Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred Frith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred Frith. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 marca 2025

The Relative Pitch’ 2025: Temple of Muses! Nada Sagrada! Old Adam on Turtle Island! The Life and Behavior! Morpeth Contemporary! FATHM!


Nowojorski The Relative Pitch Records w permanentnym natarciu! Pierwsze dwa miesiące roku przynoszą dziewięć albumów, z których sześć za moment poddanych zostanie naszej recenzenckiej wiwisekcji. Dla tych, którym wciąż mało ważna wiadomość - cztery nowości marcowe weszły już w stadium pre-orderu.

Bez zbędnej zwłoki sięgamy po dwa europejskie kwartety, transatlantycki duet, amerykański septet i duet, wreszcie nagranie solowe, podpisane przez obywatelkę tamtej strony Atlantyku. So, welcome!



 

Stian Larsen, Colin Webster, Ruth Goller & Andrew Lisle Temple of Muses

Snorkel Studios, Londyn, kwiecień 2022: Stian Larsen – gitara elektryczna, Colin Webster – saksofon altowy, Ruth Goller – bas elektryczny oraz Andrew Lisle – perkusja. Sześć utworów, 48 minut.

Webster i Lisle tworzą wyśmienity duet od lat, w trio z Larsenem mają w dorobku przynajmniej dwa albumy, wszakże ekspozycja w kwartecie z bliżej nam nieznanym basistą, to bezapelacyjna nowość. Jeśli pierwsza trójka wnosi tu rockowy i freejazzowy temperament, który znamy z wielu ich poprzednich produkcji, to rzeczony basista targa raczej subtelności post-jazzowego fussion, definitywny posmak świeżości i intrygującej niepowtarzalności.

Niespełna trzyminutowa, free jazzowa rozbiegówka doskonale wprowadza nas w temat. W kolejnej opowieści, już bardziej rozbudowanej, kwartet sięga nie tylko po atrybuty jazzowe, ale także rockowe i psychodeliczne, za co odpowiedzialni są nade wszystko gitarzysta i basista. Kluczowy dla dramaturgii całego albumu jest trzeci, ponad 20-minutowy utwór, który pokazuje kwartet we wszystkich kolorach tęczy. Balladowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie z kolejną porcją rockowych eksplozji, faza zagęszczonej, jazz-rockowej magmy i błyskotliwa, transowa finalizacja. Czwarta i piąta odsłona, to pokaz swobodnej, ponadgatunkowej, świetnie skomunikowanej zabawy. Najpierw trochę ćwiczeń rozluźniających, potem zwinna, na poły dynamiczna galopada pod jurysdykcją drummera. Album zamyka prawie dziesięciominutowa improwizacja, który sieje ferment mnóstwem dźwięków preparowanych, rezonujących fraz i dronowych ekspozycji. Pod koniec efektownie pęcznieje i zostaje spuentowana mięsistym free jazzem.




Brandon Lopez Nada Sagrada

Roulette Intermedium, Vision Festival 2023: Brandon Lopez – kontrabas, Zeena Parkins – harfa elektryczna, Mat Maneri – altówka, Cecilia Lopez – elektronika, DoYeon Kim – gayageum, Gerald Cleaver – perkusja oraz Tom Rainey – perkusja. Jeden utwór, 39 minut.

Septet Brandona Lopeza to definitywnie rzecz godna naszej uwagi. Dobrze zaplanowana improwizacja uformowana w jedną strugę dźwięków, budowanych intrygującym zestawem instrumentalnym, bystrze udramatyzowanych, soczyście brzmiących. Być może w środkowej fazie opowieść jest nieco przeładowana pomysłami, nazbyt bogata w wydarzenia, ale przynajmniej w jej trakcie nie grozi nam choćby sekunda nudy.

Początek albumu, to drżąca, strunowa, efektownie rozhuśtana porcja kameralistyki. Muzycy szukają pretekstu do wybuchu, ale spowijający ich mrok skutecznie studzi buzujący temperament. Opowieść faluje – zdaje się przez moment, że nabiera rumieńców akcjami podwójnego zestawu perkusyjnego, ale po niedługiej chwili grzęźnie w strumieniu strunowych lamentów. Raz jesteśmy pod ścianą hałasu, innym razem … płaczu. W fazach pośrednich opowieść nabiera post-jazzowych barw fussion. W drugiej części utworu muzycy łapią wiatr w żagle mocą elektrycznej harfy i post-elektronicznego backgroundu, po czym gasną w onirycznej aurze wystudiowanych subtelności. Serwują nam jeszcze kilka dynamicznych akcji niesionych niskimi frazami kontrabasu i harfy, a następnie przechodzą do fazy schyłkowej spektaklu, która przypomina chorobę dwubiegunową. Retoryka chwili sprowadza się do dylematu, czy jeszcze pohałasować, czy jednak zamilknąć.



 

John Dikeman, Sun-Mi Hong, Aaron Lumley & Marta Warelis Old Adam on Turtle Island

Splendor, Amsterdam, listopad 2022: John Dikeman – saksofon tenorowy, Marta Warelis – fortepian, Aaron Lumley – kontrabas oraz Sun-Mi Hong – perkusja. Dwa utwory, 51 minut.

Po kwartecie kierowanym przez Johna Dikemana zwykliśmy oczekiwać temperamentnego free jazzu, pełnego ognistych improwizacji i emocji płynących z wielostronnej wymiany argumentów. Tu sytuacja jest nieco odmienna. Mamy warstwę ideologiczną sugerującą refleksję nad losem współczesności i całe mnóstwo jazzowej, wręcz swingującej melodyki. Jeśli nie słyszeliście jeszcze Dikemana w wersji lirycznej, macie ku temu niepowtarzalną okazję. Dodatkowo John dobrał sobie wspaniałych partnerów, którzy świetnie wczuwają się w jego niebanalny nastrój chwili.

Kameralne otwarcie zagrane jest kolektywnie, a wyposażone w ciepły tembr saksofonu tenorowego, kontrabasowy smyczek, stonowane piano wprost z klawiatury i stylową, pozostającą nieco w tle perkusję. Opowieść pachnie rasowym free jazzem, ale momenty, gdy emocje sięgają stanu wrzenia należą do rzadkości i stanowią raczej interludium, nie zaś treść główną nagrania. Dominuje melodia, niekiedy swingujący drive i stonowane ekspozycje solowe, realizowane w oparciu o żwawy akompaniament. Pierwsze nagranie szczególnie podobać może się w fazie środkowej, gdy po efektownym szczycie artyści zanurzają się w mrocznych preparacjach, a potem wychodzą na prostą w estetyce post-bluesowej ballady. Druga odsłona albumu jest zbudowana jeszcze skrupulatniej. Kilkuminutowe otwarcie basu i szeleszczących talerzy, wyważona ekspozycja piana i saksofon, który intonuje pierwszą melodię dopiero po ósmej minucie. Narracja swinguje, pachnie czarnym jazzem lat 30. ubiegłego stulecia i nie przestaje zaskakiwać. Ferment kreacji płynie tu nade wszystko od pianistki, która pracuje także w formule inside piano. W dalszej części nagrania tonizujący emocje tenorzysta wchodzi w bystre interakcje z kontrabasowym smyczkiem, a po chwili ciszy przechodzi do melodyjnej, smutnej, niemal elegijnej finalizacji, niepozbawionej post-barokowych zdobień.




Fred Frith & Shelley Burgon The Life and Behavior

Guerrilla Recording, Oakland, maj 2002 oraz marzec 2005: Shelley Burgon – harfa oraz Fred Frith – gitara akustyczna. Dwanaście utworów, 45 minut.

Jedno z dwóch spotkań akustycznej gitary i harfy w dzisiejszym zestawie relatywnych nowości. Tu legenda muzyki kreatywnej, Fred Frith i Shelley Burgon, amerykańska artystka, której dorobku nie wygooglaliśmy przed rozpoczęciem pisania tej recenzji. Album konsumuje dwie sesji nagraniowe sprzed dwóch dekad – całość nie ekscytuje w każdej sekundzie swego trwania, ale przynajmniej kilka z dwunastu improwizacji (szczególnie tych bardziej rozbudowanych i pochodzących z młodszej sesji) wartych jest naszej wzmożonej atencji.

Otwarcie albumu śmiało zasługuje na miano wystudzonej world music. Potem robi się znacznie ciekawiej, muzycy wchodzą bowiem w stadium bardziej zawansowanych improwizacji i wzajemnych interakcji. Ich opowieści bywają wyczulone na niuanse i efektownie minimalistyczne, nie stronią wszakże od rytmu i bogacenia narracji dźwiękami, które niekoniecznie są efektem pracy na strunach. To, co najlepsze na płycie dzieje się w utworach najdłuższych, szczególnie piątym, bardziej medytacyjnym oraz dziewiątym i jedenastym. W tych dwóch ostatnich akcje z obu stron zdają się być intrygująco nerwowe, dramaturgicznie poszarpane, do tego świetnie skomunikowane i nasączone mnóstwem brudnych, preparowanych fraz. W jedenastym epizodzie, bezwzględnie zasługującym na miano najciekawszego, gitara zaczyna bardzo nisko i pięknie kontrapunktuje wysoko osadzoną harfę. Opowieść skrzy się od zwarć i pyskówek, nabiera dynamiki, buzuje niemal rockowymi emocjami.



 

Jacqueline Kerrod & Joe Morris Morpeth Contemporary 2024

Morpeth Contemporary, Hopewell, Nowy Jork, maj 2024: Jacqueline Kerrod – harfa oraz Joe Morris – gitara akustyczna. Trzy utwory, 51 minut.

