, ale niemal każdy pomysł porzucają po kilkudziesięciu sekundach.



wtorek, 24 stycznia 2023

The Relative Pitch’ December outfit: Malfon! Voutchkova & Surak! Abdou!


Nowy rok już w rozkwicie, a my ciągle buszujemy w ubiegłorocznych złogach świeżych płyt! Dziś czas na ponadnormatywnie płodny amerykański label The Relative Pitch. Jego trzy grudniowe nowości przynoszą nam dwie solowe ekspozycje saksofonowe (męską, jakże szorstką oraz damską, jakże kojącą nerwy) i performatywny duet na skrzypce, dźwięki otoczenia i śpiewające obiekty przeróżne.

Bez zbędnej zwłoki zaglądamy do środka trzech albumów, dwóch kompaktowych i jednego wirtualnego. Jak zwykle moc wrażeń przed nami! A geograficznie - Barcelona, Berlin i … bliżej nieokreślone francuskie suburbia.



Don Malfon  Mutable (CD)

Bellvitge, Barcelona, maj 2022: Don Malfon – saksofon altowy i barytonowy. Osiem utworów, 40 min.

Kataloński saksofonista zdaje się podążać dalece przemyślaną drogą rozwoju artystycznego. Nie rzuca się w wir każdej improwizacji, dobrze dobiera partnerów (także tych renomowanych) i wytrwale pracuje, by co kilka, kilkanaście miesięcy dostarczać nam nową płytę. Jego pierwsza solowa ekspozycja ukazała się dwa lata temu w labelu lokalnym i była niczym nieskrępowaną podrożą w głąb preparowanych, saksofonowych dźwięków barytonu. Nowa płyta pokazuje innowacyjność i kreatywność tego muzyka jakby w innym świetle. Malfon serwuje nam tu zmyślną dramaturgię, dużo pracuje samym instrumentem, bawi się jego mechaniką, intensywną fizycznością samej materii, a nade wszystko daje nam popis wykonawczej wirtuozerii. Dodajmy, iż obok barytonu w nagraniu pojawia się także saksofon altowy, choć po prawdzie jego brzmienie w procesie intensywnych dekonstrukcji czasami niczym nie różni się od barytowego charczenia. Definitywnie bardzo mocny punkt w katalogu RP na koniec roku!

Na starcie pierwszej improwizacji muzyk wydycha z płuc ogromne ilości suchego powietrza. W tubie saksofonu coś brzęczy i post-perkusyjnie rezonuje. Brzmienie jest szorstkie, zdecydowanie agresywne, ale na swój sposób melodyjne. Rodzaj saksofonu rozpoznajemy dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Baryton buduje tu opowieść, która ma swój wewnętrzny, choć nieoczywisty rytm. W końcowej fazie ekspozycji zdaje się, że muzyk używa jedynie ustnika. Druga improwizacja, to podróż definitywnie mechaniczna. Pracują dysze, muzyk szuka akustyki samego korpusu instrumentu, wszystko tu drży i wysyła rezonujące dźwięki. Chwilami przypomina to zabawy Vasco Trilli metalowymi przedmiotami na perkusyjnym werblu. Pewnie znów coś znajduje się w samej tubie, ale jeśli jest tam tylko powietrze, to muzyka winniśmy od dziś określać mianem czarnoksiężnika. Saksofonista buduje tu kilka wątków jednocześnie, bywa, że jego instrument brzmi niczym puzon albo trąbka. Mechanika, wulkanizacja, pulsacje - prawdziwie akustyczne techno! Kolejne improwizacje stawiają na bardziej zwięzłą, niekiedy enigmatyczną formę. Trzecia, to pakiet rezonujących, nieco wystudiowanych fraz, które udanie szukają pokrętnej melodyki, z kolej w czwartej wszystko brzmi, niczym charczące płuca gruźlika. Muzyk pracuje długim oddechem, w końcu niemal cyrkulacyjnie, a brudne brzmienie kreuje dodatkowe emocje. W piątej odsłonie dostajemy się w wir czystego powietrza, a saksofonista kreśli delikatnie swingujące, post-freejazzowe frazy. W szóstej części powraca do formuły dronowej. Narracja płynie tym razem wysokim wzgórzem, wydaje się lekka, bardzo delikatna, jak na kanony tego albumu i tego artysty. Jeśli pierwsze dwie improwizacje uznać tu jesteśmy skłonni za najlepsze momenty płyty, to siódma część zdaje się reasumować wątki obu tych opowieści. Instrument Malfona zamienia się tu w szlifierkę, tokarkę, spawarkę, a nawet zepsuty silnik elektryczny. Prawdziwy pokaz możliwości brzmieniowych prostego instrumentu dętego! Końcowa improwizacja toczona jest bliżej ciszy. Długie, spokojne pociągnięcia pędzlem, relaksacyjny oddech, ale niemal post-industrialne brzmienie. Nastrój całości zdaje się być jednak bardziej oniryczny niż mroczny. Akustyczne niespodzianki czają się bowiem w każdym zakamarku tej narracji.



 

Biliana Voutchkova & Jeff Surak  The Truth About the Key (DL)

Berlin (ulice miasta oraz studio Liebig12), lipiec 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głosowe deskrypcje, obiekty oraz Jeff Surak – magnetofony kasetowe, amplifikowane obiekty. Trzy utwory, 39 minut.

Kolejny, choć wcale nie ostatni epizod cyklu DUOS2022 bułgarskiej skrzypaczki zrealizowany został w Berlinie, w dwóch nieco odmiennych sytuacjach dramaturgicznych. Z jednej strony, to tzw. akcje partyzanckie w mieście, gdzie artyści zbierali ciekawe odgłosy otoczenia, z drugiej spotkanie studyjne, w trakcie którego zarejestrowali wiele frapujących dźwięków instrumentalnych i post-instrumentalnych. Potem jeszcze tylko bystry mix tego wszystkiego i album już gotowy. Składa się z dwóch krótkich odcinków i części zasadniczej. Ta ostatnia trwa prawie pół godziny i w swej drugiej fazie zdominowana została przez … muzykę. To definitywnie najlepszy fragment całej płyty.

Z okolicznościami ulicznymi stolicy Niemiec wita nas syrena alarmowa. Kalejdoskop field recordings zdaje się być tu niezwykle barwy i bogaty. Do żyjącego miasta, które jest tu dominantą wydarzeń dodawane są dźwięki skrzypiec, rejestrowane w różnych sytuacjach akustycznych, a także głos Biliany, która prowadzi dialogi z samą sobą lub napotykanymi spacerowiczami. Narracja jest wszakże spójna, ma swój wewnętrzny rytm, a zdobi ją plejada dźwięków elektroakustycznych, których źródeł możemy się jedynie domyślać. Drugi utwór wnosi do zastanej sytuacji narracyjnej intrygującą rytmikę, która zdaje się burzyć tajemniczy, oniryczny klimat pierwszej części, a także równie zaskakującą melodykę. Owe kilkanaście minut dwóch pierwszych odcinków albumu ma definitywnie charakter performerski, ale jego dramaturgia sprawia, iż nawet na moment nie gubimy tu koncentracji. Trzecia odsłona bazuje głównie na dźwiękach skrzypiec Biliany i szerokiego akcesorium Jeffa. Tu także pojawiają się inkrustacje field recordings, ale mają one charakter zdecydowanie incydentalny. Narracja syci się dźwiękami strunowymi, głosem i masą intrygujących, elektroakustycznych fonii. Skrzypce chętnie wypadają w post-barokowy taniec, sycą się brudnym, post-ulicznym brzmieniem, a pozostałe dźwięki dostarczane za pomocą magnetofonu i przeróżnych obiektów idealnie ubarwiają rwaną, nerwową narrację. Szczególnie piękny wydaje się fragment z okolic dwudziestej minuty – tu skrzypce efektownie frazują na tle gęstego pasma szumów. Na ostatniej prostej zdaje się, że słyszymy nawet dwa wątki skrzypcowe.




Sakina Abdou  Goodbye Ground

Nagrania domowe, Francja, od kwietnia do czerwca 2022: Sakina Abdou – saksofon. Siedem utworów, 43 minuty.

Francuzka saksofonistka, którą znamy także z roli artystki barwiącej dęte frazy swojego instrumentu elektrycznymi i elektroakustycznymi preparacjami, zaprasza na swoją solową ekspozycję, którą wypełniać będą wyłącznie dźwięki czystego saksofonu. Album zdaje się mieć trzy zasadnicze części. Najpierw Abdou sięga do swoich jazzowych korzeni, potem, w najdłuższej opowieści, szuka brudnych, preparowanych fraz, wreszcie zabiera nas na pięcioczęściową podróż, w trakcie której dzieje się niekiedy niezbyt wiele, a poza skończoną liczbą przypadków konstytucją tej impro/ kompozycji jest zasada wielokrotnego powtarzanie fraz.