Kolejne strunowe spotkanie i znów podobna sytuacja – świetnie rozpoznawalny gitarzysta i amerykańska harfistka, z którą stykamy się po raz pierwszy. Tu opowieść składa się z trzech rozbudowanych improwizacji (z których pierwsza stanowi połowę albumu) i miewa momenty definitywnie przegadane, tudzież przesłodzone post-klasyczną ornamentyką. Te ciekawsze fragmenty, to sytuacje, w których Morris przejmuje inicjatywę, wyciąga Kerrod ze strefy melodyjnego komfortu i zaciąga w mroczne, niebezpieczne rewiry swobodnej improwizacji.

Od post-klasycznych subtelności, poprzez leniwe medytacje, po intrygujące zwarcia i dramaturgiczne spięcia, to schemat dramaturgiczny gemu otwarcia. Prawie trzydziestominutowa improwizacja szyje nam tu kilka scenariuszy i niektóre z ich śmiało uznać możemy za więcej niż udane, szczególne te, które dzieją się po upływie kwadransa. Co ciekawe, to harfistka wnosi tu odrobinę kreatywnego fermentu. Druga opowieść rozpoczyna się aurze szmerów i rezonujących fonii, także przechodzi przez fazę medytacji, w ramach zaś reasumpcji wzbogacona zostaje o warstwę rytmiczną i garść intrygujących interakcji. Ostatnia improwizacja świetnie ilustruje sytuację, o której pisaliśmy w poprzednim akapicie. Po kilkuminutowym stadium relaksacji gitarzysta przejmuje dowodzenie i sprawia, iż zakończenie albumu nie szczędzi nam ekspresji, brudnych, kanciastych fraz i adekwatnych wypieków na twarzy.

, 


 

Laura Cocks FATHM

Czas i miejsce akcji nieznane: Laura Cocks – flet. Dziewięć utworów, 38 minut.

Na zakończenie relatywnych nowości specjalność zakładu, czyli album solowy. Kolejna bliżej nam nieznana amerykańska artystka i dziewięć bystrze sformatowanych improwizacji na flet solo. Od ciszy po hałas, od delikatności po agresję, od czystej frazy po wielokrotnie zdeformowane strzępy dźwięków.

Najpierw Laura oddycha całą masą fletowego korpusu, potem przyspiesza, ale jednocześnie ociepla tembr swojej wypowiedzi. Gdy jest taka potrzeba, fletowy strumień bogaci własnym głosem. Mruczy jak Beduin, by po chwili generować zniekształcone frazy, które w niczym nie przypominają brzmienia drobnego instrumentu dętego. Znęca się nad nim, topi w mulistej mazi, rozrywa i depcze. Nagle zaczyna medytować i pełnymi garściami łapie melodie. Śpiewa mroczne kołysanki dla niegrzecznych dzieci. Prycha i rzęzi jak gruźlik, by po niedługiej chwili zbudować multiopowieść, jakby miała w rękach i ustach co najmniej kilka instrumentów. W ósmym epizodzie skrupulatnie buduje flow z pisków i zgrzytów, a potem całą tę strugę brudu rozkłada na czynniki pierwsze. Przez ostatnie dziewięćdziesiąt sekund albumu snuje prostą, dynamiczną opowieść, świetnie kontrolując emocje.

 

 

 

wtorek, 20 października 2020

Škrijelj & Malmendier in two different outfits! A new music by eux sæm!


Emilie Škrijelj i Tom Malmendier u progu nowego, jakże szalonego roku 2020 założyli edytorską inicjatywę eux sæm, z siedzibą we francuskim Metz. Z ich pierwszą produkcją Les Marquises mieliśmy już okazję zapoznać się na tych łamach. Nie szczędziliśmy wówczas ciepłych słów dla elektroakustycznej, swobodnej improwizacji na akordeon zaplątany w elektronikę i żywą perkusję. Dziś muzycy powracają z nowymi płytami labelu, tym razem jednak nagranymi osobno. Emilie zagra w trio (jakże pandemicznym!), a wcześniej Tom będzie improwizował w kwartecie! Dodajmy, iż obie płyty są dostępne na nośniku fizycznym (CD).

 


There or here and that by Eraslan/ Frith/ Malmendier/ Weil

Na początek zapraszamy do Strasbourga i studia nagraniowego NAC. W połowie listopada 2018 roku spotykamy tam czterech artystów. Oto oni: Anil Eraslan – wiolonczela (z amplifikacjami), Fred Frith – gitara elektryczna, Tom Malmendier – perkusja oraz Clara Weil – głos. Odsłuch sześciu swobodnych improwizacji zajmie pełną godzinę i 49 sekund.

Spektakl inaugurują rwane frazy wiolonczeli i dźwięki przypominające szeptany beatboxing, a wszystko zdaje się tonąć w elektroakustycznej poświacie. Obok szelest post-rockowej gitary i nabierającej dynamiki perkusji. Kwartet potrzebuje około minuty, by wejść na tor gęstej, utrzymanej w żwawym tempie, swobodnej i bardzo kolektywnej improwizacji. Kobiecy głos już teraz potrafi nakrzyczeć na wszystkich wokół, a podłączone pod zasilanie zmienne cello działa wedle zbliżonego scenariusza. Kołem zamachowym opowieści zdaje się być nade wszystko perkusista, zaś mistrzynią kreatywności owa Pani przy głosie, która skacze z kwiatka na kwiatek i wiele wskazuje na to, że jest w stanie zaproponować każde rozwiązanie dramaturgiczne. Na finał pierwszej części strumień dźwięków rozlewa się bardzo szerokim korytem – gitara znajduje psychodeliczną poświatę, a głos charczy, jak zepsuty odbiornik radiowy. Druga opowieść na wejściu stawia na preparowanie dźwięków. Najpierw trzy instrumenty, potem głos, który przypomina wygłodniałą po covidowej kwarantannie owcę na wybiegu. Kolektywny, demokratyczny spleen rządzi niepodzielnie rozwojem wypadków scenicznych. Po kilku pętlach flow gęstnieje do tego stopnia, iż wszyscy zdają się śpiewać zaplątaną meta melodię, każdy na swój sposób. Dużo fermentu sieje amplifikowane cello, które najpierw kąsa prądem, a potem zieje ogniem … post-electro. Jeszcze tylko kilka incydentów w podgrupach, a na finał mała kwartetowa eksplozja. Trzecia improwizacja wita nas paletą wyjątkowo czystych dźwięków, przynajmniej na tle poprzednich części nagrania. Wiolonczela spokojnie płynie, głos podśpiewuje, gitara delikatnie rzęzi, a deep drumming dopełnia obrazu jakże kameralnej ekspozycji. Po upływie trzech minut sygnał do wzrostu dynamiki daje oczywiście perkusja. Gitara nabiera rocka, głos pokrzykuje, po czym narracja schodzi w obszar przyciszonego śpiewu i łoskotu talerzy. Po niedługiej chwili gitara zaczyna dudnić jak bas, a swoje dokłada cello – akcja goni tu akcję, ale sama narracja wydaje się być niezwykle przestrzenna. Pojawiają się zabawy w pytania i odpowiedzi, znów klimat całości nabiera bardziej kameralnego charakteru i nie stroni od dłuższych fraz. Po czternastej minucie (uwaga, to najdłuższa sekwencja dźwięków na płycie!) muzycy brną w kierunku estetyki balladowej. Nim jednak wybrzmi ostatni dźwięk, zdążą jeszcze istotnie zmącić strumień narracji.

Czwartą część płyty rozpoczyna … lejąca się woda. Nie wiemy dokładnie, kto jest sprawcą tego incydentu. Gryf gitary grzmi złowieszczo, ale reszta instrumentów kreuje małe, filigranowe frazy, pełne niuansów brzmieniowych. Solidarna zabawa dźwięk na dźwięk toczy się w najlepsze. Z tego zbioru małych zdarzeń muzycy budują masywny dron. Szepty i krzyki, warknięcia i westchnienia. Akustyczne pląsy i elektryczne plamy. Piąta opowieść od startu stawia na dynamikę, ale opowieść płynie nad wyraz swobodnie i zdaje się być dość zwiewna. Garść niemal operowych dźwięków wprost z gardła, smyczki i small percussion w najkrótszej, trzy i półminutowej opowieści. Czas na finałową, rozbudowaną do pełnego kwadransa improwizację. Zaczynają ją drżące struny i migoczące perkusyjne świecidełka. Piszczący głos, przeciąganie liny - struna po strunie, pulsujące smyczki, lekka, ale zadziorna narracja, pełna dramaturgicznych subtelności. Akcja, reakcja, ale także garść dość łagodnych dźwięków. Intuitywne post-chamber zdaje się pięknie reasumować wysoką jakość całego nagrania. Cello rozmawia z głosem, raz językiem pacholęcym, innym razem niczym dwie operowe divy. Na przetworniku gitarowym buduje się pasmo syntetycznych, dość zaskakujących fraz. W połowie improwizacji muzycy włączają nieco bardziej dynamiczny tryb. Potem cudownie trwonią czas na rozchełstane call & responce, kilka preparowanych dźwięków, a nawet dubowe echo gitary. Bogaty w wydarzenia finał sięga także po mglisty ambient, głos scatem i szelest perkusjonalii. Opowieść zostaje zgaszona w mistrzowskim stylu, ale po takiej wyjątkowo udanej, godzinnej narracji, w ogóle nas to nie dziwi.

 


Distant Numbers by Loris Binot/ Lê Quan Ninh/ Emilie Škrijelj

Kolejna płyta nagrana została przez trzech artystów, ale każdy z nich pracował osobno, w innym miejscu i czasie (wszakże w trakcie pandemicznej wiosny roku bieżącego). Każdy przygotował jeden autorski, improwizowany materiał, który następnie był miksowany z utworami pozostałych muzyków. W różny sposób, w różnej kolejności. Efektem tych prac jest sześć kombinacji liczb 1,2 i 3. Dodatkowo stworzony został siódmy utwór, który jest konglomeratem indywidualnych traków każdego z muzyków. Uff…. zacznijmy od danych personalnych: Loris Binot – piano preparowane (część druga, nagrana w Metz), Lê Quan Ninh – surrounded bęben basowy (część trzecia, Jarnages) i Emilie Škrijelj – akordeon (część pierwsza, Scy-Chazelles). Całość trwa 35 minut i 37 sekund.

Przed nami nagranie, które nie powstało w czasie rzeczywistym, jest efektem pewnego rodzaju … improwizowanej post-produkcji, ale jakkolwiek skomplikowany nie byłby proces, jaki doprowadził do ostatecznego efektu (a także równie ułomny opis recenzenta), to, co dostajemy na płycie Distant Numbers brzmi, jak swobodna improwizacja realizowana definitywnie w … czasie rzeczywistym, do tego nad wyraz wartościowa artystycznie, ale o tym już poniżej.

Płyta zaczyna się zwinnym konglomeratem dźwięków i brzmień, którą mniej lub bardziej przypominają wielowymiarowe instrumenty perkusyjne. Po prawdzie, tak działo się będzie w wielu fragmentach tej niekolektywnej improwizacji. Coś masywnie drży, coś tańczy na strunach fortepianu, coś skrzypi, brzęczy i huczy. Świat preparacji, który choć nie korzysta z amplifikacji, chwilami smakuje elektroakustyką. Druga opowieść nie stroni od rezonansu, szumów, szelestów, całej palety dźwięków, które potrafią brzmieć w sposób dalece nierzeczywisty. W tym tyglu zdarzeń, od czasu do czasu, pojawia się jęczący akustyką akordeon i to właśnie ten instrument zdaje się tętnić najbardziej żywym dźwiękiem. Preparowany bęben basowy czasami przypomina grzmoty pioruna w otwartej przestrzeni kosmicznej, a preparowane piano – to wiemy pewnie najlepiej – potrafi zaskoczyć nasze narządy słuchu w każdym momencie. W trzeciej części dźwięki, jakie do nas docierają sprawiają wrażenie, jakby cała trójka artystów zamknęła się w pudle rezonansowym fortepianu. Wszystko drży do tego stopnia, że niemal … śpiewa.

Szczególnie udany wydaje się odcinek czwarty. Pulsująca meta elektroakustyka akordeonu nabiera posmaku suchego ambientu, rezonuje z resztą świata aż do uzyskania intrygującego efektu post-noise. Piano dostarcza dźwięków z samego swego dna, surrounded bass drum wypełnia zaś całą resztę jakże intensywnego odcinka improwizacji. Piąty epizod znów brzmi, jak zmutowana armia instrumentów perkusyjnych. Całość narracji nabiera maszynowego rytmu, brzmi niczym zdezelowana wiertarka. I znów akordeon zdaje się być tym ostatnim po stronie żywych uczestników tego niezwykłego spektaklu. Szósty epizod zdaje się oddychać – z glazury wielkiego bębna bucha powietrze niczym z tuby instrumentu dętego. Mechanika małego zakładu szlifierskiego - szorowanie, polerowanie, skrobanie, tłuczenie i ugniatanie! To zapewne także efekt maltretowania strun fortepianu i klawiszy akordeonu (ten ostatni zdaje się konać w mękach piekielnych!)! Wreszcie siódmy epizod, lepiący niezmiksowane dźwięki wygenerowane wcześniej przez muzyków. Zachowując odrobinę wyobraźni, można rzecz - tworzone symultanicznie. Perkusjonalne echo, preparacje fortepianu, drżenie akordeonu – powstaje gęsta narracja, który kipi aż po sam sufit, po czym błyskotliwie schodzi w ambient, by po chwili znów eksplodować krótkotrwałą porcją hałasu. Akustyczne morze szaleństwa w nieskończonej czasoprzestrzeni. Szkliste piano, błyszczący akordeon, szemrzący bęben basowy – recenzentowi kończą się już metafory, dobrze zatem, że ta fantastyczna płyta trwa tylko 35 i pół minuty.

 

 

środa, 8 stycznia 2020

Rdza! Favorite Duets! Mózg Injectors! Muzyka Z Mózgu - Reinkarnacja!


Płyta formacji Arhythmic Brain From The Begining To The End, która ukazała się ponad 16 lat temu, jako numer 7 katalogu Muzyka Z Mózgu, zgodnie ze swoim tytułem zakończyła żywot serii wydawniczej, dokumentującej szaloną muzykę, jaka od mniej więcej połowy lat 90. ubiegłego stulecia powstawa ła w Bydgoszczy, w Klubie Mózg.

Wspomniany w tytule płyty koniec nie okazał się jednak wieczny! Trybuna Muzyki Spontanicznej z radością donosi, iż nieoczekiwany ciąg dalszy właśnie nastąpił! Minionej jesieni ukazały się bowiem trzy płyty Muzyki Z Mózgu pod numerami katalogowymi 8, 9 i 10! Radość nasza jest przeto ogromna, stymulowana dodatkowo jakością muzyki tam zawartej. Z ogromną przyjemnościową zaglądamy do środka każdej z nich.

Zaczniemy od 12-osobowej orkiestry, potem pochylimy się nad siedmioma skromnymi duetami persony z pewnością niezwykle ważnej dla historii opisywanego dziś zjawiska, a na koniec zagościmy na płycie sekstetu złożonego z lokalsów i pewnego zacnego gościa ze Zjednoczonego Królestwa. Dodajmy już teraz, że wszystkie płyty dostępne są na nośnikach CD (trzecia z nich również jako LP), a także w plikach – całość na stosownej stronie bandcampa, której adres znajdziecie na końcu tejże epistoły.




Rdza Yass Improvisation

Nagranie powstałe w nocy z 25 na 26 czerwca 2019 roku w sali koncertowej im. Romana Sucheckiego Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Orkiestra zwie się Rdza, a w jej składzie odnajdujemy następujące imiona i nazwiska: Antonina Nowacka - głos, Mamadou Ba alias GÓO - głos, Piotr Mełech – klarnet, klarnet basowy, Ray Dickaty – saksofon sopranowy, Jan Małkowski – saksofon altowy, Jędrzej Łagodziński – saksofon tenorowy, Maksymilian Gwinciński – flet, dyrygentura, Jakub Królikowski - fortepian, Jarosław Majewski – kontrabas, leader, Sławek Janicki - kontrabas, Dominik Mokrzewski – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jacek Buhl - perkusja, instrumenty perkusyjne. Godzinny występ orkiestry składa się z siedmiu części opatrzonych tytułami. Dodajmy, iż wszystkie kompozycje są dziełem uczestniczących w nagraniach muzyków.

Głosy obojga płci, masywny blok pięciu instrumentów dętych, piano i podwójna sekcja rytmiczna – siła rażenia mazowiecko-kujawskiej efemerydy musi być przeogromna, niezależnie od poziomu rdzy na poszczególnych jej elementach składowych. Spektakl zaczyna damskie … jodłowanie po japońsku. Półtorej minuty wstępu, który stawia nas na nogi i w tym stanie pozostawia do ostatniego dźwięku. Masywna orkiestra wchodzi do gry całym arsenałem środków głosowych i instrumentalnych. Krzyki, rwanie strun kontrabasów i ezoteryczne bębnienie. Piękna, jazgotliwa rozgrzewka przed improwizacyjną bitwą. Imponujący, intensywny, intrygujący balans muzycznym ciałem. Nadęte tempo, bystre skoki w bok klarnetu i saksofonów, free jazz godny swych wielkich korzeni (Roots!). Początek trzeciej opowieści tli się na gryfach kontrabasów. Moc perkusjonalnych błyskotek, dęte zaloty z nagrzewających się tub, pomruk męskiego głosu. Hippisowskie rozchełstanie w oczekiwaniu na rajskie gody! Swobodna improwizacja, która szuka inspiracji poza masywem Uralskim, z europejskiej perspektywy patrząc, uroczo narasta, przypomina wielobarwny kalejdoskop, który płonie od spoglądania w kierunku słońca. Czwarta historia powraca do tempa z tej drugiej – masywny drum’n’bass z pianem w tle. Podwójna moc, która nie bierze jeńców. Dęciaki komentują unisono, jakby miały przed sobą instrukcje graficzne. Po paru chwilach fire music skrzy się na całej scenie, choć saksofony mają jeszcze chłodne lonty. W tym tyglu nieoczywistości świetną ekspozycję serwuje saksofon altowy, tuż po nim fortepian. Bystry galop zostaje zwinnie wyhamowany ptasim śpiewem i burczeniem kontrabasów.