Pierwsza część albumu, to czysto brzmiące, niekiedy wręcz post-hardbopowe, melodyjne, na ogół spokojne frazy saksofonu, sięgające także po klimat brzmieniowy i narracyjny, który zdałby się być ścieżką dźwiękową do klasyka cinema noir. Dużo ciekawego przynosi druga opowieść – brudne, szorstkie, czasami hałaśliwe brzmienie i improwizacja (kompozycja?), która poszukuje zarówno dynamicznych, gęstych komplikacji, jak i uspokajających westchnień post-kameralistyki. Taka mozolnie budowana, dualna narracja stanowi tu oś wydarzeń dramaturgicznych. Artystka trzyma się wytyczonego szlaku i nie stroni od konceptualnej niemal repetycji. Trzecia historia, która trzyma się melodyki, jest spokojna i nie stroni od post-jazzowych inkrustacji, zdaje się stanowić wprowadzenie do części czwartej, która szyta jest zdecydowanie gęstszym ściegiem. Abdou dyktuje tu stabilne tempo, ale syci narrację zadziornymi, bardziej emocjonalnych frazami. Z kolei piąta część budowana jest początkowo głównie krótkimi, urywanymi dźwiękami. Potem nagranie dostarcza nieco więcej ekspresyjnych sytuacji, nabiera wręcz pewnej meta taneczności. W szóstej odsłonie artystka najpierw nuci post-melodię, jakby półgębkiem, potem wydłuża oddech i pracuje niemal cyrkulacyjnie, po raz pierwszy na albumie rzadziej sięgając po figurę dramaturgiczną zwaną powtórzeniem. Finałowa impro-kompozycja trwa prawie dziesięć minut, a zaczyna się dronowym frazowaniem. Saksofon oddycha, szumi, czasami szyje narrację drobinami dźwięku. W dalszej części saksofonistka stawia na większą kreatywność, podnosi nieco poziom dynamiki, a na sam koniec serwuje na garść naprawdę mocnych oddechów. 

 



sobota, 31 grudnia 2022

50 Reasons to Remember The Year 2022! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2022!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań! 



 

 Amidea Clotet  Trasluz

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/the-relative-pitch-and-august-fresh.html

Artur Majewski/ Vasco Trilla  The End Of Something

(not reviewed yet)

„A” Trio  Folk

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/a-trio-goes-into-folk-dance.html

Biliana Voutchkova & Tomeka Reid  Bricolage III

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-relative-pitch-fresh-stuff.html

Biliana Voutchkova & Susana Santos Silva  Bagra

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/biliana-voutchkova-duos2022-susana.html

Colin Webster/ Dirk Serries/ Emilie Škrijelj/ Martina Verhoeven/ Tom Malmendier  Oud Klooster

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/oud-klooster-and-driven-in-paradox-two.html

Christian Marien  Solo The Sun Has Set, the Drums Are Beating

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/christian-marien-sun-has-set-drums-are.html

Daunik Lazro/ Jouk Minor/ Thierry Madiot/ David Chiésa/ Louis-Michel Marion  Sonoris Causa

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/lazro-minor-madiot-chiesa-and-marion-in.html

Dead Neanderthals  Metal

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-december-round-up-dead-neanderthals.html

Deric Dickens, Erica Dicker & Eli Wallace  The Light Only Comes Sometimes

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/dickens-dicker-wallace-light-only-comes.html

Don Malfon/ Florian Stoffner/ Vasco Trilla  A Tiny Bell and Its Restless Friends

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-free-iberian-stories-continuation.html

Eli Wallace  Pieces & Interludes

(not reviewed yet)

Ensemble Icosikaihenagone  Volumes II - Fiction Musicale et Chorégraphique - Création pour Grand Orchestre et Corps Actants

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/benjamin-duboc-ensemble.html

Ernesto Rodrigues, Brad Henkel, Guilherme Rodrigues & Matthias Müller  Wild Elegy

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/the-rodrigues-family-and-fresh-fruits.html