Piąta opowieść – głosy śpiewają, drży klarnet basowy i saksofony uczepione jego stóp. Struny i talerze rozmyślają w skupieniu, mężczyzna mantruje, kobieta kwili jak sroczka. Basy przesuwają po podłodze masy ciężkiego powietrza. Heavy chamber as well! Garść perełek z klawiatury fortepianu ogłasza ciszę przed burzą. Tytułowe Yass Improvisation zabiera nas bowiem w ponad dwudziestominutową podróż po szerokiej dolinie open … jazzu. Basy i perkusje stawiają dynamiczny, masywny flow i będą w nim trwać przez cały czas ekspozycji. Rockowa dynamika i jazzowe improwizacje – najpierw sopran, potem klarnet basowy, fortepian, alt, flet, tenor, kontrabasy i perkusje. Każdy ma tu swoje parę sekund, które w pełni wykorzystuje. W ramach interludiów dęciaki grają komentarz, który brzmi jak zapis kompozycji na pięciolinii. Przewrotnie utwór, który ma improwizację w tytule jawi się, jako ten najsilniej … skomponowany, czy zaaranżowany. Siódma historia, krótkie zwieńczenie spektaklu, który wart jest niejednokrotnego powtórzenia. Preparacje kontrabasu, pomruki klarnetu basowego, od ciszy po nieco głośniejsze inkrustacje. Saksofony prychają, basy drżą, smyki jęczą w oczekiwaniu na odpust zupełny. Opowieść narasta i gaśnie w tempie marsza pogrzebowego. W roli niosącego flagę pokoju, klarnet basowy.




Favorite Duets 

Sławek Janicki, kontrabasista, z pewnością jeden z dwóch najbardziej charakterystycznych dla Muzyki Z Mózgu artystów, na krążku o wszystko mówiącym tytule Favorite Duets, prezentuje siedem improwizacji (jedna studyjna, sześć koncertowych), poczynionych w latach 2017-19 z muzykami, których szczególnie ceni i lubi. Po kolei, będą to: David Moss, Nicola Hein, Mark Feldman, Peter Brötzmann, Kazuhisa Uchihashi, Jerzy Mazzoll i Sainkho Namtchylak. Odsłuch całości zajmie nam 44 minuty i 9 sekund.

Zaczynamy od duetu z Davidem Mossem, który używa głosu i perkusjonalii. Masywne pizzicato kontrabasisty i równie wyraziste wyczyny wokalisty, który początkowo wydaje dźwięki scatem lub techniką, która zdaje się być do niego bardzo zbliżona. Na granicy melorecytacji, z całym bagażem historii improwizowanych dźwięków wprost ze strun głosowych Phila Mintona. W dalszej części utworu dostajemy także garść preparacji na strunach kontrabasu (nie bez udziału smyczka) i ekspresyjnych perkusjonalii. Drugi duet z gitarą elektryczną – od startu smyczek, który kaleczy struny i post-elektroniczny pomruk gitary, która szuka sprzężeń i przepięć energetycznych. Posmak zbuntowanego industrialu, wszystko czynione na dużej dynamice. Kontrabas brzmi, jakby łyknął dużą porcję prądu.

Czas na spotkania z legendami! Trzecia historia, najdłuższa, to duet Janickiego z amerykańskim skrzypkiem Markiem Feldmanem. Ten drugi od początku rusza we frywolny, jakże swobodny taniec po gryfie. Melodyjne podrygi, w których zwoje wplata się także lekkie, kontrabasowe pizzicato. Wszystko wszakże znów dzieje się w tempie godnym najlepszych sprinterów. Przed upływem trzeciej minuty do gry wchodzi dobrze naoliwiony smyczek i zaczyna się jazda zasadnicza. Muzycy nie unikają imitacji, skrzypek często sięga po semickie frazy. Kontrabas łapie moc, skrzypce nie gubią taneczności, a całość improwizacji nabiera post-barokowego przepychu. Ostatnie, śpiewne dźwięki odnajdują na gryfach swoich instrumentów. Dwie sekundy przerwy, a na scenie pojawia się sam Peter Brötzmann! Ma w usta saksofon, który po ułamku sekundy brzmi jednak jak … tarogato! Kontrabas podaje adekwatną dynamikę, a dęciak zaczyna słać śpiewne, krzykliwe podmuchy gorącego powietrza, rzeklibyśmy Peter like Peter! Muzycy zdają się być jednak dalecy od rozwiązań, jakich moglibyśmy się spodziewać – bystrze tłumią emocje, szukają chwilowego uspokojenia. Smyczek definitywnie łagodzi obyczaje, a nam nie pozostaje nic innego, jak uznać ten fragment improwizacji za jeden z bardziej spokojnych i wyważonych w wykonaniu Niemca, nawet w ujęciu dalece historycznym. Na finał – żeby nie było! - obaj muzycy pięknie wpadają w rozedrgany emocjonalnie galop. Brawo!

Powracamy do duetu z gitarą pełną prądu, wzmacniaczy i przetworników dźwięku. Masywne pizzicato, które szybko znajduje wsparcie w ołowianym smyczku i gitara, która zdolna jest uczynić tu wszystko. Pulsuje, drży i szeleści. Śle delikatne flażolety i pokrzykuje niczym dęciak. Japończyk po paru minutach brzmi już jak mała orkiestra i wydaje jednocześnie kilka pasm fonii bardzo różnej proweniencji. Posmak post-industrialu, ambientu, zwinnej psychodelii, a wszystko na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem, który sieje artystyczne spustoszenie. Tuż potem, u boku Janickiego staje kolejny bohater epoki Muzyki Z Mózgu, Jerzy Mazzoll. Wieczni przyjaciele plotą ciekawą meta balladę, wzbogacaną od czasu do czasu bystrymi okrzykami bardzo swobodnej, acz kontrolowanej improwizacji. Wreszcie finał płyty z głosem kobiecym, jedynym w swoim rodzaju. Piękna klamra spinająca, świetnie skonstruowany dramaturgicznie, zestaw duetów. Sainkho zdaje się być lekka jak puch, acz groźna jak tygrysica. Sławek i jego smyczek - zdystansowani, pewni siebie, melodyczni i punktualni. Zmysłowa rozmowa kobiecego głosu z męskim tembrem kontrabasu - o życiu i innych istotnych zjawiskach wszechświata.




Mózg Injectors Feat. Fred Frith  Sylvan Trail

Koncert zatytułowany Sylvan Trial miał miejsce w klubie Mózg, w czerwcu 2018 roku. Formacja, która na jego potrzeby nazwała się Mózg Injectors (Artur Maćkowiak – gitara, Łukasz Jędrzejczak – elektronika i głos, Sławek Janicki – kontrabas, Mikołaj Zieliński – gitara basowa oraz Qba Janicki - perkusja, instrumenty perkusyjne) spotyka na scenie wybitnego gitarzystę brytyjskiego, dla wielu legendę rockowej improwizacji, Freda Fritha. Muzyka jest nieprzerwanym, blisko 50-minutowym ciągiem dźwięków.

Szmer oczekiwania, pojedyncze dźwięki wyrwane z kontekstu i czasu, innymi słowy - rozgrzewka małej filharmonii, w oczekiwaniu na spóźnionych widzów. Małe plamy z basu i gitary, szelest perkusjonalii, pre-elektroniczne brzęczenie na kablach. Narracja sekstetu systematycznie narasta i łyka wszystkie napotykane dźwięki – gitary, posadowione na przeciwległych flankach, mantrycznie repetują, dzwonki i misy dźwięcznie tańczą na werblu. Małe preparacje, masywne basy i delikatna elektronika. Improwizowany, post-rockowy tygiel nabiera mocy i niezbędnej elektryczności scenicznej. Żwawa, bystra opowieść, pulsująca rytmem, iskrząca się drobinkami psychodelii, z gitarami w roli głównych wichrzycieli. Duża swoboda, moc kreatywnego pomyślunku, demokracja ludowa ze wskazaniem na lewą gitarą, którą niechybnie dzierży w dłoniach nasz gość specjalny.

W 13 minucie krok gitar w wielobarwny ambient wyznacza nowy wymiar spektaklu. Kilka minut zdaje się wystarczać, by ansambl ponownie zebrał się do drogi ku wysokiej górze. Frith zagłębia się w gęstej strukturze ambientu, zaś reszta załogi rozbłyska urodą kreatywnego szaleństwa, tworząc obszerny strumień dźwięków, pełnych emocji i swobody improwizacji. Perkusjonalny kolektywizm, separatywne gitary i bystre preparacje ostro zakończonym smyczkiem - od hałasu do ciszy, od skupienia do rozwichrzenia. Po 30 minucie narracja wydaje się być nad wyraz stabilna. Gitara Fritha bystrze repetuje, sekcja rytmu i życia grzmi i dudni, a perkusjonalne preparacje, smyczek na gryfie kontrabasu i druga gitara szukająca psychodelii, dopełniają obrazu narracji, która upływa w artystycznym umiarkowaniu. Śmiało można ogłosić stan mrocznego spowolnienia, które być może trwa o kilka minut za długo. Szczęśliwie, w połowie 43 minuty, aktywizujący się drumming, czerstwy ambient prawej gitary i basowe pląsy przenoszą flow opowieści w bardziej dynamiczne stadium. Spirala emocji zostaje nakręcona – psycho dynamic dance till the end! Obie gitary dają do wiwatu, sekcja kręci tłusty groove, głos ludzki wyje z zadowolenia. Improwizacja gaśnie przed upływem 50 minuty, głównie na barkach rozpływających się gitar.


Wspomniany na wstępie adres, niezbędny dla odsłuchu i zakupów.

sobota, 28 stycznia 2017

Joëlle Léandre – kobiece robótki ręczne, wersja długodystansowa


Uprawianie muzyki improwizowanej jest dość skomplikowanym przedsięwzięciem. Przynajmniej z artystycznego punktu widzenia. Słuchanie – w sumie także, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę reakcję nieprzystosowanego akustycznie otoczenia w postaci rodziny, kota lub sąsiadów (to jest w ogóle muzyka????).

Jeszcze bardziej karkołomnym przedsięwzięciem zdaje się zaś wydawanie tej muzyki, jej upublicznianie, wprowadzanie do powszechnego obiegu na różnorakich nośnikach dźwięku. Jak niejednokrotnie i istotnie ironicznie na tych łamach wspominaliśmy, każdy koncert, czy rejestracja studyjna z muzyką improwizowaną jest już powodem, by wydać nową płytę. Równie homeryckie problemy pojawiają się na etapie edycji samego nagrania. Czy zarejestrowany zestaw dźwięków z muzyką improwizowaną należy traktować jako samoistne dzieło sztuki wypuszczone z rąk świadomego artysty i ze wszelkimi niedoskonałościami, tak akustycznymi, jak i dramaturgicznymi, wydawać tylko i wyłącznie w całości? Czy też mamy moralne prawo, by je ciąć, sklejać i wydawać tylko te fragmenty, które z dowolnego punktu widzenia uznamy za najbardziej wartościowe?

I ostatni już dziś poruszany problem. Czy istnieje w muzyce improwizowanej nadpodaż muzyki? Czy przesyt i nadmiar są takim samym udziałem muzyków, wydawców i słuchaczy, jak niedosyt i niedobór?

Bodaj dekadę temu, na zacnym i nieodżałowanym portalu jazzowym Diapazon.pl, miałem czelność popełnić tekst istotnie krytykujący zarówno pewnego muzyka, jak i jego wydawców, którzy zalewają skromny rynek muzyki improwizowanej kolejnymi nowymi wydawnictwami z jego personaliami. Rzecz dotyczyła wtedy Kena Vandermarka. Być może część z Was zgodzi się ze mną, iż historia pokazała, że miałem dużo racji. Rynek jest przesycony jego muzyką, a on sam w pewnym stopniu wypalił się artystycznie.

Dziś zderzam się emocjonalnie ze wszystkimi wyżej wymienionymi dylematami, gdy przed oczyma stawiam sobie ośmiopłytowe wydawnictwo Joëlle Léandre …A Woman’s Work, wydane przez krakowskie Not Two Records na okoliczność 40-lecia pracy artystycznej tej wybitnej francuskiej kontrabasistki.




Uspokoję potencjalnych nabywców tego dość drogiego wydawnictwa. Muzyka zawarta na ośmiu dyskach jest wyśmienita i godna prezentacji w każdych warunkach. Pytanie jest jednak jedno i to zasadnicze – czy należało wydać je wszystkie razem, w tym samym momencie dramatycznej historii ludzkości, wypełniając przy okazji wszystkie sprawne odtwarzacze CD w tej części galaktyki płytami z muzyką Joëlle?

Zapewne idea powstania tego wydawnictwa związana jest z kilkudniową rezydencją Leandre w Krakowie, w trakcie Jesieni Jazzowej roku 2015. Wtedy to zarejestrowano intrygujące koncerty w kwartecie i w kilku duetach, które dziś odnajdziemy na dyskach 7 i 8 wielopaku. Być może w zderzeniu z rocznicą, o której już wspomniałem, do tychże koncertów doczepiono… sześć kolejnych, nie zawsze już tak nowych, jakkolwiek zawsze premierowych. Powstał duży box, z którym teraz przyjdzie się nam zmierzyć. Omówmy wszystkie nagrania, płyta po płycie.



Pierwszy dysk: Les Diaboliques (Moskwa, 2015r., sześć fragmentów, 54 minuty).

Feminizm w kontrkulturowej walce z patriarchalnym oglądem rzeczywistości, czyli trzy starsze Panie *) w kolektywnej, moralnie wyuzdanej, szalonej i pełnokrwistej improwizacji na fortepian (Irene Schweizer), głos (Maggie Nicols – czasami piszemy Nichols, bo rzeczona dama jest Szkotką, co generuje rozliczne niuanse w zakresie pisowni jej nazwiska) i kontrabas, także głos ludzki (Joëlle Leandre). Wydawnictwa płytowe Diabełków, to zamierzchła epoka (jeszcze przed rokiem 2000), zatem ten moskiewski koncert śmiało możemy zapisać na plus boxu, jak i asumpt do rozbudowy dorobku artystycznego starszych Pań. Brawura, autoironia i eklektyzm wpisane są w strukturę tego emancypacyjnego free improv. Joëlle – niewątpliwie mistrzyni ceremonii - gra pięknie i zdecydowanie lubieżnie. Irene jest wstrzemięźliwa, oszczędna, non-barokowa i lubi cytaty z popularnych melodii, które my także ubóstwiamy. Maggie precyzyjnie mierzy siły na zamiary, albowiem wie, że w pewnym wieku człowiekowi dane są ograniczenia w zakresie artykułowania dźwięków. Szczędzi nam zatem atrakcji fonicznych w wysokich rejestrach. Fragmenty solowe i chwile genialnej, improwizacyjnej koegzystencji we trójkę. Te drugie swoje apogeum osiągają we fragmencie czwartym, gdy w zwarciu, jakkolwiek nieśpiesznie, starsze Panie prowadzą nas onirycznym trójgłosem nad uroczą przepaść, która bynajmniej nie stanowi kresu ich artystycznych możliwości. Potem wszyscy … robimy ogromny krok do przodu! Doskonały koncert!


Drugi Dysk: Duet z Matem Manerim (Paryż, 2011, sześć fragmentów, 41 minut).

Konstruktywnie, kolektywnie, wręcz… kognitywnie. Czułe i intelektualnie dotkliwe zwarcie dwóch nastroszonych złotymi piórkami strunowców (kontrabas vs. skrzypce). Bitwa akustyczna toczona jest na warunkach dyktowanych przez większy z instrumentów. Jednolita, zwarta narracja bez specjalnych zwrotów dramaturgicznych. Udanie udrożnia nasze narządy słuchu, intensywnie masując wystawione na hałas membrany uszne, czystym i bezpretensjonalnym brzmieniem. Wokalne mruczando Leandre w piątym fragmencie dodaje smaczku temu, już i tak dość pikantnemu nagraniu.


Trzeci Dysk: Duet z Lauren Newton (Besancon, 2016, osiem fragmentów, 47 minut).

Wzajemne przekomarzania się dwóch artystek w oparach gęstniejącej groteski. Dialogi, monologi, głosy separatywne i zaśpiewy. Swobodna improwizacja na głos ludzki, poruszający się w wielu stylistykach, łagodny i drapieżny jednocześnie, pozostający w silnie konfrontacyjnym zwarciu z miękkim i melodyjnym kontrabasem, traktowanym, rzecz jasna, smykiem nie mającym końca, ani początku. Nastrój odrobinę kameralistyczny, szczególnie w momentach, gdy Lauren szuka biletu na koncert operowy. Narracja jest nieprzegadana, chwilami tłusta i brawurowa (zwłaszcza, gdy Leandre jest przy głosie!). Na finał anegdota by english, nie do końca uzasadniona dramaturgiczne (wypełniacz?). Ich duet wydany przez Not Two kilka lat temu (Conversations), zdał mi się bardziej pasjonujący.


Czwarty dysk: Duet z Jean-Luc Cappozzo (Besancon, 2015, siedem fragmentów, 44 minuty).

Niezwykle skupiona i wyważona narracja na trąbkę i kontrabas. Surowe, mroczne (noir?) klimaty, oszczędna ornamentyka. Permanentne rozrywanie strun kontrabasu, tym upiornym smykiem, który niczym wygłodniały samiec, czeka u progu nocy na swoją kolejną ofiarę. Cappozzo zwinny jak kot, nie ustaje w zalotach i szuka zwady. Jest cierpliwy, dzięki czemu na sam finał dana mu będzie nagroda. Jego minimalistyczna i czujna sonorystycznie melodyka, pięknie puentuje szorstkość i nieobliczalność tego duetowego spotkania.





Piąty Dysk: Duet z Fredem Frithem (Montreuil, 2016, trzy fragmenty, 40 minut).

Dysonans non-akustyczny, czyli starcie kontrabasu z gitarą elektryczną. Wbrew oczekiwaniom, to akustyczny instrument robi tu więcej hałasu i co rusz ma sprawkę do interlokutora. Frith jest spokojny, czuły i nie szuka problemów. Jego sprzężenia, zgrzyty i szarpanki generowane są z dużą rozwagą, dbałością o brzmienie całości i na ogół skutecznie odnajdują kontekst dramaturgiczny. Leandre nie byłaby sobą, gdyby głosem nie wspierała swoich akustycznych pyskówek. Okazuje się, że i ona potrafi grać na gitarze elektrycznej, mimo, iż w dłoniach … ciągle dzierży jurny kontrabas i ostry, jak brzytwa smyczek. Z oczywistych względów na tym koncercie dominują niskie częstotliwości. Stanowi to poważny atut nagrania.


Szósty Dysk: Solo (Paryż, 2005, pięć fragmentów, 46 minut).

Szamańskie zaśpiewy, stosunkowo zdyscyplinowany kontrabas (choć bez ustanku zmieniają się techniki artykulacyjne Joëlle), przekomarzania i szyderstwa z języka francuskiego (podobnie, jak na jej warszawskim koncercie ostatniej jesieni). Jest szczypta agresji, jest melodia i delikatnie smętne, kameralistyczne zadęcie (bywa piękne na całkiem barokowy sposób). Ferria brzmień, stylistyk, min i wokalnych anegdot. Cała Joëlle!