Evan Parker X-Jazz Ensemble  A Schist Story

(not reviewed yet)

Guilherme Rodrigues/ Anna Jędrzejewska/ Marcelo Dos Reis/ Witold Oleszak/ Paweł Doskocz/ Michał Giżycki/ Ostap Mańko/ Wojtek Kurek  Spontaneous Live Series 009: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Iris Ederer/ NO Moore/ Eddie Prevost  Traktor

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/traktor-by-ederer-moore-and-prevost.html

Isysxae  Hyper Nature

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/known-detractors-isysxae-two-noisey.html

Izumi Kimura/ Artur Majewski/ Barry Guy/ Ramon Lopez  Kind Of Light

(not reviewed yet)

John Butcher/ Angharad Davies/ Matt Davis/ Dominic Lash/ Dimitra Lazaridou-Chatzigoga  Nodosus

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/butcher-davies-davis-lash-lazaridou.html

John Edwards, Steve Noble & Yoni Silver  HEME

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/edwards-noble-silver-empty-bottle-of.html

José Lencastre  Common Ground

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/the-phonogram-unit-fresh-outfit-common.html

Kaja Draksler  In Otherness Oneself

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/06/kaja-draksler-in-otherness-oneself.html

Kaja Draksler & Susana Santos Silva  Grow

(not reviewed yet)

Known Detractors  The Centipede Switch

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/known-detractors-isysxae-two-noisey.html

Liquid Trio  Camí ral

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/liquid-trio-cami-ral.html

London Jazz Composers Orchestra  Kraków 2020

(not reviewed yet)

Luis Vicente, Seppe Gebruers & Onno Govaert  Room With No Name

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/07/luis-vicente-seppe-gebruers-onno.html

Magda Mayas/ Tony Buck/ John Butcher glints

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/mayas-buck-butcher-and-their-glints.html

Marcelo dos Reis/ Álvaro Rosso/ João Valinho/ Albert Cirera/ João Almeida  The Caldas Concert. Live at Igreja do Espírito Santo

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-free-iberian-stories-continuation.html

Marek Pospieszalski  Polish Composers Of The 20th Century

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/marek-pospieszalski-polish-composers-of.html

Mark Feldman & Katinka Kleijn  Sine Nomine

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/mark-feldman-katinka-kleijn-sine-nomine.html

Mark Holub  Anthropods

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/01/mark-holub-anthropods.html

Marlies Debacker  Shimmer

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/10/marlies-debacker-and-her-shimmer.html

Marta Warelis  A Grain Of Earth

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/marta-warelis-grain-of-earth.html

Martin Küchen/ Agusti Fernández/ Zlatko Kaučič  The Steps That Resonate

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/06/kuchen-fernandez-kaucic-in-steps-that.html

Matthias Müller/ Matthias Bauer/ Rudi Fischerlehner  Der Dritte Stand

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/muller-bauer-and-fischerlehner-der.html

Matthias Müller/ Witold Oleszak/ Peter Orins/ Paulina Owczarek  Spontaneous Live Series 010: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Michał Joniec & Michał Giżycki  S#O

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/so-by-micha-joniec-micha-gizycki.html

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/the-august-round-up-jaktar-forensic.html

Pedro Alves Sousa, Rodrigo Pinheiro, Gabriel Ferrandini  Cloud at rest

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/the-lisbon-story-sousa-pinheiro.html

Reinhold Friedl/ Frank Gratkowski  Moon

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/bocian-records-friedl-gratkowski-sawt.html

Silt  The Loft Sessions

(not reviewed yet)

SoundScapes Festival # 3  Munich - 2021 Schwere Reiter

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/soundscapes-festival-3-munich-2021.html

Stopmobil  La m​á​quina de fabricar caprichos

(not reviewed yet)

Superimpose with Witold Oleszak and Marcelo dos Reis  Spontaneous Live Series 011: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Toc  Did It Again

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/toc-means-ternoy-orins-and-cruz-and.html

Tom Jackson/ Dirk Serries/ Kris Vanderstraeten  Dandelion

(not reviewed yet)

Torben Snekkestad/ Søren Kjærgaard/ Tomo Jacobson  Spirit Spirit

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/snekkestad-kjrgaard-jacobson-spirit.html

Ziv Taubenfeld's Full Sun  Out of the Beast Came Honey

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/07/ziv-taubenfelds-full-sun-out-of-beast.html