Siódmy Dysk: Kwartet z Agusti Fernendezem, Evanem Parkerem i Zlatko Kauciciem (Kraków, 2015, trzy fragmenty, 46 minut).
Ósmy Dysk: Duety z w/w muzykami z Kwartetu (Kraków, 2015, cztery fragmenty, 49 minut)

Docieramy, upoceni i umorusani dźwiękami, do kluczowych w tym gigantycznym zestawie dysków nr 7 i 8 – czyli dokumentacji rezydencyjnych koncertów Leandre, jakie miały miejsce jesienią 2015r. w Krakowie. Na początek dwa obszerne fragmenty w kwartecie  - Evan Parker (saksofon tenorowy), Agusti Fernandez (fortepian), Zlatko Kaucić (perkusja i perkusjonalia) i Joëlle Leandre (kontrabas, głos – tym razem, stosunkowo rzadko w użyciu). Przez ponad 32 minuty muzycy grają urocze i jakże kompetentne free improv o istotnie jazzowych konotacjach, jakkolwiek absolutnie niczym nas nie zaskakują (zwłaszcza tenor Parkera). Pierwszy fragment jest w sumie zwartą galopadą i nieustającą eskalacją emocji, przez co – choć dramaturgicznie smakowity – nie może nie zostać skwitowany drobną ambiwalencją. Kaucić – ewidentnie wybitny improwizator  - nie koniecznie dobrze się odnajduje w nagraniach wysoce dynamicznych, co jest raczej skutkiem jego skromnego drum kitu, któremu trudno generować niskie dźwięki (zwykliśmy przy innych okazjach zwać jego instrumentarium jako ground-drums) niż problemów natury artystycznej. Jak pięknie potrafi wieść tenże sam kwartet w spokojniej narracji, gdy dbałość o akustyczny szczegół jest ważna, pokazuje drugi z fragmentów. Leandre i Fernandez fechtują tu tak dobrze, że efekty ich działań nie wymagają specjalnego komentarza. Co ciekawe – trzeci fragment na płycie kwartetowej jest … duetem Leandre i Parkera (miód, malina!).

Dysk ostatni wypełniają już wyłącznie duety. Dwa (pierwszy i trzeci) są spotkaniem kontrabasistki z Kauciciem (ferria barw, ulotnych mikroarcydzieł akustycznych – tak a propos wyobraźni improwizatorskiej tego drugiego). Równie konkretny i artystycznie dobitny jest duet z Fernandezem (co ciekawe, fortepianowe preparacje Hiszpana są tak silnie osadzone w estetyce perkusyjnej, że momentami trudno odróżnić je od tych, które generuje Kaucić – występujący tuż przed tym duetem i tuż po nim). Finał dysku, jak i całego wielopaku, jest udziałem Leandre i Parkera. Ostatnie siedem minut mija spokojnie, w pięknych akustycznie okolicznościach krakowskiej Alchemii i udanie puentuje kilkudniową rezydencję Jubilatki.


Coming Through! – by zacytować tytuł jednego z najlepszych dzieł literackich D.H. Lawrence’a. Tak, zdecydowanie przetrwaliśmy!!!

Pakujemy grzecznie osiem zielonych kopert do zmyślnego pudełka (w międzyczasie czytając rozbudowany dwugłos hymnów pochwalnych na temat Jubilatki), odkładamy owo pudełko na półkę i kwitujemy całą dzisiejszą opowieść dalece retorycznym pytaniem: kiedy – po tej ponad sześciogodzinnej dawce nagrań Joëlle Leandre  – znów sięgnę po ten box lub jakiekolwiek inne nagranie kontrabasistki?


*) nieprawdą jest, że Kobiety nie lubią, jak wypomina im się ich wiek.




sobota, 28 maja 2016

Gjerstad, Dragdör, LUME, Frith, Malaby, Starlite Motel, Daisy, Reed, Swell, Kaiser, Fire! Orchestra, Crispell – …2016 jednak trwa, czyli zbiorówka majowa


Rok 2016 bezczelnie trwa, muzycy sceny improwizowanej tworzą nutki na potęgę, zatem jest na czym codziennie zawiesić ucho. Dla niektórych stanowi to przy okazji wystarczający powód do plecenia opowieści o przewadze urody nad mądrością, stymulujące chęć posiadania zmaterializowanej formy dźwiękowej tychże muzycznych prokreacji. O tak! są tacy, którzy wciąż wydają pieniądze na muzykę, co więcej – na ich niezwykle poręczną formą kompaktową!

Wasz Autor, z pomocą rubryki Odsłuchy Premierowe – wstępne rekomendacje, smaga te wszystkie nowe produkcje bardzo ograniczoną paletą kolorów, poczynając od krwiście czerwonego low (słabizna!), poprzez swojską żółć middle (takie sobie…), aż po kojącą zieleń high (jest dobrze!).

Tegoroczny maj, jak i cały 2016 rok, nieźle wywija, także w aspekcie kalendarzowym – niespodziewanie mamy w nim drugi już długi weekend! Podczas pierwszego z nich popełniłem tzw. zbiorówkę kwietniową, dziś zatem czas – co oczywiste – na zbiorówkę majową. Czyli wszystko to, co trafiło do moich odtwarzaczy w trakcie ostatnich czterech tygodni, niech stanie na baczność! Będziemy stawiać cenzurki!!!


Frode Gjerstad Trio  Steam In The Casa (PNL Records, 2016)

Frode Gjerstad i jego norweska edycja tria (Strom, Nilssen-Love) w nieustannej podróży. W ostatnich latach była i Japonia, i Rosja, i USA (co wynika choćby z listowania miejsc, gdzie trio rejestrowało koncerty, wydawane później na płytach). Tym razem pora na Kanadę i jedno z ulubionych miejsca do grania Frode’ego – Casa Del Popolo w Montrealu. Spotkanie bardzo świeże, bo z końca listopada ubiegłego roku.




Ta dźwiękowa pocztówka z podróży przynosi niewiele ponad 37 minut muzyki (ewentualne dłużyzny szybko zatem zyskały status delated files), podzielonej na pięć zgrabnie zatytułowanych opowieści. Panowie znają się jak łyse konie, zatem jakość interakcji, wewnętrznej chemii i uzasadnionej działaniem w grupie synergii - na poziomie zdecydowanie ponadprzeciętnym. Choć osobiście, w tej trzyosobowej zabawie w stosunkowo swobodną improwizację, ciągle oczekiwałbym więcej od kontrabasu Jona Rune Stroma. Po prawdzie lokalna edycja tria Gjerstada bardziej rwała mi trzewia, gdy za struny podobnego instrumentu szarpał jego poprzednik, Oyvind Storesund (choćby na genialnym St. Louis).

I ciekawy przyczynek do bogatego już zbioru opowieści o losach muzyka w trasie – na lotnisku uszkodzeniu ulega ulubiony saksofon altowy Gjerstada (strata w postaci trzech dolnych „piór”). Próby na pożyczonym sprzęcie nie satysfakcjonują muzyka – postanawia grać na uszkodzonym. Efekt końcowy zadowala zarówno jego, jak i tych, którzy słyszą dokumentację dźwiękową na udanym kompakcie, który bezdyskusyjnie znaczymy mocno zielonym high.


Dragdör  Escape Velocity (Self Released, 2016)

A teraz skromna wycieczka w nieznane…Muzycy, których personalia są mi całkowicie obce, chyba młodzi (tak wychodzą na fotach), prawdopodobnie z niemieckiego obszaru językowego i formacja o kapitalnie brzmiącej nazwie Dragdör. Ingo Weiss na saksofonach  i żywej elektronice, Alexander Holtz na analogowych syntezatorach, Leon Lissner na kontrabasie i Kuno Wagner na perkusji. Płyta wydana własnym sumptem, na której pomieściła się opowieść w trzech częściach.




Wyjątkowo nieśpieszna to opowieść, za to twardo osadzona na rdzeniu sekcji, która rżnie rzeczywistość studyjną na nierówne części. Kilka szumiących kabli, interesująco mutowany saksofon, analogowy sound klawiszy – wszystkie te dźwięki plotą na tle owego rdzenia pajęczynę małych wojenek improwizacyjnych. Warto się wgryźć w tę zabawę i absolutnie nie odpuszczać po pierwszym podejściu (być może dość trudnym). Muzycy bezczelnie drwią sobie z naszych przyzwyczajeń i zbyt prostych skojarzeń. Sporo tu zaskoczeń i nieoczywistych pomysłów. No i ta fantastyczna okładka. High bez dyskusji!


LUME (Lisbon Underground Music Ensemble) Xabregas 10 (Clean Feed Records, 2016)

Pozostajemy w strefie dużego niedoinformowania, albowiem także nazwiska muzyków, którzy sformowali Zespół Muzyki Podziemnej z Lizbony, niewiele mówią Waszemu Autorowi. Może niektóre wydają się nieco znajome, ale chyba spotykamy tu jedynie młodszych braci i takież siostry (imiona jakoś mniej pasują do nazwisk).
Cztery zatytułowane historie prezentuje nam naprawdę rozbudowany aparat wykonawczy – aż szesnastu muzyków, którzy dzierżą w swych upoconych dłoniach 3 trąbki, 3 puzony, 5 saksofonów, flet, klarnet, a do tego bardzo elektryczna, trzyosobowa sekcja. Xabregas 10 zarejestrowano na festiwalu lizbońskim Jazz Em Agosto dwa lata temu.




Bardzo dynamiczna to muzyka, mocno tkwiąca w aspekcie rytmicznym w prostych metrach, charakterystycznych dla muzyki rockowej, czy mniej zobowiązującego fussion. Wszakże gigantyczna sekcja dęta robi swoje i nie pozwala, byśmy stracili zapał do tej produkcji. Całość jest dość precyzyjnie zaaranżowana, przestrzeni na improwizacyjne szaleństwa nie za wiele, ale bardzo sprawnie tupie się przy tej muzyce nogą i ma się nieodpartą chęć, by zrobić coś pozytywnego dla umęczonego świata codziennego. A i trzy kwadranse koncertu mijają w mgnieniu oka, zwłaszcza w kontekście niezwykle szalonego i hałaśliwego finału.

Mimo gigantycznej sympatii dla Lizbony i wszystkiego, co jej dotyczy, pozostajemy przy rekomendacji middle, przy okazji mając nadzieję na uczestnictwo w tegorocznym Jazz Em Agosto (psssst!).


Fred Frith/ Darren Johnston  Everybody’s Somebody’s Nobody (Clean Feed Records, 2016)

Weteran rockowej awangardy, gitarzysta Fred Frith nigdy nie stronił od grania muzyki swobodnie improwizowanej, także w kooperacjach z bardziej wymagającym sortem improwizatorów (by przypomnieć Anthony Braxtona). Szczególnie w bieżącej dekadzie nie brakuje ambitnych duetów z jego udziałem (Lotte Anker, Barry Guy, John Butcher – cytuję z pamięci). Tym razem randka we dwoje z amerykańskim trębaczem Darrenem Johnstonem. Z tym ostatnim zetknąłem się przy okazji tria Spectral, gdzie wpuszczony pomiędzy tygrysie saksofony Dave’a Rempisa i Larry’ego Ochsa, spokojnie daje sobie radę (dwie edycje, które warte są kilku ciepłych słów na Trybunie – zapewne niebawem).



Na krążku dla portugalskiego Clean Feed, Darren gra czystym tonem, nie stosuje amplifikacji, zatem zdany jest w żmudnym procesie improwizacji wyłącznie na własny pomyślunek. Z tym ostatnim – w konfrontacji z delikatnie przynudzającym na gitarze elektrycznej Frithem – nie jest niestety najlepiej. Na płycie o nieco pokracznym tytule mamy aż jedenaście zwartych, acz niegalopujących dokądkolwiek opowiastek, ale nawet w tych dość krótkich interwałach, muzycy nie są mnie w stanie porwać, ani czymkolwiek, choćby na moment zachwycić. Frith, jak to bywa często w jego improwizacjach, wydaje się dość przewidywalny, Johnstone zaś chyba nie do końca ma pomysł na ten duetowy eksces. Rockowiec szuka uparcie rytmicznej bazy, a jazzman pretekstu do improwizacji. Rzadko ich wysiłki odnajdują punkty wspólne. Rekomendacja zatem nie może być inna – ledwie middle, mocno pikujące w kierunku low.


Tony Malaby Paloma Recio  Incantations (Clean Feed Records, 2016)

Bardzo jazzowa, nowojorska produkcja z Tony Malabym, jako zasadniczym tytułem wykonawczym. Temu już nie młodemu saksofoniście przypiąłem onegdaj łatkę bardzo kompetentnego rzemieślnika i niech tak już pozostanie. Do kwartetu Paloma Recio zaprosił sprawną sekcję (Opsvik, Waits) i ciekawego gitarzystę z prądem Ben Mondera. Z jego chwilami bardzo nieśpieszną narracją zetknąłem już jakieś dwadzieścia lat temu, gdy jako początkujący fan dźwięków nieoczywistych, z lubością zachwycałem się nowojorską sceną Downtown.




Inkantacje przynoszą cztery fragmenty improwizacji o jasno zarysowanych parametrach i bez zbędnych niedomówień, pozwalają z łatwością przez siebie przebrnąć. Po prawdzie dziwna i nierówna to płyta. Nieznośnie swingujące i banalnie serwowane tematy (o zgrozo, bliskie krainie łagodności nieomal!), potrafią przeradzać się w bardzo intrygujące improwizacje, zwłaszcza w duecie sax-gitara. Raz potrafią osiągnąć intensywność iście free jazzową, okraszoną naprawdę piorunującymi improwizacjami (Malaby!), innym razem – wykorzystując ową nieśpieszną narrację Mondera – potrafią pięknie odjechać w odmęty, pachnącej odrobiną szaleństwa, smakowitej psychodelii. Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć… Mam taki program do cięcia plików muzycznych, może wykroję z trzech kwadransów Incantations jakiś genialny mini longplay! W pełnym wszakże rozmiarze – jedynie middle.


Starlite Motel  Awosting Falls (Clean Feed Records, 2016)

Uwaga, będzie gęsto! Oczywiście mam na myśli ilość dźwięków na centymetr sześcienny czasoprzestrzeni! Kristoffer Berre Alberts - alt i tenor, Jamie Saft – hamondy i moogi, także gitara, Ingebrigt Haker Flaten - basy elektryczne i inne szaleństwa w niskich częstotliwościach, wreszcie Gard Nilssen – perkusja i stosowna elektronika.




Już sama lektura instrumentarium tych czterech muzyków wiele nam powie o tej muzyce. I tak jest w rzeczy samej! Siedem fragmentów opatrzonych tytułami, nagranych studyjnie półtora roku temu. Panowie drapieżnie wydzierają sobie przestrzeń, jest głośno (wbrew tytułowi trzeciego fragmentu, The Art Of  Silence), nie brakuje drobnego przekrzykiwania. Kompletnie nic do powiedzenia nie ma saksofonista (świetnie pasowałby do wszelkich rockowych projektów Matsa Gustafssona!). Zapewne znajdą się tacy, którym adrenalina pójdzie w górę przy takiej dawce emocji. Ja raczej pozostanę na pozycji lekko wycofanej i nie padnę z zachwytu, pozostając przy wstępnej, żółtej rekomendacji (middle), nawet bez spoglądania w kierunku zielonym.


Trio Red Space (Jeb Bishop/ Mars Williams/ Tim Daisy)  Fields Of Flat (Relay Recordings, 2016)

Tim Daisy nie jest może jakimś szczególnie wybitnym perkusistą, ani nadmiernie genialnym improwizatorem, ale z pewnością niebywale ambitny i pracowity to artysta. Nagrywając jedną płytę na tydzień z takim Kenem Vandermarkiem, prowadząc kilka własnych, czasami całkiem udanych projektów, mam też czas, by w ramach prywatnego labelu Relay Recordings bawić się w komponowanie, powoływanie nowych inicjatyw muzycznych, czy korelowanie ze sobą zupełnie przyzwoitego sortu improwizatorów (być może drobny przegląd działań Tima w ramach RR przydałby się na Trybunie).




Przykładem właśnie tych ostatnich działań jest Trio Red Space, gdzie dynamiczne i melodyjne bębnienie Tima (czyli tak, jak lubi najbardziej) stanowi inspirującą bazę dla kolektywnych improwizacji puzonu Jeba Bishopa i tenoru, tudzież sopranu Marsa Williamsa (wydaje mi się, że w tym gronie nie musimy przypominać artystycznego dorobku obu Panów).

Nagranie – jak wiele na RR – dostępne jest jedynie w wersji elektronicznej, a trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem cieszyć się winniśmy każdym pojedynczym dźwiękiem. I tak jest – bez dwóch zdań. Williams w formie równie wyśmienitej, jak tydzień temu, na  poznańskim koncercie Switchback, Bishop piłuje aż miło, a Daisy dodaje ognia. Mimo pierwotnych wątpliwości – rekomendujemy na zielono (high!).


Mike Reed’ s People, Places & Things  A New Kind Of Dance (482 Music, 2015)

Mike Reed, częsty bywalec poznańskiego Made In Chicago, to niezwykle aktywny i pracowity muzyk. Jego doskonały tegoroczny koncert na rzeczonym festiwalu (Flesh and Bones), skutkował u mnie osobiście m.in. wejściem w stan posiadania stosunkowo świeżego krążka Nowy Rodzaj Tańca, jego stałego w sumie projektu (przepraszam, nie znam lepszego określenia) – Ludzie, Miejsca i Sprawy. Tak się bowiem składa, że Reed nie zwykł nagrywać płyt bez powodu. Tzn. bez jasnego pomysłu na to, o czym ona będzie. Innymi słowy, Mike gra na temat i tego się trzymajmy. Ten akurat przypadek, to pokłosie refleksji, jak naszła Reeda w kontekście śmierci ojca free jazzu, Ornette Colemana. Otóż jego ulubioną płytą tego muzyka jest Dancing In Your Head, skąd inąd doskonała harmolodyczna muzyka do … tańca (druga połowa lat 70.).




A New Kind Of Dance – to zbiór bardzo tanecznych, jazzowych piosenek, zarówno skomponowanych przez Reeda, jak i paru innych, nawet bardziej historycznie zasłużonych (taki Ellington), podanych wszakże bardzo nowocześnie i smakowicie wyimprowizowanych. Bo kolega Reed, przy natłoku różnych mniej lub bardziej szalonych pomysłów, ma także właściwych ludzi do ich realizacji, takich jak choćby Jason Roebke (b) i Greg Ward (as). Obu panów miałem okazję podziwiać na tegorocznej edycji festiwalu MIC i dałem temu wyraz w poprzednim poście Trybuny. Tu odnajdziemy także choćby Matthew Shippa, który zgrabnie dynamizuje swoim fortepianem kilka fragmentów płyty.

Oczywiście ta taneczna propozycja Mike’a Reeda nie zrewolucjonizuje współczesnej sceny jazzowej, ba, nawet nie doczeka się u mnie zielonej rekomendacji, ale słucha się jej wyśmienicie, zwłaszcza w aucie, np. w trakcie dramatycznego korka, który do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Czyli mocne middle, jakkolwiek!


Steve Swell Kanreki: Reflection & Renewal (Not Two Records, 2015)

Dziwna to płyta - nie do końca zrozumiały zamysł wydawcy i wybór nagrań muzyka. Trochę jakby Steve Swell, nasz ulubiony free jazzowy puzonista i stały uczestnik edytorskiej inicjatywy Marka Winiarskiego - Not Two Records, wygrzebał z szafy (komputera) zapomniane nagrania, których nikt do tej pory nie chciał wydać, a następnie dotargał je do Krakowa, celem umieszczenia na płycie.

Na dwóch dyskach znalazło się aż siedem różnych okazji, tak koncertowych, jak i studyjnych, powstałych w latach 2011-14. Na liście płac - aż 18 muzyków. W sumie why not? Jedyny mój problem z tym wydawnictwem jest w sumie taki, że trudno je pochłonąć na raz i to wcale nie dlatego, że muzyka jest jakaś szczególnie trudna. Diabeł tkwi w ogromnym rozrzucie stylistycznym poszczególnych nagrań (od ostrego free, przez nudnawy mainstream, po kameralistyczne zabawy na improwizujący kwartet klarnetów, wreszcie surowe i piękne free improvisation), a także w sposobie ich segregacji.




Kanreki zaczyna się ponad półgodzinnym, koncertowym hałasem, jaki wygenerował kwartet Dragonfly Breath (znany ze studyjnej rejestracji, także Not Two). Jeśli przetrwamy ten interwał, wiedzmy, że wszystko, co najgorsze, jest już za nami -  a dalej będzie tylko lepiej, a nawet chwilami wspaniale!

Pominę może drobny kwintet z udziałem Kena Vandermarka i Magnusa Broo, bo siedmiominutowy pasus nie daje w ogóle pojęcia, czym to spotkanie mogłoby być.
Od trzeciego fragmentu Kanreki, ostro wkraczamy w świat kameralistyki i wolnej improwizacji. Najpierw, wspomniany już wcześniej, kwartet klarnetowy (Swell w roli dyrygenta), potem smakowity duet puzonu z wokalistą (Thomas Buckner). Drugi dysk, to już prawdziwe perły. Zaczynamy od drobnego incydentu na puzon solo. Zaraz potem wyśmienite trio – Steve Swell, Fred Lonberg Holm (c), Guillermo Gregorio (cl) - w aż trzech fragmentach koncertowych. Wreszcie na koniec niemniej frapujący kwintet na puzon, alt i instrumenty strunowe. Miód!

Reasumując – trudno ocenić ten krążek jako całość. Początek w oczywisty dla mnie sposób mieni się wieloma odcieniami czerwieni (low!), potem lekko przechodzimy przez spektra koloru żółtego (middle!), by pod koniec dysku pierwszego śmiało wkroczyć w obszar zieloności (high!). Cały drugi krążek mieni się tą barwą okrutnie. Kanreki to materiał na co najmniej dwa samodzielne krążki. Czas zatem na prywatną kompilację tych nagrań. Nawet mój starodawny komputer winien dać sobie z tym radę.


Chris Cogburn/ Henry Kaiser/ Steve Parker/ Damon Smith  Nearly Extinct (Balance Point Acoustics, 2016)

Spotkanie czterech muzyków, poczynione zdecydowanie w celu uprawiania swobodnej improwizacji, opatrzone zostało w procesie edytorskim tytułem Nearly Extinct. Gitarzysta Kaiser jest osobą, z którą nawet początkujący fan muzyki improwizowanej musiał się choć raz zetknąć. Podobnie rzecz się ma z kontrabasistą Damonem Smithem (tu: amplifikuje swój instrument). Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku pozostałych uczestników tego spotkania. Z perkusistą Chrisem Cogburnem, mimo bardzo kowbojskiego nazwiska, spotykam się raczej po raz pierwszy, podobnie jak z puzonistą Steve’em Parkerem.




W trakcie studyjnego spotkania w Texasie, muzycy zrealizowały siedem improwizacji, które po opatrzeniu stosownymi tytułami wylądowały na srebrnym na krążku wydawnictwa Balance Point Acoustic (wydaje trochę nagrań Henry Kaisera). Wbrew nazwie labelu, zgodnie wszakże z naszą pamięcią, rzeczony Kaiser operuje na gitarze z prądem. Zabawa improwizacyjna jest zwarta, zadziorna, choć zazwyczaj w tempach popołudniowych. Gitarzysta ciekawie ucieka w drobną psychodelię, w czym wtóruje mu sążnisty sound basu – uwaga! oba instrumenty lubią pohałasować i potaplać się w przesterach. Puzonista – subtelny dysonans! - kwili czystym dźwiękiem, stojąc przyczajony pomiędzy membranami ciekawie wibrującej perkusji.

W tym kardynalnie udanym spotkaniu na polu swobodnej improwizacji, niewątpliwie godna uwagi jest … okładka płyty, którą uznać można za skromny przewodnik po świecie muzyki improwizowanej, zdecydowanie w historycznym ujęciu. Kto rozszyfruje wszystkie terminy bez wspomagania się siecią globalną, dla tego gigantyczny szacunek i ocean satysfakcji! A przy okazji  - okładka ta mogłaby spokojnie stanowić logo Trybuny. Bardzo celne tropy! Rekomendacja? Bez cienia wątpliwości pozostajemy przy high.


Fire! Orchestra  Ritual (Rune Grammofon, 2016)

Orkiestra Ogniowa to rozbudowana personalnie wersja noisowo-rockowego pomysłu Matsa Gustafssona - Fire! Rytuał zaś, to trzecia edycja płytowa. Na deskach stockholmskiego studia aż 21 osób, mniej lub bardziej znanych muzyków skandynawskich (z wisienką na torcie w postaci portugalki Susany Santos Silvy!). Muzycznie biegamy wg wyraźnie wyznaczonego toru rytmicznego (to rock!!!), który podawany tak przeludnionym aparatem ludzkim brzmi doprawdy potężnie. Wszystko inkrustowane jest drobnymi popisami solowymi, podczas których przez ułamki sekund możemy przypomnieć sobie, że grają tu… jednak wytrawni muzycy improwizujący. I mógłbym w tym momencie zacząć długi proces narzekania, wychodząc z punktu widzenia fana, który oczekuje więcej. Ale w sumie po co…




Ritual po prawdzie…. bardzo mi się podoba. Być może to jedna z bardziej komunikatywnych i fajnych w odbiorze płyt, jakie trafiły na majową zbiorówkę. Można potańczyć, można pozdzierać gardło, można usłyszeć prawdziwie metalową gitarę, a w końcu silnie zachwycić się wokalnymi popisami dwóch panien (pań?) – Mariam i Sofii – które po prostu pięknie i niezwykle dynamicznie śpiewają (co zresztą udanie koreluje z ekspresyjną muzyką, konstruowaną przez pozostałą dziewiętnastkę muzyków). Te śpiewy, te czupurne i lekko psychodeliczne wokale śmiało przywołują w mojej pamięci debiut Return To Forever Chica Corei sprzed ponad 40 lat. Ale jazda!!!

Z czystej przekory pozostaję przy rekomendacji middle, ale ze zdecydowaną zieloną podpórką!


Marilyn Crispell/ Erwin Ditzner/ Sebastian Gramss  Free Flight (Fixel Records, 2016)

Richard Poole/ Marilyn Crispell/ Gary Peacock  In Motion (Intakt Records, 2016)

Na koniec naszej nieco rozgadanej zbiorówki majowej, dwa tria fortepianowe, czyli ekspozycje leżące na ogół niezwykle daleko od - z pozoru  nieograniczonych - pokładów mojej muzycznej atencji. Skoro jednak w odtwarzaczu wylądowały dwie rejestracje z udziałem dawno niesłyszanej, wspaniałej amerykańskiej pianistki, Marylin Crispell, to nie możemy ich nie podsumować kilkoma choćby zdaniami.
Historia muzyki improwizowanej nigdy nie zapomni Marylin lat jej cudownego terminowania w genialnym kwartecie Anthony Braxtona (1983-1995). Czyni ją to absolutnie nieśmiertelną, przynajmniej na polu zainteresowań Trybuny.




Pierwsze z nagrań jest koncertową okolicznością, zrealizowaną w Niemczech w listopadzie 2010r., drugie zaś okazją studyjną, poczynioną w Stanach ciągle Zjednoczonych, w listopadzie 2014r. Muzycy towarzyszący Crispell w obu incydentach, z mojego punktu widzenia, zdają się dalece nieistotni, choć nazwisko takiego Gary’ego Peacocka mówi nam przecież wiele. Zresztą duch tria Keitha Jarretta, który wyniósł nudę do rangi sztuki jakieś 40 lat temu, istotnie panuje nad drugą z omawianych tu płyt. Pozwólcie zatem, że komentowanie In Motion zakończę na tym epitecie.




Zdecydowanie mniejszą stratą czasu jest słuchanie, czy wręcz zasłuchiwanie się we Free Flight – w każdym razie tytuł, jak najbardziej stosowny. Niespełna 50 minutowy zapis naprawdę udanego koncertu, pokazujący dobitnie, jak Crispell świetnie radzi sobie w dalece swobodnej, acz kameralnej i wyczulonej na pojedynczy dźwięk, improwizacji. I rzadka cecha u pianisty w formule free – umiejętność operowania ciszą, zaniechaniem, oczekiwaniem na ruch współpartnera. Mam nieodpartą ochotę na skromne high, wszakże z lekką podpórką middle.